wtorek, lutego 27, 2007

Nasz człowiek na drzewie

Przyznam, że w pierwszej chwili udział Andrzeja Gwiazdy wraz z jego mądrą i w ogóle godną najwyższego szacunku żoną w checy zorganizowanej przez lewackich hunwejbinów eurokouchozu w Dolinie rzeki Rospudy zaskoczył mnie bardzo nieprzyjemnie.

Z czasem jednak zaczynam dochodzić do wniosku, że może po prostu zaczynamy działać naprawdę politycznie, czyli nie tylko płakać, dyskutować o niczym na różnych forach, kłócić się między sobą zostawiając rozbawionego wroga w świętym spokoju... Ale także staramy się w chytry sposób temu wrogowi pokrzyżować plany i postawić, mimo bardzo trudnych okoliczności, na swoim. Od kogo zaś moglibyśmy oczekiwać takiego mistrzowskiego ruchu, jeśli nie od człowieka, który dokładnie, jak nikt chyba, sformuował przyczyny i istotę naszych obecnych polskich nieszczęść? Trudno przecież sobie wyobrazić, by akurat Andrzej Gwiazda nie wiedział, co to suwerenność, albo by mu na niej aż tak mało zależało.

Moja teza na temat udziału państwa Gwiazdów w spędzie ekofilskich Rasputinów, tej piątej kolumny na usługach późnych wnuków Bismacka, podstarzałych już paryskich "rewolucjonistów" z '68, nawiedzonych fartuszkowców i zgrai lubiących luksusowe życie europasożytów, jest na dzień dzisiejszy taka: Gwiazdowie poświęcili częściowo swe dobre imię, zgodzili się na marne towarzystwo, ponieważ uznali, że Polska potrzebuje Wallenroda.

(Przy okazji zwracam uwagę na wspomniane tu przed chwilą a ukute przeze mnie terminy "Rasputiny" - oczywiście od Raspudy, oraz "ekofile" - bo przecież ci ludzie nie są żadnymi "ekologami", ekologia to nauka i w dodatku całkiem o czym innym, zaś tego rodzaju nadrzewni masturbanci terroryzujący porządnych ludzi powinni się kojarzyć właśnie z ludźmi określanymi słowami kończącymi się na "-filia". Takie jest moje zdanei i podzielam je absolutnie! Warto by chyba było te słowa rozpropagować.)

Powrót to państwa Gwiazdów i Wallenroda... Dzięki temu posunięciu, genialnemu jak mam zamiar wykazać, po pierwsze zablokowana została TW Bolkowi łatwa możliwość przyłączenia się do antypolskiej ekofilskiej akcji. To już coś, prawda? Zamieszanie w kręgach lewactwa też może z czasem niezłe powstać, kiedy część tej zgrai dowie się, kim jest Andrzej Gwiazda i jakie poglądy głosi. Skoro rodzima "prawica" (poza PiS'em) nie potrafi zrobić absolutnie nic poza jałowym ględzeniem, to niezłym pomysłem może się okazać użycie lewactwa do realizacji niektórych chociaż prawicowych celów. To towarzystwo naprawdę ma energię, naprawdę nienawidzi swych wrogów, naprawdę chce, i niestety także potrafi, działać!

Andrzej Gwiazda poświęcił się zatem i tłumiąc naturalny wstyd zdrowego inteligentnego człowieka wiedzącego, że odtąd aż po wieki wieków - a przynajmniej do odrycia za kilkadziesiąt lat intymnych zapisków naszego Walleroda, które wszystko wyjaśnią - będzie uważany za lewaka. Zgroza! Przyznam, że ja bym się aż tak poświęcić nie potrafił, już chyba prędzej z butelką na czołgi.


Wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych środków, a sytuacja Polski, dla ludzi, którym nieobojętna jest jej niepodległość i honor, jest wyjątkowo wprost trudna. Nieuświadomionym wyjaśnię, że dla mnie Unia Europejska jest złem, i niezbyt mnie interesuje czy do mnie przemawia rozczepianie włosa na 17 części i dyskutowanie tego, ile jej jeszcze brakuje do stalinizmu, najazdów Hunów, Pol Pota, czy Czarnej Śmierci. Dla mnie jest lewackim totalitaryzmem, który pożera polską niepodległość i grzebie pod stertą nieczystości to, co jeszcze pozostało ze wspanialej do niedawna zachodniej cywilizacji.

Andrzej Gwiazda postanowił działać, chwała mu za to! Wybrał drogę trudną, bo z pewnością tylko wyjątkowe jednostki gotowe są na takie poświęcenie. Nie dość, że Wallenrod, to jeszcze TAKI Wallerod! To niemal coś, jak nasz agent w samych bebechach UB czy Gestapo!

Wallenroda już mamy... Ale nie oszukujmy się - jeden Wallenrod, choćby na drzewie i z butelką na siuśki, nie zapewni nam zwycięstwa, lub choćby tylko dalszych kilku lat w miarę znośnego przetrwania. Zadać więc muszę niewygodne, ale konieczne pytanie: co Ty gotów jesteś dla niepodległości Polski i ratowania naszej cywilizacji zrobić, polski prawicowy patrioto?

