niedziela, sierpnia 31, 2008

Jaś-Kuba Ruso - pisarz znaczący (cześć 3)

Wiem, że to co piszę psa z kulawą nogą nie obchodzi, ale mam właśnie zamiar dokończyć publikację przetłumaczonej przeze mnie charakterystyki Jean-Jacques'a Rousseau przedstawionej przez Stanleya Loomisa w jego książce "Paris in the Terror". Nawiasem mówiąc książka ta w czasie mej drugiej jej lektury po naprawdę wielu latach b. mi się podoba - czyta się lekko, poglądy autora są dokładnie takie jak lubię (żadnego leberalnego lewactwa i niezdrowego człowiekolubstwa, ale i żadnych hiper-monarchistycznych obsesji), sporo interesujących i wyglądających rzetelnie informacji... Tylko po co ja wam to mówię?

W każdym razie kończę co zacząłem, a to zawsze jest coś warte. Oto linki do dwóch poprzednich odcinków: odcinek 1, odcinek 2, a poniżej odcinek trzeci i w sumie ostatni. (Podzieliłem to na mniejsze akapity sponte mea.). Mogę dodać, że cholernie mi się podoba szczególnie zakończenie, bo sam miałem podobne myśli na parę zbliżonych tematów. (I nikt tego oczywiście nie potrafił zrozumieć, ale Loomis widzi to podobnie jak ja, co mnie cieszy.)


Rousseau pisał swe sentymentalne powieści klarownym, łatwym i zmysłowym stylem, który padał na wysuszoną glebę osiemnastowiecznej Francji, kraju wyczerpanego cynizmem i zmęczonego racjonalizmem, cienkim dowcipem i paradoksem, jak łagodny, miły deszcz dostarczający pustyni upragnionej świeżości. Pojawiając się wtedy, gdy się pojawiły, dzieła Rousseau przemawiały do najszerszych kręgów. Do ubogich, ponieważ Rousseau uszlachetnił ich kondycję, jednocześnie przepowiadając jej odmianę. Do bogatych, ponieważ bogaci, jak zwykle, byli znudzeni. (Był to okres, gdy w projektowaniu pejzaży we Francji zaczęły się pojawiać wioski i młyny, jako uzupełnienie, a w niektórych przypadkach zastępując sztywne klasyczne projekty Lenôtre'a.)

Do cnotliwych, ponieważ Rousseau wygłasza namaszczone kazania o rozkoszach cnotliwości - zaś cnotliwi zawsze stanowią znaczniejszy segment każdego społeczeństwa, niż to się zazwyczaj uważa. Do wyuzdanych, ponieważ czystość jest najbardziej zniewalająco uwodzicielską rzeczą ze wszystkich. W libertyńskim społeczeństwie zawsze najbardziej niewinna prostytutka uzyskuje najwyższą cenę, a pruderia, umiejętnie eksponowana, wzbudzi zainteresowanie najbardziej zblazowanego rozpustnika. Dla ludzi mających wyobraźnię, dla samotnych, dla idealistów, dla wszystkich, dla których życie było okrutne lub niepełne, powieści Rousseau stanowiły narkotyk najbardziej oszołamiającego rodzaju.

Gdyby autor "Nowej Helojzy" zadowolił się opisywaniem problemów swych nieszczęśliwych postaci, Rewolucja Francuska mogłaby się inaczej potoczyć lub przybrać inny charakter, niż to naprawdę miało miejsce. Niestety, w swych płaczliwych wędrówkach, stworzone przez Rousseau postaci muszą co drugą stronę przystawać, by rapsodyzować, filozofować i wygłaszać solenne kazania na temat ludzkiej kondycji. Rousseau uważał sam siebie, i zaczął być uważany, raczej za filozofa i politycznego teoretyka, niż pisarza. Jak i ich autor, postaci z historii stworzonych przez Rousseau, są niedojrzałe i - by zapożyczyć określenia ze słownika naszej własnej epoki - dodatkowo "z zaburzeniami".

Ani humor ani zdrowy rozsądek - dwie cechy, które Racjonaliści, jakiekolwiek by nie były ich wady, zazwyczaj posiadali - dają się kiedykolwiek dostrzec u Rousseau. "Nastolatki", dawne czy dzisiejsze, rzadko wyróżniają się swym poczuciem humoru. Tak samo jest i z Rousseau. Czy to w jego powieściach, czy w politycznych traktatach, wszystko jest solenne - jak gdyby ciężkość w zachowaniu była w jakiś sposób tożsama z wagą idei - naiwne i bardzo nie-francuskie założenie, przypominające nam, że Rousseau, w końcu nie był Francuzem, tylko Szwajcarem, i to w dodatku z kantonu Kalwina.

W swych politycznych traktatach Rousseau wychodził zza pleców swoich postaci i mówił co miał do powiedzenia. Te dzieła, w szczególności zaś "Umowa społeczna", miały największy z możliwych wpływów na sposób myślenia jego współczesnych. Kiedy w sierpniu roku 1789, po szturmie na Bastylię, nowouformowane Zgromadzenie pragnęło dać wyraz wysokim celom, ku którym będzie się kierować, stworzyło Deklarację Praw Człowieka, szlachetny i, w owym czasie, wzruszający dokument, zbudowany w większości z zaleceń i ideałów Jean-Jacques'a Rousseau.

Wyrażenie tego credo zostało przyjęte z entuzjazmem, a nawet z histerią, jaka miała spotkać wydanie większości deklaracji, konstytucji i reskryptów Rewolucji: kapelusze wylatywały w powietrze, wylewano łzy wzruszenia, płacząc jeden deputowany ściskał drugiego płaczącego deputowanego, aż wiele tego typu dziwnych par zaczęło tańczyć po sali, "całując i ściskając jeden drugiego ze wzruszeniem".

Niestety, kiedy gorączka opadła, a ambicje, zazdrość i wzgląd na osobistą korzyść znowu zapanowały w Zgromadzeniu, nikt już nie zwracał więcej uwagi na Prawa Człowieka, niż na którąkolwiek z konstytucji które po nich przyszły, a które zostały spisane na najwspanialszym pergaminie, pismem pełnym zawijasów i ozdobników. Potrzeba czegoś więcej, niż idealistyczne frazy i wzniosłe postanowienia, by na dłużej zwrócić ludzkość z jej zwykłej drogi.

Rousseau pisał swoją fikcję i swoje traktaty z założeniem, iż ludzie są tacy, jacy być powinni - zadowoleni, na przykład, na łonie rodziny, lub, jeśli zaistnieją odpowiednie warunki, chętnie żyjący w harmonii ze swymi sąsiadami. Gdyby choćby przez chwilę zbadał swe własne serce, zżerane podejrzliwością i zawiścią, albo gdyby spojrzał na niemiłe fakty w swym własnym życiu - na swe dzieci, na przykład, które oddał do adopcji - potrafiłby zauważyć znaczące różnice pomiędzy idealnym życiem, jakiego można by pragnąć, a życiem, jakie ono rzeczywiście jest.

"Człowiek rodzi się wolny i wszędzie jest w okowach". To najbardziej znane sformułowanie charakterystyczne jest dla Rousseau. Ma brzmienie budzące w sercu emocje, a do tego dźwięczy miło dla ucha. Fakt, że nie jest prawdziwe, że człowiek, całkiem przeciwnie, rodzi się w niemal całkowitej zależności od innych i musi w tym stanie pozostać co najmniej do dziesiątego czy dwunastego roku życia, to coś co wahamy się wspomnieć w obliczu grzmiącego zapewnienia Rousseau, iż jest odwrotnie.

Idealizacja natury przez Rousseau, jego zalecenie, by ludzie wrócili na jej łono dla utrzymania się i po inspirację, są równie dalekie od świata realiów. Możliwe, iż właściciele posesji nad brzegiem Jeziora Genewskiego widzieli naturę jako coś "odświeżającego", wątpliwe jednak by tak ją postrzegali mieszkańcy Afryki, Azji, czy dwóch kontynentów Nowego Świata.

Istnieje ważny związek, który można bezpośrednio i wyraźnie określić, między tego typu myśleniem, łączącym w sobie słabość sentymentalizmu z uporem przekonania, a burzą, która miała się rozpętać nad Francją podczas rządów Terroru. Robespierre był pośród najbardziej namiętnych wielbicieli pism Rousseau.Tak jak Charlotte Corday, należał do cnotliwych uczniów filozofa i odnalazł na gwałtownych stronach Rousseau hołd dla swej własnej czystości, albo, jak Rousseau wolał to nazywać - straszne słowo, które będzie straszyć podczas Terroru - swej Cnoty*.

"Terror bez Cnoty jest krwawy**, Cnota bez Terroru jest bezsilna." To brzydkie zdanie brzmiałoby inaczej, gdyby Robespierre nie był czytał Rousseau. Ze swymi częstymi nawiązaniami do "czystości", "cnoty" i rozkoszy prostego domowego życia, przemówienia Robespierre'a nie tylko pozostają wyraźnie w konwencji pism Rousseau, ale zostały także uformowane przez to samo nieuporządkowanie myśli*** i ten sam sentymentalizm, maskujące najniebezpieczniejszy ze wszystkich luksusów: samooszukiwanie.

Robespierre bez przerwy rzuca podniosłe słowa: "wolność", "cnota", wolność", ale dokładne definicje tych pojęć, od których zależała jego wrogość lub przychylność, podporządkowane były doraźnym potrzebom chwili. Przez "wolność" Robespierre zazwyczaj rozumiał wolność jaką w danym momencie dostrzegał. Rousseau śnił swój sen. Robespierrowi, który przez pewien czas miał nad ludźmi władzę życia i śmierci, dana była możliwość, by ten sen próbować wprowadzić w życie. Nigdy się jednak nie nauczył, nie bardziej niż Rousseau, że ludzie nie za bardzo dają się uwodzić, ani też specjalnie długo, abstrakcjami.

Fakt, że wielu ludzi, ułomnych istot, nadal podążało za tak ordynarnymi celami, jak seks i pieniądze, smucił go i wprawiał w gniew. Aby wtłoczyć ludzi w sztywny kształt swej Utopii, konieczne było nieco ich pocisnąć, aż w końcu, gdy stawiali opór, nie chcąc się dopasować do ustalonego kształtu, odciąć oporne części.

Tym, co czyni Utopie Rousseau i Robespierre'a wyjątkowo nieatrakcyjnymi, jest fakt, iż owe społeczeństwa ukształtowane zostały nie tylko za pomocą wadliwej oceny, ale także w znaczniej mierze za pomocą złego smaku. Przypominają ilustracje na pudełkach pralinek albo w kalendarzach rozsyłanych przez małomiasteczkowych przedsiębiorców pogrzebowych. Ludzie zarzynali innych ludzi w imię różnych przekonań, ale "prawdy" Rousseau, przefiltrowane przez Robespierre'a, uderzają jakąś fałszywą nutą wśród wszystkich tych znanych z historii masakr, ponieważ są to najprostszego rodzaju banały - mętne, sentymentalne drobnostki. Wiele z nich w oczywisty sposób fałszywych.

Ofierze jest raczej wszystko jedno, czy się ją zabija w imię Trójcy Świętej, czy w imię wartości niższej klasy średniej. Jednak ktoś kto studiuje historię może pozwolić sobie na nieco bardziej bezstronne spojrzenie. Wcale nie najmniej uderzającą rzeczą w rządach Terroru jest to, iż korzeniami jego filozoficznego uzasadnienia jest ten naiwny, niedojrzały i wulgarny idealizm, który Jean-Jacques Rousseau zawsze namiętnie odczuwał i często namiętnie wyrażał


* W oryginale rozróżnienie między "chastity", co oznacza cnotliwość seksualną, "czystość", a "virtue", czyli rzymską virtus - tą od Virtuti Militari. Tutaj nie udało mi się tego całkiem precyzyjnie oddać.


** E, chyba tutaj jednak było coś więcej: "... jest tylko krwawym barbarzyństwem" - czy jakoś tak. Tak pamiętam, to raz. A zresztą, przecież terror nawet z cnotą był w wykonaniu Robespierre'a dość krwawy. Jak na tamte czasy i możliwości, ma się rozumieć, bo zrobiliśmy od tamtych czasów spory krok do przodu.

*** Dosłownie "looseness of thought", czyli "luźność myśli".


triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, sierpnia 27, 2008

CUI PRODEST - czyli jak stworzyć teorię spiskową co ma ręce i nogi

Większość spiskowych teorii ma to do siebie, że wymaga przyjęcia masy korzystnych dla spiskujących splotów okoliczności, plus - co jeszcze bardziej mnie do nich z reguły zraża - o wiele precyzyjniejszych działań, niż to się w realnym świecie zwykło zdarzać. Żeby na przykład opróżnić gmach WTC ze wszystkich Żydów a potem trzepnąć w niego liniowym odrzutowcem trzeba by mieć więcej kontroli nad rzeczywistością, niż można o to podejrzewać nawet Mossad i to nawet na tak pobłażliwym dlań gruncie jak Nowy Jork.

Nie jest jednak tak, bym sądził, że nikt żadnych spisków nigdy tworzyć nie próbuje. Albo że nic takiego nigdy się nie udaje. Tak samo jest dla mnie oczywistą "spiskowa teoria" mówiąca, iż każdy większy wybuch "społecznego niezadowolenia" w PRL - od Poznania '56 po strajki przed Okrągłym Stołem - była sprowokowana, a bez wewnątrzpartyjnych dintojr i ubeckich prowokatorów nigdy by nie nastąpiły. Jak i "spiskowa teoria" tłumacząca dekomunizację w całym Obozie Postępu na przełomie lat '80 i '90 przegrupowywaniem się sił totalitarnej władzy. To dla mnie absolutna oczywistość, że tak właśnie było.

