wtorek, stycznia 24, 2017

O powszechnym dostępie do broni

Rasowy supersamiec czeka na dostęp do broni palnej
Dałbyś mu kałacha i wiadro naboi?
Nie, moje drogie ludzie - Tygrysizm Stosowany NIE planuje walki o "powszechny dostęp do broni", jeśli to ma być broń palna, odtylcowa i te rzeczy. Pan T. ma wprawdzie różne tam za sobą szkolenia, nieprzesadnie ogromne, ale jednak zainteresowanie robieniem huku połączonego ze smrodem,,,

I temuż podobnież, ale o "powszechny dostęp" w tenkraju walczyć w przewidywalnej przyszłości nie zamierza. Zresztą śmieszy go (a śmiech, jak wiadomo, jest płaczem mędrca) powszechny u naszego Ludu pogląd, jakoby jedyna broń warta grzechu musiała z założenia być bronią akurat palną.

Jak też nie podoba mu się wizja milionów zestresowanych... No bo akurat dostali opierdol (excusez le mot) od szefa, a teraz stoją w siedmiomilowym korku, żeby za czas jakiś ponownie dostać opierdol (j.w.), tym razem od małżonki, o to że bilans się wciąż nie domyka i nadal brakuje na  kafelki do łazienki (skądinąd ważna instytucja w Tygrysiźmie Stosowanym), a ona przecież nie po to za taką łajzę... Itd.

Stoją więc te miliony lemingów z milionowych miast (włączając słoiki) w milionowych korkach - bez żadnych tradycji posiadania broni palnej, bez nabytej dyscypliny (np. i szczególnie wojskowej), bez społecznej spójności ideowej (żeby tylko na takiej poprzestać)...

Jeden to pistoletowy fetyszysta, drugi fetyszysta wszystkiego co ma lufę i robi huk, trzeci zgłupiał już totalnie od komputerowych gier, czwarty do jedenastego pijani, trzech następnych naćpanych, dwóch kolejnych znalazło gdzieś rozpuszczalnik i czas jakiś temu oddało się rozkoszy jego wąchania... I tak dalej.

Żadnego naprawdę zdrowego - jak nie pije i nie ćpa, to już na pewno ogląda dużo telewizji. Nieważne czy "naszej", czy jakiejś innej. Pominiemy już te perły zdrowia psychicznego i normalności, które zaledwie żona bija i od czasu do czasu zdradza, a teściowa codziennie wyśmiewa, że oferma. (Nie mówiłem, że to koniecznie są nasi prawdziwi, niepodrabiani rodacy - raczej nawet na pewno będą to @#%^ z KODu i Platformy. Ale co to w tym przypadku na plus zmieni, jeśli ich uzbroimy? )

Szwajcaria eksportowała najemników przez stulecia, tam raczej nie ma wielu milionowych miast, ci ludzie żyją blisko przyrody (a w kilku wioskach ponoć wciąż żrą kotki i szczeniaki, za co ich cholernie nie lubię), a poza tym topografia Szwajarii jest taka, że te ich tam karabiny coś naprawdę znaczą - trudno się przez wiele miejsc przedrzeć kolumną czołgów, a helikopter też gdzieś w końcu musi wylądować, a wtedy taki Szwajcar z zasadzki: pif-paf... I po sprawie!

Nawet ew. broń jądrowa będzie miała dość niewielki zasięg rażenia. (Wie ktoś dlaczego? Czy też wszyscy po platformianej szkole?) Tutaj jednak, w tenkraju znaczy, jak już sobie ustaliliśmy, jest płasko i ew. potężny, opancerzony, zmotoryzowany i w jakieś masowo-ludobójcze świństwo wyposażony agresor może sobie pohulać, a karabiny mu aż tyle nie zrobią (że o pistoletach litościwie nie wspomnę). Przykro mi, ale tak to widzę. Sam bym chciał, żeby było inaczej.

No a Ameryka? Mówimy o tych wszystkich tych sielsko-prowincjonalnych miastach, sporych jak na europejskie warunki, ale jednak sielsko-rolniczych... ? I o samotnych fermach? Gdzie, i tu i tam, od stuleci bractwo ma broń palną i każdy co drugi dzień strzela do wiewiórek i oposów? (Nie zapominając o srokach, wronach i wróblach..) I gdzie wszyscy się w sumie znają jak jeden łysy koń z drugim łysym koniem? Tak?

No to sorry, ale dla mnie oni mogą sobie mieć broni palnej skolko ugodno, bo na ogół wiedzą co z nią należy robić, jak się nie postrzelić w stopę, albo gorzej, jak nie zastrzelić prababci.... I nawet jeśli mają na temat tej broni lekką obsesję (męska sprawa, czytać Ardreya!), to nie jest to ślepo-śmiercionośny fetysz miejskiego prawiczka i z nałogiem gier komputerowych. Oczywiście są wyjątki i bywa nieprzyjemnie, ale c'est la vie, jak mówią w Baton Rouge i okolicach. U nas byłoby sto razy gorzej, a Putin z Merkelą i inne tropikalne tylko na to... Te rzeczy.

Na przestępców zatem, tak? Bzdura! Od przestępców jest policja, a nie niewyszkolony tchórzliwy i często napity cywil! Przestępcy by sobie świetnie poradzili. Poza tym, jak oddzielić różne targowice, ubecje i ich dziatwę - także tę w siódmym pokoleniu (poza b. nielicznymi chlubnymi wyjątkami, of course), mniejszości seksualne i inne? Euroentuzjastów i rubloeutuzjastów? IM TEŻ dać te kałachy do swobodnego dysponowania?! Niech sobie je przerobią na ogień ciągły i co tam jeszcze? (Nie powiem co by można, bo mnie oskarżą o propagowanie, a ja nie lubię rano wstawać. W każdym razie filozofom się nie śniło, a nie jest to wielka filozofia.)

I tak byśmy mogli klarować te, proste w końcu, sprawy do uśmianej śmierci, ale na razie kończymy, czekając na ew. ęteraktywność, żeby coś jeszcze. Tylko dodamy na zakończenie pointę (czy jak to się tam po naszemu pisze):

Tygrysizm nie walczy o to, by każdy cywil miał dostęp do broni palnej - Tygrysistom o wiele bardziej zależy na przykład na tym, by każdy polski żołnierz miał kuśkę.

triarius

niedziela, stycznia 08, 2017

KODerasta tańczy na wulkanie

Wojna hybrydowa PutinaCiężkie, wbrew ludowej opinii, jest życie KODerasty i niepozbawione zagrożeń! W jednej chwili ciepły dmuch wujka Sorosa owiewa mu pośladki, delikatnie acz stanowczo popychając w kierunku wymarzonych fruktów i... Jak się to drugie nazywa? Też na "f" i podobne znaczenie. Serio mówię, wypadło mi z pamięci. (Dobry doktor Alzheimer uśmiecha się dobrotliwie, ale też ja nie jestem w KOD, więc dla mnie to tak czy tak abstrakcja.)

W każdym razie raz jest super - fajna bryza od baksztagu czy bakwindu - a zaraz, za chwilę... Nie dość że wachty w zimnej pono i ciemnej sali sejmowej... (Wyobrażam sobie jak tam się odbywają przydziały znienawidzonej co najmniej od czasów Fenicjan "psiej wachty" - tej porannej! Wiem o czym mówię. Dobra nasza, jeszcze trochę tego, to się sami pozagryzają.)

Nie dość że psia wachta, to jeszcze wiatr się zdaje jakby ostatnio odwracać. Mówię o wietrze, żeby to tak określić, "międzynarodowym" - raczej INTERNACJONALISTYCZNYM, niż kosmpolitycznym, ale w końcu tylko to się tak naprawdę zawsze liczyło w tej żałosnej arabskiej wiośnie made in RP III. Ale się jakby odwraca. Kojarzycie faceta o nazwisku Fareed Zakaria? Całkiem niedawno było o nim u nas dość głośno, ale przypominam: to ten lewacki autorytet intelektualno-moralny na CNN, który robił wywiady z naszym poczciwym zdRadkiem i był za tubę jego genialnej żony.

O zdRadku oczywiście wiecie, który to? Nie? No to przypomnę i podeprę się cudzym, bo nikt tego nigdy lepiej nie wyraził... zdRadek to ten, który pracowitością (jak to opisuje Kurak) dorobił się kiedyś trójki plus z WFu, za co wyjechał do Anglii, gdzie pewnego dnia jakiś nieznajomy w długim płaszczu i z dziwnym akcentem spytał go mniej-więcej po angielsku, czy chce być sławny, bogaty i mieć żonę tak na oko 50 x od siebie mądrzejszą, choć też bez przesady. Na co nasz bohater, na swoje niewypowiedziane szczęście, i nasze przy okazji, okazał dość przytomności umysłu, by odpowiedzieć "Yhyyy...". I stało się!

W każdym razie ten Zakaria nam miesiąc temu, albo i mniej, zdRadka i jego żonę, a wczoraj co słyszę? U tego samego Zakarii, z tą jego dziwnie wychudzoną mordą? Otóż Zakaria opowiada,,, (A taki kompletny niekompetentny idiota to z niego na ogół nie jest, nie oszukujmy się! "Nasi" w tej chwili w większości na pewno nie są od niego lepsi, choć często słuszniejsi, zgoda.) Więc opowiada, całkiem sensownie, o tym jak to Putin prowadzi teraz na full, jako pierwszy w historii, wojnę hybrydową ze wszystkimi dookoła, a szczególnie z tymi, co ich nie lubi.

Oczywiście ma to związek z Trumpem, którego CNN z Zakarią włącznie, nie znosi, ale to nie oznacza, bym ja nie miał do Trumpa b. poważnych zastrzeżeń i związanych z nim obaw. Nie o tym teraz, a mógłbym sporo, ale powiem w skrócie, że obok wielu swoich innych wad, gość wygląda mi idealnie na wielbiciela genialnych rozwiązań w stylu Jałty. I to powinno wam nieco dać do myślenia, moje kochane ludzie!

W każdym razie Zakaria nawija o tym brzydkim Putinie, a ja nie mogę się z nim nie zgodzić, nawija, nawija, mówi na czym polega ta wojna hybrydowa... Że na fałszywych informacjach, atakowaniu serwerów, czymśtam jeszcze, oraz PADCZIORKIWANIU WEWNĘTRZNEJ OPOZYCJI. O "padcziorkiwaniu" on konkretnie nie mówił, tylko coś po angielsku, ale "padcziorkiwat'" oznacza coś właśnie takiego, chyba "podkreślać", ale u mnie robi o wiele więcej i chwałą mu za to. Dla niekumatych - chodzi o podpuszczanie, podszczuwanie, popieranie i co tam jeszcze.

No już by mogło komuś uszy na sztorc postawić, ale to nie wszystko, bo zaraz nasz dzielny Zakaria podał kilka NAJAKTUALNIEJSZYCH przykładów tej Putina brzydkiej hybrydowej wojny, no i... Wśród b. nielicznych państw, trzech czy czterech, z US of A oczywiście na czele... No i Gruzja, tam się wciąż dzieją przedziwne rzeczy, tylko mało kto o tym wie.

W każdym razie wśród tych paru państw AKTUALNIE ATAKOWANYCH PRZEZ PUTKA gość wymienił POLSKĘ! Atakowanych m.in. przez podszczuwanie i podkręcanie wewnętrznej opozycji. Rozumiecie to? Drobiazg, zajęło mu to sekundę, mało który zwykły telewidz zwrócił na to uwagę (gdzie niby ta Polska?), ale jednak Zakaria mógł tego nie zrobić, a zrobił, Takie rzeczy nigdy nie są bez głębszego znaczenia!

No dobra... Na ten raz odstąpię od moich zasad, a konkretnie tej, by idiotów ignorować i robić im wbrew... (Czego ubek nie zrozumie, o to były prezydent nie będzie miał pretensji. Dość lubię wizyty, ale nie wcześnie rano.) Będzie jak baba krowie! (Petruś? Bezpitulek-Wielgus? Jesteście tam?) 

Otóż opozycja/targowica (my wiemy, że to targowica, ale inni mogą w ogóle nie znać tego pojęcia), która trzy tygodnie temu, zaledwie, była głosem narodu domagającego się swych niezbywalnych praw i elementarnej godności, ach! - teraz nagle w oczach mocno wpływowego i lewackiego (jak to oni) propagandzisty stała się pokracznym bękartem źle wychowanego i agresywnego Putina. Nie fajne?

Tak ze KODowi się chyba sojusznicy zaczynają jakby wykruszać, do tego zamachy i śnieżyce... Swoją drogą Dávila by się uśmiał, i słusznie, bo te smętne informacje o szkodach i ofiarach takiej czy innej brzydkiej pogody wyraźnie w tych zachodnich (w tutejszych nie słyszałem) telewizjach pobrzmiewają ŻALEM, PRETENSJĄ I ROZCZAROWANIEM. Coś jakby ci spikerzy w duszy czuli, i z nami chcieli się tym podzielić, że przecież Nasi Światli Przywódcy tak się starają, już im się faktycznie niemal udało Raj na Ziemi zaprowadzić, a tu nagle ten stary brodaty dziadyga tam gdzieś całkiem zawodzi i mamy co mamy.

