wtorek, marca 18, 2008

Tybet, Kosowo... a co na ten temat mówi Robert Ardrey?

W Tybecie zamieszki, jeśli nie powstanie narodowe. Wszelkie robactwo, z hardkorowo-komuszą "Krytyką Polityczną" włącznie, a jakże, próbuje na tej sprawie zbijać polityczny kapitał, jednak na, nomen omen, igrzyska dla motłochu niewielu podnosi rękę. A nuż towarzysze też coś podobnego chlapną, a potem trudno będzie się z tego wycofać! Z chlebem nie jest aż tak dobrze, by można było lekceważyć postępową rolę igrzysk.

W Kosowie polska policja pełni rolę najobrzydliwszą z możliwych - nie tylko okupanta, i to okupanta kraju, z którym żadnego konfliktu nie mieliśmy, żadnej wojny nie prowadziliśmy, a w każdym razie z pewnością nie była to nasza wojna ani nasz konflikt, tylko przejaw psich instynktów rodzimych "elit"... Nie tylko okupanta więc, ale po prostu siły wspierającej rozbiór kraju, który nigdy nic nam złego nie zrobił. Przyznam, że dotychczas targowica miała i tak zbyt wiele szczęścia i ja z zadowoleniem przyjmę informację, że w Kosowie zginęli jacyś wysłani tam przez tuskoidów policjanci.

Najbardziej zaś upiorne i absurdalne było dla mnie, gdy usłyszałem przypadkiem przejżdżając po TVN24, jak wysoki przedstawiciel rodzimej policji obiecywał podnieść naszym dzielnym policjantom pełniącym szczytną misję w Kosowie dzienną płacę, która w tej chwili wynosi 35 dolarów. Czyli na oko coś koło stówy, co daje koło trzech tysięcy mięsięcznie, z pewnością brutto. I za takie marne srebrniki ci ludzie nie tylko narażają się na kamienie i kule, co akurat mnie przesadnie nie wzrusza, na obelgi, w dodatku słuszne, co mnie już jako ich niestety rodaka wzrusza, ale pełnią po prostu misję podłą i obrzydliwą, wbrew jakimkolwiek interesowi Polski, o jej honorze już nie mówiąc.

Szkoda nawiasem, że zamiast 35 dolarów nie dano tym "naszym" policjantom dziennie 30 euro - byłoby i więcej, i jakoś ładniej by się kojarzyło. Może teraz ta, zwiększona ze względu na realne zagrożenie stawka, będzie właśnie taka. Naprzód, czciciele gazowniczej Ewangielii wg. Judasza! Macie wreszcie ładną szansę wykazać religijny zapał. A przy okazji to przecież ładniej brzmi, że personel z europejskiego do szpiku kości kraju jest opłacany w euro, a nie w jakichś, bushowskich przecież w dodatku, dolarach.

Długo mógłbym jeszcze wylewać pomyje na partię tuskoidów, na rodzime "elity", na skundloną i zdradziecką dzisiejszą "Europę"... Tyle, że i tak kto wie co to za jedni, to wie, a do innych, skoro nie trafiło dotąd, to z pewnością już nie trafi. Weźmy się zatem za sprawy nieco trudniejsze i w sumie znacznie bardziej istotne. Jeśli mamy cokolwiek zrobić, a konkretnie, przynajmniej na razie, skutetecznie przeciwstawić się temu zalewowi lewactwa, kłamstwa, podłości i zdrady, musimy stworzyć ruch. "Obywatelski" może on być - mnie to słowo śmieszy, ale różnym ludziom wciąż cholernie się podoba to określenie, choć pławione jest w szambie przez swych głosicieli od niepamiętnych czasów.

Zaś ruch, by być skuteczny i mieć szansę na zwycięstwo, musi mieć i ręce i głowę. Nie każdy musi, nie każdy nawet powinien, być tam intelektualistą, filozofem - ktoś musi robić coś konkretnego. Ale jacyś intelektualiści, a daj Boże i filozofowie, powinni w przyzwoitym ruchu być i co więcej - być słuchani. No więc ja próbuję od tego właśnie końca zacząć, głosząc między innymi, że nic już się nie da wielkiego ani sensownego zrobić, jeśli nie przestaniemy się maniacko kręcić w kręgu stale tych samych oświeceniowych "prawd". Które miały swoje zalety, ale - zachęcam do uświadomienia sobie tego faktu - zostały sformułowane dobrze ponad 200 lat temu.

I od tego czasu nic się praktycznie w życiu intelektualnym - mówię humanistyce, o rozumieniu ludzkiej natury i natury życia społecznego - tam nie wydarzyło. Oraz o masie rzeczy z tymi sprawami związanych. Albo się te oświeceniowe "prawdy" przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza, potem zaś tworzy na ich fundamencie... E tam fundamencie, na niemal całym gotowym budynku! Tworzy się więc na nim jakieś tam ozdóbki na dachu, skutkiem czego mamy socjalizm, liberalizm - realny, obecnie u władzy, i ten rewolucyjny, sekciarski, wracający do korzeni, czyli po prostu liberalny rewizjonizm.