Jeśli nic sensowengo nie przychodzi Ci do głowy, to postaraj się choćby wylansować terminy "ekofil" i "Rasputin". Może dało by się też zorganizować demonstracje z poparciem dla mieszkańców Augustowa i przeciw uroszczeniom agresywnego eurokochozu. Róbmy coś, bo nasz człowiek na drzewie to potężny atut, ale może aż tak długo tam nie wytrzymać, jeśli nie przyjdziemy mu wkrótce z odsieczą.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, lutego 21, 2007

Moje prawicowe aksjomaty

Oto moje własne prawicowe (w moim oczywiście własnym rozumieniu) aksjomaty. Z którym oczywiście nie każdy musi się zgadzać, ale mógłby się co najmniej zastanowić i ew. wypowiedzieć. "Aksjomaty" nie w tym znaczeniu, by dało się na nich zbudować jakiś system, tylko raczej dlatego, że nie podejmuję się ich udowodnić. I albo ktoś tak samo mniej więcej czuje, a wtedy jest moim bratem w prawicowości, albo tego tak nie czuje, a wtedy naprawdę może być trudno z tym coś zrobić. W obecnej formie nie aspirują one do naukowej czy językowej elegancji, są bowiem, choć oparte na latach przemyśleń i lektur, zapisane niemal bez chwili namysłu. Tym razem nie chodziło mi bowiem o styl (choć jest niezwykle ważną rzeczą!), tylko o materiał do dyskusji. (Marzenie ściętej głowy!)


1. Pewne najistotniejsze rzeczy nigdy się w istotny sposób nie zmienią, dopóki ludzie żyją na ziemi i są ludźmi. (Stąd mój głęboki sceptycyzm wobec wszelkich utopii i samej idei postępu.)

2. Mało wartościowych rzeczy przychodzi łatwo i bez wysiłku, a już na pewno w życiu społecznym i polityce.

3. Nawet aby tylko utrzymać społeczeństwo w znośnym stanie, potrzebny jest spory wysiłek woli i intelektu.

4. Nigdy nie zapanuje na świecie powszechna miłość i zrozumienie, zaś wszelka wewnętrzna spójność grupy jest w dużym stopniu zależna od jej wrogości wobec otoczenia.

5. Lepiej dać w dupę, niż w nią wziąć. (Co wcale nie oznacza, by prawicowiec koniecznie odczuwał potrzebę dawania komuś w dupę bez wyraźnego powodu.)

6. Ludzkie życie jest i zawsze będzie w dużym stopniu tragiczne, czego ważnym i pozytywnym aspektem jest to, że ma ono swą immanentną godność i wielkość.

7. Obiektywna rzeczywistość istnieje i nie zmieni się jej zamykaniem oczu, odmawianiem zaklęć, wiarą w cuda itp.

8. Życie każdego człowieka, jak również życie społeczne, składa się zarówno z rzeczy konkretnych, przyziemnych i prozaicznych, jak i z rzeczy wzniosłych.

9. "Ludzkość" jest czymś niewiele więcej, niż nie mającą realnego znaczenia abstrakcją. (Każdy człowiek jest w pewnym sensie moim bratem, ale indywidualnie. Liczony w milionach i miliardach przestaje niemal cokolwiek dla normalnego człowieka znaczyć.)

10. Człowiek jest z natury istotą społeczną.

11. Niemal każdy człowiek ma pewne potrzeby i instynkty religijne, których jeśli się w sensowny sposób nie zaspokoi, grozi to aberracjami i różnymi quasi-religiami.

12. Nie tylko ludzie żyjący obecnie, ale i wielu zmarłych stanowią grupę społeczną każdego z nas.

13. Całkiem sporo relacji społecznych nie opiera się wcale na zasadach wolnorynkowych, czy w szerokim znaczeniu ekonomicznych, czyli na rachunku zysków i strat.

14. Życiowym ideałem dla zdrowego dorosłego i dojrzałego człowieka nie jest, i nie powinno być, jakieś podrabiane dzieciństwo (jak to jest dla wielu lewaków).

15. Każde zdrowe i normalne społeczeństwo ma swą strukturę i jakąś formę władzy. Władza w przypadku zdrowego układu oznacza także odpowiedzialność, podległość zaś oznacza pewien stopień bezpieczeństwa, taki, na jaki stać dane społeczeństwo.

16. Coś takiego, jak "prawa człowieka" nie istnieje. Prawa każdego wynikają ze struktury i sposobu funkcjonowania danego społeczeństwa.

17. To samo dotyczy "praw naturalnych", tyle, że kiedy mówi o nich Kościół Katolicki, to nabiera to sensu, ponieważ jest to nakaz realigijny i prawa obowiązujące w pewnej grupie (choć wielkodusznie przyznawane także i innym).

18. Człowiek to z samej swej istoty istota społeczna i jako taka do pełni swej realizacji potrzebuje także efektywnego udziału w życiu swej społeczności. (Mogą być wyjątki, ale nie o to teraz chodzi.)

19. Z czego wynika, że republika jest ze swej natury idealniejszym ustrojem od np. absolutnej monarchii, jeśli oczywiście obie miałyby funkcjonować równie sprawnie i równie dobrze rozwiązywać problemy danego społeczeństwa.

20. Fochy na temat "ludu", "władzy ludu", "d***kracji" itd. mają bardzo mało wspólnego z prawicowością, bardzo dużo zaś z życiem w świecie ułudy i jałowych rojeń, odgrywaniem wielkiego pana, i robieniem namiastki prawdziwej polityki wedle zasady "cała para w gwizdek".

21. Polityka to przede wszystkim sprawa tego, kto będzie miał prawo decydować - czyli kto będzie miał władzę - oraz ile tej władzy będzie miał. Niemal wszystko inne to nie polityka, tylko co najwyżej administrowanie lub ekonomia.

22. Przeważnie wyraźnie widoczne stosunki władzy i zależności są lepsze od zakamuflowanych i zakłamanych.

23. Dobrze funkcjonujące społeczeństwo zapewnia skuteczne, powszechnie rozumiane i jak najpowszechniej akceptowane mechanizmy, pozwalające jednostkom ambitnym i mającym pożądane dla danego społeczeństwa cechy na pięcie się w hierarchii, oraz wzgl. spokojne i bezpieczne miejsce dla tych, którzy nie są do takiej walki zdolni, nie chcą w niej brać udziału, albo już w niej przegrali.

