wtorek, sierpnia 14, 2018

Jedno B mniej, jedno B więcej...

Kameleon - to ci dopiero artysta!
Zachęcony ostrą jak przysłowiowa brzytwa dyskusją pod moim przedostatnim tekstem - dyskusja w sumie moja z jednym tylko człowiekiem o poglądach jednocześnie (turpe dictu) liberalnych i posoborowych, więc nigdy do niczego nie dojdziemy, ale kąpiel w pracowicie bitej pianie to też, jak się okazuje, może być miła odmiana od codziennej szarości i ęteraktywnych niedoborów - chciałem wam ludzie napisać coś o tej "mniej trudnej" muzyce, wrzucić kilka videjów z YT i w ogóle podkręcić sprawę tego grania na łyżkach, a jak Bóg da, to i na różnych ukulelach, bez której... Bez której poza ew. bicie smakowitej piany nie wyjdziemy.

Może kiedyś, na razie jednak poszedłem (ci ja) na nowy portal Coryllusów tego świata, mniejsza o to, czego przede wszystkim tam szukałem, no i przeczytałem (ci ja) dwa naprawdę interesujące teksty samego Guru, z całkiem interesującą dyskusją pod spodem. Jedno było o niejakim Szulkinie, rezyserze filmowym, który akurat był się przeniósł na łono Abrahama, i ewidentnie stanowił ubecką marionetkę dla ogłupiałej gawiedzi. Co dziwnie mnie mało zaskakuje, bo od dawna sądzę, że film, plus co najmniej jeszcze jedna dziedzina, o której da Bóg za chwilę, to były w PRL mateczniki wszelkich ubecji, i raczej trzeba się zastanawiać, dlaczego bywały tam, w filmie znaczy, bo w tej drugiej dziedzinie, o której za chwilę, moim zdaniem nie, rzeczy wartościowe.

Drugi tekst, który mi przypadł do gustu, był o tym, że słynny tekściarz przesławnego zespołu SBB i przesławnej Haliny Frąckowiak okazał się niedawno być pułkownikiem SB, piszącym pod pseudonimem. Poszedłem (ci ja) potem nawet na portal jakiejś lokalnej gazety - "Dziennik Zachodni" czy coś - gdzie napisali o tym dość długi i całkiem ciekawy artykuł. Można sobie poszukać. No i co teraz? Po pierwsze muszę, jak zwykle, pochwalić się, że dla mnie zespół SBB nigdy nie istniał, słyszałem to parę razy i kompletnie mnie to nie ruszyło.

Całkiem profesjonalne, ale profesjonalnie zrobionej muzyki rozrywkowej było w PRL pełno - problem był w tym, że starano się z tego zrobić wzgl. autentyczny rock, "taki jak na Zachodzie, ale nasz, PRLowski", i to za cholerę nie wychodziło. Bo i nie mogło - standardowe muzyczne wykształcenie i rock pasują do siebie jak pięść do nosa. Nie wiem i od lat łamię sobie głowę nad tym, po kiego grzyba ludzie słuchali, a nawet podniecali się, różnymi tam Dżemami, Dżamblami, Niemenami, SBB, Perfektem... Że już o Skaldach, No To Co, czy Trubadurach nie wspomnę - nawet nie z litości, tylko z obrzydzenia.

Na Trójce można było przecież złapać masę prawdziwej zachodniej "młodzieżowej" muzyki - problem był tylko raczej w tym, że jak się do czegoś dorwali, to człek mający, jak ja wtedy, radio włączone niemal 24/7 słyszał "House of the Rising Sun", "Nights in White Satin", czy, z innej nieco dziedziny (genialne przecież, choć akurat nie w tamtym topornym wykonaniu CCR) "Jambalaya on the Bayou" Hanka Williamsa trzy razy dziennie, i miał tego serdecznie dość.

Mniej to szkodziło z takimi rzeczami jak "Honkytonk Women" Rolling Stonesów - to muzyka, wbrew temu, co się wydaje różnym tam "znawcom" z drewnianym uchem, bardziej wyrafinowana, i zawsze czegoś nowego człek się potrafił dosłuchać. (A mówimy tylko o rocku, bo poza tym był jazz, ambitna piosenka francuska, całkiem sporo hiszpańskojęzycznych, bywała Amália, bywał Orlando di Lasso... To wszystko w PRLowskim radio!)

Dobra, powie ktoś, "Skaldowie i Trubadurzy" potrafię zrozumieć, ale co było nie tak z Niemenem? Niemen, odpowiem, był muzykalnym gościem (zresztą jakiś tam Białorusin, więc i inne geny, niż u naszego ludu o drewnianym przeważnie uchu, choć gumowych też nigdy nie brakowało), ale nie za mądry, chyba dość uległy charakter, a obskoczyła go zgraja agresywnie cwanych macherów, którzy, wykorzystując jego duży głos i potencjalny potencjał (!), za wszelką cenę próbowali z niego zrobić Murzyna i podbić w ten sposób świat. Złote wanny, brylantowe kible, kąpiele w szampanie. No i oczywiście Władza Proletariatu przy okazji.

Gość, Niemen znaczy, był fajny w swoich najwcześniejszych nagraniach - tych z gdańskiego "Żaka" chyba to było. "Czarny Orfeusz" itd., potem jeszcze z Niebiesko-Czarnymi (w sumie znośna trupa, choć dziwna, typowo komunistyczna organizacja), do "Kałakolczika" włącznie (choć trochę w tym nagraniu z głosem się nie wyrabia), potem to już był koszmar i Czerwono-Czarni, czyli koszmar do kwadratu. Tak to widzę.

