poniedziałek, sierpnia 29, 2016

Bóg a sprawa polska

Dzisiaj śmiertelnie poważnie i gdybym mimo wszystko zaczął swoje zwyczajowe stylistyczne, słowotwórcze, i jakie tam jeszcze figle, to proszę mnie walnąć zwiniętą gazetą po nosie, albo polać wodą ze szlaucha! Dlaczego poważnie, spyta ktoś. To nie wynika z wahań mojego nastroju, tylko z tematu, który chcę dziś poruszyć.

Jednak z powodu tej powagi nie potrafiłem wymyślić dobrego tytułu (tu by trzeba autentycznego poety, albo i to by nie dało rady), więc tytuł jest nieco w stronę błyskotliwości, a nawiązuje do bonmotu, który mi właśnie przyszedł do głowy, będącego prostą parafrazą scholium Dávili. Bonmot nasz idzie tak: "Nie jest trudno wierzyć w Boga, trudno jest tylko uwierzyć, że się interesuje Polską". (W oryginale Dávila  nie wspomina o Polsce, co można zrozumieć, a mówi po prostu "o nas", w sensie że o ludziach.)

Ja tam z tą wiarą w Boga wciąż mam nieprzezwyciężone problemy, ale to co się obecnie dzieje z Polską zaczyna mnie powoli zadziwiać. Tak mi to mianowicie wygląda już trochę tak, jakbyśmy znowu trafili w wyrwę w czasoprzestrzeni, jakiej dosłownie NIKT nigdy nie ma prawa się w tym naszym ziemskim bytowaniu spodziewać - choćby nie wiem jak była dlań konieczna -  skutkiem czego my tu sobie zaczynamy robić naprawdę fajne rzeczy, a nasi liczni wrogowie i jeszcze niestety liczniejsi przyjaciele zdają się być sparaliżowani.

W sensie, że na razie nam niespecjalnie przeszkadzają, nie mówiąc już o rozbiorach, wdeptaniu nas w ziemię (mówimy o realu, nie o ujadaniu), czy uczynieniu z naszej prześlicznej równiny bezludnej, spalonej i napromieniowanej pustyni.

Nie mówmy oczywiście "hop" i w ogóle uważam, że gdzie się da, należy zachować low profile, ale zaczyna mi to wyglądać przedziwnie pozytywnie - coś niemal jak wojna na raz przegrana przez wszystkich naszych trzech zaborców i kilka innych czynników, których źródła i stojące za nimi motywy można sobie różnie, w ogólnych rozważaniach o świecie, oceniać, ale które wtedy były dla nas ogromnie korzystne.

Kto mnie trochę zna, wie, że narodowe obchody to nie jest to, co by mnie często doprowadzało do zachwytu, nie mówiąc już o martyrologii. Oczywiście mam nadzieję, że nikt nie bierze tego za lekceważenie naszych niezliczonych ofiar, nie mówiąc już o braku szacunku dla bohaterów, którzy coś istotnego dla Polski poświęcili. To nie o to chodzi, tylko o to, że często dostrzegam w tym masochistyczną rozkosz lizania własnych ran, połączoną z działalnością pozorną, którą można określić jednym zbiorczym hasłem "cała para w gwizdek".

Gdybyśmy się odgrażali, też byłaby cała para w gwizdek i wcale nie byłoby dużo lepiej, jeśli w ogóle, co więcej nasi liczni przyjaciele by nam wtedy dali popalić, ale takie od przyjaciół bezpieczne, za to masochistyczne popłakiwanie, na cały głos zresztą i z przytupem, też wcale mnie nie cieszy.

Co powiedziawszy, przejdę do sedna i rzekę, iż wczorajszy pogrzeb Inki i Zagończyka bardzo mi się podobał - zarówno sama idea, jak i niemal całość wykonania. Właściwie cała całość, bo ohydę tych wszystkich nowszego typu pomników, które nam Ojczyznę przyozdabiają - tych postaci z brązu, ach jakżesz realistycznie oddanych - można potraktować jako coś poza zasadniczą sprawą.

(Co nie zmienia faktu, że ja bym takiego pomnika nie chciał i bardzo bym pragnął, żeby poznikały. Czym je zastąpić? Nie mam pojęcia. Może prasłowiańskimi dębami? Naprawdę nie wiem, ale ohyda jest ohydą i nic na to nie poradzę. A ohyda NIGDY nie jest dobra.)

Historia Inki to wspaniały przykład bohaterstwa, te jej słowa z ostatniego grypsu - te o babci i zachowaniu się jak należy - są po prostu... Nie wiem jak to określić, mówienie o arcydziełach w tym akurat kontekście wydaje mi się nieco zbyt frywolne... W każdym razie lepiej nikt by nie potrafił. To jest po prostu wielkie. Traugutt też był w podobny sposób bohaterski, ale on był żołnierzem, co do czego nie mógł mieć wątpliwości, a Inka mogła, tak jak większość z nas.

To naprawdę był pewien specjalny, ale jednak rodzaj greckiej tragedii - katastrofa czy klęska... I niech mi nikt nie mówi, że nie klęska i katastrofa, skoro młoda osoba zginęła po torturach, a Polska jeszcze po 70 latach nie jest wolna od Rzeplińskich i Tulejów, jak też od Merkeli i czego tam jeszcze. Jasne że w tym była niesamowita wzniosłość, a jeśli ktoś szczerze wierzy w wieczną szczęśliwość w Raju - no to oczywiście w tych kategoriach nic aż tak strasznego się Ince nie stało. (Ktoś by reflektował na podobny koniec dla siebie?)

Polska jednak powinna była być wolna - także od przodków Tulei i Michnika - już wtedy, panna Siedzikówna powinna była żyć jeszcze dość długo, choć oczywiście tu nie ma pełnej gwarancji nawet w najlepszym kraju, więc to było jak najbardziej zwycięstwo MORALNE, zgoda, ale raczej żadne poza tym. Czyli dokładnie tak, jak w przypadku Antygony! I o to mi tu właśnie chodzi.

Oddanie hołdu tym dwojgu bohaterom było oczywiście rzeczą piękną, słuszną i pewną pośmiertną rekompensatą, chciałoby się wierzyć, że ktoś, gdzieś odczuł to jako rekompensatę, ale tu już wchodzimy na teren czystej metafizyki.

Było to także bardzo oficjalne przyznanie, że PRL to nie było naprawdę polskie państwo, co uważam za ogromnie ważne i w miły sposób w dodatku wzbudzające bezsilną (na razie i oby na zawsze) wściekłość tych wszystkich pieszczoszków przywiezionej nam ze wschodu obcej i agenturalnej władzy, których wciąż mamy od cholery, i to nie w takich miejscach, w jakich ew. można by ich chcieć.

Tak całkiem nawiasem, to chciałem swego czasu, "w podziemiu", wspomnieć w jakimś "podziemnym" tekście o tym właśnie, że ta komusza władza nie jest po prostu legalnym polskim rządem, bo ten siedzi w Londynie, ale kolega dostarczający te moje twory w głąb "podziemia" osadził mnie słowami "pomyśl o drukarzach".

Nie chodzi tu oczywiście o mnie, bo napisanie tego w jednym egz. to nie było żadne bohaterstwo, zaś o tym Rządzie Londyńskim to ja tak myślałem od małego, ale chodzi mi o to, że jak za kimś się za każdym razem wstawiali różni zachodni eurokomuniści, żeby już na nich skończyć, to się dawało robić w PRLu opozycję - co innego jeśli się nikt taki nie wstawiał, więc trudno się dziwić, że dziś tak wielu dawnych znanych opozycjonistów to ciężka lewizna, a porządny człowiek i patriota albo skończył jak Inka i Zagończyk, albo wegetował zgrzytając zębami, bo cóż innego mu pozostało?

Cały czas brakowało mi tego oficjalnego odcięcia się naszego państwa od PRLu, co niestety nie w każdej dziedzinie da się zrobić, ale naprawdę nie ma powodu, by się do różnych komuszych działań przyznawać, albo honorować te zobowiązania, które komuna w naszym imieniu podejmowała, o ile da się z tego wyplątać. A żeby chcieć się wyplątać, trzeba głośno i oficjalnie odciąć się od PRLu uczuciowo i ideowo. Tu właśnie sprawa Niezłomnych ma swoje realne i polityczne znaczenie.

To w ogóle jest sprawa, która jest w stanie trafić do młodzieży, a te słowa Inki to już w ogóle brzmią jak najlepsza dewiza i motto dla różnych patriotycznych działań, tylko że to też trzeba zrobić uczciwie, bez nadmiaru głupoty i nie dopuszczając do tego różnych cwaniaczków. Te koszmarne zaiste pomniki pokazują w miniaturce (?), jak łatwo jest zrobić z patriotyzmu, czy powiedzmy z miłości do JP2 (czego nie chcę oceniać, bo to ma różne aspekty itd.), paskudne pomniki, które odstręczą od tych idei każdego, kto ma nieco poczucia smaku.

Tak więc patriotyczne wzmożenie (użyłem tego słowa, ale w jak najbardziej pozytywnym sensie), szczególnie młodzieży - jak najbardziej! Historia Inki - jak najbardziej! Jej ostatnie słowa... "Arcydzieło" brzmi zbyt wulgarnie, ale nie ma lepszych! Jednak za tym musi coś iść, i to nie kolejne nakręcanie emocji, choć tym razem wyszło to tak dobrze, tylko konkretne działania. Jakie? Na pewno coś innego od sprzątania po psie i płacenia za telewizor - tyle wiem na pewno.

Jest to ogromny potencjał patriotyzmu, ma to szansę trafić do młodzieży jak mało co innego, ale też jest tu ogromna odpowiedzialność, bo można to zmarnować bardzo łatwo, najpierw czyniąc z tego dętą i do niczego nieużyteczną szmirę, a potem jednak każdy się prędzej czy później połapie, że coś tu nie tak, i się odwróci.

Poziom - jeśli to porównamy z muzyką - różnych tam Kukizów, Skibów, Trubadurów i innych spraw na tym poziomie, do których idealnie pasują (choć o gustach non est disputandum) słowa: "Ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle głośno, byle głupio!", to nie jest ten, na którym patriotyczne emocje naszej młodzieży powinny być nakręcane! (Nawiasem mówiąc, trudno o bardziej liberalną zasadę niż ta, bo to w sumie sama przecie esencja liberalizmu. Tylko potem niech się nikt nie dziwi, że liberalizm zabija patriotyzm i samo państwo narodowe, nawet niespecjalnie się w tym kierunku wysilając.)

Szmira zawsze będzie szmirą, czyli trucizną dla ducha, a gdybyście ludzie mieli rozum i słuchali Monteverdów tego świata zamiast tego, co słuchacie, nie mielibyście dziś większości tych mentalnych problemów, kiedy to jakiś kolejny "geniusz" i nasz ulubieniec okazuje się być komuszą świnią... Nie budujmy patriotyzmu na szmirze - powtarzam! Co z kulturą popularną zatem? To sprawa dość skomplikowana, więc na jakiś inny raz, ale przywołam Dávilę, który rzecze iż: "Sztuka ludowa to to, czego lud w ogóle za sztukę nie uważa - to co uważa to po prostu szmira".

Szmira zaś... Już wiecie, tak? No, tośmy sobie tę sprawę wyjaśnili. Na koniec jeszcze taki drobiazg... Ktoś może uważać, że taka okrutna męska świnia jak Pan Tygrys może mieć coś przeciw temu, że Inka jest porucznikiem. Bzdura! Pan Tygrys jest przeciw wysyłaniu kobiet do bezpośredniej walki, najlepiej byłoby w ogóle trzymać je z dala od zabijania kogokolwiek, choćby dlatego, że wykorzystujemy wtedy opory porządnych ludzi przez zabijaniem (naszych) kobiet, podczas gdy nieporządni takich oporów nie mają, te opory jednak w końcu muszą paść i wtedy my płaczemy, że nam nasze słodkie niewinne kobietki ktoś brutalnie... Da się to zrozumieć?

