sobota, czerwca 28, 2008

Triarius the Tiger o kopaniu piłki, nadludziach i prof. Miodku

Dwa nowe bonmoty by Triarius the Tiger:

Pyskowanie na samą ideę demokracji, kiedy jednocześnie się bierze aktywny udział w dzisiejszym życiu politycznym, przypomina mi zachowanie kogoś, kto kopiąc na pastwisku piłkę z mało eleganckimi przeciwnikami, polujących na nogi i nie uznającymi naszych prawidłowo zdobytych bramek, czyni teatralne gesty w stronę publiczności (bardzo nielicznej i składającej zresztą się w większości z parzystokopytnych przeżuwaczy, totalnie wobec wyniku gry obojętnych) i płaczliwym głosem domaga się, by zamiast piłkę wulgarnie kopać, zacząć ją elegancko odbijać paluszkami, najlepiej zaś złożyć się na taką dużą kolorową, plażową.

Co o tyle wydaje mi się zabawne, że skoro się kogoś nie umie zmusić lub przekonać łagodną perswazją, by nie faulował i nie oszukiwał, to tym trudniej może go być zmusić do zmiany jego ulubionej rozrywki na naszą ulubioną rozrywkę. W dodatku taką, w której - jak sami mamy przecież nadzieję - będzie miał znacznie mniejsze szanse na sukces.


* * * * *

Stanowczo brak mi ostatnio prof. Miodka, który jakoś znikł mi z pola widzenia. Bardzo chciałbym go na przykład spytać o to, czy dobrze sobie kombinuję: "Nadludzie" piszemy z dużej, kiedy mamy na myśli nację - z małej zaś, kiedy chodzi nam o religię?

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

To nie jest żaden mecz bokserski! (Gong, pierwsza runda.)

Artur M. Nicpoń z talentem i przekonaniem odgrywa rolę advocatusa diaboli spengleryzmu. I chwała mu za to! Każda doktryna kogoś takiego potrzebuje. Ach, gdybyż jeszcze nasz przyjaciel Spenglera naprawdę był przeczytał! Nie zaś tylko jakieś na jego temat rewelacje na wikipedii, które sobie pracowicie był wyszperał. Plus może jeszcze rzucił łaskawie okiem na tytuł niewielkiego, doraźnie publicystycznego tekstu Spenglera, gdzie jak byk widoczne słowo "socjalizm" wzbudziło weń odruch warunkowy godny psa-prymusa ze stajni dr. Pawłowa. Czy, by się przenieść w nieco nowsze czasy - kogoś, kto we wczesnej młodości został zarażony, nieuleczalnym jak wszystko niestety wskazuje, wirusem korwinizmu.

Wkleił był Artur ostatnio na swojego bloga cały mój tekst o Maleszcze - i to w wersji przed poprawkami, czyli z ogromną zaiste ilością literówek, plus paroma błędami orto. (Mógłby go tam teraz, swoją drogą, wkleić w wersji poprawionej, to tylko minuta.) Co oczywiście dla mnie jest zaszczytem i cholernie wielką pomocą w propagowaniu moich mądrości. Powiedziałem to absolutnie serio - czuję się dumny i pałam wdzięcznością wobec Artura. Zrobię teraz coś podobnego, tyle że odwrotnie. Na zasadzie ty we mnie chlebem, ja w ciebie kamieniem. Otóż wkleję tu to, co Artur rzekł do mnie w komentarzu do przedostatniego mojego tu kawałka, a potem z nim bez litości zapopolemizuję. ("Popolemizuj proszę z tym panem" - jak wśród elity mawia się czasem wytwornie do swego dobrze opłaconego i nafaszerowanego anabolami goryla.)

Sądzę, że owa Arturowa wypowiedź ma historyczne znaczenie, o które by ją mało kto podejrzewał, i naprawdę zasługuje by się tu znaleźć na SG, a potem dostać odpór. Tego, na co Artur konkretnie wtedy odpowiada już nie wkleję, ale dam linka do wszystkich komentarzy, gdzie i to jest - oto on.

Zaś oto owa Arturowa wypowiedź:
Mylisz się Tygrysie i to srogo.
W kilku kwestiach.
po pierwsze- spenglerycznie widzisz ten cykl śmierci i umierania bez dostrzeżenia tego, że na śmierci jednych rodzi się nowe życie. Tu się ten Koneczny ci kłania, który to samo dostrzega co Spengler, tylko widzisz szerzej, więcej i dalej.
Najwyższa pora pogodzić się z tym, że żyjemy na trupie.
Najwyższa pora pogodzić się z tym- mże my nie wiemy jak POWINIEN wyglądać świat. Nie wiemy tego, bo świat jest w nieustannym rozwoju. I nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Z jednym ale- w rzece wciąż płynie woda. Więc możemy się w jakiś psosób posiłkować tym, co się sprawdziło, czyli dało dobre efekty. Ale nie próbować zostać kierownikami kuli ziemskiej. Bo to bzdura i zbrodnia. Niczym się wtedy nie róznimy od lewactwa. Tyle, że to my będziemy trzymac w ręku bat. To takie fajne?
Nie wydaje mi się.
Ja nie mówię o tym, by przeczekiwac i dawać się tu dymać w dupę. W czym także się mylisz. Ja własnie zagajam do działania. Zagajam do działania poprzez całkowite odwrócenie się od tego syfu, ktróry nas otacza. Niedostrzeganie go. Rośnięcie wspólnie w siłe i negowanie tej pararzeczywistości lewackiej, która jest idiotyczna zwyczajnie i wystarczy robić swoje a jej dać zdechnąć.
My wróćmy do tego, co jest ważne. I twórzmy swoją własną alternatywę. I tyle.