Mechanizmy te powinny, dla dobra danego społeczeństwa, stanowić jakieś formy "zrytualizowanej" walki, nie zagrażającej rozpadem społeczeństwa ani poważnymi w nim zaburzeniami.

24. Rynkowa GOSPODARKA - tak, rynkowa RELIGIA - nie!

25. Bezsilność korumpuje, zaś absolutna bezsilność korumpuje absolutnie. (Jest to oczywiście parafraza słynnego stwierdzenia Lorda Actona, moim zdaniem znacznie sensowniejsza od oryginału. Sam ją kiedyś stworzyłem, co nie było aż tak trudne przy moich poglądach, ale całkiem niedawno ze zdziwieniem odkryłem ją w pewnej niezbyt znanej amerykańskiej książce. Jej autor miał na nazwisko Korda.)

26. Kobiety i mężczyźni różnią się wcale nie "tylko jedną malutką rzeczą". Tak jest dobrze i tak ma pozostać!

27. Naród jest (zgodnie ze słowami kard. Wyszyńskiego) "rodziną rodzin" i jest istotny. Naturalną formą istnienia narodu jest państwo.

28. Takie pojęcia jak "Europa" są pojęciami geograficznymi i nie implikują jakiejś realnej wspólnoty społecznej. Co innego "zachodnia", czy "europejska", "faustyczna", czy "zachodnio-chrześcijańska" cywilizacja.

29. Regionalizm i "małe ojczyzny" mają realne znaczenie proporcjonalne do realnego znaczenia swych gwar, dialektów, miejscowych zwyczajów, i po prostu swego odcięcia od innych obszarów czy społeczności. W dzisiejszym bardzo już ujednoliconym świecie wyraźnie straciły na znaczeniu i wszelkie wysiłki w celu zwiększenia ich znaczenia trzeba uzać za co najmniej podejrzane, bowiem ich skutkiem jest przede wszystkim rozbijanie państw narodowych. Co jest niewątpliwie robione w celu stworzenia ponadnarodowego zideologizowanego molocha w rodzaju Unii Europejskiej.

30. Siły zbrojne każdego kraju służą do prowadzenia wojny, albo do unikania wojny przez odstraszanie, nie zaś inżynierii społecznej - czy to w kierunku liberalnym, czy jakimkolwiek innym. Głoszenie propagandowych tez, że to właśnie w pełni zawodowa armia jest idealnym środkiem od obrony kraju - w dodatku kraju takiego jak Polska, z brakiem naturalnych granic i o specyficznych sąsiadach - dowodzi albo intelektualnej nieuczciwości i kompletnej nieznajomości spraw militarnych, a nawet historii, albo jest po prostu działaniem obcego agenta wpływu. (Zresztą inżynieria społeczna sama w sobie jest w zasadzie sprzeczna z prawicowością.)

31. "Suwerenność narodu", czy nawet "ludu" wcale - wbrew temu, co opowiadają różni monarchiczni frustraci - nie jest zaprzeczeniem prawicowości. Także nie jest nim demokracja, i w istocie znacznie lepiej jest, by naród miał wpływ na własne losy, choćby w sposób wysoce niedoskonały, niż oddać ten wpływ bez żadnego sposobu na jego odzyskanie jakimś niekontrolowanym przez nas i nie godnym zaufania ponadnarodowycm siłom. (Dojście PiS'u do władzy, mimo wszelkich wad tej formacji, jest dobitnym dowodem na to, że demokracja na poziomie kraju nie jest jeszcze zupełną fikcją. I tak powinno pozostać.)

32. Wszelkie hipostazowanie jest wysoce podejrzane, np. czynienie z demokracji jakiejś utopii absolutnego raju na ziemi, czy mieszanie do stosunkow prostej definicji tego pojęcia niezwiązanych z nim pojęć w rodzaju "tolerancja", "polityczna poprawność", czy "wartości europejskie".

33. Większość ludzi nie jest z pewnością bardzo mądra, ale prawicowiec będzie raczej traktował ich z szacunkiem i nieco na wyrost, niż z pogardą i jako głupszych i podlejszych, niż wedle wszelkich danych w istocie są. A zatem wszelkie pomysły w stylu "wzięcia tej hołoty za mordę i uszczęśliwienia ich na siłę", charakterystyczne np. dla masonerii, ale wcale nie wyłącznie, są dla prawicowca wstrętne.

No, to by było na razie tyle.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, lutego 17, 2007

Pani docent, kniaź Kropotkin i ja (głównie jednak o Robercie Ardreyu)

To jest w istocie całkiem pierwszy tekst, który jakieś półtora roku temu napisałem na ten blog, kiedy ten właśnie powstał. Wtedy wydał mi się jednak zbyt osobisty i... zbyt "antysemicki" (nie w stosunku do moich obecnych poglądów oczywiście, tylko do tego, co w Polsce jest nawet na prawicy tolerowane). Więc go po paru dniach wywaliłem. Jednak chyba aż tak źle z nim nie jest, więc go tu wklejam, bo trochę ostatnio za bardzo jestem zajęty ganianiem za forsą (typowa przypadłość ludzi, którzy nie współpracowali i nie należeli, a "europą" się brzydzą).

* * *

Gdzieś na przełomie lat '90 stałem się jednym z licznych zapewne obiektów badań nad poglądami i stanem świadomości solidarnościowej emigracji w Szwecji. Odbywało się to w formie rozmów, w moim przypadku było to kilka parogodzinnych, swobodnych i całkiem interesujących rozmów z mieszkającą niedaleko panią docent – świetnie urządzoną w socjalistycznej Szwecji i szwedzkim socjaliźmie pomarcową emigrantką (ze wszystkim, co można z tego faktu wywnioskować).