Inka była jednak sanitariuszką, więc to jest jak najbardziej OK, a że ma szarżę i miałaby mundur? Chciałbym, żeby w Polsce, kiedyś wreszcie naprawdę wolnej, formacje kobiece, nie walczące z nikim bezpośrednio, były oddzielone od męskich, bo żęderu wciąż nie lubię, i miały w związku z tym INNE mundury, jednak po cywilnemu przecie chodzić nie będą, więc mundury (dobrze leżące i twarzowe, ach!) jak najbardziej.

A szarże mogą być te same, nie ma problemu. Inaczej byłoby to cholernie skomplikowane. Tak czy tak generał piechoty łanowej to nie to samo co generał Armii Zbawienia (który akurat może być kobietą, tylko że to nie ma z nami tutaj nic wspólnego).

W sumie, powtórzę: to było naprawdę potrzebne i piękne, jest w tym, jak sądzę, ogromny potencjał, ale też trzeba to należycie wykorzystać, młodzież nie może dojść do wniosku, że ją się emocjonalnie nakręca do jakichś przyszłych poświęceń, kiedy ta nakręcająca elita ustawia się sama rufą do wiatru, z nadzieją na jakieś wulgarne osobiste korzyści... I te rzeczy. A nawet jeśli ta elita jest uczciwa i napędzana szczerym patriotyzmem, to i tak należyte wykorzystanie tego rodzącego się właśnie (jak przewiduję i mam nadzieję) patriotyzmu, zdolności do poświęceń itd. - wymaga nie tylko uczciwości i własnego patriotyzmu, ale też (i to mnie właśnie mocno niepokoi) masy rozumu i choć trochę przyzwoitego smaku.

Miejmy jednak nadzieję, kiedy już najlepiej jak się da zrobimy wszystko, co do nas należy i co od nas zależy, że naprawdę Bóg istnieje, i to taki, któremu, o dziwo, z jakichś nie-do-końca-jasnych powodów zależy na Polsce. Albo może to jakieś Prawa Natury, całkiem świeckie, choć to by było już nie-do-uwierzenia dziwne.

(W każdym razie jest dziwnie OK, choć nie łudźcie się, że to kiedykolwiek dotrze do rasowych lemingów - mam doświadczenia z jednym takim, z których wynika, że do nich nigdy nic z tej sfery dotrzeć nie może. No ale o żydokomunie porozmawiamy sobie kiedy indziej, Deo, oczywiście, volente.)

A swoją drogą ta babcia Danuty Siedzikówny powinna też dostać pośmiertnie order, i to nie byle jaki!

triarius

P.S. No dobra, wyjaśnię jeszcze dlaczego tak się głupio upieram, że NIE SZMIRA. Otóż szmira, moi rostomili ludkowie, to jest ORDYNARNE KŁAMSTWO. Kłamstwo na poziomie plucia oszukanej ofierze w gębę, i nieważne, że ona tego często nie potrafi zauważyć. Prędzej czy później autentycznie patriotyzmem rozedrgana młodzież ten fałsz wyczuje. Poza tym szmira to po prostu szmira i dlatego jej nie znosimy. Prawdziwa sztuka jest bardziej prawdziwa od wulgarnych faktów, szmira jest kłamstwem, a rozrywka może być niezła, nie będąc autentyczną sztuką, fakt, ale nie o tym mówimy.

No to macie jeszcze bonmota: "Ryba psuje się od głowy, państwa i narody psują się od szmiry". Dixi!

sobota, sierpnia 27, 2016

O husarii, husarskości i husaryźmie (3)

Sumo, czyli w pewnym sensie japońska piesza husaria
Trochę remanentów i zaległych wyjaśnień... Pytają mnie ludzie co z tymi 400 starszymi i mądrzejszymi husarzami. Więc sprawa polega na tym, że jak nam otworzyli to Muzeum Starszych i Mądrzejszych, bez którego nie wiem w ogóle jak dotąd udało nam się przeżyć, to na jego otwarcie przyjechał jakiś taki zagraniczny gość i, jak czytałem w sieci, opowiedział historię o tych 400 swoich rodakach, co to rzekomo stanowili trzon.

Nie wiem ilu w sumie mieliśmy husarzy, nie mówiąc już o tych pierwszego sorta i pierwszego rzutu, czyli towarzyszy husarskich (swoją drogą niemal współczesne upodobanie niektórych do słowa "towarzysz" musiało się od tego właśnie wziąć, bo inaczej jak ci ludzie mieliby się aż tak zakochać w tym pięknym polskim słowie?). ale zdziwię się, jeśli mi powiedzą, że było ich jednorazowo na jakimś polu walki więcej niż 2 tysiące, w każdym razie towarzyszy, więc 400 to jednak spora część część całości i nasuwają się rozliczne pytania.

Jednak moje (brzydkie) podejrzenie raczej jest takie, że ten nasz szanowny gość raczej zaczerpnął swą informację z Radia Erewań. Jakoś tak: "Nie czterystu, tylko całe ćwierć miliona. I nie całkiem prawda, że husarzy, bo chodziło o ubeków". Wtedy to ma sens! Niestety nasz gość nie do końca wysłuchał i nie wszystko zrozumiał.

Druga sprawa... Mówi mi komentator (dzięki!), iż na temat husarii sporo informacji podaje niejaki Radosław Sikora. (Mam nadzieję, że to nie jest tylko błąd drukarski w nazwisku tego pana, bo mamy przecież takiego interesującego... Jak go nazwać... Co się nazywa niepokojąco podobnie i jakoś tak dziwnie mi się zbiera, jak to widzę, choć niby nie ma powodu.)

Tygrysizm Stosowany jednak niestety nie czytał tego pana (mówię o tym porządnym, od husarii), więc Tygrysizm Stosowany musi się to posłużyć swoją sławną w świecie kobiecą intuicją i pewną jednak wiedzą na temat takich tam historyczno-militarnych spraw. Plus pewną znajomością spraw końskich (oczywiście kudy mu do takiego np. Nicka!) i fizycznych konfliktów też.

Cóż więc Tygrysizm Stosowany z głębi tych swoich zasobów ma do powiedzenia na temat husarii, husarskości i husaryzmu? Oczywiście, jeśli ktoś ma z tego doktorat, a przy tym dorabia sobie jako lewoskrzydłowy w tych tam skrzydlatych przebierańcach, które tak istotną pełnią rolę w dzisiejszej polskiej armii  - to niech się łaskawie z moich intuicji i byle jakiej wiedzy nie śmiać, tylko grzecznie, łagodnie pouczyć i poprawić. Dobra?

A teraz wreszcie przechodzimy do konkretów... Ustaliliśmy już sobie, że pod względem czystej jakości, husaria to było to, co najlepsze i nie sposób tu się przyczepić. Nas jednak interesuje przede wszystkim taka oto kwestia - na ile to było genialne militarne rozwiązanie, jakieś tam Wunderwaffe tamtej epoki; jaka to była konkretnie ta nisza, w której husaria okazywała się taka bezkonkurencyjna, oraz jak wiele tego, co się w ówczesnych wojnach na tych ziemiach działo wypadało POZA ową dla nas szczęśliwą niszę...

Sprawa zatem kosztów, i to w każdym możliwym sensie; ilości; zastosowań: taktycznych czy właśnie strategicznych? Takie rzeczy. Chwyćmy więc byka za rogi i zadajmy, sobie oraz światu, pytanie o to, czy husaria to była jazda ciężka, czy też lekka, albo może coś pomiędzy.

Z mojej, ach jakże odległej, młodości, i to naprawdę wczesnej, praktycznie przedpubertalnej, kiedy to Mówią Wieki nie było jeszcze własnością Agory i ja ten miesięcznik czytałem, pamiętam, że wyrażano tam pogląd, iż husaria wcale nie była żadną ciężką jazdą, tylko całkiem przeciwnie - lekką niczym piórko, mimo że faktycznie dość opancerzoną.

No to ja się zapytowywuję, kto właściwie był tą naprawdę ciężką jazdą, jeśli nie husaria. Oczywiście, i do tego mam zamiar (Deo volente) w końcu dojść, w mojej opinii jazda ciężka od lekkiej różni się nie tyle, nie przede wszystkim, wagą i opancerzeniem, tylko funkcją, sposobem walki i takie tam. Jednak z tymi rzeczami faktycznie wiąże się także dość ściśle waga i rodzaj uzbrojenia, pancerz lub jego brak...

Jeśli to nawet nie jest to, co powinno decydować przy tej ocenie, to oba te aspekty są praktycznie nierozdzielne i na podstawie wyglądu, wyposażenia, uzbrojenia potrafimy rozpoznać z kim mamy niewątpliwą przyjemność. Ten materialny aspekt jest znacznie prostszy do analizowania, więc zacznijmyż od niego. Husaria nie była ciężką jazdą? No to kto był?

Na pewno późnośredniowieczny zachodni rycerz w pełnej zbroi ważącej jakieś (jak pamiętam) 40 kg, choć ta waga też była tam nieźle rozmieszczona, wszystko było mistrzowsko wykonane, więc te wszystkie historie, że w takiej zbroi nie dało się nawet chodzić, to brednia. Jednak to ciężka jazda z pewnością była, zgoda! Tym bardziej, że także koń był opancerzony i w ogóle musiał to być jakiś niesamowity perszeron, więc o galopowaniu wśród pól i lasów z rozwianym włosem, wśród śpiewu skowronków nie było raczej mowy.

Zresztą jej zasadniczy sposób walki także był specyficzny i jazda lekka nie potrafiłaby tego w ten sposób z sukcesem robić, a z drugiej strony nadawałaby się do wielu innych, i bardzo ważnych, działań, do których ciężka się nadawała marnie.

Także wczesnośredniowieczni perscy katafrakci byli ciężką jazdą, choć ich zasadniczą bronią był łuk, co nieco gwałci naszą klasyfikację, ale ta ich kolczuga kryjąca jeźdźca i konia całkowicie, aż do samych końskich pięt, nie da się całkiem ignorować i jazdą lekką trudno ich nazwać. Z drugiej jednak strony fakt, że po obrzydzeniu wrogowi życia za pomocą strzał szarżowali oni z potężną włócznią w garści, czy może nawet pod pachą, tę ich "ciężkość" potwierdza.

W okresie, na odmianę, znacznie późniejszym, bo w XIX wieku, tacy francuscy kirasjerzy byli uznawani za ciężką jazdę - w odróżnieniu od lansjerów czy huzarów (nie mylić z husarzami, choć źródłosłów z pewnością ten sam!) - bowiem nosili półpancerze i stalowe hełmy, no i służyli do nieco innych celów, o czym sobie za chwilę porozmawiamy. Walczyli zaś pałaszem.

(Tak przy okazji, to wie ktoś, dlaczego kirasjerzy z owej późnej, jak na kawalerię, epoki, choć wcale, jak się okazuje, nie późnej jak na pancerze, nosili tylko pół pancerza, co chroniło jedynie przód? Przyczyną nie było to, że wróg nie miał prawa oglądać ich pleców, bo zawsze dumnie nadstawiali pierś, w każdym razie nie jedyną i nie najważniejszą. Nie to także, żeby plecy oddychały, albo z oszczędności.)

Żeby ten kolejny odcinek zakończyć jakimś, choćby prowizorycznym, podsumowaniem, powiem, że pogląd, iż husaria to nie była ciężka jazda, wydaje mi się błędny. Choć oczywiście przyznaję, że oni sobie nienajgorzej w tych swoich stosunkowo lekkich pancerzach radzili także ganiając po stepie, a nie tylko że krótka szarża na polu bitwy z najeżoną kopią, po której perszeron tak czy tak ledwo zipał, a w każdym razie ledwo się ruszał, jeśli nawet przeżył, więc z konnicy robiła się bardzo ciężka piechota i tak to szło.

Co przecież jednak - poza faktem, że husarskie konie, nie będąc tak strasznie przeciążonymi perszeronami, mogły funkcjonować znacznie dłużej, więc różnych fajnych możliwości nasz dzielny husarz miał o niebo więcej - taki właśnie sposób walki był dla husarii podstawowym. Czyż nie?

