wtorek, sierpnia 16, 2016

O husarii, husarskości i husaryźmie (1)

Husaria
Oglądałem ci ja wiadomą defiladę, w każdym razie sporą jej część. Nieźle. Jechało trochę ponuro wyglądającego żelastwa, czyli to, o co w sumie chodzi. Trochę mi brakowało jakichś takich malowanych dzieci w wersji z trzeciego tysiąclecia A.D. - takich bardziej pieszych, co to wdrapią się na każde drzewo, wcisną w każdą szczelinę, pożywią byle czym (a nie jak czołg Leopard 500-800 litrów paliwa na sto kilometrów), a potem przegryzą wrogowi gardło (albo uduszą go jego własnym jelitem grubym), zatańczą na jego grobie i uczynią brzemienną jego babcię. (Może zresztą byli, a ja za późno się włączyłem? W takim razie ten akurat rant jest bez sensu i unieważniamy.)

W sumie jednak, mimo braku orgazmu, było nieźle. Nawet tym razem nieuniknione przebierańce z końca pochodu uczyniły na mnie raczej pozytywne wrażenie, co u mnie dość niezwykłe. Była husaria, podrabiane oczywiście, ale jej wygląd miał styl, pewną jednorodność, a z drugiej strony było to różne, wcale nie wszyscy np. mieli słynne skrzydła... Całkiem inaczej, niż np. w filmie "Krzyżacy" (wiem że tam nie husaria!), gdzie każdy rycerz, czy to nasz, czy to wraży, miał ten sam pancerz z tego samego osiedlowego magazynu, wyglądający na plastikowy, i ten sam przyodziewek. Tutaj było całkiem inaczej, Deo gratias!

Oczywiście nie obyło się bez zachwytów nad wspaniałością husarii, z którą nikt nie mógł rzekomo... I tak dalej. Co mogę zaakceptować, z zastrzeżeniami, o których (Deo volente) za chwilę, tyle że zawsze w takich razach narzuca mi się dokuczliwe pytanie - dlaczego, jeśli w 1688 byliśmy tacy wspaniali, to już w sto lat później niemal nas nie było, a to co zostało, rżnęli różni tacy jak chcieli?

No dobra, ale dziś o husarii... Jest to interesująca sprawa, oczywiście - zarówno z czysto militarnego punktu widzenia, jak i w szerszym kontekście... Z tego szerszego kontekstu najbardziej w ostatnich latach męczy mnie kwestia tych 400 żydowskich husarzy, którzy to ponoć załatwili nam niemal wszystkie owe zwycięstwa, a o których opowiadał na oficjalnym spotkaniu z okazji otwarcia tego tam Muzeum Żydów, co je kilka lat temu nam otwarli, któryś z naszych ukochanych gości.

Niestety z prasą i mediami jestem mocno na bakier, więc nigdy się nie dowiedziałem szczegółów - nie wiem nawet czy one tam w ogóle były i ile - więc zachodzę w głowę (mam takie napady), czy tych 400 to na raz, a w innych momentach byli jacyś inni, i może więcej, czy też ogólnie tylu ich zliczono... I kto konkretnie ich zliczał? I czy np. wliczamy okres, kiedy to husaria stała się już sprawą czysto dekoracyjną (czyli jak dzisiaj), znaną z tego, że bez niej nie mógł się odbyć żaden luksusowy pogrzeb. (W osiemnastym wieku to musiało być, skoro jeszcze pod koniec siedemnastego husaria realnie potrafiła bić Turków.)

Sprawa jest, tak to muszę określić... Mówię o tej sprawie żydowskich husarzy (a byli, wobec tego, w ogóle jacyś inni?)... Powiem to: corylliczna. Naprawdę nie chciałbym sprawiać wrażenie, że czuję się jakoś niższy, mniejszy, gorszy, ale ten tam facet (choć ostatnio potwornie nudzi, przynajmniej mnie) ma pewne hipotezy, przemyślenia, koncepcję historii, swoje oczywiście teorie spiskowe, a nawet meta-teorie... Nie jakoś specjalnie różnorodne, ale za to konsekwentne i co więcej takie trochę samograje - da się je zastosować do niemal każdej sytuacji i wynik w sumie zawsze cholernie podobny.

Można to powyższe uznać za w sumie komplement, można za coś wręcz przeciwnego... W czym by była, mówię o tym drugim, przesada, bo niewielu ludzi u nas, i dzisiaj gdziekolwiek na świecie, tworzy własne "szkoły historiozoficzne", które, co by o nich nie powiedzieć, mają ręce i nogi, choć także, w mojej opinii, spore słabości... No i jeszcze potrafi zrozumiale, a nawet dużo więcej, pisać.