I teraz- ja jestem przekonany, że tego się nie da zatrzymać. Nie ma bata. Tu już autentycznie wszystkie palce są na cynglach i nic się z tym nie zrobi.
I to musi jebnąć.
Ja nie wiem, w co i jakie będziemy ewoluowac dalej, po tym upadku. W islam śmiem wątpić, bo islam będzie w tej rozpierduszce robił te samą rolę, która spełnili Żydzi wcześniej.
Oczywiście Żydzi zostaną wcześniej starci na proch przez islam i my tę rozpierduchę zrobimy w odwecie.
Więc ja się nie łudzę.
Odwrócić biegu się nie da.
Natomiast da się tworzyć cos nowego OBOK tego sypiącego się w ruiny świata. Budowac Arkę.
Coś, co będzie skupiac tych życiowych rozbitków i dawac im nową nadzieję.
I z tym, że ofiary będa trzeba się pogodzić i zrobić wszystko, by nie tracąc honoru ofiar tych było jak najmniej po naszej stronie.
To jasne.

Natomiast to, w co wyewoluujemy, będzie juz zupełnie inne niż dowolny konserwatyzm, który znamy dziś. Bedzie to na bank tak samo zoologiczne jak to dzisiejsze, ale zupełnie inne.
Bo tak jak christianitas wzięło z tego Rzymu i tej Grecji co najlepsze i dołożyło swoje, tak ci następni dołoża tez coś, co jest pozytywne w tym co właśnie zdycha.

I to jest moim zdaniem rola prawicy- uratować ile się da i stworzyć warunki do nowego skoku cywilizacyjnego, który nastąpi po rozpadzie.
Co oczywiście, po jakimś czasie skończy się kolejnym upadkiem, ale z tego upadku zrodzi się coś, co kopnie jeszcze dalej.
Nie mam pojęcia gdzie. Ale dalej.

Nastomiast konserwatywny zamordyzm- przecież to już trenowano, Tygrys. ty jestes fenomenolog czy ideolog spenglerysta?
Wszystko to, co nosiło cechy prawicowego dyktatu zniknęło i przyniosło odwrotny skutek. Patrz na Hiszpanię Zapatero.

I gadanie, że nie da się inaczej to bzdura. Bo co to znaczy, że się inaczej nie da? To wtredy wszystko wolno?
Wszystko jest usprawiedliwione?
I ja tu nie mówię o jakichś idealizacjach, tylko o przegionaniu pały.
Ty chciałbyś sie bronić przed entropią systemu przejmując nad nim kontrolę.
To tak, jakbyś chciał na środku oceanu uszczelnić gumą balonową przerdzewiałą na wylot szalupę.
Nie ma bata.

My patrzmy w p[rzeszłość i uczmy się z niej jak najwięcej, ale nasze życie jest w przyszłości, nie teraz i tutaj. Bo tu możemy sobie ewentualnie groźnie palcem w bucie pokiwać.
sobota, czerwiec 28, 2008 1:59:00 AM
No to teraz daję odpór...

Widzisz Arturze, to jest tak, że Tygrys absolutnie nijakich skłonności do czczenia kogokolwiek z śmiertelników nie ma, a Spenglera czci tylko dlatego, że facet był najmędrszy ze wszystkich żyjących kiedykolwiek ludzi, mówi rzeczy niezwykle głębokie i absolutnie prawdziwe. Co częściowo wynika też z momentu w historii, kiedy pisał - niejako szczytowego w naszej cywilizacji dla tego typu intelektualnych osiągnięć. Bo już wiedzieliśmy wtedy masę ciekawych rzeczy i mieliśmy niezłe metody intelektualnej analizy, a jeszcze nie zidiocieliśmy i nie zatraciliśmy jaj. Momentu rozumianego spenglerycznie zresztą, bo tak jak porządny kompilator musi być zdolny skompilować samego siebie, tak i spengleryzm jest oczywiście zdolny siebie samego zanalizować. (Lub może rzec by należało "przespengleryzować".)

Dodatkowym niuansem jest to, że Tygrys b. nie lubi naszych zachodnich sąsiadów, więc naprawdę wybrałby sobie inny ideał, gdyby w ogóle Spengler miał jakąkolwiek konkurencję. Był to bowiem facet cudowny (nawet małe kotki doceniał, jak wynika z jego magnum opus!), ale jednak Niemiec (Prusak nawet, w każdym razie z przekonania). Wcale zresztą nie jakiś antypolski, ale jednak niemiecki patriota.

Spengler jest taki mądry, że nawet Ciebie drogi Arturze przewidział i ustawił we właściwej historycznej perspektywie! Chodzi mi konkretnie o te Twoje, wielokrotnie już powtarzane zresztą, postulaty, by się wypiąć na lewactwo - ale także na ten, przyznaję że z każdym dniem paskudniejszy, realny świat... Świat polityki, mediów i dyskusji o sprawach społecznych, jak rozumiem... "I robić swoje". Jest to propozycja kusząca, wcale nie przeczę, ale też nie całkiem pozbawiona kontrargumentów. Najciekawsze jest jednak to, że, jak mówiłem, Spengler taki Twój pogląd już dawno przewidział - to jest po prostu nasza zachodnia ("faustyczna" stosując Spenglera terminologię) forma STOICYZMU! Która zaczyna dominować właśnie w takiej epoce jak nasza.

Zaczyna dominować nie u bydła, choćby było skrzyżowane z lemingami, czy u odpowiedniej dla danej cywilizacji formy lewaków, tylko właśnie u ludzi najlepszych. Mimo to jest to jeszcze jeden więcej dowód schyłku, a w dodatku rzecz, która się pośrednio do tego schyłku przyczynia.

To taki niby drobiażdżek, możesz zresztą się nie zgodzić i uznać, że bredzę - nikt bowiem nie jest w stanie nikogo przemocą na spengleryzm, czy cokolwiek innego, nawrócić. Jednak dla mnie jest to kolejny uderzający przykład tego, jak cudownie płodna jest "kopernikańska rewolucja" Spenglera w myśleniu o historii. Może jeszcze do kogoś to trafi, mam taką nadzieję i dlatego o tym wspominam.

Pozwól mi zatem Arturze - oraz wszyscy inni ew. Czytelnicy też mi pozwólcie - wykrzyknąć "Spengler jest wielki, a Tygrys prorok jego!" Nie ma nad to głębszej prawdy na tym łez padole, i jeśli ktoś zaprzeczy, będę... Polemizował. Ostrzegam!