Nikt dobrowolnie władzy nie oddaje, lud mógł wtedy, jak i zawsze, władzuni co najwyżej skoczyć na warsztat... Czego dowodem jest choćby to, co się teraz dzieje w Gruzji, oraz to, co się od 19 lat dzieje w Polsce. Co niby tutaj lud może? Że spytam. Nawiasem mówiąc moim własnym wkładem w tę teorię jest teza, iż "pieriestrojka" oraz "dekomunizacja" były komuchom potrzebne głównie być może dlatego, że potrzebowali komputeryzacji. Więc zrobili NEP i się skomputeryzowali. Nie tylko zresztą, były i inne korzyści, które można uznać za dodatkowe bonusy.

A dlaczego potrzebowali komputeryzacji? - spyta ktoś. A Pan Tygrys odpowiada, że: "Totalitaryzm bez komputerów to tylko wstępna gra miłosna. I w związku z tym za parę lat zobaczymy taki totalitaryzm, o jakim nam się nie śniło. Nie tylko w Rosji zresztą, o nie! Jak najbardziej w Europie." Tako rzecze Pan Tygrys i ja mu raczej wierzę, choć mnie to nie cieszy.

No i fajnie. Teraz do ad remu... Przed chwilą włączyłem sobie otóż na chwilę TVN24 i od razu narodziła się nowa teoria spiskowa. Mająca w mojej opinii wszelkie zalety dobrej, realistycznej teorii spiskowej, bez żadnych typowych dla wielu z nich wad. A było to tak... Na TVN24 nawijał taki facet, nazwisko miał Pomianowski, a wyglądał i przemawiał do nas tak, jak krawiec z przedwojennych Nalewek próbujący nam za wygórowaną cenę sprzedać przenicowaną i wyłysiałą marynarkę.

Cóż ten Pomianowski mówił? Ano tłumaczył nam, że tylko jedność Unii Europejskiej może nas obronić przed Rosją, w związku z czym on, Pomianowski, ma niepłonną nadzieję, iż "pan prezydent" (uprzejmie powiedział, ale mnie jakoś przypomniał się "pan papież" pewnego rabina, nie mam pojęcia dlaczego) odblokuje zablokowane podpisanie traktatu lizbońskiego. No i mnie oświeciło!

Cui prodest? Czyli, po naszemu, "komu się opłaca"? Mówimy oczywiście o rosyjskiej awanturze w Gruzji. Ano, ukryć się nie da, że opłaca się Rosji, to raz, a po drugie zwolennikom "pogłębiania integracji europejskiej". Czyli lesbijskiego traktatu na najbliższą metę. Czyli niewątpliwie Niemcom, którym się traktat lesbijski i "dalsza integracja" bardzo podoba. Jak zresztą podobała im się integracja europejska w swych poprzednich wydaniach, tylko im ją niecnie np. w '45 pokrzyżowano.

No więc nie da się ukryć, że prodest tutaj mamy takie, że należałoby sobie wyobrazić brukselskich eurokratów i Berlin dogadujące się z Moskwą, by utarła amerykańcom nosa w Gruzji, załatwiając sobie przy tym różne swoje (brudne, ale komu to szkodzi) interesy... A przy okazji napędziła stracha różnym krajom i różnym ludziom w Europie, ze szczególnym naciskiem na tych, którzy Rosji jakoś nie lubią i jakoś się boją. Żeby nie blokowali, żeby się skwapliwie zintegrowali i pospieszyli pod skrzydełka mamy kwoki.

Prawda że to zabójczo logiczne, piękne w swej prostocie i w ogóle nie ma tu słabych punktów? Chyba, oczywiście, że przyjmie się jakąś wrodzoną szlachetność europejskich, niemieckich i rosyjskich polityków... Ale przecież o rosyjskich jeszcze miesiąc temu także wielu rozsądnych ludzi miało niezłe zdanie, a teraz jakby wszystko to się posypało.

Wielu publicystów, w tym wasz oddany, snuło już przypuszczenia, iż kiedy w Europie pojawi się jakiś naprawdę poważny kryzys, europejsy mogą go jeszcze zaostrzyć - co nie byłoby dla nich bynajmniej trudne, skoro mają kontrolę nad całą praktycznie ekonomią, a żadne państwo nie jest już tu naprawdę ekonomicznie samowystarczalne. Po co? Oczywiście po to, by głodny i przerażony lud zawołał magna voce: "Chcemy dalszej integracji! Chcemy mocniejszej europejskiej waaaadzy!"

Na razie ten lud aż takiego kryzysu nie dostrzega, zgoda, ale europejska biurokracja i Berlin, po odrzuceniu przez Irlandczyków lesbijskiego traktatu - jak najbardziej! No więc postępują zgodnie ze scenariuszem, który paru niegłupich ludzi (p. Michalkiewicz między innymi, choć mi ostatnio potężnie podpadł pisząc głupoty o Rosji i Gruzji) już naszkicowało. A że Rosja wraz z Gruzją daleko od Irlandii i postraszyć nimi można raczej Polaków i Czechów? Cóż, nie zawsze ma się wszystko co się lubi. Jak Berlin i Bruksela miały podpisać ten nowy traktat Ribbentropp-Mołotow? Na Hebrydach nie ma jeszcze, na szczęście, postsowieckiego imperializmu. (Choć to może tylko kwestia paru lat.)

Jednak postraszy się Polaków, Czechów, Ukraińców i Bałtów... Polski prezydent przestanie blokować. Irlandczycy zobaczą iż są całkiem izolowani, hordy przerażonych i oburzonych Polaków (którzy tam już przecież są, budując III Irlandię dla Tuska), będą ich na kolanach błagać... "Nie blokujcie... Nie blokujcie..." No to co zrobią Irlandczycy? A jeśli nie, to się im da w dupę przy aplauzie całego europejskiego ludu, szczególnie zaś tych co to Rosji jakoś nie lubią i mają do niej anse.

Kiedy i jak mógłby się dokonać ten nowy pakt Ribbentropp-Mołotow? Całkiem możliwe, że już oderwanie Kosowa od Serbii, mówię o tym niedawnym uznaniu jego "niepodległości", było częścią tego planu. Byłby to naprawdę wyrafinowany sposób dania Rosji pomysłu ataku na Gruzję w b. podobnej sprawie, a jednocześnie sygnał, że "cóż, my będziemy musieli na to przymknąć oczy". Ruscy takie rzeczy potrafią zrozumieć, choćby dlatego że są na nie wyczuleni i myślą o tych sprawach 24/7 w dnie powszednie i święta.

Wojna z Serbią o Kosowo sprzed kilku lat, czy raczej ordynarna napaść na Serbię, do w mojej opinii ze strony USA przede wszystkim próba zatuszowania afery rozporkowej Clintona, a ze strony Unii, czyli Niemiec... To co zawsze u nich. Wtedy może nawet chciano Rosji nieco utrzeć nosa, żeby miała większy szacunek. Teraz jednak przeciwnie - nie robi się wiele, by tego szacunku nabrała. Możliwe, że tak to właśnie ma być.

Fajna teoria? Trzyma się przysłowiowej kupy? Brakuje jej czegokolwiek? No to na przyszłość widzicie ludzie - w takich przypadkach zawsze należy rozpoczynać od pytania "CUI PRODEST?"! Już Rzymianie o tym świetnie wiedzieli. A swoją drogą, dzięki ci Pomianowski! Dzięki ci TVN24! Bez was nie wpadłbym pewnie przez dobrych parę dni na to co naprawdę oznacza neosowiecka agresja na Gruzję!

Cui prodest, kochane ludzie, cui prodest! I wszystko od razu jasne.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, sierpnia 26, 2008

Wielka Nie-Sowiecka Encyklopedia Tygrysia cz. 2

Sztuka awangardowa - do mniej więcej połowy ubiegłego wieku było to starannie wyważone połączenie tandety z pretensjonalnością. Praktycznie nic ponad to, ale w doborze tych dwóch składników i w ich subtelnie dobranych proporcjach zawarty był pewien artyzm. Możliwości tego środka artystycznego szybko jednak uległy wyczerpaniu i nastąpił jego gwałtowny upadek (dla koneserów będący, ma się rozumieć, dalszym wspaniałym rozwojem).

Dzisiaj sztuka awangardowa to programowo wszystko co najgłupsze i najobrzydliwsze co uda się wymyślić i/lub wykonać i pokazać światu. Dodatkowym warunkiem jest ten, że oceny dzieła, czyli jego głupoty i obrzydliwości, dokonuje środowisko już uznanych artystów - nie zaś niewyrobiony ogół, czyli tzw. filistrzy. Oburzone wrzaski filistra i jego ew. torsje zwiększają jednak szansę danego tworu na stanie się dziełem sztuki lub nawet arcydziełem. Wpływając, same przez się, na opinię znawców oczywiście.

Warto zauważyć, iż powyższy warunek - uboczny niejako ale w praktyce nie od obejścia - nie jest niczym niezwykłym, jako że obecnie wszędzie, by mieć prawo wykazać się czymkolwiek i zdobyć tym uznanie, nie zaś potępienie, niezbędne jest placet mediów i licet autorytetów. I to się zwiększa z roku na rok, a świat sztuki znajduje się po prostu w awangardzie (!) postępu.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Bloger marnotrawny i inne budujące przypowieści - część 1

Nie ma i być nie może czegoś takiego jak "prawicowe media". Media z samej natury są lewicowe. Prawicowa może być ewentualnie książka.

Triarius the Tiger


Dlaczego media nigdy nie są i nie mogą być prawicowe? Nie tylko, ale w sporej części po prostu dlatego, że ich przekaz jest w sumie bezwartościowy, a lewicowość, szczególnie zaś w tak zdominowanych przez lewactwo i lewackie idee czasach jak te obecne, to właśnie akceptowanie tego wszystkiego, zgoda na to, metafizyczny lęk przed wszelką próbą wyjścia poza zaklęty krąg owych uświęconych przez autorytety, media i szkolną edukację "prawd".

Media nie są prawicowe, bo nie mówią nic naprawdę nowego, nic co by wykraczało poza utarte banały w których jesteśmy od urodzenia, i od Oświecenia, skąpani... W których jesteśmy tak zmacerowani, że wydają nam się one bez porównania realniejsze od naszego własnego realnego życia, od tego co widzimy, co dotykamy, co nam mówią nasze instynkty i z każdym dniem naszego "dojrzewania" słabszy głos wewnętrznego protestu "przeciw temu wszystkiemu"...

Czemu tak jednak jest? Czemu nie mogą istnieć media które by to wszystko realnie podważały, które by z tym w skuteczny sposób walczyły - media, krótko mówiąc prawicowe? Czemu wszelki medialny przekaz jest z konieczności bezwartościowy, lub niemal bezwartościowy? W każdym razie na tyle, że nie jest w stanie niczego realnie zmienić - ani w duszy swego odbiorcy, ani tym bardziej w realnym świecie?

Choćby dlatego, że przekaz medialny, jak wszelki przekaz w naszej, zdominowanej przez realny liberalizm i komercję, epoce, musi być prosty i łatwo zrozumiały. Zaś taki przekaz po prostu nie jest w stanie nieść naprawdę istotnych treści. Przykro mi, wiem że ta teza idzie pod włos wszystkiego, czego nas uczą, ale taka jest prawda.

Osławiona francuska lekkość to niemal zawsze intelektualna tandeta, po prostu. Mówi wam to człowiek, który we francuskiej historii i literaturze grzebał się naprawdę intensywnie, a samo narzecze było poniekąd jego pierwszym. We francuskiej cywilizacji jest masa świetnych rzeczy, ale mało to ma wspólnego z łatwością i lekkostrawnością. Kto dziś w końcu czyta np. Woltera? Po co miałby to robić, skoro to samo ma u każdego następnego Sierakowskiego i Sadurskiego? No a czy "Niebezpieczne związki" są aż tak lekkie i łatwe w konsumpcji?

O anglosaskiej mądrości już nie wspominając - od czasów Johna Locke, czyli końca XVII w. anglosaska filozofia to płaskie i płytkie dno. Inaczej liberalizm. Zaś z tej filozofii wynika oczywiście wszystko inne, ponieważ na filozofii - która może nie być explicite w myśleniu zawarta, ale zawsze jest zawarta - opiera się całe pozostałe myślenie. Oczywiście po angielsku pisze się wspaniałe rzeczy - rzeczy w swej kategorii najwyższe w całej ludzkiej historii. Ale co innego poradniki jak sobie pomóc w życiu w rodzaju "Stand Up and Live!" Dorothei Brande (wkrótce i po polsku!), co innego podręczniki gry na harmonijce, czy łamania stawów, a co innego analizowanie stanu w którym świat się teraz znajduje i kierunku w którym podążą.

Istnieją oczywiście i na te tematy znakomite dzieła pisane przez Brytyjczyków i Amerykanów - choćby przez Roberta Ardreya, od którego rozpoczął się ten blog, albo cytowanego tu ostatnio Stanleya Loomisa - ale nie stanowią one głównego nurtu, są znane jedynie niszowym kręgom, zaś przez mainstreamowe media i autorytety pracowicie przemilczane. I o to właśnie mi tutaj chodzi.