Potrafili robić wiele innych fajnych rzeczy, szczególnie gdy zostawili w obozie pięciometrowe kopie i może jeszcze sporo innych fajnych bibelotów, ale ich zasadniczy sposób walki - ten którym zwyciężali pod Kircholmem i pod Wiedniem, to była właśnie szarża z najeżoną kopią. Po której oczywiście działy się różne inne interesujące rzeczy, ale tak było przecież zawsze, także w przypadku Crécy czy Azincourt.

Tak że, unikając fetyszyzowania tego pojęcia, należy, moim skromniutkim zdaniem, stwierdzić, że jednak husaria to była jazda ciężka. Nie musimy w tym celu wcale jej ważyć - szarża z trzymaną pod pachą pięciometrową kopią jako zasadnicza metoda walki, czyli "taktyka szoku", plus oczywiście dość pełne opancerzenie, o tym przesądza. Nic w tym złego, że ktoś jest jazdą ciężką, serio!

Powie ktoś, i powie bez sensu, ale nie każdy musi się znać, że przecież ułani, posługujący się lancą, na pewno nie byli ciężką jazdą, a raczej jednoznacznie lekką. Tyle że lanca, moje kochane ludzie, była patyczkiem długości dobrze poniżej 2,5 metra, jeśli pamiętam, i niezwykle wprost lekkim. Z ostrzem i proporczykiem oczywiście, ale to nam nic tu nie zmienia.

W tej fantastycznej monografii 8. Pułku Ułanów, o której kiedyś tu pisałem - tej którą moja rodzina posiadała nie bez powodu, a która z głodu (rym!) trafiła w końcu, razem ze srebrną zastawą z hrabiowskimi koronami, do jakiegoś chama z "nowej arystokracji", czy innego potomka tamtych nowoodkrytych 400 husarzy, autor opisuje, jak ćwiczył władanie lancą wedle przedwojennych regulaminów, ale lancę sam sobie z drewna wykonał, a potem w końcu otrzymał autentyczną lancę i kiedy nią machnął (chodziło zdaje się o sławną komendę "lancą boki chroń!"), omal nie spadł z konia - to taka była lekka!

Lancą to była autentyczna szermierka, podczas gdy kopia - czy to ta spod Grunwaldu, czy to ta husarska, to było długie, z konieczności ciężkie (choć w większości wydrążone), coś, co w dodatku MIAŁO się wbite w czyjś brzuch złamać... Przy lancy siła uderzenia brała się z ruchu ręki, szwung konia mógł co najwyżej ją zwiększyć (lub właśnie zmniejszyć), podczas gdy przy kopii, trzymanej nieruchomo, tylko szwung źwierzęcia dawał broni zdolność unicestwienia wroga.

To by na razie było tyle, c. d. Deo volente niewykluczone, że n, a jakby ktoś nie wiedział dlaczego obrazek mamy na temat sumo, to niech pomyśli i może dojdzie, a jeśli nie, to po prostu niech się tym obrazkiem cieszy, bo życie jest krótkie i post iucunda iuventutem, post molesta senectutem (albo odwrotnie, jak to bywa), nos habebit humus.

triarius

piątek, sierpnia 26, 2016

Wokół różnicy między liczbą 4 i niektórymi innymi liczbami

szczęśliwa kobieta, bo może się zrealizować w życiu zawodowym
Sporo ciągle słyszymy o ekonomii, zgoda? Pada też czasem określenie "minimum biologiczne", w różnych kontekstach, ale czy ktoś kiedyś usłyszał DEFINICJĘ tego pojęcia? No bo w końcu rozmawiać możemy sobie o niemal wszystkim, i nierzadko z pożytkiem, ale musimy jednak wiedzieć o czym właściwie rozmawiamy - i tu wchodzą na scenę właśnie definicje.

Właśnie znalazłem dla was ostatnio, i dla siebie zresztą też, definicję pojęcia "minimum biologiczne", która wydała mi się interesująca, a nawet płodna. Mam nadzieję, że wam też się spodoba i da do myślenia, ale jeszcze najpierw kilka wstępnych informacji.

Znalazłem ci ja to w głośnej (swego czasu) książce Michaela Voslenskyego (żeby zastosować transkrypcję rosyjskiego nazwiska, jaką ja tutaj mam w tym francuskim tłumaczeniu) pod tytułem, który na polski przekłada się jako "Nomenklatura - uprzywilejowani w ZSRR". Autor, mimo że wykształcony i przez większość życia działający w Ojczyźnie Proletariatu, a do walenia w tę ojczyznę używający Marksizmu, nie jest żadnym idiotą - wprost przeciwnie!

To bardzo bystry człowiek, orientujący się faktycznie w talmudycznych subtelnościach Marksizmu z Leninizmem na dodatek, ale wcale nie bezkrytyczny wobec Marksa - który, co by nie myśleć o jego czysto ideologicznych wymysłach i propagandzie dla idiotów, jako ekonomista wcale durniem nie był i coś tam z tego rozumiał - nie mówiąc już o Leninie... (Właściwie to aż dziw że tacy się tam potrafili uchować, i to na całkiem wysokich stanowiskach, choć przecie nie w Nomenklaturze!)

No a rozwalanie komuny akurat za pomocą Marksa z Leninem to po prostu znakomity pomysł i mało co, jeśli cokolwiek, może być tak skuteczne w zachwianiu wiary aparatczyków i lemingów, a może nawet w otwarciu tych czy innych oczek. Mówię to wszystko, żeby pokazać, iż co pisze Autor owej książki, to nie są żadne bzdury nieuka, ani też jakaś komusza propaganda. Naprawdę tak to widzę, a zazwyczaj bywam czujny i trudno mi, jak sobie pochlebiam, takie rzeczy wcisnąć.

Nie jest to też przedpotopowa książka, bo wydano ją w początkach lat '80, więc poniższa definicja, jeśli została cichcem zmieniona czy unieważniona, to nikt nas nie raczył o tym zawiadomić.

No więc, tak oto pisze pan Voslenseky... (Tlumaczę z francuskiego, maksymalnie wiernie.)
Nauka ekonomii zaznajomiła nas z pojęcie "przeciętnej statystycznej rodziny": mężczyzna, kobieta i dwoje dzieci. Oblicza się statystyczne minimum biologiczne [minimum vital statistique] biorąc tę wybraną rodzinę - próg zostaje osiągnięty, kiedy głowa rodziny może utrzymać jej cztery osoby. 
Sowiecka statystyka ignoruje pojęcie minimum biologicznego [i poza elitą jeżdżącą limuzynami i nie widzącą prostych ludzi] nie ma w Związku Sowieckim obywatela zdolnego do wyżywienia ze swej pensji czteroosobowej rodziny.
Mógłbym to skomentować, nawet dość obficie i być może z pożytkiem dla Ludzkości, ale zostawię to tak jak jest - w końcu macie swój własny rozum, Kochane Ludki, więc możecie się ew. same zastanowić np. nad kwestią...

A jak to właściwie jest z tą sprawą w REALNYM LIBERALIŹMIE? No i może jeszcze nad kwestią dodatkową, taką oto: Jak to się ma do cudnych i absolutnie, bez cienia wątpliwości słusznych spraw, jak "RÓWNOUPRAWNIENIE", "RÓWNOŚĆ SZANS"...? (Że już o "AKTYWIZACJI ZAWODOWEJ KOBIET" nawet nie wspomnę, bo to trywialna łatwizna.)

No to może jeszcze drugi śliczny obrazek, bo ten u góry jest co prawda przesłodki, ale właśnie aż za, i za kobiecy, więc teraz coś bardziej á propos ponurych spraw, o których piszemy, a mniej łaskotania osobistej erotomanii Pana Tygrysa. Coś bardziej zalatującego realnym liberalizmem. Oto i...

Żeńszczyny do roboty - czy to komunizm, czy też coś innego, nieważne!

triarius

czwartek, sierpnia 25, 2016

O poprzednich wcieleniach i planach pięcioletnich

Korwin w jednym z wcześniejszych wcieleń?
Niestety, w tych warunkach nie da się prowadzić poważnej działalności na niwie, więc husarstwo na razie zostawimy sobie na czas jakiś odłogiem, ale proszę łaskawie nie myśleć, że będzie jakiś produkt drugiej jakości! (Swoją drogą, młodzież może się dziwić, że nie napisałem "odrzut z eksportu", ale to wskazuje, iż młodzież nie ma bladego pojęcia o PRLu, bowiem "odrzut z eksportu" to było właśnie to co najlepsze. Wpadłby ktoś na to?)

Każdy - nawet analfabeta ślabizujący GWyba na wydmach bez skarpetek, nawet nie znający podstaw polszczyzny owego GWyba dziennikarz! - gołym okiem może stwierdzić, że to nie żaden drugi sort, tylko najwyższa jakość ze znakiem Q, Jak? A choćby na podstawie tego tu obrazka, który wprawdzie znalazłem niepodpisanym, ale musi on przecie przedstawiać Korwina w jednym ze wcześniejszych wcieleń, ew. jakiegoś jego brata bliźniaka. A więc jak mówi młodzież - taka pod pięćdziesiątkę - będzie się działo!

No więc zaczynam... Od niemal pół wieku zastanawiam się co czas jakiś, czy wciąż popularny w niektórych kręgach Stefan Kisielewski, z tym jego uwielbieniem "wolnego rynku", to był agent, czy też zwykły użyteczny głupek. Sam go w mrocznych czasach lubiłem - zgoda, przyznaję się - szczególnie gdy w "Tygodniku Powszechnym" (Jezu, wybacz, że takie coś człek kiedyś czytał!), co trzecie słowo zastępowali kwadratowym nawiasem i tym tam tekstem o... No wiecie - jaruzelska cenzura.)

Na spotkaniu z młodzieżą, co ono było na PG, wypadł dość marnie - całkiem nie to co Kuroń wcześniej na UG! - ale fakt, to nie przesądza, może był zmęczony, może nie całkiem ta uroda amanta, może młodzież go nie zachwyciła... Mówię to dla przyszłych historyków, nic poza tym. Lubiłem go w każdym razie w tamtych czasach. Potem przyszła "wolność" (ach!)), wolny (i to jak!) rynek... I moja wcześniejsza sympatia (no bo przecie nie aż miłość) przerodziła się w brzydkie, przyznaję, podejrzenia.

Ale może jednak nie, może się w tych podejrzeniach myliłem... Otóż kupiłem ci ja swego czasu, wśród dość wielu interesujących książek, także i znaną (ze słyszenia, niektórym) pozycję pt. "Nomenklatura", pana Wosleńskiego. (Po francusku zresztą.) Grube to potężnie, więc podczytuję raz na jakiś czas i jeszcze mam masę do zakończenia. Całkiem interesująca książka i absolutnie niegłupia, ale dotychczas do orgazmu nieco mi jednak brakowało, aż tu nagle...

Otworzyłem to znowu wczoraj i zacząłem czytać - słuchajcie, słuchajcie! - akurat o centralnym planowaniu, ze wszystkich tematów, czyli o gospodarce. Zapewne nie wiecie, ale Ojciec Tygrysizmu Stosowanego parę razy już w swym długim życiu zetknął się był z historią ekonomiczną, i z tych spotkań, o dziwo, wynikały często całkiem interesujące rzeczy. Nawet się przez krótki czas on zastanawiał, czy się historii ekonomicznej całkiem nie oddać i nie poświęcić. (Mocne, co?)

No i te rzeczy, które nam pan Wosleński mówi o tych tam planach pięcioletnich, są tak nieprawdopodobnie obłędne, w wielu przypadkach tak cholernie śmieszne nawet, że aż... Nie będę wam tu całości streszczał, jak to działało, bo to długi rozdział, powinno to być i po polsku, ale przecie nie za darmo - tym bardziej, że mówimy o EKONOMII. (N'est-ce pas? No to właśnie! Skarpetki noszę, wprawdzie sandałów nie, ale duszą jestem z Januszami w tej kwestii, jednak potrafię, i to mimo dysleksji, napisać to co tu widzicie... Więc redaktorzy GWybu - sprężcie się i znajdźcie na mnie jakieś wreszcie celne argumenta, albo do łopaty!)