Co do uroków i niedostatków zamordyzmu... Ja nie mam żadnego sposobu, by jakikolwiek zamordyzm wprowadzić, więc naprawdę nie ma sensu zarzucać mi, iż do tego dążę. To musi, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób, zrobić wojsko. Tak jak w Rzymie i nie tylko. Kto naprawdę rządził w Rzymskim Cesarstwie, że spytam? Jakie siły? Armia przecież i nikt inny. Bo na pewno nie kapitaliści, prawda? Zgoda, ze związki naszej sytuacji z Cesarstwem Rzymskim nie są jakoś jednoznacznie wykazane czy udowodnione - co zresztą jest w tak skomplikowanych sprawach jak historia? - i można je negować, jednak jak się człek wczuje, to daje się wyczuć ogromne istotne, strukturalne podobieństwo. I to już jest spengleryzm czystej wody, bo on sam o tym b. obszernie mówi.

Mówiąc o armii, właśnie dzisiaj trąbią w TV, że żołnierzom co tam ostrzelali jakąś afgańską wioskę, grozi po 25 lat i dożywocie. Tak właśnie traktuje się armię w leberalnej Europie, i nie bez powodu. Z drugiej strony armii się jednak potrzebuje. Również dzisiaj uderzyła mnie ogromna ilość militarnych, popularnonaukowych programów na różnych komercyjnych kanałach TV. Co tłumaczę sobie tym, iż zbliża się wojna, wiadomo jaka, i nadludzie będą potrzebować mięsa armatniego ludzi mniej wartościowych. Normalnie są oni wychowywani do pacyfizmu, ale jednak czasem potrzeba ich na wojenkę, czy do jakiejś misji... Nie można więc całkiem ich zdemilitaryzować.

I to jest niezły akt akrobatyczny, prawda? Z jednej strony szykanować, poniżać, wyśmiewać, z drugiej zaś jednak dozbrajać i budzić od czasu do czasu krwiożercze, a w każdym razie pramęskie, instynkty. Kiedyś to się skończy, mimo wszelkich zapór i zabezpieczeń, tym, ze wojsko ruszy do władzy. A wtedy nie będzie już zapory - ani cywilna władza, Ojropejska, ani też masy, nie postawią się, a w każdym razie nie powalczą dłużej, niż tydzień. M.in. dlatego, że odchodzi się od poboru. Co służy na krótką, a nawet dość długą, metę obecnym "elitom", ale na dłuższą będzie ich zgubą.

Bo musi, nie ma sposobu, by ta zgraja pozbawionych rozumu, jaj i jakiegokolwiek zakorzenienia urzędasów mogła naprawdę cokolwiek wielkiego dokonać. Po prostu masy są już tak skurwione, że im pozwalają. Jednak jak nie masy, to będzie kto inny.

Za demagogiczny muszę uznać Twój argument, że zamordyzm jest zawsze taki sam - lewacki czy konserwatywny. Mówisz to zapewne z głębi swych religijnych przekonań... Nie będę już Cię napastował argumentami Spenglera na ten właśnie temat, szczególnie, iż na razie jeszcze go za wielki autorytet nie uważasz... Zresztą tutaj naprawdę nie chodzi o powoływanie się na autorytet kogokolwiek! Już scholastycy sklasyfikowali ten typ argumentacji jako najmarniejszy ze wszystkich. To co ja mówię jest moje własne, a na Spenglera powołuję się, dlatego, że u niego można sobie wyczytać dużo więcej i celniej na te tematy, na które ja się wypowiadam. No i w podobnym duchu, nie da się ukryć, ale to są moje poglądy, niezależnie od tego, skąd je wziąłem. Zresztą b. często są one moje do szpiku kości i z własnej hodowli.

To była dygresja, wracamy do głównego wątku... Otóż ja twierdzę, że konserwatywny zamordyzm NIE jest tym samym, co lewacki, a nawet jest jego zaprzeczeniem. Cóż może być dalszego od siebie, niż z jednej strony tworzenie nowego człowieka, z drugiej zaś rządzenie i administrowanie masami, kiedy te już całkiem utraciły zdolność do rządzenia się same? Czyli utraciły cnoty republikańskie, żeby doprecyzować i ładnie to określić. No więc, nadal udajesz, że tych dwóch rzeczy nie potrafisz rozróżnić? Zdziwiłbym się bardzo, serio!

Jeszcze mi się coś przypomniało... Jeśli mam dalej gadać Spenglerem - a nie widzę najmniejszego powodu, by przestać, raczej z dnia na dzień widzę coraz lepsze, by to robić dalej - to niestety, ale nie da się stworzyć nowej Kultury (czyli tego żywego, twórczego i witalnego) na pniu nieco dopiero przekwitłej Cywilizacji (czyli tego bombastycznego, pozbawionego formy i ducha, mechanicznego, jak mamy teraz, czegoś). Nie mówiąc już o stworzeniu tego świadomie. Kultury, wedle poglądów Spenglera, potrzebują nowej religii (w tym sensie, jak nową religią jest zachodni katolicyzm, w stosunku do późnoantycznego), autentycznego chłopstwa, szlachty, warstwy kapłańskiej, dopiero powstających miast (na pewno zaś nie milionowych metropolii). I tak dalej. To tak na marginesie.

Fakt, że Toynbee przewiduje możliwość powstania nowej cywilizacji na starej... W dodatku obawiam się, że elita tam w Brukseli go czyta i też ma na to ochotę... Ale ta nowa cywilizacja to właśnie ów nowy człowiek i wykwitający nam tak ładnie mrówczy lewacki totalitaryzm z prawami człowieka dla małp. Więc ja bym się na Twoim miejscu nie cieszył. Poza tym, że Toybee to wyjątkowy cienias. (Twój zaś ukochany Koneczny jest b. fajny, ale on wcale nie wypowiada się specjalnie obficie na nas w tej chwili interesujące tematy. O czym parę wpisów temu mówiłem - jeśli nie miałem racji, to zapopolemizuj.)