Halina Frąckowiak była, jak pamiętam, ładna, i jakoś mnie przesadnie śpiewem nie odrzucała, ale nic nie pamiętam i nigdy by mi nie przyszło do głowy słuchać. Byli, jako rzekłem, Rolling Stones, było Canned Heat, byli The Doors, dopóki nie zrobiono o Morrisonie filmu dla lemingów... Na krajowym rynku dla mnie był kabaret Elita, Starsi Panowie, pierwsza płyta plus parę drobiazgów Młynarskiego... Lubiłem garażowy (z wrocławskiego "Pałacyku" w rzeczywistości) zespół Romuald i Roman, byli tacy autentyczni i nie pokazywano ich niemal wcale ludowi... Ale Jezu, jakie to było słabe, jak się teraz tego słucha na YT! (Fakt, że lepszy sprzęt i trochę nagraniowych bajerów sporo by tu zmieniło, przynajmniej dla naszych niezawodnych "znawców".)

Taraz będzie clou... Mógłbym w sumie napisać coś b. krótkiego i z cholernym kopem... Ale po co pisać krótko i z kopem, jak można długo i zawile? No więc wszyscy się tak cholernie teraz dziwują, że ten natchniony tekściarz - a w istocie NIELUDZKI WPROST GRAFOMAN, jak widać na podstawie fragmentów, które nam pokazano... Którymi tak się nasi Genialni Artyści (Frąckowiak i Skrzek z SBB) zachwycają... Grafoman na skalę, przy której Osiecka w swych najgorszych momentach to Dante skrzyżowany z Wergiliuszem... No więc ten genialny tekściarz okazał się być ubekiem i to jest szok. Nikt z naszych Genialnych Artystów nawet się tego nie domyślił i w ogóle.

No to ja mówię tak... Jeszcze raz - jak się nazywał ten cudowny zespół, że spytam? SBB, tak? Co miało być skrótem - słyszałem parę razu te uczone egzegezy, choć, jako rzekłem, ta muzyka kompletnie do mnie nie przemawiała, ideologia też nie - skrótem miało być raz od "Silesian Blues Band", a innym razem od "Szukaj Burz Buduj"... I jeszcze jakaś inna oficjalna wersja też tego istniała. No a jak się nazywała tajna policja w PRL? SB, tak? No i teraz - wyobraźcie sobie, że macie kapelę i dla niej wymyślacie nazwę... Będzie to nazwa tak zbliżona do nazwy ukochanej przez rodaków komuszej tajnej policji? No bo przecież bardziej zbliżonej nazwy trudno sobie wyobrazić, prawda? Nazwalibyście swoją kapelę np. "Gesztabo"? To przecież dokładnie to samo!

SSB być nie może, bo to SS, ale za to podwójne B... Takie trochę rozciągnięte B, lekko się potykając... ("SB wyszeptane zakochanymi wargami Michnika", jak mi przyszło do głowy po paru dniach. Bo Michnik się cudnie zacina, jakby ktoś nie wiedział.) Albo właśnie SMAKUJĄC te rozkoszne dźwięki, to jak najbardziej. Słowo staje się dłuższe, o całe 50 procent, a przez to i smakowitsze. I przecież nadal każdemu przytomnemu człowiekowi SBB musi się kojarzyć ze znajomym SB. Czy nie? Czyżbym się mylił?

No więc, jeśli mam (ci ja) rację, to jak to świadczy o członkach tej kapeli, o otaczających ją macherach, o zamiarach i planach tych wszystkich ludzi, o ich celach i inspiracjach? I o tym, czy naprawdę aż tak ich ta ubecka przeszłość ich natchnionego tekściarza mogła zaskoczyć. Zastanówcie się nad tym, a może i parę innych rzeczy wam się wyjaśni - na temat waszej własnej przeszłości, na temat waszych (mniej lub bardziej) artystycznych idoli, na temat tego, co mamy dzisiaj i co będziemy ew. mieć w przyszłości.

Jak to się daje wytłumaczyć? Nie do końca to rozumiem, ale widzę kilka możliwości: albo to miało oswajać lud z Obrońcami Najlepszego z Ustrojów, albo miało stanowić haka na naszych natchnionych artystów, albo było spontanicznym wyrazem miłości z ich strony... Może jakiś rodzaj satanizmu? W każdym razie nijak nie potrafię sobie wyobrazić, że oni albo tego podobieństwa nie dostrzegali i nikt im na to nie zwrócił uwagi, albo że "po prostu" nie widzieli w tym problemu, co by zresztą samo w sobie było już problemem, i to sporym.

No dobra, powie nasz Niewierny Tomasz, a jaka to jest ta druga dziedzina PRLowskiej kultury, w której Pan T. z trudem dostrzega cokolwiek poza ubeckimi (i innymi rusko-komuszo-partyjnymi) machinacjami? Jest to właśnie popularna (tzw.) muzyka - czy to nie oczywiste? A właściwie to myślę teraz nie o całej, tylko o tej "młodzieżowej".

Teraz dziękujemy sobie nawzajem wylewnie za owocne spotkanie, każdy podaje rękę kilku najbliższym sąsiadem, po czym, nie zwracając na siebie za bardzo uwagi, idziemy do domu rozmyślać nad mechanizmami działania PRLu i ich wpływem na nasze obecne gusta. Tak? No to pa i do następnego razu!

OK, znajcie moje serce - oto linek: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/81338,o-esbeku-ktory-pisal-piosenki,4,id,t,sa.html

triarius

P.S. Na temat kultury w PRL miałbym jeszcze sporo do powiedzenia i nie wszystko aż tak przygnębiające, jak to tutaj, bo były tam przecież sprawy, o jakich w koszmarze III RP nie możemy nawet marzyć. Zapraszam ew. chętnych do dyskusji na te tamaty.