Analizę osoby pani docent, jej sfery i jej poglądów zostawię sobie, Deo volente, na jakiś inny czas. Czemuż zatem wspominam ją i całą tę błahą w końcu sprawę? Otóż pamiętam, że od razu pierwsze pytanie owej ankiety dotyczyło „książki, która cię najbardziej cię ukształtowała”. Ja zastanowiłem się krótką chwilę, no bo parę dobrych książek zdarzyło mi się w życiu przeczytać, za co zresztą musiałbym w znacznej mierze podziękować socjalistycznym szwedzkim bibliotekom, od zwyczajnych miejskich, po sławne uniwersyteckie, po czym odpowiedziałem, że „Territorial Imperative” („Imperatyw terytorialny”) Roberta Ardreya.

Na to pani docent zrobiła naprawdę bardzo wielkie oczy. Ja zaś dopiero po dłuższej chwili zrozumiałem w czym rzecz. I rzekłem, szczerze rozbawiony: „To pani naprawdę nie może sobie wyobrazić, że bez pomocy Michnika i Kuronia, ktoś mógłby w ogóle stwierdzić, że komunizm jest be? Otóż zapewniam panią, że takich ludzi jest cała masa, po prostu to nie są te kręgi, w których pani się obraca”. Dla każdego chyba prawicowego czytelnika będzie to oczywiste, ale dla pani docent naprawdę było absolutnie niewyobrażalne.

Prawdopodobnie zresztą nadal dla pewnych licznych i nadal bardzo wpływowych ludzi każda antylewicowość - na przykład antykomunizm nie będący rewizjonizmem, nie natchniony „młodym Marksem”, Trockim, Gramscim itd. - jest po prostu przejawem ostrej i (oczywiście, jak to one) nieuleczalnej psychopatii. Oni naprawdę tak to widzą, i w tym jedna z ich ogromnych przewag - podczas gdy ja mogę sobie łatwo wyobrazić „jak to jest być lewicowcem” (tylko że mnie to odstręcza), oni duszę prawicowca zrozumieć mogą akurat tak, jak duszę krokodyla.

Kiedy pani docent nieco ochłonęła, co zajęło jej jakiś czas, podczas którego ogarnąłem wzrokiem jej pokoik, a przede wszystkim regał pełen książek o feminiźmie, plus kilka o żydowskiej martyrologii pod okupacją, no i parę też o „Solidarności”. Potem pani docent wykonała następny ruch, w założeniu pojednawczy: zasugerowała mianowicie, że tym najważniejszym dziełem mogłaby być bardzo niegdyś głośna książka kniazia Kropotkina, duchowego ojca anarchizmu. To było coś więcej niż pojednawczy gest – to była zgoda na cofnięcie mojego własnego, nieudanego ruchu. Nieprzemyślanego, albo nawet po prostu sprzecznego z regułami gry.

Kropotkina nie wszyscy z pewnością czytali, ja sam kiedyś dostałem jego książkę w prezencie, jako ciekawostkę, i z zainteresowaniem przeczytałem kilkadziesiąt pierwszych stron, poświęconych historii rodu. Odrzuciłem dzieło, gdy kniaź doszedł do sedna. Czyli kiedy zaczął bredzić na temat „przykłady współpracy w przyrodzie i co z tego wynika dla przyszłej ludzkości”.

Pani docent naprawdę chciała mi dać szansę i uczyniła to bardzo finezyjnie i elegancko: Kropotkin to wprawdzie nie Michnik, ale jeśli komuś w ręce wpadnie wcześniej, to przełom też przecież nastąpić musi! Nie będziemy przecież zsyłać ludzi do łagrów dlatego, że przed wydanym w drugim obiegu późniejszym (współ)Ojcem Okrągłego Stołu, do rąk wpadło im przedpotopowe wydanie Ojca Anarchizmu... To już nie te czasy!

Ja jednak brutalnie odtrąciłem wyciągniętą rękę, więcej – obśmiałem nawiedzonego kniazia i jego głęboką znajomość życia zwierząt. Sam Ardrey choćby dawał całkiem inny jego obraz, a zresztą wystarczyło minimum zdrowego rozsądku. (Teraz dostrzegam, że w oczach pani docent to było chyba coś więcej, niż wyciągnięta ręka – to musiało być swego rodzaju koło ratunkowe. Miałem szansę stać się przyzwoitym człowiekiem. I odrzuciłem ją...)

Do czego zmierzam? Moje boje z panią docent byłyby chyba warte opowiedzenia, różne inne zarysowane tutaj fakty także mogłyby stanowić osnowę (albo wątek) interesujących tekstów. Ale tutaj chodzi mi przede wszystkim o Roberta Ardreya – autora, który uczynił mnie prawicowcem. Nie żebym nim w jakimś, może nawet w całkiem znacznym, stopniu nie był, zanim jeszcze w uppsalskiej miejskiej bibliotece wpadła mi w ręce książka ta jego książka. Gdybym nie nie miał prawicowych skłonności, prawdopodobnie nigdy bym jej nie pożyczył, nie mówiąc już o gruntownym przeczytaniu.

Czytałem przed „Terytorialnym imperatywem” parę książek, które dały mi do myślenia i wpłynęły jakoś na moją reakcyjność i te rzeczy. Na przykład „Lwy Alkazaru” w tanim przedwojennym wydaniu. Albo „Oblicze Trzeciej Rzeszy” Joachima Festa w całkiem oficjalnym wydaniu prlowskim - z pewnością nie prawicowe, ale skutek na moją młodą duszę był piorunujący. (Tam poczytałem sobie o totalitaryźmie jako takim. Do komuny też się to cudnie odnosiło, w tym rzecz.)