Spyta ktoś: "Dlaczego miałbym zadawać sobie trud czytania rzeczy niejasnych, trudnoprzyswajalnych? Że spytam." Odpowiem niejako metaforycznie, odwołując się zresztą do jednego z tych , całkiem przecież licznych, przykładów anglosaskich dzieł na poziomie któremu nikt inny nigdy nie dorównał i z pewnością nigdy nie dorówna. Wielki Jack Dempsey (poszukać sobie w sieci, jeśli ktoś nie wie o kogo chodzi, ja nie jestem wikipedia) w swym podręczniku "Championship Boxing" dyskutując kwestię "silnych i wystawiających uderzającego na ryzyko kontry" z jednej, z drugiej zaś "lekkich ale bezpiecznych" lewych prostych, mówi że (cytuję z pamięci): "przeciwnik wart tego by go uderzyć, jest wart tego by go uderzyć porządnie".

Oczywiście Tygrys Ringu nie uwzględnił rosnącego wpływu, jaki na wyniki bokserskich meczów będą miały media, niewyrobiona publika i idący jej na rękę sędziowie. Trudno się nawet dziwić, mnie w każdym razie, po tym com tu o mediach napisał, że media i publika wolą pyskatego błazna o postępowych poglądach (choć oczywiście Ali był znakomitym bokserem, tyle że nie AŻ tak znakomitym jak się to ludowi wmawia), od autentycznego ringowego fightera i w sumie normalnego faceta poza ringiem, jak choćby wspomniany Dempsey. I to oczywiście także jest pewnym, niewielkim, wsparciem dla mojej tezy.

No i jeśli ktoś się zgodzi na temat tego lewego prostego, to to samo da się stwierdzić o mediach... O artykułach prasowych, o tekstach na blogach, o czymkolwiek... "Jeśli kogoś warto czytać, to warto także zadać sobie trud, by go zrozumieć!" Miło by może było, gdyby genialne myśli przenikały do naszej mózgoczaszki bez wysiłku, przez osmozę, przez telepatię... Tyle, że tak się po prostu nie dzieje! Może lewizna o tym marzy, może brukselskie gremia nad tym pracują, ale dla prawicowca taka opcja po prostu nie istnieje i tyle.

A więc, odrzućcie wszelkie złudzenia ci, którzy chcecie nurzać się w prawicowych myślach! Odrzućcie wszelkie złudzenia ci, którzy szukacie metody, by jakoś zacząć zwalczać ten lewacki i z każdym dniem coraz bardziej totalitarny (excusez le mot) syf! Łatwej drogi nie ma! Łatwej drogi nie będzie co więcej! Blogi nie są żadnym cudownym rozwiązaniem. (O czym jeszcze powiem w przyszłości, Deo volente ma się rozumieć.) Nie ma i nie będzie łatwo, bo kontrrewolucja łatwą być nie może!

* * * * *

Każda wysoce rozwinięta, dynamiczna i samosterowna struktura, wraz z osiągnięciem wyższego stopnia rozwoju, zaczyna się w coraz większym stopniu żywić własnym ogonem. Wydaje się to być niezmiennym i wiecznym Prawem Przyrody. Tak jest w przypadku literatury, sztuk tzw. pięknych, filozofii... Co ja zresztą będę wymieniał, skoro nie dostrzegam żadnego przypadku, gdzie by to Prawo zdecydowanie nie działało.

Działa ono także w przypadku dziennikarstwa. Jakże by miało być inaczej, skoro liczy ono już co najmniej trzysta lat, a od stu jest czwartą - czy może, jak twierdzi wielu, pierwszą władzą? Co wiąże się m.in. z tym, że idzie w nie masa wszelakich zasobów i wielu stara się, by jego głos należycie donośnie rozbrzmiewał. Osiągnęło więc dziennikarstwo taką fazę rozwoju, że zaczyna żywić się własnym ogonem. Dyskutując samo siebie i tym zabawiając swych czytelników.

Co jednak rozumiemy przez "fazę rozwoju"? Co w ogóle rozumiemy przez "rozwój"? Od razu kojarzy mi się mój ulubiony intelektualny chłopiec do bicia, Arnold Toybee. (Widzę, że napisałem "Toybee". Freud jakiś?) Do którego mam - obok tysiąca innych, równie miażdżących - także i tę pretensję, że cały czas gada o "rozwoju", nigdy nie dając niczego co można by uznać za definicję tego pojęcia.

Czym jest zatem ta "faza rozwoju" dziennikarstwa, na której, gnany jakimś kosmicznym przymusem, zaczyna ono zjadać własny ogon i zajmować się coraz bardziej wyłącznie samym sobą? Czy chodzi o pełnię formalnego rozwoju? Jakąś dojrzałość, z którą można by porównać dojrzałość, rozwój, dorodnego tygrysa w najlepszych latach, wspaniale odżywionego i wytrenowanego.

I zaspokojonego erotycznie dokładnie na tyle, na ile sprzyja to jego doskonałości? Nasuwa się jednak - nie każdemu, bo temu właśnie media nie sprzyjają, ale niektórym, bardziej na uroki mediów odpornym - pytanie... No dobra, ale skoro ten tygrys jest na samym szczycie, to co będzie... POTEM? Przecież już nie dalszy rozwój.

Może tak samo jest i z dziennikarstwem? Albo... To naprawdę myśl przerażająca, ale teoretycznie możliwe jest coś jeszcze gorszego... Że to, co dziennikarstwo ma przed sobą, jest tym samym co czeka naszego króla dżungli... A jednocześnie, wcale nie musi być tak, by w tej chwili dziennikarstwo - w odróżnieniu do króla dżungli - było w jakimś fantastycznym stanie, w jakimś punkcie, gdzie doskonałość po prostu bije w oczy i przejawia się w każdym, najmniejszym nawet działaniu.

Być może... Daje się to w każdym razie pomyśleć... powiem to wreszcie, choć to trudne... że dziennikarstwo wyczuwa po prostu swój schyłek i TO właśnie jest tym bodźcem, który skłania je do autoanalizy, do zjadania własnego ogona i zabawiania tym spektaklem publiczności! A więc jednak szczyt rozwoju, zgoda, ale szczyt w tym sensie, że teraz będzie już w dół, być może szybko i radykalnie... Podczas gdy dotychczas faktycznie nakłady, wpływy, zasięg - wszystko to rosło i rosło.

No dobra, a jak mają się do tego wszystkiego blogi?

I tutaj będzie supspense godny Hitchcocka... Innymi słowy c.d.n. (Deo et triario volente)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, sierpnia 24, 2008

Moja mroczna tajemnica... czyli Jak wskrzesić ideę olimpijską

Powiedziano o mnie nie tak dawno temu coś w stylu, że (cytuję z pamięci): "Nawet RAZ nie jest aż taki wielki i niejeden naturszczyk, na przykład pan Tygrys, gdyby tylko mniej mówił o sobie, by go zakasował". Wpisuje się ta wypowiedź w nabolałą (jak to się cudnie mówiło za średniego Gierka) ostatnio kwestię wzajemnej wyższości i niższości blogerów w stosunku do certyfikowanych dziennikarzy. Co zaś do tego mówienia o sobie, to coś w tym zapewne jest, ale chyba nie do końca.

Nie mam korekty, nie mam stadka młodych, nadobnych i chętnych do współpracy researcherek - ale nie mam też redaktorskiej cenzury. Do Tańca z (Dwunastoma Żółtymi) Gwiazdami Na Niebieskim Tle) mnie nikt nie zaprasza, ale za to mogę sobie łowić dusze w bardziej niekonwencjonalne sposoby: przez starannie przemyślane, kokieteryjne odsłanianie tego i owego. Toteż zasiadając do pisania mówię sobie zawsze: "Zdejm kimono do połowy, a będziesz ciekawa". I jak dotąd się w miarę sprawdza. Choć kusi, by odsłonić kiedyś od razu wszystkie moje rozkoszne zakamarki. Ach! (To było właśnie takie odsłonięcie do połowy. Piękna robota triarius! Ma się w końcu ten długoletni trening.)

Po czym zdejmuję i działa - jestem sławą, jestem autorytetem, piszą o mnie w "Der Dzienniku". Prędzej czy później do Tańca z Sierpem i Młotem też mnie będą musieli zaprosić! Ale się rozczarują, bo nagle okaże się, że nie tańczę. Po prostu, z zasady. ("Tough guys don't dance", przeczytałem to gdzieś w młodości i mi zostało.)

Kokieteria jednak kokieterią, odsłanianie kształtnej łopatki, ślicznie zaokrąglonego bioderka, to niezła rzecz - marketingowo ma się rozumieć - ale czasem trzeba użyć radykalniejszych środków. Aż do odsłonięcia przed szeroką publicznością tej czy innej mrocznej tajemnicy. Własnej mrocznej tajemnicy. Mam ich na szczęście sporo, wystarczy na najdłuższą nawet blogową działalność, mógłbym nawet tymi tajemnicami obdzielić (niezbyt wielką) hordę innych blogerów w potrzebie. No i teraz uchylę kimona O WIELE szerzej, ujawniając takie właśnie... Mroczne... COŚ.

Otóż jestem szowinistyczną męską świnią. Nie to, żebym kobiet nie lubił, czy je lekce sobie ważył. To całkiem nie o to chodzi! Nie jest nawet tak, bym im odmawiał prawa do odbijania piłek, skakania w dal w krótkich majtaskach... A nawet dorabiania do tego pewnej ideologii i poświęcania temu sporej części życia, którą ich babcie użyły by na haftowanie ornatów, piklowanie pikli, peklowanie pekli, wekowanie czy wycinanie kogutków z papieru. Gdybym musiał wybierać, może wybrałbym dla nich te właśnie babcine zajęcia, ale nie ma problemu - niech sobie skaczą i odbijają do woli!

Powie ktoś rozczarowany: "Jaka z ciebie zatem męska świnia? Że spytam." Mam jeszcze trochę wyznań do dokonania, moje kimono da się jeszcze nieco uchylić, może zdołam jednak tych malkontentów usatysfakcjonować. Otóż, drodzy malkontenci, jestem ci ja człek starej daty. I jako taki, uznaję (a niech sobie, skoro nie mają lepszych pomysłów, kiedy poczują chłopa, to im przejdzie!) babskie biegi do jakichś 800 m... skoki, w dal, wzwyż, ale już nie o tyczce czy trójskok... niech se miotają kulą, dyskiem czy oszczepem, ale żadnym młotem... niech se grają w rękę, ale nie w nogę... w siatkówkę, ale żadne rugby... Ciężarne chcą być? Proszę bardzo, mogę pomóc. Ale bez sztang proszę, a hantle tak do 5 kilo góra.

Po prostu dla mnie świat damskiego sportu skończył się mniej więcej na roku '70 ubiegłego wieku. I niech tak pozostanie! Nie dlatego, by mi się podobało PRL oczywiście, ale jednak postęp i równouprawnienie były wówczas jeszcze, w porównaniu z tym dzisiejszym, w kołysce. I to mi odpowiadało. Kiedy pierwszy raz ujrzałem w pewnym szwedzkim gimnazjum (czytaj liceum) ogłoszenie o sekcji damskich zapasów, kulałem się ze śmiechu przez pół godziny.

Kiedym pierwszy raz ujrzał ogłoszenie na temat naboru do damskiej sekcji rugby - to samo! Plus oczy w słup przez niemal tydzień. Mnie nawet dziewczyny kopiące piłkę zniesmaczają i niemal szokują. Taki ze mnie, kochane ludzie, moherowy dziadek. Odchodząc nieco od wąsko pojętego sportu, powiem, że kiedyśmy się z moją byłą dowiedzieli, że można "zgwałcić własną żonę", tośmy się oba kulali ze śmiechu naprawdę długo. Rozumiem - technicznie można, ale żeby tym się PAŃSTWO miało interesować? Nie zaś tylko sama żona i ew. teściowa? Paranoja!

To samo zresztą z "gwałtem na prostytutce". Można, oczywiście. Ona chce o pięć peso więcej za... nieważne. A my nie chcemy, natomiast... Sapienti sat. I ma to się prawo bardzo nie podobać na przykład jej alfonsowi. Skutkiem czego między zbyt gorliwym, a przy tym skąpym, klientem i wyżej wspomnianym profesjonalistą może ew. dojść do konfliktu - do nieprzyjemnej wymiany zdań, a nawet - Boże uchowaj! - do rękoczynów. Ale co ma do tego państwo, prawo i całe cnotliwie spełniająca obowiązki małżeńskie, a prostytutki znające jedynie z opowiadań babuni, przyzwoite społeczeństwo?

No dobra, wróćmy jednak do sportu i uratujmy ideę olimpijską (fanfary, werble, chóry starców zawodzą). Bo jak nie, to powstanie nam tu epopeja, nie zaś blogowy wpis, choćby i dłuuuuuu-u-u-gi. Więc jest tak... Wszyscy się chyba zgodzą, że z tą ideą olimpijską (fanfary, werble, starcy) nie jest dziś najlepiej. Miał to być ersartz wojny, no i jest, ale akurat tych najpaskudniejszych aspektów wojny, z wykluczeniem tych ładnych (które przecież w prawdziwej wojnie przeważają). No a poza tym prawdziwe wojny całkiem się tym swoim rzekomym ersatzem nie przejmują. Tylko co najwyżej dostosowują doń swą urodę. Czyli szpetnieją nam na potęgę.

