niedziela, czerwca 26, 2016

Łopuchy w salonie

liście łopianu - w sam raz do ozdoby europejskiego salonu
To co się w tej chwili dzieje w zachodnich mediach było w zasadzie do przewidzenia - o ile ktoś potrafił przewidzieć zachowanie brytyjskiego ludu, of course - ale i tak jest to przecudna zaiste polifonia, o której mógłbym pisać tomy, bo też np. nie każdy wykonawca od razu zrozumiał instrukcje dyrygenta i początkowo niektórzy śpiewali z obfitości serca różne własnego pomysłu kantyleny... Plus inne tego rodzaju zawirowania.

Ale zamiast pisać tomy, po prostu powiem, że główny tenor wszystkich tych wypowiedzi jest taki, że oto durny, spuszczony ze smyczy prol potraktował salon, a może nawet salę tronową, już nie tylko jak wychodek, ale po prostu jak ocienione łopuchami miejsce za stodołą, narobił nieprawdopodobnego smrodu i teraz, jakże słusznie, za to zapłacze rzewnymi łzami. (A i tak powinien na klęczkach dziękować, że tym razem tylko tyle.) Żeby mi nigdy więcej nic podobnego nawet się nikomu nie przyśniło! Dalej chamy do roboty - budować lepszy świat!

Jest to zaiste przezabawne i człek wreszcie czuje, że mu się ten abonament jakoś zwraca - a już się mogło wydawać, że telewizje i gazety nie mają szansy w konfrontacji z internetem.

triarius

sobota, czerwca 25, 2016

PiS lepszy od Krzyżaków!

Sulamitka Abishag przygotowuje się do rozgrzewania zgrzybiałego króla Dawida
Chciałem was oświecić i zbudować tekstem pod tytułem w rodzaju "Wesołe przygody brexitowego prola" - tak nabrzmiałym aktualnością, jak piersi Sulamitki nabrzmiałe były winną słodyczą, ale napiszę na jeszcze świeższy temat. (Zabawne by było, nawiasem, gdyby ktoś chciał mnie potępić z pozycji judeochrześcijańskich za starotestamentowe aluzje. Szczególnie, że ta akurat historia jest powszechnie znana i ukochana od kaznodziejów.)

* * *

Tytuł niniejszego tekstu, jak zresztą jego całość, odnosi się do zakończonego parę godzin temu meczu Polaków ze Szwajcarią na Mistrzostwach Europy. Dlaczego PiS, spyta ktoś? Oczywiście partyjny fanatyzm... Nie całkiem o to chodzi, ale jednak to drugie walczące o równiny nad Wisłą i dusze Polaków (w sensie absolutnie gogolowskim w tym przypadku) plemię, to pieszczotliwie często zwane "żydokomuną", te tam KODy i inne Platformy (z kropką i bez), mówi otwartym tekstem, że "sukces tej reprezentacji na tych mistrzostwach będzie sukcesem PiS".. No więc niech mają!

Czy jednak Szwajcaria to Krzyżacy? Oczywiście że nie, choć faktem jest, że pod Grunwaldem autentycznych braci zakonnych było dość niewielu, a resztę stanowił nabór z ziem zakonnych, oraz zachodnie rycerstwo, wśród którego pewnie było i paru takich, których dziś byśmy uznali za Helwetów. Nie o to mi jednak chodzi, żeby, niczym Zbyszko z Bogdańca sok ze świeżo ściętej gałęzi, wyciskać ostatnią wilgoć z powyższego faktu, tylko o to, iż dzisiejszy mecz, ze względu na swój przebieg, kojarzy mi się z bitwą pod Grunwaldem.

Nie poświęciłem połowy życia na studiowanie tej bitwy, informacje na jej temat też nie są całkiem tak pełne, obiektywne i "naukowe", jakich byśmy sobie dziś życzyli, ale z tego co pamiętam i zrozumiałem, wyglądało to jakoś tak... Najpierw Krzyżacy szybko spędzili z pola jazdę litewską, a potem zaczęli bić naszych. Nie mówię, że łatwo im to szło, ale w sumie bili, w pewnym momencie zdobywając nawet wieki sztandar koronny - coś, co w wielu przypadkach szybko i gruntownie przesądzało o wyniku bitwy.

Tym razem, na szczęście, tak się nie stało, nasi odbili ów sztandar - zdaje się jakimś odwodem, dotąd stojącym przy królu chyba.... (Sorry, ale pisząc to nie sięgnąłem do żadnego opisu bitwy. Mówię co pamiętam.) No i nagle na pole walki wróciła wspomniana na początku litewska jazda, wsiadła na karki naszych wrogów i zwyciężyliśmy. Być może to właśnie ten powrót w istocie odzyskał nam ów, naprawdę niezwykle ważny, sztandar.

Może nawet Długosze tego świata tak tego nie ujmują, ale niekoniecznie muszą tu być absolutnie ścisłe. (Mógł Koneczny w patriotycznym celu zrobić z nas Rzymian, a z Niemców Bizantianów, to mógł Długosz, wieleset lat wcześniej, też nieco podkoloryzować, tym bardziej, że w porównaniu to by było prawie nic.)

Nie sądzę, by ta początkowa ucieczka Litwinów była jakimś celowym i hiper-cwanym manewrem, z tych, jakie przypisuje się (w tym przypadku chyba słusznie), Mongołom, bo to chyba nie ten poziom wyszkolenia i dyscypliny. Po prostu chyba uciekli, co zresztą wcale nie zakłada jakiegoś niesamowitego tchórzostwa... Nie mówiąc już o tym, że jak my tu, piszący sobie na blogach, całkiem bezpiecznie, co by o III RP nie powiedzieć, możemy mieć prawo się wykrzywiać na brak rzekomy odwagi ludzi, narażających się na odrąbanie kończyny, z dalszym ciągiem (gangrena lub szybka amputacja bez znieczulenia i antyseptyki), zakażoną tężcem rohatynę w brzuchu, rozłupanie czaszki toporem i temuż podobnież...

Jednak i ta ucieczka nie musiała być całkowicie z ich woli, bo konie mają swoje stadne odruchy i obyczaje, co np. powoduje, że jak się taki stwór rozpędzi, to trudno go zatrzymać, a jak jeden na koniu ucieka, to drugi, także na koniu, go goni, chce tego czy nie chce. No i te Niemce, co owych Litwinów goniły, jak nam mówią, wrócić nie zdążyły (nie przypuszczam, by nie chciały), może z powodu dużo cięższego rynsztunku, wolniejszych koni itd., a Litwini tak. Ogromnie to wszystko clausewitzowskie - już samo rzucanie, im bardziej znienacka, tym lepiej, świeżych odwodów na zmęczonego walką wroga, a co dopiero, jeśli ów wróg był do tego psychicznie już rozprężony, bowiem miał wszelkie powody sądzić, że zwycięstwo już jego!

Clausewitz zaś, z tą jego taktyczną psychologią i rzucaniem świeżych odwodów zza pagóra na rozprężonego już sukcesem przeciwnika, to także część Tygrysizmu Stosowanego - ważna, choć rzadziej tutaj anonsowana i przez wielu z Tygrysizmem Stosowanym, z tego powodu, nie kojarzona. No dobra, a jak ma się to do dzisiejszego meczu?

Nasi strzelili bramkę. Ucieszyło mnie to, może nie całkiem aż tak, jak kiedyś, powiedzmy, sukcesy Szurkowskiego i Hanusika ("cudowne dziecko dwóch pedałów" wedle Bogdana Tomaczewskiego) słuchane w radiu pół wieku temu, czy nieco późniejsze sukcesy różnych drużyn grających z ruskimi w hokeja, Fraziera w olimpijskim finale z Czepulisem...