Czytałem też jako nieletnie pachole Dżilasa, który nie zrobił na mnie większego wrażenia. Zresztą byłem już dawno przekonanym antykomunistą. (Nawiasem dziwne, bo nie pamiętam, by pani docent dała mi do wyboru, jako tę super-ważną, książkę Dżilasa, widać całkiem straciła co do mnie nadzieję.)

Miałem też od b. wczesnego okresu dobry kontakt z publikacjami podziemnymi, z których wiele było interesujących i jakoś na mnie wpłynęło. Nawet, mówię to uczciwie, te lewicowe, których przecież była większość. Zresztą taki „lewicowiec” jak np. Orwell... Paradne! Działał po nieodpowiedniej stronie, nawet być może strzelał, ale intelektualnie? Nic dziwnego że się go tak panicznie boją, i to bynajmniej właśnie nie tylko tych dwóch jego sławnych książek.

Ale to Ardrey, przypadkowo napotkany w szwedzkiej bibliotece, bardziej niż ktokolwiek inny, dał mi intelektualną podbudowę, a przede wszystkim pewność, że już żadne lewicowe argumenty nie są nigdy w stanie przeważyć kilku najbardziej podstawowych faktów i prawd. Prawd opartych na faktach dostępnych dzisiaj każdemu, kto chce widzieć i chce wiedzieć, ale znanych wciąż bardzo niewielu ludziom, a w dodatku zajadle kontestowanych przez liczne autorytety. Nie, pomyłka! Kontestacja faktycznie była, ale już jej nie potrzeba, teraz po prostu wszyscy zgodnie milczymy, udało się kontestatorom, za pomocą zmienionej taktyki, osiągnąć w końcu to, czego osiągnąć nie mogli kontestując. A my im nie przeszkadzamy...

A prawdy jakie? Powiem to znowu w obrzydliwie subiektywny, egocentryczny sposób. Cóż, widać inaczej nie umiem. Takie, że jeśli bym się któregoś ranka zbudził i zwątpił w którąś z nich, byłbym pewien, że znalazłem się, już nawet nie na całkiem innej planecie, ale w którymś z innych, nawet nie bardzo „równoległych” wszechświatów.

Nie chodzi tu oczywiście o moją osobę, chodzi o autentyczny przykład, o autentyczną „duchową spowiedź prawicowca”. Dlatego to co tu piszę ma w moim przekonaniu znaczenie. Więc osobiście mogę się nie zgadzać z całą masą poglądów różnych prawicowych partii, znamienitych prawicowych myślicieli, polityków i ogólnie autorytetów (nie mówiąc już o tych jedynie określanych jako prawicowi, lub którzy z jakichś powodów sami się tak lubią określać). Mogę się nie zgadzać z ich poglądami na temat ekonomii, religii, życia społecznego, wojny, patriotyzmu, czegokolwiek. Jądro moich przekonań zawsze będzie prawicowe i zawsze myślę że będę w stanie się obronić w ideologicznych sporach – zarówno wobec ataków z lewa, jak i ze strony, że tak powiem „nieokreślonej”.

Proszę powyższego nie brać za przejaw pychy czy autoreklamy! Tutaj chodzi nie o mnie, tylko o Ardreya, oczywiście – pewne umysłowe możliwości są konieczne by polemizować, ale ludzi o takim potencjale nie brakuje. Dlaczego więc prawica naszej zachodniej „faustycznej” (wedle określenia Oswalda Spenglera, bardzo wielkiego i bardzo prawicowego myśliciela) cywilizacji jest w tak wielkim stopniu intelektualnie podzielona i rozdrobniona? Dlaczego prawicowcy i niby-prawicowcy szarpią się o tysiące szczegółów i szczególików? I nie tylko szczególików niestety - nie trzeba być lewicowcem, by pękać ze śmiechu słysząc ciągłe spory o to, czy ekonomiczny liberalizm jest prawicowy, czy wręcz przeciwnie. A to przecież fundamentalna kwestia.

(Starożytna Sparta byłabyż zatem państwem skrajnie lewicowym? Bardziej lewicowym niż powiedzmy nasza droga Platforma Obywatelska? Wolne żarty! Można Sparty nie lubić, ale "socjalizm", w jakimś zbliżonym do marksizmu sensie, to to nie był. To może i bardziej lewicowa ona była od przesławnej partii demokraci.pl, czy jak oni się akurat dzisiaj raczą nazywać?)

Oczywiście nie twierdzę, że książki Roberta Ardreya - a jest ich sporo, kilka nawet w moich oczach jeszcze lepszych od „Imperatywu terytorialnego”, nie wspominając już jego wcześniejszych lewicowych (!) sztuk i masy wysoko cenionych hollywoodzkich scenariuszy ("Trzech muszkieterów", "Pani Bovary", "Ben Hur", itp.) - to jakaś „biblia prawicowca”, że poza nimi nie ma prawicowego zbawienia, czy coś takiego. Chodzi tutaj tylko mi o dwie zasadnicze sprawy:

Po pierwsze, w moim najszczerszym przekonaniu istota prawicowości leży znacznie głębiej, niż doktryny ekonomiczne w ich gazetowo-telewizyjnym, a nawet partyjno-parlamentarnym, wydaniu. Ba, głębiej niż stosunek do religii, powszechnego poboru, kary śmierci, czy globalizacji!

Po drugie, lewicowym intelektualistą, nie mówiąc już o artyście, jest być stosunkowo bardzo łatwo. (Nie mówiąc już o pseudo-artyście, tym bardziej jeszcze uchodzącym za geniusza!) Dlaczego tak jest? Dobrze, jeśli uczciwie pomyślisz nad tą kwestią parę minut i nie znajdziesz zadowalającej odpowiedzi, to daj mi cynk na adres Redakcji, a ja zobowiązuję się to wyjaśnić czarno na białym. Umowa stoi?