Dávila naprawdę pisał o tym, że katastrofy są przez dzisiejszego człowieka (dla nas dla leminga, lebrała, lewaka, bo przecież nie dla Tygrysisty!) odbierane jako krzywda, no ale ten nabrzmiały zawodem i poczuciem krzywdy głos spikerów to coś, czym zapewne nie miał okazji się delektować. A teraz, jak już zwróciłem na to waszą uwagę, sami posłuchajcie i cieszcie się tym, bo to przecie sama esencja tej liberalnej lewackiej (pseudo)religii, którą mamy, a absurd tego bije po oczach, uszach, i musi skłaniać (ew.) Boga do dalszych tego typu figlików. I fajnie!

Zagranica jest w kwestii KODu najważniejsza - z WEWNĘTRZNĄ zagranicą oczywiście włącznie! - ale tam tak czy tak nie wszystko dzieje się jak należy. Weźmy tę sprawę Belzebuba. "Kacper, Melchior i Belzebub" - ha ha, jakie to śmieszne! A przecież dużo bardziej powinno was, ludkowie rostomili, szokować, że tylko jeden Belzebub - bo przecież dla zbilansowania tego bilansu powinno ich być... No ilu? No jasne że czterech! (Mądrasiński tym razem nie byłeś pierwszy, ale to było łatwe, a refleks niestety nie jest twoją mocną stroną. A Pędzikiewicz dostaje drobny plusik do akt.)

Gdyby ten człowiek miał nieco choćby koderskiej mentalności, rewolucyjnej czujności i  europejskiego ducha, to by nie tylko wspomniał, że Belzebubów musiało być co najmniej czterech, ale jeszcze by dodał, że na pewno każdy z tych sześciu monarchów miał przed imieniem kropkę, albo w środku imienia kreseczkę i jedną część taką wyraźnie zza Odry, albo może raczej z jakichś tropikalnych stepów... W ostateczności "von" przed imieniem. A on co? Moher jakiś? I z takimi ludźmi mamy... Sorry! Chciałem oczywiście rzec "mają" (biedaki) pracować? Budować lepsze... Co tam ma być lepsze. No jak niby?!

triarius

P.S. 1 .Kacper .Melchior .Belzebub
P.S. 2 Jeśli to nie jest jakiś błąd i Petru naprawdę nosił za Balcerowiczem teczkę, a nie powiedzmy woził go taczką - to naprawdę trzeba zapłakać nad trudnościami kadrowymi naszej kochanej lewizny.

poniedziałek, grudnia 26, 2016

Clausewitzem w targowicę (oj dana dana!)


Obita buzia - sześć kolejnych stadiówNa temat naszego dziś uroczego tytułu mógłbym sporo i mnie kusi, ale zostawimy to sobie ew. na
koniec, albo też opowiem to jedynie przez telefon jednej takiej Marysi, która mi od jakiegoś czasu zastępuje ekspresję na blogu ekspresją przez telefon, dzięki czemu wy, dobrzy ludzie, nie musicie tyle tego czytać i wszyscy są szczęśliwi.

Czemu tak? A dlatego, że mam coś dzisiaj do powiedzenia w miarę poważnego, dla zbudowania i ukształtowania tygrysicznego narybku, więc nie chcę znowu się zboczyć w jakąś japońską stylistykę i dowcipasy. (Tak mi dopomóż!) Przechodzimy więc do dnia głównego...

* * *

Co lubi Tygrysista? (Całym zdaniem? Tak proszę!) Więc Tygrysista, Panie Psorze, lubi się uczyć, choćby od diabła. Bardzo dobrze! No a co on lubi JESZCZE BARDZIEJ, niż się uczyć od diabła? Całym zdaniem, tak? Całym! No to on lubi, ten Tygrysista, Panie Psorze, uczyć się na błędach innych. Acha, no i oczywiście także uczyć się od Wielkiej Trójcy Tygrysizmu Stosowanego - Panów S., A. i (last but not least, choć przecież właśnie least, tylko stojącego na barkach tamtych Olbrzymów) Pana T. To właśnie lubi, i to bardzo. Brawo! No to jeszcze powiedz nam, Mądrasiński, co on lubi NAJBARDZIEJ?

Najbardziej to on lubi, ten Tygrysista znaczy, uczyć się na błędach takich, których nie znosi i którymi gardzi, szczególnie jeśli te błędy są bolesne i dostarczają widzom masę radości. BRA-WO Mądrasiński, widzę w tobie mojego przyszłego, za jakieś sto pięćdziesiąt lat, jak mnie już może nie stanie, następcę!

I tak by można, ale przejdziemy teraz do hiper-konkretnych konkretów i mięsa (bez kości). Otóż ten cyrk, który nam z takim zapałem prezentuje to smętne coś, które ludzie dobrze wychowani po naszej stronie wciąż określają mianem "opozycja", nadaje się do edukowania młodzieży. Świetnie się nadaje.

Weźmy Clausewitza i jego "geometryczną metodę" analizowania spraw taktycznych. Choć po prawdzie, to Clausewitz trafił do naszego tytułu nieco na wyrost - trochę dlatego, że ładnie się rymuje, a trochę, i więcej, dlatego że to w końcu on wymyślił - jeśli nie samą "geometryczną" metodę - to z pewnością samą jej nazwę. To o czym chcę mówić wyczytałem, na ile pamiętam, nie u niego, tylko u Liddell-Harta, ale o tym to wy nawet nigdy nie słyszeliście i słabo się gość, na swoje nieszczęście, rymuje.

Chodzi o to, że na poziomie TAKTYCZNYM często warto jest pozwolić się już pobitemu wrogowi wycofać, zamiast go koniecznie chcieć wybijać do nogi. Dlaczegóż to, spytacie? No bo, jeśli to mimo wszystko wartościowe wojsko, to nie mając innego wyjścia, niż zastosować zasadę "nie mamy żadnej nadziei, poza brakiem nadziei" (to nie jest głupie, choć trochę jak koan z Zen, no i ładnie brzmi po łacinie), może się ten wróg nagle okazać nieprzyjemny i czymś niemiłym nas zaskoczyć. Było na to trochę fajnych przypadków w historii, które przytacza wspomniany tu wcześniej Liddell-Hart, choć w tej chwili żadnego z głowy wam nie podam.

To ma jednak sens i uwierzcie mi proszę na słowo, że tak to jest! Z drugiej jednak strony, jeśli przeniesiemy się na wyższy poziom - poziom, który sobie określimy jako STRATEGICZNY (żeby już się nie wdawać w pokrętne żargonowe terminologie z poziomami OPERACYJNYMI itd., każdy to i tak ma poklasyfikowane inaczej), to historia zna sporo przypadków, gdy poważnie zemściło się niedobicie pokonanych w bitwie wojsk, które potem się zreorganizowały, ochłonęły i narobiły po jakimś czasie swym wcześniejszym taktycznym zwycięzcom sporo kłopotu. Lub jeszcze sporo gorzej.

Nawet chyba Kościuszce zarzuca się takie coś w jednej wygranej bitwie, choć na swoją obronę mógłby przytoczyć masę potężnych argumentów - od braku amunicji we własnych oddziałach, po ogrom zasobów ludzkich i materialnych swego wroga, którego żadna pojedyncza bitwa nijak nie mogłaby zniszczyć, a co dopiero bitwa toczona na terytorium wroga. Dlatego też Kościuszkę przytaczam tu nie żeby mu cokolwiek wytykać, tylko dlatego że to akurat pamiętam i ktoś może wie o tym coś więcej. Nie tak jak o Sullach, Mariuszach i Bitwach pod Kadesz.

Widzimy z tego powyższego, że w przypadku, gdy uda nam się szczęśliwie (choć nie bez własnej przecie zasługi) wstępnie pobić wroga w bitwie, mamy do rozważenia kwestie zarówno taktycznej, jak i strategicznej sytuacji, oraz podjęcie decyzji w leninowskim języku ujętej w dźwięcznym "szto diełat'?"

No i teraz historia i militarna teoria usuwają się nieco, robiąc miejsce BIĘŻĄCZCE... Ktoś tak bystry, jak Mądrasiński, mógłby już po prawdzie dostrzec, iż analogiczna sytuacja jest ci taraz w kwestii tej @#$%^ "opozycji" i naszej ukochanej PiSowskiej władzy. Te pacany siedzą tam jak idioci (czyli dokładnie tak, jak do nich pasuje) na tej sali, wiedząc, bo nawet do ich mózgów musi dochodzić, że ten wybuch, ten majdan, ta arabska wiosna spaliły na przysłowiowej panewce... (Choć wstyd przyzwoitą panewkę z tym towarzystwem łączyć. Nocnik lepiej pasuje, choć też zbyt wysokie progi.)

Jednak wiedzą też, a w każdym razie ci, którzy tym sterują - bo to przecież nie jest ta od "dyktatury kobiet", jak idiotyczna nie byłaby ta cała reszta i te ich działania - że to ich ostatni strzał wedle podobnych reguł, a co do innych reguł, to nie ma wielkiej pewności, czy się uda, bo to i cholernie skomplikowane, mocno ryzykowne, a czas nie czeka i coraz z tym będzie trudniej...

Więc oni tego swojego idiotycznego "protestu" nie przerwą, bo to by było przyznanie się do porażki, a po tym całym cyrku, a szczególnie po tym jazgocie w wykonaniu wszystkich tych sławnych w świecie i ach-jakże-wpływowych Bulów, Bolków i zdRadków, że "oni się boją" i "śmiechem ich zabijamy", plus kawałki o wyprowadzaniu dwóch milionów na ulicę, wyskakiwaniu przez okna, i o amnestii dla tych członków PiS, którzy dość szybko oprzytomnieją...

No jak oni mogą nagle zwinąć co tam mają do zwinięcia i z podkulonymi ogonami, których zresztą nie mają... Zacząć żyć w miarę, jak na takie smętne przypadki, "normalnie"? No jak? Tak że mamy dzięki nim przepiękny spektakl - jeśli ktoś wie na co patrzeć i patrzy bardziej na wektory i mechanizmy, niż na te ponure mordy i pokręcone ciałka - a także okazję do edukowania przyszłych pokoleń Tygrysistów Stosowanych.

Tak że, w dodatku do standardowych życzeń, które z niewielkim opóźnieniem niniejszym wszystkim fajnym ludziom składam, i do świątecznego jajeczka, możemy także wykrzyknąć Dzięki Ci Panie Boże za tych pajaców! Bo Bóg wie przecie, że Tygrysizm Stosowany nawet takie coś potrafi z pożytkiem zutylizować i za to go słusznie kochamy. (A teraz, po tym niesamowitym naprężeniu intelektualnych muskułów, możecie spokojnie wrócić do Dżingle Bellsów i Renifera Rudolfa z Czerwonym Nosem. Ja nie chcę nic o tym wiedzieć, ale drona na was za to nie naślę. Choć mnie faktycznie kusi, nie da się ukryć.)

No dobra, a gdzie tu ten taktyczno-strategiczny dylemat, spyta ktoś? Dylemat, przynajmniej w teorii, to ma PiS - czy niszczyć tę swołocz do końca już teraz, nie idąc na żadne ustępstwa, czy też bać się, że zdesperowani coś tam osiągną. W końcu są wkurwieni ubecy z TeTetkami, jest Unia, są nasi sąsiedzi i przyjaciele... Jednak na miejscu PiSu szedłbym na całkowite zniszczenie - nie robiąc już właściwie nic radykalnego w tej sprawie, choć wnioski prokuratorskie i inne takie sprawy należą się im jak psu zupa, szkoda że wciąż nie dotyczy to tych najwyżej postawionych...

A w każdym razie na pewno nie cofając się w kwestii ponownego głosowania budżetu, bo to by lemingi rozbestwiło i podbechtało. Jak danie palca. Choć fakt, że ktoś, chyba u Kuraka, zaproponował inne fajne, w teorii przynajmniej, rozwiązanie - powtórzenie mianowicie wszystkich tych głosowań z poprawką w ustawie dezubekizacyjnej, tak by ubecja dostała nie 2 badyle, tylko powiedzmy 850 złotych miesięcznie. Wyrafinowane by to było, ale jak na real jednak zbyt wyrafinowane, a przez to ryzykowne. Słodko pomarzyć, ale niech się NASI trzymają gry pewnej i prostej!

triarius

P.S. No cóż, nie doczekaliście się dowcipasów wyjaśniających sens i wdzięk naszego dzisiejszego tytułu. Poza blogaskowaniem jest jeszcze życie, jest także leberalizm z całą swą ponurą ohydą... Może kiedyś, może interaktywnie. Może nigdy. Zapewne nawet. Przeżyjecie.

sobota, grudnia 24, 2016

Pijacy wszystkich krajów łączcie się!