Że o sukcesach Szkocji nie wspomnę (bo tak dziwnie ze mną było, moje pochodzenie od MacLeodów i Walter Scott czytany dzieckiem, a sukcesy faktycznie bywają, a kiedyś to nawet pomniejsze w piłce kopanej, ech!), ale bardziej niż cokolwiek dotychczas w wykonaniu reprezentacji PRL i PRL bis. Teraz jednak naprawdę im, czyli "naszym chłopcom", kibicowałem, a sporą zasługę mają te wszystkie KODy i inna targowica.

Potem zaś, wracając do naszych mutonów, po tej bramce znaczy, szła sobie gra, dość wyrównana, choć raczej przeważali Helweci. Fabiański dziko mi zaimponował (bramkarz znaczy, to info dla naszych późnych wnuków, którzy mogą nie kojarzyć), nie tylko rewelacyjną grą, ale nawet przede wszystkim swym luźnym, pogodnym nastawieniem, przy niezachwianej koncentracji. Co było wyraźnie widać.

Absolutny skarb dla bramkarza taki charakter! Sam we wczesnej młodości przejawiałem niejakie bramkarskie talenta - choć testowane jedynie w szkole i na podwórku - w piłce nożnej i ręcznej, ale często miałem przy tym rozhuśtane nastroje, więc wielki bramkarz, mimo niezłych warunków fizycznych, refleksu i niegłupich odruchów, na pewno by ze mnie nie był. Może dlatego zresztą na te psychiczne kwalifikacje Fabiańskiego zwróciłem szczególną uwagę.

Czy mógł obronić te niesamowite nożyce? Może i mógłby - gdyby miał o 15 cm dłuższe ręce. Połamałby przy tym pewnie sobie też palce o słupek. Jednak grają ludzie, a nie orangutany, więc nie mógł. Swoją drogą, skorośmy przy temacie braci mniejszych, to, w temacie pokrewnym, ta nasza drużyna jest jedną z dość nielicznych, gdzie naprawdę grają autentyczni krajowcy. Co jest piękne. Dla mnie, bo na pewno niektórzy widzą to dokładnie odwrotnie.

Daleki jestem od wszelkich rasizmów, nawet tych mocno już w brzuch wpychanych przez politpoprawną lewiznę, ale to naprawdę paranoja, co się w tej kwestii teraz dzieje! Myślę, że wielu postrzega sukcesy i klęski tego typu drużyn, jak nasza, w tych właśnie kategoriach. I jednych taki np. sukces raduje, drugich zaś wprost przeciwnie.

No dobra... Grają, grają... I coraz bardziej pewni, że zwycięstwo im nie umknie, rozprężają się. Jest to zjawisko dobrze znane zarówno w sporcie, jak i w militarnej taktyce. To samo musiało, przynajmniej w części, być przyczyną klęski Krzyżaków pod Grunwaldem. (I dlatego porównuję.) Jesteś skoncentrowany, napięty, daje to oczekiwany skutek, potem możesz się stopniowo zacząć odprężać, zresztą niesposób zachować pełnej koncentracji i mobilizacji, kiedy jest już "po". 

Co gorsza, co by się potem nie działo, niesposób jest już się ponownie w krótkim czasie w pełni skoncentrować. Tu właśnie leży wdzięk (z jednej strony) i groza (z drugiej) tych opiewanych przez Clausewitza taktycznych odwodów. W tym przypadku taktycznym odwodem była ta nożycowa bramka, tak jak pod Grunwaldem były nim dotąd niemal niezużyte oddziały Litwinów.

Tak to musiało być i tym razem, co zemściło się w końcu, choć było też w tym sporo pecha i naprawdę rzadko oglądana bramka. Gdzieś na dziesięć minut przed końcem Szwajcarzy strzelają nam tę niesamowitą bramkę nożycami. Z jednej strony absolutne cudo ta bramka, z drugiej jednak niezły, powiedzmy to sobie otwarcie, fuks, bo to miało prawo polecieć pięć metrów od bramki i nikt by nie mógł narzekać. Nawet Szwajcar. Pod koniec podstawowego czasu moje wprawne oko dostrzegło zmęczenie u naszych piłkarzy, którzy nawiasem grali od początku bez żadnych zmian.

Ja się temu zmęczeniu całkiem nie dziwię, ale fakt, że było je widać. Dostrzega ktoś, jak to się zaczyna upodabniać do bitwy pod Grunwaldem? Z naszymi tym razem w roli nieprzyjemnych panów pod sztandarem z czarnym krzyżem (bo na płaszczach to tych krzyży, jako się rzekło, wcale wiele nie było), a Helwetami w roli naszych, w tym litewskich i jakich tam sojuszników? No to właśnie!

Podstawowy czas się skończył remisem 1:1, do Małego Przymorza zaczęła się zbliżać burza z piorunami (poniekąd sprawa bez związku, ale ładnie budująca nastrój), zaczęła się dogrywka. Nasi już wyraźnie pływali. U mnie, w realu, pioruny waliły już całkiem głośno, a tam, kiedy jakiś nasz zawodnik dostał od kolegi piłkę, uszyma duszy słyszałem syk zniecierpliwienia i/lub ciche przekleństwo - oba spowodowane faktem, że teraz trzeba będzie z tą piłką coś zrobić, nie daj Boże przebiec z nią kilka metrów, kiedy już nogi, kiedy już płuca... (Waryński w Schlissenburgu się kłania i można u niego znaleźć więcej szczegółów.)

Szwajcarzy gnietli naszych już wtedy niesamowicie i w sumie wyglądało to niemal na wstęp do
Sulamitka Abishag pracuje w pocie czoła dla króla Dawida
masakry, a wystarczała jedna bramka. Dowieźliśmy jednak remis do końca, co Krzyżakom ponad pół tysiąca lat temu się nie udało. Plus dla nas. Wtedy jednak nie strzelano karnych, a w każdym razie nikt chyba dotąd nie znalazł dla strzelania karnych w tych średniowiecznych bitwach jakiejś celnej analogii, więc ta nasza bitwa została przedłużona.

W realu, burza oddaliła się od Przymorza. Karne, jak na wieki wieków będzie zapisane w annałach, nasi wykonali bezbłędnie, wojska zaś polsko-litewskie (z Tatarami i równie kontrowersyjnymi czeskimi husytami na dokładkę)... Co ja gadam?! Żadne tam polsko-litewskie, tylko właśnie szwajcarskie, które skuły jednego karnego ("skuj się babko, dam ci japko"), Murzyn zresztą, szczery potomek Wilkenrieda, a Polacy to byli ci drudzy i wygrali. Alleluja!

I każdy w miarę bystry P.T. Czytelnik zrozumiał w końcu, że nasz tytuł, wbrew pozorom, jest jak najbardziej à propos i celny jak przysłowiowa cholera. Krzyżacy sobie w podobnych okolicznościach, clausewicznych, żeby to tak określić, nie poradzili, a "nasi chłopcy" TAK! "Alleluja!" jest tu więc jak najbardziej na miejscu, a do tego nie od rzeczy będzie dodać niezliczone "Hip hip hura!" (Co niniejszym uprasza się bez zwłoki uczynić.)

triarius

czwartek, czerwca 23, 2016

(Prawie) cała prawda o Brexicie

Lukrecja gwałcona przez jednego brzydala, a malował Tycjan
Każdy of course gada teraz o Brexicie - jeden że nic nie znaczy, inny że wręcz przeciwnie, i w tej drugiej opcji też są rozliczne warianty, a ja wam ludzie powiem, że to istotne, ale jako SYMBOL, SYMPTOM i ew. punkt przegięcia w Historii. Pod względem tzw. konkretów, a szczególnie tych nieprzesadnie-długoterminowych, faktycznie nie może to mieć ogromnego znaczenia i zaraz sobie wyjaśnimy dlaczego, tyle że nas tu bardziej interesują te długoterminowe, historiozoficzne sprawy.