Na razie przyjmijmy, że tę sprawę już ustaliliśmy – jest bez porównania łatwiej być lewicowym intelektualistą czy artystą, niż prawicowym. (Co zresztą w pewnej mierze musi tłumaczyć, czemu jest ich tylu więcej.) A jeśli tak jest, to nie mamy się co spodziewać, iż dzisiejsza „krótka ławka” prawicowych intelektualistów i artystów, nagle się wydłuży. Ergo, potrzebujemy każdego, kto jest tego naprawdę wart. A Robert Ardrey na pewno jest. Moja własna intelektualna... nie tyle „przemiana”, co może raczej „krystalizacja”, jest tego dowodem. (Jakkolwiek mało skromnie by to mogło zabrzmieć, ale przesadna skromność nie jest prawicowa, zgoda?) Na pewno nie byłem jedyny, a co ważniejsze – mogłoby być o wiele więcej takich „krystalizacji”.

Tutaj nie chodzi o żadne „objawienia”! Jeśli ktoś się nie zgadza z Ardreyem - na podstawie faktów, albo wyciągniętych wniosków - to ja osobiście byłbym bardzo zainteresowany ich poznaniem. I bardzo się zdziwię, jeśli te poglądy nie będą wybitnie lewicowe. W końcu jeśli pisarz tak w latach '60 i nieco później głośny, tak agresywnie i powszechnie atakowany, całkiem znika z intelektualnego widnokręgu, to tu coś chyba jest na rzeczy. Ataki niewiele pomogły, ale przemilczanie (i chytre wykorzystanie przepisów prawa autorskiego, Święte Prawo Własności zatem!) działa znakomicie. Żadni prawicowcy, nikt w ogóle z tych, którzy w opisywanych przez Ardreya faktach – na temat życia dzikich zwierząt, prehistorii człowieka, życia prymitywnych plemion - żeby już pominąć jego wnioski, mogliby znaleźć oparcie, nie próbuje go nawet wygrzebać z zapomnienia.

A przecież wystarczy w w wyszukiwarkę, np. Google wklepać „Ardrey + Robert” (bez cudzysłowu), żeby zobaczyć, że nie jest to ktoś pozbawiony znaczenia. Nawet w 25 lat po swej śmierci. Jego książki też są w internetowych księgarniach dostępne. Tylko prawicowcy wolą wsłuchiwać się we własne głosy, wygłaszając jedynie słuszne poglądy na temat liberalizmu, czy zjednoczonej Europy, poziom wewnątrz-prawicowej dyskusji i myślenia zostawiając... Komu właściwie?

Oczywiście mógłbym się sam zakręcić koło spopularyzowania tego wybitnego myśliciela i autora. Skłamałbym mówiąc, że nie rozmyślam o tym co pewien czas przez wszystkie te lata. Ardrey, i oczywiście nie tylko on, wybitnych autorów jest dzięki Bogu trochę, powinien być dostępny i po polsku. Choćby dlatego, że wagę języka określa w dużym stopniu to, co w nim napisano i wydano, także przekłady, choć oczywiście dzieła oryginalne są ważniejsze. Poniekąd staram się to zresztą zrobić, tym właśnie tekstem. Dlaczego jednak nie uczyniłem czegoś więcej, i o wiele wcześniej?

Jeden powód jest taki, że w końcu angielski dzisiaj każdy powinien rozumieć, przynajmniej ktoś mający pewne intelektualne aspiracje. Obcy język to jest francuski albo łacina, angielski to jest coś jak wybieranie numeru telefonem albo spuszczanie wody. Więc każdy może sobie sam przeczytać, jeśli się trochę postara. Drugi powód jest nieco, lub nawet bardziej niż nieco, smutniejszy. Otóż zawsze kiedy myślałem o wylansowaniu Ardreya w Polsce, po paru minutach dochodziłem do takich wniosków, cytuję sam siebie:

A komuż to będzie z Ardreyem tak bardzo po drodze? Nasza prawica opiera się w znacznym stopniu na katolicyźmie. Z całym szacunkiem i sympatią dla Kościoła, przecież ewolucja człowieka, jego instynkty, jego krwiożercza przeszłość i jej ślady w teraźniejszości, ani też dość bezkompromisowe hipotezy Ardreya na temat rodziny, na pewno nie stanowią dla dzisiejszego katolika najwygodniejszych tematów. (Nawet przed ostatnim Soborem by nie stanowiły, choć częściowo może z nieco innych względów.)

To już jest pewien problem, prawda? A lepiej już nie wspominać o tych prawicowcach, którzy definiują praktycznie prawicowość jako totalny ekonomiczny liberalizm, nie wnikając w to, czy jego skutkiem mają być miliony malutkich indywidualnych gospodarstw rolnych, gdzie pater familias będzie miał totalną władzę życia i śmierci, czy też kilka światowych oligopoli, sporo hipermarketów, i sto miliardów ludzi ze wszczepionymi chipami, poruszających się od rana do wieczora na komendę. Dyskusja by nam się naprawdę przydała. I to właśnie wewnątrz-prawicowa, bo próby przekonywania lewicowca są czymś takim, jak próby przekonywania mnie, bym poważnie potraktował kniazia Kropotkina, albo pani docent, by pokochała... Powiedzmy Generała Franco.