To nie są żadne @%#%% "media obywatelskie" - to jest mój prywatny blogasek, gdzie sobie co tylko chcę. To nie jest też blogas z założenia polityczny. No nie całkiem... Niemal się zgadzam, że "wszystko jest polityką" (jak rzekł był jakiś komuch) i w takim sensie to jest faktycznie blogas polityczny, jak i wszystko inne na tym świecie, ale poza tym to najwyżej jakoś tak wychodzi. Z założenia tak nie jest.

Tak więc wszyscy poważni ludzie, nie interesujący się prywatnymi pasjami i prywatnym życiem Pana T. proszeni są o zaprzestanie czytania i udanie się na szalom albo jakąś "naszą" telewizję. Inni ew. mogą czytać dalej, ale za nic nie odpowiadam!

* * *

Niektórzy, co bardziej krewcy zawodnicy, pilnie śledzący losy Pana T. i przygotowujący materiały do jego dziesięciotomowej biografii, mogą pamiętać, że wspomniany Pan ostatnio się mocno był zakochał. (Nie rozpaczajcie Piękne Panie i posiadacze urodziwych, a patologicznie wybrednych krewniaczek - nikt tu nie twierdzi, że Pan T. nagle stał się monogamiczny!)

Wybranką serca naszego ulubionego stała się, jak wiadomo znawcom przedmiotu, panna (pani właściwie już, ale mniejsza o tom gość nie jest urodziwy) Carolina Ranírez - kolumbijska aktorka grająca meksykańską śpiewaczkę przecudnej urody, alkoholiczkę zresztą, a w każdym razie okrutnie lubiącą wypić, o imieniu Rosario Guerrero, w niezwykle i globalnie popularnym kolumbijskim serialu "La Hija del Mariachi".

Ta pani (niech już będzie, skoro tak tego chcecie) niestety osobiście nie śpiewa (nawet mi ktoś rzekł na YT, jak się nazywa ta pani, co podkłada głos), ale tak cudnie udaje, że jestem niemal pewien, że gdyby odważyła się dać głos, byłoby niemal tak samo cudnie. A do tego te uszka i te cudne minki, ach!

Pani Carolina jest przez różne takie klasyfikowana jako jedna z 10 najpiękniejszych kobiet na świecie, a ja, choć na ogół te klasyfikacje wydają mi się idiotyczne, pedalskie i bez cienia gustu, tu byłbym się skłonny zgodzić. (Miłość, jak mówią, jest ślepa. Może to to.)

W dodatku Pani C. miała to szczęście, że oko Pana T. padło na jej przecudnej urodzie i jej nieludzko apetycznych uszkach akurat wtedy, gdy nasz kraj deptały stada koszmarnych bezpituli nadstawiających tyłków lewakom, a potem domagających się skrobania za nasze ciężko zarobione. Ale i tak Carolinę bym docenił - pani czy panna, cóż to za różnica dla błędnego rycerza!)

Ktoś może pamięta, że mój poświęcony tej pani tekścik (było tam też nieco o uwodzicielskim Siboneyu) był o tyle kulawy, że nie udało nam się wkleić tych filmików z YT. Były jakoś tak legalistycznie pozabezpieczane. Teraz jednak udało mi się dwa takie znaleźć. Są tu trzy piosenki, a wszystkie na taki czy inny sposób pijackie!

W dodatku z napisanymi na ekranie karaokicznymi tekstami, choć w przypadku tej pierwszej z niesamowitymi błędami - w sensie tekstu wziętego z czapy i nie zgadzającego się ze śpiewanym, bo ortografia zdaje się być OK. Są tu też dość długie scenki, gdzie owa urocza para przystojnych pijaków pije i kłóci się, a potem pije i się godzi, zaś w krótkich międzyczasach drug druga przeprasza. Wszystko do muzyki i o to chodzi!

Sam niemal nie piję, ale skoro inni piją, to niech chociaż połączą się w bólu (Bul to co innego!) z innymi pijącymi narodami. (Nie piję wódki, albo niezwykle rzadko, a lżejsze alkohole nawet lubię, ale i tak rzadko także to, choć o wiele częściej. To dla moich przyszłych P.T Biografów. Swoją drogą Oscar Wilde fajnie był rzekł, że: "Praca to przekleństwo klasy pijącej", pod czym się na trzeźwo podpisuję oburącz.)

No więc tutaj zakochani (wciąż, jak wynika z ich słów) planują ostateczne rozstanie po obaleniu ostatniej wspólnej flaszki. To dość znana meksykańska piosenka i nie bez przyczyny. (Że to wszystko proste, na czterech akordach i nieco przypomina Disco Polo? Co za paskudne skojarzenie! Sorry, ale sztuka to sprawa niuansów i sto razy wolę cudo na czterech, niż bełtanie się bez sensu na czterdziestu, jak to się ciągle słyszy.)




W poniższym zaś filmiku jest dość długa i całkiem zabawna, jeśli się rozumie co mówią, scenka, plus dobre napisy. Chodzi tu o to, że nasza Rosario po upiciu się poprzedniego dnia i jakimś chyba narozrabianiu (nie doszedłem jeszcze co takiego zrobiła, kiedyś będę musiał to sprawdzić) przychodzi pod okno ukochanego z cała orkiestrą, śpiewać mu serenadę. (Serenada, jak się dowiedziałem z tego filmiku, to co najmniej cztery piosenki. Tutaj są dwie, bo orkiestra jest już potwornie śpiąca i marudzi.)

Pierwsza piosenka jest śliczna i skoczna, taki dziki walczyk, a tytuł przetłumaczyłbym z elbląska (mówię o Elblągu w latach '60, teraz nie wiem jak tam jest) na "No i ch....!", choć bardziej cywilizowanie dałoby się to wyrazić jako np. "No i co z tego?".

W oryginale "Y ándale", czyli jakieś takie "A niech sobie idzie!", ale też nie całkiem to. Dokładniej może jakieś "Weź go, niech sobie idzie!", choć krócej. (Ech ten mój perfekcjonizm w tłumaczeniach!) W każdym razie dziewczyna opowiada w niej jak kocha się upijać, bo to rozkoszne, choć wszyscy, z ukochanym i jego rodziną włącznie, mają ją z tego powodu za nic. (Nie mówię, że z tą rozkosznością to na pewno prawda, więc nie róbcie tego w domu, a jeśli naprawdę musicie, to na własną odpowiedzialność.)

Także zapewnia, iż to nie z powodu miłości tak sobie namiętnie daje w szyję, co akurat jest o tyle zabawne, że zaraz w następnej zapewnia, że pije tylko z miłości, czego się wcale nie wstydzi i na każde wezwanie to przyzna. (Zrozum tu kobietę!) Piękny w każdym razie kawałek. A potem ten drugi, jakże inny i jakże piękny także i on. Acha - tytuł chcecie? "Pa' todo el año", czyli "Na cały rok" (nieco gwarowo). Chodzi oczywiście o zapas alkoholu, bo i o co innego by miało chodzić?

Potem orkiestra ma już wtedy całkiem dość, jak wynika z ich słów, choć wciąż spisują się bardzo dzielnie, i serenada się kończy, ale nie od razu, bo jeszcze wykonują krótkie coś, co mi wygląda na joropo, choć co ja tam wiem, tym bardziej, że joropo to pogranicze Wenezueli i Kolumbii, a nie Meksyk, choć z drugiej strony Carolina to Kolumbia właśnie....

W każdym razie ukochany skacowanej, ale wciąż cudnej, Caroliny/Rosario, ten filmowy (niech mu tam ziemia lekką), który wcześniej domagał się następnych rancheras, tłumacząc, że po takiej karłowatej serenadzie wybaczyć skłonny nie będzie, ale druga całkiem go rozkleiła i mamy znowu (na czas jakiś oczywiście tylko, ale do końca filmiku) sielankę. Wszyscy dialoganci cały czas mają masę radości z wczorajszego upadku i dzisiejszej skruchy naszej umiłowanej, chwalą także jej śpiew i słusznie (choć my wiemy, że to nie ona i serce nam to nieco rozkrwawia). Ech!

W każdym razie mamy tu trzy pijackie piosenki i stosowny kontekst cum atmosferę, czyli coś jak Pije Kuba do Jakuba, ale dla mnie, choć uważam się za patriotę, w sporo lepszej wersji. (Szwedzi też mają lepsze pijackie piosenki zresztą, w każdym razie jeśli oni naprawdę po pijaku śpiewają swojego Bellmana. Nie sprawdziłem tego zbyt dokładnie, mea culpa, ale faktycznie b. mało żłopię.)

Zostawiam was zatem z Boską Caroliną (ach te uszęta!) i żeby mi już nikt nie marudził, że was jedynie dręczę Monteverdim! No i macie tu odtrutkę na feministki i inne bezpitule, która na pewno będzie wam częściej potrzebna, niż byście tego chcieli. ¡Y hasta la próxima! 


triarius

P.S. A tak całkiem na marginesie, to filmowe imię i nazwisko naszej umiłowanej brzmi przekładają się polski jako "Różaniec Wojownik". Aluzja jakaś?

wtorek, grudnia 20, 2016

Bieżące aktualności - 002

Trzeba sobie powiedzieć (i to jest cholernie optymistyczne... ktoś tam u góry, mimo wszystko?), że ta zamierzona arabska wiosna cholernie nieszczęśliwie (dla niej) wstrzeliła się w łańcuch międzynarodowych wydarzeń.

Gdybyśmy mieli jakiś taki - hipotetyczny i raczej trudny do wyobrażenia w tych ciekawych czasach - okres, że jedyną informacją, którą mogliby tłuc swe ofiary po głowach macherzy od mediów byłaby wizyta księcia Karola w Klubie Wielopłciowych Lesbijek, z dokładnym opisem co tam jadł i jak cudnie prześwietlała jego uszy zorza zachodzącego słońca - no to mielibyśmy tu arabską wiosnę co się zowie, a tak nic z tego (da Bóg!) nie wyszło.

* * *

Naprawdę nie chcę tu siać paniki i sam w żadnej panice w tej akurat chwili (wtorek 20 grudnia,
Baby się biją
godzina 22:33) nie jestem, ale - choć serce moje oczywiście tęskni do wiadomości, że KODeraści i inna targowica dostała po ryjach - to jednak, gdybym był Putinem, to bym tego pragnął, a nawet więcej, dokładnie tam, gdzie podobno, wedle fejzbukowych informacji (być może fałszywych) to się miało zdarzyć. Czyli w Przemyślu.

Gdzie ponoć różne fajne sprawy, ale także Ukraińcy. Polscy nacjonaliści i te rzeczy. Same te dwa słowa... Płachta na byka, a co dopiero na Ukraińca. Więc to mi aż tak cudnie wcale nie pachnie, choć serce przecie nie sługa. Oby to nic istotnego nie znaczyło, że akurat tam! (Jeśli to w ogóle prawda, choć jeśli nie, to też ktoś kochający spiskowe teorie z udziałem Putina miałby tu używanie.)

* * *

Te moje obrazki bijących się kobiet i innych bezpituli, to nie to, że ja takie publicznie się naparzające ku uciesze gawiedzi baby lubię czy cenię, nie to także, bym uważał że teraz w Polsce mamy mamy dwie strony, w sumie równe, które się jak baby po mordach...

Nie - to po prostu z jednej strony moja prywatna... Nieważne! Z drugiej zainteresowanie różnymi sprawami, jak bicie brzydali, historia, obrazki, stroje, cycki... Z trzeciej zaś to, że kiedyś obrazków bijących się bab, i bab bijących chłopa, szukałem do swego cyklu o Uga Uga, więc teraz mam sporo śliczności, które chciałbym jeszcze w tym życiu wykorzystać. A warto, bo spójrzcie tylko, ile dynamizmu te obrazki dodają - nie mówiąc już o tym, że np. ktoś może stwierdzić, że skoro mogą baby, to może i on... Te rzeczy.

(To było oczywiście niezbędne zjadanie własnego ogona, a mówiąc prozaicznie sprawy organizacyjne. Odhaczone!)

* * *

Kiedy byłem młodym chłopcem hej, ktoś ze znajomych wyraził pogląd, że dwóch względnie zgranych idiotów jest w stanie bez trudu obrzydzić życie i w sumie mniej lub bardziej ośmieszyć najmądrzejszego człowieka, jeśli będą mieli na to ochotę. Od tego czasu wielokrotnie przekonałem się, że to absolutna prawda. Co więcej, można to odnieść także do leminga, a nawet by było trzeba. Więc informuję:

Nie ma nikogo tak pewnego siebie, tak pełnego pogardy i potencjalnie agresywnego, jak leming w stadzie podobnych sobie lemingów, ani nic tak niepewnego, spłoszonego i potulnego, jak leming wyizolowany ze stada. (Musi sobie tylko zdać z tego sprawę, że jest nagle sam jak palec, a lemingi rzadko są bardzo lotne, więc to może potrwać.)

Zapamiętać! Wynika z tego masa spraw jeszcze bardziej skomplikowanych, niż to na pierwszy rzut oka widać, ale i to co widać wystarczy do płodnego rozmyślania. (Rozmyślać!)