Dlaczego konkretnie nie bardzo? A dlatego, że po obu stronach - czyli w Unii i w Wielkiej Brytanii (czy jak to tam się teraz oficjalnie nazywa) dominują w sumie te same siły, a im cholernie zależy na globalizacji. W sensie działania ponad państwami, poprzez granice, w sensie tworzenia ponadpaństwowych organizmów, dużo od narodowych państw z założenia potężniejszych...

Co oznacza m.in. także potężniejszych od narodów, w miarę autentycznych opinii poszczególnych społeczeństw, od demokracji wreszcie - na ile ta demokracja jest rozumiana w dawny i nieaktualny już sposób, czyli jako (co za naiwność, jeśli nie gorzej!) "władza ludu", nie zaś jako przerabianie przez ponadnarodową biurokrację, każącą się najemnym propagandzistom nazywać "światłymi elitami" (liczba mnoga zamierzona), maksymalnie zatomizowanych, ogłupiałych i bezsilnych przedstawicieli ludzkiego gatunku wedle swoich upodobań - oficjalnie w celu uszczęśliwienia któregoś z następnych pokoleń do tego stopnia, że aż strach!

Od dawna mam zamiar wam, ludkowie, wyjaśnić z czego bierze się ta niesamowita siła biurokracji, bez której dziś zresztą nijak, chyba że ktoś na serio zamierza jeździć furmanką i bić Niemca kłonicą po łbie, gdyby się gdzieś w okolicy pojawił - choćby i przynosił w darze świece zapłonowe do Volgswagena i odtwarzacz DVD - ale to ambitne zadanie, więc tutaj tylko zaznaczę, że odpowiedź leży (jak zwykle) w ewolucji, a konkretnie w odwiecznej opozycji między zmiennocieplnymi (kiedyś zwanymi "zimnokrwistymi") i stałocieplnymi (kiedyś "ciepłokrwiste"). Czyli węże vs. ssawce. (Łał!) Jeśli komuś coś w głowie zaświtało, to brawo, reszta na zrozumienie musi poczekać i nieco po-poprosić.

To było o konkretach wynikających z przyjęcia lub odrzucenia PRZEZ LUD Brexitu, teraz o tych sprawach istotnych. Czy to dziwne, że miłościwie nam panująca biurokracja, niemal już globalna, wspierana przez... wiadomo... wpadła w lekką panikę, że jej tu zwykłe prole, swymi przestarzałymi demokratycznymi sposobami, sypią piach w tryby wzniosłych i dalekosiężnych projektów? (Jakich projektów? Globalizacyjnych Mądrasiński, globalizacyjnych! Coś nie jesteś dziś w swej zwykłej formie.)

Wiele z tego w świecie konkretów na razie wyniknąć nie może, no bo prole są niesamowicie słabe, zdezorganizowane, ogłupione przez K*winy i P*koty tego świata, ale cholera - czy to przypadkiem nie jest jakieś przełamanie się trendu aby?! Pyta się w duszy każdy z osobna (poza jednoznacznie i do szpiku kości państwowymi) biurokrata i cała (poza jednoznacznie i do szpiku kości państwową, ciekawe swoją drogą, dlaczego tak ją zwalczają K*winy?) biurokracja jako całość. W końcu tak ładnie żarło, bryła świata była już niemal ustawiona jak trzeba - tylko jeszcze dopchnąć ją lekko paroma milionami przydymionych i pełnych temperamentu "uchodźców", a tu nagle...

Symptomy już wcześniej pewne były, fakt, ale kto by się tam przejmował, skoro Parowóz Historii bucha parą, a w szóstym wagonie grubasy zajadają tłuste kotlety, zagryzając dłuuuugimi kiełbasami. Jakie symptomy? A takie, Mądrasiński, że np. byle taśma lat temu parę starczyła, by na Węgrzech (gdzie to właściwie jest?) do władzy dorwała się jakaś taka paskudna... Prole zignorowały światłe rady i opinie. Zgroza! W Polsce (czyli nigdzie) w sumie tak samo...

W Austrii, w wyborach prezydenckich, trzeba było to co wcześniej w tej tam Polsce w wyborach lokalnych, i to tym razem nie dało się tego zrobić czysto lokalnymi środkami... No i nie każdy prol ochoczo oddaje "uchodźcy" swoją żonę i córki, a potem nie pyta go, jak być miało: "a ja sam, na jaką płeć mam się dla łaskawego pana/pani/nie-chcę-zdradzić teraz zrobić, żeby zaspokoić wszelkie pana/pani/nie-chcę-zdradzić potrzeby?"

To wygląda na jakieś - miejmy nadzieję chwilowe - wahnięcie historycznego trendu, jakieś mało apetyczne patyki w szprychach Postępu... A poza tym jest to PO PROSTU SKRAJNA BEZCZELNOŚĆ ZE STRONY @#$%^ PROLI, które powinny - ba, MUSZĄ - za to beknąć! Jeśli nie bekną szybko i boleśnie (a wiadomo że nie ważna jest surowość kary, tylko jej nieuchronność, co nie znaczy, by nie należało tym razem,  i w podobnych przypadkach, ukarać b. surowo), to inne prole też mogą się tak bezczelnie rozzuchwalić, już zresztą niektóre zdradzają takie chętki, a wtedy...

Cóż, wiadomo, że kontrrewolucja nasila się w miarę postępu Sił Postępu, a Parowozu Historii byle stado proli nie zatrzyma, ale cholera, nie tak miała wyglądać ta praca przy uszczęśliwieniu Ludzkości, więc to naprawdę jest paskudna ze strony proli niewdzięczność, skrajny brak smaku, żeby mi się to nigdy nie powtórzyło i jak najszybciej zapomnijmy o tym całym Brexicie - a prole muszą o nim zapomnieć jeszcze szybciej, jakie środki by do tego celu nie były niezbędne.

I TO jest prawdziwy sens tego wszystkiego. Dixi!

triarius

P.S. A wiecie co ostatnio pedzioł Biedroń? Że będzie prezydentem. Polski.

środa, czerwca 22, 2016

Wesołe jest życie!

Wielbicielka tego bloga (a coście myśleli?) przesłała mi dziś SMSem wiadomość, że w jednym sklepie widziała ogłoszenie następującej treści:
Poszukuję kobiety w celu realizacji programu 500+
* * *

Właśnie z tasiemki na jednym zachodnim kanale dowiedziałem się, że w szkołach w Nowym Jorku będą rozdawać darmowe tampony. Co za temat! Tyle że ja nic tu publicznie snuć nie będę, bo byłoby to niezwykle skomplikowane, wszystko ze wszystkim się wiąże, głębie nie do wyobrażenia, masa pisania, nikt by nie zrozumiał, za to pukaliby się w czoło, albo gorzej... Na pewno nie byłoby tam wiele o ekonomii, za to nie obyłoby się bez słów w rodzaju "prasłowiański", "kosmiczny", "hipersamice" i wzmianki o pani Ayano Murakami.

Ale - błagam - niech ktoś o tym fakcie zawiadomi Coryllusa! Tak pięknie wywodzi wojny i powstania z ekonomicznych interesów ludzi szyjących mundury. (I nie tylko, nie jedynie.) Mógłby i z tego tematu wycisnąć arcydziełko. Wcale nie żartuję. Ja nie mogę go zawiadomić, bo mnie Mistrz raczył był zablokować. (I tak byłem głupi, że to ryzykowałem, komę-u-niego-tując, ale miałem wtedy cholernie nudną robotę na kąpie.)

