niedziela, maja 25, 2008

Triarius the Tiger o wojnach i ideologiach

Puk puk! Kto tam? To nasz niezawodny dostawca bonmotów Triarius the Tiger z dwoma najświeższymi produktami. (Komu z oliwkami, komu z kiełbasą krakowską?)

Wojny domowe są najbrutalniejsze i najkrwawsze? Trudno się dziwić - w końcu żaden zagraniczny wróg nie puszcza nam codziennie przez ścianę rapu czy techno!


* * * * *

Jeszcze nie tak dawno można było ideologię zdefiniować jako "filozofię (fakt, że niemal bez wyjątku niewysokiego lotu) odpowiednio sprymitywizowaną i ufryzowaną na użytek politycznej propagandy". Dzisiaj ta definicja nadaje się już do lamusa i ideologia to tylko linia propagandowa pomiędzy poszczególnymi kampaniami medialnymi - kiedy sztaby propagandzistów odpoczywają po trudach, albo obmyślają nowe posunięcia.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, maja 23, 2008

W kropli wody ujrzałem niezliczone tłumy fellachów

Jeśli ktoś się w miarę serio zastanawia nad procesami toczącymi się na naszych oczach oraz nad przyszłością, prawdopodobnie jednym ze istotniejszych zjawisk, które zauważa, jest głupienie ludzi - ich niezdolność do samodzielnego myślenia, coraz większa łatwość, z jaką dają się sterować już nie tylko różnym uznanym "mędrcom" i "autorytetom", ale po prostu ewidentnym macherom od masowej rozrywki i podobnych rzeczy. W końcu to, że człek szuka mądrości u mądrzejszych od siebie, nie jest wcale takie głupie. Problemem jest oczywiście to, że ci "mędrcy" to najemni propagandziści i cyniczni kłamcy i ci ludzie tego nie zauważają.

O ileż jednak gorsze, głupsze i przeraźliwsze jest, kiedy bez oporu - z dziką radością nawet, godną stada owiec idących do rzeźni za największym baranem - ulega się manipulacjom ze strony kogoś, kto "mędrca" nawet nie udaje, a po prostu jest "cool", modny (bo lansowany przez potężne media), głośny, albo został poklepany po plecach przez kogoś zza granicy. Wow!

Zjawiska takie są widoczne gołym okiem dla każdego, kto je chce zauważyć. Można to też intelektualnie rozwijać: "cywilizacja obrazkowa", "psychologia tłumu" opisywana przez Le Bona (moim zdaniem nic tam dla nas nie ma), "samotny tłum" opisywany przez autorów książki "The Lonely Crowd" (ma wady, ale to ważna książka)... Można nawet pojechać Nietschem czy Spenglerem, analizując te sprawy w kategoriach "ostatniego człowieka", "zmierzchu cywilizacji", "wielkomiejskiego proletariatu" czy "fellachizmu". (Co ja akurat gorąco popieram, szczególnie z tym drugim autorem.)

Można, i należy, zastanowić się też nad rolą, jaką pełni dzisiaj wykształcenie. Jeśli można to jeszcze tak określić. I to zarówno na tym, co dzieje się w szkołach - z prelekcjami na temat stosunków analnych (żeby to jeszcze hetero!), oraz egzaminami, w których jedyną dobrą odpowiedzią jest czołobitność wobec Ojrounii tak daleko posunięta i obrzydliwa, jak ta, której wymagano od ludzi w Związku Sowieckim. Przykładem niedawna matura.

Wszystko to prawda, wszystko to przerażające i bardzo źle wróżące przyszłości naszej cywilizacji i naszego kraju. Nic w tym jednak przesadnie nowego czy oryginalnego. Zgoda. Wczoraj jednak natknąłem się na przypadek, w zasadzie drobny, w zasadzie pod wieloma względami optymistyczny... A jednak dla mnie szokujący bardziej, niż większość z tych wymienionych wyżej rzeczy. Może poza tymi pytaniami na ostatniej maturze. Bo do tamtych człek zdążył już się przyzwyczaić.

Poznałem mianowicie w sieci b. sensownego i bystrego młodego człowieka. Student jednocześnie dwóch fakultetów, całkiem różnych, w dodatku jeden ambitny techniczny, drugi zaś humanistyczny. Co samo w sobie dobrze świadczy o poziomie intelektualnym człowieka - byle cwany dureń tego nie będzie robił, bo i po co? No i pokazałem temu młodemu człowiekowi ten mój blog. Jakoś tak wyszło. Całkiem nie miałem pojęcia na temat jego politycznych przekonań, ale zaryzykowałem. Rzucił okiem i rzekł, że z wieloma rzeczami się zasadniczo zgadza. Fajnie pomyślałem, jak na młodego wykształconego to i tak nieźle, choć chyba nie doczytał.

Potem nieco mnie zganił za... Po prostu zacytuję: "Zaś to czego nigdy nie lubiłem to cały aparat nazewniczo-inwektywny". Czyli że sobie słowne żarciki człek robi i przekręca Tusiowi nazwiszczko. OK, ja się nie zgadzam, bo jest wojna i nie ma się co z tuskoidami pieścić, ale mogę zrozumieć i na pewno nie mam pretensji. Potem jednak ten młody i sensowny w sumie przecież człowiek, rzekł mi tak: "A gdzie znajdują się argumenty strony przeciwnej?"

Przyznam, że zbaraniałem. Czy to nie paranoja? To ja nie mam już artykułować moich poglądów, tylko muszę je jakoś zrównoważyć i zestawić z poglądami przeciwników? Kto tego młodego człowieka czegoś takiego nauczył? Komuchy i ojropejsy, jak i wszelka inna swołocz, mogą sobie u mnie pisać komentarze, ostatnio zlikwidowałem nawet konieczność wpisywania kodów weryfikacyjnych, żeby im było łatwiej. Ale, do qrwy nędzy, to ONI muszą to robić - nie żebym ja zastanawiał się jak by tutaj w odpowiednio nośny sposób wyrazić poglądy wrogie moim.

I nie chodzi mi już nawet o to, że różnych lewackich mediów, Gazowników i Trybun, blogów nazwanych "PiSuary" i podobnie, pandadów, mr_off'ów, Galopujących Suchotniczych Majorów i Chevalierów des Artsów jest cała zgraja i nikt temu bractwu mord nie zatyka (choć moim zdaniem powinien). Już nawet nie o to mi chodzi, że nikt, w tym ten młody człowiek, nie pomyślał, by Michnikowi (czy innej pandadzie) zarzucić, że nie ma w jego smętnych bredniach MOICH poglądów. Nie, to już pomijam. Jednak jakie pojęcie ma taki ktoś o samej istocie dyskusji, o wyrażaniu poglądów, o... Powiedzmy w końcu to słowo: demokracji. I o...

To drugie trudne i kontrowersyjne słowo też wymówmy: tolerancji (tak! i sic! i jeszcze raz sic!). Skoro jest, ten student znaczy, głęboko przekonany, że człowiek nie ma prawa wyrażać poglądów WŁASNYCH i ew. pozwolić innym (w tym przeciwnikom) na wyrażenie ICH własnych poglądów... Nie wie, że to jest absolutnie WSZYSTKO czego wymagają najbardziej nawet wyżyłowane standardy demokracji. Tylko uważa ten młody człowiek, że wyrażanie WŁASNYCH jedynie poglądów jest z natury zdrożne - zapewne sprzeczne z samą istotą demokracji... Może i jeszcze gorzej. Nie, dla mnie to paranoja!

Zdaję sobie sprawę, że uczyniłem wielką rzecz z drobnego zdarzenia. Ostatni czytelnicy mojego bloga machną teraz pewnie ręką i przestaną moje kawałki czytać. Jednak to zdarzenie, choć istotnie drobne, mnie wydaje się tak nieprawdopodobnie SYMPTOMATYCZNE, że jestem nieco wstrząśnięty. Wstrząśnięty jestem, bo ujrzałem na własne oczy, niejako w kropli wody deszczowej, wykluwanie się nowej mentalności... Nie mającej już nic wspólnego z mentalnością zachodniej cywilizacji.

Tym bardziej było to szokujące, że dotyczyło bardzo inteligentnego i już nieźle wykształconego człowieka. Tyle, że nie jest to moje pokolenie, a w pewnym sensie nie jest to już moja cywilizacja. Lub może raczej powinienem powiedzieć, że ujrzałem skrawek tego, co będzie PO naszej cywilizacji - społeczeństwa, czy może raczej tłumu, biernych i potulnie manipulowanych fellachów.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Tusiołkowe Wunderwaffe, czyli już po Bulbistanie!

Ludzie uprawiający szeptaną propagandę w ramach której rozpowiadają np. że niedawna wizyta naszego Tusiaczka w Andach była bez sensu i nie przyniosła korzyści dla Polski to nie tylko podlece, ale i po prostu idioci. Chyba, że pacyfiści, ale to to niczego nie zmienia, bo pacyfizm w naszych czasach ("mądrość etapu" i te rzeczy) zalatuje na milę... antysemizmem. Sapienti sat, a mniej sapienti podpowiem, iż Polacy otrzymali od Najwyższego... czegośtam rolę stójkowych i armatnich mięs - oczywiście koszernych, jakże by inaczej! - a stójkowy jest od tego, by "powinność swego urzędu rozumieć" (to jeden z ulubionych cytatów Stanisława Michalkiewicza, i słusznie). Czyli o nic nie pytać, tylko patrolować, a jak trzeba to pałą wywijać i zbierać ew. ciosy.

Zachwycony tym potokiem wymowy ew. Czytelnik nie pomyśli chyba nawet, by zadać pytanie "o co temu triariusowi właściwie chodzi"? Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie stójkowy, gdzie Najwyższy... ten tam, wiadomo... no a gdzie nasze Tusidełko przecudne? I słusznie, bo stójkowy nie ma pytać ani rozumieć... chyba że swego urzędu powinność! Ale ja, w ramach bombardowania moich ew. Czytelników miłością - powiem!