* * *

Rozmawialiśmy tu sobie kiedyś o tym, że zapewne przyjdzie taki czas, że ci brzydcy islamiści, Państwo Islamskie (tak oczywiście tylko zwane, i oby tak zostało) i temuż podobnież, znajdą jakieś haki na Naszych Globalnie Umiłowanych, skutkiem czego ze ślepego drug druga okładania - ja cię @#$% zbombarduję dronem, a ty mi TIRem w tłum (z drugiej strony widziane oczywiście odwrotnie: Ty mi TIRem... Itd.), zrobi się jakiś tam, mimo wszystko, "dialog". Kulawa jego forma, bez nadmiaru miłosnego obśliniania, ale jednak dialog.

Na nasze, tygrysiczne znaczy, z Agresji Aspołecznej zrobi się Agresja Społeczna (choć niekoniecznie w naszym polskim stylu z częstochowskimi wierszykami i JP2)... No i nie wiem, czy coś takiego właśnie się nie zaczyna. Wyjaśnię o co mi chodzi tak... Dotąd u naszych Zachodnich Przyjaciół zamachów prawie nie było, prawda? Chyba że jakieś indywidualne afgańskie chłopię siekierką i nożem, sponte sua, w przypływie złego humoru...

No bo byliby durni, ci islamiści znaczy, gdyby w ten sposób, przez zamachy, zwiększali opór miejscowych przeciw przyjmowaniu "uchodźców" milionami i utrudniali Merkeli jej zbożną działalność. To jest chyba dość jasne? Zawsze wiedziałem, że im się tam zamachy w sumie, w tej niemczarni, na razie nie opłacają. Co innego gdzie indziej. Jednak teraz "uchodźców" przybywa tam już zdecydowanie, z tego co słyszę, mniej, więc zapory jakby pękły... No i nie zdziwię się, jeśli teraz zamachy się posypią. Jeśli nie jakieś wyrafinowane i na dużą skalę, to indywidualne i mniej lub bardziej spontaniczne.

Wtedy zaś te ich (i niestety poniekąd także nasze) Merkele zaczną wywęszać skąd wiatr wieje i dojdą, bo aż tak durne, by nie potrafiły to one jednak nie są, że jeśli coś zrobią muślimom, "uchodźcom", i całemu temu kompleksowi wbrew... Lub, od drugiej strony, zrobią na rękę czemuś, co muślima nie lubi, albo za czym muślim nie przepada, to będzie niemiło, a jak Merkela będzie grzeczna, to tylko jakieś takie drobne, dla przypomnienia, że może się zdarzyć, w wykonaniu chłopiąt.

Tak to widzę, jestem pewien, że te tam Merkele błyskawicznie to pojmą i zaczną w to ładnie grać. Czy może raczej tańczyć, a tamci będą przygrywać. I to będzie naprawdę ogromny pierwszy globalno-strategiczny, już nie czysto militarny czy tylko popularność wśród muślimskiego ludu, sukces tych paskudnych Takzwańców.

* * *

Od początku nie miałem wątpliwości, że im głośniej i huczniej zapowiadano to długo wytęsknione wyzwolenie Mosulu, tym mniej ta sprawa dobrze wygląda i tym ciszej będzie, kiedy wszystko okaże się o wiele trudniejsze, niż się naszym światłym wydawało.

No i oczywiście miałem rację! Już na zachodnich telewizjach oficjalnie (choć nie w najlepszym czasie antenowym) mówią, że inwazja stanęła w miejscu, że - o dziwo! - sunnicka ludność zdaje się być dość zdecydowanie za brzydalami z Państwa Tak Zwanego, co dla normalnych ludzi nie powinno być aż tak dziwne, skoro wiedzą, że ta inwazja, poza amerykańskimi nalotami, to niemal wyłącznie siły szyickie i Kurdowie, których sunnici nie lubią i słusznie się boją.

W każdym razie płacze się w tych telewizjach, że tu już nie chodzi o cztery czy pięć (Jezu! tylko tyle ich tam jest, tych brzydali?!) tysięcy paskudników z Tak Zwanego, tylko o dużą część tej tam wypatrującej jutrzenki swobody ludności. Ale jaja, że tak przez trzy podzielę znany bonmot pewnego natchnionego Klasyka-bezpitulka. Ciśnie mi się też na usta pytanie: to za to my tym durniom tyle płacimy?! I nie mówię akurat o islamistach, choć ich też nie lubię.

Zresztą także dotyczy to wojska, które nie potrafi z dowolnego miasta wypędzić pięciu tysięcy lekko uzbrojonych ludzi, a pozwala im się w tym mieście zakorzenić i zaprzyjaźnić z ludnością. Nie, to się po prostu nie da pojąć, kto nami obecnie raczy rządzić i jak skutecznie nam ten świat na ziemskie Paradyzjum przerabia!

 Przypomina to wszystko... Znaczy nie wszystko, bo np. nie ci genialni eksperci i takie sprawy, tylko sama brawurowa inwazja i jej nie mniej brawurowa medialna oprawa, owe słynne, choć chyba mityczne w sumie, chóry z oper, że oto: "biegniemy, biegniemy, już biegniemy, pędźmy, biegnijmy, nie ma chwili do stracenia, biegnijmy...", a cały czas stoją na scenie i śpiewają. Czy to zresztą nie typowe dla tych czasów i dla tej... Ech!

* * *

I to na razie tyle, ale jeśli jeszcze ta aktualność nieco potrwa i my pożyjemy, to mamy sporo innych tego typu fascynujących rzeczy do omówienia, tylko że życie ma swoje prawa.

triarius

Ubogać Się Na Święta!

Masz kłopot ze znalezieniem fajnego prezentu pod choinkę dla córeczki? No to już się nie stresuj, bo takie oto coś jak poniżej znalazłem właśnie w sieci. Jakby specjalnie dla ciebie, prawda?


Niewieście obrzezanie na XMas

Niestety trudno to zakreślone i fascynujące odczytać, więc oto ten specjalny fragment wycięty i powiększony...

Fajne ubogacenie pod choinkę


Dałoby się to skomentować i naświetlić z całkiem wielu punktów widzenia, co może jeszcze zrobię, ale już nie w tym wpisie. (Komentowanie wydaje mi się potrzebne, bo ludzie tygrysicznie nieprzeszkoleni mają zwyczaj nawet z najbardziej jednoznacznych faktów wyciągać najgłupsze z możliwych wnioski i trzeba ich prostować, ale to samo w sobie jest wystarczająco interesujące, więc na razie zostawiam was z tym cudem sam na sam.)

triarius

niedziela, grudnia 18, 2016

Bieżące aktualności - 001

Sytuacja jest chyba znacznie poważniejsza, niż się większości "naszych" wydaje. Choćby już ten brak "naszych" telewizji w połowie kraju świadczy, że to nie tylko dobrze przygotowana akcja, ale że bierze w niej także udział sporo poważnych sił.

* * *

Za publiczne używanie słowa "Antifa" w stosunku do tego lewackiego czegoś dawałbym kopa w dupę z polityki czy mediów (a mówię tu o "naszych") i wysyłał do łopaty. Jeśli ktoś tego jeszcze nie pojmuje, nie nadaje się do pracy, jakby nie było umysłowej, a co dopiero do robienia czy komentowania polityki. Które to zajęcia mają spory wpływ na rzeczywistość, przynajmniej w momentach takich jak w tej chwili.

To jest to samo co z "koktailem Mołotowa" czy, sprawą nieco wprawdzie mniejszą, ale też nieco samobójczą, czyli mówieniem o jaruzelskiej matrioszce "generał". Albo o lemingu-półanalfabecie, czy po prostu ubeckiej mendzie, "wykształciuch". (Teraz już wiemy kim jest Dorn, tak? No to ja na to wpadłem wcześniej.) Ogólnie ci "nasi" politycy i komentatorzy - z pewnymi wyjątkami - to żenada z tym ich nawoływaniem do porozumienia i kompromisu, ale też nie tylko z tym.

* * *

Nie ja na to pierwszy wpadłem, ale (parafrazując oczywiście i odwracając Clausewitza): Polityka to wojna toczona innymi środkami. (Oczywiście może też istnieć arystotelesowskie "dbanie o dobro wspólne" i dobrze, jeśli istnieje., ale to nie jest "polityka" w ścisłym sensie.)

* * *

LEMINNG SZANUJE WYŁĄCZNIE SIŁĘ I NAJBARDZIEJ ZE WSZYSTKIEGO GARDZI SŁABOŚCIĄ! (Bardziej precyzyjnie: tym, co bierze za słabość. I to szanuje, co UWAŻA za siłę - tutaj także. Na przykład możliwości okradania proli czy złote Rolexy.) Wszelkie podchodzenie do niego z sercem na dłoni i próby wzięcia go na litość, albo na wyrzuty sumienia, leming interpretuje właśnie jako słabość i... Powrót to początku tego akapitu. Zrozumcie to wreszcie wszyscy naiwniacy próbujący np. nawracać lemingi z kręgu swych krewnych i znajomych! (Bo "nasi" politycy i "publicyści" ewidentnie są z natury zbyt głupi, by takie rzeczy zrozumieć i nie ma co do tego większej nadziei.)

Jeśli ktoś nie wierzy, to niech się zastanowi, gdzie - w jakich to politycznych systemach - leming robi się uroczym stworkiem i patriotą, kiedy łazi w nogę wznosząc państwowotwórcze okrzyki. Chodził ktoś do szkoły? Nawet prlowskiej albo w czeciejerpe? No to właśnie! (Nie żebym te systemy ze sobą kompletnie zrównywał, oczywiście.)

No bo przecież tam leming nagle kompletnie nie znika - to chyba oczywiste, prawda? Ino się ślicznie przepoczwarza w kochającego swój kraj (i co tam jeszcze dostanie do kochania) obywatela. Pod wpływem czego, że spytam? Wiecie już? No zgoda, było ich wtedy na pewno mniej niż dzisiaj - ludzie pracowali fizycznie, nie chodzili do przedszkoli, nie było telewizji... Ale były. A w każdym razie lemingi POTENCJALNE, czyli tacy, co by lemingami byli, gdyby "dano im szansę". ("Protolemingi", żeby to tak określić. I tu właśnie te przedszkola, telewizja, korporacje, Starbucksy...)

Oczywiście nie twierdzę, że leming jest główną siłą sprawczą w tym, co teraz w Polsce mamy - byłbym idiotą, gdybym tak sądził - ale leming bierze w tym aktywny i hałaśliwy udział, i o duszę leminga toczy się też spora część walki. Jest masa lemingów, które na razie żadnego udziału w zadymach nie biorą, nie są uruchomione i zagospodarowane, ale gadają z innymi, tweetują, mają kontakty z zagraniczniakami, tworzą więc światową opinią, są w różnych instytucjach i mogą w razie czego piasek w tryby... 

I one, niestety, zdają się tą obecną sytuacją, w tym bierną i czysto defensywną postawą "naszych", być powoli spychane na coraz radykalniejsze pozycje. W kierunku coraz śmielszych działań.

Nie twierdzę, że na pewno możemy ich jakoś postraszyć lub natrzeć im uszy, bo pewnie właśnie (niestety) nie, nie chcę się sprzed bezpiecznego ekranu na takie tematy autorytatywnie wypowiadać, ale też warto sobie zdać sprawę z tego, że takie zjawisko tu występuje i nam nie pomaga.

(A tak przy okazji, to niektórzy dojrzą, że znowu mamy tu naszego nieocenionego Ardreya i to, co Pan T. określa mianem "instynktu linczu". I o czym pisał np. zaraz po utracie przez PiS władzy w 2007.)

* * *

Wiem, że to straszne, co teraz mówię i wielu porządnym z kościami ludziom rozkrwawię serduszko, ale fakt, że ktoś ładnie przeprowadzał staruszki przez jezdnię, nie oznacza, że poradzi sobie w klatce UFC. Niestety, choć od przeprowadzania staruszek mamy specjalistów nienajgorszych, jak się z radością przez ostatni rok dowiedzieliśmy, ale z tym UFC to na razie nic pewnego.

Gadki-szmatki, że oto "Beatka nas uratuje", albo że "Duda sobie poradzi", wydają mi się dość smętną metodą walki z tą zdeterminowaną i zasilaną na różne sposoby przez naszych odwiecznych wrogów swołoczą. Oby sobie poradzili i nie wykluczam, że tak, ale gwarancji na razie nie widzę. Sorry, że zakłócam słodki sen! Wiem, że duże demonstracje po naszej stronie wiążą się teraz ze sporym zagrożeniem różnymi prowokacjami, ale jednak ta demonstracja Gazety Polskiej wydała mi się nad wyraz marną odpowiedzią na to, co się nam próbuje zrobić. (Znowu przepraszam!)

Miałem dziś nieco nadziei na jakieś ćwierć miliona spontanicznie tam gdzieś zebranych - a wiem przecie, że to Warszawa i co to za miasto - a tu takie cherlawe coś i te przeróżne mało konkretne, mało głębokie analizy dla ubogich duchem, dla jakiegoś prawicowego leminga, w wykonaniu tych tam przywódców... Ech!

triarius

środa, grudnia 14, 2016

Czemuś głupi?