Co nie zmienia faktu, że to o Katarynie naprawdę trzeba przeczytać. Na dowód, że mówię poważnie, wklejam jeden z ostatnich blogasowych tekstów tego autora. W sumie b. sensowne i fascynujące sprawy - te o Katarynie i "uchodźcach" - choć na początku jest też trochę na temat strzelania, a to nie jest temat, który by Coryllusowi specjalnie leżał. To znaczy on myśli, że jak najbardziej, ale się w tej akurat drobnej kwestii zdecydowanie myli. Jednak to o Katarynie naprawdę jest warte grzechu. Oto i:
Biedny imigrant w gejowskim klubie
* * *

"Od mądrego wroga gorszy głupi przyjaciel", jak głosi odwieczna mądrość, o czym, mam niepłonną, przekona się wkrótce judeokomuna z różnych tam KODów. Chodzi mi oczywiście o Kiszczakową, która to durna komucha PUBLICZNIE rozpacza, że "z dwóch tysięcy emerytury miesięcznie nie da się przecież wyżyć". (Podkreślam, że "publicznie", bo gadka tej durnej blondyny o sześciu tysiącach, "za które pracować może tylko złodziej lub idiota", była jednak we własnym gronie, tylko podsłuchana.)

Jeśli znacie jakiegoś leminga czy postkomucha mającego mniej niż powiedzmy 4 tysiące emerytury miesięcznie - a najlepiej oczywiście żeby miał mniej niż 2 tysiące - to mu to powiedzcie! Wsadźcie mu w to tę jego głupią mordę i tak ją tam wytentego... Aż mu się w tej jego komuszej mózgownicy zacznie nieco przejaśniać. Zresztą, jak głupek na tę forsę osobiście tyra, to też to zadziała, więc do boju!

* * *

I to by chyba było na tyle. Jeszcze tylko dla dzieci bajka na dobranoc: "Bolek, Bulek i Bulbulek". Słodkich snów!

triarius

piątek, czerwca 17, 2016

Nie ma żadnego "problemu terroryzmu"!

Powtarzam: nie ma żadnego "problemu terroryzmu". "Problem terroryzmu" to retoryczna sztuczka, coś co po łacinie nazywa się pars pro toto, czyli np. "dziesięć tysięcy mieczy" w sensie "dziesięć tysięcy uzbrojonych żołnierzy".

W odróżnieniu jednak od dawnego Rzymu nie żyjemy teraz jednak w czasach rozkwitu (i szaleństwa na temat) retoryki, tylko w czasach m.in. ordynarnej propagandy, więc ten stary retoryczny greps służy nie (tak czy inaczej pojętej) estetyce, tylko, jak niemal wszystko dzisiaj, utrzymaniu lemingów w posłuszeństwie.

Skoro nie ma "problemu terroryzmu", spyta ktoś, to co w takim razie jest? W końcu ktoś tam w jakichś klubach strzela, wysadza się wraz ze sporą  ilością innych ludzi w powietrze... Oczywiście wcale tego nie neguję, chodzi mi tylko o to (tylko I AŻ), że cały ten "problem terroryzmu" jest jedynie częścią czegoś o wiele większego i poważniejszego. I że to rozróżnienie jest naprawdę istotne, nie zaś jedynie kolejnym słownym wygibasem.)

Mianowicie schyłku i upadku Zachodu. Mówiąc zaś językiem mniej wyszukanym, za to precyzyjniejszym, problem Spedalenia Zachodu. (Excusez le mot, wrażliwe duszyczki.) A ponieważ praktycznie cały ten obecny, czy może raczej dotychczasowy, świat jest ukształtowany przez Zachód właśnie... Co by nam w politpoprawnych książkach o historii świata nie opowiadano o całej, ach, Ludzkości, wspólnie przez tysiąclecia dążącej do obecnego niemal-już-ziemskiego-raju, gdzie to każdy dosłownie miał swój istotny wkład itd...

Jednak faktem jest, mimo "arabskich" (w istocie indyjskich) cyfr i kukurydzy, że wszystko z czym my i inni ludzie na całym niemal globie codziennie żyją, a już na pewno co oglądają w telewizjach i gazetowych wstępniakach - od granic państw i samej idei państwa, przez pojęcia takie jak państwo prawa, samo prawo zresztą też, demokracja, prawa człowieka, wolność słowa, tolerancja (np. religijna), po "jedynie słuszną" ekonomię - zostało (ostatecznie) sformułowane na zachodzie, a w większości przypadków ludom należącym do innych cywilizacji po prostu NARZUCONE.

Narzucone w taki czy inny sposób - przemocą, albo metodami ekonomicznymi, czy też słodkimi i delikatnymi niczym letni wietrzyk metodami kulturowymi... Z których wielu może się cieszyć i sobie ich gratulować, ale które wcale - mówię o tych wszystkich Myszkach Miki i śpiewających babach z brodą - obiektywnie nie muszą każdego bez wyjątku zachwycać...

Że o korupcji, przeważnie zresztą kończącej się na niezrealizowanych obietnicach, których nikt nigdy realizować nigdy naprawdę nie zamierzał, litościwie nie wspomnę. (A jeśli jakiś naiwniak zamierzał, to i tak nie miał on ku temu żadnych możliwości, a zresztą dawno zamierzać przestał, bo mamy przecież teraz kryzys i problem terroryzmu, więc jak?)

Nie da się tego - jeśli nie mówimy o leminżej publiczności, która jak dotąd łyka wszystko, tylko o ludziach trochę myślących - zagadać! Najpierw się podbija świat, a potem się zaczyna sobie (skutecznie) i innym (mało, jak widać, skutecznie) wmawiać, że zawsze chodziło tylko i wyłącznie o uszczęśliwienie wszystkich, i że jeśli nikt nie będzie wierzgał przeciw Obamom i Merkelom, to już za trzy lata... no może za dziesięć... Ale na pewno jeszcze za życia naszych wnuków... Będzie ten wymarzony raj na ziemi.

Osiągniemy go wszyscy, ach, zbiorowym wysiłkiem, ale praktycznie bez poświęceń, bo przecież mamy Taniec z Gwiazdami i różnego rodzaju Euro, więc czego byście prole jeszcze chciały?! Czy ja mówię, że tamto podbijanie świata było złe? Albo czy mówię że było dobre? Nie, nic takiego nie mówię. Może mam na ten temat swoją opinię, o wiele zresztą bardziej zniuansowaną od prostego "cacy" czy "be", ale, jeśli tak, to zachowuję ją dla siebie.

Mówię tu tylko coś takiego, że nie ma litości dla brutala, który nas podbija i wszystko u nas urządza na swoje kopyto, a potem nagle, bez widocznej przyczyny, kuli się w kąciku i zaczyna płakać, że go mama nie dość kochała, a tata nie chce mu kupić nowej wypasionej komórki. Takie jest życie i to się nigdy nie zmieni!

Tym bardziej, że, zamiast po prostu trzymać się mocno i ew. dokonać jakichś ustępstw, rozsądnych i wyważonych, ten dzisiejszy Zachód Merkeli i Obam, z jednej strony kuli się pod nawałem własnych wewnętrznych przeżyć, których nikt nie rozumie, i które niemal każdy niebędący Obamą, Merkelą czy grzecznym lemingiem pochodzącym od tej sympatycznej pary, ma w przysłowiowej dupie, kuli się w kącie i szlocha...

Jeśli zaś kulenie się i szlochanie to nieco zbyt mocne określenie, na to co robi dzisiaj Zachód, to absolutnie celnym będzie stwierdzenie, że po (nie oszukujmy się) mocno brutalnym urządzeniu świata po swojemu, Zachód chodzi teraz od jednej ofiary do drugiej, ofiarowując im "bransoletki przyjaźni". I żeby to jeszcze uczciwie! Gdybyś naprawdę chciał dobrych stosunków, niewtrącania się jeden drugiemu, gdyby szczerze żałował... Ale przecież nic takiego nie robi.

Za tym wszystkim, w uzupełnieniu do tchórzostwa, stanowiącego faktycznie pewną nowość, leżą tak samo brudne interesy, jak za osiemnastowiecznym handlem niewolnikami. I każdy z zainteresowanych świetnie sobie z tego zdaje sprawę, więc jakich reakcji można się tu spodziewać?