Chodzi mi o to ("aby język giętki", to też, ale nie tylko), że Tusiaczek przywiózł nam z tych Andów przecudowne Wunderwaffe. Militaryści od lat poszukują środka na humanitarne a zarazem skuteczne pokonanie wroga. Żeby wojna była humanitarna i nikogo nie zabijała, co natomiast będzie się z pokonanymi robiło POTEM - to już inna sprawa! Choćby nawet wszystkich ich wysłało się potem na zmywaki do obcych krajów. Albo na kurwy. Albo na hydraulików całkiem jak z szołu dla homosiów w Las Vegas, albo z tournée zespołu Show Waddywaddy. Albo kazało siedzieć przez cały dzień w kasie w hipermarkecie. Z pieluchą oczywiście, nie można przecież szokować klientów.

Wracając do tych tam militarystów... Którzy ostatnio bywają słuszni, choć "militarystami" ich się oczywiście oficjalnie nie nazywa... To oni wymyślili, i słusznie, że najlepiej by było, gdyby udało się wroga jakoś tak, żeby wszyscy tam dostali tak potwornej depresji, że zamiast walczyć, siedzieli by tylko zawodząc "ach, życie nie ma sensu, pochlastał bym się, ale nie mam dość energii żeby pójść po żyletkę". Do tego jeden widzi przeraźliwie smętną gębę drugiego, słyszy jego zawodzenia, i to się wzmacnia (feedback i te rzeczy), a nasze dzielne wojska wchodzą tam bez jednego wystrzału. I na drugi dzień wszyscy oni pracują w hipermarketach. To się nazywa postęp!

No i Tusidlaczek nasz umiłowany przywiózł nam ze swoich Andów taką właśnie cudowną broń. Może nie do końca gotową, ale z pewnością prototyp. Odkrył bowiem i udowodnił, że jak się Go - czyli Tusidlaczka naszego cudownego - nazwie "słońcem Bulbistanu", to Bulbistan popada w tak piekielną depresję und prostrację... Że żadnej bomby na nich nie potrzeba. Podobnie działa wyśmiewanie się z bulbistańskich odznaczeń państwowych, najlepiej przez łączeniu ich z osobą naszego Tusia.

Oczywiście, trzeba to dopracować. Trzeba opracować system, który by pozwolił wygenerować jednocześnie miliony dowcipów na temat Słońca Bulbistanu - nie zaś jakieś jakichś parę niszowo-oszołomskich. Te ostatnie były wprawdzie ogromnie bolesne dla szlachetnych mieszkańców Peru, gdzie depresja z powodu tych dowcipasów była niemal powszechna, a jedynym jasny punkt stanowił fakt, że przecież Tusiołek, ich kochane słoneczko, akurat u nich gościł. Jednak na... Wrogów wprawdzie nie mamy, ale na nich potrzeba by było jednak czegoś więcej. I trzeba też wroga jakoś o tych dowcipach zawiadomić, a tam może być np. cenzura... Ale nic to! Nasz (co by to miało oznaczać) przemysł zbrojeniowy nie z takimi problemami sobie radził!

W ogóle fajnie było z tą tusiową podróżą, a najbardziej (poza Tusiem-Tuniem w przecudnej czapeczce) podobało mi się jej zakończenie. Tuś odbył bowiem "robocze spotkanie"... Z nikim innym, ino z dziennikarzami. Hasło "cała para w gwizdek" weszło dzięki temu na całkiem nowy poziom - teraz TO jest autentycznym działaniem, a wszystko inne to tylko niepotrzebne fioritury. A niektórzy nie wierzą w postęp ludzkości...

Tusiak w ogóle był fantastyczny w czasie tego "roboczego spotkania", bo nie raczył odpowiedzieć na niemal żadne pytanie. Zbyt natarczywych... O! Tu też powinien być cudzysłów, bo mówimy o rodzimych dziennikarzach... I tu znowu! Ale nie może być więcej cudzysłowów od liter, więc niestety, niech ew. Czytelnik sobie sam dośpiewa... i zagwiżdże... Więc tych co za dużo chcieli wiedzieć, PO Premiera Tuś odesłał do dzisiejszej konferencji prasowej, którą ma odbyć wraz z całym rządem (wow!), ale także z jakimś prominentem z Trąbistanu... Czy jakiegoś innego państwa bez znaczenia... Może nawet Bulbistan to był, nie pamiętam.

W dodatku z uśmiechem po prostu z nóg zwalającym Tusio powiedział nam i tym dziennikarzom, że prosi, by nie było do niego i jego ministrów zbyt wiele pytań, ponieważ premier Trąbistanu (czy może Bulbistanu, on to wiedział, ja nie pamiętam) może się poczuć nie ten tego... Niedowartościowany. Tak się robi postpolitykę moi państwo! (Jest tu w ogóle jakieś państwo? Na moim blogu znaczy? W każdym razie tak się mówi w eleganckich sferach, więc zostaje.)

Jeśli to nie jest dokładnie to, com sam mówił parę wpisów temu w kawałku pt. Ślamazarne wyciąganie rewolweru, czyli co z nami robią media, to już nie wiem! Takie zjawiska naprawdę mają spore znaczenie i oni, czyli wszystkie te ojrotusie i jewroborrelle, świetnie wiedzą. I doskonalą tę technikę bez przerwy. Słoneczka nasze brukselsko-berlińsko... Nie, tego nie powiem, bo to jest anty... To co jest najgorsze ze wszystkiego, żeby tamtych tam nie miłować. W każdym razie sobie poszukam teraz w sieci jakie oni tam mają odznaczenia, a potem zabieram się ostro za pracę nad rozwojem tusiowej Wunderwaffe. I albo ją sobie opatentuję... Albo też zostanę władcą świata. Co mi tam, mogą oni, mogę i ja!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, maja 16, 2008

Dwie zagadki dla umysłowo aktywnych i coś tam kojarzących

Zagadka pierwsza...

Pytanie:

Dlaczego chłopcy gazownicy od Maleszki i Michnika tak często dodają do swojego szmatławca filmy w postaci cyfrowej?



Odpowiedź:

Zgodnie ze sprawdzoną rzymską zasadą "DVD et impera".

* * * * *
Zagadka druga...

Pytanie:

Dlaczego tak jest w tym nieszczęsnym kraju, że za elitę mamy samych narkomanów? No bo wystarczy spojrzeć: premier - marycha (jeśli jeszcze nie przeszedł na coś cięższego). Do tego rozrzedzone powietrze Andów. No i dym kadzidła, o tym też nie można zapomnieć. Nieźle, jak na tak odpowiedzialne stanowisko! Reszta elit narkotyzuje nam się WAADZĄ (sic! copyright tow. Rakowski), forsą, poklepywaniem po plecach przez obcych dygnitarzy i pochlebnymi wzmiankami w prasie (też najlepiej obcej). I czym tam jeszcze może. No więc dlaczego tak jest?


Odpowiedź:

Bo cała reszta Polaków, poza elitą znaczy, też się od niepamiętnych czasów narkotyzuje - własną słabością i bezsiłą!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, maja 11, 2008

Co dziś napędza postęp techniczny?

Powszechnie wiadomo, że postępowi technicznemu i wynalazczości ogromnie sprzyjają wojny. Teraz wojen jakby mniej, a w każdym razie wiele ich nie toczy się na terenach najbardziej cywilizowanych części globu. Cywilizowani żołnierze biorą wprawdzie udział w jakichś operacjach, ale po prawdzie to naprawdę trudno ocenić, jak się one mają do wojny, bo to częściowo praca czysto policyjna, częściowo jakieś elektryfikacje, a czasem tylko coś, co przypomina prawdziwą wojnę. I też nie wiadomo, czy taką, jaka będzie, kiedy się coś naprawdę zacznie.

Oczywiście prawdziwego pokoju nie ma, bo nie jest on stanem naturalnym dla naszego gatunku, i całe stada zajadłych buldogów kotłują się pod całą masą dywanów. Tutaj powalczy się gospodarczo, tu dyplomatycznie, gdzie indziej znowu odkręcając i reinterpretując historię - ersatzów wojny ci u nas dostatek i bez przerwy ktoś wymyśla nowe pola zastępczej walki. Nie oszukujmy się jednak, że wojny się skończyły - w dziewiętnastym wieku też nie było ich w Europie tak wiele, ale mądrzy ludzie już na kilkadziesiąt lat przed pierwszą światową wiedzieli, że im dłużej to trwa, tym straszniejszy będzie ten nieunikniony wybuch.

I oczywiście nastąpił, a po nim dogrywka, jeszcze straszniejsza, tylko tym razem głównie dla cywilów. (Z czysto militarnego punktu widzenia druga wojna przy pierwszej to był taniec po różach.) Po której nastąpiło wyczerpanie, które dodane do zeunuszenia właściwego starym i przeżartym cywilizacjom, odwleka na jakiś czas nowe zbrojne konflikty. Do czego oczywiście przyczynia się postęp techniczny, ponieważ nikt, albo prawie nikt, nie dotąd widział prawdziwej wojny przy zastosowaniu wszystkich dzisiejszych środków walki, więc ludziska się po prostu boją bardziej niż kiedyś. Ale co się odwlecze... Nie łudźcie się - era wiecznego pokoju nie nastąpiła i nie nastąpi. Nigdy!

No dobra, co jednak z postępem technicznym, skoro mamy wprawdzie agresywne buldogi pod dywanem, ale wojen niedostatek? Jest oczywiście komercja i nie da się zaprzeczyć, że w tej epoce różowych golarek do (coraz mniej) intymnych damskich szczególikow, sama chęć sprzedawania tych właśnie golarek powoduje ich ulepszanie. Tyle że co to za ulepszanie, skoro od lat zmienia się jedynie nieco kolor i kształt ("w tym roku nosi się golarki w kolorze młoda cielęcina, a w przyszłym będą w perłowe łatki, trzeba koniecznie zmienić!"), a poza tym właściwie cała para i tak zawsze idzie w ich marketing.