Śliczny obrazek à propos
Takie coś przyszło mi do głowy. (Parafraza znanego skądinąd liberalnego powiedzonka. Tyle że ludzie naprawdę kreatywni wiedzą, że cała kreatywność to tylko sprytne ścierwojadztwo, więc gdzie tu problem?) W każdym razie od razu poraziło mnie swoją prawdziwością. Idzie to tak:

 Czemuś głupi? (No dobra, złagodzę: "Czemuś głupi POLITYCZNIE? Za to jak but. Narodzie mój najukochańszy.") Bo nie czytałeś Ardreya. A czemu nie czytałeś Ardreya? Boś głupi. (Niech będzie "politycznie głupi", żebyście nie płakali za bardzo).

Jak przerwać to błędne koło?!

To było mięso, natomiast gdyby ktoś chciał sam, w domowym zaciszu, potrenować sobie tygrysiczne myślenie, gdyby zapragnął wznieść się na megapoziomy... (Oczywiście już po przeczytaniu Ardreya, bo bez tego nie rozmawiamy.) To niech weźmie na warsztat kwestię naszej/nienaszej obecnej "opozycji", Unii "Europejskiej" i tych wszystkich cyrków, co je mamy, w świetle następujących słów kluczowych:

diamat, marksistowska dialektyka, realizm socjalistyczny, schizofrenia bezobjawowa, liberalizm, moralność socjalistyczna (oczywiście "socjalistyczna" w znaczeniu kacapsko-marksistowskim, bo do dyskusji o bezprzymiotnikowym socjaliźmie nie raczymy się tu zniżać), Komisja Europejska, cośtam weneckie... Nie mówimy tu teraz o sprawach względnie prostych i oczywistych, jak targowice, bratnia pomoc, ob*otowe q*slingi, ino o głębokich i meta-skomplikowanych.

Plus książka "Ciemność w południe" (Arthura Koestlera, gdyby ktoś nie wiedział). Kto potrafi inteligentnie WSZYSTKIE te słowa kodowe połączyć między sobą i tym co się w Polszcze i wokół niej obecnie wyprawia - ale nie chodzi o połączenie w jakąś tam wypowiedź, ino o użycie ich w inteligentnej ANALIZIE! - może się zgłosić po cenną nagrodę. Nie wiem jeszcze dokładnie jaką, ale nie wykluczam nawet Uśmiechu Prezesa, przy czym tym doraźnym prezesem byłbym ja sam.

A teraz, ambitna młodzieży (także ta starsza i całkiem już obwisła) - do roboty!

triarius

P.S. Ardrey, nawiasem mówiąc, jest dostępny na http://chomikuj.pl - zarówno w oryginale po angielsku (poza "Hunting Hypothesis", jeśli mówimy o jego czterech hiper-ważnych książkach), jak i spory kawał po polsku w moim tłumaczeniu (niby to samo co tutaj w odcinkach, ale bardziej wylizane i w jednym kawałku).

niedziela, grudnia 04, 2016

Krótko o blaskach i cieniach epistemologicznej naiwności zatem...

Rodzinna wielokolorowa radość
Znajoma mnie dręczy, żebym coś napisał, i to nie o biciu ludzi, choćby byli brzydcy, bo to jej akurat nie interesuje. Na pisanie ochoty wielkiej nie mam i w ogóle stary już jestem, ale postanowiłem zadośćuczynić. Oto tekścik - w zamierzeniu krótki, ale może się nie udać - specjalnie dla niej, tej znajomej znaczy. O tym co w tytule.

* * *

Nieograniczona ufność i epistemologiczna naiwność to nie są brzydkie rzeczy, ani niesympatyczne. W kobietkach, dzieciach, szczeniaczkach i ślepych kociętach to nawet po prostu cudo. Gorzej jeśli to się łączy z patriotyzmem. Nie chcę się wypowiadać na temat innych patriotyzmów - niech sobie z tym radzą jak potrafią i w wielu przypadkach im gorzej, tym dla mnie lepiej - ale jeśli mówimy o patriotyźmie akurat polskim, to wolę jednak wraz z nim niewiele tych przecudnych cech, o których sobie właśnie mówiliśmy.

Znajoma owa, nie tylko że jednocześnie wynosi Pana T. i jego blogaska pod niebiosa, a z drugiej strony interesuje się jedynie zawartymi tam dowcipasami i przekomarzankami - które się faktycznie ładnie komponują z Ziemkiewiczami i Magdalenami Ogórek tego świata, ale przecież nie stanowią istoty tego blogasa, o Panu T. i Tygrysiźmie Stosowanym nawet nie wspominając...

Do tego ta moja urocza znajoma w niemym zachwycie ogląda wszystkie filmy i co tam jej w tych telewizjach i na YouTubach pokazują, kompletnie odrzucając PanaTygrysiczną postawę swego rzekomego Guru i Mistrza, czyli najsampierw pytanie "po co ten @#$% autor/reżyser/komediant/itp. w ogóle to spłodził, co on chce mi właściwie wcisnąć i dlaczego, oraz jak mam się do tego najlepiej ustosunkować". Czyli REWOLUCYJNA CZUJNOŚĆ, albo spora jej część w każdym razie. Jeden z filarów Tygrysizmu.

Zgoda - bywają przypadki, że i ja oglądam coś, albo częściej słucham, w niemym zachwycie, ale to właśnie SZTUKA na tym polega, że człek się tym syci i w tym nurza odrzucając wredne podejrzenia wraz z analizami "kto za tym stoi,komu to służy" - zata- i rozta- piająć się w tym tam Monteverdzie czy innej pannie Carolinie Ramírez. (Choć po prawdzie tam chyba nie panna Carolina śpiewa, bo to klasycznie wyszkolona baletnica turned actress. Oczywiście szkoda, ale i tak - te minki, te uszeczka... Ach!)

Można by to analizować w dysertacjach i wielotomowych dziełach (którą to myśl wspomniana tu moja znajoma odrzuciłaby od razu ze wtrętem), ale jest tu i wielkość efektu przy względnej skromności środków i parę innych rzeczy, które z takich czy innych powodów (które też by można analizować do upojenia) całkiem nie pasują macherom, geszefciarzom i propagandzistom. Artystom zaś jak najbardziej.

(Krótkie to już teraz nie jest, więc jeden z naszych celów nam się nie osiągnie, Cóż...) Przechodzę do konkretów. Pewnie każdy widział tę reklamę ze starym grzybem, który się najpierw pracowicie uczy angielskiego, robiąc różne zabawne błędy i rywalizując w wymowie z samym Tuskiem, a potem leci gdzieś, zapewne na Wyspy Brytyjskie i po angielsku wita się ze swoją, pierwszy raz widzianą, jak się możemy domyślić, wnuczką. I ta wnuczka jest małą Mulatką.

Jakież to wzruszające, prawda? Tylko paskudny rasista nie rozczuli się widząc taką scenkę, no bo jakże? No i chyba nie sposób się w tym dopatrzyć żadnej brzydkiej propagandy czy wrażej manipulacji? No to powiem tak... Mam ci ja znajomą. To znaczy miałem znajomą, w realu, mieszkała w Gdańsku, a potem wyjechała do Anglii, gdzie, z tego co wiem, a miałem z nią jakiś czas pewien kontakt przez Fejzbuka, prowadzi niewielką firmę. Firmę krawiecką i z całkiem fajnym sukcesem. Znaczy i klienci są, i bilans ekonomiczny z pewnością dodatni, a ona, właścicielka, co bardzo przecie ważne, naprawdę lubi to co robi i jest w tym dobra.

No i ta znajoma ma wnuczkę, która też w tej Anglii mieszka, nie wiem jak blisko, w każdym razie ona tę wnuczkę bardzo kocha i są w czułych stosunkach... I ta wnuczka to, wystawcie to sobie, taka mała (nieco już jednak starsza niż ta w reklamie) Mulateczka. Naprawdę ciemna i naprawdę mocno kręcona w kwestii włosów na głowie.

Znajoma musi nieźle sobie radzić z angielskim, skoro mieszka tam już dobrych kilka lat i radzi sobie z firmą, więc ktoś by rzekł, że - minus Tusk, samolot i kaleczenie wymowy - sytuacja dość w sumie podobna. Tyle że - jak na moje, nieco lękliwe i pozbawione większej nadziei, pytanie czy owa ciemnoskóra wnuczka cokolwiek z polskiego rozumie, otrzymałem odpowiedź, że nie tylko rozumie, ale także nienajgorzej mówi. Nie mam powodu tej jej babci nie wierzyć.

Mogła by oczywiście nie mówić i nic nie rozumieć, bo świat dookoła jej mówi (taką czy inną, jeśli mówimy np. o emigrantach) angielszczyzną, ale jednak komuś się chciało z nią (w znacznej mierze przecież "bezinteresownie") po polsku rozmawiać i ją poduczyć. (Oczywiście takie dziecko nie ma szansy mówić bez masy błędów i posiąść przebogatego słownictwa, z pisaniem także będą problemy, ale różnica między jakąś tam znajomością polskiego i całkowitym jej brakiem jest ogromna.)

O co mi chodzi? Po pierwsze o to, że warto jednak zwracać uwagę na to, co między wierszami, na konteksty, nieme i niby-oczywiste założenia w różnych przekazach, czyli na to, co właściwie ten czy inny @#$% od filmu, piosenki, czy reklamy chciał nam do duszy wstrzyknąć. Naprawdę warto! (Mam w tym temacie własne niemałe doświadczenia zresztą, żeby nie było że wygłaszam kazania nie mając o niczym pojęcia.)

A schodząc na nieco niższy, bardziej konkretny i mniej "meta", choć przecie równie istotny poziom, to wezwę, podpierając się konkretnym przykładem mojej byłej znajomej i jej uroczej egzotycznej wnuczki, by - nawet jeśli nas losy, Historia i cała ta @#$# swołocz, jak też wady i przywary naszego Ludu z kraju wywaliły, nawet jeśli tam się mnożymy, i nawet jeśli w przewidywalnej przyszłości o powrocie do tych pałających dzięcieliną borów i wierzb płaczących na mazowieckich piaskach wracać nie planujemy - to jednak dzieci ojczystego języka nieco choćby nauczyć. To się daje zrobić, może poza jakimiś hiper-skrajnymi przypadkami.

Wbrew pozorom ma to także b. wymierne i konkretne zalety, o których może kiedyś, szczególnie w przypadku licznych i przejmujących próśb, ale na razie macie po prostu apel, napędzany czystym patriotyzmem, gryzieniem sercem, etyką i aksjologią. I nawet tego powinno być dość, by by wasze ewentualnie wielobarwne potomstwo jednak miało z Polską jakiś duchowy związek. Dixi!

Jeszcze tylko kropka nad "i". Dla co mniej bystrych i/lub wyczerpanych liberalnym życiem do tego stopnia, że stracili dar wrodzony domyślności... Otóż te @#$#% w tej reklamie mówią nam, wedle mojego rozumienia: "tak czy tak się wynarodowisz, jeśli nie co innego, to twoje kolorowe wnuki cię do tego zmuszą, więc wynarodów się od razu, przechodząc m.in. na prymitywną angielszczyznę, bo to ach! takie międzynarodowe, a nie że... Itd. itd."

Gość uczył się angielskiego, jak mamy się domyślić, tylko po to, by móc dziecku powiedzieć "I am your granddaddy". Nie było tam bowiem, w tej reklamie znaczy, nic o, powiedzmy, wchłanianiu przy okazji obcej kultury w pubach czy rozumieniu dowcipasów w telewizji, więc o to też musiało chodzić. Moher, jak by się także należało domyślić, nie tylko angielskiego dla takiej dziwnej wnuczki by się nie nauczył, ale zapewne chodziłyby mu po głowie brzydkie myśli, jak ta, żeby dziecko odesłać na plantację bawełny. Żeby zgarnąć 10 procent znaleźnego.

(Powie ktoś, że tu już przejawiam paranoję? Cóż, czy to jednak nie ludzie stręczący nam reklamy powinni się kłopotać tym, by nie obrażały one nikogo, i by nie sugerowały nieprzyzwoitych podtekstów? Zapewniam was, że oni długo myślą nad każdym międzywierszowym i podkorowym aspektem swoich dzieł, dopóki chodzi o lemingi, więc tutaj, jeśli ja to tak odebrałem, coś było nie tak i oni się za bardzo naszą moherową wrażliwością nie przejmowali! Tym bardziej, że to jest przecie po prostu reklama serwisu kupuj-sprzedaj allegro i można to było zrobić na miliony innych, mniej kontrowersyjnych, sposobów. Żadnych niedouczonych pryków i ich kolorowych wnuków tam koniecznie być nie musiało.)

A na drzewo, kurewska bando manipulatorów! Angielski raczej trza dzisiaj znać, bo to coś jak spuszczanie wody, ale też niewiele w tym więcej. (W każdym razie, jeśli mówimy o poziomie tego pierdoły z reklamy, a nie o Ardreyu z niuansami.) I to właśnie my sprawimy, jeśli naprawdę zechcemy, że mimo paskudnej historii (choć niektórzy mieli jeszcze gorszą, to trzeba wiedzieć), nasz język i nasza kultura podbije... Kontynenty, ludzkie rasy i co tam jeszcze. Trochę tu szarżuję, zgoda, ale wcale nie aż tak wiele. W każdym razie przechodzić na pokraczną angielszczyznę Tuska naprawdę nie ma powodu.

triarius

poniedziałek, listopada 21, 2016

Deską go! Deską!