No i to by było na razie na tyle. Pozdrawiam Cię czule, wszystkich ew. Czytelników też zresztą przy tej okazji pozdrawiam. No i oczekuję od Ciebie (jak i od wszystkich Ludzi Dobrej Woli) dalszych owocnych wkładów w roztrząsanie tych wszystkich niełatwych kwestii. Tylko pamiętaj, że tu nie chodzi o to, żeby "wygrać" (pomijając już ew. miłość do Platona), tylko naszą magis amicą jest veritas, zgoda?


triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, czerwca 26, 2008

Pocałunek śmierci i szczerbata rewolucja

Przyszło mi do głowy parę pomysłów na antykomusze obrazki. Zatrudniłem do ich wykonania wirtualną znajomą... Co było o tyle zabawne, że ta znajoma to dość typowa śląska komucha (choć nie folskdojcz, bo tego bym nie strawił), więc było to coś w rodzaju gwałtu. Muszę jednak szybko dodać, że ta pani to przemiła kobieta, więc ją od lat traktuję jako urocze choć niedorozwinięte dziecko i jakoś to się kręci.

Może nieco przekombinowała z ozdobnikami, starając się przede wszystkim dać obu tym zdjęciom podobny format, ale to kwestia dyskusji. W każdym razie zarówno te gotowe obrazki, jak i ich elementy składowe i sam pomysł, są do wykorzystania. Na pewno można to zrobić bardziej profesjonalnie niż moja znajoma w pięć minut, i będzie mniej odwracało uwagę od istoty sprawy. Choć może to ma akurat swój wdzięk takie jak jest? Gdyby ktoś zrobił z tego coś o wiele lepszego, byłbym zainteresowany - zarówno ujrzeniem, jak i ew. wykorzystaniem. No i dodam, że formalnie to co tu jest to własność intelektualna TtT (bo znajoma to tylko tzw. murzyn i żadnych praw z definicji nie ma).

No i może powiem, że dobrze by było zbierać pomysły na różne takie obrazki, i nie tylko, nie każdy bowiem kto ma pomysły, akurat się zajmuje wirtualnymi malowankami, zaś odwrotnie też nie zawsze jest tak jak byśmy chcieli. W razie czego proszę wpisywać pomysły w komentarze na bym blogu, może dotrą do tego graficy i inni potencjalni wykonawcy. I coś się zacznie wreszcie kręcić, o co nam wszystkim przecież tak bardzo chodzi. A teraz pozostawiam Państwa z naszymi drogimi ałtorytetami i bohaterami walki rewolucyjnej...













triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Cyrk "Maleszka" i co z tego wynika

Film o trzech kumplach dał zapewne postkomunie i różnym jej tuskoidalnym obrońcom niezłego kopa, bo część młodych zapewne nieco więcej z tych spraw zrozumie, a niektórzy mogą się nawet całkiem przejąć.

Swoją drogą, mógłby mi ktoś powiedzieć, czy obawy, iż TVN ocenzuruje ten film zostały potwierdzone? Czyli czy np. te 20 minut, które miały zeń zostać wycięte, zostały wycięte? Oczywiście sam fakt podzielenia filmu na dwie części, i to akurat przez środek najważniejszej sceny - odwiedzin autorek w mieszkaniu Maleszki i jego rozmowie z redakcją Gazownika - swoje i tak zrobiło. Jak i te wszystkie przerywające film reklamy różowych golarek do wiadomo czego. Nie wspominając już o tych przeuroczych reklamach programów mających nastąpić tuż po filmie: w jednym przypadku był to szoł Kuby Wojewódzkiego, w drugim Szymona Majewskiego. Samo to zestawienie programów jest oczywiście obrzydliwe, jak i oba te szoły same w sobie.

Skutkiem tego filmu zrobiła się w kraju przeurocza ętelektualna atmosfera. Wszyscy mianowicie starają się rozgryźć niezmierzone głębie duszy Maleszki, a różni tefauenowi wywiadowcy raz po raz zadają rozmówcom pytanie z repertuaru moralnych autorytetów: "czy zdołał pan/pani Maleszce wybaczyć". Przejęli się, kurwa mać, duchem Ewangelii!

Z red. Stasińskim, który, jak się dziś dowiedziałem, posiada nawet papier na analizowanie wszelkich Maleszków tego świata - jest bowiem z wykształcenia psychologiem - rywalizować na subtelność analiz ich skomplikowanych dusz oczywiście nie mogę. Mam jednak pewną obserwację... W mojej opinii coś  w rodzaju jajka Kolumba i węzła gordyjskiego w jednym.

Ale teraz jeszcze będzie wtręt... Otóż zakładam, że czytający te słowa film widział i wie jaki obraz Maleszki wyłania się z tego filmu. Nie chodzi jedynie o to, że był szpiclem, nie chodzi nawet tylko o to, że donosił i napuszczał bezpiekę na swych przyjaciół, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa świadomie i bez skrupułów doprowadził do zamordowania swego najbliższego przyjaciela... Chodzi mi także o jego wygląd i zachowanie - nie tylko o te jego "to bardzo dobre pytanie", ale o język ciała, jąkanie się (całkiem jak Michnik!), twarz zasłoniętą włosami i ogromnymi okularami...

Przyznam, że ja nigdy bym komuś takiemu zaufać nie potrafił. Nawet w moich najdawniejszych i najbardziej naiwnie-ideowych młodych latach. Wildstein tak nie wygląda, Pyjas, mimo zarostu, też nie... Pani Sonik wydaje się być b. sympatyczną i sensowną kobietą. Skąd więc u nich ta przyjaźń do kogoś tak z samego wyglądu i zachowania - pomijając donoszenie, o którym nie wiedzieli - odrażającego jak Maleszka? Zresztą ten facet nie wydał mi się nawet specjalnie inteligentny.

Pomijając już fakt, że ktoś mający tak ogromne ambicje by być superagentem, daje się nieświadomie sfilmować dwóm amatorkom we własnym mieszkaniu, kiedy dokonuje rzeczy, których ujawnienia nie darują mu nigdy jego dotychczasowi sojusznicy i obrońcy! Bez problemu wierzę, że Maleszka był w czasach studenckich, i zapewne jest do dzisiaj, molem książkowym - ale to wcale nie jest jakaś jednoznaczna zaleta. W jego przypadku raczej wprost przeciwnie.