Tak się zastanawiałem nad powyższym problemem, aż tu nagle włączył mi się dzisiaj na TVN24 program o cudach techniki komputerowej dostępnej dla każdego (za parę stów lub parę tysięcy, czasem jeszcze nie u nas, ale wkrótce). Tam zaś, na samo zakończenie, czyli jako puenta i największe cudo, pokazali aparat fotograficzny, co to zamiast samowyzwalacza normalnego, ma taki, co reaguje na uśmiech. Nastawisz sobie, a potem uśmiechniesz się, to on pstryk! A jak się nie uśmiechniesz, to możesz sobie czekać do uśmianej śmierci. Bardzo by nam się tutaj przydały takie aparaty, Polacy by się o wiele więcej uśmiechali, w końcu aparat musi się zamortyzować, zgoda? No a miłościwie nam pajacująca partia to naprawdę powinna zrobić wszystko, żeby każdemu obywatelowi taki aparat już za parę dni móc podarować.

Tylko, ma się rozumieć, trza na każdym namalować znaczek ojro, z gwiazdeczkami. Oprócz "Oby się żyło lepiej". A jak się nie chce uśmiechać, to widać dywersant z PiS, i ma za swoje, że mu aparat nie działa.

Przyszło mi potem do głowy, że ten aparat może być odpowiedzią na nurtujący mnie od jakiegoś czasu problem. Ten właśnie, czym jest napędzany postęp techniczny, skoro tak marnie mamy z prawdziwymi wojnami? No bo ten aparat wyraźnie wygląda na jakiś offspin (niech będzie po naszemu - "produkt uboczny") technologii służących do identyfikacji ludzi, czyż nie? I zaraz mi się przypomniało, iż ze dwa tygodnie temu otrzymałem ofertę wzięcia udziału w testach pewnej technologii mającej rozpoznawać głos.

Miałem zadzwonić z komórki na darmowy numer i coś tam gadać, a oni za to mieli mi na konto przysłać 30 zł. Plus forsa za łowienie innych. Firma była zachodnia, przynajmniej oficjalnie, bo kto to wie co to naprawdę było? Chyba nawet z jakiejś Belgii była, a akurat Polski język ich interesował. Mogło to być cokolwiek, teoretycznie nawet coś obliczonego akurat na mój osobisty głos. I to nie dlatego, że jest ponoć niezwykle sexy.

W każdym razie zaczęła chodzić mi po głowie myśl, że być może w tej chwili głównym motorem postępu technicznego jest inwigilacja, znakowanie ludzi, zapisywanie danych na ich temat w różnych ponurych archiwach... W końcu jak się zwróci uwagę na te wszystkie informacje stąd i z owąd, to widzimy, że mało co rozwija się tak jak mikrochipy, które aż się proszą by je ludziom wszczepiać, oraz techniki nawigacji satelitarnej, co to pokazują drogę, ale przy okazji... Każdy chyba się domyśla co robią. Chyba że bardzo nie chce się domyślać.

Ten rozwój, razem z całym postępem technicznym, może się jednak skończy szybciej, niż sobie większość ludzi wyobraża. Do tej większości (zakładając, że tu bywa) poniższy argument nie trafi, ale do członków Klubu Młodych Spenglerystów może tak. Otóż czytam sobie (obok stada innych) książkę G. i C. Picard "Życie codzienne w Kartaginie". Wydane w 1962 we Francji (a więc w 26 lat po śmierci Spenglera), a w PRL zaraz potem. No i czytam: "Większość ulepszeń, które w starożytności ułatwiały materialną sytuację człowieka, jest owocem trzech wieków, które poprzedzają naszą erę, i wieku, który po niej nastąpił".

Nie jestem typem faceta, który by się w naturalny sposób skłaniał do jakiegoś kultu jednostki, dlatego też, obok całego mego zachwytu nad Spenglerem, staram się go na każdym kroku skonfrontować z konkretnymi informacjami. Jak choćby ta powyższa. No i tutaj akurat Spengler wychodzi bez szwanku, albo i z powiewającymi kolorami. Ponieważ u niego w rozwoju te wieki, o których tu jest mowa, odpowiadają wiekom XVIII - XXI w rozwoju naszej to Kultury/Cywilizacji. Że Rewolucja Przemysłowa zaczęła się w XVIII w. - to wiadomo.

Że nasza epoka różowych golarek czyni wynalazki, ale jakby coraz mniej istotne i coraz bardziej oparte na marketingowych błyskotkach, też dla mnie nie ulega wątpliwości. (Komputry byli ostatnim wielkim wynalazkiem, przynajmniej dla mnie.) Źródła wynalazczości, tej autentycznej i znaczącej, zdają się, w mojej opinii, powoli wysychać.

Pozostaje jeszcze inwigilacja, znakowanie i archiwizowanie ludzi... I to rzeczywiście całkiem możliwe, że się w tym wieku skończy - albo całkowitym zgleiszachtowaniem wszystkiego, ponumerowaniem, zakolczykowaniem i nowym totalitaryzmem, albo też coś z tą sprawą zrobimy. I w jednym i w drugim przypadku nie będzie już wielkiego powodu by te technologie aż tak intensywnie rozwijać.

A więc zachęcam do wyszukania tego uśmiechniętego aparatu jak najszybciej i cieszenia się nim póki czas, bo na to cieszenie może aż tak wiele czasu jednak nie pozostać. A następnych równie błyskotliwych wynalazków może już nie być. Wszyscy i tak będą się jednak ślicznie i dobrowolnie uśmiechać - władza już o to zadba, spokojna głowa! (Tyberiusz zresztą rzekł był kiedyś fajną myśl o uśmiechaniu się właśnie. Pamiętacie?)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, maja 10, 2008

Cała prawda o Krytyce Politycznej


KP = KPP która zostawiła jedno P w lombardzie.



triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, maja 08, 2008

Protest

Udało mi się właśnie prywatnymi kanałami dojść do tekstu, który jutro (lub może pojutrze) ma się ukazać na czołowych stronach większości ogólnopolskich dzienników i w wielu tygodnikach. Zdecydowałem się na jego natychmiastową publikację, bo uważam to za swój najświętszy dziennikarski obowiązek. Tym bardziej, że wagi tego oświadczenia nie sposób po prostu przecenić. Oto jego treść bez żadnych skrótów:


Prezydium Rady Najwyższej OSLiISoPSiBZ(GTGSKP)* upoważniło mnie do wydania następującego oświadczenia:

Uprzejmie, ale też stanowczo, informujemy, że mamy serdecznie dość coraz częściej się pojawiających w różnych szemranych mediach przypadków porównywania zwolenników pewnej partii politycznej w tym niezwykle dziwnym kraju zwanym Polską do naszego Gatunku. W związku z tym zawiadamiamy, że odtąd wszelkie tego typu działania spotkają się z naszą stanowczą i energiczną ripostą. Będziemy pozywać sprawców do sądu i puścimy ich z torbami (bo to i owo się zachomikowało, a ze Międzykontynentalnym Związkiem Papug mamy bardzo bliskie stosunki).

Jeśli zaś miejscowe sądy nie wystarczą, odwołamy się wyżej - do Trybunału w Strasburgu, albo i do Rady Najwyższej ONZ. (Jeśli zaś naprawdę będzie trzeba, to mamy własnego pana-od-śrub. I niech się nikt nie łudzi, że łapka nam zadrży, albo ogonek!)


Porównywanie naszych zdrowych instynktów, tudzież odwiecznych tradycji, mających zresztą całkiem określoną i cenną dla naszego Gatunku funkcję społeczną (tępienia każdego roku najgłupszej, najbardziej hałaśliwej i najżarłoczniejszej przy tym części młodzieży) z zachowaniami pewnych ludzi - i to akurat tych, o których od lat krążą wśród nas złośliwe dowcipy! - uwłacza naszej godności i jest po prostu podłym pomówieniem. Z tymi ludźmi nie mamy, nigdy nie mieliśmy, i nigdy mieć nie chcemy absolutnie nic wspólnego!

Tak, prawdą jest, to co donoszą niektóre media - iż czynione były ze strony kilku partyjnych młodzieżówek próby rozmów z nami o ich afiliacji przy naszym Związku, jednak próby te uznaliśmy za jaskrawe przykłady politycznej korupcji i odrzuciliśmy je ze wzgardą. Nikt nam z tego powodu nie ma prawa czynić zarzutów. Jeśli uczyni, spotkamy się w sądzie.

Jednocześnie wyjaśniamy, że po naradzie z naszymi prawnikami, nie godzimy się na nazywanie zwolenników tych partii żadnym mianem, w którym występowałyby słowa takie jak: "leming", "Lemmus" czy "Dicrostonyx". Tak więc odrzucamy propozycję, którą nam kilkukrotnie składano, byśmy się zgodzili na stosowanie wobec tych istot określenia "ojrolemingi" - na wzór, jak nam mówiono, serków "oscypków" nieuznanych przez Unię Europejską, wobec czego trzeba było dla nich znaleźć inna nazwę, zostały więc nazwane "ojroscypkami".

Nie, na to też się nie godzimy! Szlachetna nazwa naszego Gatunku nie może być łączona ze słowami takimi jak "ojro" (w jakiejkolwiek jego formie czy wariancie), czy słowami pokrewnymi, ze szczególnym uwzględnieniem słów wiążących się w jakikolwiek sposób z wspomnianą tu kilkukrotnie partią polityczną.