Female Bruisers by John Collet
Pewien Mędrzec zalecił był ostatnio bicie się na deski. Początkowo, przyznaję, miałem pewne wątpliwości. To znaczy - oczywiście wiem, że istnieją sytuacje, gdy deska jest idealnym narzędziem do takich rzeczy. Pierwsza z brzegu, która mi do głowy przychodzi, to taka:

Właśnie owdowiały stolarz zaprasza do swego warsztatu wdowę z naprzeciwka, do której się zaleca. (Przed śmiercią małżonki też się, po prawdzie, zalecał, choć dyskretniej). Ona przychodzi, praca wre, a w kącie pojawia się tłusty szczur. Nie żeby to był jakiś ewenement - raczej to, że tylko jeden i dopiero po pięciu minutach (widać one też sprzyjają zakochanym), ale ukochana tego jeszcze nie wie, zaczyna wydawać z siebie przeraźliwe piski...

Nasz dzielny stolarz, żeby uratować sytuację, wrzeszczy na swych dwóch czeladników: "Deską go! Deską! Na co czekacie łamagi? Deską mu przywal idioto, mówię!" I to jest taka właśnie sytuacja, która mi natychmiast przyszła do głowy. Nie twierdzę, że nie dałoby się bez większego trudu znaleźć kilku innych, ale ogólnie to jednak wojna na deski to dość niszowa, by nie rzec elitarna, sprawa.

Tak myślałem, ale wczoraj znajoma podpuściła mnie do włączenia "naszej" rzekomo, odzyskanej i w ogóle telewizji. Włączyłem, mając, nie ukrywam, nadzieję, na komisję w sprawie Amber Gold, gdzie dzieją się ponoć przezabawne rzeczy. Prokuratorzy, którzy nas dotąd wsadzali, mają zacząć chodzić z adresem na szyi, żeby się nie zgubili. Na koszt podatnika, czyli nasz.

W dodatku, żeby nie było tak, jak w ślicznej powiastce "Awantura o Basię", trzeba im będzie opłacić także i bindowanie (śmieszne słowo, jak się mieszkało w Szwecji, swoją drogą), bo co będzie, jeśli, jak Basia, zaleją tę kartkę mlekiem? Dwóch przeuroczych aktorów może zabraknąć, bo na przykład będą na zlocie KODu... I co wtedy? Ogólnie, choć do prawa (bez sprawiedliwości) mam stosunek w najlepszym przypadku nijaki, to takie komisje wprost uwielbiam.

Pamiętam też radość jaką dały mi te tam karty do głosowania, co one były w ciąży. Bush vs. Gore znaczy. A także senackie awantury o rozporek Clintona i zastosowania kubańskich (no bo przecież chyba takim chamem by nie był, żeby nie kubańskim!) cygar z przemytu w celach towarzysko-rozrywkowych. (W każdym razie nie zagrażających zdrowiu.) Co się, to drugie znaczy, zakończyło Wojną Rozporkową przeciw Serbii, jak każdy z pewnością pamięta.

Komisji jednak nie było, byli natomiast "nasi" - dziennikarze i co pyskatsi w opinii naszego nieszczęsnego ludu politycy - i od razu pojąłem ideę, którą nam zasugerował Wielki Człowiek. Z ręką na sercu - od razu, po paru pierwszych słowach, zacząłem się rozglądać za deską, żeby przywalić. Przywalić, i to nie temu komuchowi z brodą, co to wygląda góra jak mużyk, a ludzie mu, i sobie, wmawiają, że jak wiking. I tej reszcie wrażego towarzystwa, tylko właśnie tym "naszym". Z konieczności zaś po prostu w telewizor, na odlew.

Mówię wam ludzie - tę bandę, co nas w mediach rzekomo reprezentuje, należy jak najszybciej rozpędzić w cholerę! Niech się wezmą do uczciwej roboty, a jeśli nie potrafią, jak i podejrzewam, to niech nie robią nic, damy im coś na przeżycie - carpaccio z ośmiorniczki, policzki z Kalisza (o mieście mówię przecie, jest takie!)... Byle tylko nas przestali reprezentować, byle tylko przestali nas bronić, byle tylko przestali w naszym imieniu komunę i inne platformiane świństwo zwalczać.

Mówię absolutnie serio! Może jeszcze ten temat rozwinę, bo i byłoby warto, ale na razie wyrażę tu samą esencję tego, co mam do powiedzenia. W płaszczyźnie filozoficznej, historiozoficznej i takie tam, czyli wzniosłej i meta. Bo w konkretnej i przyziemnej kwestii to już wam powiedziałem: "Rozpędzić tę bandę idiotów, i to od razu! A jeśli sam się nie wyniesie, to go deską. Deską go, do cholery, deską, deską i jeszcze raz deską!"

NIE żeby się nauczył. Nie żeby odpokutował nawet. Przestańmy się wreszcie zabawiać w te idiotyzmy - wierszowane hasełka; cytaty z JP2 bez związku z czymkolwiek; odgrażanie się, że "zamiast liści", na co czekam od pół wieku i nic... Cała ta Agresja Społeczna w miejsce Agresji Aspołecznej, która jest tu potrzebna. O czym sobie już tu owocnie mówiliśmy, pamiętamy prawda?

Nie chodzi o uczenie, nie chodzi nawet o ukaranie - chodzi po prostu o to, żeby ich tam nie było! Żeby byli inni, bez porównania lepsi (o co nie może być trudno), ale jeśli nawet z jakichś powodów ci inni nie zechcą (podtrzymywać tej tradycji "polskiej prawicy", my foot!), to lepiej żeby nie było żadnych. Serio!

No więc jaka jest ta tajemnica ich sukcesu i naszej, nie tylko porażki, ale tego, że się kiszki skręcają, grając przy tym "Odę do radości", na samą myśl o "naszych", nas swoim durnym bełkotem reprezentujących. Tak mi przyszło do głowy, że podczas gdy lewizna patrzy celu, stosując się do zalecenia tego, fakt, nudziarza, Cycerona: "respice finem", to my się ciągle podniecamy jak głupki tym, że: "jak on mu cudnie przywalił!

Albo czytam tam Fejzbuku, gdzie czasem bywam, że: "Taki to a taki, nasz oczywiście jak cholera, znokautował po prostu taką to a taką, ale nie naszą". Pełen nadziei biegnę, klikam znaczy na linek, i patrzę, że gość zabłysnął po prostu jakimś marnym dowcipem, a nikogo, z pewnością już zaś nie lewizny, nie znokautował. Albo co drugie słowo w ten naszej (?) "prawicowej" debacie to "zmiażdżył". @#$#$%% mać - obudźcie się ludzie i przestańcie bredzić!

Nie tak wygląda nokautowanie, nie tak wygląda skuteczne tępienie lewizny! I jak ci "nasi" mają się poprawić - zakładając oczywiście całkiem obłędnie, że by potrafili... Czy raczej jak mają ci ich nadzorcy wpaść na myśl, że to idioci i trza ich natychmiast zastąpić kimś sensowniejszym, a nawet w ostateczności duża dmuchana lala będzie mniej szkodziła - jeśli oni dostają brawo i orgazmy na słodko za każdym razem, kiedy coś głupawego wypyszczą?

Pomyślcie o tym, a jak ładnie poprosicie, to ja może tę kwestię rzucę jeszcze na szersze tło, podleję Spenglerem, którego kochamy (obok Ardreya i Pana T.) najbardziej... Ale nie będę już z tego robił felietonu w odcinkach - tutaj mamy swego rodzaju zamkniętą całość i jak coś więcej, to po prostu nowe kawałki. A na dziś, na teraz, i na zawsze - pamiętajcie do @!@#% nędzy: przestańcie tym durniom bić brawo za każdym razem, gdy coś napiszą, albo otworzą japę! Oni tego nawet nie robią za darmo, więc co to z ich strony za...

Nawet nie wiem co by to miało być. Bohaterstwo? Błyskotliwość? Poświęcenie dla Ojczyzny? Dobry smak? Mądrość? Sztuka pisania? Może piękna twarz, powabne kształty i umięśnione ciało zatem? No to duże niebieskie oczy może? Żarty! Tyle się da zrozumieć? No to właśnie.

triarius

niedziela, listopada 20, 2016

Kung Fu a sprawa polska

Też zauważyliście, że jeden znany dziś bezpitul, ten cały Lubnauer, wygląda zupełnie jak Kung Fu Panda bez makijażu? Nikt chyba nie zaprzeczy, że dokładnie ta sama inteligencja i zadowolenie z siebie bije z obu tych twarzy? Żeby nie wspomnieć już o tej samej krągłości księżyca w pełni.

(Swoją drogą, nie mam nic przeciw egzotycznym nazwiskom, ale fakt, że u nich trudno na odmianę o polskie jest dość interesujący. Gdyby ktoś się zastanawiał, to "Kijowski", także nie wydaje się nazwiskiem w ścisłym znaczeniu POLSKIM... Tylko jakim? To nie jest wcale tak trywialne pytanie, jakby się mogło wydawać.)

W każdym razie oto drobne zestawienie obu facjat:

Katarzyna Lubnauer - Kung Fu Panda pod przykryciem
Kung Fu Panda bez swego charakterystycznego makijażu
(coś chyba bestia knuje i się ukrywa)

Kung Fu Panda jakiego znamy i kochamy
Kung Fu Panda w sporo lepszej wersji

(Chciałem ich ustawić koło siebie, jak być powinno, wygenerowałem nawet tabelkę, ale jakoś nie chcą. Widać Kung Fu Panda, ta prawdziwa, choć to przecie samiec, ma mimo wszystko niezły gust. Albo obrazki za duże, choć przecież małe nie miałyby sensu.)

triarius

czwartek, listopada 17, 2016

Takie sobie dwie krótkie sprawy...

Karmienie piersią
Co, że bez związku? Na pewno jakiś jest! Trzeba tylko
trochę pomyśleć, moje drogie ludzie. (A poza tym po prostu
śliczne i budujące. Szczególnie w takich podłych czasach,
jak te obecne.)
Zdrzemnąłem się. Stary już jestem; pogoda jakaś taka; życie szare i nudne, w odróżnieniu od moich snów (ach, gdybym ja mógł te sny światu pokazać, nawet bez sponsorowania ze strony Sił Postępu zrobiłbym karierę!); w dodatku jakoś nie dopiłem drugiego litra mojej południowej herbaty.

Sny miałem faktycznie obłędne (w każdym znaczeniu), ale na samo zakończenie jakiś głos wypowiedział takie słowa: "Upiorna egzystencja na granicy między życiem i śmiercią, którą liberalni propagandziści i ich zmanipulowane ofiary nazywają po prostu 'życiem'". I się zbudziłem.

Niezłe są te moje bonmoty, które mi ktoś, niewykluczone że Duch Święty, albo jakaś kusa Muza, zsyła we śnie! Większość, gdyby to kogoś interesowało, przychodzi na jawie i jest wyłącznie mojego autorstwa, ale niektóre faktycznie tworzymy sobie we współpracy z innymi znakomitymi twórcami i kiedy ja sobie słodko kimam. (Mój ojciec, całkiem na marginesie, mówił na spanie "trening oka". Fajne, nie?)

Co więcej, ten bonmot natchnął mnie i zapłodnił do głębokim myśli, które może kiedyś. (Albo do znajomej przez telefon, jak to ostatnio z naszymi, znaczy moimi i Ducha Świętego czy może kusej Muzy, błyskotliwościami bywa, albo może i, niewykluczone, na tym tu blogasie. Orate pueri (atque puellae) i nie traćcie nadziei!

* * *

Obama w Niemczech, a na CNN przez połowę relacji z tego wiekopomnego wydarzenia pokazywali, obok Obamy... Naszego ukochanego zdRadka! (O Merkeli też oczywiście nie zapomnieli... Jaki ładny wierszyk! Ale zdRadka było niewiele mniej.) Mówią, że CNN to taki Polsat czy inne podobne coś, ale oni sami się przecie chwalą, że są największym informacyjnym serwisem na świecie. Tak że niezła jest ta nagonka na Polskę, którą spróbuję w jakimś drobniutkim ułamku promila zrównoważyć tym oto...

Kacapy mają tak, że jak im się coś w jakimś zdominowanym kraju nie podoba, to robią bratnią pomoc - tak było za Katarzyny, co najmniej, i tak było za Breżniewa, wątpię, by się coś w tych instynktach, samych w sobie, istotnie zmieniło teraz, albo miało zmienić w przyszłości. Częścią bratniej interwencji jest to, że jakaś menda, formalnie przynależąca do danej nacji, o nią prosi.