W każdym razie są tam takie historyjki, a pan W. wie co mówi, że np. oficjalnie ogłasza się śliczny wzrost produkcji rolnej na przestrzeni ostatnich pięciu lat, a to przez skorygowanie danych sprzed lat pięciu, zakładając z pewnością, i akurat w tym przypadku jakże słusznie, że te dane musiały być oszukane. Albo dwukrotny wzrost płacy w ciągu roku, wynikający z wymiany waluty, kiedy w realu płaca się akurat nieco (tylko?) zmniejszyła.

Albo kiedy KC, czy co tam to było (musiałbym wstać i sprawdzić, ale na co wam te szczegóły?) oficjalnie się przyznało do niemal klęski w rolnictwie w bieżącym planie pięcioletnim, a to dlatego, iż właśnie obalono Chruszczowa, więc było na kogo to zwalić. I masę podobnych kwiatków.

Tak że zgoda - jeśli ktoś ma tak prosty umysł, tak bipo-że tak to określę-larny, iż widzi albo tego typu centralne planowanie, gdzie szerokość gumki do majtek w Karagandzie (jest takie coś? fajnie brzmi) zostaje zadekretowana z Kremla, albo rozdokazywany "wolny rynek" bez żadnych ograniczeń - no to faktycznie nawet ja wybrałbym ten nieszczęsny "wolny rynek". Tyle że po co się obnosić z tak prymitywnym, bipolarnym myśleniem? Tacy ludzie powinni pracować w jakimś dającym satysfakcję przemyśle, jak to wiązanie wikliny w miotły, albo zarządzanie powierzchniami płaskimi, z całym szacunkiem!

Jednak zgoda - takie kacapskie centralne planowanie to było dno! Może to sobie wydrukować i powiesić nad łóżkiem każdy fanatyk, każde korwiniątko: "Nawet Pan Tygrys mówi, że centralne planowanie jest denne i wolny rynek jest lepszy!" Chyba nie muszę wam sporządzać gotowej tabliczki - czcionki i te rzeczy? Sami sobie poradzicie, prawda?

Jednak, żeby tak nie było że Polak z Polakiem (?) i wszystko cacy cacy, rzekę wam, iż taka myśl mi się pałęta po głowie, w związku z powyższym... Otóż być może te kacapy, te tam komunistyczne służby i inni hiper macherzy, którzy przecież niejedno potrafią, skoro nie tylko dali nam Tuska, ale także dręczą nas wciąż Merkelą i Obamą, a przecie Clintonowa wisi i grozi, niczym żarówka "Osram"...

Więc że oni specjalnie obrzydzali takiego Kisielewskiego centralnym planowaniem - niczym Tanie Dranie swą ofiarę cynaderką - żeby był gotów (bud' gatow, wsiegda gatow!) na przyjęcie "wolnego rynku", kiedy nadejdzie, z otwartymi ramionami, a nawet nie tylko ramionami, i żebyśmy mieli, na naszą zgubę, takich właśnie elokwentnych piewców owego "wolnego rynku" w stanie maksymalnego wzmożenia i złotoustości...

Rozumie ktoś coś z tego? Jeśli nie, to proszę mi uwierzyć na słowo, i to może wystarczy: straszne myśli mi się pod czaszką legną w kwestii tego tam pięcioletniego planowania, wolnego (a jakże!) rynku, propagandy, Kisielewskiego Stefana... Brrr! W każdym razie, jako drobny optymistyczny akcencik, w ramach wyciągania ręki i "Polak z Polakiem" (?) i czego tam jeszcze, powiem otwarcie, bez żadnych zwodów czy uników - centralne planowanie i różne tam plany pięcioletnie to rzeczywiście była czysta paranoja! (Niech nam zatem żyje...? No nie, bez przesady! To by była Scylla i Charybda.)

triarius

wtorek, sierpnia 23, 2016

Śmierć Sardana... pala oczywiście, no bo czyja niby?

husarz w stroju na odmianę cywilnym
Tak miałby wyglądać husarz po cywilnemu, przynajmniej wedle
niektórych. (Pan Tygrys, nawiasem, do tych niektórych NIE należy.)
No, tośmy w każdym razie rozpoczęli ten drugi odcinek, brawo my, tym bardziej, że warunki mamy zgrzebne, lub raczej leberalne. (To było obowiązkowe zjadanie własnego ogona. Odhaczone!)

* * *

Żeby nie było... (Ach, jak Tygrysizm Stosowany kocha to "żeby nie było" i parę innych, równie błyskotliwych! Można by niemal rzec, że jeśli podłapałeś parę tego typu grepsów, przebyłeś już połowę drogi do Tygrysicznego Nieba, ach! Wypatrujcie więc tych grepsów pilnie, moje kochane ludzie!)

Żeby zatem nie było, że nam jakoś brakuje patriotyzmu i tego typu pięknych uczuć, powiemy na samym wstępie, że oczywiście nie mamy cienia wątpliwości, iż husaria to byli znakomici żołnierze, absolutna światowa czołówka, znakomite konie, broń (zaczepna i obronna) dobrana rozsądnie i ze smakiem (z tym smakiem to trochę żartuję, człek czasem musi, bo się rozpęknie, ale też przecie...), absolutnie najlepsza z dostępnych i zapewne najlepsza gdziekolwiek w owej epoce, cena nie grała roli.

Lenin, przy wszystkich swoich wadach (gość lubił koty, więc u mnie jakiegoś tam plusa jednak ma), miał niewątpliwą rację, że "kadry decydują o wszystkim", więc - o radości! - my tu, rozedrgani i rozpaleni do białości patriotyzmem, mamy z czego być dumni, bo kadry w naszej kochanej husarii musiały być faktycznie wyborne. Ludzie żyli za pan brat z koniem od małego, użerali się z Tatarami niemal na codzień (czasem przyplątali się też jacyś inni, nawet i sam Sułtan), więc szabla leżała im w dłoni może nawet lepiej (a to ciężkie cholerstwo, wiem coś o tym!), niż wachlarz w wątłej rączce jakiegoś Lagerfelda, albo innej gejszy.

Do tego oczywiście patriotyzm, krwiożerczość, odwaga, wyszkolenie, twardość, wytrzymałość na trudy i niewygodę. Co do tego nie możemy mieć wątpliwości. Konie też z pewnością mieli znakomite, polska tradycja kawaleryjska nie bez przyczyny jest sławna w świecie. Sprzęt, zbroja, broń - nie były to milionowe inwestycje, ale ci ludzie doceniali jakość, mogli sobie pozwolić na najlepsze. To nie były rzeczy wykute przez lokalnego kowala - to pewne!

No dobra, czy zatem inni nie mogli sobie pozwolić na podobne cudo? Rzecz w tym, że całkiem wielu z pewnością mogło, ale albo nie widziało potrzeby, stawiając na wystarczająco wysoki poziom ogółu swojej armii, bez jakichś, z konieczności nielicznych, wyborowych formacji. Szwedzi na przykład, z tego co kojarzę (a kojarzę o nich sporo, jak się składa) od powiedzmy Gustawa II Adolfa do Karola XII. Straszne to było wojsko, co byśmy nie śpiewali o husarii i jej przewagach, dało nam okrutnie w kość i to nie raz, a służyli tam prości ludzie, jakichś super oddziałów nie pamiętam, zresztą o wiele częściej umierało się tam od chorób, niż na polu walki. ("Połtawa" Englunda, tak przy okazji, dostępna po polsku, polecam. Jak i biografię Karola X Gustawa, tego samego autora.)

Albo też się sobie na taką elitarność pozwoliło i także się miało jakieś znakomite, w swojej dość wąskiej niszy niemal niepokonane, oddziały, tylko że my o tym nie czytamy i mało kto w ogóle o tym dziś wie, a i wtedy ich sukcesy stanowiły tylko biężączkową wiadomostkę. (Wie ktoś, nawiasem, od czego pochodzi słowo "krawat"? Jak i zresztą "chwat"? To TEŻ militarna historia, a jakoś mało kto... Albo niech się ktoś łaskawie zastanowi nad militarną historią naszych ukochanych bratanków Węgrów.)

Nie chodzi mi o żadne tam deprecjonowanie naszych kochanych husarzy - mogę spokojnie powiedzieć, że np. Niemce to zawsze był znakomity żołnierz (i mam nadzieję, że dopiero czas temu jakiś się to definitywnie skończyło, Alleluja!), tylko że Polak to także w niemal całej historii był znakomity żołnierz, a co nam ew. w stosunku do takich różnych Niemców i Szwedów brakowało, to te sprawy POWYŻEJ prostego żołnierza, czy sierżanta - czyli gry wojenne, doktryny, wyżsi dowódcy, finansowanie, logistyka (nie w sensie wybudowywania mi tu na osiedlu cholernie podejrzanych apartamentowców!), wszystkie te von Moltki, Clausewitze, że już nie powiem Guderiany... Że już o POLITYKACH nie wspomnę, z królami włącznie.

I co więcej powiem tylko, że "prawdopodobnie", bo może przyczyny tego, że, mimo licznych i - ach, jakże cudnych! - pojedynczych sukcesów, militarnych jak najbardziej i chwalebnych niemal jak Termopile, bo też walka w stosunku 1 do 100 MUSI być chwalebna, gdy myślimy o zaangażowanych w to bezpośrednio ludziach... Tylko że wojowanie polega raczej na tym, by NIE znaleźć się w tego typy sytuacjach, a jeden czy drugi wulgarny i prozaiczny do obrzydliwości Napoleon Bonaparte stręczy nam nawet (na szczęście bezskutecznie, skurwiel jeden!) pogląd, że w wojowaniu chodzi WŁAŚNIE O TO, by zawsze znaleźć się naprzeciw wroga ze zdecydowaną przewagą - także, o hańbo, ilościową.

Tygrysizm Stosowany, choć o militarnej historii to on nieco tam wie, a sprawy kawaleryjskie są mu jeszcze bliższe i nieco lepiej znane, od spraw piechotnych, nie mówiąc już o kuchniach polowych i budowie mostów, nie odbył dotąd studiów na wydziale Husarologii Stosowanej na żadnym przyzwoitym uniwersytecie (nawiasem mówiąc Uppsala Universitet jest na świecie numero 60, a te lepsze wydziały muszą być sporo lepsze), więc nie wie nawet ILU tych husarzy w sumie rzeczywiście było, ale też podejrzewa, że nie aż tak wielu. I tu jest, trzeba sobie otwarcie rzec, pierwsza drobna zagwozdka.

(Choć raczej chyba druga, bo pierwsza to będzie ten pejsaty pan, co go mamy u góry, a który, jak jego krewniacy głoszą, stanowił w istocie, on, a nie jakaś słowiańska zgraja Januszów w skarpetkach do sandałów, fuj!,,, Jądro husarskiej gęstwiny. Było tak, czy nie było? Corylliści do boju! Czy też dla was nie jest to sprawa warta świeczki?)

c. Deo volente d. n, bo też temat jest bujny, obfity, płodny i warty miętoszenia jak mało który, ale niestety na czas jakiś mam już dość tego nie-mojego laptpopa (prawo własności, święte of course, vincisti!), więc ¡hasta la proxima! I możemy sobie przy okazji nawet pogratulować, żeśmy ZNOWU ugryźli własny ogon, co, jak wiadomo, jest oznaką genialności, a w każdym razie systemowej dojrzałości, i po prostu OBOWIĄZKIEM, jeśli ktoś do czegoś takiego w ogóle chce inspirować.

Poważnie, nie żartuję, mam jeszcze MORZE ciekawych rzeczy do napisania w związku z husarią, husarstwem i husarskością, ale na razie macie to tutaj, wgryźcie się, wessijcie, potraktujcie sokami co je tam macie w żołądku i gdzie indziej, oczekując, w wariancie OPTYMISTYCZNYM, na więcej... CITIUS, ALTIUS, FORTIUS... i MĄDRIUS toże! Tak nam dopomóż!

triarius

P.S. 1 A teraz wychodzimy pojedynczo i uważać na ogony!