Z szacunkiem (ale też ze stalowym błyskiem w oku)

W imieniu Prezydium
/podpis nieczytelny/
pieczęć okrągła

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Ogólnoświatowe Stowarzyszenie Lemingów i Innych Stworzeń o Podobnie Samobójczych i Bezsensownych Zachowaniach (Gdyby Takie Gdzieś Się Kiedyś Pojawiły)


triarius

---------------------------------------------------
P.S. 1 Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

P.S. 2 Takie oto cudo znalazłem w Wikipedii na zakończenie postu o lemingach, cytuję (wytłuszczenia moje):

Fałszywa legenda bazowana na amerykańskim filmie wytwórni Disneya White Wilderness (1958) sugerowała, iż kiedy zbliżają się do oceanu bądź morza, myślą że są w stanie je przepłynąć; W praktyce jednak, jest to często dalekie od prawdy, a sugestia w filmie była jedynie wymysłem autorów, którzy sami zepchnęli gryzonie do wody.
"Często dalekie od prawdy"? A więc jednak czasem niedalekie? No i właśnie o to chodzi, że czasem tak - jakaż w tym zatem "legenda"? Z pewnością autentyczny leming z cieniackiej młodzieżówki to napisał, nikt inny by tak głupio nie potrafił.

środa, maja 07, 2008

Ardrey w pigułce (za to z dygresjami)

Co właściwie mówi Robert Ardrey - myśliciel, który chyba na mnie osobiście miał największy wpływ ze wszystkich politycznych wpływów? Każdy właściwie powinien sam przeczytać i odpowiedzieć sobie na to pytanie, jest tu jednak kilka problemów. Po pierwsze, Ardrey dostępny tak po prostu nie jest. Co wprawdzie nie przeszkadza np. takiemu Dawkinsowi "polemizować" z nim ostro przez kilkanaście stron, by w końcu ogłosić swój całkowity triumf, ale Ardrey po polsku nigdy nie był wydany, a nawet w jego rodzimym języku trzeba go dzisiaj szukać w antykwariatach.

Nie jest to aż tak trudne, bo w takim alibris.com można go dostać bez trudu i za całkiem godziwą cenę, wydano go także (dawno oczywiście) w wielu innych językach. Ja wiem o wersjach niemieckiej, szwedzkiej i hiszpańskiej. Można go także znaleźć, choć jedynie niecałe dwie książki z czterech, nie licząc artykułów, w linkach po prawej części tego blogu.

Można też przeczytać co Ardreyu, choć tutaj oczywiście trzeba bardzo uważać. W końcu gdyby w lewackiej wikipedii miano o nim pisać dobrze, albo co najmniej uczciwie, to by go można było i dzisiaj kupić w niemal każdej księgarni. Jednak np. prof. Bartyzel wymienia go w swym słowniku prawicowych myślicieli (niestety ten słownik, wraz z bezcenną "mapą" prawicowych ideologii prof. Bartyzela, znikł mi jakoś z sieci, gdyby ktoś to miał, proszę o info), i to bez żadnych uszczypliwości, choć Ardreyowi, z jego naciskiem na rolę ewolucji, do katolickiego fundamentalisty jak prof. Bartyzel musi być dość daleko.

Trzecim problemem który dostrzegam, jest to, że polska prawica, jak z pewnością niemal wszyscy dzisiaj, ma spore problemy z dyscypliną myślenia. Najbardziej chodzi mi tutaj o coś, co można by nazwać hierarchizacją. Czyli o to, że są sprawy ważniejsze, o wyższym priorytecie, oraz mniej ważne; są cele i środki do nich prowadzące; są wartość wyższe i niższe, na wielu poziomach; bezpośrednie, oraz takie, które wartościami są jedynie dlatego, iż prowadzą lub sprzyjają wartościom wyższym.

Nasza prawica nie potrafi, moim oczywiście prywatnym zdaniem, oddzielić hasła nadającego się na sztandar, w rodzaju "Konserwatyzm, Patriotyzm, Wolny Rynek", od czegoś, co może służyć za bazę do tworzenia autentycznego i skutecznego ruchu. Gdzie powinny zostać najpierw ustalone najwyższe wartości i najważniejsze sprawy, potem zaś stopniowo wartości mniejszej wagi, oraz środki prowadzące do osiągnięcia wartości wyższych. I tak do samego dołu.

W końcu "Polska", czy powiedzmy "polski naród", czy "polska suwerenność", czy "polska racja stanu" - to wszystko dla mnie wartości najwyższego priorytetu i powinny się w takim wstępnym dokumencie znaleźć. Tak samo powiedzmy "konserwatyzm" - można i trzeba to dodefiować, ale w sumie to jest wartość, którą my jak najbardziej cenimy, nasi zaś wrogowie nienawidzą, bez porównania woląc np. "postęp". Jednak "wolny rynek" to już nie jest dla mnie wartość tego samego rzędu, mimo wszystkich Locke'ów, Misesów i Korwinów. To może być ważna sprawa, zgoda, ale jest to i tak środek do innych celów.

Gdyby się nagle, mówię czysto teoretycznie, okazało, że są lepsze ekonomicznie rozwiązania od "wolnego rynku", a przy tym nie czynią one z obywateli mrówek czy niewolników, to co? Wypięlibyśmy się na nie?

Przykładem braku dyscypliny myślenia, i po prostu braku umiejętności myślenia, jest także np. mylenie opisów tego, jak sprawy realnie wyglądają, z tym, jak sprawy wyglądać POWINNY. Naprawdę zadziwiające, i smutne, jest jak wielu bystrych i mających w sumie dobrze w głowie ludzi myli te dwie sprawy na każdym praktycznie kroku!

No więc, po tym przydługim - choć mam nadzieję, że nie bezwartościowym - wstępie, dzięki któremu uporządkowaliśmy sobie to i owo w szarych komórkach, mówię, jak to jest z tym Ardreyem. Kiedy się coś o nim czyta, to niemal na pewno będzie to, że "człowiek pochodzi od drapieżnej małpy, co determinuje jego charakter i zachowanie." Prawda to, czy też bujda?

Prawda, zgoda, ale nie cała. Jedna, pierwsza zresztą, książka Ardreya - "African Genesis" - jest poświęcona tej właśnie przede wszystkim idei. Która wtedy właśnie się pojawiła w naukowym świecie... A może raczej należałoby powiedzieć "na oszołomskim marginesie naukowego świata", bo to i Afryka Południowa, i takie mało liberalne te małpoludy...

Jednak w mojej opinii nie to jest najważniejszym przesłaniem dzieła Ardreya. Najważniejszym jest dla mnie teza, iż człowiek nie jest żadną tabula rasa. Czyli nie jest żadną pustą tabliczką, na której można pisać co się tylko zechce - wychowaniem, psychologią behawiorystyczną, propagandą... Nie da się, jeśli Ardrey ma rację - a ja akurat jestem pewien, że ją ma - do woli kształtować ludzkiego społeczeństwa, bo człowiek nie jest przede wszystkim dziełem takiej czy innej cywilizacji czy obróbki, tylko dziełem paru milionów lat ewolucji swego gatunku.

W dodatku ta ewolucja działa nadal - niby dlaczego miałaby przestać? - i ma to ogromne znaczenie. Nie w tym sensie, że stajemy się "coraz wyżsi, piękniejsi, obdarzeni coraz bardziej melodyjnym głosem" (żeby zacytować mój ulubiony fragment z Trockiego), czy że będziemy wkrótce mieli piętnastostopowy ogon z okiem na końcu (co podobno wieszczył inny lewak, Charles Fourier), tylko w tym, że społeczeństwa, które gwałcą pewne odwieczne biologiczne zasady, znikają z powierzchni ziemi, pozostają zaś te, które do nich się najlepiej przystosowują.

Na razie wygląda jakby było dokładnie odwrotnie, ale bez żartów - to co się teraz dzieje nie jest nawet pryszczem na dupie historii naszego gatunku! Co oczywiście nie stanowi wielkiej pociechy dla konkretnych ludzi, mających jedno krótkie życie, a będących akurat w swym jednym krótkim życiu ofiarami zabiegów rozszalałego lewactwa i naprawiaczy świata.

Drugim pod względem ważności przesłaniem Ardreya, w mojej prywatnej opinii oczywiście, jest takie, że dzisiejsza nauka (o innych dziedzinach życia społecznego i umysłowego już nie wspominając, bo tam jest jeszcze gorzej, choć Ardrey tym akurat się niespecjalnie zajmuje) broni się przed prawdą o człowieku - o jego naturze przede wszystkim, o jego biologicznych uwarunkowaniach, jak diabeł przed święconą wodą. Darwin i ewolucja są cacy, kiedy służą jako pała na chrześcijaństwo, jednak potem... Potem mamy: "Murzyn zrobił swoje, niech Murzyn głosu w salonie nie zabiera!"

W tym sensie rację ma mój ulubiony Artur M. Nicpoń, który swoje pobieżne lektury tekstów o Ardreyu dostępnych w sieci, plus moje niezbyt obszerne wyjaśnienia, skwitował w duchu, że: "E tam, u nas na wsi to każdy fizyczny te rzeczy wie i nie potrzebuje do tego Ardreya!" Zgoda Artur, coś w tym jest co mówisz, ale to właśnie nie przekreśla wagi tego pisarza, tylko wręcz przeciwnie. Bowiem fizyczny na wsi to wie, ale on nie ma cienia tego wpływu na losy nas wszystkich, co pierwszy lepszy błazen z Brukseli czy Warszawy, albo choćby wielkomiejski niedokształciuch po Pcimskim marketingu i "Szkle Kontaktowym".

W tym właśnie rzecz! Jednak tu kończę, bo jak na "Ardreya w pigułce" to i tak jest dość długie. No a poza tym zaraz bym się poczuł w obowiązku mówienia o drugim mym ogromnym faworycie, czyli Spenglerze. Bez niego nijak nie da się bowiem zrozumieć ani współczesnej nauki, ani wielkomiejskiego niedokształciucha. (Choć "The Lonely Crowd" też się b. do tego przydaje. Nie wiem tylko, czy to wydano po polsku.)