Nie jest to oczywiście, w sensie wąsko pojętych technikaliów, kompletnie niezbędne, ale kacapy lubią takie ładnie zakręcone ogonki na swoich świnkach, bo ich cieszy, że ktoś się na to łapie. (A łapią się równie chętnie, jak pelikany na świeże makrele.)

Prośba o tę bratnią pomoc formalnie powinna być wygenerowana PRZED samą bratnią pomocą, ale oczywiście, jak śmy to sobie już ustalili, nie jest to całkiem niezbędne i jeśli się znajdzie takiego proszącego już PO czy W CZASE bratniej pomocy, to też będzie git, a nawet całkiem cudnie.

No i teraz ci "nasi", żeby to tak przewrotnie wyrazić, durnie, ta miejscowa targowica, wyraźnie pomyliła przyczynę ze skutkiem i naprawdę chyba uwierzyła, że to prośba o bratnią pomoc tę bratnią pomoc wywołuje, a nie całkiem odwrotnie. Naiwniaczki nasze kochane!

(Tym razem, choć to niczego istotnego nie zmienia, ten zew jest faktycznie skierowany głównie na Zachód, pewnym może odchyleniem na Południe, choć w sumie raczej po prostu w porywie rozpaczy rzucony w przestrzeń, bez konkretnego adresata, choć nie bez długawej listy przed oczyma adresatów potencjalnych.)

Biedni durnie miotają się, nic nie rozumiejąc, i, zamiast nas zniszczyć, napuszczając na nas wraże siły różnych Merkeli i czego-tam-jeszcze - kompromitują tylko swoich zagranicznych mocodawców, wzmacniając nasze poczucie siły. Co nie może tych mocodawców nastrajać do nich przesadnie przychylnie, a jeśli to jeszcze trochę potrwa, mogą nawet od nich zacząć brać klapsy. Jakiś poważniejszy rozlew krwi mógłby im pomóc, ale jakoś nikt z nich nie pali się do nadstawiania własnego karku, a przekonywanie kolegów wychodzi im marnie. Pierwsi chrześcijanie biją ich w tym na głowę!

Tak że, choć sytuacja nie jest, i nie może być, lekka, łatwa ani przyjemna, to oni już naprawdę gonią w piętkę, co jest miłą informacją. Do tego stopnia gonią w piętkę, że nawet właśnie wskrzesili słynnych Cieniasów. Pewnie wierzą głupki, że to one właśnie kiedyś ponownie dały im władzę, i to na całe osiem lat, z ośmiorniczkami i carpaccio z żubra w pakiecie, a że zagranica na ich syrenio-łabędzie śpiewy jakoś wciąż nie reaguje, więc może to zadziała, skoro nic innego nie chce. Żałośni durnie, krótko mówiąc, i tyle!

triarius

wtorek, listopada 15, 2016

Ugauga Jitsu 0003 - Mit "czystego ciosu w szczękę" (D)

Ślicznie złamana od nieumiejętnego boksowania dłoń
Jeśli będziecie bezmyślnie używać domorosłego "boksu"
na ulicy czy w knajpie, to taką co najmniej rączkę macie
po prostu gwarantowaną. Bardzo ładne złamanie dłoni,
choć opowiadano mi o jeszcze sporo piękniejszych, i to
było z bokserskiego ringu - w rękawicach!

OK, spróbujmy sobie zakończyć ten cykl na temat szeroko pojętego "boksu" w ramach naszego ukochanego Uga Uga, które sobie tu szkicujemy, na wypadek, gdyby Pan T. dożyć miał być tego Armageddonu, którego z pewnością świat zachodni nie uniknie, i chciał się elegancko, a także skutecznie, bić z lemingami o względnie jadalne odpadki.

Boję się, że tyle o tym "boksie" i uderzaniu piąstkami wam tu, kochane ludzie, piszę, że naprawdę zaczniecie to w realu stosować, a wtedy taki skutek jak ten po lewej, albo i gorzej, macie w praktyce zagwarantowany!

A więc nie róbcie tego w domu, proszę was, a w ogóle to nie róbcie nic, zanim dogłębnie nie poznacie zasad naszej ulubionej walki, którą tu sobie razem właśnie szkicu-szkicu. Zgoda? Tu nieco niżej macie na pociechę piąstkę poprawnie zaciśniętą, co, w połączeniu z dobrze wybranym celem, oraz prawidłową metodą uderzania, powinno was przed takim stanem, jak wyżej, uchronić, ale też nie ma całkowitej gwarancji.

Prawidłowo zaciśnięta pięść
Pięść na odmianę jeszcze zdrowa i w dodatku
prawidłowo zaciśnięta
W ogóle, to należy się poważnie zastanowić, czy uderzanie piąstkami W OGÓLE powinno wchodzić w skład Uga Uga Jitsu. Przychylam się do poglądu, że tak, ale to raczej nie jest podstawowy etap edukacji. Zresztą, jak mówi znane przysłowie kungfungowców (i to wcale nie był KungFu Panda, skądinąd przeuroczy stwór!): "Śmieję się z gościa chcącego mi przywalić pięścią, natomiast niepokoi mnie taki, który chce to uczynić otwartą dłonią". To wcale nie jest głupie! Tyle że znowu tego uderzania otwartą ręką jest tyle wariantów i tyle w tym możliwości, że aż...

Tak przy okazji, skorośmy już jednak przy tym uderzaniu piąstką, to odkryłem, że silniej się piąstkę zaciska nie przesuwając kciuka aż na palec środkowy - tylko właśnie tak jak na tym zdjęciu, cisnąc palec wskazujący NIECO NAWET Z BOKU. No i oczywiście nie da się pięści długo trzymać mocno zaciśniętych, więc tego nawet nie próbujcie, bo przy uderzaniu będą już kłapciate, ze skutkiem takim, jak na obrazku u góry!

Skoro już uderzamy piąstkami na sposób względnie bokserski, to w naszym Uga Uga widzę takie oto możliwości:

- w tułów (zakładając, że nie będzie to w coś b. twardego, jak spluwa, kamizelka z płytkami ceramicznymi, czy mały sejf, oczywiście łokcie, kości biodrowe itp. należy pilnie omijać), także poniżej pasa

- w (excusez le mot) jaja, choć do tego są i inne, nie gorsze narzędzia, np. otwarta dłoń

- w udo, najlepiej od środka lub od zewnątrz (choć to stosunkowo rzadko dostępny cel i średnio skuteczny, choć za to zaskakujący)

- na górę, w sensie w głowę, ale JEDYNIE:

  - meksykańskim sierpem, czyli takim nieco z dołu, w szczękę, jak to ślicznie pokazuje Dempsey w "Championship Fighting" (do znalezienia choćby na tym blogu)... taki sierp może być od całkiem poziomego ciosu - byle na szczękę, a nie w czachę! - do zupełnie pionowego podbródkowego, jeśli ktoś potrafi i ma okazję, ale gdzieś tak pomiędzy tymi obiema alternatywami jest najlepszą i najbardziej użyteczną wersją... fakt że to krótki cios, ale w końcu istnieje wiele innych

  - prostym w szczękę - całkiem w brodę od przodu (albo, w rzadkim przypadku, kiedy głowę ma gość b. mocno skręconą, choć w tym drugim przypadku dostrzegam alternatywy sporo lepsze od pięści, tyle że czasem nie zdążymy się przełączyć, więc może być pięść)

  - prostym w nos, ale najlepiej takim "gunbarrel punchem", jaki występuje w niektórych szkołach Kung-fu, czyli skręcając dłoń wierzchem do dołu, żeby uderzyć kostkami w poprzek kinola (daje się to ładnie skrzyżować z backfistem, czyli uderzeniem "na odlew" kostkami pięści, backhandem, tym razem jednak akurat nieco z góry do dołu)

Nic innego bym z piąstkami - w sensie domorosłego boksu, bo "młotki" i tym podobne jak najbardziej - nie robił w realnym starciu. I w ogóle bez dużych rękawic i owijek. A na pewno już nie jakieś walenie "boksem" w czaszkę.

Czarne kobiety pełne temperamentu

Może zakończę ten nasz mini-maxi-cykl anegdotką z mojego własnego życia... Otóż, kiedy przeprowadziłem się z Krakowa do Elbląga i zacząłem tam chodzić do piątej klasy, nie miałem życia i ciągle musiałem się bić, w dodatku ze starszymi chłopakami i często mnogimi.

Nie podobało mi się to za cholerę, byłem wtedy chudy, samotny, nerwowy i w ogóle, ale co robić. Byłbym większość z nich łatwo rozwalał, korzystając z wiedzy zawartej w podręczniczkach jujitsu, przede wszystkim pana van Hasendocka (fajne są, i jeszcze do dostania po allegrach), ale niestety nie miałem z kim ćwiczyć, a mojego młodszego brata, wtedy zresztą o połowę mniejszego, choć potem nadrobił, nie dawało się nijak zmusić.

Pewnego dnia wpadłem na taki pomysł, że narysowałem na pakowym papierze popiersie faceta, zaznaczyłem mu na gardle dużą kropkę... Ten jakżesz specjalny punkt na ciele znalazłem z pewnością właśnie u van Hasendocka, którego pilnie wtedy studiowałem, niestety głównie teoretycznie, choć jak ktoś mi pozwolił na sobie sprawdzić, to i na całkiem fajne Tomoe-Nage potrafił pofrunąć, serio! Powiesiłem w każdym razie sobie ten papier na szafie w dużym pokoju (biedna była ta szafa, sporo przeżyła!) i zacząłem w to narysowane gardło walić pięścią. Może nie bardzo mocno, bo albo szafa, albo moja dłoń, by od tego zmarniała, ale celnie i dużo.

No i zdarzyło się, jak co drugi dzień zresztą, że po dwóch czy trzech dniach zaczepiło mnie paru chłopiąt z wyższej klasy, nie mówiąc już o zimowaniu w tych samych klasach. Trzech chyba, i było to akurat na schodach w dół od tego korytarza, po którym sobie śmy w koło na przerwach spacerowali (jeśliśmy się akurat nie bili, ja znaczy i moi prześladowcy), niczym więźniowie na spacerniaku.

Od razu na dzieńdobry dałem najbliższemu krótkim prostym w samo gardło... To nie był bokser i brodę trzymał nieco zbyt wysoko, bo inaczej by to tak gładko nie weszło. Ale weszło i to cudnie. I chyba nawet tym razem nie zdążyłem nic zrobić z pozostałymi chłopiętami, bo reakcja tego uderzonego była tak potężna, że reszta, dwóch ich chyba było, rzuciła mu się na pomoc, o mnie pragnąć, jak myślę, jak najszybciej zapomnieć. Gość mianowicie znieruchomiał z oczyma w słup, nie mogąc złapać oddechu, czy wydać dźwięku. A to było dość lekkie uderzenie w grdykę - mocnym można dość łatwo zabić, więc radzę uważać!

Pięść
Szczęśliwa piąstka, której się udało uniknąć nieszczęść
Wzięli go czule pod ręce i odprowadzili, a ja wykonałem honorową rundę. Pięknie się zaczęło, znaczy ta moja kariera w no rules fighting, ale niestety byłem wtedy taki znerwicowany, że nie poszedłem za ciosem. Nie mówię tu o znęcaniu się nad tamtym biedakiem, tylko o trenowaniu jujitsu, z naciskiem na tego typu wysoce skuteczne sztuczki, jak ta. Ale też, z drugiej strony, gdybym dalej rozwijał tego typu umiejętności, to w słodkim PRLu z moimi poglądami i moim temperamentem na pewno prędzej czy później skończyłbym marnie, więc... Tak czy tak denne było życie w PRL, choć niby nie było Platformy.

A morał z tego jaki? Wielo-moim skromnym-raki nawet: 1. warto się uczyć; 2. jak coś, to gardło jest super celem (choć nie każdemu i nie zawsze akurat pięść tam najlepiej się wpasuje); 3. niekoniecznie pięścią w szczękę, jak każdy leming! 4. samotnym treningiem też można sporo osiągnąć. I tak dalej. Tak więc, niech nam żyje Uga Uga Jistsu, proszę o trzykrotne hip hip hurra!

No to może jeszcze zdjęcie piąstki, którejście sobie nie złamali, a, jeśli Bóg pozwolił, uszkodzili nią swego wroga. Prawda że cudna?

triarius

sobota, listopada 12, 2016

Ugauga Jitsu 0003 - Mit "czystego ciosu w szczękę" (C)

Uga Uga Jitsu w wykonaniu dwóch czarnych pasów

Z tego co dotychczas, ktoś mógłby dojść do wniosku, że my tu w ogóle uważamy walenie pacjenta w szczękę za głupotę, a w porywach nawet i do takiego, że całe Uga Uga polega na genialnym pomyśle, by zamiast wszystkich bloków, parad, zasłon i uników, nadstawiać gościowi szczękę do bicia, bo to najlepsza obrona.

Oczywiście to bzdura i my nic takiego nie mówimy. (Nawet czoła nie radzimy podstawiać pod pięści, choć to ma trochę sensu, o czym może kiedyś, szczególnie jeśli poprosicie. W każdym razie bywa to swego rodzaju mniejszym złem, ostatnią linią obrony... I to z ukrytym żądłem. No a niektórzy, jak np. Archie Moore, uczynili nawet z tego tricku swoiste Wunderwaffe, Czego nijak nie da się powiedzieć o nadstawianiu szczęki, nawet jeśli jest mocno makromegaliczna.)