P.S. 2 (Po latach.) A co tu niby było o Sardanapalu!?!

O husarii, husarskości i husaryźmie (2)

husarz w stroju na odmianę cywilnym
Tak miałby wyglądać husarz po cywilnemu, przynajmniej wedle
niektórych. (Pan Tygrys, nawiasem, do tych niektórych NIE należy.)
No, tośmy w każdym razie rozpoczęli ten drugi odcinek, brawo my, tym bardziej, że warunki mamy zgrzebne, lub raczej leberalne. (To było obowiązkowe zjadanie własnego ogona. Odhaczone!)

* * *

Żeby nie było... (Ach, jak Tygrysizm Stosowany kocha to "żeby nie było" i parę innych, równie błyskotliwych! Można by niemal rzec, że jeśli podłapałeś parę tego typu grepsów, przebyłeś już połowę drogi do Tygrysicznego Nieba, ach! Wypatrujcie więc tych grepsów pilnie, moje kochane ludzie!)

Żeby zatem nie było, że nam jakoś brakuje patriotyzmu i tego typu pięknych uczuć, powiemy na samym wstępie, że oczywiście nie mamy cienia wątpliwości, iż husaria to byli znakomici żołnierze, absolutna światowa czołówka, znakomite konie, broń (zaczepna i obronna) dobrana rozsądnie i ze smakiem (z tym smakiem to trochę żartuję, człek czasem musi, bo się rozpęknie, ale też przecie...), absolutnie najlepsza z dostępnych i zapewne najlepsza gdziekolwiek w owej epoce, cena nie grała roli.

Lenin, przy wszystkich swoich wadach (gość lubił koty, więc u mnie jakiegoś tam plusa jednak ma), miał niewątpliwą rację, że "kadry decydują o wszystkim", więc - o radości! - my tu, rozedrgani i rozpaleni do białości patriotyzmem, mamy z czego być dumni, bo kadry w naszej kochanej husarii musiały być faktycznie wyborne. Ludzie żyli za pan brat z koniem od małego, użerali się z Tatarami niemal na codzień (czasem przyplątali się też jacyś inni, nawet i sam Sułtan), więc szabla leżała im w dłoni może nawet lepiej (a to ciężkie cholerstwo, wiem coś o tym!), niż wachlarz w wątłej rączce jakiegoś Lagerfelda, albo innej gejszy.

Do tego oczywiście patriotyzm, krwiożerczość, odwaga, wyszkolenie, twardość, wytrzymałość na trudy i niewygodę. Co do tego nie możemy mieć wątpliwości. Konie też z pewnością mieli znakomite, polska tradycja kawaleryjska nie bez przyczyny jest sławna w świecie. Sprzęt, zbroja, broń - nie były to milionowe inwestycje, ale ci ludzie doceniali jakość, mogli sobie pozwolić na najlepsze. To nie były rzeczy wykute przez lokalnego kowala - to pewne!

No dobra, czy zatem inni nie mogli sobie pozwolić na podobne cudo? Rzecz w tym, że całkiem wielu z pewnością mogło, ale albo nie widziało potrzeby, stawiając na wystarczająco wysoki poziom ogółu swojej armii, bez jakichś, z konieczności nielicznych, wyborowych formacji. Szwedzi na przykład, z tego co kojarzę (a kojarzę o nich sporo, jak się składa) od powiedzmy Gustawa II Adolfa do Karola XII. Straszne to było wojsko, co byśmy nie śpiewali o husarii i jej przewagach, dało nam okrutnie w kość i to nie raz, a służyli tam prości ludzie, jakichś super oddziałów nie pamiętam, zresztą o wiele częściej umierało się tam od chorób, niż na polu walki. ("Połtawa" Englunda, tak przy okazji, dostępna po polsku, polecam. Jak i biografię Karola X Gustawa tego samego autora.)

Albo też się sobie na taką elitarność pozwoliło i także się miało jakieś znakomite, w swojej dość wąskiej niszy niemal niepokonane, oddziały, tylko że my o tym nie czytamy i mało kto w ogóle o tym dziś wie, a i wtedy ich sukcesy stanowiły tylko biężączkową wiadomostkę. (Wie ktoś, nawiasem, od czego pochodzi słowo "krawat"? Jak i zresztą "chwat"? To TEŻ militarna historia, a jakoś mało kto... Albo niech się ktoś łaskawie zastanowi nad militarną historią naszych ukochanych bratanków Węgrów.)

Nie chodzi mi o żadne tam deprecjonowanie naszych kochanych husarzy - mogę spokojnie powiedzieć, że np. Niemce to zawsze był znakomity żołnierz (i mam nadzieję, że dopiero czas temu jakiś się to definitywnie skończyło, Alleluja!), tylko że Polak to także w niemal całej historii był znakomity żołnierz, a co nam ew. w stosunku do takich różnych Niemców i Szwedów brakowało, to te sprawy POWYŻEJ prostego żołnierze, czy sierżanta, czyli gry wojenne, doktryny, wyżsi dowódcy, finansowanie, logistyka (nie w sensie wybudowywania mi tu na osiedlu cholernie podejrzanych apartamentowców!), wszystkie te von Moltki, Clausewitze, że już nie powiem Guderiany... Że już o POLITYKACH nie wspomnę, z królami włącznie.

I co więcej powiem tylko, że "prawdopodobnie", bo może przyczyny tego, że, mimo licznych i - ach, jakże cudnych! - pojedynczych sukcesów, militarnych jak najbardziej i chwalebnych niemal jak Termopile, bo też walka w stosunku 1 do 100 MUSI być chwalebna, gdy myślimy o zaangażowanych w to bezpośrednio ludziach... Tylko że wojowanie polega raczej na tym, by NIE znaleźć się w tego typu sytuacjach, a jeden czy drugi wulgarny i prozaiczny do obrzydliwości Napoleon Bonaparte stręczy nam nawet (na szczęście bezskutecznie, skurwiel jeden!) pogląd, że w wojowaniu chodzi WŁAŚNIE O TO, by zawsze znaleźć się naprzeciw wroga ze zdecydowaną przewagą - także, o hańbo, ilościową.

Tygrysizm Stosowany, choć o militarnej historii to on nieco tam wie, a sprawy kawaleryjskie są mu jeszcze bliższe i nieco lepiej znane, od spraw piechotnych, nie mówiąc już o kuchniach polowych i budowie mostów, nie odbył dotąd studiów na wydziale Husarologii Stosowanej na żadnym przyzwoitym uniwersytecie (nawiasem mówiąc Uppsala Universitet jest na świecie numero 60, a te lepsze wydziały muszą być sporo lepsze), więc nie wie nawet ILU tych husarzy w sumie rzeczywiście było, ale też podejrzewa, że nie aż tak wielu. I tu jest, trzeba sobie otwarcie rzec, pierwsza drobna zagwozdka.

(Choć raczej chyba druga, bo pierwsza to będzie ten pejsaty pan, co go mamy u góry, a który, jak jego krewniacy głoszą, stanowił w istocie, on, a nie jakaś słowiańska zgraja Januszów w skarpetkach do sandałów, fuj!... Jądro husarskiej gęstwiny. Było tak czy nie było? Corylliści do boju! Czy też dla was nie jest to sprawa warta świeczki?)

c. Deo volente d. n, bo też temat jest bujny, obfity, płodny i warty miętoszenia jak mało który, ale niestety na czas jakiś mam już dość tego nie-mojego laptpopa (prawo własności, święte of course, vincisti!), więc ¡hasta la proxima! I możemy sobie przy okazji nawet pogratulować, żeśmy ZNOWU ugryźli własny ogon, co, jak wiadomo, jest oznaką genialności, a w każdym razie systemowej dojrzałości, i po prostu OBOWIĄZKIEM, jeśli ktoś do czegoś takiego w ogóle chce inspirować.

Poważnie, nie żartuję, mam jeszcze MORZE ciekawych rzeczy do napisania w związku z husarią, husarstwem i husarskością, ale na razie macie to tutaj, wgryźcie się, wessijcie, potraktujcie sokami co je tam macie w żołądku i gdzie indziej, oczekując, w wariancie OPTYMISTYCZNYM, na więcej... CITIUS, ALTIUS, FORTIUS... i MĄDRIUS toże! Tak nam dopomóż!

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo i uważać na ogony!

wtorek, sierpnia 16, 2016

O husarii, husarskości i husaryźmie (1)

Husaria
Oglądałem ci ja wiadomą defiladę, w każdym razie sporą jej część. Nieźle. Jechało trochę ponuro wyglądającego żelastwa, czyli to, o co w sumie chodzi. Trochę mi brakowało jakichś takich malowanych dzieci w wersji z trzeciego tysiąclecia A.D. - takich bardziej pieszych, co to wdrapią się na każde drzewo, wcisną w każdą szczelinę, pożywią byle czym (a nie jak czołg Leopard 500-800 litrów paliwa na sto kilometrów), a potem przegryzą wrogowi gardło (albo uduszą go jego własnym jelitem grubym), zatańczą na jego grobie i uczynią brzemienną jego babcię. (Może zresztą byli, a ja za późno się włączyłem? W takim razie ten akurat rant jest bez sensu i unieważniamy.)

W sumie jednak, mimo braku orgazmu, było nieźle. Nawet tym razem nieuniknione przebierańce z końca pochodu uczyniły na mnie raczej pozytywne wrażenie, co u mnie dość niezwykłe. Była husaria, podrabiane oczywiście, ale jej wygląd miał styl, pewną jednorodność, a z drugiej strony było to różne, wcale nie wszyscy np. mieli słynne skrzydła... Całkiem inaczej, niż np. w filmie "Krzyżacy" (wiem że tam nie husaria!), gdzie każdy rycerz, czy to nasz, czy to wraży, miał ten sam pancerz z tego samego osiedlowego magazynu, wyglądający na plastikowy, i ten sam przyodziewek. Tutaj było całkiem inaczej, Deo gratias!

Oczywiście nie obyło się bez zachwytów nad wspaniałością husarii, z którą nikt nie mógł rzekomo... I tak dalej. Co mogę zaakceptować, z zastrzeżeniami, o których (Deo volente) za chwilę, tyle że zawsze w takich razach narzuca mi się dokuczliwe pytanie - dlaczego, jeśli w 1688 byliśmy tacy wspaniali, to już w sto lat później niemal nas nie było, a to co zostało, rżnęli różni tacy jak chcieli?

No dobra, ale dziś o husarii... Jest to interesująca sprawa, oczywiście - zarówno z czysto militarnego punktu widzenia, jak i w szerszym kontekście... Z tego szerszego kontekstu najbardziej w ostatnich latach męczy mnie kwestia tych 400 żydowskich husarzy, którzy to ponoć załatwili nam niemal wszystkie owe zwycięstwa, a o których opowiadał na oficjalnym spotkaniu z okazji otwarcia tego tam Muzeum Żydów, co je kilka lat temu nam otwarli, któryś z naszych ukochanych gości.

Niestety z prasą i mediami jestem mocno na bakier, więc nigdy się nie dowiedziałem szczegółów - nie wiem nawet czy one tam w ogóle były i ile - więc zachodzę w głowę (mam takie napady), czy tych 400 to na raz, a w innych momentach byli jacyś inni, i może więcej, czy też ogólnie tylu ich zliczono... I kto konkretnie ich zliczał? I czy np. wliczamy okres, kiedy to husaria stała się już sprawą czysto dekoracyjną (czyli jak dzisiaj), znaną z tego, że bez niej nie mógł się odbyć żaden luksusowy pogrzeb. (W osiemnastym wieku to musiało być, skoro jeszcze pod koniec siedemnastego husaria realnie potrafiła bić Turków.)