A w ogóle to miałem zamiar napisać tekst "Ardrey w pigułce i co z tego wynika", jednak długie się to zrobiło, bo dało mi o okazję do powiedzenia kilku rzeczy, które od dawna chciałem przy jakiejś okazji powiedzieć... Więc to o "wynikaniu z" napiszę, Deo volente, już innym razem.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, maja 06, 2008

Las i drzewa

Włączyłem ci ja dzisiaj telewizor... Nie żebym się po tym jakiejś wielkiej frajdy spodziewał, ale nie można całkiem się odrywać od realu. Tego w skali makro, bo w skali mikro to ja nigdy się nie odrywał. Mimo całego mego obrzydzenia do tego realu (w skali makro) nie mogę przecież ryzykować, że o jakiejś światłej decyzji Władzy się nie dowiem, skutkiem czego stanę się już całkiem oficjalnie i legalnie (?) łownym zwierzęciem.

Bo kto mi w końcu powie, czy np. nie mam obowiązku od 15 maja b.r. mieć na jednym półdupku wytatuowane "Kocham Donalda", a na drugim "Kocham Unię"? Albo może jakieś gwiazdki, czy coś? Kto mi zaręczy, że nie ciąży na mnie np. obowiązek ofiarowania, najdalej do dnia 30 maja, nerki umiłowanemu przez wszystkich porządnych ludzi narodowi, a jeśli - z czystej niewiedzy oczywiście - tego nie zrobię, stanę się anty... No tym... Takim co nie lubi tych, co ich trzeba czule i namiętnie kochać i nie można słowa złego o nich powiedzieć. A wtedy, całkiem słusznie, zaczną na mnie już całkiem oficjalnie polować. Z nagonką i sforą. A ja po prostu ociągałem się z włączeniem telewizora!

No więc włączyłem. O nerkach nic nie było, o tatuażach z Donkiem też nie. Nieco zaskoczony, ale przyjemnie, przełączyłem na francuski kanał TV5. Tam zaś zaczynał się właśnie reportaż na temat dzieci zaczynających profesjonalny trening sportowy w wieku paru lat, oraz ich hiper-ambitnych rodzicach. Na samym początku pokazali fragment, w którym tytan profesjonalnego golfa Tiger Woods, w wieku dwóch lat (dosłownie!) popisuje się w jakimś telewizyjnym szole swymi golfistycznymi umiejętnościami.

Prowadzący powiedział, że coraz więcej rodziców, szczególnie w Stanach, stara się od najmłodszego wieku wychować swe dzieci na przyszłe gwiazdy sportu, poświęcając na to masę czasu, energii i pieniędzy, o energii i czasie tych dzieci już nawet nie wspominając.

Potem było już głównie o tenisie. I okazało się, że nie tylko w Stanach, bo to właśnie we Francji znajduje się słynna (w pewnych przynajmniej sferach) tenisowa szkółka dla dzieci gościa o tureckim nazwisku na -oglu, którą razem z realizatorami programu odwiedzamy. Pokazano nam czterolatka, cudowne dziecko oczywiście i po prostu Mozarta tenisa, jak nas poinformowano. Którego tenisowym talentem, (takąż) pracowitością i w dodatku charyzmą zachwycali się zarówno jego rodzice, jak i ten oglu, co go trenował.

Trenował go nie za darmo, bo kosztowało to 120 tys. dolarów rocznie, ale pieniądze te wyłożył pewien miliarder i jednocześnie fanatyk tenisa (hurra! a więc można być i idiotą i bogaczem!), który jednak, mimo tego fanatyzmu, oczekuje w przyszłości procentu od tenisowych zarobków swego pupila. Dzieciak byłby może sam z siebie dość sympatyczny, ale oczywiście zadbano o to, by był paskudnie zmanierowany - w amerykańskim silikonowo-plastikowo-entuzjastycznym stylu. Co oczywiście na człowieku takim jak ja robi wrażenie żenujące i przykre.

Po co jednak ja to wszystko opowiadam? Dlatego ja to opowiadam, że wskoczył mi na swoje miejsce w czasie oglądania tego reportażu kolejny malutki światopoglądowy kamyczek. Naprawdę jestem do szpiku kości przekonany, iż żyjemy w wyjątkowo nieprawdziwym, chorym i obłudnym intelektualnym świecie, zaś w tak dojrzałej (żeby nie powiedzieć mocniej) epoce jak nasza, intelektualny światopogląd dominuje nad psychiką ludzi. Choćby sami z prawdziwym intelektem nie mieli wiele wspólnego, choćby byli idiotami zarykującymi się przy "Szkle Kontaktowym".

Po prostu w tak dojrzałej, miejskiej cywilizacji jak nasza, wszyscy już praktycznie żyjemy tworami tej cywilizacji - zarówno różowymi golarkami, czyli produktami materialnymi, jak i tworami intelektualnymi. (Co nie znaczy na wysokim poziomie, czy dobrze oddającymi prawdę. Chodzi o to, że są tworem myślenia, działania kory mózgowej i przekazywania informacji.)

Dało by się o tym napisać parę książek, i warto by było, ale na razie tylko w ogromnym skrócie. Niemal wszyscy, nawet, w odróżnieniu od tych durniów od "Szkła Kontaktowego", inteligentni i zdrowi ludzie, moim zdaniem widzą drzewa, ale nie dostrzegają lasu. Co wcale nie jest dziwne, ponieważ spojrzeć "z boku" na własną sytuację, choćby sytuację historyczną, jest niezwykle trudno. To zarówno coś, co może wyjść, co w ogóle można próbować osiągnąć, tylko w b. dojrzałej cywilizacji, jak i bardzo niewielu ludziom. Dla mnie oczywiście niedościgłym i niemal niewyobrażalnie genialnym przykładem (i całkiem możliwe, że jedynym, a na następne już za późno) takiego osiągnięcia jest znana (z tytułu głównie) książka Oswalda Spenglera. O czym mówię dość często, by ci, którzy to w ogóle czasem czytają, wiedzieli.

Jednak i poza Spenglerem jest sporo interesujących przykładów na widzenie lasu spoza drzew. Na znacznie mniejszą skalę, ale i tak bardzo imponujących. Wygrzebałem sobie na przykład ostatnio z pudeł z książkami "Management and Magic" Grahama Cleverleya. Cleverley to znany w swoim czasie (książka wyszła w 1971) specjalista od zarządzania. W tej książce gość wykazuje, że dzisiejsza klasa (czy może kasta) menadżerska daje się znakomicie analizować w tych samych kategoriach, jakimi posługują się antropolodzy przy analizowaniu pierwotnych plemion.

I na przykład księgowi znakomicie odpowiadają kapłanom dowolnej religii, zaś dyrektorzy wyznawcom. Niezależni konsultanci od zarządzania to dokładnie to samo, co wędrowni cudotwórcy. Plany dotyczące marketingu nowego produktu, zebrania wyborców, CV, zmiana dyrektorów, umeblowanie biur - wszystko to ma swoje odpowiedniki w prymitywnej, a także nie tak prymitywnej, religijności i magii. Cleverley wcale nie twierdzi, że to źle - on po prostu wykazuje, że taką to rolę pełni i tyle. I nawet przyznaje, że może tak właśnie jest najlepiej, albo po prostu konieczne. Tylko, wracając do naszych drzew i lasu, kto jeszcze takie rzeczy dostrzega?

Innym przykładem czegoś, co jest ewidentne, ale nikt go nie potrafi zauważyć, jest terror prawników w USA. Już dość dawno postawiłem tezę, że w systemie takim, jak mamy obecnie "na Zachodzie", w tym w Polsce, biurokracji nie da się po prostu znacząco zmniejszyć. Chyba że wolimy terror prawników. Fakt, to znacznie bardziej "liberalne". Bo Ameryka, nie oszukujmy się, to kraj liberalny - tak liberalny, jak to jest w ogóle możliwe, przynajmniej w świecie takim jak nasz. (I jak w wymarzonym świecie Korwina zresztą. Nie oszukujcie się ludzie - ten pan w sumie akceptuje ten cały post-oświeceniowy... No wiadomo. I nie chce tutaj żadnych naprawdę poważnych zmian wprowadzać.) Wiec, albo masy biurokracji, albo masy bezczelnych i żerujących na społeczeństwie prawników. Jak w USA. Niektórzy i tak będą się cieszyć, że panują rządy Prawa. Paranoja!

Wróćmy teraz do naszych młodocianych tenisistów i ich ambitnych rodziców. (Będzie to przecudna formalna klamra, prawda? Wrodzony i rzadko spotykany kunszt pisarski, nic innego!) A więc, jak nas poinformowano w tym reportażu, zresztą z pewnością słusznie, dla tych rodziców jest to inwestycja. Dziecko ma zdobyć sławę, być pokazywane w telewizji, sweterki z... moheru (ale to nie ten moher!), butki od Gucciego, te rzeczy... Ale także, a może przede wszystkim - choć nie każdy o tym aż tak chętnie mówi - ma zapewnić wygodne życie swym rodzicom, którzy tyle kosztów dla jego sukcesu ponieśli.

Mamy więc dość pocieszną sytuację, gdy z jednej strony robi się cyrki z powodu pracy zarobkowej dzieci w różnych dalekich krajach, z drugiej zaś zmusza własne dzieci do poświęcania całego życia co najmniej równie ciężkiej pracy, i tak samo dla zysku. To, że w opinii rodziców ta praca nie jest pracą, tylko przyjemnością, to żaden argument - nikt dotąd nie udowodnił, że dzieci czyszczące buty za pół dolara nie mają z tego znacznie więcej satysfakcji i że nie pozostaje im więcej wolnego czasu na normalne życie.

Gdyby ktoś chciał być bardzo bezkompromisowy, mógłby powiedzieć, że nie udowodniono tego nawet w przypadku kurestwa, które także może być przyjemne - co najmniej tak, jak wstawanie w wieku czterech lat co dzień o czwartej rano, aby potem przez wiele godzin wykonywać setki razy te same odbicia piłki i oglądać stale tę samą mordę trenera. Naprawdę, kiedy dwóch robi to samo, to nie jest to samo, jak mówili Rzymianie. Zaś dary Danaów jakoś mnie nigdy nie zachwycają.