Jest tu moim zdaniem temat na masę interesujących i ważnych rozważań, ale to już może innym (Deo volente) razem. Na razie rzucam skoncentrowany snop światła na "skomplikowaną" naturę Maleszki...

Otóż Maleszka to pro prostu autentyczny i do końca konsekwentny lewak! Proszę o tym pomyśleć: czy tu nie ma "względności prawdy"? Czy tu nie ma postmodernizmu? Czy tu nie ma "tolerancji" - wobec siebie samego, wobec ubecji? Czy tu nie ma tego lewackiego przekonania, że w człowieku tak w istocie liczy się jedynie kora mózgowa, skutkiem czego nie ma on żadnej stałej natury, jest natomiast w zasadzie czystą tabliczką, na której można zapisać cokolwiek i tylko od tego zależy jego "natura"?

Czy najbardziej się rzucającą w oczy mentalną cechą Maleszki nie było to, co starożytni grecy nazywali eironeia, a od czego oczywiście pochodzi słowo "ironia"? Co to jest ta eironeia? To, mówiąc skrótowo, niepoważny stosunek do samego siebie i do wartości. Coś, co dla starożytnych było rzeczą najobrzydliwszą z możliwych. Nie tragiczną i przerażającą, jak różne kazirodztwa i matkobójstwa, tylko właśnie obrzydliwą i niezrozumiałą. Czy ta postawa to nie jest dokładnie to, co Kołakowski wychwala jako "postawę błazna", jedyną, która naprawdę przystoi "filozofowi"?

Czyż nie jest to b. popularna teza wśród lewaków - zarówno tych ętelektualnych, jak i bezmózgich hunwejbinów i bywalców różnych Le Madame? Czyż możemy zresztą przeczyć, że jest to postawa "godna filozofa"? Przecież kiedy powiemy "filozof" to już od dawna nie chodzi nam o Arystotelesa. Jeśli o kogoś nam chodzi, to raczej o oświeceniowych francuskich mędrków, których właśnie określa się mianem les philosophes. Z Voltairem na czele, który perorował o wolności, a lizał gdzie popadło despotów i koronowanych zbrodniarzy.

Czyż jakikolwiek prawicowiec - niechby nawet to była po prostu karykatura prawicowca, taka jaką serwują nam bez przerwy postępowe media i postępowi intelektualiści - czyż więc jakikolwiek prawicowiec mógłby być podobny do Maleszki? Niechby i faszysta, zamordysta, zwolennik dyktatury, nietolerancji i ciemnogrodu - istna karykatura kogoś, kto słucha Radia Maryja i odrzuca z niechęcią Gazownik? Czy taki ktoś, gdyby istniał, potrafiłby na pytanie dlaczego zdradzał przyjaciół uśmiechnąć się z wyższością i stwierdzić "to bardzo dobre pytanie? Z całą pewnością nie. Jego "przesądy", jego "brak intelektualnej elastyczności", jego "niesamodzielność w myśleniu" by na to nie pozwoliły. Po prostu.

Prawicowiec nawet wyglądać tak jak Maleszka by nie potrafił. (Chyba żeby miał ogromny talent aktorski i akurat był tajnym agentem wśród lewactwa, ale to inna sprawa, bo Maleszka kimś takim oczywiście nie jest.)

Tak więc, uważam, że "tajemnica Maleszki" jest po prostu nie do rozgryzienia przy użyciu obecnie miłościwie nam panującego paradygmatu tego typu dyskusji. Staje się natomiast dziecinnie łatwa do rozgryzienia i niemal oczywista, kiedy się na nią spojrzy od właściwej strony. Powtórzę: Maleszka to po prostu lewak. I tylko tym się różni od masy innych lewaków, że jest lewakiem konsekwentnym. Do szpiku kości. W odróżnieniu od różnych takich, którzy robiliby to dokładnie to samo, jednak czekają z tym do czasu, gdy wreszcie naprawdę poruszą z posad bryłę świata, a ich związek bratni ogarnie ludzki ród.

Maleszka po prostu wyrwał się nieco przed szereg i nie dość zabezpieczył sobie tyły. Z drugiej strony nie aż tak bardzo się wyrwał i zaniedbał środków bezpieczeństwa - żadna krzywda przecież mu się nie stała, prawda?

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, czerwca 23, 2008

Znowu biężączka (wow!)

New York Times ujawnia, że w Polsce trzymano i torturowano najważniejszych spośród przywódców al kaidy złapanych przez Amerykanów. Rewelacja o tyle cienka, że te same informacje podawała owa gazeta już dwa lata temu, a teraz, z tego co kojarzę, na ich poparcie ma dodatkowo tylko wyznania jednego anonimowego informatora. Nie byłoby więc specjalnie o czym mówić, gdyby nie jedna istotna sprawa. Jaka? Oczywiście sprawa ewentualnej wojny Izraela i jego sojuszników z Iranem i jego sojusznikami, oraz reperkusji tego dla naszego kraju.

Polska jest, jak to całkiem niedawno oficjalnie podkreślono i przypomniano, sojusznikiem Izraela wprost wyjątkowo gorącym i chętnym do pomocy, jednak nasze elity nie mogą być całkiem pewne, czy ich miłość do Izraela i to wszystko co w mniej wyrafinowanych, ale szczerszych czasach określono by mianem "filosemityzmu" jest tak całkiem do końca dzielona przez ciemne masy. Czy każda matka polskiego żołnierza, wieszając mu na szyi szkaplerzyk - skoro już ten lud taki ciemny, że nie wiesza Che Guevary albo Michnika - powie mu ze łzami w oczach: "Idź synku na tę wojnę i nie oszczędzaj się ani kulom nie kłaniaj, a jeśli zginiesz za Izrael i w ogóle braci starszych, będę cię wspominać jako bohatera, a twoja dusza od razu trafi do raju". I tak dalej.