No i mamy też paru ludzi, którzy całkiem się od Oświecenia odcinają - tyle że ci popadają w skrajny irracjonalizm, głosząc różne Monarchie z Bożej Łaski i podobne anarchroniczne, wypichcone w ciszy wygodnych gabinetów, brednie. No to umówmy się, panowie (i panie, jeśli takie są): kiedy lud uwierzy - znowu, po stuleciach - że monarcha jest w stanie samym swym królewskim dotknięciem leczyć skrofuły, to ja, Pan Tygrys znany także jako triarius, podejmuję się propagować monarchiczne idee! Za darmo, jako rekompensatę za to, że po was jeździłem. Jeśli zaś zobaczę na własne oczy, jak monarcha te skrofuły dotknięciem leczy, to sam zostaję monarchistą! Zgoda?

Teraz już całkiem poważnie, bo czasem sobie żartujemy. Już dawno lansowałem, a raczej lansować próbowałem, bo skutki na razie niedostrzegalne, dorobek Roberta Ardreya - człowieka, którego nawet profesor Bartyzel wymienia, i to pochlebnie, w swym alfabecie prawicowych myślicieli, człowieka zamilczanego przez obecny "intelektualny" i medialny establishment, kogoś, kto więcej prawdy mówi o ludzkiej naturze i życiu społecznym, a do tego zrozumialej, niż ktokolwiek z tych, których kiedykolwiek czytałem. A było tego sporo. No i, o czym tu zresztą parokrotnie pisałem, Ardrey był dla mnie osobiście chyba najważniejszym pojedynczym wpływem w dziedzinie polityki i.... Muszę chyba powiedzieć "ideologii", choć mam opory przed użyciem tutaj tego słowa.

Link do niektórych, dostępnych w sieci, dzieł Roberta Ardreya jest tutaj w "Rzeczach nieprzemijających". No i właśnie do tego zmierzam. Wszystkie książki Ardreya, choć nie mówi on bezpośrednio wiele o polityce, a umarł w roku 1980, rzucają ostre światło na sprawy, o których mówiłem na początku tego tekstu. Może najbardziej zaś książka "The Territorial Imperative" (Imperatyw terytorialny), w której autor ukazuje niezwykłą siłę, a także skomplikowanie, instynktu terytorialnego u zwierząt, w tym także u zwierzęcia które się samo nazywa "człowiek".

Ardrey pisał o tych sprawach pod wpływem toczącej się właśnie wojny w Wietnamie, której wynik można oceniać tak czy inaczej, ale która niepodważalnie ukazała, że współczesne, powszechnie przyjęte i co więcej - powszechnie narzucane! - zachodnie pojęcie o motywach kierujących ludzkim zachowaniem, jest po prostu całkowicie nieprzystającym do rzeczywistości mitem. Chodzi mi o teorię, przez nikogo z autorytetów dziś właściwie niepodważaną, że człowiek kieruje się "zasadą przyjemności", czyli dąży do zwiększenia własnej przyjemności, zminimalizowania własnych przykrości, w sumie kieruje się własnym interesem, tak jak go w danej chwili pojmuje.

A poziomie "filozoficznym" (choć tandetna ta "filozofia", że chce się płakać) można tak oczywiście twierdzić. Tak samo jak można "naukowo" dyskutować kwestię tego, czy pierwsze było jajko, czy też kura. Albo czy istnieje wolna wola, czy też wszystko jest zdeterminowane, bo przecież kierujemy się zasadą przyjemności, ta zaś wymusza... Itd. I można sobie to dyskutować do upojenia, spokojnym będąc, że na dyskutowaniu sobie się skończy. Tyle, że to żadna dyskusja, jeśli oczywiście zejdziemy z parnasu "prawdziwych intelektualistów" i rozmawiamy jak normalni zdrowi ludzie. Wtedy to po prostu przelewanie z pustego w próżne, bo na te pytania nie ma po prostu żadnej konkretnej odpowiedzi. Gdyby zaś nawet była, to nikt na nią nie czeka, nikt o nią "filozofa" nie prosi. I taki "filozof" korzysta jedynie faktu, że można dziś żyć z cudzej pracy, i to dobrze, jeśli się człowiek umie przypodobać właściwym "elitom".

Przelewanie z pustego w próżne i podnoszenie "zasady przyjemności", razem z behawioralną filozofią, można sobie traktować jako samo epitome naukowości - ciemny lud, omamiony igrzyskami i propagandą, z nosem przy ziemi zarabiający na nowy gadget - i tak się na te tematy nie wypowiada. Jednak w ten sposób z pewnością nie da się odpowiedzieć na żadne istotne pytanie.