Proponuję byśmy wkrótce, jak najszybciej, dali sobie szansę podyskutować o sprawach istotnych, między innymi o tych, opisanych przez Roberta Ardreya. A jeśli ktoś ma podobnie znaczących dla swego rozwoju, a mało znanych w Polsce, autorów, to także warto by było poświęcić im parę akapitów tekstu i powiedzieć o tym ludziom. Ludzki mózg jest bowiem, wedle pewnej interesującej i płodnej hipotezy, organem par excellence społecznym, w tym sensie, że jego działanie nie może być rozpatrywana w całkowitym oderwaniu od odzewu, jaki znajduje w społeczności. Jeśli tak naprawdę jest, to jeżeli Twoje Czytelniku, najgłębsze i najbłyskotliwsze nawet, myśli nie mają żadnego społecznego oddziaływania, to niemal równie dobrze mógłbyś całkiem nie myśleć.

Zastanów się nad tym Czytelniku, to wcale nie jest głupie! A więc działajmy, na przykład dyskutujmy! I stwórzmy może wreszcie jakąś naprawdę sensowną, przybliżoną choćby, definicję prawicowości, a także może kilka związanych z tą sprawą aksjomatów. Zamiast dziobać się wzajemnie, wyzywając od „socjalistów” i „liberałów”, tworzyć sztuczne podziały, jednocześnie bratając się z każdym niemal trojańskim koniem i kucykiem. To znaczy, kłócić się o ekonomię i inne sprawy jak najbardziej można i nawet trzeba, ale przecież nawet gołym okiem łatwiej jest rozpoznać lewicę i prawicę, niż przy pomocy praktycznie każdej z szeroko obecnie stosowanych definicji! Przynajmniej ja to tak widzę, a jeśli mam częściową choćby rację, to coś z pewnością warto by było w tej sprawie zrobić. Zgoda?

Nawiasem mówiąc, wspomnianą przed chwilą hipotezę - tę o immanentnym związku naszego myślenia z życiem społecznym - postawił właśnie Robert Ardrey. W książce zatytułowanej „The Social Contract” („Kontrakt społeczny”, tytuł ten jest oczywiście nawiązaniem do sławnego dzieła J.J. Rousseau pod tym samym tytułem).

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, lutego 15, 2007

Tusk niemal płacze, Lesiak niewinny... i jeszcze coś

Coś tam się dzisiaj wydarzyło: Tusk prawie się rozpłakał na początku wystąpienia A. Leppera (nieźle dostał w dupę, i to dwa razy, głupi pajac!), uniewinnili Lesiaka (oczywiście dno!), już zaczynają bronić tego tam kardiochirurga (lekarska korporacyjność i moralna zgnilizna dziennikarzy ręka w rękę, jeśli ktoś by mnie chciał pytać). Acha, jeszcze ten tam wielu inicjałów Nowakowski, facet dość sensownie gadający, jak na telewizję III RP, okazał się być wsiowym agentem. Taka to i RP...

Ale tutaj mam coś interesującego i zabawnego, co pragnąłbym polecić wszystkim zwierzęcym antylewakom, rewolucyjnym konserwatystom i także wszystkim błądzącym w swej niewiedzy (przynajmniej w kwestii nomenklatury, choć niestety wielu błądzi także w poglądach) liberałom.

Oto to coś: http://www.moral-politics.com/xpolitics.aspx?menu=Home

Zachęcam! Absolutna prawda to z tego może nie wyniknie, ale wyniki nie są bez sensu. I jeśli co najmniej trzy osoby wkleją tu w komentarzach własne wyniki, to ja także je wkleję. Będzie masa śmiechu. Umowa stoi?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, lutego 13, 2007

Co to jest ta prawicowość? (Mało oryginalny temat, wiem!)

Wklejam tutaj moją wypowiedź z wątku zatytłowanego (przeze mnie samego zresztą) "Co to wreszcie (do jasnej i niespodziewanej) miałaby być ta PRAWICOWOŚĆ?" na nowym forum nowej prawicowej (i wirtualnej na razie) parti. Oto link do tego forum, można się zainteresować i ew. zapisać:

http://www.prawicarp.pl/

Chyba trochę by było szkoda, gdyby szeroka Publiczność nie miała okazji zapoznać się z tymi moimi poglądami. A zatem...


Co to jest prawicowość? (po raz kolejny i na pewno nie ostatni)

Prawicowość jest to m.in. zaprzeczenie gnostyckiego rozumienia świata, w którym poza cienkim welonem widzialnego, dotykalnego świata, kryje się "świat prawdziwy", do którego można dotrzeć niezbyt wielkim wysiłkiem, ale za to przy pomocy pewnej tajemnej wiedzy ("gnosis", to po grecku "wiedza", i to właśnie raczej taka bardziej tajemna).

Wiąże się to w oczywisty sposób z kwestią utopizmu, ponieważ utopia to taki właśnie "lepszy" świat, uzyskany dzięki tej specjalnej wiedzy. Prawicowość jest odrzuceniem wszelkiej utopijności. Co oczywiście nie oznacza, że prawicowiec nie dąży do lepszego świata, tyle, że prawicowe rozumienie ludzkiego losu zawsze będzie w sumie tragiczne - zarówno wzniosłe, jak i, w pewnych przynajmniej istotnych aspektach, smutne. Dla rasowego lewaka świat to piaskowniaca, a dla lewicowego "intelektualisty" to właśnie ta cienka zasłona kryjąca "świat prawdziwy", bez porównania oczywiście lepszy od tego tutaj.

Pośrednio, w codziennym psychicznym nastawieniu, ale także dobrze widocznym z polityce, prawicowość jest brakiem wiary w uniwersalne wytrychy rozwiązujące wszystkie, lub niemal wszystkie problemy - w jakieś zawsze cudownie bezbłędnie działające "równowagi organów rządowych", w boską i niezmienną mądrość "wolnego rynku", w absolutną świętość "Prawa" (świętość? czy to nie jest herezja?), a już szczególnie świętość pomniejszych jego przejawów, w rodzaju "świętego prawa własności".