No wiec ja postuluję, żeby zrobić tak... Mamy punktację medalową, jak dzisiaj, ale ją modyfikujemy w taki sposób... Chcecie jeszcze jedną moją mroczną tajemnicę? Dobra, powiem wam... Otóż kiedy widzę boksujące się baby, albo powiedzmy baby szarpiące się na jakiejś macie - babskiego judo, zapasów, boksu też za moich czasów nie było... I  komu to, cholera, szkodziło? - to wyrywa mi się z głębi trzewi okrzyk: O, TRESOWANE BABY!

Nie mogę bowiem uniknąć wrażenia, iż jest to dokładnie to samo, co gdybyśmy wytresowali szympansy, orangutany, czy powiedzmy lisy polarne albo gołębie. I kazali im coś takiego robić. Może by im to b. zgrabnie szło, może robiłyby to lepiej od nas. W ruskich cyrkach też mamy niedźwiedzie ślicznie jeżdżące na rowerkach i małpy palące cygara. Zgoda, ale jest w tym zawsze coś chorego. Coś na siłę. Jakaś paskudna komercja plus wredna uciecha motłochu. Dokładnie tak, jak moim zdaniem w zachęcaniu kobiet, by zamiast gotować mężowi zupę, haftować ornaty, malować akwarelką, okładały drug druga po mordach, albo szarpały się publicznie za piżamy.

Postuluję więc, by liczyć medale i zrobić z tego liczenia wielką rzecz - oś i centrum całego czteroletniego okresu w życiu LUDZKOŚCI... Ale tak liczyć, by sporty (?) w których udział biorą tresowane baby liczyć ODWROTNIE. Czyli te punkty za medale ODEJMUJE SIĘ od tych normalnych. Chcecie wysyłać swoje kobiety (często niestety raczej kobietony) na Igrzyska? Bo nie macie z nimi co zrobić? Nie ma na nie amatorów, nie mają chłopa i się burzą? Proszę bardzo - zróbcie z nich bokserki, rugbystki, zapaśniczki, szkolcie je w podnoszeniu ciężarów, niech ganiają maratony... Pamiętajcie jednak, że jak zdobędą medal, to wam się to starannie odejmie od punktacji!

Więc mamy taką nową punktację i co teraz? Co zrobić, żeby ona nabrała znaczenia dla całej Ludzkości (fanfary, werble, chóry starców zawodzą)? By stała się centrum, wokół którego wszystko - całe życie całego świata będzie się kręcić? Otóż zwycięzcy takiej punktacji należy, tytułem nagrody, przyznać jakiś połeć ziemi, jakiś kraik... Jakieś Kosowo czy inną Gruzję, krótko mówiąc! Że za wiele? Żarty sobie robicie! Za znacznie mniejsze osiągnięcia takie nagrody są przecież stale przyznawane, prawda?

Łał! To jest przecież rewolucyjny pomysł, nieprawdaż? Było warto przeczytać do końca? Mimo że triarius tyle o sobie pisze, przez co nigdy nie będzie z niego RAZ. (Będzie z niego STO RAZY więcej, nic się nie bójta!)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, sierpnia 22, 2008

Wielka Nie-Sowiecka Encyklopedia Tygrysia cz. 1

Lewicowość - modne dziś eufemistyczne określenie na kompletną intelektualną nędzę (szczególnie gdy jest połączona z ostrą neurozą).

Socjalizm - często obserwowana w przyrodzie, występująca u jednostek słabych, konformistycznych i/lub niezbyt wydolnych umysłowo skłonność do łączenia się w nawiedzone sekty. Z nie do końca dotąd przez naukę wyjaśnionych powodów sekty takie często pozują na partie polityczne, a socjaliści, czyli ich (z definicji ubodzy duchem) członkowie, nierzadko sami w to wierzą.


triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, sierpnia 21, 2008

Jaś-Kuba Ruso - pisarz znaczący (cześć 2)

Jedną z bardziej ujmujących cech leberałów (choć "ujmujący" to jednak nieco zbyt mocne tutaj słowo) jest upodobanie, z jakim przy każdej okazji przytaczają powiedzonko, które leci jakoś tak: "daj człowiekowi rybę, a będzie najedzony przez jeden dzień, daj mu wędkę, a będzie nażarty jak świnia przez milion lat". Brzmi to zgrabnie, w dodatku wydaje się zasadniczo słuszne... A że w praktyce jakoś nikt nigdy zastosowania tej wzniosłej zasady nie widział? Czy to pierwsza wzniosła zasada, która nijak przekłada się na rzeczywistość? Tym bardziej, że mówimy przecież o leberałach - gdzież tu więc miejsce na rzeczywistość?

No i ja teraz próbuję jakoś to zmienić, w tym sensie, że staram się powiedzenie o rybie i wędce zastosować do realnego świata. Żeby się wreszcie zaczęło sprawdzać, nie tylko w teorii, ale i w praktyce. Zastosowuję je jednak nie do zarabiania lubego grosza (gdzie się pewnie w ogóle nie sprawdza), tylko do myślenia. Prawicowego myślenia, żeby było zabawniej.

Powie ktoś: "Po co prawicowe myślenie, skoro prawica i tak wyłącznie myśli i nic nie robi?" Coś w tym z prawdy będzie, nawet sporo, ale nie do końca. Fakt, że pisanie "Tusk fuj!" na niszowych blogach czytanych jedynie przez ludzi, którzy na myśl o Tusku dostają mdłości, jakoś mało konkretne, jakoś mało ruszające z posad bryłę świata. (Co innego by było, choć nie aż tak, bez przesady, gdyby "Tusk fuj!" pisano w publicznych miejscach, np. na murach.)

Jednak w drugą stronę także nie jest z tą prawicą zbyt dobrze. Jedni sobie wmawiają, że Dziesięć Przykazań to całkowicie wystarczające w każdej sytuacji kompendium wiedzy politycznej. Inni, kiedy chcą rzec coś nieco bardziej abstrakcyjnego, jadą Michnikiem czy ks. Tischnerem - skąd by bowiem mieli umieć inaczej? Jeszcze inni biorą piękne zaiste przykłady polskiej nacjonalistycznej propagandy za głębie historiozofii. Jak to miło wmówić sobie, że to Polska właśnie stanowi samo jądro zachodniej cywilizacji!

[W dwóch spośród następnych akapitów nieco mi się pokręciło i nie będę teraz tego już po latach poprawiał. Ale tak czy tak - bizantyjskie Niemcy to dokladnie taka sama brednia, jaką by były Niemcy "turańskie". Jeśli oczywiście mówimy o poważnych sprawach, a nie o doraźnej, dawno zdezaktualizowanej zresztą, propagandzie.]

Jak to rozkosznie wykluczyć z tej cywilizacji Niemców, nazywając ich "cywilizacją turańską" i wmawiając, że pochodzą - przedziwnym jakimś cudem, zaiste! - bezpośrednio od najbardziej barbarzyńskich żołdaków Huna Atylli i Dżingis Chana. No bo kiedyś, lat temu dokładnie tysiąc, ichni cesarz ożenił się z bizantyjską królewną. Gdzie Rzym a gdzie Krym? Jaki to może mieć wpływ na tysiąc lat późniejszej historii? No, ale takie to słodkie, tak rozkosznie łechce naszą obolałą narodową dumę, tak przyjemnie lula do snu...

Inną rozkoszną rzeczą jest wmawianie sobie, że skoro zachód zdycha (a ja przecież nie będę przeczył, że zdycha!) to nic co tam się pisze nie ma już wartości. Nic co tam się pisze nie da się przecież - w opinii naszego rodzimego prawicowca, a szczególnie prawicowego blogera - porównać z głębią i błyskotliwością tego, co się pisze na rodzimych prawicowych blogach! Ach! (Fanfary, werble, chóry starców zawodzą.)

Ja jednak nie całkiem tak to widzę. Rozkład zachodu - zgoda! Być może pierwszy raz to, że Polska (moim skromnym zdaniem) jest tylko daleką i ubogą peryferią zachodniej cywilizacji działać może także i na naszą korzyść. Po prostu mamy szansę - niezbyt wielką, ale możemy próbować ją zwiększyć - by się rozkładać WOLNIEJ od reszty zachodu. I dzięki temu zdobyć tam naprawdę znaczącą, oby nawet dominującą, pozycję. Choć trzeba by się nieco wysilić, nie zaś dawać się do snu lulać bajeczkami b. fajnych skądinąd polskich nacjonalistów o czeskich nazwiskach.

Ja jednak, zapewne głupio, wrednie, niepatriotycznie i nieprawicowo, sądzę, że warto znać takich pisarzy jak Stanley Loomis (któren jest NASZ), oraz takich jak Rousseau (któren absolutnie nasz nie jest). Nie mówiąc już o takim geniuszu (w liczbie pojedynczej) jak Spengler. Choćby był Niemcem, a więc "cywilizacją turańską", nie zaś urodzonym koło Stadionu Dziesięciolecia Rzymianinem. (Padnę ze śmiechu!)


Po tym drobnym wstępie, następny odcinek mego tłumaczenia z książki Stanleya Loomisa "Paris in the Terror", na temat J. J. Rousseau. Kto chce niech czyta, kto chce i może, niech se kupi tę książkę (w sieci), a wszyscy inni niech se dalej opowiadają bajeczki, jacy to my Rzymianie, a więc i Najwspanialsze Syny Zachodu, Orły Sokoły Bażanty. (Starcy dalej wyją, to tak nawiasem.) A teraz boski Stanley i... kontrowersyjny, to say the least, Jaś-Kubuś:

* * *

Do tego potężnego strumienia masochizmu dodany jeszcze został drugi strumień - namiętne wspomnienie młodzieńczych porywów duszy, gorące, a kiedy dorósł, także rozpaczliwe, oddanie się jego chorej i udręczonej istoty ekstatycznym szeptom usłyszanym kiedyś na łąkach i w lasach leżących nad spokojnymi brzegami Jeziora Genewskiego. Te porywy, wewnętrzne i całkowicie osobiste, należały do tego porządku doświadczenia, który jest źródłem poezji i mistycyzmu, głosem za którym tęsknił Woodsworth i za którym szła Joanna d'Arc.

Ci, którzy podróżowali choć trochę po tym tajemniczym kraju, nigdy nie będą już tacy, jak inni ludzie, zaś po powrocie dążenia i rozrywki innych ludzi nie będą miały dla nich znaczenia. To, że wielu ludzi w jakimś stopniu i w jakimś okresie swego życia doświadczyło tych stanów, może być prawdą, jednak ich wspomnienie zostaje szybko zatarte przez domowe troski i ich rekompensaty, oraz przez walkę o te cele, o które walczyć trzeba, jeśli chce się przeżyć na tym świecie.

Daleko zaiste odsunęła natura nieszczęśliwego Rousseau od wszelkiej możliwości domowego szczęścia. Istniała chata i kobieta nią wraz z nim dzieląca, ale w warunkach tak nieszczęśliwych, tak w istocie dziwacznych, że, jak można stwierdzić, nie było w tym najmniejszego nawet podobieństwa do przytulnego domowego ogniska z sentymentalnej tradycji. Tradycji rozprzestrzenianej, jeśli nie po prostu rozpoczętej, przez samego Rousseau.

Jego prywatne życie jest niemal nieprzerwanym pasmem nędzy i plugastwa. Jego kłótnie z Davidem Hume, baronem Grimm i madame d'Epinay miały w sobie małostkowość i zawiłość niemal nie do uwierzenia. Siły całkiem poza jego kontrolą zmuszały go do gryzienia dłoni, która go karmiła, wiele zaś spontanicznie hojnych dłoni bywało w różnych okresach wyciągniętych do tego udręczonego i nieszczęśliwego stworzenia. Każda przyjaźń, czy to z mężczyznami czy z kobietami, kończyła się kłótnią.

Całe jego życie toczyło się w sieci wrogości, zazdrości i panicznego lęku przed knutymi przeciw sobie konspiracjami, przed spiskami mogącymi się wykluwać za jego plecami, albo przed koalicjami tworzonymi przeciw niemu przez jego przyjaciół. Ta sieć, w miarę jak się starzał, zaciskała się coraz bardziej i bardziej, aż do chwili, gdy w roku 1778 umarł, paranoiczny i niemal w katatonii.

Wśród owego bagna nieszczęścia biło czyste źródełko przeczucia własnej nieśmiertelności, niegdyś wyszeptanej doń na brzegach Jeziora Genewskiego. Z tych wód Rousseau czerpał inspirację do swych dzieł. Jego zdrowie psychiczne poszło w jego pisarstwo. Opętany seksem, emocjonalnie wygłodzony, fizycznie i psychicznie upośledzony, Rousseau stworzył w swych książkach świat, w którym sam pragnąłby spędzać swe dni, świat w którym - czego chyba nie trzeba nawet dodawać - prawdziwy Rousseau, czy nawet po prostu prawdziwy ktokolwiek, nie przeżyłby ani chwili.

Z dala od rózgi panny Lambercier, z dala, przynajmniej z pozoru, od wszelkich niskich i cielesnych pragnień, stworzenia z jego sennego świata egzystują ścigając bez przerwy nawzajem swoje dusze, po drodze filozofując. Nie ma tu żadnych ordynarnych, czy po prostu fizycznych, zdobyczy. Na powierzchni jest to pean na cześć przecudownych rozkoszy czystości, w istocie jednak książki Rousseau są zachętą do zmysłowości najrozkoszniejszej i całkiem nowego typu.