Z jednej strony to, z drugiej zaś z jeszcze o wiele większą furią, niż kiedyś krzyż i zbawienie zamiast ofiar z ludzi, perkaliki zamiast gołych cycków i kościelne śluby zamiast palenia wdów i okaleczania niemowląt, stręczy dziś ten mentalnie pokręcony Zachód różnym obcym nam kulturowo ludom wymóżdżone całkiem niedawno przez szemrane "intelektualne autorytety" pomysły w rodzaju "równouprawnienia płci", zapobiegania "homofobii", "liberalnej gospodarki" (a jakże!)... Oraz samej "demokracji", tyle że w ujęciu takim, że nie rozpoznał by jej w nim nikt z żyjących choćby tylko 100 lat temu teoretyków...

Plus oczywiście baby z brodą, wszystkie kobiety na "rynku pracy", "swoboda seksualna"... I milion podobnie genialnych spraw, A, i to jest tutaj być może najważniejsze, trybunał określający co jest, co zaś nie jest "równouprawnieniem", "liberalną demokracją", "wolnością słowa" i całą resztą tych cudowności, znajduje się, nie do końca wiadomo gdzie (tutaj fraktalizm, którego inne od naszej cywilizacje za cholerę chyba nigdy nie pojmą), ale z grubsza gdzieś w kilku najpotężniejszych (z jakichś powodów, nie zawsze wygodnych do publicznego analizowania) państwach, w jakichś lożach, klubach, gabinetach... (Coś jak z prawem magdeburskim i arcybiskupstwem w Hamburgu w dawnej Polsce.)

Nic więc dziwnego (dla kogoś na poziomie nieco wyższym od poziomu średniego leminga, a nie jesteśmy przecież rasistami, by uważać, że każdy "kolorowy" musi być od leminga głupszy, prawda?), że różni tacy nie są zachwyceni ową, mającą ich niechybnie uszczęśliwić, ofertą, a widząc nieprawdopodobną słabość rzeczonego Zachodu w wielu punktach, plus widoczne gołym okiem pogłębianie się jego słabości w masie innych istotnych punktów, starają się to wykorzystać.

Jeśli uwzględnimy grające Zachodowi, z akcentem na Amerykanów, na nosie Chiny, jeśli uwzględnimy Rosję z jej zielonymi ludzikami, kibicami, nalotami w Syrii itd., to wyraźnie widać, że tu nie tylko o islam chodzi. Chyba każdy, jeśli chwilę nad tym pomyśli, a nie czyta GWybu, się z tym zgodzi? No a wewnętrzny, w sensie wewnątrz samego Zachodu i jego rdzennej ludności. opór? A czasem nawet brutalne działania?

Cóż, powiem tak... Jeśli ktoś naprawdę czytał Gibbona, a nie tylko powtarza za rzekomymi autorytetami, że według niego przyczyną upadku Rzymu było chrześcijaństwo samo w sobie - wie, iż jedną z najważniejszych, jeśli nie wprost najważniejszą, przyczyną upadku wschodniego Rzymu, czyli Bizancjum, były konflikty społeczne i religijne wokół ikonoklazmu i różne takie sekciarskie sprawy z udziałem, dość z reguły brutalnego, państwa.

Można by przewrotnie rzec, iż te Bizantiany traktowały teologię zbyt poważnie i że poszła ona zbyt głęboko w lud. Do tego zaś mieszały się zawsze niezliczone dworskie eunuchy, starając się upiec przy tym ogniu swoją własną pieczeń. Czyli całkiem jak Bruksela z Merkelą.

Skutek był taki, że kiedy np. przyszli Arabowie ze swą prościutką wersją monoteizmu, nikomu nie chciało się bronić dotychczasowego państwa, widzianego jako siedlisko i rozsiewnik burdelu na kółkach i prześladowca autentycznych wiernych. No a tam była, mimo wszystko, dość poważna teologia - tutaj natomiast mamy baby z brodą, Merkele jednym kłapnięciem paszczą wywołujące wędrówki ludów, o jakich się dawnym Attylom i Alarykom nie śniło, a do tego kastrujące nas wszystkich na wzór i podobieństwo bab z brodą z upiornych konkursów upiornej Eurowizji...

Co oznacza spychanie nas wszystkich w przepaść, a dla naszych ew. wnuków szykowanie losu, o którym nawet pomyśleć się boimy. Czemu więc się dziwić? I to by było na tyle. Jeśli jest chaotyczne, to sorry, ale temat wielki, "nabolały", jak to się mawiało (kto mawiał, ten mawiał) za Gierka, a napisane od jednego zamachu. (Nie o taki "zamach" chodzi - wstrzymaj głupku te swoje drony!)

triarius

piątek, czerwca 10, 2016

O zblakłych gwiazdach, które się cudownym nagle blaskiem rozświetlają...

... po swym, w jakżeż odpowiednim momencie przychodzącym, zgonie


Nie wiem jak kto, ale ja dość sporo (robiąc sobie luźno różne inne rzeczy) patrzę co tam śmierdzi w zachodnich telewizjach, i w wyniku tego widzę, jak niesamowity cyrk dla lemingów uczyniono ze śmierci dawno już nieaktualnego, zdawałoby się, boksera Muhammada Alego. Cyrk z tego powodu jest po prostu tak niebywały, że aż daje okazję do popisania się spiskową teorią.

Spiskowe teorie to, jak wiadomo, podstawa sporej części współczesnej literatury i publicystyki - w dodatku tej lepszej części - tyle że spiskowe teorie są różne i także różna jest ich jakość. Najgłupsza z nich to oczywiście taka, że wszystkie spiskowe teorie Z DEFINICJI są idiotyzmem, a świat wygląda dokładnie tak, jak nam, prolom, raczą to pokazywać media i autorytety.

Potem, pod względem jakości, idą modne teorie, którymi (excusez le mot) brenzluje się co drugi leming, choćby i prawicowy - w rodzaju sfingowanego lądowania na księżycu czy sfingowanego ataku na WCT. (Swoją drogą nie dałbym głowy, że ruscy naprawdę byli w międzygwiezdnej przestrzeni Gagarinem, ale to ruscy i oni w takich sprawach mogą wszystko, natomiast w innych nie przesadzajmy.)

No i istnieją teorie spiskowe mające, jeśli nie zawsze ręce i nogi, to przynajmniej sporo wdzięku i logiki, choć na ogół rozkosznie przewrotnej. Mamy tu, na naszym krajowym jak-to-określić (no bo nie "rynku" przecie, choć bardzo by chciał) gościa, który potrafi snuć zaiste smakowite spiskowe teorie, tylko niestety ktoś mu powiedział, żeby wziął się za coś całkiem innego i, mnie przynajmniej, ostatnio potężnie nudzi.

Jednak tamte teorie sprzed lat naprawdę były słodkie jak miód - tak słodkie i miodopłynne, że niechybnie przyciągałyby niedźwiedzie, gdyby tylko takie stworzenia znajdowałyby się w pobliżu. Istnieje też coś, co można by nazwać (gdyby to nie było tak kulfoniaste, szczególnie optycznie) "meta-spiskową teorią", czy może raczej "spiskową meta-teorią", i to jest to, co ja najbardziej lubię praktykować, choć dotychczas w sumie bardzo platonicznie.

Najlepszą moim zdaniem z tych meta-teorii jest taka, że oto istnieje cała masa gwiazd, w sensie celebrytów - przede wszystkim różnych tam, w mniejszym lub większym cudzysłowie, "artystów" - którzy najpierw, z mniejszą lub większą pomocą nie-wiadomo-kogo, są na te gwiazdy wylansowywani, potem zaś, gdy już lemingi na ich temat dostają fioła i bulą, wydziczają się zamiast grzecznie zarabiać forsę dla swoich dobroczyńców-sponsorów...