W związku z tym już dosć dawno niektórzy oszołomowie snuli przypuszczenia, że Mossad postara się jeszcze, by na nas jeszcze przed akcją odpowiednio Arabów, islamistów, al kaidę, i kogo tam jeszcze się da z tego towarzystwa napuścić. Aż do zamachu al kaidy włącznie. Niezależnie od tego, czy to będzie prawdziwa al kaida, czy też mniej prawdziwa. Na razie mamy artykuł w New York Times. Będzie teraz coś dalej? Czy już od razu ta wojna, bez dłuższego czekania na słuszny wybuch gniewu Polaków na islamistów? (A całkiem przy okazji wrogów Izraela.)

* * * * *

Przezabawne są te deklaracje obrońców III RP, iż "protestują przeciw finansowaniu książki o Bolku z publicznego budżetu"! Tym bardziej zabawne, że spora część tych ludzi to liberałowie. Książka, po którą tworzą się kolejki godne niemal najlepszych czasów późnego Gierka... (I tak samo jak wtedy, większość odchodzi z kwitkiem.) Książka która bez trudu sprzedałaby się w naprawdę ogromnym nakładzie (jak na dzieło naukowe, a nie "Arlekina") - co najmniej tak z 20 razy większym od obecnego nakładu - "jest finansowana"! Niczym dzieło Michnika, finansowane przez Ministerstwo Kultury, o czym wielokrotnie pisał Waldemar Łysiak.

Paranoja, a u kogoś, kto się podaje za liberała, to już nie wiem jak to można określić. Ja sam bardzo chętnie bym tę książkę z prywatnych środków sfinansował. Ba, nawet załatwił sobie linię kredytową. Oczywiście za udział w zyskach. Nasi liberałowie widzą to jednak inaczej. Może powinni się w każdym razie cieszyć, że tej jednej chociaż rzeczy Unia nie sfinansowała? Choć mnie bardzo by się podobała taka tabliczka akurat na tej książce i na budynku IPN.

(Swoją drogą szkoda, że przegapiłem tę demonstrację pod Stocznią w sprawie IPN. Dowiedziałem się o niej dopiero po fakcie, z TVN24. Może kiedyś słyszałem, że ma być, ale zapomnałem.)

* * * * *

TVN24 uznał już wyraźnie, że nie może nadstawiać dupy za Tuska i jego wesołą gromadkę - skoro sami sobie nie chcą pomagać, to nikt inny i tak tego za nich zrobić nie zdoła. Nie jest jednak tak, by się TVN24 od razu przeniósł do obozu oszołomów, faszystów i moherowego ciemnogrodu. Na razie siedzi sobie TVN24 na płocie. Dupa nieco boli, ale daje się wytrzymać, potem zobaczymy co będzie. Tak sobie myśli.

Przykładów jest sporo, na przykład dzisiejszy ślimaczy strajk tirów. Pokazywano go w TVN24 całkiem sporo, choć także takie miejsca, gdzie go, mimo zapowiedzi, całkiem nie było widać. To jednak i tak już nie to samo, co w przypadku długich na pół setki kilometrów kolejek tirów na granicach na początku miłościwych rządów obecnej koalicji. TVN24 nie byłby jednak sobą - w końcu Bolek może się jeszcze jakoś, z pomocą Putina, Merkeli i Mossadu wykaraskać, a z nim Tusk wraz z całą resztą... Nie można wszystkich jajek do jednego koszyka, a tym bardziej moherowego...

Więc TVN24 podał na zakończenie takiej transmisji z ślimaczego strajku, że (moimi własnymi słowami): "jest już i ofiara tego prostestu, bowiem pewna kobieta nie zauważyła korka, nie zahamowała na czas i wylądowała w szpitalu".

Powiem tak: gdyby chodziło o korek od butelki, należałoby jej odebrać prawo jazdy i przydzielić psa przewodnika, wraz z gustowną białą laską. Tutaj jednak ten korek był większy, niemal tak wielki jak propagandowe błazeństwa propagandzistów WSI24. Cóż, widać że ból pośladków spowodowany siedzeniem na płocie rzuca się z czasem i na myślenie. Bolek, Bolek! I coś ty chłopie zrobił najlepszego?!

* * * * *

Donald Tusk wyznał, że nie wyklucza wystartowania w wyborach prezydenckich za dwa i pół roku. Obawiam się jednak, że wtedy to czeka nas raczej gwałtowny rozwój sądownictwa i wiedzy prawniczej. (Przewidziany zresztą przez Spenglera, bo prawo to coś, czego rozwój mamy wedle niego jeszcze przed sobą!)

Dlaczego tak sądzę? A bo jak sprawiedliwie rozsądzić takie np. przypadki, że biznesmen swojemu nieuczciwemu kontrahentowi powie "ty tusku"? Albo menel menelowi od tusków nawymyśla. Sąd będzie musiał rozstrzygnąć, czy "tusk" zostało użyte jako rzeczownik pospolity, i jako tak, to w jakim języku - polskim czy kaszubskim... Czy też może jako nazwisko konkretnej osoby... Bo w końcu mogłoby chodzić np. o dziadka - tego od mandoliny byłego min. Giertycha i paru innych spraw. Takie przewiduję atrakcję na okres tuż przed przyszłymi wyborami prezydenckimi, nie zaś to, czy Tusk wystąpi nich, czy też nie.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Spinki z Lwem

Z mediów dowiedziałem się, że Premier Tusk podarował wczoraj... Nie, już przedwczoraj, właśnie minęła północ. Łuuuuuu... Ale już cicho, żadnych duchów nie ma!

Podarował więc Premier Tusk dwojga imion jubilatowi... Ciekawe swoją drogą jakiego świętego patrona był to dzień - Bolesława, czy Lecha? Musiałbym sprawdzić w kalendarzu, ale sobie odpuszczę. Ze znakomitej listy gości wnoszę, że jednak to musiały być te pierwsze. (No bo chyba nie Św. Judasza? To jest, z tego co pamiętam, kiedy indziej.)