Wprowadził on bowiem seks do duszy - nie do tej duszy, będącej domeną świętych i teologów, ale do płomiennej, sentymentalnej duszy młodzieńczej, do miejsca gdzie ukryte są pragnienia jeszcze nie skierowane w swoje naturalne ujście. Do miejsca, gdzie lęgnie się idealizm i niezadowolenie, gdzie lęgną się teorie tylko w najlżejszy sposób mające związek z ludzką naturą, taką jaka ona jest. Gdzie skrywają się mgliste marzenia, pragnienia i bunt. Postacie stworzone przez Rousseau dzielą swpke łzy, uniemożliwiono im jednak osiągnięcie zadowolenia, które mogłoby im te łzy obetrzeć. Usadowione są bez przerwy w rozkosznym udręczeniu, na samym brzegu ulgi dla tych ich cierpień.

Intrygi jego sztuk scenicznych i jego fikcji są niedorzeczne. Postaci nie da się nawet nazwać stereotypowymi, ponieważ nic takiego nigdy nie istniało, ani przedtem ani potem. Jednak "pisarstwo", proza za pomocą której Rousseau opisuje świat swego snu, nie daje się już tak łatwo zbyć. Po pierwsze miał całkiem pokaźny talent narratora. Czytając go, człowiek przypomina sobie te wszystkie historie, które można znaleźć w dzisiejszych magazynach zajmujących się wyznaniami.

Mają ogromne braki pod względem stylu, smaku, zrozumienia, humoru i praktycznie biorąc wszystkiego, co by mogło przekonać do ich autora, jednak ignorancja i wulgarność zawarta w tych opowieściach chwilami przesłonięta zostaje przez fascynującą narrację. Jak bezsensowne by nie były zarówno sama historia, jak i postaci, człowiek czuje się zmuszony do przewracania stron. Wolter, realista, mądry i dobrze znający sekrety ludzkiego serca, najmniej wulgarny i najbardziej zabawny człowiek swojej epoki, dzisiaj niemal nie daje się czytać. Trzeba sięgnąć (Poza "Kandydem") do jego przenikliwych i wspaniałych listów, by zacząć rozumieć, jak Wolter mógł czarować swoją epokę.

"Wyznania" Rousseau, z drugiej strony, gdyby je zredagować pod takim kątem, by opisywane tam wydarzenia wydały się nam współczesne - wielu ludzi ma bowiem problemy z uwierzeniem, że cokolwiek, co się wydarzyło przed ich urodzeniem, wydarzyło się naprawdę - mogłyby zapewne zostać przerobione na serial w którymkolwiek z popularnych periodyków, i byłyby uważnie czytane w poczekalniach dentystów, w salonach fryzjerskich, albo w łóżku.


c.d.n (jeśli Deus pozwoli oczywiście)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, sierpnia 18, 2008

Pytania których nie zadałem Korwinowi (grzech by był gdyby się zmarnowało)

Zanim się BMPL rozpadło (ale właśnie wróciło, więc się nie ciesz lewizno!), działo się tam sporo interesujących rzeczy, z których niektóre zatrącały nawet realem. To naprawdę nie jest byle co w III RP, kiedy się mówi o oszołomach i zoologicznych antykomunistach! Do tych rzeczy należały wywiady - także nagrywane na video - z różnymi ważnymi politykami. Ja też miałem w czymś takim wziąć udział, więc zbierałem i sam wymyślałem dobre pytania dla dwóch ludzi, z którymi miałem zamiar najpierw te wywiady przeprowadzić.

Chodziło o Krzysztofa Wyszkowskiego i Janusza Korwin-Mikke. Z tym pierwszym sprawy były na niezłej drodze, już częściowo dogadane, ale potem BMPL się rozpadło, więc poczułem że nie mam pełnomocnictwa i nikogo znaczącego (poza swoim niszowym blogiem) nie reprezentuję, nie będę więc zawracał tak zapracowanemu i cennemu dla Polski człowiekowi głowy. Tym bardziej, że nie czuję się dziennikarzem, gazet raczej nie czytam, mam dysleksję i b. syntetyczny umysł, więc wielu ludzi zrobiłoby taki wywiad lepiej.

Nieco inna była sytuacja z Januszem Korwin-Mikke. Pisywałem nawet kiedyś w jego "Najwyższym Czasie!", jakoś specjalnie ideologicznie blisko nigdy nie byłem, ale w sumie popierałem. Potem jednak nabrałem wątpliwości, i to coraz większych. Jednocześnie, częściowo pod wpływem tych wątpliwości postudiowałem historię myśli politycznej, przez co sam liberalizm przestał mi się podobać. Nie będę tutaj tego dokładnie wyjaśniał, nie o to w końcu chodzi, a poza tym dalszy ciąg wiele powinien i tak wyjaśnić.

W sumie zebrałem od ludzi działających na BMPL, plus sam sformułowałem, sporo pytań, po czym zaproponowałem p. Korwinowi-Mikke by mi udzielił wywiadu. Fakt, że nie bezpośrednio jemu, bo nie wiedziałem jak do niego dotrzeć, tylko przez redakcję "NCz!", gdzie, niezależnie od sytuacji, powinni mieć na niego namiar. Nie ukrywałem mojego mało entuzjastycznego w ostatnich latach stosunku do korwinologii i korwinizmu, uważając, że byłoby to nielojalne.

Nie otrzymałem odpowiedzi, miałem zamiar jeszcze raz tę propozycję ponowić, a potem ew. opublikować moje pytania jako "list otwarty". Po co się mają zmarnować? Jeśli p. Korwin-Mikke raczy kiedykolwiek na nie odpowiedzieć, to przecież ma wiele miejsc, gdzie to może zrobić, a ja także chętnie te jego odpowiedzi opublikuję.

Jednak, jak już mówiłem, BMPL przez parę miesięcy spadło z sieci, więc zdecydowałem się po prostu odzyskać te pytania - zarówno moje, jak i zaproponowane przez innych ludzi - i je tutaj, na tym hiper-niszowym blogu, opublikować. Jeśli ktoś uważa, że Janusz Korwin-Mikke chciałby i potrafiłby na nie zgrabnie odpowiedzieć, to proszę go zawiadomić i zachęcić. Ja naprawdę nie uchylam się od polemiki.

Wszystkie te pytania zostały sformułowane do 6 czerwca 2008 włącznie, nic absolutnie w nich nie zmieniłem poza zmianą numeracji, dodaniem paru ogonków i naprawdę drobniutkim przeformatowaniem w jednym czy dwóch miejscach. A więc nie są one np. wynikiem ostatnich wydarzeń w Gruzji czy podpisania z Amerykanami tarczy.

Faktycznie chętnie bym też zamieścił tu tekst tej mojej prośby o wywiad, który, jak mówiłem, przesłałem do redakcji "NCz!", ale nie mogę go na razie znaleźć. Zresztą było to b. grzecznie sformułowane, przy b. wyraźnym podkreśleniu, że np. jestem autorem bonmotów w rodzaju "Jeden Korwin to skarb, tysiące małych korwinków to narodowa tragedia", oraz "Tyle już mówiliśmy o ukąszeniu heglowskim - pora porozmawiać o ukąszeniu korwinowskim". Był to jednak naprawdę grzeczny email, zaawierąjący nieco akcentów przyjaznych, w końcu to "NCz!" jako pierwsze (i niemal dotąd jedyne) drukowało mnie nad ziemią, i jeszcze za to (nieco) płaciło.

Ten wstęp był b. długi, ale chciałem żeby wszystko było maksymalnie jasne. No dobra, a teraz te pytania, czyli "list otwarty do Korwina". Na początek przedstawię pytania sformułowane przeze mnie osobiście, potem zaś przez innych, podając ich internetowe ksywy. A więc jedziemy:



triarius

Pierwsze trzy pytania są właściwie częścią jednego meta-pytania.

1. Jak by Pan wytłumaczył istotną różnicę pomiędzy ideologią taką, jak Pańska - a więc głoszącą iż nadejdzie Złoty Wiek w wyniku wprowadzenia w życie na dostatecznie dużą skalę czegoś, czego nigdy dotychczas nie zrealizowano - a dość znanym w różnego rodzaju analizach pojęciem Utopii?

Jeśli Pańska ideologia nie jest Utopią, to prosiłbym o przekonanie mnie o tym w ciągu kilku minut.


2. Czy zgodziłby się Pan, że prawicowość jest z samej swej istoty, praktycznie z definicji, antyutopijna? Oraz, z drugiej strony, że konserwatyzm daje się ująć jako antyutopijność i to zasadniczo wyczerpuje jego istotę?


3. Czy zgodziłby się Pan z tezą, że utopia i lewica (lub może lewactwo) to zasadniczo jedna i ta sama rzecz? Jeśli nie, prosiłbym o ukazanie mi istotnych różnic.


4. Czy nie istnieje sprzeczność nie do pokonania pomiędzy samą istotą konserwatyzmu, który jest b. sceptycznie nastawiony do pojęcia postępu, a samą istotą liberalizmu, który bez pojęcia postępu momentalnie przestaje istnieć jako spójna idea? Czyż nawet w ideologii Herberta Spencera, które wydają się być Panu szczególnie bliskie, nie ma "doskonalenia się ludzkości dzięki bezwzględniej walce o byt i naturalnej selekcji", a więc postępu właśnie?


5. Czy zechciały mi Pan pokrótce wyjaśnić, w jaki sposób postulat, że jeden rodzi się w slumsie, drugi zaś bez podatku dziedziczy miliardową fortunę (pochodzącą być może nawet ze zbrodni i zdrady dokonanej przez jego przodków) daje się pogodzić - ze wszystkich wartości - właśnie ze pojęciem Sprawiedliwości?


6. Czy mówienie, iż podatek progresywny to sprawa dopiero ostatnich dziesięcioleci w historii ludzkości, oraz dzieło socjalistów, nie jest intelektualnym nadużyciem w związku z tym, że, czysto ekonomicznie biorąc, podatek nie różni się niczym istotnym od kopytkowego, strat na rzecz zbójców na gościńcu, niszczenia dobytku przez wroga, obowiązkowej służby wojskowej konno i zbrojno, starożytnych liturgii itd. itd.

7. Czy mógłby Pan mnie przekonać, iż w pełni zawodowa armia naprawdę jest najlepsza do obrony kraju, w dodatku nie leżącego na wyspach?


8. Czy bardziej liberalnym i bliższym Pana ideałom są dzisiejsze Stany Zjednoczone, czy też Chiny? (Pytam częściowo dlatego, że nie tak dawno kilku Pańskich zwolenników argumentowało na moim blogu w salon24, że USA nie ma nic wspólnego z liberalizmem, natomiast Chiny to kraj par excellence liberalny.)


9. Jak by Pan skomentował moją - nieco w istocie przewrotną, ale jak sądzę dość celną - tezę, iż w dzisiejszych państwach wszelkie "oszczędności" na biurokracji odbijają się natychmiast wzrostem władzy prawniczych korporacji, czego jaskrawym przykładem są Stany Zjednoczone?


10. Czy USA było kiedyś krajem liberalny, a jeśli tak, to czy fakt, że dzisiaj nim (w Pańskim rozumieniu) nie jest, nie sugeruje jakiejś nieuniknionej i naturalnej tendencji rozwojowej liberalizmu? Której powstrzymanie zakłada zamordyzm lub nawet totalitaryzm?


11. Jaki jest Pański pogląd na temat procesu globalizacji i w ogóle tego globalnego świata, który nam już w dużej mierze powstał? Jak Pan widzi dalsze trendy w tej dziedzinie?


12. Jak ocenia Pan prawdopodobieństwo tego, iż w roku 1992 ujawnienie ogromnej liczby agentów na najwyższych stanowiskach, w tym urzędującego prezydenta, mogło NIE DOPROWADZIĆ do natychmiastowej, potężnej kontrofensywy zagrożonych lustracją, prowadzącej do obalenia rządu Jana Olszewskiego i odwrócenia trendu dekomunizacji na lata, może nawet na zawsze?


13. Jeśli prawdopodobieństwo, o które pytaliśmy w poprzednim punkcie ocenił Pan na niezbyt wielkie - powiedzmy na nie więcej, niż 50% - to czy oficjalny wniosek o ujawnienie tych agentów należy uznać za:

a. działalność skierowaną w istocie PRZECIW lustracji i dekomunizacji (a więc agenturalną prowokację)?

b. wynik skrajnego doktrynerstwa, nie dającego się w opinii niektórych pogodzić z realną i skuteczną polityką?

c. działanie jak najbardziej słuszne PONIEWAŻ nie tylko etycznie uzasadnione, ale także skuteczne i korzystne dla Polski?

d. coś jeszcze innego (co?)

Proszę mnie źle nie zrozumieć - ja Panu nic tutaj nie zarzucam, jednak możliwych interpretacji jest kilka i chciałbym poznać Pańską opinię.


* * * * *

Pytania blogera o ksywie hrPonimirski, które tu były, musiałem wywalić - na jego wyraźne żądanie. Przyznam, że nie rozumiem gościa w tej sprawie. Coś mu się uwidziało, że na niepoprawni.pl pyskuje się na BMPL, kiedy to właściwie tylko ja opowiadałem o co tam poszło w tym konflikcie, a i to bez agresji i w nikogo nie potępiając. (Mój blog jest na niepoprawni.pl agregowany, stąd związek.) Ale cóż, skoro człek, w dodatku poniekąd kumpel, żąda, to muszę jego pragnienie spełnić. Z pewnością chce się on zachować super-szlachetnie, ale w tym przypadku zdecydowanie przesadza. Jeśli ktoś chce znać moje zdanie oczywiście.