Chleją, ćpają, wyczyniają dzikie brewerie, domagają się forsy, okazują się "gejami" lub wręcz przeciwnie, co akurat całkiem nie pasuje do zamówionego przez sponsora image'u i mentalnych potrzeb leminżej publiczności... I jakoś tak sama z siebie, ukradkiem przychodzi skądś taka myśl, że gdyby taki nagle zmarł, najlepiej nieszczęśliwie jak cholera, lemingi się wzruszą, ach...

W kiblu, dusząc się własnymi zaćpanymi wymiotami... To takie rokendrolowe! Albo w dziwnym wypadku samochodowym... Może też być przedawkowując środki nasenne... O AIDS oczywiście nie zapominając (a już byśmy zapomnieli!)... To tylko kilka luźnych przykładów, bo możliwości tu jest skolko ugodno.

No to wtedy lemingi nasze kochane znowu zaczęłyby tych naszych celebrytów wielbić, podniecać się, kupować koszulki, kubeczki, płyty długo- i krótkogrające... Chodzić na filmy i domagać się magna voce reedycji ukrytych w piwnicy, i słusznie, niewydarzonych fragmentów nieudanych eksperymentów... Skutkiem czego interes znowu by się ładnie kręcił, a nie trzeba by z kosztownymi i kłopotliwymi fanaberiami takiego, turpe dictu, szmirusa, się użerać...

Istnieje też sprawa pokrewna, choć różna, mianowicie jakże adekwatna pod względem momentu swego nadejścia, choć przecie zaskakująca, śmierć różnych, mniej lub bardziej kontrowersyjnych (dla niektórych szczególnie) polityków.

Tutaj, żeby trzymać się od tych naszych (?) podłych czasów w bezpiecznej (?) odległości, wspomnę hipotezy wspomnianego tu mimochodem autora na temat zgonu Zygmunta Batorego (b. moim zdaniem udaną), francuskiego króla Henryka II (śmierć dość faktycznie niezwykła, ale fakty które do nas doszły mocno ją osłabiają, choć oczywiście te fakty też nie są całkiem pewne)...

Choć po prawdzie, jeśli jesteśmy przy francuskich monarchach, to bardziej jeszcze należałoby się chyba przyjrzeć śmierci np. Karola VIII, który uderzył głową o framugę spiesząc pograć sobie w piłkę... I paru innych. Na temat czasów bardziej współczesnych zamilczymy, bo nie lubimy jak nam drony nad głową hałasują, ale kto chce, może sobie różne takie przypadki przypomnieć i się nad nimi zadumać.

No i co z tego wszystkiego wynika dla dzisiejszej biężączki, spyta ktoś? W dodatku takiego, co by miało jakikolwiek związek z Muhammadem Alim? Który, gdyby ktoś nie śledził, karierę zakończył 30 lat temu zdradzając już wtedy objawy choroby Parkinsona, potem żył z tym Parkinsonem aż do niemal dziś, o wiele jakby sympatyczniejszy, choć trudniejszy do zrozumienia, gdy mówił... Czasem go pokazywali, ale nie za często, raczej jak umarł jakiś jego ważny dawny przeciwnik, np. Joe Frazier...

I tak to szło. Aż tu nagle facet zmarł i zaczęła się dzika orgia żalów, celebracji, wspominków itd. Fakt, że Muhammad Ali, wcześniej Cassius Clay, był, poza tym, że znakomitym bokserem, w dużej mierze tworem mediów i propagandy, bo co to w końcu przeciętnego leminga obchodzi, czy ktoś jest lepszym, czy gorszym bokserem?

Gość był, wtedy, bo niektóre nowe informacje sugerują, że z Parkinsonem mu to przeszło, odwróconym rasistą (czemu ja się aż tak nie dziwię, znając historię Murzynów w USA), jeśli był amerykańskim patriotą, to b. marnym (sprawa służby w Wietnamie)...

Przeszedł był na islam, co zresztą wtedy było modne wśród radykalnych amerykańskich Murzynów, no bo przecież fakt, że białym plantatorom sprzedali ich, a wcześniej złowili, arabscy i muzułmańscy do bólu handlarze, w niczym nikomu nie mógł przeszkadzać, natomiast plantatorzy oczywiście byli be. I tak dalej, i tak dalej.

Tak więc, gdybym bardzo chciał, z jakichś nieznanych nikomu powodów, zaserwować teraz Moim Ukochanym Czytelnikom teorię spiskową jak się patrzy, to byłaby ona jakaś taka, że jakiś tam masowy/weekendowy przyspieszył zgon dawnego Mistrza, a to w interesie Ludzkości i Postępu. Wtedy wszystkie elementy tej układanki - sorry! - wskakują na swoje miejsce.

Wybory wygrać ma Clintonowa, tak? Gdyby, apage Satanas, zwyciężył Trump, to żadnego postępu nie będzie przez wiele stuleci. Trump na samym początku rzekł był, że w tej sytuacji, kiedy nagle dobry amerykański obywatel, tyle że muzułmanin, bierze i wystrzeliwuje jak kaczki 40 swych kolegów z pracy, z całkiem niewiadomego powodu, ale jedyny w miarę sensowny jest właśnie ten islamistyczny, no to może być na czas jakiś żadnych nowych muzułmanów do kraju nie przyjmować i sprawdzić, jak ta sytuacja wygląda i co z tym można zrobić.

Na co, oczywiście, podniósł się niesamowity jazgot protestów na skalę globalną. No a tutaj mamy akurat muzułmanina, czarnego w dodatku, amerykańskiego... Kto z lemingów pamięta, lub zwróci uwagę na to, że to był marny patriota - zresztą wtedy rządził Nixon, więc gdyby nawet Ali sprzedał ruskim bombę hiper-jądrową, to i tak byłoby super... No i można zrobić cyrk dla lemingów, a nawet należy, co przy okazji przykryje całą masę nieprzyjemnych und dla waadzy niewygodnych faktów i wydarzeń.

Ma to sens? Oczywiście że ma. Dałoby się to zrobić? Bez najmniejszego trudu, nie takie rzeczy weekendowy masowiec już robił, prawda? Ktoś by tu miał jakieś opory? Bez żartów! Skoro nawet, wciąż przecież dość słodka, Marilyn Monroe, płaczem i błaganiem nie wykręciła się od konsumpcji pigułek nasennych i alkoholu, to co mógł zrobić trzęsący się od Parkinsona, niewyraźnie bełkoczący starszy facet o ciemnej, nalanej twarzy? Kiedy mu się nagle przyplączą problemy oddechowe znaczy. Kto zresztą by się takim drobiazgiem przejmował? "Jednostka zerem, jednostka niczym", rzekł był poeta i miał absolutną rację.

Tak więc, kochane lemingi, nadal się podniecajcie, przedziwnym zaiste, nokautem na Sonny Listonie w początkach zawodowej kariery Alego, oraz jego przedziwną odpornością na ciosy w walce z Georgem Foremanem (za co zresztą zapłacił solidną cenę, podczas gdy wściekle zmęczony i znokautowany w końcu Foreman sobie nadal kwitnie), bo wam to wciąż pokazują w telewizjach, i udawajcie, że cokolwiek z tego rozumiecie. Podczas gdy ja zacieram łapki, że udało mi się pokazać światu, iż gdybym chciał, to też spiskową teorię jestem w stanie wygenerować.

triarius

P.S. Wychodzimy pojedynczo. Uważać na drony i ogony! (Tak Mądrasiński - na ogony dronów też uważajcie.)

wtorek, czerwca 07, 2016

Bonmot wolnorynkowy

Doprawdy nie wiem po co ja się aż tak okrutnie znęcam nad tą martwą kobyłą, ale (mimo wszystko wciąż jeszcze) żyjemy w bantustanie, gdzie martwe kobyły, a nawet znacznie obrzydliwsze stworzenia, wyczyniają ku uciesze gawiedzi swoje agenturalne wygibasy, do tego jeden Anonim-Permutant pilnie mnie w tym kierunku wciąż zapładnia, więc oto macie bonmota WOLNORYNKOWEGO (z całym dobrodziejstwem inwentarza, co by to nie znaczyło):

Teza że prawicowość polega na "wolnym rynku" ma dokładnie tyle sensu, co teza iż uroda polega na krzywych zębach.

triarius

P.S. Sorry, zapomniałem że teraz mają tu być adekwatne obrazki. Naprawiłem to niedopatrzenie. (Choć tutaj zęby są akurat proste i po amerykańsku olśniewające.) Enjoy!

niedziela, czerwca 05, 2016

To już zaczyna być nudne, ale cóż...