Walenie w szczękę ma oczywiście swoje zastosowania, niektóre nawet bardzo użyteczne - trzeba tylko wiedzieć o co to chodzi. Fakt, w boksie, takim współczesnym - w rękawicach i z dłońmi dodatkowo ciasno i fachowo owiniętymi metrami bandaża - występuje to, wedle naszej własnej oceny, znacznie rzadziej, niż się to panom sprawozdawcom, i co za tym idzie panom kibicom, wydaje, ale to inna sprawa.

Uga Uga, trzeba sobie powiedzieć, bardzo docenia wszelkie takie chytre sposobiki, które umożliwiają oswojenie się z padającymi w naszą stronę ciosami; z pewnym, jakby nie było, zagrożeniem; przycelowanie w szybko poruszającego się i dodatkowo w naszą stronę wymachującego kończynami człowieka, itp., itd. - czyli wszystkie te juda, boksy, BeJotJoty, zapasy, samba, suma (!) - jednak jest najbardziej zainteresowane walką realną. (Choć nie zawsze na śmierć i życie, do czego ogranicza się całkiem spora część nastawionych na real metod, szczególnie tych wojskowych, co w ich przypadku zresztą jest sensowne.)

No i tutaj mogę wam, drodzy P.T. Potencjalni Czytelnicy, sprzedać jedno z podstawowych twierdzeń Uga Uga. Oto ono: Rękawica jest bronią. W tym sensie, że zmienia, jeśli nie wszystko, to cała masę istotnych rzeczy. (Podobnego typu twierdzenie mówi, że But jest bronią. Jest on nią w innym sensie i z innymi skutkami, niż bokserska, czy jakaś do MMA powiedzmy, rękawica, ale też masę zmienia. I tu już w praktyce wyłącznie na korzyść obutego zresztą. Oczywiście nie mówimy o szpilkach czy innych koturnach.)

* * *

Dygresja:

Nie mam wątpliwości, że sporo ludzi będzie uważać, że zajmuję się głupotami, nikogo nie interesującymi, i w ogóle zaniżam poziom. OK, mogę to zrozumieć, a nawet na swój sposób się z tym zgadzam. Tylko że, po pierwsze, nikt mnie dotąd nie przekonał, bym ten blog traktował jako coś więcej, niż moje prywatne poletko do figli. I pisał tu wtedy, kiedy akurat najdzie mnie taka (dziwna) ochota, oraz to, co mnie akurat, z jakichś przyczyn, nierzadko z pewnością przyczyn na granicy patologii społecznej, bawi

To mogło zabrzmieć szorstko, a nie chciałbym tak brzmieć wobec ludzi, którzy, jakby nie było, jakoś się moim blogasem interesują, czym wyświadczają mi jednak pewien zaszczyt. No to, w tonie na odmianę pojednawczym, oraz po drugie, powiem, że aktualności tutaj nikt chyba nigdy nie znalazł i chyba się ich nadal nie spodziewa, a jest tu już ponad 10 lat pisania i czasami było to bardzo poważne pisanie, w zamierzeniu sondujące niezmierzone głębie, więc jeśli tego komuś brak, to może by się tym zainteresował. Nawet i tym, co już kiedyś widział, choć na pewno nikt wszystkiego tu nie czytał, nawet pomijając różne błahe figlasy.

Tak że zachęcam wszystkich, którym nie odpowiada ta obecna moja problematyka, a jednocześnie, z jakichś względów, nie chcą sobie zamiast mnie, poczytać Blogera X, czy Blogerki Y, do rozejrzenia się po naszych tu dawniejszych tekstach. NO I OCZYWIŚCIE ARDREY, do @#$# nędzy, bo to podstawa! Już i tak myślę, żeby zmienić nazwę tego bloga na coś w rodzaju Niepubliczne Przedszkole Podstawowego Kojarzenia Prostych Faktów "Pełzający Leming" - i to właśnie głównie z powodu waszej, ludzie, pilności w czytaniu Ardreya.

Ardrey, powtarzam, to PODSTAWA, a jeśli to do kogoś nie trafia, to w ogóle nie rozumiem... Znowu zabrzmiało szorstko, sorry! Widać te mordobicia i córki mariachich tak na mnie działają. Plus liberalizm, oczywiście.

Choć jest dla was i inna opcja, ludkowie moi rostomili... Rozkręćcie mi tu wściekłą INTERAKTYWNOŚĆ, a wtedy będę was kochał, kochał tego blogasa, i pyskował zapamiętale na wybrane przez was tematy. Albo albo!

* * *

W kwestii uderzania - brzydkich ludzi znaczy - mamy dwie zasadnicze sprawy: 1. narzędzie którym uderzamy, oraz 2. miejsce które dostaje. W dyskutowanym tutaj przez nas przypadku narzędziem jest przód pięści, pierwsza falanga palców dłoni, jak by to chyba należało przemądrze określić, jak w (szeroko pojętym) zachodnim boksie, czy w tsuki w karate. Na tym się koncentrujemy, choć, jeśli jeszcze trochę na ten temat porozmawiamy, to i mimochodem powiemy rzeczy, które odnoszą się do pewnych innych "narzędzi". (Takich jak np. "pięta dłoni", czyli z japońska teisho; łokieć, czoło (!), plus parę innych.)

Już sobie powiedzieliśmy, że dzisiejszy boks nie jest i nie może być traktowany, jako absolutny wzorzec bicia ludzi - i to nie tylko dlatego, że tam się z założenia nie kopie, nie obala, nie gryzie itd., ale także dlatego, że tam dłonie są spowite masę bandaży, plus grube rękawice. Zresztą dziś nawet w MMA, gdzie rękawice są znacznie mniejsze, jednak także dłonie zaczęli bandażować, i to jest już chyba wszędzie nawet obowiązkowe. Nie tak wyglądał dawny boks na gołe pięści! Nie tak wygląda współczesny boks na gołe pięści uprawiany wciąż np. przez irlandzkich "wędrownych ludzi" (którzy bywają uważani za Cyganów, choć podobno genetycznie nie mają z nimi nic wspólnego.)

Na razie kończę, przynajmniej ten odcinek, ale na zachętę rzucę taką oto myśl z głębi intelektualnego dorobku Uga Uga, że cały ten "mit uderzania w szczękę" to właśnie w znacznej mierze relikt dawnego boksu na gołe pięści, gdzie tą wrażliwą jak cholera, złożoną z masy drobnych kostek dłonią, w pięść zaciśniętą, zgoda, walono delikwenta po tułowiu, a jeśli w głowę, to właśnie w szczękę, bo gdzie indziej było to bardziej zgubne dla uderzającej dłoni, niż dla głowy pacjenta. (Mówimy tu o w miarę potężnych ciosach, a nie o prztykaniu w nos, na co zresztą bokserzy od wieków są mało wrażliwi.)

Tylko że wcale nie każdy cios, nawet nie każdy piękny i technicznie hiperpoprawny dzisiejszy cios bokserski się do tego nadawał! W tym właśnie rzecz. Natomiast w dzisiejszym boksie walenie naprawdę w samą szczękę jest rzadsze, niż się myśli, choćby dlatego, że żaden bokser wart soli, którą zjada, tak łatwo w szczękę trafić się mocno nie da. Dużo łatwiej trafić gościa sporo wyżej, co przy ciężkiej, miękkiej rękawicy pięknie ogłusza, dając pożądany skutek, a do tego wtedy trudniej ruchem głowy, mniej czy bardziej świadomym i celowym, siłę tego ciosu zniwelować.

Oczywiście kiedy gość jest już półprzytomny, ogłuszony, albo po prostu totalnie skołowany, albo kiedy cios padnie absolutnie znienacka - wtedy taki cios w samą szczękę, o jakim mówiłem poprzednio, na podstawie mego własnego (ach jakże smutnego! żartuję) doświadczenia, także go ma szansę zwalić z nóg. Może nie na bardzo długo, ale zwalić szansę ma i to sporą.

I to by było na razie na tyle.

triarius

piątek, listopada 11, 2016

Ugauga Jitsu 0003 - Mit "czystego ciosu w szczękę" (B)

Po prawdzie, to wszystkie te emocje i stany świadomości nie zajęły mi kilku sekund - i nie mogły, bo
nasze delikatne okładanie się gdzie popadnie trwało nieprzerwanie - tylko ułamek sekundy, ale skoro ludziom potrafi pono w podobnie krótkim czasie całe życie przelecieć przed oczyma, no więc i tu mogło się to stać.

(Swoją drogą, ta kompresja czasu, że tak to nazwę, po angielsku "time distortion", występująca czasem przy hipnozie, cholernie mnie fascynuje i być może okaże się to kolejną cudowną bronią Tygrysizmu.)

No i można to było ładnie zorganizować, prawda?
Te urocze panie prezentują najtypowszą gardę stosowaną
w dawnym boksie na gołe pięści. Co dla nas interesujące,
ponieważ ta garda nie była stosowana bez powodu, a my
chcielibyśmy te powody poznać i tę wiedzę wykorzystać.
(Poza tym one są po prostu czarujące nie do opisania
i szczęśliwy facet, o którego mają się zamiar okładać
po tych ślicznych mordkach.)
W każdym razie naprawdę przeróżne emocje walczyły wówczas w mojej jaźni o lepsze, a skończyło się to dość smętnym rozczarowaniem. Wszystko uczyniłem jak należy, a wynik okazał się po prostu żaden, zamiast tego, co mi obiecywano. A włożyłem w to dość sporo wcześniejszej pracy: studiów, wizualizacji, powtarzania techniki. W czasie zaś samej walki (jeśli tak to można nazwać, dla jednych to by były kpiny, a nie walka, dla innych jednak więcej, niż sami z walki kiedykolwiek przeżyli) - ach, ileż ja wykazałem czujności i zimnej krwi! A tu nic...

Dobra, teraz, niczym Herakles, doszedłem ci ja do rozstajnych dróg i muszę dokonać wyboru. Albo nadal będę potencjalną wyimaginowaną P.T. Publiczność zabawiał starczymi wspominki, albo też przejdę do rzeczy i przekażę wyżej wspomnianej wskazówki jak, moim i Ugiugi zdaniem, należy przy... Brzydkim ludziom... To znaczy, chciałem rzec jak rozwijać wyższą świadomość, rozwinąć się osobiście w lepszego człowieka, uzyskać końskie, a nawet rybie, zdrowie...

Mówiąc serio, to te wszystkie rzeczy - z wyjątkiem może wyższej świadomości - wydają się mi całkiem OK i nie wątpię, że byłyby skutkiem pilnego studiowania, z faktycznym ćwiczeniem w realu, naszej Ukochanej Sztuki, tylko że nie lubię, kiedy od tego się zaczyna. Najpierw bądźmy, potencjalnie oczywiście w tej chwili, prawdziwymi wojownikami,... Czyli nie dajemy się nikomu, z wrogami na czele...

Potem zaraz my im, jakże często, sami potrafimy zrobić wbrew, w optymalnych przypadkach nawet i kęsim,,, Od nas to w sumie zależy... Potem wdowy i sieroty, panny płaczą, szkaplerze i apele poległych... I gdzieś w międzyczasie, oczywiście, zdobywanie miast, ze wszystkimi z tym związanymi atrakcjami, oraz odwiedziny u upadłych niewiast w przerwach w kampanii...

Po osiągnięciu tego wszystkiego, jeśli komuś jeszcze potrzebne zdrowie i rozwój duchowy, stawanie się lepszym, to oczywiście Ugauga zapewni mu to bez najmniejszego problemu. Tylko że to nie jest coś, od czego należałoby zaczynać reklamowanie czegokolwiek aspirującego do miana sztuki walki. Zgoda? I my właśnie nie od tego zaczynamy, choć także i o zdrowiu i fizkulturze mamy sporo do napisania i, jeśli Bóg pozwoli, a mnie się zechce, to i napiszemy.

Ugauga to bowiem, w istotnym sensie, Tygrysista BEZ BRZUCHA, mięśniami jak stalowe łańcuchy i z super postawą - czyli po prostu Tygrysista-Tygrysista, Tygrysista Całą Gębą. I nie tylko gębą zresztą... Chyba nie będę już dzisiaj pisał tego, co miałem zamiar, bo mi się ten (nieco figlarny, zgoda, ale jednak nabrzmiały poważną treścią) wstęp rozrósł, utył i teraz woła jeść. A więc na razie pozostajemy na rozdrożu, ale już chyba wiem co zrobię. Nie ma jak kompromis!

A więc, do następnego! (Albo i nie. Ale w każdym razie uwierzcie, że w Ugauga są niesamowite głębie i bardzo praktyczne nauki dla wszystkich chłopców malowanych in spe. Słowo! I może coś z tego w końcu zacznę ujawniać, choć już np. nasz tekścik o uczłowieczaniu małpy sprzed lat nie był przecie bez wartości.)

triarius