Trochę szkoda, szczególnie dla Korwina, bo hrPonimirski, ma ostro rynkowe przekonania, do tego niezwykle anarchistyczne, czyta von Misesa... W sumie dość zbliżone ma poglądy do mego niedoszłego rozmówcy. Byłoby nieco słodyczy, a nie tylko ostre przyciskanie do muru.

* * * * *

hrabia Pim de Pim

A1. Czy jako człowiek wszechstronnie utalentowany odczuwa Pana dylemat człowieka renesansu: czym się zajmować?
(polityka, życie towarzyskie, felietonistyka, brydż, blog)
Skoro z niczego nie chce Pan zrezygnować jak mógł Pan być skuteczny jako polityk?


A2. Czy wyborcy nie oczekują od polityka raczej stateczności i umiarkowania, zamiast egocentryzmu, nonkonformizmu i maksymalizmu?


A3. Czy zgodziłby się Pan z opinią, że jest niedościgłym pierwowzorem ekstrawagancji dla posła Palikota?


A4. Czy zwalczanie przez Pana współczesnych zabobonów - jak je nazwał o. Bocheński - nie przypomina walki z wiatrakami (donkiszoterii) ?

(Walka z "Hominformem". Antydemokratyzm. Antylewicowość w każdej postaci. Antykomunizm, antysocjalizm, antyzwiązkowość, antyfeminizm, antybiurokratyzm.)


A5. Czy UPR jest bardziej partią polityczną czy formacją opiniotwórczą?

(W dużym stopniu otwarte, ale jednocześnie elitarne środowisko intelektualne, wnoszące ferment do publicznych dyskusji na temat modelu państwa, formułujące wyraziste i bezkompromisowe diagnozy, wskazujące kierunek pożądanych zmian. Praca z młodzieżą - KoLiber. W niewielkim stopniu partia walcząca o zdobycie władzy.)


A6. Jakie są główne przyczyny klęski UPR w kolejnych wyborach?

(Polityka "przemilczania na śmierć" przez wrogie media. Konsekwentna krytyka okrągłego stołu. Antysalon - obalanie fałszywych autorytetów. Demaskowanie afer gospodarczych i korupcyjnych. Świadomość praprzyczyn i korzeni wielu zdarzeń. Konserwatyzm w sferze obyczajowości. Przenikliwa publicystyka Michalkiewicza i Miszalskiego. Realistyczny pogląd na politykę żydowską. Amatorszczyzna przywódców partii.)


A7. Czy przyczyną braku skuteczności politycznej jest intelektualizm - odwoływanie się do rozumu i logiki zamiast do emocji?


A8. Czy stawiając na wolny rynek i liberalizm gospodarczy nie otwiera się drogi dla niszczącego lokalne gospodarki i wzorce kulturowe globalizmu? Czy cena dogmatyzmu w tej sprawie nie jest zbyt wysoka?


A9. Jak godzi Pan przywiązanie do tradycji religijnej i Kościoła Katolickiego z otwartą krytyką stanowiska jego hierarchów w sprawach wewnątrzkościelnych (liturgia posoborowa) i społecznych (lustracja) ?


* * * * *

To wszystkie pytania, które mi się wtedy udało zgromadzić (a ich autorzy nie zgłosili zastrzeżeń). Czekam na odpowiedź! Żartuję, nie spodziewam się odpowiedzi, choć byłoby słodko i pewnie interesująco.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Jaś-Kuba Ruso - pisarz znaczący (cześć 1)

Jednym z pisarzy, którzy NAPRAWDĘ odegrali rolę w historii - prawdopodobnie dość nielicznych - jest Jean-Jacques Rousseau. Dzisiaj niemal nikt go naprawdę nie czyta, choć niektóre fragmenty jego "Wyznań" są całkiem na swój pokrętny sposób interesujące - ja np. je przeczytałem, zachęcony do tego "Szkicami o literaturze francuskiej" Boya (wiem że skurwiel i sowiecki kolaborant) i nie narzekam. Był to niewątpliwie gość pokręcony - mówiąc łagodnie świr - co w jego autobiografii wyraźnie widać, ale w młodości chciałem być psychologiem, więc mi to pasowało.

Mało kto faceta naprawdę dziś zna, a jednak żyjemy w dużej mierze w jego świecie. Nie chcę się tu wdawać w uczone rozważania nad wyższością "internalizmu" czy "eksternalizmu" w historii idei, ale na pewno można stwierdzić, że jeśli jakiś pisarz naprawdę wpłynął na namacalną rzeczywistość, to właśnie ten. Może Platon jeszcze bardziej, ale też mam wątpliwości, czy "platonizm" nie jest dość naturalną tendencją w ludzkim umyśle. Nie żeby zawsze przeważającą, oczywiście, ale zawsze czyhającą na swą ofiarę. Zresztą Platon miał dwa tysiąclecia więcej czasu na swe oddziaływanie. No a wszelka lewizna, szczególnie ta co bardziej intelektualna, ma w mózgach w ogóle niewiele więcej niż Jasia-Kubusia.

Teraz zmieniamy pisarza... Jeśli ktoś czyta po angielsku i jest zainteresowany historią rewolucji francuskiej, to szczerze polecam amerykańskiego historyka o nazwisku Stanley Loomis. Świetnie się go czyta, gość ma rozsądne, konserwatywne poglądy, ale bez jakichś przegięć w wiadomym stylu, rzetelna informacja... W ogóle czyste przeciwieństwo osławionych prac prof. Geremka na temat żebractwa i prostytucji w średniowiecznej Francji, które mu musiał napisać odkomenderowany do tego doktorant, bo czytać się tego nie dało - wiem bo próbowałem i nie to, by mnie prostytutki w średniowiecznej Francji nie kręciły. Czytałem na ten i zbliżone tematy inne książki i było fajnie.

Stanley Loomis zatem... Stanley Loomis w swej książce "Paris in the Terror: June 1793 - July 1794" w bardzo fajny literacko sposób główną protagonistką czyni Charlotte Corday, która ukatrupiła Marata. Młoda ta i pełna zalet kobieta miała jedną mniej w moich oczach ujmującą cechę, którą zresztą dzieliła z całą praktycznie swoją epoką... Było nią uwielbienie... Kogo? No właśnie - naszego ulubieńca Jasia-Kubusia. No i Loomis przeplata historię Wielkiego Terroru, wraz z osobistym dramatem ostatnich tygodni życia Charlotty Corday, z analizami życia, twórczości i wpływu na ową epokę tego właśnie pisarza.

Jest tych analiz sporo, więc na jeden odcinek zbyt wiele, tym bardziej że opatrzyłem to tak długim wstępem. Ale chyba dla niektórych P.T. Czytelników będzie to ciekawe i może do czegoś przydatne. A więc, oto pierwszy odcinek tego, co Loomis mówi o J.-J. Rousseau. Aha - jeszcze może jedna sprawa: tutaj będzie głównie o jego życiu, bo to jest na początku, a więcej się nie zmieści.

Nie chodzi o to, że Loomis, czy może Wasz oddany sługa, sprowadza twórczość pisarza do jego biografii, albo że ocenia ją na podstawie tego, jaka ona była pokręcona. To nie o to chodzi! Jednak przedstawianie pisarza CAŁKIEM bez wspomnienia o jego życiu również wydaje się mocno sztucznym zabiegiem. Tym bardziej zaś pisarza o życiu i charakterze tak pokręconym, jak życie i charakter naszego bohatera. A więc, niech głos zabierze mój ulubiony (obok G. Lenotre'a) historyk rewolucji, Stanley Loomis (rozbiłem to na krótsze akapity, dla czytelności):

* * *

Rousseau przemawiał do mieszanej publiczności, a sekret jego sukcesu, jeśli tak prozaiczne określenie można zastosować do wpływu i sławy, przekraczających prawdopodobnie wszystko, co osiągnięte zostało przez jakiegokolwiek pisarza od tamtej epoki, można odkryć w zwyczajnym i znajomym temacie: seksie. Jednak, dziwny to i znaczący wkład do pornograficznej literatury - gwałcił on nie ciało, lecz duszę swego czytelnika.

Cierpiąc na szczególną fizyczną dolegliwość, dla Rousseau "spełnienie" było dodatkowo udaremniane przez nienasycone żądze, które obudziła w nim rózga córki kierownika jego szkoły, pewnej panny Lambercier, i całkiem otwarcie zdiagnozowane przez niego w słynnych "Wyznaniach". Wyznaniach, w których, w swym niezwykłym pokazie psychicznego masochizmu, ujawnia bez oporów całą serię dziwacznych drobnych wad, ale bez przerwy maskuje bardziej zwyczajne i mniej interesujące większe wady.

Idealizując kobiety, był zmuszany siłami jeszcze potężniejszymi, niż wspomnienie panny Lambercier do umieszczania ich [na piedestale?]*, chodziło jednak [nie?] o to, by wynieść kobietę, lecz raczej sam chciał zostać umartwiony. W każdej międzyludzkiej relacji bardzo starannie, zawsze własnoręcznie, zastawiał pułapkę, w którą zamierzał wpaść - kiedy skomplikowane warunki, w których jego własna ruina mogłaby zostać z maksymalną rozkoszą skonsumowana, zostały spełnione.

-------
* Coś mi tu uciekło, sorry! (I nikt oczywiście nie zauważył. Nie ma to jak blogaskowa publicystyka!)


c.d.n. (Deo volente)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Darlington o początkach rzymskiego cesarstwa

Trochę się tu czasem wygłupiam - jak choćby wczoraj - ale w sumie traktuję to przedsięwzięcie serio, więc teraz na odmianę coś poważnego. Nie jakoś wyjątkowo aktualne, nie żebym miał coś wstrząsającego do ujawnienia, ale przedstawię coś co, jak sądzę, warto przeczytać, a podlane odpowiednim sosem powinno dać do myślenia. Plus sporo intelektualnej satysfakcji.

Przeglądałem sobie mianowicie książkę C. D. Darlingtona, o której ostatnio wspominałem - tę historię świata z punktu widzenia biologa - konikretnie mendlowskiego genetyka. Nie żeby on to robił jakoś obsesyjnie i na chama, ale faktycznie widać, że sprawy genetyczne, dziedziczenie - różne takie szybko powstające, dynamiczne, niewielkie "mikro-rasy" (to chyba moje własne określenie) - mają w historii spore znaczenie. Właśnie one, bo żadnego generalizowania na temat różnic pomiędzy "rasą białą", a "rasą czarną" (czy zieloną) praktycznie u tego pana nie ma. (No, faktycznie to jest jednak nieco o Żydach, do których Darlington zdaje się być nieźle nastawiony.)

Książka jest gruba - 700 stron nie licząc indeksów i takich rzeczy - gęsta od treści, chwilami nieco kontrowersyjna, ale czyta się, jak na swoją gęstość i konkretność, znakomicie. Od tych paru dni co mówiłem szukałem w niej jakiegoś fragmentu, który byłby wystarczająco samodzielny i wystarczająco interesujący, by go tutaj (jako przeciwwagę po różnych błahych wygłupach na temata Tusia) przetłumaczyć.

No i znalazłem taki fragment, który jest dość drobną częścią tego, co Darlington pisze o Oktawianie Auguście i początku rzymskiego cesarstwa. Dlaczego akurat to warto moim zdaniem tutaj opublikować? Nie da się tutaj nie wspomnieć o NAJWIĘKSZYM... Jeśli ktoś ma już całkiem dość Spenglera, to niech tego po prostu nie czyta. Ale nie ma racji! To nie jest tak, że ja potrzebuję jakichś kultów, czy intelektualnych szczudeł - wręcz przeciwnie. Po prostu Spengler jest niesamowicie wielki i bez niego jesteśmy jak małe ciapki w gęstej mgle!

Co ma Spengler wspólnego z Darlingtonem i Augustem? Z pozoru nie tak aż wiele, bo Darlington na temat Spenglera słowa w swojej książce nie wspomina. Jednak zgodnie ze spenglerowskim historycznym paralelizmem pomiędzy naszą ("faustyczną") i starożytną ("apolińską") Kulturą/Cywilizacją, jesteśmy właśnie mniej więcej w tej fazie, która odpowiada Augustowi. Jaka to faza? Ludzie w miarę kształceni (i nie mówię tu o ofiarach min. Hall czy Niepublicznych Szkół Marketingu i Zarządzania w Pacanowie) powinni wiedzieć, jak wyglądały tamte czasy.

Kto czytał Spenglera i cokolwiek zrozumiał, tym bardziej dostrzeże te analogie. Jednak i bez tego, nawet dla ofiary min. Hall, jest nadzieja! Po prostu niech ten ktoś przeczyta poniższy fragmencik, a potem się zastanowi, czy niczego mu to nie przypomina. Z tych rzeczy, które widzi wokół siebie. I przypominam - to nie jest inspirowane Spenglerem, nie ma tu do niego żadnych odniesień - to jest historia świata, pisana na dodatek przez biologa!