W SiEnEnach (od CNN) tego świata stręczą nam ostatnio kandydata Partii Libertariańskiej na prezydenta Stanów... (Mogę zresztą tym razem być dla SiEnEnów nieco niesprawiedliwy, bo może oni to czynią po prostu z obowiązku informowania? Pies ich jechał, tak czy tak.) No i za każdym razem mówią nam, co to właściwie jest ten "libertarianizm". Czyli? "Ekonomiczny konserwatyzm, obyczajowy liberalizm" - ot co!

Dzisiaj był nawet wywiad z samym tym gościem, co to z ramienia Partii Libertariańskiej kandyduje, i on też oczywiście wytłumaczył nam o co w tym chodzi: "Ekonomiczny konserwatyzm, obyczajowy liberalizm - nic innego!"

Żeby nikt nie miał niepotrzebnych wątpliwości, wyjaśniono nam w tym wywiadzie, jak i w każdej innej nieco dłuższej wzmiance na temat Partii Libertariańskiej, którą słyszałem na zachodnich telewizjach w ostatnich tygodniach (wcześniej o nich pies z kulawą nogą nie wspominał), że "obyczajowy liberalizm" oznacza nie tylko poparcie nie tylko dla legalizacji narkotyków, od marijuany począwszy, ale też dla pedalskich "ślubów" i skrobanek ("prawo wyboru"). Co jest oczywiście w pakiecie z całą masą innych podobnie "prawicowych" marzeń i postulatów, które Ludzkość (ach!) niechybnie w krótkich abcugach uszczęśliwią.

Zaś co do "ekonomicznego konserwatyzmu", to aż mi głupio to w tej epoce kompletnej już niemal kompromitacji religii "wolnego rynku" i powszechnych, jakżesz uzasadnionych, wątpliwości co do urody "kapitalizmu" jako takiego, to tłumaczyć, ale powiedzmyż jednak parę słów...

Ten "ekonomiczny konserwatyzm" to wszechwładza wielkiego kapitału, na którego posyłki (i sporego pieniądza w ogóle) biega "prawo", nie wspominając o propagandzie ("media", "edukacja"), oczywiście także politycy (i to jak!),.. Jeśli tę bandę zdegenerowanych biurokratów daje się jeszcze tak nazwać. Oznacza o także - ten "konserwatyzm" - że wara prolom od wątpliwości na temat jakichkolwiek "praw własności", a już szczególnie w przypadku wielkich fortun zdobytych zdradą, jawnym rabunkiem, handlem niewolnikami, nieskończoną niemal serią oszustw...

Oczywiście prolom wolno, a nawet powinni, marzyć o założeniu "własnego biznesu", ale też na marzeniach to się ma kończyć, bo z wielkim kapitałem nie wygrasz, szczególnie jeśliś mało politpoprawny, a jeśli cokolwiek założysz, to i tak nie będzie twoje, ino banków czy innych inwestorów z forsą.

Wara też prolom od podważania, wara prolom od zastanawiania się nad wykorzystywaniem wspomnianych przed chwilą fortun, szczególnie, że ich późni dziedzice (albo i mniej późni, szczególnie w bantustanach) zajmują się teraz na potęgę umoralnianiem i tresowaniem proli, stręcząc im "prawa człowieka", politpoprawność i "tolerancję", choć o "świętym prawie własności" też oczywiście nie zapominają, bo byt kształtuje, jakby nie było, świadomość.

Czyli cały ten "libertarianizm" to skrajna lewizna, tyle że w wersji kastowej i połączona z "ładnie opakowanym" (dla kogo ładnie, dla tego ładnie) ZAMORDYZMEM. Któren to propagandowy zamordyzm służy do ułatwienia realizacji prawdziwego zamordyzmu, gdyby się libertarianom udało kiedykolwiek zbliżyć się do żłobu...

(A niby czemu nie? Skoro np. ci "nasi" tutaj, to profesjonalne obrotowe quislingi, więc mają szansę, że któryś okupant, w którymś kraju, do jakichś pomniejszych, ale za to z tych najobrzydliwszych, stanowisk ich dopuści. Oferują każdemu ew. okupntowi swoje usługi przecież tak wyraźnie, co drugim swoim słowem, że nawet ktoś tak durny jak Petru w końcu by zrozumiał, a co dopiero nasi ew. okupanci.)

To raz. Dwa to taka sprawa, że ten zamordyzm robi za "prawicowość", oczywiście tylko u naprawdę niskopiennej "prawicy", ale tego jest sporo... Ludzie nie lubiący PRLu, na przykład (bo nie było porządnych bryk i wycieczek na Baleary), uważają, że nie znoszą lewicy, tzw. "socjalizmu", więc łasi się taki na "prawicowe" hasła i argumenta, choćby najgłupsze, jak kot na przysłowiową sperkę. (Miałem masę kotów, ale żaden nawet o sperce nie słyszał, tak nawiasem. Zresztą sam nie wiem co to jest.)

Trzy zaś - i to działa nie całkiem wszędzie w tym samym stopniu, ale u nas jak najbardziej - to taka rzecz, że owe niskopienne, zamordystyczne "prawicowe" hasła lepiej się zgadzają z kacapską, putinistyczną propagandą, niż głośne mówienie o "obyczajowym liberaliźmie", czyli skrobankach i pedałach. A skoro już jesteśmy przy rodzimych K*winach, nie od rzeczy będzie przywołać tu taką drobną biężączkę, że pono co najmniej jeden z tych facetów, co to wysadzali rząd PiSu przy pomocy bomby pod radiowozem, okazał się niczym innym, ino wielbicielem K*wina.

Lewak zatem und anarchista, czy też nie lewak? Pan Tygrys (i to właśnie robi się już nudne, ale w tych podłych czasach, jak sam się nie zareklamujesz, to nikt inny tego za ciebie nie zrobi) pisał wieki temu, że k*winizm to w istocie skrajna lewica i z prawicowością ma tyle wspólnego, że ją udaje. Nawet bowiem miłość do Putina nie jest raczej "prawicowa", a co dopiero libertarianizm, czyli, przypomnę: "jednopłciowe śluby i prawo wyboru - skrobać nienarodzonego, czy może jednak się to nie opłaci?"

Oczywiście sygnałów tego typu, argumentów za tą tezą, obok samej k*winicznej ideologii i zachowań Guru, była masa. O wielu z nich już wspominałem, choć są to rzeczy rozrzucone po sieci. Np. dziwne zjawisko, że cała masa lewackich trolli szalejących po szalomie (tę platformę znam dość dobrze, bywałem na niej aktywny, o onetach i im podobnych nie wiem niemal nic) prędzej czy później okazała się być... Czcicielami "wolnego rynku", wymyślającymi PiSowi od "narodowych socjalistów" (swoją drogą obrzydliwy donos, uwzględniając konotacje, ale cóż to robi libertarianom?)...