Prawicowiec może cenić wiele z tych rzeczy, ale ich nie fetyszyzuje. W odróżnieniu od liberała czy zadeklarowanego socjaldemokraty (gdzie są dzisiaj między nimi różnice, swoją drogą?), prawicowiec wie, że wszsytko to nie może działać zawsze idealnie, bo nic tak na tym świecie nie działa. Dlatego też mówi to - przynajmniej w sytuacjach, kiedy może być całkiem szczery - otwarcie.

Liberał albo otwarty lewicowiec stara się tych niedoskonałości za wszelką cenę nie dostrzegać, a kiedy okazuje się to niemożliwe, tworzy specjalne wyjątki, rzekomo "potwierdzające niezmienne reguły" i je jeszcze "udoskonalające". Tak jest z "prawdziwą" demokracją, w odróżnieniu od zwykłej demokracji (a kto tak, nawiasem mówiąc, uwielbia mówić o absurdalności "demokracji ludowej", jak liberałowie?), czy "dobrze rozumianą" wolnością słowa, która bez cienia problemu akceptuje zamykanie ludzi do więzień za wyrażanie poglądów.

Prawicowość to moim zdaniem nie tylko to, ale cała masa innych rzeczy. (Tak samo zresztą jak lewicowość, która z intelektualnego punktu widzenia jest fascynującą sprawą. Wcale nie mniej fascynującą, jeśli potraktujemy ją jako psychiczną skazę.) Jednak ten właśnie szeroki aspekt prawicowości (i lewicowości) uważam za wyjątkowo istotny (z którego to powodu najprawdopodobniej on właśnie nasunął mi się tutaj jako pierwszy).

Zapraszam do dyskusji. Oświadczam oficjalnie, że nie mam żadnego doktoratu z prawicowości, ani nawet z filozofii, więc nie chodzi mi o to, by się wyłącznie wymądrzać, ino o to, by do czegoś dojść. Choć oczywiście niektóre sprawy mam już nieźle przemyślane i byłbym zadowolony, gdyby udało mi się nieco moje poglądy spopularyzować.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, lutego 02, 2007

Polityczna nuda w krainie euroscypka

Kolejny błyskotliwy tytuł (mógłbym chyba takie tytuły sprzedawać w pęczkach i zapewne byłby popyt)... i niewiele poza tym. Sens w tym tytule jest o tyle, że właśnie po trzech latach Polska stała się oficjalnie i legalnie Europejskim Regionem Euroscypka. Co do nudy zaś, to zapewne jest to sprawa wyłącznie subiektywna, bo i TW Beata coś tam pyskuje, i Bufetowa się pieniaczy, i "Amerykańsko-Żydowska" organizacja ma coś tam do powiedzenia na temat ukraińskiego doktoratu honoris causa Andrzeja Leppera (???).

Mnie to jednak cholernie ostatnio nudzi, zapewne po prostu dlatego, że - jako człowiek, który do SB nie donosił - muszę się ostro kręcić wokół swych ekonomicznych spraw, po prostu po to, by utrzymać nos nad powierzchnią. Obiektywnie zapewne nudniej, niż normalnie, bo to i Tysiąc Ojców Najmłodszej Córki Anety K... I wszystko inne.

Co do Cieniasów, to mało ich ostatnio na TVN24, a ponieważ to partia wykreowana i utrzymywana przy życiu przez medialną propagandę, wróżę jej dość rychły schyłek. Skoro już nawet media nimi się nie interesują, to kto będzie? Rodzimy gazowniczy ęteligęt, jasne, ale dla tego równie dobrze, co Platforma może być jakiś LID, Zieloni 2004, Partia Kobiet, czy inny komuch.

No dobra, z konkretów powiem, że czytam właśnie znakomitą książkę, którą sobie parę dni temu kupiłem na straganie za 9,90 i każdemu polecam. Nie jest to książka antykwaryczna, trochę się rozejrzeć, to z pewnością da się znaleźć. A naprawdę warto. Tytuł ma ta książka "Sprawa Sokratesa", autorem zaś jest I.F. Stone.

Co do Sokratesa, to nigdy dziada nie lubiłem, a miałem z nim nieco do czynienia, bo mam w życiorysie nawet jeden semestr attyckiej greki (z czego zaliczyłem połowę), gdzie poza "Anabasis" Ksenofonta, czytaliśmy właśnie "Apologię Sokratesa" Platona. Sokrates zawsze wydawał mi się paskudnym lewakiem, ale szczerze mówiąc nie miałem nigdy cierpliwości do poważnej lektury Platona, ani innych poważnych tekstów na jego temat.

I.F. Stone - b. poważny i ceniony dziennikarz, który na emeryturze nauczył się greki i zajął właśnie Sokratesem, a szczególnie słynnym i kontrowersyjnym wyrokiem na niego - przedstawia Sokratesa, bardzo przekonująco i rzetelnie w mojej opini, jeszcze znacznie gorzej, niż sam to sobie w mojej dyletanckiej antypatii do tego rodzaju typów wyobrażałem. Sokrates okazuje się mniej, niż myślałem nihilistą, a bardziej po prostu totalitarystą. (Platona od początku widziałem, jako totalitarystę, ale ostatnio zaczęło mi się wydawać, że może to przesada i że facet po prostu, jako prekursor, macał nieco na oślep w swych intelektualnych poszukiwaniach. Jednak chyba to dawniej miałem rację.)

Gdyby ktoś chciał porozmawiać o tej książce, albo o Sokratesie, czy może w ogóle o ideach mniej i bardziej totalitarnych/demokratycznych, to zapraszam.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.