Pragnę z naciskiem podkreślić - głównie na użytek ew. Michników tego świata, których rewolucyjna czujność może zostać obudzona, ale wcale nie tylko na ich użytek - że Darlington nie jest żadnym zamordystą i zwolennikiem "czystości rasy" (cokolwiek by to miało oznaczać). W tym akurat fragmencie, na temat tej akurat sytuacji, wyraża poglądy jak poniżej, w wielu innych jednak miejscach mówi bardzo pozytywne rzeczy na temat etnicznej i indywidualnej rozmaitości. (Widać to zresztą nieco w początkowym fragmencie.) Tutaj widzi to tak jak widzi i warto moim zdaniem się z tym widzeniem zapoznać.

A oto ten fragment (strony 275 i następna):


[Polityka mająca na celu zwiększenie dzietności klas wyższych i zapobieżenie mieszaniu się tych klas z ludnością napływową, a szczególnie niewolnikami i wyzwoleńcami] była świadoma z punktu widzenia zarówno moralności, jak i z rasowego. Rozpoczęła się prawdopodobnie na długo przed założeniem miasta i miała być tak długo kontynuowana, jak długo istnieć miało Imperium, z jego religią. Była ona oparta na pewnych założeniach dotyczących dziedziczenia i selekcji, łatwo zrozumiałych w starożytnym świecie, gdzie zasady hodowli bydła uważano z reguły za zdrowe wskazówki dla kierowania ludzkim rozmnażaniem.

Z punktu widzenia nowoczesnej genetyki co najmniej jeden aspekt tych zasad nie dawał większej szansy na sukces: ogromna niejednorodność rzymskiego społeczeństwa pozwalała selekcji na najswobodniejszą z możliwych gier. Poniesiono klęskę, ponieważ dokonano pewnych założeń, dużych i małych, które były w oczywisty sposób fałszywe.

Jakie były owe fałszywe założenia? Pierwszym było to, iż rzymska klasa rządząca dobrze nadaje się do radzenia sobie ze światową sytuacją, za którą była częściowo odpowiedzialna. Jednak, jak możemy zauważyć, warunki z którymi potrafiła sobie radzić były tymi, które sama już zniszczyła. Militarna ekspansja została zastąpiona pokojową stabilizacją.* Małe państwo zastąpione zostało wielką federacją. Rasową jedność i moralną spójność zastąpiła skrajna różnorodność charakterów i celów, tylko chwilowo ukryta przez pokój wynikający z wyczerpania**. Rzymska klasa rządząca po osiągnięciu swego celu nie miała już nic do roboty. Utraciła swój świadomy cel, podstawę swego doboru partnerów [do małżeństwa i rozmnażania], a wraz z nią swoją społeczną spójność. Jako klasa znikła więc. Jak i gdzie odeszła, będziemy musieli zbadać.

Drugie fałszywe założenie wynikło z niedostrzeżenia paradoksu rzymskiej sytuacji. Bowiem Rzym i społeczeństwo Italii, choć kulturowo i politycznie dominujące nad całym Imperium, fizycznie i biologicznie było tylko małą i zależną jego częścią. Dominacja zaś, już po kilku pokoleniach ustąpiła zależości - z powodów, którym przyjrzymy się bliżej.

Zanim jednak przeanalizujemy Imperium, musimy spojrzeć na to, co działo się w samym Rzymie. Już w tym czasie rząd Augusta okazał się niezdolny do uregulowania napływu bogactw do miasta. Mimo swej pozornej potęgi i prestiżu, polityką władcy w jego stolicy nadal rządził strach. Władca ten miał w Italii gwardię pretoriańską, złożoną z dziewięciu kohort ludzi o czystej italskiej krwi. Miał też w Rzymie swą osobistą straż przyboczną, złożoną z równie rasowo czystych Germanów. Nie wystarczały one jednak, by zaniechać praktyki utrzymywania obywateli w spokoju przez dawanie im łapówek - przez politykę zapewniania im panem et circenses***. To określenie Juwenala wydaje się być komentarzem do reform princepsa - owe reformy utonęły w bogactwie wielkiego miasta.

-------------------------------------------------

* Dosłownie "maintenance", czyli "utrzymywaniem" czy "podtrzymywanie".


** To wytłuszczenie jest moje, nie Darlingtona. Po prostu nie mogłem go sobie odmówić, tak wydało mi się to wyjątkow celne. Oraz naprawdę niezwykle AKTUALNE.

*** "Chleba i igrzysk". (Of course.)



triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, sierpnia 17, 2008

Głupiutkie wierszyki o (mądrutkim oczywiście) Tusiu

Czasem, kiedy nie mam przez parę minut nic sensownego do roboty, wymyślam sobie głupiutkie wierszyki. Kiedy zaś taki wierszyk wyjdzie naprawdę głupi - tak głupi, że to aż jakoś zabawny - to go, bywa, zapisuję na jakiejś luźnej kartce.

Akurat znalazłem taką kartkę z wierszykami o Tusiu. Ponieważ to chodzi o walkę, a nie o zapracowywanie na ordery i miejsce w przyszłych podręcznikach szkolnych, więc je opublikuję... Choć takie głupiutkie. Co mi tam! Może coś przylgnie, może komuś się nada do napisu na murze albo jakiejś propagandy. W końcu ich bohater, nie oszukujmy się, też rozumem nie poraża. Forma odpowiada więc treści, co jest cenne. Tak uczył już Arystoteles.

A więc, poprawić okulary, zapiąć pasy... I uwaga żeby sobie nic z wrażenia nie odgryźć!


(Ten pierwszy to jednak zupełna błahostka, raczej na rozgrzewkę.)

Kopie piłeczkę Tuś,
Więc kocha Tusia Ruś.
* * *

To jest i aktualne, i... po prostu hiper-błyskotliwe. Nie wstydźmy się łez wzruszenia!

Cała Rosja kocha Tusia,
Bo do flaszki zdrowo* siusia.

* "Zdrowo" - bo i obfitym strumieniem, i w ogóle okaz z niego zdrowia. Każdy koneser przyzna, że bardzo to zgrabnie wyrażone.
* * *

(To wygląda - wow! - niemal na początek epopei. Jednak to tylko złudzenie. Na razie?)

Zacne Izraela plemię
Pragnie opanować Ziemię.**
Dzięki od Tusia miliardów kopie***
Najpierw se kupi kraik w Europie...


** Aj waj! Apage satanas! Ewidetny akcent antysemicki! I to najgorszego rodzaju, jeśli pamiętam co o tym mówił rebe Michnik. Błagam, nie mówcie nikomu! Jednak starałem się to złagodzić pisząc "zacne". Tropiciele antysemityzmu - błagam, doceńcie! (Docenci też.)

*** "Kopa" to, z tego co pamiętam, 60 sztuk. I tyle chyba miliardów dolców obiecał Tusio różnym szemranym Izraelitom w ramach szemranego (jak to u Tusia) "odszkodowania". Może będzie tego więcej (jeśli oczywiście do tego czasu nie poślemy Tusia tam, gdzie jego miejsce, a tamtych nie odeślemy z przysłowiowym kwitkiem), ale ta kopa to tutaj jest hiper-celnie powiedziane! A swoją drogą, dolary znowu rosną, więc to już nie o zupełne groszaki będzie chodzić.

**** Jeśli ktoś nie wie, o jaki kraik tu chodzi, to zachęcam do wstąpienia do cieniackiej młodzieżówki. Tylko tam będzie miał szansę, nie tylko uniknąć większości kpin, ale i się całkiem po prostu - wybić!


triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, sierpnia 15, 2008

Mały podręcznik partyzantki miejskiej - egzekucje i porwania

Robiłem ostatnio porządki w różnych starych książkach i papierach, skutkiem czego znalazłem parę interesujących rzeczy. Na przykład pierwszych kilkadziesiąt stron "Mein Kampf" po szwedzku, które były lekturą obowiązkową na historii idei w Uppsali. Albo mój własny krótki uppsats na temat Spenglera, z tej samej historii idei. Muszę go w wolnej chwili przeczytać, ciekaw jestem czy z perspektywy dwóch kolejnych pełnych lektur tej książki, kilkunastu minionych lat, i mimo mego ówczesnego braku znajomości schyłkowego koszmarku, jakim jest III RP - byłem już wtedy w stanie napisać na ten temat cokolwiek interesującego.

Najbardziej chyba jednak do przedstawienia na tym blogu wydała mi się inna rzecz, którą właśnie po latach odszukałem. Ma to 110 stron, jest niewielką książeczką w miękkiej oprawie, nazywa się Liten handbok för stadsgerilla, co się na nasze tłumaczy jako "Mały podręcznik partyzantki miejskiej". Autor Carols Marighella. Wydane zostało to w Sztokholmie, konkretnie przez "GIDLUNDS FÖRLAG" ("förlag" to wydawnictwo), w roku 1970, wydrukowane w Finlandii. Do tłumaczenia dumnie przyznaje się Latinamerikakommittén, czyli "Komitet latynoamerykański". Cena 5 koron, co nawet wtedy było niewiele, choć tam takie książki są faktycznie tanie. Nakładu nie podają, szkoda, choć i tak pewnie bym nie wierzył.

O autorze czytamy na tylnej stronie okładki, że: "poległ jesienią roku 1969 w walce przeciw brutalnej dyktaturze wojskowej w Brazylii." Po czym dalej dowiadujemy się, że: "Ta książka podsumowuje strategię i taktykę, którą Marighella rozwinął i przy pomocy której zebrał brazylijskie grupy rewolucyjne do wspólnego zbrojnego oporu".

No dobra, sporo już wiemy, teraz przydałby się jakiś fragment samej książki. Przetłumaczę więc niewielki fragment, i to absolutnie jak najściślej. Niech będzie powiedzmy ten ze strony 88 i następnej:


Egzekucje

Egzekucje to uśmiercanie północnoamerykańskiego szpiega, jednego z agentów dyktatury, jednego z policyjnych katów, faszystę w rządzie, winnego przestępstw wobec patriotów, kogoś kto sypie, kogoś kto wydaje innych, agenta policji albo któregoś z policyjnych prowokatorów.

Ci, co z własnej inicjatywy idą do policji aby wydać i oskarżyć kogoś, som podają im wątki i informacje, także muszą zostać straceni przez partyzantkę miejską.

Egzekucja jest tajną akcją przy udziale jak najmniejszej ilości uczestników ze strony partyzantki miejskiej. W wielu przypadkach wystarcza, by egzekucji dokonał nieznany, pojedynczy i cierpliwy strzelec wyborowy, działający z pełną dyskrecją i zimną krwią.


Porwania

Porwania polegają na złapaniu agenta policji, północnoamerykańskiego szpiega, osobowości politycznej, albo znanego i niebezpiecznego wroga rewolucji, oraz przetrzymywaniu go w sekretnym miejscu.

Porwań dokonuje się w celu wymiany lub uwolnienia rewolucyjnych towarzyszy, albo aby zmusić dyktaturę wojskową do zaniechania tortur w więzieniach.

Porwania osób znanych ze swej działalności artystycznej, sportowej, albo innych o wybitnych talentach, i które nie wyrażały żadnych poglądów politycznych, może być sposobem na dokonanie propagandy dla rewolucyjnych i patriotycznych celów partyzantki miejskiej. Pod warunkiem jednak, że porwanie dokonane zostało w bardzo specjalnych warunkach, zaś akcja została dokonana w sposób budzący sympatię i akceptowany przez lud.

Porwania Północnych Amerykanów osiadłych w Brazylii, albo ją odwiedzających, jest formą protestu przeciw wtrącaniu się przez imperializm USA i jego dominację w naszym kraju.



No to na razie tyle. Może kiedyś przetłumaczę więcej z tej uroczej książeczki, którą sobie niegdyś kupiłem w uppsalskim antykwariacie blisko słynnej uniwersyteckiej biblioteki Carolina Rediviva (gdzie jest m.in. zrabowana w czasie potopu w Polsce "Srebrna Biblia").
triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Wdowa Eulalia i mózg wieloryba w pikantnym sosie

Mam pomysł na tekst... Mam pomysł na tekst, który byłby filozoficzną przypowiastką... Mam pomysł na tekst, który byłby filozoficzną przypowiastką, a do tego byłby ucieszny...

Mam pomysł na tekst o jednej pani, co kupiła w hipermarkecie mózg wieloryba na kolację, ale przez pomyłkę stworzyła golema... Stworzyła golema mózgowego. Miała bowiem w lodówce mózg swego niedawno zmarłego męża... (Była bowiem wdową, bidulka!) I się pomyliła... I omal nie zjadła mózgu swojego męża! Ale na szczęście nie, ufff! Blisko było!

No i jak zabrała się do tego mózgu, żeby go przyrządzić na tę swoją wdowią, samotną kolację, to się okazało, że ten mózg ożył... Bo sos działa jak elektrolit... Mózg zaczął dawać znaki życia, a po podłączeniu go do drukarki... Ach, to naprawdę bardzo skomplikowany splot wydarzeń, jak do tego doszło... W każdym razie ten mózg zaczął się ze swoją byłą żoną komunikować... (I nie tylko SWOJĄ byłą żoną, mózgu znaczy, bo także i innych członków tego pana, co miał ten mózg. Kiedy żył.)

I po wstępnych uprzejmościach, plus pewnej ilości beztreściowego gadania, jak to z dawno niewidzianym znajomym... A żona, nawet wdowa, to przecież więcej niż znajomy! Chyba że rozwiedziona - wtedy to mniej. I poprosił ten mózg, żeby go podłączyć do także do internetu, a nie tylko do drukarki. Żeby miał jakieś informacje ze świata... Bowiem oczek, uszek, noska już nie miał, ani żadnych innych organów zmysłów - wszystkie zostały skremowane, tylko ten mózg niepocieszona wdowa sobie zachowała.