Sprawa jest, tak to muszę określić... Mówię o tej sprawie żydowskich husarzy (a byli, wobec tego, w ogóle jacyś inni?)... Powiem to: corylliczna. Naprawdę nie chciałbym sprawiać wrażenie, że czuję się jakoś niższy, mniejszy, gorszy, ale ten tam facet (choć ostatnio potwornie nudzi, przynajmniej mnie) ma pewne hipotezy, przemyślenia, koncepcję historii, swoje oczywiście teorie spiskowe, a nawet meta-teorie... Nie jakoś specjalnie różnorodne, ale za to konsekwentne i co więcej takie trochę samograje - da się je zastosować do niemal każdej sytuacji i wynik w sumie zawsze cholernie podobny.

Można to powyższe uznać za w sumie komplement, można za coś wręcz przeciwnego... W czym by była, mówię o tym drugim, przesada, bo niewielu ludzi u nas, i dzisiaj gdziekolwiek na świecie, tworzy własne "szkoły historiozoficzne", które, co by o nich nie powiedzieć, mają ręce i nogi, choć także, w mojej opinii, spore słabości... No i jeszcze potrafi zrozumiale, a nawet dużo więcej, pisać.

(Sporo w dodatku, w czym także jest pewna istotna siła, choć i ma to swoje wady.) No i w tej akurat sprawie, jak mi się widzi, metody i aparat pojęciowy Coryllizmu może się naprawdę świetnie sprawdzić. Tak to widzę.

Po tym rytualnym odżegnaniu się od jakichś ew. podejrzeń, powiem o co mi chodzi, a chodzi mi o to, że z tymi żydowskimi husarzami to sprawa do szpiku kości corylliczna, no bo albo w tym coś jest z prawdy, a wtedy nasuwa się pytanie, dlaczego my o tym nic nie wiedzieli; albo jest to propagandowa ściema i sprawa bardzo paskudna... Tak czy tak, widzę tu jakichś szemranych bukinistów, antykwariuszy, chętnie niepiśmiennych i znających wyłącznie jiddisz, plus jakąś centralę, która zmienia lekko fakty, wymyśla i lekko popycha w odpowiednim kierunku pewne narracje...

Siatkę zależności też widzę - jakiś angielski dwór, jakieś elitarne kluby homoseksualistów, wywiady oczywiście, loże, getta, sztetle (co by to nie było), hucpę jak stąd do Tel Avivu i spowrotem... No bo po prostu ta dziwna opowieść - wciąż mówimy o tych, nikomu przedtem nieznanych, czterystu Żydach, bez których Polska nie mogła się ponoć w epoce swojej wciąż jednak względnej potęgi obyć, bo nie było widać do tego odpowiednich ludzi...

Szlachta, choć z koniem żyła za pan brat i jakoś tam tych Tatarów odganiała, nie nadawała się do elitarnej szturmowej jazdy - więc ratunkiem okazały się Mośki i (excusez le mot) Srule z tych tam sztetli (bo to tak się chyba nazywało).

Którzy bez trudu, bo to zdolny naród, przesiadali się z... Na czym tam oni w tych sztetlach (tak?) siedzieli, na pełnokrwiste ogiery i korzystając z doświadczenia uzyskanego przy rytualnym uboju i obrzezywaniu niemowląt (mistrzowie potrafią to ponoć robić paznokciem, nawet i dzisiaj!), za pomocą kopii, koncerza, szabli (że o łuku czy pistoletach nie wspomnę, bo to był zaledwie dodatek), lali Turka, Szweda, i kto się tam nawinął.

I to była jedna sprawa, którąśmy sobie tutaj zasygnalizowali, nie bez kozery, jak mawiają niektórzy, ale husarska tematyka nie została przez nas wcale wyczerpana i, jeśli Bóg zechce, mamy jeszcze sporo przeróżnych aspektów do przedyskutowania, co oznacza jeszcze kilka odcinków do napisania. Jeśli Stwórca pozwoli, to chciałbym w przyszłości podywagować małowiela na temat stricte militarnych aspektów tej naszej przesławnej kawalerii.

Potem zaś zamierzam np. zdradzić, co jeszcze bardziej imponuje mi w naszej militarnej historii, a ściślej w historii naszej jazdy. (Choćby po to, żeby nie było, że żaden ze mnie patriota bo tylko krytykuję, a nawet PRLu nie lubiłem wyłącznie z powodu Osieckiej i Trubadurów, że o paru innych szmirusach i zagubionych duszach litościwie nie wspomnę). W każdym razie to, co chcę zdradzić, może być dla wielu zaskakujące.

triarius

P.S. Swoją drogą, to widziałem wczoraj, po raz pierwszy w życiu, "Ben Hura", do którego scenariusz, jak wszyscy wiedzą, napisał nasz umiłowany Robert Ardrey (czy może jednak do tego nie nie? dopisane po latach). Nie całego widziałem, bo podzielili to na dwa odcinki, a ja widziałem drugi, i to nie od początku.

W każdym razie mówię wam ludzie, że to jest głęboko chrześcijańskie dzieło, a kiedy po końcowej scenie, która nawet w starym bezbożnym cyniku (sceptyku raczej. bo wartości to ja cenię, jak mało kto, tylko baby nie rozróżniają), jak ja, wywołała spore emocje, pojawił się napis Metro-Goldwyn-Mayer, pomyślałem sobie (bo i nie mogłem nie pomyśleć), że jednak w tym roku Pańskim 1956 nastroje i ogólnie świat były zupełnie inne od obecnych. Aż się wierzyć nie chce, że takie coś wyszło wtedy z Hollywód, z tej żydowskiej, jakby nie było, wytwórni, i jeszcze, jak kojarzę, właśnie za to Ardrey dostał Oscara.

Dalekąśmy przeszli drogę, moje kochane ludzie!

piątek, sierpnia 12, 2016

O dalekosiężnych skutkach

kolorowa pop-kultura
Gdyby ktoś się skusił powabnym tytułem, to uczciwie mówię na samym wstępie - to nie jest o dalekosiężnych skutkach czegoś tam, np. niestosowania się do zasad Tygrysizmu Stosowanego, tylko o dalekosiężnych skutkach sięgnięcia pod stos różnych, od lat się gromadzących, rzeczy. Ostrzegałem!

* * *

Sięgnąłem więc ci ja wczoraj pod wielką górę różnych rzeczy, z przewagą dziwnych, żeby coś odszukać, i ku memu ogromnemu zaskoczeniu, odkryłem ci ja tam stosik książek, o których nie miałem pojęcia. Co więcej, te książki były bardzo interesujące. Jakiś rok temu, albo nieco więcej, faktycznie kupiłem ci ja na allegro dość sporo książek, znalazłem dla nich miejsce, jak się okazuje nie za bardzo na widoku, a potem o nich gruntownie zapomniałem.

Jedną z nich jest znana (zabawnie powiedziane, ale naprawdę natykałem się o wzmianki o niej wiele razy) pozycja pod tytułem The Man Who Mistook His Wife for a Hat ("Człowiek, który pomylił swą żonę z kapeluszem"). Jest to nawet chyba wydane po polsku, ale ta moja jest po angielsku. (Polski tytuł może się minimalnie w takim razie oczywiście różnić od mojego tłumaczenia.)

Autor nazywa się Oliver Sacks i jest neurologiem, a tytułowy "man" to facet z potężną awarią prawej półkuli mózgu, skutkiem czego ma naprawdę przedziwne objawy. Niegdyś wybitny śpiewak (choć nie nasz typ, bo Schumann i inne takie), obecnie ceniony nauczyciel w szkole muzycznej - a nie jest w stanie rozpoznać niemal żadnej twarzy, ani w oryginale, ani na zdjęciu, choć rozpoznaje je na karykaturach...

Świetnie radzi sobie z racjonalnym myśleniem, z geometrycznymi figurami, ale rękawiczkę dokładnie opisuje, nie mając pojęcia co to jest i do czego służy. No i rzeczywiście łapie swoją nieszczęsną małżonkę za głowę i próbuje ją podnieść, kiedy już się pożegnał i chce założyć kapelusz. Żona zamiast kapelusza, serio! Plus masa innych przedziwnych zachowań.

Tak że sto pociech z tym gościem, a ja przecież dopiero zacząłem o tym czytać. Wydaje się, że to będzie kolejna wybitnie tygrysiczna pozycja w kanonie naszych tygrysicznych lektur, w uzupełnieniu do "Błędu Kartezjusza" pana Damasio, o którym śmy już sobie kiedyś... Na razie jednak chciałem Szan. Państwu przedstawić drobny fragment tej książki w moim własnym przekładzie. Powinien dać nieco strawy do rozważań. Oto więc...
Kiedy rozmawialiśmy, moją uwagę zwróciły obrazy na ścianie. 
'Tak', powiedziała Pani P. [żona], 'był równie utalentowanym malarzem, jak śpiewakiem. Szkoła corocznie wystawiała jego obrazy.' 
Podszedłem do nich ostrożnie - były w chronologicznej kolejności. Wszystkie jego wcześniejsze prace okazały się naturalistyczne i realistyczne, o żywym nastroju i atmosferze, ale szczegółowe i konkretne. Potem, lata później, stały się mniej żywe, mniej konkretne, mniej realistyczne i naturalistyczne, ale o wiele bardziej abstrakcyjne, nawet geometryczne i kubistyczne. Na koniec, w ostatnich obrazach, płótno stało się nonsensowne, albo nonsensowne dla mnie - jedynie chaotyczne linie i plamy farby. 
Skomentowałem to, mówiąc Pani P. 
'Ach, wy lekarze jesteście takimi filistrami!, wykrzyknęła. 'Nie potrafi pan dostrzec artystycznego rozwoju? Jak zrezygnował z realizmu swych wcześniejszych lat i doszedł do abstrakcyjnej, nieprzedstawiającej sztuki? 
'Nie, to nie to.' Powiedziałem do siebie (ale powstrzymałem się przed powiedzeniem temu nieszczęśliwej Pani P.) Naprawdę przeszedł od realizmu do braku wszelkiego przedstawienia, a potem do abstrakcji, ale to nie artysta się rozwijał, tylko patologia, postępowała - postępowała w kierunku głębokiej wizualnej agnozji, w której wszelka zdolność przedstawiania i obrazowania, wszelkie poczucie konkretu, wszelkie poczucie rzeczywistości, zostały zniszczone. Ta ściana pełna obrazów była tragicznym eksponatem z dziedziny patologii, należącym nie do sztuki, tylko do neurologii.
Tyle cytatu, teraz jeszcze kilka komentarzy.

* Kawałek dalej Autor książki częściowo mimo wszystko zgadza się z Panią P., w tym sensie, że jej mąż mógł jednak z czasem stawać się coraz bardziej wrażliwy na sztukę abstrakcyjną czy, wcześniej, kubistyczną. Co jednak wcale nie zmienia radykalnie tygrysicznych wniosków, które mi się tutaj nasuwają, i które, mam niepłonną, zaczną się nasuwać moim P.T. Ew. Czytelnikom.

* Wcale nie twierdzę, że sztuka (?) realistyczna jest zawsze i z definicji super! Uważam nawet, że pacykowanie realistycznych obrazków w dzisiejszych czasach, na siłę, raczej gwarantuje szmirę, a co najmniej pospolitość, nie artyzm. Cóż, spenglerysta, ze swoim pesymizmem (wrodzonym i jeszcze dodatkowo pracowicie rozwijanym), potrafi uznać, że stworzenie jakiejkolwiek wartościowej sztuki (mówimy o tych "ambitnych", nie o reklamach czy muzyce do tańca), staje się już niemal niemożliwe, a jednocześnie jakoś z tym żyć (pocieszając się ew. Machaultem i Billem Monroe).

* Obrazek, który tu u góry umieściłem - po to, żeby nie było całkiem goło z samym tekstem, NIE ma być przykładem upadku współczesnej sztuki! On mi się raczej nawet dość podoba, choć nic specjalnego. Ale też nie chciałbym tu pakować jakiejś jednoznacznej obrzydliwości, jak powiedzmy twarz tego czy tej. Tylko że ten nasz kolorowy człowieczek to pop-kultura, a nie żadna "wielka sztuka", o której sobie teraz próbujemy rozmawiać.