Premier Tusk podarował, jak nas poinformowały media, dostojnemu jubilatowi spinki ozdobione wizerunkiem Lwa. Łał! To się nazywa bą gu i wykwint iście europejski!

No i to chyba z tego powodu - tych spinek znaczy, z tym Lwem - były wczoraj te wszystkie fajerwerki i petardy widoczne z całego miasta. Czyżby solenizant już zaczął przepuszczać swoje 20 milionów, które ma otrzymać od oszczerców wyrokiem Niezawisłego Sądu? To się nazywa pewność siebie! Musi nigdy nie donosił, to jest dowód! Jeśli jeszcze jakiś jest komukolwiek potrzebny, oczywiście, bo ludziom przyzwoitym oczywiście żadne nie są. Starczy petarda i Premier Tusk sfilmowany przez TVN24.

Przykro mi to stwierdzić, ale dziennikarze jednak nieco zaspali po tej uroczystości. Spinki z Lwem - to wiem. Petardy też, bo to sam widziałem. Premier Tusk, był fakt. Wręczył spinki. Z Lwem. Wszystko się zgadza jak w najlepszej układance albo powieści Agaty Christie.

Nikt mnie jednak dotąd nie poinformował - słuchajcie dziennikarze, do was mówię! - czy te spinki to z Lwem Rywinem, czy też o Lwem Trockim? Jak mnie do jutra nie poinformujecie, czarno na białym, zacznę krzyczeć o antysemityźmie. Chyba nikt nie chce mi sugerować, że Lew od Lwa niczym się nie różni - bo i to i to Żyd?!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, czerwca 22, 2008

Koneczny, Spengler i ten tam na T. (odc. 1)

Wraz z początkiem lata Letni Uniwersytet Trzeciego Wieku otwiera swoje podwoje. (Młodych to i tak nie obchodzi.)

Porozmawiajmy sobie o historii, w takim nieco bardziej syntetycznym ujęciu...

Otóż niektórzy znajomi moją fascynację Spenglerem zbywają stwierdzeniem, że oni mają Konecznego, któren jest wielki, i żadnego Spenglera nie potrzebują. W dodatku Koneczny gdzieś się tam podśmiewa ze Spenglera ambicji, by w Kulturach/Cywilizacjach (bez wchodzenia w tej chwili w konkretną terminologię obu tych panów) dostrzec coś w rodzaju żywych organizmów.

Nie powiem, by mnie te argumenty przekonywały. W bronieniu się tych ludzi przed Spenglera magnum opus - a mówimy tu o wersji kompletnej, nieskastrowanej, która liczy niemal 1000 stron i po polsku nie jest dostępna - dostrzegam parę motywów, które nie są może wstydliwe dla tych osób, ale tym bardziej nie świadczą przeciw Spenglerowi. Konkretnie widzę w tym przede wszystkim zdrowy i patriotyczny stosunek do własnego języka. Który ma u tych osób dominującą i niemal monopolistyczną pozycję w stosunku do innych narzeczy... Zgodnie z zasadą głoszoną przez kabaret Elita, w zamierzchłych czasach, kiedy naprawdę byli elitą, nie zaś radnymi z ramienia Platformy (Po latach: NIGDY PLATFORMIANYMI RADNYMI NIE BYLI, TO ZBIEŻNOŚĆ NAZWISK, MÓJ BŁĄD, SORRY!) . Ta zasada to, cytuję:
Uczcie się dziewczyny - UND CHLOPCY!
Języków cudzych - UND OBCYCH!
Gutten Morgen kolego!
Grunt to about lingwistyka.
Przede wszystkim zaś polskiego
Uczcie się - JĘZYKA!
(Z ogromnym, może nawet nieco przesadnym, akcentem na dwie ostatnie linijki.) Całkiem rozumiem, że jeden, własny, język, to jak jeden do perfekcji opanowany instrument. W końcu najwięksi instrumentaliści są z reguły wierni jednemu, wybranemu instrumentowi. Jednak kiedy to nie pozwala zapoznać się z najważniejszymi rzeczami, jakie kiedykolwiek napisano, zaczynam tu dostrzegać pewien problem.

No dobra, tyle w tej językowej kwestii. Teraz ustalmy sobie co mówi Koneczny, i co z tego wynika... Oraz jak ma się to do tego co mówi Spengler. (Ale to tylko w największym zarysie, bo tego się nie da streścić na blogowy tekst, nawet o mojej długości.) No i kto to jest ten trzeci na T, co mówi, i dlaczego nie wymieniamy go dotąd z nazwiska.

Koneczny (którego wielkim znawcą nie jestem, ale coś tam kojarzę) mówi, że istnieją różne cywilizacje, różniące się przede wszystkim swymi systemami prawa, te zaś systemy prawa rzutują na praktycznie wszelkie aspekty ich życia. No i Koneczny opisuje te cywilizacje (choć nie wszystkie zdążył opisać bardzo dokładnie), a jego obserwacje i analizy wydają mi się celne. W ramach tych założonych przez owego uczonego założeń i zamiarów.

Koneczny wyjaśnia powstanie cech dominujących w różnych cywilizacjach dość precyzyjnie i historycznie, jednak trzeba sobie od razu powiedzieć, że same wnioski są absolutnie ahistoryczne - dana cywilizacja ma takie czy inne cechy, w taki czy inny sposób wpływa na życie ludzi do niej należących, oni mają taką czy inną mentalność... I to się nie zmienia. W każdym razie Koneczny nam nic o zmianach nie mówi, o wyjaśnianiu ich genezy i przebiegu nawet nie wspominając.

Może tak jest z powodu jego głębokiego przekonania, iż to się nie zmienia i każda cywilizacja, kiedy już nabierze swego charakteru, trwa do końca, chyba że ją coś zniszczy... Może jednak wynikać raczej tylko ograniczeń samej metody. Nie potrafię tego rozstrzygnąć. Choćby dlatego, że choć Koneczny wydaje mi się zarówno interesujący jak i istotny, o wiele bardziej przekonuje mnie opis proponowany przez Spenglera.