No i mógłbym potem opowiedzieć... A sam jestem tego bardzo ciekaw co by to było, bo jeszcze tego do końca nie wiem... Opowiedzieć, jaki to pogląd na świat ma ten mózg... Czym on się różni od poglądów tego pana, kiedy jeszcze nie był skremowany, kiedy miał i oczki, i uszki. I kuśkę nawet miał, a wdowę to czasem cieszyło, ale często wręcz przeciwnie... Co zresztą nie ma wiele wspólnego z moim zasadniczym tematem... No więc całą tę filozofię tego mózgu w tym sosie mógłbym opowiedzieć... Z naciskiem na poglądy ideolo, bo to taki blog przecież. I polityczne poglądy też, w szerokim sensie rozumiane.

No ale po co właściwie? Czy to cokolwiek w realu zmieni? Czy to jest w ogóle komukolwiek do czegokolwiek potrzebne? (I nie mówcie mi, że Putina by to ucieszyło. Jako dowód normalizacji w Polszy, czy czegoś tam. Bo to dla mnie żadna absolutnie zachęta!) Musiałbym zresztą wymyślić tej pani jakieś fajne nazwisko, takie ucieszne... Bo na imię dałbym jej pewnie Eulalia. Albo jakoś. Żeby było uciesznie.

Mógłbym ogłosić, że jeśli rozlegnie się powiedzmy... sto donośnych i pełnych zapału głosów wzywających mnie do wykonania tego ambitnego zadania... To ja to napiszę. Ale tylu ludzi tego bloga w ogóle nie czyta, więc jestem bezpieczny. Nie muszę pisać. Zresztą zawsze mogę rzec, iż zostawiam ten temat następnej cywilizacji (czy raczej spenglerycznie mówiąc Kulturze). Może kiedyś jej syny wygrzebią skądsiś ten szkic, ten zarys, tę wiązkę elektronów... I stworzą z tego swoją własną epopeję.

A więc Eulalio (czy jak tam masz na imię) o nieznanym nazwisku... Od niedawna wdowo, na emeryturze, choć całkiem jeszcze niczego sobie... Mieszkająca samotnie i lubiąca na kolację mózgi wielorybów w pikantnych sosach - NA RAZIE DAJ MI SPOKÓJ!

(Wy zaś, P.T. Czytelnicy - jeśli istniejecie - nie próbujcie mnie nawet pytać, o kim myślałem, kiedy ten pomysł z poglądami na świat wyjętego z lodówki mózgu podlanego sosem przyszedł mi po raz pierwszy do głowy! I tak nie powiem!)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, sierpnia 14, 2008

Polska, Żydzi, historia - spojrzenie z zewnątrz

Jedną z książek które bardzo cenię (i w dodatku szczęśliwie posiadam) jest "The Evolution of Man and Society" ("Ewolucja człowieka i społeczeństwa"), napisana przez brytyjskiego profesora biologii (botanika i genetyka, ale tacy ludzie naprawdę kiedyś miewali znakomite ogólne wykształcenie!) C.D. Darlingtona i wydana w roku 1969. (A więc w latach '60, tak jak książki Ardreya. Potem już widać nastąpiła totalna kontrofensywa leberalnej "nauki" i totalna kampania przemilczania. Nie da się ukryć, że był to sukces.) Wbrew temu, co może sugerować tytuł, nie jest to rzecz o powstaniu naszego gatunku, a w każdym razie w naprawdę niewielkim stopniu. Jest to książka o historii, pisana z bardzo niezwykłej biologicznej perspektywy.

Nie, nie ma tu niczego, co by można uczciwie określić mianem "rasizmu" - raczej wprost przeciwnie. Tylko trzeba coś w ogóle kojarzyć i wykazać minimum intelektualnej przyzwoitości, bo reagując po prostu na słowa kluczowe, łatwo daje się wszędzie wyczytać cokolwiek. Oczywiście lewizna "rasistę" potrafi zrobić z każdego, kogo nie lubi, podobnie jak "faszystę". I tak "skrajnie rasistowskie poglądy" ma Spengler - facet, który do rasy w powszechnie rozumianym znaczeniu przywiązuje znaczenie mniejsze od niemal każdego, z pewnością także np. od Michnika.

No, tośmy już swoje postępowe sumienie uspokoili, teraz jedziemy dalej... Przedstawiałem już chyba na tym blogu krótki fragment omawianej tu książki Darlingtona - ten, w którym błyskotliwie na dwóch stronach tekstu przedstawia on genezę amerykańsko-sycylijskiej mafii. Udowadniając przy tym, że i tu ma znaczenie biologia i kwestie "rasy" - tyle że nie rasy w obiegowym znaczeniu, a "mikro ras", o których traktuje książka. Można sobie tego poszukać, powinno gdzieś tu być, choć może jeszcze nie miało tagów, więc znaleźć będzie trudniej.

No i chyba przedstawiłem kiedyś, cholernie dawno temu, tę sprawę mafii w "Najwyższym Czasie!", choć tego nie jestem już teraz całkiem pewien. Teraz mi się zresztą przypomniało, że kiedyś streściłem w niewielu słowach także wywody Darlingtona na temat roli eunuchów w historii. A także chyba o roli kazirodztwa. To naprawdę fascynująca książka, mówię to całkowicie serio!

Ponieważ dobrze jest czasem spojrzeć na siebie oczyma obcych. I to nawet jeśli informacje autora na nasz temat są, jak nierzadko, niepełne i miejscami wprost fałszywe. Z drugiej strony, nie ma niestety pewności, że wszystko co my wiemy o naszej przeszłości, jest całkowicie prawdziwe, sporo jest w tym także naszej nacjonalistycznej propagandy i pokrzepiania serc.. Co może jest niezbędne dla ludu, ale dla jego potencjalnej elity już niekoniecznie.

W każdym razie przetłumaczę tu teraz krótki fragment z książki Darlingtona traktujący o historii Polski i aszkenazyjskich Żydach. Rozbiłem to na krótsze akapity (dla czytelności na ekranie), oraz dodałem własne przypisy.
Oto ten fragment:


Żydzi którzy zostali wypędzeni z Anglii, Francji i Zachodniej Europy w trzynastym wieku, skorzystali z ówczesnych nieszczęść Wschodniej Europy. W środku wieku tatarscy najeźdźcy spustoszyli i spalili drewniane osady i miasta Polski. Rycerze teutońscy* przywrócili chrześcijańską i stabilną władzę, ale między niepiśmiennymi, mówiącymi po słowiańsku chłopami, oraz równie niepiśmiennymi mówiącymi po niemiecku władcami i protektorami, nie istniały zadowalające środki komunikacji.

Nie istniała klasa profesjonalistów, ludzi piśmiennych czy znających się na technice, która by organizowała, administrowała i ogólne dbała o całość. Zaproszono zachodnich mieszkańców miast jako kolonistów, by przybyli i wypełnili luki, by wybudowali miasta z cegły w miejscu poprzednich drewnianych osad. Do samego tylko Krakowa przybył strumień Niemców i Holendrów, Flamandów i Walonów, "Gallów" i Włochów, Węgrów i Morawian, a także kilku Szkotów. Z nimi zaś przybyli Żydzi. Najpierw byli to uciekinierzy z portów Adriatyku.

W sto lat później Kazimierz Wielki (który sam wziął sobie, kochał i być może nawrócił żydowską kochankę) udzielił królewskich gwarancji Żydom, ci zaś przybyli w większej ilości. Nazywali oni siebie Aszkenazim, co po hebrajsku oznacza Niemców.

Rzadko od czasów Aleksandra istniała taka wyraźna formacja, w której miejski lud jednej rasy byłby umieszczony w wiejskich obszarach zamieszkanych przez inną rasę, oraz rządzony przez kastę wojskową trzeciej rasy.** Każda z tych ras mówiła innym językiem. Gdzie indziej Żydzi mówili językiem klasy rządzącej, tutaj jednak germańscy władcy byli w ogromnej mniejszości wobec mówiących językiem słowiańskich pańszczyźnianych chłopów***.

Stworzyli więc nowy język, który nazywali, i który my nazywmy, jiddisz. Był to dialekt dolnoniemiecki z Doliny Renu, przyprawiony aramejskim z Talmudu rabinów, oraz tu i ówdzie polskim, gdzie było to konieczne. Był jednak niepisany - język niepiśmiennego ludu, którego językiem nauki był hebrajski. Dopiero po roku 1792 ten lud pomyślał o zapisaniu swej literatury. Wraz z podziałem królestwa polskiego pomiędzy Prusy, Austrię i Rosję, dawna polityczna struktura, na której budowali mówiący jiddisz Żydzi, znikła.

Żydzi, z których brała się większość klas profesjonalistów w Polsce, znaleźli się, zamiast wobec swych polskich patronów lub przyjaciół, twarzą w twarz z nieznanymi i wrogimi rządami. Rząd austriacki mógł jeszcze do roku 1907 rozwiązać małżeństwa pomiędzy chrześcijanami a żydami****, jako nielegalne. Rząd rosyjski, w niestałym sojuszu z ortodoksyjnym kościołem, znajdował niemal jedyne pole porozumienia ze swoim ludem właśnie w traktowaniu Żydów. Zamykał*****, dręczył, wypędzał i masakrował żydowską ludność na zaanektowanych terytoriach podczas i po podziale Polski.

Skutkiem tych nowych prześladowań była emigracja Żydów z Polski - najpierw na południe na Węgry i do Rumunii, potem zaś na zachód do Niemiec, Anglii czy Stanów Zjednoczonych. Najowocniejszą z tych nowych emigracji była ta, która ich zawiodła do Holandii.


* * * * *


* Czytaj "krzyżacy".

** Wkurza mnie to potężnie, bo ten pogląd zdaje się być przyjmowany całkiem powszechnie przez zachodnich historyków - nawet tak jednoznacznie historyków i tak znaczących jak np. William McNeill. Ze wszystkiego co wiem, Polska nie była nigdy rządzona przez jakąś kastę rycerzy pochodzenia germańskiego czy skandynawskiego. Co innego mieszczaństwo, ale to całkiem inna rzecz. A jednak zachód zdaje się uważac coś całkiem przeciwnego.

Chyba, że mnie ktoś naprawdę potężnie oszukał i, mimo zainteresowania historią przez większą część stulecia, nie zorientowałem się jeszcze w tym oszustwie. Ale wątpię, szczerze. Po prostu, jak mi się zdaje, ci autorzy wyolbrzymiają i mieszają jakieś mgliste przypuszczenia na temat początku państwa Polskiego - wyobrażając sobie, że musiało tu nastąpić coś w rodzaju założenia państwa przez Szwedów na Rusi, tylko my byliśmy zbyt barbarzyńscy, by to zapamiętać czy zapisać - plus informacje na temat państwa krzyżackiego.

Cóż, musimy sobie opisane tu zjawisko uświadomić, a potem ew. zastanowić się co z tym zrobić.
Jednak nie chciałbym stworzyć wrażenia, że Darlington (czy McNeill zresztą) po prostu bredzą na wszelkie tematy. Wręcz przeciwnie!

*** Jak w pysk strzelił: serfs. Nie da się tego inaczej przetłumaczyć.

**** W oryginale oba te słowa: "chrześcijanie" i "żydzi" są pisane z dużej. Ale tutaj chodzi o religię, więc napisałem zgodnie z utartą konwencją "żydzi" z małej, jako że wyraźnie chodzi o religię.

***** W gettach - z całą pewnością o to chodzi.



triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, sierpnia 10, 2008

Refleks szachisty, odgrzewane kotlety... czyli Tuś po raz drugi

Zaraz po tych ostatnich nieszczęsnych wyborach napisałem wierszyk dla dzieci, a właściwie całą zabawę dla przedszkolaków, którą teraz lekko zaadaptuję i będzie jak znalazł. Właściwie nie całkiem jak znalazł, bo to o tydzień spóźniona biężączka, wszyscy poważni ludzie zajmują się zresztą Gruzją, a ja tu taką głupotę, nieaktualną i błahą...

Ale skoro nawet dzisiejszy "Wprost" w swym mailowym serwisie jeszcze o tym wspomina, co co mi tam! Więc ta zabawa dla przedszkolaków wyglądała jakoś tak:

Wszystkie dzieci chodzą tu i tam, pilnie czegoś szukając i śpiewają przy tym...

Martwi nas dziś cuś -
Gdzie się podział Tuś?
Szukam, patrzę - nie ma Tusia!
Może uciekł, może siusia?
Teraz Tuś się pojawia, a wszystkie dzieci chwytają się za rączki i tańczą wokół niego radośnie, wołając:

Tuś mi Tusiu, Tuś!
I to był ten stary, oryginalny wariant. W nowym wszystko jest jak poprzednio, ale po pierwszej zwrotce pojawia się - tym razem w drzwiach a nie nie-wiadomo-skąd - wytęskniony Tuś i wyciąga w stronę Pani Przedszkolanki sporą butelkę ze złotawym płynem. Po owym radosnym i chóralnym "Tuś mi Tusiu, Tuś!", Pani Przedszkolanka pyta:

No i co kochane dzieci? Gdzie był nasz Tuś? Co Tuś robił?
a dzieci chórem:

Siusiał do buteleczki!

(Brawa, kurtyna, znowu brawa... i znowu... i gromkie okrzyki "bis"... Czyli po prostu chciałem powiedzieć, że to już koniec.)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.