Nawet z samego założenia nie jest to "wielka sztuka" - i to właśnie jest tu cenne. Przebija z tej konstatacji pesymistyczna gorycz, ale c'est la vie. (Wspomniany tu wcześniej Schumann, gdyby ktoś pytał, założenia JEST jak najbardziej "wielką sztuką". Niestety taki np. Picasso też.)

* Gdyby komuś brakowało tematyki do zainspirowanych przez Pana Sacksa rozważań, to polecam także kwestię popularności wszechwładnej dziś EKONOMII i przyczyn, dla której jest to tak niesamowicie chętnie przyswajane przez chłopięta spod trzepaka, które poza tym niewiele zauważają, choćby nawet waliło ich po nosach w mroźny grudniowy poranek.

Mówię tu o ekonomii rozumianej jako kilka "oczywistych", prostych i niezmiennych "prawd", mówiących jak należy manipulować kilkoma abstrakcyjnymi zmiennym, "aby było dobrze". Czyli o ekonomii LIBERALNEJ, którą się nam stręczy i która nawet dla zdrowych ludzi stała się już dziś w sumie rzeczywistością samą i prawdą absolutną.

Dla mnie to wprost uderzająco podobne do zachowań Pana P. Zresztą można z tym wyjść i poza obszar wąsko pojętej ekonomii, bo cały ten współczesny LIBERALNY świat zachodni opiera się przecie na takim samym GEOMETRYCZNYM modelu myślowym, zainspirowanym kiedyś przez Newtona, a dziś na chama do tego modelu upodabnianym - przynajmniej w tej swojej części, która ma być strawą intelektualną (?) dla PROLI.

triarius

poniedziałek, sierpnia 08, 2016

O Januszach (2)

Druga Japonia
Rodzina Januszów na wywczsach. (Przyznam, że nie takie akurat,
jak ten tutaj, niewinne żarty, najbardziej mnie do tej klasy ludzi
zrażają. Jeśli w ogóle. Z drugiej strony, jeśli to nie jest Druga Japonia,
to już jej się z pewnością nigdy nie doczekamy.)
Ad 1. Jeszcze taką sprawę chciałbym wyjaśnić. Otóż jeśli kogoś zaskakuje, nawet niezbyt przyjemnie, dziwny ów paradoks, że oto Pan T. wybrzydzając się na określenie "Janusze" sam go używa, to muszę przyznać, że zarzut jest dość zasadny.

Na swoje usprawiedliwienie powiem, że używam go z przekąsem, w zamierzeniu mniej więcej jednorazowo... No a poza tym, jak to nazwać, skoro właśnie mamy to dopiero z tygrysicznego punktu widzenia rozpoznać? No i jak przywabić wszystkie te Google, że spytam?

Ad 5. (ale także niemal wszystkie inne punkty, łał!) Teraz więc... (Fanfary, werble, chóry starców i świeżo rozkwitłych dziewic jako wsparcie)... Zaatakujemy sobie samo sedno problemu. Czyli, mówiąc konkretnie, złapiemy za kark, damy na odlew w pysk, potem w drugą stronę, w końcu zaś wyrwiemy owemu paskudnemu (cholernie dużo tu się głupio rymuje i to nie jest dobre dla mojej prozy, ale cóż, taki mamy język) skorpionowi jego wstrętne komusze żądło.

No bo przecież zarzut tych @#$#% "elit", całe jego żądło, w każdym razie, opiera się na założeniu, czy na sugestii raczej, że oto w innych krajach prosty lud zachowuje się kulturalniej, słucha naprawdę fajnej muzyki, ubiera się cudnie, i w ogóle. Czyli niby gdzie? W Ameryce? Żarty sobie robisz, głupi komuchu? U naszego słodkiego sąsiada z Zachodu? No przecież, że nie, bo tam jest jeszcze gorzej.

Może wąsy im tak bujnie jak tu nie rosną, ale ogrodowe krasnale i różne ich, znane światu, obyczaje? Na pewno nie lepiej niż tutaj. No więc gdzie? Zgadzam się, że w Afryce chodzą mniej paskudnie ubrani, zgadzam się, że na sawannie Masaje nie mają brzuchów, zgadzam się, że wiele ludów słucha znacznie lepszej muzyki od Disco Polo, czy jak to tam się obecnie wabi...

Tylko że to NIE SĄ te ludy, do których owe @#$%$ "elity" mają zwyczaj Polaków tak dzielnie każdego dnia podciągać, do których nas na codzień porównują, wobec których same przejawiają tyle kompleksów? Prawda? A więc całe szemrane żądło tego ich plucia na Januszów psu na buty!

Do tego dochodzi to, cośmy sobie wcześniej wyjaśnili - że te elity nie są ani prawdziwymi elitami, ani też nie są naprawdę polskie. (Kiedyś by sobie trzeba tę całą sprawę w szerokich aspektach dokładnie wyjaśnić, choć to by było okrutnie "anty" i w ogóle. Jednak to ważna sprawa.)

* * * * *

Ad 6. Teraz jeszcze chciałbym się pokrótce zabawić w diabolicznego advocatusa, czyli rzec, że mnie jednak te głośne, brzuchate indywidua, słuchające beznadziejnej "muzyki" itd., też wcale nie zachwycają. Czasami faktycznie machają polską flagą, więc powinniśmy się niby cieszyć, ale na tej zasadzie, to wiadomy Możeł z białej niejadalnej czekolady też był przejawem (JAKIEGOŚ TAM) "patriotyzmu"... A przecie nie cieszył, bo to był patriotyzm z założenia pokraczny i fałszywy.

Czy lepiej, że Janusze mają na koszulkach białe orły, niż gdyby miały np. czerwone gwiazdy, albo żółte na niebieskim? Albo Che Guevarę? Albo, powiedzmy, napis: "Mój dziadek był w UB i wcale się nie wstydzę!"? Lepiej, zgoda. Nie da się ukryć. Jednak nie AŻ TYLE lepiej, żeby było od czego dostawać orgazmu. Tak to widzę. Tani, tandetny "patriotyzm", to nie jest coś, czego Polsce szczególnie potrzeba, albo co by na etycznej skali jakoś wyjątkowo pięknie się prezentowało.

Problemem Polski, od stuleci, z drobnymi przerwami, ale też nigdy jakoś cudownie w tym nie było, jest BRAK PRAWDZIWYCH ELIT. Te co są, to po pierwsze przeważnie zera, albo co najmniej ludzie stręczące nam (i obcym, co bywa jeszcze gorsze) głupie i wredne treści, za forsę, za jakieś inne słodkie pierniczki, albo po prostu nie mając o niczym pojęcia, poza jakimś ew. robieniem głupich min, wydawaniem z siebie odgłosów, czy wachlarzem innych tego typu hiper-artystycznych wyczynów.

I tu nie tyle chodzi o BRAK ludzi, którzy by rolę elity mogli pełnić, bo mimo strat w wojnach, powstaniach, mimo makabrycznie wysokiej emigracji, to, jak uczy doświadczenie, nie jest przeważnie aż tak wielkim problemem.

Niemce, co by o nich nie mówić, w ostatniej światowej wojnie (tej oficjalnie światowej i ostatniej) stracili masę ludzi, w dodatku raczej tych "biologicznie wartościowych" (choć faktycznie głównie mężczyzn, a to biologicznie znacznie mniejsza strata), a w jakichś tam sportach nieźle sobie radzą, i tak było niemal zaraz po wojnie. (Oczywiście Spenglera to oni już nie wydadzą i rządzić się pozwolą byle Merkelom, ale to ma inne przyczyny.)

Tu chodzi raczej o HIERARCHIĘ i takie sprawy. Nie mamy hierarchii autorytetu (i odpowiedzialności), nie mamy mechanizmów selekcji, nie mamy kanałów, przez które mądrość mogłaby się sączyć i kapać niżej... A obok mądrości szlachetność, bezinteresowność, patriotyzm z którego coś wynika, gust, i takie tam różne.

Ale wmawianie sobie, albo komuś, że ten... Nazwijmy go raz jeszcze tym durnym mianem... "Janusz" - to cudownie kulturalny, przesympatyczny, mądry, muzykalny i w ogóle półbóg, a nie człowiek, i to przeważnie bardzo przeciętny, to głupota.

Jeśli to Polak, a nie jakaś np. judeokomuna, to super, jeśli kocha Polskę, to fajnie - choćby nawet na razie nie potrafił tego wyrazić lepiej, niż tylko kretyńską czapeczką na jakimś nic-nie-znaczącym (jak one wszystkie) meczu... Ale elita to jednak nie jest, natomiast elity on, ten "Janusz" potrzebuje, i Polska, co jeszcze ważniejsze, jeszcze bardziej... I tego się łaskawie trzymajmy.

To by było chyba w sumie na tyle - dałoby się więcej, ale to ew. się przedyskutuje w komętach pod spodem (już to widzę!). Może jeszcze, w ramach recyklingu, wkleję tu komęt z szalomu, który tam dziś wpisałem, a który się z naszym dzisiejszym tematem częściowo wiąże, zaś poza tym po prostu mnie od dawna męczy. Oto i on:
W sumie fajne i słuszne, to o sukmanach i pasiastych porciętach naprawdę urocze... Ale, mówiąc ogólnie und globalnie, strasznie mnie śmieszą i nieco rażą te rodzime kompleksy na temat "słomy w butach", "onuc", "chodzenia za stodołę" i czego tam jeszcze. Informacja o tym, w którym to pokoleniu leży na kimś frak, jest po prostu przykładem tak żałosnego snobizmu, że aż strach. I w dodatku tym bardziej, że jest to po raz tysięczny po jakimś mędrku powtórzone.
Znałem takich (i wielu by się zdziwiło JAK dobrze), którzy w domu, mimo prlowskiej nędzy, naprawdę dotkliwej, jadali wyłącznie srebrną zastawą z hrabiowskimi dziewięciopałkowymi koronami - dopóki wszystkie takie niegdysiejsze przeżytki nie trafiły w końcu do jakiegoś nowego arystokraty z jakiejś budy czy innego Chobielina - a do głowy by im nie przyszło tępić komucha akurat za pomocą konceptów o "słomie z butów", "onuc", czy "chodzenia za stodołę". Jeśli nawet - co z tego by miało wynikać?
W życiu nie miałem fraka i mieć z pewnością nie będę - czy z tego powodu mam się czuć gorszy od kogokolwiek, kto go miał? Onuce były kiedyś standardowym wyposażeniem w wojsku - więc o co, do @#$$% @#%^, chodzi z ich komuś wyrzucaniem? O pacyfizm? TO dopiero chora sprawa! 
Polska jest faktycznie dość zabawna, bo to przecie szlachecka par excellence idea, a ogromna większość Polaków - także tych porządnych, patriotycznych i z żadnymi KODami czy inną Platfąserią nie mających nic wspólnego - to nie tylko potomkowie, w najlepszym przypadku, kmieci, ale przeważnie i dziś też nic specjalnie innego. Określenie "Janusz" jest denne i głupie, ale samo zjawisko jest faktem, choć oczywiście ani ta "elita" nie jest prawdziwą polską elitą, przeważnie to zera uwieszone resortowego cyca, a poza tym, i to najważniejsze, nie jest to żadna specyficznie polska sprawa, bo gdzie niby lud jest dziś tak cholernie kulturalny?
Podsumowując - kawałki o "chodzeniu za stodołę" wydają mi się partackim odwalaniem roboty, w postaci powtarzania po kimś grepsów, które uchodzą za udane... Natomiast zgrywanie się tak wielu rodaków na jakąś arystokrację (nie żeby to było jakieś cudo, oczywiście, ale widać przynależność imponuje i kusi) świadczy o tym, że jesteśmy mimo wszystko, ludkiem niesamowicie wciąż jednak zakompleksionym.
Co powiedziawszy, wykrzyknę: niezły tekst, dzięki i sorry za te globalne uwagi! ;-)
A tu nawet linek do tego komęta (a pośrednio do samego tekstu):

http://pays.salon24.pl/723638,grzechy-dudy-czyli-daj-spokoj-cudzoziemcze#comment_11768242

I to by było na razie na tyle.

triarius

niedziela, sierpnia 07, 2016

O Januszach (1)

Janusze w stanie patriotycznego wzmożenia
Jak każdy wie, toczy się przeogromna debata na temat tzw. Januszów, czyli takich, co przyjeżdżają latem to różnych Sopotów (dla mnie to zawsze była "stonka" i komu to przeszkadzało?), żrą frytki na zjełczałym oleju, słuchają na całą okolicę obrzydliwego... przecież nie powiem "muzyki"... czegoś... a do tego chętnie ubierają się w biało-czerwone koszulki na różnych tam meczach.