Całe to obecne nagłaśniane do maksimum możliwości polowanie na pedofilii służy wcale, naprawdę i przede wszystkim, nie temu, czemu by powinno w oczach religijnej i naiwnej (jak na prawicę przystało, zdaniem wielu) "prawicy". Służy po prostu usprawiedliwianiu szpiegowania absolutnie wszystkiego i możliwości dziwnie łatwego niszczenia ludzi. Przykład ks. Jankowskiego. A w ogóle to się zastanawiam, czy to z pedofilią nie dlatego tak oburza tych wszystkich miłośników tyłków tej samej płci, że gdyby odebrać dorosłym monopol na seks, to by już naprawdę nic ich dzisiaj od dzieci nie różniło. Na pewno zaś nie wolność osobista czy wpływ na cokolwiek.

To był wtręt, jednak przede wszystkim chodzi mi tutaj o sprawę znacznie ogólniejszą, czyli o to niedostrzeganie lasu spoza drzew, które jest taką integralną częścią naszego życia intelektualnego i debaty publicznej. No bo niech mi ktoś powie - jaka jest w istocie różnica między sześciolatkiem siedzącym sobie na ruchliwej ulicy, w towarzystwie paru kolegów, z którymi sobie gada i w ogóle, a czasem szmatką przetrze komuś buty, z jednej strony, i z drugie czterolatkiem wstającym co dzień o czwartej rano i odbijającym godzinami piłkę? Bo rodzice postanowili akurat w niego i w taki sposób - nie zaś w akcje PGNiG - zainwestować? Jeśli miałbym wybrać, to stanowczo bym wybrał  czyszczenie butów. Nie mówiąc już o tym, że tam chodzi o ludzi naprawdę biednych i te dzieci po prostu zarabiają na chleb dla siebie i rodziny, tutaj zaś to fanaberie przeżartej i z przeżarcia zidiociałej schyłkowej cywilizacji.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, maja 05, 2008

Ślamazarne wyciąganie rewolweru, czyli co z nami robią media

Pamiętam z dzieciństwa pewien fragment czyichś wspomnień na temat wielkiego fizyka Nielsa Bohra. Sam tego nie czytałem, bo aż tak mnie fizyka nigdy nie interesowała, ale akurat to opowiedział mi ojciec i zapadło mi to w pamięć.

Otóż Niels Bohr podobno uwielbiał filmy, a szczególnie westerny. Nigdy jednak nie wiedział, czy kowboj który pije w barze to ten sam, który 10 minut temu strzelał do innego kowboja, czy też ten, co w poprzedniej scenie szczypał w tyłek szansonistkę. Chodził więc zawsze do kina z kimś ze znajomych i zadawał mu bez przerwy całkiem absurdalne dla zwykłych ludzi pytania o takie właśnie sprawy. Ale strasznie go mimo wszystko te westerny podniecały.

To mi akurat zapadło w pamięć, bo sam mam dość podobne właściwości i też dziwnie słabo ludzi pamiętam. Jednak było w tych wspomnieniach więcej rzeczy, które mnie zainteresowały. Otóż Bohr, czego co bystrzejszy Czytelnik pewnie sam się domyślał, nie był jedynie westernowym idiotą, bo swoją wyjątkową w kwestii filmowej niepojętność okupował czasem nieoczekiwaną błyskotliwością. Znalazł na przykład naukowe wytłumaczenie faktu, dlaczego dobry kowboj - który zawsze wyciąga, w sensie zaczyna wyciągać, rewolwer jako drugi, dopiero kiedy czarny charakter to zrobi by go skrzywdzić - strzela mimo to pierwszy.

Teoria ta głosi, że proces wyciągania u naszego kowboja przebiega znacznie szybciej, ponieważ reaguje on na konkretny sygnał, jakim jest oczywiście wyciągnięcie rewolweru przez agresora. Tamten zaś, żadnego sygnału nie ma, przez co jego wyciąganie rewolweru jest rozmemłane i niezbyt szybkie. Po prostu nie decyduje się on na to w jednym momencie, tylko różne władze jego psychiki mobilizują się kolejno i bez synchronizacji.

Przy okazji wyjaśnia to przepięknie dlaczego, kiedy mamy dwóch niedobrych, albo neutralnych, kowbojów, to i tak żaden z nich nie spieszy się, by wyciągnąć spluwę jako pierwszy. (Dlaczego tylko ci, ktoś zapyta. No bo dobrzy do siebie przecież nie strzelają! Na pewno nie w filmach w każdym razie.)

Trudno oczywiście tak bez przeprowadzania starannych badań udowodnić, iż ta różnica stopnia mobilizacji, która niemal z pewnością występuje, wystarczyłaby, aby w skompensować opóźnienie wynikające z tego, że nasz kowboj zaczyna akcję dopiero gdy dostrzeże i zareaguje na akcję przeciwnika. Bardzo możliwe, że nie, i że sukcesy dobrych kowbojów wynikają przede wszystkim z konwencji filmowej i upodobań publiczności. Jednak samo hipotetycznie opisane przez Bohra zjawisko najprawdopodobniej istnieje, jeśli mam wyrazić własną intuicyjną opinię na temat działania ludzkiej psychiki.

Po co ja to teraz opowiadam? Ponieważ ma to pewien związek z mediami, media zaś stanowią z dnia na dzień coraz większy problem dla patriotycznych i prawicowych Polaków. Zresztą zawsze były wielkim problemem, po prostu nie uświadamiano sobie tego aż tak wyraźnie. Jednak Oswald Spengler, w wydanej równo 90 lat temu książce, sugeruje, że: "Nasuwa sie refleksja, że dla demokraty starej daty celem musiałaby być nie tyle 'wolność prasy', co 'wolność od prasy'". "Demokrata starej daty" to ktoś, kto naprawdę wierzy w suwerenność ludu, a nie cieszy się totalną niemal władzą skrytej w cieniu oligarchii, manipulującej tym ludem, m.in. za pomocą prasy właśnie. (Telewizji wtedy oczywiście nie było, a nawet radio było w powijakach, dlatego mowa jest jedynie o prasie.)

Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad tym wszystkim, co prasa z nami robi... Poza po prostu kłamaniem, opluwaniem i oszukiwaniem. Chodzi mi o takie subtelniejsze, czasem nawet nie do końca świadome, oddziaływania, które jednak sprawiają, że wszystko, co do niedawana było w miarę stabilne i powszechnie uznawane za wartościowe, przestaje takim być, że ludzie przestają mieć osobowość, honor, własny rozsądek... W sumie, że wszyscy coraz szybszym krokiem zdajemy się ostatnio podążać do rzeźni, w której już czekają lewaccy totalitaryści.

Udało mi się znaleźć sporo tego typu oddziaływań. I przyznam, że intelektualną satysfakcję z ich odkrycia przesłania mi znacznie przerażenie, jakie mnie ogrania, kiedy o tym myślę. Deo volente opiszę te moje obserwacje w przyszłych tekstach, na razie chciałbym przedstawić tylko jeden taki czynnik. Może ktoś już zgadł - mający pewien związek z kowbojami Nielsa Bohra.

Otóż zadając sobie pytanie, czemu może dziać się tyle rzeczy, które jeszcze niedawno wywołałyby potężny wybuch społeczny, dzisiaj zaś nie dzieje się zupełnie nic, poza paroma wpisami na blogach, zauważa się, że, dzięki naturze dzisiejszych mediów, ludzie dowiadują się różnych rzeczy - choćby najgorszych i takich, które kiedyś wywołałyby wybuch - w różnym czasie. W dodatku często nieskoncentrowani, zajęci czym innym itd. Potem zaś słyszą na ten temat zamulające umysł komentarze, wsparte sondażami, wykazującymi, że nikt się nie przejmuje, albo nawet każdy dostaje orgazmu.

Jeśli to nie zabrzmiało zbyt konkretnie i zrozumiale, podam na przykładach o co mi chodzi. Otóż z demokracją nie jest ostatnio najlepiej - jacyś macherzy w jakichś Brukselach czy Berlinach o nas decydują, my na to żadnego wpływu nie mamy, nikt za nic nie odpowiada, powszechna miłość i "Oda do radości", zgoda? Ale przecież to nic nowego! Jak tu się buntować, skoro red. Wołek z tow. Lityńskim i paroma innymi wprost to już nam powiedzieli. Że mianowicie: "teraz odchodzimy od dawnego pojmowania demokracji do demokracji elitarnej".

Pytał mnie ktoś czy chcę "demokracji elitarnej"? Z elitą w postaci red. Wołka i Brukseli na dodatek? Nie pytał. Ale mi to powiedział. Gdyby to powiedziano pół milionowi ludzi w oczy, może by się coś wydarzyło. W końcu wybuchów jak ten na Wybrzeżu w '70 nie da się po prostu wytłumaczyć miłością do kiełbasy i nagłym niezrozumiałym zanikiem instynktu samozachowawczego, a znaczne łatwiej faktem, że na raz wielu ludzi poczuło, że inni poczuli to samo. Konkretnie że im napluto w twarz. I tak to właśnie wtedy zrobiono, bo była to niemal na sto procent prowokacja. Więc tak to musiało być zrobione i przy następnej prowokacji także będzie musiało być podobnie zrobione.

Jednak kiedy się nie chce wybuchu? Wtedy takie rzeczy ogłasza się po kropelce, mówi się o tym w "elitarnych" wieczornych programach dla niedokształciuchów... Tu jeden raz, potem za dwa tygodnie napisze się w gazetce, za tydzień ozwie się jakiś ałtorytet... No i potem niby wszyscy wiedzą, a jednak psa z kulawą nogą przecież nie zainteresowało. Ja np. zgłupieję i zacznę krzyczeć: "Demokrację nam gwałcą!", a wtedy red. Wołek uśmiechnie się pobłażliwie i powie: "odgrzewane kotlety, dawno o tym mówiliśmy i nikt nie zgłaszał reklamacji".