Krótko mówiąc miłośnikami K*wina. (Co "miłośnikami"? Okazywali się.) Tak że tutaj mamy plusa z przepowiadania przyszłości - któryż to już raz okazujemy się niezawodną Kassandrą? Jednak nie tylko to potwierdziło w ostatnich dniach nasze prorocze instynkta i taleta.

U Kuraka (to moje główne źródło krajowej biężączki, może poza okresami, kiedy mam akurat napad czytania treści szalomu) wyczytałem dwa dni temu, że przesławna Kataryna okazała się być na garnuszku u tzw. "poprzedniej władzy", od której zainkasowała (oficjalnie) 6 melonów, popierała Bula, który ją czymśtam nawet chyba odznaczył, a teraz pyszczy na PiS, że "promuje swoich".

No to sobie ludzie poszukajta, co też Pan Tygrys na temat Kataryny pisał lata temu! A pisał sporo. W dodatku ani specjalnie pilnie jej działalności nie studiując, ani też ogólnie krajowej biężączki (innej też zresztą) - po prostu wiedząc, jakim taki ktoś może być zagrożeniem - z jednej strony; a z drugiej  - wiedząc, że gdyby Kataryna nie istniała, pewne siły, niespecjalnie Polsce naszych marzeń przychylne, musiałyby ją wymyślić. Tylko tyle i aż tyle, ale niektórym wystarcza.

Czy ja się bezczelnie chwalę? Może trochę (?) tak wyglądać, ale w istocie o wiele bardziej niż o mój własny geniusz - choć moja zdolność przewidywania wydarzeń mnie samego zadziwia - chodzi mi o pochwałę mojej METODY. Więc pozwólcie mi na zakończenie wykrzyknąć, któryś to już raz zresztą: Tygrysizm Stosowany Niezawodnym Narzędziem Walki o Lepsze Jutro! Kto chce, może sobie do tego dorzucić "tak mi dopomóż Bóg!", albo "Alleluja!"

I to by było na tyle.

triarius

P.S. 1 Tygrysizm Stosowany Niezawodnym Narzędziem Walki o Lepsze Jutro! (A co, nie może być dwa razy?)

P.S. 2 Miała być Zuzanna i Starcy, ale uwiódł mnie ten tu obrazek i muszą poczekać.

środa, czerwca 01, 2016

O liczeniu do czterech, szortach i naturze ludzkiej (2)

No dobra... Co wynika z tego, że niektóre źwierzęta potrafią liczyć lepiej od niektórych ludzi? (I nie mówimy o upośledzonych na umyśle idiotach, tylko o szczęściarzach nie znających druczków do wypełniania i innych liberalnych wynalazków.) Co wynika z tego, że w pewnych sferach psychiki i, well... umysłowości, wyraźnie się ze źwierzętami zazębiamy?

Tak przy okazji, to ja wiem, że nie powiedziałem na czym polega to liczenie u pawianów, jak się przejawia, ale możecie sobie tego poszukać w tych fragmentach Ardreya, które ja tu dla was pracowicie przetłumaczyłem. Konkretnie w tym spolszczonym fragmencie "African Genesis" to jest, czyli na nasze "Afrykański początek". No ale co z tego wynika, pytacie?

To jest tak, że wy sobie ludzie - jak prawie wszyscy dzisiaj, od Oświecenia, kiedy ono do was dotarło i was przeniknęło na wylot - wyobrażacie, że człowiek to jest racjonalny umysł doczepiony do niemal nieożywionego KLUMPA (szwedzkie słowo, ale b. adekwatnie brzmiące, a oznaczające bezkształtną bryłę). Dla wierzących jest jeszcze "Boża iskra", ale w codziennym, świeckim życiu nie ma ona najmniejszego w sumie znaczenia.

Ten umysł (wiecie to już z lekcji biologii, brawo!) siedzi w korze mózgowej, która u ludzi jest ogromna, a u źwierząt niemal nie istnieje, w związku z czym o wiele bardziej, niż z powodu tej "Bożej iskry", o której co chwilę i tak każdy zapomina, bo takie jest życie, różnimy się diametralnie od naszych braci mniejszych.

I ta kora, ten rzekomo hiper-racjonalny umysł, jest dziwnie podatna na propagandy, na urabianie przez różne tam media i moralne (tfu!) autorytety, podczas gdy KLUMP odpowiada wyłącznie za żarcie, chodzenie do kibla, no i ew. jakieś tam nieudolne rozmnażanie i podrygiwanie w rytmie dysko. Tak? Nawet jeśli się z powyższym formalnie nie zgadzacie, to sorry, ale w sumie tak to właśnie w praktyce widzicie, bo to jest dziś norma i "sama prawda, bez żadnych tam przesądów czy ideologii".

Tak wam powiedziano, tysiące razy, i teraz dla was jest to Ewangelia, albo lepiej. Ardreye zaś, mówiące coś przeciwnego, mianowicie (obok wielu innych rzeczy), iż człowień to też źwierzę, choć oczywiście specjalne... Nawet bardziej specjalne, dziwne i wyjątkowe od pawiana czy kruka... I w sumie funkcjonalnie drapieżnik... Są dziś zamilczane i wyklęte. (Znaczy klęliby na niego i zakazywali, gdyby tak zgrabnie nie udało im się go przemilczeć. Mówimy teraz o Robercie Ardreyu, bo nieco pokrętne to się nam tu zrobiło i ktoś mógłby się zgubić.)

No i my - ja tu i Ardrey - mówimy, że, wbrew temu, co się nam wmawia, wbrew temu, jak się przy naszej naturze (która w ogóle w oczach JaśnieOświeconych praktycznie nie istnieje, bo jesteśmy tabula rasa i tylko czekamy na ukształtowanie dłonią Środy i Michnika, którzy z amorficznych KLUMPÓW łaskawie próbują ulepić wreszcie coś na kształt ludzi) majstruje, że wcale nie!

Jesteśmy także źwierzęta, mamy swoją naturę, nawet drapieżną (co oznacza także większą inteligencję, ciekawość świata i skłonność do zabaw kłębuszkami wełny, niczym rozkoszne kocięta). I jak większość drapieżników, jeśli nie po prostu wszystkie, mamy instynkt terytorialny, więc wtrynianie nam tu różnych szemranych "uchodźców" gwałci nas i głaszcze pod włos...

Mamy też poczucie hierarchii, wrodzone, więc zera w postaci Tusków i Merkeli mogą ew. być akceptowane jako przywódcy stada wśród ludów zdegenerowanych i mających już swe życie za sobą, jak powiedzmy dzisiejsi Niemcy, ale to wszystko!

Najwyższy czas, żebyśmy przestali sami o sobie, i o swoich bliźnich, z dziećmi i kobietami na czele, myśleć w tych załganych - niegdyś może tylko błędnych, ale dziś kto chciał, już dawno wie, że to kłamstwo - kategoriach KLUMPA przyczepionego do racjonalnej kory mózgowej - "racjonalnej" w dodatku, bo czułej na słowicze tryle Śród i Michników, Na tym to przecie polega.

Tutaj także ten Damasio, o którego toczyliśmy swego czasu spory, bo gość zdaje się lewak z przekonania, albo też wie gdzie chleb posmarowany, ale w książce "Błąd Kartezjusza" cudnie rozjeżdża lewacką koncepcję KLUMPA i dodanej doń racjonalonej kory. (Z ew. dodatkiem nic w praktyce nieznaczącej "Bożej iskry", o której sam nie wspomina.)

Tutaj także inny mój dziwny nieco faworyt, mianowicie Alexander Lowen, mówiący w swej ważnej książce "Betrayal of the Body", że "jesteśmy ciałem obdarzonym duchem, a nie wolnym duchem przywiązanym do trupa". Dokładnie to samo, jeśli sobie za "trupa" wstawicie KLUMP, bo to jest dokładnie w tym kontekście tym samym.

I to by było na razie na tyle.

triarius

P.S. Biurokrata - dobry sługa, zły pan.