Celebryci na nich zażarcie napadywują, czemu "nasi" dają jadowity odpór, i tak to się kręci. Chciałbym rzucić nieco światła i odrobinę rozumu do tej, niesamowicie wprost żenującej, w mojej skromnej opinii, "debaty". Co więcej, zrobimy to sobie hiper-wprost-metodycznie.

* * * * *

W nabrzmiałym i (nie bójmy się tego ślicznego słowa!) NABOLAŁYM januszowym problemie na pierwszy rzut oka dostrzegam następujące kwestie składowe:

1. nazwa sama w sobie
2. celebryci sami w sobie, na Januszów plujący
3. stosunek "naszych" do owych celebryckich plujów
4. Janusz jako taki - pomijając już rozkoszność przekomarzanek z obecną elitą: jest ci on powodem do radości, czy wręcz przeciwnie?
5. polskość w tym wszystkim, czyli patriotyzm taki i inny
6. podsumowanie - czyli jak w sumie?
7. ew. ozdobniki, bąmoty i błyskotliwostki

* * * * *

Ad 7. Która matka jest lepsza? Czy ta, co swoje dziecko uważa za najcudowniejsze na świecie (jak większość matek jedynaków zapewne, przy liczniejszym potomstwie staje się to trudniejsze), czy też ta, która znając niewydarzoną pokraczność owocu żywota swego - jednak kocha je, ponieważ jest własne?

* * * * *

Ad 1. Nie chciałbym zbyt długo dręczyć tego akurat tematu, bo może mi nie wystarczyć pary wodnej na rzeczy istotniejsze, a P.T. Czytelnikowi może zabraknąć na nie cierpliwości, ale ta właśnie rzecz bije po oczach na samo przywitanie, a poza tym jest symptomatyczna.

Otóż nazwa "Janusz" w odniesieniu do zjawiska, które sobie dopiero spróbujemy dokładnie określić i ocenić, ale w sumie przecież z grubsza wiemy, o co chodzi, jest dla mnie symptomem upadku mediów, dziennikarstwa i wszelkich związanych z tym spraw.

Nazwa ta nie ma najmniejszego sensownego związku ze zjawiskiem, które rzekomo określa - imię "Janusz" jest normalne i przyzwoite, postponowanie noszących go ludzi, tylko za to, że je noszą (a jest to przecież dokładnie to, co, przynajmniej w swojej opinii, owi celebryci robią!), jest zachowaniem z kategorii mitycznego rasizmu czy innego "hejtu", tylko że tym razem naprawdę.

W odróżnieniu od genialnych mian, których przykładem jest "leming" - to tutaj to po prostu jakiś pismak sobie wymyślił, bo czemu niby nie, krótkie, dźwięczne, w dodatku POLSKIE (choć pochodzenia węgierskiego przecie, od Janos), o co im jak najbardziej chodziło...

Jednak najgłupszy pismak nie odważyłby się przyklejać całkiem bezsensownej łatki do jakiegoś zjawiska, gdyby nie był pewien, że inni, którym oszczędził umysłowego wysiłku na wymóżdżanie jakiegoś własnego określenia, skwapliwie to podchwycą i sprawa zacznie się wiralnie propagować. Mem po prostu, hurra! Że bez sensu? A co to za problem? Byle na chama, byle głośno, byle głupio!

* * * * *

Ad 6 i 2. Przeskoczymy sobie na chwilę do szóstki i dwójki, ponieważ obawiam się, iż w przeciwnym przypadku P.T. Potencjalny Czytelnik - znający może skądsiś moje elitarystyczne, monteverdyczne gusty - mógłby nasze rozważania na samym początku ze wzgardą odrzucić, sądząc, że ja ustawiam się po stronie owych celebrytów, co mogłoby mu dać asumpt to przeróżnych przemądrych rozważań, jak to w końcu z każdego farbowanego wróbla wyjdzie sęp i hiena...

Czyli że prawda się wydała, nikomu nie można ufać, a Pan Tygrys taka sama menda i szuja, jak pierwszy z brzegu... Żebym ja jeszcze pamiętał nazwisko któregoś z tych celebrytów. (Nie żeby mnie ten brak jakoś szczególnie bolał.) No - niech będzie z grubej rury: Komóra z ruskiej budy!

Otóż to nie tak! Ci celebryci (i tu sobie załatwiamy punkt 2, gdyby ktoś to miał naukowo, na doktorat jakiś, analizować) to dla mnie właśnie zupełne NIC i zaskakuje mnie, a także martwi i nieco śmieszy, że "nasi" w ogóle ich jakoś znają, w dodatku powielając ich opinie i przejmują się nimi. To jest NIKT, ignorować tę swołocz - nie tylko ich wypowiedzi o Januszach, czy o czymkolwiek zresztą, tylko wszystko - całą @$%^ "twórczość"! Wyznam bez przesadnej skromności, że Bozia obdarzył mnie niemal całkowitą odpornością na słowicze tryle wszelkich szmirusów, za co pięć razy dziennie wznoszę do nieba dziękczynne modły.

Zgoda, nie jestem typowy, ale faktem jest, że mi to oszczędza masę głupich błędów i idiotycznych "sporów". Trochę szczegółów? OK. W takim PRLu, na przykład, poza Starszymi Panami, bardzo niewiele było rzeczy, związanych ze "sztuką" czy "kulturą", na które bym jakoś pozytywnie patrzył. Wrocławski zespół Romuald i Roman do nich należał.

Zgoda, była to co prawda żałosna amatorszczyzna, ale za to jeśli w ogóle występował w prlowskiej telewizji, to sporadycznie, i mógł sobie w związku z tym pozwolić na włosy zasłaniające uszy. Albo może odwrotnie to było z przyczyną i skutkiem. (Serio, tak to wtedy działało.) W odróżnieniu od takich np. (o Boże!) Skaldów, dzięki którym do PRLu pałałem niegasnącą nienawiścią. (Choć paru innych szmirusów też się przyczyniło.)

Jakaś Młynarska, mgliście pamiętam... Jej ojciec (tak?) nagrał w latach '60 jedną znakomitą płytę, niewątpliwie ubecja co najmniej wydała mu na to zgodę, potem było już tylko gorzej, choć czasem dało się wytrzymać, ale kim jest ta jego córka? Nic, zero, null! Stuhr?

Czy nawet dwa? Ktoś kiedyś DOBROWOLNIE oglądał jakieś coś z tymi ludźmi? No to gratuluję gustu i nadmiaru czasu! Nie, fakt... Sam jakąś "Seksoramę", czy jak to się tam wabiło, oglądałem, w Szwecji chyba zresztą, ale to wyłącznie z powodu rozbieranej sceny z meczem babskiej siatkówki - przysięgam! Stuhra mogło tam dla mnie całkiem nie być. jak i w ogóle nigdzie.

"Patriotyczna prawica", która zna Stuhry i Młynarskie, a do tego przyznaje im tyle statusu znakomitości, że przejmuje się ich opinią i zaszczyca ich (żałosną, ale jednak) polemiką? Nie, sorry, to nie dla mnie! Wyprowadźcie mnie stąd na świeże powietrze, bo się uduszę!

Zaś wracając do spraw ogólnoludzkich i obiektywnych - tę @#$% "elitę" po prostu należy totalnie ignorować (nie zapominając o odstawianiu od cycka i ew. pakowaniu do pierdla, kiedy zasłuży), oraz JAK NAJSZYBCIEJ zastąpić autentyczną. Autentycznie polską. (I najlepiej Tygrysiczną. JK jest super, ale tylko na krótką metę i b. lokalnie.)

* * * * *

Ad 7. Chłoszczę głupotę, chamstwo i podłość TYM MOCNIEJ, szmirę też zresztą, im intensywniej wymachuje biało-czerwoną flagą. Sorry, ale tak mam i tego nie zmienię!

(Zresztą w czasach szemranych KODów nie ma nawet w tym nic paradoksalnego czy błyskotliwego.)

* * * * *

c.d. Deo volente n.

triarius

sobota, sierpnia 06, 2016

Uliczki

Dzisiaj kilka zdjęć z trochą (ach, jak ja kocham tego Villona Boyem!) komentarza...


Madryd w latach '50

Madryd w latach '50. Wszystko szare, żeby nie powiedzieć czarno-białe, wyraźnie wyczuwalna atmosfera zagrożenia, powszechnej nieufności, braku szans, przygnębienia. Dyktatura wojskowa, stąd wyraźnie dostrzegalne militarystyczne ciągotki władzy. Nic dziwnego - faszyzm! A więc wojsko brutalnie mieszające się do polityki, społeczeństwo cywilne w zaniku...


Lizbona w latach '50.

Tutaj cały komentarz jest do przysłowiowej dupy - jak mi na to zwrócono po paru miesiącach uwagę, i co zresztą wyraźnie widać z napisu na zdjęciu, jeśli się nad tym nieco pomyśli. Sorry! Zachowuję jednak to, co było, bo pasowałoby, tyle że do jakiegoś innego zdjęcia. Trza by go w wolniejszej chwili poszukać. {Lizbona, także jakieś lata '50. Niby nieco bardziej kolorowo, ale niewiele, a poza tym nawet samochodów tu nie widać, a konie mają tak przygnębione miny, że aż chciałoby się tam zrobić jakaś Rewolucję Goździków, czy może Arabską Wiosnę. W sumie atmosfera dokładnie ta sama, co na poprzednim zdjęciu, a i przyczyna równie prosta.}

Londyn w latach '50.

Londyn, także jakieś lata '50. Faszyzmu formalnie nie ma, ale także wszystko czarno-białe i bez wielokulturowości, dzieci bawią się bez nadzoru na jezdni, na sto tysięcy nadzorujących kamer także przyjdzie długo jeszcze poczekać. W sumie smutek i nędza, a władza, jeśli w ogóle istnieje, wyraźnie ma bezpieczeństwo obywateli w nosie.

A teraz, żeby całkiem nie ulec depresji, zmienimy sobie scenerię. W końcu ile można!

Paryż rok 2016

Paryż, rok 2016. Tutaj mamy zupełny kontrast z powyższym, jakże przygnębiającym, obrazem. Prawda? Kolory, społeczeństwo obywatelskie kwitnie, a władza jak najdalsza od jakichkolwiek militarystycznych ciągotek, skutecznie zadbała o bezpieczeństwo i szczęście swych... Chciałem rzec obywateli. Op-ty-mizm i szczę-ście jednym słowem!

Londyn 2016

Tu znowu Londyn, tyle że teraz rok jest 2016. Zdjęcie, zgodnie z oczekiwaniem (w końcu Postęp i Demokracja robią swoje!) aż ocieka radością i optymizmem, a społeczeństwo cywilne kwitnie tak intensywnie, że niemal wyskakuje ze zdjęcia.


Bruksela 2016

Bruksela 2016. Wszystkie słowa zbędne, skoro już żeśmy co istotne i tak wyrazili, ale trudno nie wspomnieć i nie zachwycić się widocznym tu rozkwitem społeczeństwa cywilnego. (A to przecież tylko jedno zwyczajne zdjęcie!)


Watykan 2016

Rzym, a nawet konkretniej Watykan, i także rok 2016. Słowa są oczywiście zbędne, bo przecie każdy kto jeszcze potrzebuje, pilnie swoje Szkło Kontaktowe przecież ogląda i GWyb czyta. (Słowa kluczowe: SPOŁECZEŃSTWO CYWILNE, WOLNOŚĆ, BEZPIECZEŃSTWO.)

I to by było na tyle.

triarius