Jakie istotne pytanie, spyta ktoś? A takie na przykład, jakim cudem Wietnamczycy (nie żebym miał cień sympatii dla Vietcongu, ale akurat to wstrząsnęło Ardreyem) wciąż chcieli walczyć, kiedy wedle wszelkich zachodnich kryteriów ich poziom cierpienia osiągnął takie wartości, że pozostawało im jedynie poddanie się. Albo skąd biorą się zamachowcy samobójcy, z którymi liberalny (w każdym znaczeniu, poza tym głoszonym przez fanatyków liberalnego rewizjonizmu) Zachód nie potrafi sobie poradzić, i którzy prędzej czy później mogą się stać bronią o skuteczności porównywalnej z najbardziej zaawansowanymi zachodnimi technologiami militarnymi.

Albo, żeby zamknąć wszystko ładną klamrą, wracając do tego, co mówiłem na początku - skąd się to bierze, że w Tybecie, gdzie za wykrzyknięcie na ulicy hasła w rodzaju "niech żyje wolny Tybet", albo "niech żyje Dalaj Lama", dostaje się 10 lat ŁAGRU, ze wszystkim, co to słowo oznacza, ludziom chce się jeszcze narażać, a właściwie poświęcaj, życie w walce z totalitarną chińską przemocą?

To samo w Kosowie, gdzie, stawiam ojro przeciw orzechom, to dopiero bardzo łagodna przygrywka, a najeźdźcy, rozbiorcy innych krajów, którzy w dodatku u siebie działają jakby się zapatrzyli na targowicę, będą jeszcze gorzko żałować swej, zbyt tym razem gorliwej, nawet z punktu widzenia ich wyłącznie interesów, służalczości.

Na te pytania nie odpowiadają dzisiejsi intelektualiści. Nie odpowiada na nie dzisiejsza nauka. Dzisiejsza oficjalna ideologia, wraz z wspierającym ją aparatem propagandy, "edukacji" i przymusu, czynią wszystko, by na nie nie odpowiadano, a nawet by ich nie stawiano. Na tym właśnie między innymi polega polityczna poprawność, na tym właśnie polegają "wartości europejskie"... I nikt na żadne z tych pytań nie odpowie, z tych, którzy w swych intelektualnych analizach wychodzą od J. J. Rousseau, albo też tacy co w panice przed nim, jak przed Scyllą, uciekają, waląc mordą w Charybdę kompletnego i anachronicznego irracjonalizmu - myślenie zastępując recytowaniem rytualnych formułek.

Na te pytania daje jednak całkiem przekonującą odpowiedź Robert Ardrey. W swym "Imperatywie terytorialnym" mówiąc bardzo konkretnie o sytuacji dzisiejszego Kosowa, dzisiejszego Tybetu... A także, niestety, i dzisiejszej Polski. W innych swych książkach, jak w mojej ulubionej książce Ardreya - "The Social Contract" (Umowa społeczna), która również jest dostępna online i link jest na tym blogu, Ardrey mówi niezwykle istotne, interesujące i dla wielu z nas z pewnością wprost szokujące rzeczy na temat więzi społecznych, hierarchii i przywództwa.

Gdybym chciał być prawdziwym filozofem - czyli "błaznem" w rozumieniu Kołakowskiego - to bym teraz powinien chyba zakończyć stwierdzeniem w rodzaju: "Dobrze w sumie, że w naszym imieniu dokonuje się rozbioru Serbii, dobrze, że chiński totalitaryzm morduje ludzi pragnących żyć we własnym kraju, ponieważ może ktoś wreszcie zainteresuje się tym, co ja mam do powiedzenia". Nawet kiedy, o zgrozo, szczypię i kopię po kostkach potencjalnych sojuszników i przyzwoitych, w odróżnieniu od tuskoidów, ludzi. No i nie tylko ja, bo istnieją, na szczęście, znacznie więksi. Wciąż istnieją, choć niestety już nie wśród żywych, ale przeczytać co mają do powiedzenia JESZCZE można.

Tylko dla kogo będzie to dość ważna sprawa, oto pytanie! Tyle się przecież interesujących rzeczy dzieje: tutaj protest "Krytyki Politycznej" - podpisać czy nie? A ledwo się zdążymy zdecydować, to już się zaczyna... O radości! O szczęście niewypowiedziane! Nowe Igrzyska będą! O Ludzkości podająca sobie rękę drug drugu, w imię Idei Olimpijskiej! I tak trzymać towarzysze - byle tylko motłoch się nie połapał, że to nie jest jeszcze w pełni Nowy Wspaniały Świat, a tylko tekturowa atrapa w telewizorze. Chodzi o to, że zanim się połapie, zanim się obudzi, żeby już nie mógł. Koniec odprawy, rozejść się do ustalonych zadań!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.