Dla mnie to jest sprawa oczywista, choć, jak powiedziałem, tego typu niedostrzeganych zazwyczaj oddziaływań mediów jest o wiele więcej. I nie tylko ja tego typu zjawisko, jak to przed chwilą opisane, zauważyłem. Trzy dni temu widziałem w salon24 tekst na temat oświadczenia pewnego niemieckiego profesora politologii, że "Niemcy nie są już krajem demokratycznym". (Można sobie tego chyba poszukać w salon24, ja potem poszukam link i ew. tu wkleję.)

O co konkretnie tam chodziło nie ma tutaj sensu omawiać, lepiej po prostu przeczytać tamten tekst. Ale argumenty były potężne. Takie, które teoretycznie powinny wywołać jakąś większą burzę. Jednak oczywiście o żadnej burzy nie słychać, tylko są tam jakieś strajki całkiem z tą sprawa nie związane. Jednak autor tego blogowego tekstu, wpisu znaczy, sam formułuje przypuszczenie, że ten tekst mógłby być takim właśnie "balonem próbnym"... Tak się to zazwyczaj nazywa, choć w istocie chodzi tu nie o "próby", tylko właśnie o rozmycie momentu, kiedy jakaś niewygodna informacja dotrze do "opinii publicznej" (jeśli o takim czymś jeszcze można w ogóle na serio mówić).

Potem, kiedy ktoś zauważy i zacznie wołać, że "Niemcy nie są już demokratyczne", światli i postępowi odpowiedzą mu z pobłażliwym uśmiechem: "Przecież mówiliśmy już o tym wielokrotnie i jakoś nie protestowałeś! Milczenie potraktowaliśmy jako wyraz zgody. Wtedy ci to nie szkodziło, to dlaczego nagle zaczęło ci szkodzić w tej chwili? Czy to nie jest jakaś nieczysta polityczna gra?"

I jak tu nie kochać mediów? Chyba tylko człek całkiem bez serca i sumienia mógłby być takim zwyrodnialcem!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, maja 04, 2008

Leberalizmem w leberała

Zadedykowane Arturowi M. Nicponiowi, który w komentarzu obiecał, że jak znowu kiedyś zacznę przykopywać leberałom, to on zabierze głos. A ja jego głos pasjami lubię!


Leberały są jak feministki. Na przykład pod względem logiki rozumowania. Obie te kategorie lewaków (bo "liberalizm to lewactwo sklepikarzy", jak słusznie zauważył Triarius the Tiger) uwielbiają m.in. dynamiczne definicje. Czyli definicje, które zmieniają się i przepoczwarzają w całkiem nieprzewidziany sposób, czasem na przestrzeni kilku zdań. Oczywiście dotyczy to bardziej leberałów głodnych - przede wszystkim władzy i uznania, czyli wedle mojej terminologii "leberalnych rewizjonistów" - niż panujących nam miłościwie do najmniej od lat 18 (w Polsce), zaś na Zachodnie mniej więcej od wojny.

Ci ostatni bowiem w autentyczne próby dyskusji się raczej nie wdają, bo nie muszą, skoro i tak mają czego potrzebują. Zaś w świecie faktów największym ich argumentem - którego ja zresztą wcale nie lekceważę, bom także człowiek faktów, a nie "Prawd" - jest SUKCES. Nie sukces, w jakimkolwiek rozumieniu, rządzonego przez nich miłościwie społeczeństwa oczywiście, tylko ich własny, ale o to im w istocie przecież chodzi.

Ci pierwsi, czyli leberalni rewizjoniści, mają jednak w świecie faktów mniej sukcesów, to i dyskutować, tudzież przekonywać, jeszcze (?) nieprzekonanych bez przerwy próbują. Niektórzy z nich mają wprawdzie jakieś tam życiowe sukcesy, ale co to w sumie jest dla ambitnego człowieka prosperujący sklepik, czy gęsta i wibrująca od bąków uprawa rzepaku, kiedy marzy mu się monarchia absolutna? I to najlepiej od razu nad Wszechświatem!

No więc argumentują te leberały z zapałem, w świętym przekonaniu, iż sama zdolność do zarobienia jakiego takiego utrzymania dla rodziny musi zawsze oznaczać wybitny umysł. Podczas gdy człowiek w miarę normalny, o jakich dziś zresztą już trudno, najpierw by się zastanowił, czy naprawdę warto aż tak tyrać, aż tak się denerwować, aż tak użerać z biurokracją, żeby zarobić trzy razy więcej niż ktoś, kto ma wszystko w dupie i po prostu zarabia na chleb, bo musi. I kto w takim razie jest ten mądry, kto zaś idiotą?

Ale jak już dyskutują te liberalne rewizjonisty, to naprawdę jest czym się zachwycić! Mówią nam np., że "podatek progresywny to wynalazek ostatnich lat, a konkretnie socjalistów". Jednak biorąc sprawę ściśle ekonomicznie, a takiego myślenia ja bym akurat szczególnie od tych opętanych obsesją ekonomii ludzi oczekiwał, niech mi ktoś powie jaka jest w istocie różnica pomiędzy (mówię oczywiście o skali makro, czyli o kosztach dla pewnych grup w długiej skali czasowej), z jednej strony podatkiem w stylu jakiegoś CIT (tfu!), a z drugiej:

1. podatkami pośrednimi, jak np. od soli - słynna gabelle, która przyczyniła się ponoć znacznie do wybuchu Rewolucji Francuskiej;

2. służbą wojskową (która kiedyś dotyczyła głównie szlachty, która Z TEGO WŁAŚNIE POWODU nie płaciła podatków);

3. mytem, cłem, rogatkowym itp...

4. obowiązkiem kwaterowania dworu kiedy akurat był w pobliżu i nie miał lepszego locum (co akurat spadało na najlepsze, najbogatsze domy w okolicy, czyli... nie "podatek progresywny"?);

5. starożytnymi liturgiami czyli obowiązkami finansowymi na rzecz swej społeczności, które dotykały właśnie bogatych i były traktowane jako cena ich statusu;

6. różnymi "dobrowolnymi" darami w postaci np. złotych łańcuchów dla władcy, które np. rzymskie miasta bez przerwy władcom ofiarowywały;

7. brakiem prawa do zawarcia małżeństwa bez zgody króla (co dotyczyło wcale nie tylko Rosji, ale np. także angielskiej szlachty);

8. "daniną" płaconą zbójcom na rozstajnych drogach, czy grasującym po kraju bandom żołdaków jak na przykład francuscy êcorcheurs w czasie wojny stuletniej, przypiekających chłopstwo na wolnym ogniu, by wydobyć z niego informację o zakopanym dobytku;

9.  mieszaniem się władzy do spadków (w końcu nie biedaków na ogół), jak stale się działo np. w cesarstwie rzymskim;

10. sfingowanymi często procesami i konfiskatami mienia, które dotykały najbogatszych, a szczególnie wierzycieli władców;

12. koniecznością płacenia okupów, kiedy się dostało do niewoli;

13. różnymi ekstraordynaryjnymi daninami i podatkami, kiedy np. trzeba było wykupić z niewoli króla (np. Jana Dobrego we Francji);

14. koniecznością oddawania krewnych, w tym szczególnie potomstwa na dwór władcy, albo jako zakładników na obce dwory;

15. kosztami wynikającymi z braku jednego rynku, choćby w całym państwie, dobrej komunikacji itd. (w końcu ta sprawa ma z władzą wiele wspólnego, nieprawdaż?)

16. brakiem prawa, albo praktycznym brakiem prawa, do wykonywania jakiegokolwiek zawodu dającego zysk, co przecież dotyczyło szlachty w b. wielu krajach, a nawet czhyba w ich większości;

17. obowiązkiem oddawania swoich żon na nałożnice, gdyby akurat król miał na to ochotę (we Francji było to sprawą praktycznie oczywistą i nikt nawet przeciw temu nie próbował się bronić czy protestować)... oczywiście proste kobiety też nie były dla monarchy niedostępne, ale arystorkatki jednak były częściej pod ręką i te związki trwały często o wiele dłużej... no a przecież ta żona, hrabini czy księżna, skoro taka fajna była z niej dupa, że monarcha raczył ją tentego, to by mogła, z czysto liberalnego punktu widzenia, ZAROBIĆ MASĘ FORSY JAKO PROFESJONALNA DZIWKA, prawda? I TO nie był podatek progresywny (avant la lettre of course)?

18. i tak dalej, i tak dalej...

Z całą pewnością podobnych zjawisk, o czysto ekonomicznym znaczeniu o tyle pokrewnym podatkowi, że oznaczają KOSZTY dla jednostek i grup, wynikające z działań (jak w przypadku udzielania gościny), albo braku działań (jak w przypadku zbójców) władzy, można by jeszcze wymienić tuziny. Nie wszystkie dają się w jakiś prosty i dla nas dzisiaj oczywisty sposób przeliczyć na pieniądze - bo jak np. przeliczyć niewygody kampanii wojennej i odnoszone rany? - ale pewna część by się w sumie dała, np. wyposażenie i szkolenie.

Jednak to, ze czegoś się nie da ściśle i naukowo przeliczyć, nie oznacza, że ta rzecz jest nic nie warta, prawda? Jeśli ktoś nie płaci podatków i jeszcze otrzymuje kawałek ziemi za obowiązek stawania konno i zbrojno na wezwanie władcy, to jakąś tam rynkową wartość jego usługi mają, choćbyśmy mieli problemy z ich dokładnym oszacowaniem.

No i to był drobny przykład poziomu argumentacji i rozumowania różnych nawiedzonych ludzi określających się "prawdziwymi" leberałami. A to tylko naprawdę drobny przykład, w dodatku nawet nieco peryferyjny. Dużo istotniejszy dla samej istoty leberalizmu jest problem "wolnego rynku" - samo jądro gęstwiny tej ideologii. Leberał - taki "prawdziwy", od Korwina, czyli po mojemu leberalny rewizjonista - w tym samym zdaniu powiem wam, że "naprawdę wolny rynek nigdzie nie istnieje i dotąd nie istniał", że "jego ideologia nie jest utopijna", oraz że "wszędzie jest wolny rynek, bo ekonomia występuje u ludzkości wszędzie i od zawsze". I ani mu powieka drgnie!