(Sporo w dodatku, w czym także jest pewna istotna siła, choć i ma to swoje wady.) No i w tej akurat sprawie, jak mi się widzi, metody i aparat pojęciowy Coryllizmu może się naprawdę świetnie sprawdzić. Tak to widzę.

Po tym rytualnym odżegnaniu się od jakichś ew. podejrzeń, powiem o co mi chodzi, a chodzi mi o to, że z tymi żydowskimi husarzami to sprawa do szpiku kości corylliczna, no bo albo w tym coś jest z prawdy, a wtedy nasuwa się pytanie, dlaczego my o tym nic nie wiedzieli; albo jest to propagandowa ściema i sprawa bardzo paskudna... Tak czy tak, widzę tu jakichś szemranych bukinistów, antykwariuszy, chętnie niepiśmiennych i znających wyłącznie jiddisz, plus jakąś centralę, która zmienia lekko fakty, wymyśla i lekko popycha w odpowiednim kierunku pewne narracje...

Siatkę zależności też widzę - jakiś angielski dwór, jakieś elitarne kluby homoseksualistów, wywiady oczywiście, loże, getta, sztetle (co by to nie było), hucpę jak stąd do Tel Avivu i spowrotem... No bo po prostu ta dziwna opowieść - wciąż mówimy o tych, nikomu przedtem nieznanych, czterystu Żydach, bez których Polska nie mogła się ponoć w epoce swojej wciąż jednak względnej potęgi obyć, bo nie było widać do tego odpowiednich ludzi...

Szlachta, choć z koniem żyła za pan brat i jakoś tam tych Tatarów odganiała, nie nadawała się do elitarnej szturmowej jazdy - więc ratunkiem okazały się Mośki i (excusez le mot) Srule z tych tam sztetli (bo to tak się chyba nazywało).

Którzy bez trudu, bo to zdolny naród, przesiadali się z... Na czym tam oni w tych sztetlach (tak?) siedzieli, na pełnokrwiste ogiery i korzystając z doświadczenia uzyskanego przy rytualnym uboju i obrzezywaniu niemowląt (mistrzowie potrafią to ponoć robić paznokciem, nawet i dzisiaj!), za pomocą kopii, koncerza, szabli (że o łuku czy pistoletach nie wspomnę, bo to był zaledwie dodatek), lali Turka, Szweda, i kto się tam nawinął.

I to była jedna sprawa, którąśmy sobie tutaj zasygnalizowali, nie bez kozery, jak mawiają niektórzy, ale husarska tematyka nie została przez nas wcale wyczerpana i, jeśli Bóg zechce, mamy jeszcze sporo przeróżnych aspektów do przedyskutowania, co oznacza jeszcze kilka odcinków do napisania. Jeśli Stwórca pozwoli, to chciałbym w przyszłości podywagować małowiela na temat stricte militarnych aspektów tej naszej przesławnej kawalerii.

Potem zaś zamierzam np. zdradzić, co jeszcze bardziej imponuje mi w naszej militarnej historii, a ściślej w historii naszej jazdy. (Choćby po to, żeby nie było, że żaden ze mnie patriota bo tylko krytykuję, a nawet PRLu nie lubiłem wyłącznie z powodu Osieckiej i Trubadurów, że o paru innych szmirusach i zagubionych duszach litościwie nie wspomnę). W każdym razie to, co chcę zdradzić, może być dla wielu zaskakujące.

triarius

P.S. Swoją drogą, to widziałem wczoraj, po raz pierwszy w życiu, "Ben Hura", do którego scenariusz, jak wszyscy wiedzą, napisał nasz umiłowany Robert Ardrey. Nie całego widziałem, bo podzielili to na dwa odcinki, a ja widziałem drugi, i to nie od początku.

W każdym razie mówię wam ludzie, że to jest głęboko chrześcijańskie dzieło, a kiedy po końcowej scenie, która nawet w starym bezbożnym cyniku, jak ja, wywołała spore emocje, pojawił się napis Metro-Goldwyn-Mayer, pomyślałem sobie (bo i nie mogłem nie pomyśleć), że jednak w tym roku Pańskim 1956 nastroje i ogólnie świat były zupełnie inne od obecnych. Aż się wierzyć nie chce, że takie coś wyszło wtedy z Hollywód, z tej żydowskiej, jakby nie było, wytwórni, i jeszcze, jak kojarzę, właśnie za to Ardrey dostał Oscara.

Dalekąśmy przeszli drogę, moje kochane ludzie!