sobota, grudnia 16, 2006

O ideologiach... lepszych i gorszych

Błędem jest moim zdaniem, a czasem nawet nadużyciem, osądzanie ideologii politycznych przede wszystkim na podstawie ich priorytetów. Naburmuszanie się na socjalizm (czy "socjalizm"), dlatego, że chciałby dać prostym ludziom godne życie i zlikwidować rażące nierówności... No bo przecież trzeba być całkiem zaślepionym, by przeczyć, że nierówności są ogromne, w wielkiej części całkiem nieuzasadnione i z żadną ludzką sprawiedliwością nie mające nic wspólnego.

Oczywiście przywiązywanie najwyższej akurat wartości do wolności osobistej także jest uprawnione. Jeden jest bardziej wrażliwy na nieuzasadnioną niczym nierówność, a inny chciałby więcej osobistej wolności. Co w tym aż tak dziwnego?

Ideologie powinniśmy oceniać przede wszystkim na podstawie sposobu, w jaki rozumieją świat - jego logicznej spójności, przystawania do danych zmysłowych, rozumowych, naukowych. Powinniśmy być podejrzliwi wobec wszelkich brzmiących religijnie a przecież świeckich słów i terminów, w rodzaju "świętego prawa własności", czy samego "Prawa", kiedy pisane jest z dużej litery. Najgorsze jest to, iż te wizje są często zawarte w tych ideologiach jedynie implicite, a w dodatku możemy być już nauczeni traktować je, jako coś oczywistego - "taki właśnie jest świat". Jak to się dzieje z realnym liberalizmem, w którym żyjemy od dziesięcioleci, przedtem zaś do niego wzdychaliśmy i go idealizowaliśmy.

Stosowanie takich quasi-religijnych określeń to nie jest całkiem to samo, co mówienie o rzeczach realnie istniejących, choć trudno uchwytnych: o "wspólnocie" w ogóle, czy jakiejś konkretnej wspólnocie: rodzinie, narodzie, państwie... Te rzeczy realnie istnieją, realnie odgrywają znaczącą rolę, wielu w historii dla nich pracowało i ginęło. Rozmowa o nich, choć niełatwa, jest z pewnością bardziej sensowna, niż rozmowa o fikcyjnych społeczeństwach wszystkich tych wspólnot pozbawionych, a złożonych w całości z indywidualnych, kierujących się wyłącznie ekonomicznymi (w szerokim rozumieniu) względami jednostek. Mimo, że taki model jest z kolei tak stosunkowo prosty.

Zgoda, sam nie lubię duszoszczipatielnych tonów, których tak wszędzie pełno, a już szczególnie, gdy w tle puszcza mi się Chopina (którego organicznie nie znoszę). Jasne, że takie hasła są nagminnie nadużywane przez przeróżnych macherów, demagogów i oszustów. Ale to jednak nie są całkiem wyimaginowane byty, jak "święte prawo własności", które całkiem nie wiadomo skąd się wzięły i jak stały się "święte".

Jeśli ma się takie rzeczowe i przekonujące argumenty, jakie podobno ma liberalizm, to wypadałoby wyrzucić pochodzące sprzed trzystu lat propagandowe hasła i rozmawiać z ludźmi na gruncie racjonalnym. Zapraszam do takiej rozmowy, jestem dziwnie spokojny, że poradzę sobie z argumentacją każdego liberała. Może jeszcze wyjaśnię, że przez "liberał" rozumiem kogoś:

- kto sam się tak określa, albo/i...

- kto stosuje do siebie warianty tej nazwy ("libertarianin", "konserwatywny liberał" itd.), albo/i...

- kogo nie razi określenie "święte prawo własności", albo/i...

- kogo nie razi zwyczaj nazywania wszystkich nie kierujących się wyłącznie chęcią zysku i dążeniem do maksymalnej atomizacji społeczeństwa "socjalistą" (co ma oczywiście być w zamierzeniu okrutnie obraźliwe), albo/i...

- kto mówi do ideowego oponenta rzeczy w rodzaju: "ja mam dobrze prosperujący biznes, więc wszyscy inni powinni mi czapkować, jako genialnemu politycznemu filozofowi, a ile ty frajerze zarabiasz, że się mądrzysz?".

No to to by było na razie na tyle. Czekam na odzew, komentarze (także te, wypominające mi błędy ortograficzne) i protesty.

No to może jeszcze parę słów o tych błędach. Macie Państwo we mnie do czynienia z facetem, który na maturze z polskiego zrobił sześć błędów, z czego jeden w samym tytule wypracowania. (Potem zaś zdał ustny na najwyższą ocenę.) Ale za uwagi naprawdę dziękuję! Może tym razem nawet w końcu zapamiętam, jak się pisze "rzadko". (Dobrze było tym razem?)

Dzisiaj będą okruchy

Dzisiaj kilka krótkich kawałków, które mi się telepią po głowie.

Sprawa byłego (w więcej, niż jednym znaczeniu) rosyjskiego szpiega, otrutego przez nieznanych sprawców, zatacza coraz szersze kręgi i rozwija się coraz to nowe wątki. Przewiduję jeden gwarantowany skutek - za rok będzie w Wielkiej Brytanii o wiele więcej dzieci o imionach Ivan, Igor, Vladimir, Volodia, oraz żeńskich w rodzaju Tamara, Sasha (!), Vania (!), Nikita (!) itp. W innych zachodnich krajach z pewnością także się ta ilość nieco przynajmniej zwiększy.

Innych znaczących skutków nie przewiduję.

* * * * *

Czytelnik (a więc ktoś to jednak czyta, hurra!) - w dodatku chwilowo ZAGRANICZNY - pyta, czy specjalnie zasugerowałem Platformie Obywatelskiej zmianę nazwy na Platforma Polityki Realnej, czego skrótem (ściślej zaś anagramem) jest PPR. Która to nazwa wielu się kojarzy.

Odpowiam, że najpierw wpadłem na pomysł samej nazwy (która kojarzy mi się logicznie i zabawnie z dwóch całkiem różnych powodów, wiadomo chyba jakich), potem zaś bystrze zauważyłem ten anagram i on mi się bardzo spodobał. Uznałem więc iż zdarzyło mi się to, co po angielsku zwie się serendipity, czyli nieoczekiwany, szczęśliwy traf. Ale żeby była jasność - to PPR jak najbardziej mi do Platformy pasuje. Bez porównania bardziej, niż skrót "PO", które mi do nich nie pasuje nawet z całkiem prywatnych względów.

Więcej powiem! Gdyby Platforma połączyła się kiedyś z "Partią Zdrowego Rozsądku" panów Bolka i Wachowskiego, to ten nowy twór mogłby się wabić PZPR (Platforma Zdrowej Polityki Realnej). To by dopiero było! I wcale takiego obrotu sprawy nie wykluczam.

* * * * *

Czy ja bym nie mógł wziąć udziału w konkursie na najbrzydszy blog? Coś mi się widzi, że on jest naprawdę obrzydliwy z wyglądu. Mam rację?