Jednak, panie leberał, ekonomia, to nie jest żaden "wolny rynek"! Ekonomia, owszem, istnieje, nawet u roślin w pewnym sensie. Co dopiero u zwierząt. W końcu też muszą zdobywać różne zasoby itd. A zwierzęta to czasem i dzielą się nimi, np. żarciem. Albo się nie dzielą. W każdym razie i u nich mamy kwestię "dystrybucji dóbr". I to właśnie jest już ekonomia na całego. Jednak "wolny rynek" - co to właściwie jest? Jasne, jest to pewien teoretyczny model systemu wymiany dóbr. Jeśli cokolwiek w realnym świecie go w ogóle przypomina, to współczesne giełdy. Dopiero!

Jednak kiedy leberał mówi o wolnym rynku, chodzi mu o to, że "państwo ma się nie mieszać do wymiany". Państwo nie, a co np. z gangsterami? Ci mogą? Cóż to zresztą jest to "państwo"? Gdzie jakaś zrozumiała i w miarę przekonująca definicja? Jeśli ja czegoś "państwu" nie pozwolę, a do tego mnie ta sekta wciąż nawołuje, to kto wtedy będzie "państwem", jeśli mi się uda - ja, czy tamto poprzednie "państwo"? Wot zagwozdka!

No ale niech będzie... "Państwo" nasze nie ma się mieszać, ale już cudze może? W końcu kto mu zabroni? "Rynek"? Ten "wolny"? Nie da się po prostu w realnym życiu oddzielić tego co można by uznać za "wolny rynek" od tego, co "wolnym rynkiem" nie jest. Zawsze w proces wymiany - jeśli mówimy o realu, a nie o wymóżdżonych utopiach - wchodzą cali ludzie, bo tylko tacy ludzie w realu istnieją.

W więc wchodzą ludzkie przekonania, często irracjonalne uczucia, przesądy, uprzedzenia (nietolerancja!), idiosynkrazje... Sympatie, np. rodzinne (nepotyzm!). Prawdziwie "wolny rynek" to wymiana gdzie wszyscy gracze są równi i nic poza "rynkiem" nie ma na wymianę wpływu. I nie musi tym czymś być państwo - niby dlaczego miałoby to by być akurat państwo? Po prostu ma być "wolna, nieskrępowana, oparta na racjonalnym rachunku oczekiwanych korzyści i kosztów wymiana". Tyle! A takie coś jest po prostu w realnym świecie nieosiągalne. Rynek sam w sobie oczywiście jest osiągalny, owszem - na przykład na pietruszkę w jakimś konkretnym miejscu. Ale czym tu się aż tak podniecać, żeby z tego robić utopię? Abstrakcyjnym, czysto intelektualnym modelem? Bo taki czy inny rynek istnieje przecież zawsze.

"Wolny rynek" - ten idealny model znaczy - zakłada pełną i rzetelną wiedzę we wszystkich sprawach związanych i mających wpływ na wymianę. A to przecież jest w ogromnej większości przypadków nie do zrealizowania i po prostu tak w praktyce niemal nigdy nie jest. Żeby to zapewnić i/lub tego dopilnować, potrzeba by było czegoś "ponad" rynkiem. Żeby pilnowało i narzucało standardy. I tutaj są dwie możliwości - NAPRAWDĘ klasyczni leberałowie wierzą, że rynkiem powinno być DOSŁOWNIE WSZYSTKO i wtedy będzie dobrze. Dopiero wtedy!

Leberałowie nazywający się "konserwatywnymi" (czyli rewizjoniści) przyznają, że ponad rynkiem musi coś być. Konkretnie Prawo, a czasem jeszcze władca z Bożej łaski... Czy inna władza, która nie jest już "rynkiem", bo niby jak? I powstaje wtedy istny potwór Frankensteina - twór poskładany z niespójnych kawałków, bo tamta koncepcja, choć całkiem sprzeczna z rzeczywistością, miała chociaż swoją czysto prostotę i z niej wynikającą intelektualną elegancję. Ten zaś paskudny potwór Frankensteina, choć naprawdę niewiele bardziej pasuje do ziemskiego bytu, żadnej elegancji za to już nie posiada.

No, to na razie tyle. Niech się zbiegną leberały i zaczną rzucać argumentami! Mam nadzieję na taką samą owocną dyskusję, jak ta parę miesięcy temu na salonie, kiedy to leberały stwierdziły, ze w USA nie ma wprawdzie cienia prawdziwego lebralizmu, ale za to jest w Chinach. A było to chyba coś z dwa dni przed gruchnięciem na cały świat informacji o brutalnym tłumieniu rozruchów w Tybiecie przez Kitajców. Fajnie mi się wtedy udało, cieszę się teraz na podobne sukcesy!

Z nieleberalnym pozdrowieniem

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Ojrotuski wszystkich krajów łączcie się!

Czy wiesz, słodki Czytelniku, co to jest synergia? Otóż synergia jest wtedy, kiedy jakichś kilka rzeczy w odpowiedniej kombinacji ma silniejsze oddziaływanie, niż suma oddziaływań tych rzeczy. Sprawdza się to np. w ćwiczeniach mięśni brzucha, a samo słowo świetnie się sprawdza w marketingu, szczególnie zaś marketingu instruktarzu ćwiczeń mięśni brzucha zresztą.

Przykłady synergii? Proszę bardzo - nasz klient, nasz pan! Bierzemy wodór i tlen, dwa w pojedynkę nieszkodliwe (jeśli nie liczyć wolnych rodników powodujących starzenie w przypadku tlenu) gazy. Mieszamy i co?

Otrzymujemy mieszankę wybuchową. Łał! A jak już wybuchnie, to mamy co? Wodę, całkiem jak z orędzi obecnego premiera - zarówno tych dłuuuugich, w stylu późnego tow. Fidela, jak i tych krótkich, miłosnych, wymakijażowanych i wypiarowanych, w stylu jakby jakiegoś schizofrenicznego, nafaszerowanego bromem i lubczykiem jednocześnie tow. Gomułki. (A może po prostu viagrą, której jednak w czasach tow. Gomułki nie było. Co może tłumaczy dlaczego niektórzy zostawali komuchami.)

Albo weźmy niewinny piorunian i zmieszajmy go z równie niewinną rtęcią. Otrzymamy zabójczy piorunian rtęci! Czyli coś na spłonkę. Łubudu! I wszystko leci w powietrze. Wystarczy tylko dodać synergicznej mieszaniny tlenu z wodorem.

No to ja właśnie doszedłem do tego, że w polityce również warto by było zacząć synergię stosować. Weźmy na przykład takie słowo jak "ojro" - od "ojropa" (może być i z małej), "ojropejs"... Całkiem potężne jest, przynajmniej jak tlen i wolne rodniki. Żeby tylko ludzie zrozumieli od czego to pochodzi i co w istocie to znaczy. Bo że brzmi świetnie to każdy się chyba łatwo zgodzi. Żeby jednak to piękne słowo z czymś połączyć i uzyskać piekielną synergię. To by dopiero było, prawda?

I ja tak sobie dzisiaj chodziłem i tak sobie myślałem... Co by to było, gdyby w salon24 nagle na jakiś czas znikli wszyscy sensowni, czyli prawicowi, blogerzy i komentatorzy... Co by się działo? Od razu pomyślałem o wirtualnym romansie ojroprofesora Sadurskiego z tow. Rudecką-Tuskolubską. Którzy by, z konieczności, nie mając nagle komu pyskować i kogo pouczać, się zaczęli, wirtualnie ale jednak, gzić... Stanęło mi to przed oczyma i zapewniam - nie był to ładny obraz!

I przyszło mi do głowy, że z tego związku mogłoby, bo przecież nie powiem "powinno", zrodzić się potomstwo. Godne tych dwojga oczywiście. I dużo by tego było, w każdym miocie tak z 40 sztuk co najmniej. Śliczne różowiutkie, z zakręconymi ogonkami. No i przyszła i od razu, w jakimś genialnym olśnieniu, nazwa tego potomstwa - wabiło by się to "ojrotuski". Tutaj synergia zadziałała mi po prostu intuicyjnie.

O "ojro" już mówiłem, a co z "tuskiem", spyta ktoś? Otóż przewiduję - a w polityce trzeba zawsze wybiegać nieco naprzód i być o pół kroku przed konkurencją, więc dobrze robię że aż hej! - iż niedługo słowo "tusk" może być stosowane wymiennie ze słowami powszechnie uważanymi za obelżywe.

Jakieś więc inne słowo może lepiej synergicznie pasować do "ojro"? Że spytam? Tym bardziej, że oba są spokrewnione naprawdę blisko. Co powie wam każdy platfus - Unia to Ojropa, Ojropa to Unia, Unia to Platforma, Platforma to... I tak dalej. Każdy to wie. A zatem uzyskaliśmy - w ramach naszego odwróconego prawicowego zawłaszczania języka, czyli czegoś w rodzaju moher-Gramsciego (byle nie z garbem z przodu!) - synergiczny werbalny materiał wybuchowy o niespotykanej mocy - słowo OJROTUSK. Pasujące do wszystkiego co postępowe, europejskie (w wiadomym znaczeniu), światłe, wykształcone (ditto), z wielkich miast...

Biorąc pod uwagę, że jeden z blogerów w salon24 nazwał dziś Tuska "Mao Tse Tuskiem", czym wywołał euforię i liczne prośby o udzielenie licencji, trzeba sobie powiedzieć, że synergiczne słowotwórstwo polityczne nabiera życia i rozpędu. I oni tego nie przetrzymają, takie są moje prorocze wizje. A więc, wypada tylko jeszcze zakrzyknąć: "Ojrotuski wszystkich krajów łączcie się!" Byle gdzieś poza granicami Polski. I żeby was tam wszystkich za jednym razem...

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.