Nie żeby one były aż tak niekompatybilne, jak się ludziom wydaje! Szczególnie ludziom, którzy Spenglera właściwie nie znają, bo przecież tak się zabawnie składa, że ci, którzy znają Spenglera, nie znają Konecznego, i odwrotnie. (No bo Polakom dużo łatwiej poznać Konecznego, ze Spenglerem są zaś, jak już mówiłem, problemy, zaś z ludźmi spoza Polski jest mniej więcej odwrotnie.)

Argument, iż słowa "cywilizacja" i "kultura" mają całkiem inne znaczenie u obu tych myślicieli, z czego miałoby wynikać, iż same te rzeczy ("byty", ale to brzmi zbyt uczenie na wykład LUTW) są u obu tych panów całkiem inne, a więc niekompatybilne... Argument ten jest po prostu bez sensu i najgorzej świadczy o edukacji w naszym nieszczęsnym kraju. Możemy sobie przecież "cywilizację" i "kulturę" u Konecznego zastąpić symbolami np. J23 i J24, zaś "cywilizację" i "kulturę" u Spenglera przez XX6 i XX9. Potem zaś możemy sobie o tych sprawach rozmawiać, nareszcie sensownie. Nic się przecież nie zmieni poza znakami i wibracjami powietrza.

To że ktoś używa tego samego słowa do nazwania różnych rzeczy - a tutaj są to jednak rzeczy różne, choć mają oczywiście pewien ze sobą związek, tyle że nie ma sensu od tego związku wychodzić, trzeba co najwyżej do niego dojść - o niczym nie świadczy. Wątpiących zachęcam do poszukania sobie w słowniku francuskim i angielskim słowa "pet", albo w angielskim i szwedzkim słowa "fart". ("Kiss" zresztą też mogą sobie poszukać.)

Koneczny z pewnością jest interesujący i wart czytania. Wynikają też z niego ważne wnioski natury ogólnej i praktycznej. Jakie? Najważniejszy jest ten - mówię oczywiście całkowicie subiektywnie, bo cały ten wykład jest zbiorem moich subiektywnych przemyśleń i nawet nie próbuję się podpierać autorytetami czy didaskaliami - że cywilizacje nie dają się mieszać. Cywilizacja zmieszana z paru innych jest niezdolną do życia hybrydą, wpływy jednej cywilizacji na drugą, jeśli dotyczą samej istoty rzeczy, są po prostu szkodliwe i na dłuższą metę zgubne. Niezwykle niepoprawna politycznie to teza, ale właśnie to, że za taką jest uznawana, potwierdza, paradoksalnie, jej prawdziwość. Sapienti sat.

Ten wniosek jest najważniejszy. Bez porównania moim zdaniem najważniejszy, w każdym razie dla politycznej praktyki i wyborów na przyszłość. Inny ważny wniosek z dzieła Konecznego - o ile oczywiście ma on w swych analizach rację - to ogromne znaczenie prawa, które przecież determinuje cała cywilizację. Koneczny, o ile wiem, nie wyjaśnia i nawet nie próbuje wyjaśniać, dlaczego dany lud "wybiera" taki a nie inny system prawa. Prawdopodobnie zależy to głównie od rządzących i przypadku.

W takim razie jest w tym cień sugestii, że zmiana prawa mogłaby zmienić całą cywilizację, czy też stworzyć nową. Nie robię z tego oczywiście Konecznemu żadnego zarzutu, bo byłoby to durne - tym bardziej, że te wniosek, w odróżnieniu od poprzedniego, wyraźnie wyrażonego przez samego Konecznego, jest jedynie moim prywatnym - jednak trzeba sobie powiedzieć, że ta z kolei myśl niesie z sobą dość niemiłe i mało prawicowe sugestie. Lub raczej zaproszenia do pewnych działań. Implicite. ale jednak.

Stanowi ona swego pewną zachętę dla wszelkich wielbicieli społecznej inżynierii i stwarzania nowego człowieka. Nie sądzę, by nasi nowi totalitaryści z Brukseli i podobnych miejsc czytywali akurat Konecznego, lepiej jednak dla nas, by tego nadal nie robili. To, że kultury mieszane są z definicji chore i skazane na upadek, wcale by ich prawdopodobnie nie pohamowało, raczej przeciwnie. Zresztą obawiam się, że wiele z tego co oni robią, robią właśnie w tym celu. I całkiem możliwe, że podpierają się przy tym dwoma pozostałymi z naszych tytułowych myślicieli. Ale o tym już następnym razem.

c.d.n (Deo volente)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, czerwca 18, 2008

Ciemność w południe - odsłona druga

Połowa irlandzkich rustykałów, plus jeszcze paru, nie zrozumiało dziejowej konieczności, i już mamy powtórkę z historii ostatniego półwiecza. Historii intelektualnej w każdym razie - i na razie: z przesubtelną dialektyką, wiatrem historii, dziejową koniecznością... Aż ciekawość bierze, czy tym razem też będziemy mieli szczęście oglądać pokajania niektórych z tych ludzi, którzy w młodości dali się uwieść "pięknej idei", czy może ukąsić, jeśli nie akurat Heglowi, to jakiemuś Schumanowi czy Adenauerowi. Nic nowego pod słońcem.

Owe ukąszenia, owe wiatry historii mają różne warianty i różne, chciałoby się powiedzieć, stopnie wtajemniczenia. Przedwczoraj słyszałem na WSI24 prof. Staniszkis. Ta kobieta już dawno odpłynęła w dal i z normalnymi ludźmi, oraz z realnym światem, łączy ją ew. tylko to, że czasem chadza do totalety. Choć i to nie jest dla mnie już tak pewne, bo pani profesor wygląda na doszczętnie i bez nadziei na ratunek przeanieloną i ukąszoną naprawdę nieludzko wiatropędną dialektyką.

Opowiadała ona w tym programie rzeczy nad wyraz przedziwne, co u niej normalne, ale najbardziej mnie zachwyciło, gdy tłumaczyła, że (cytuję z pamięci): "Traktat Lizboński jest wspaniały, bo wzmacnia państwa narodowe (wbrew zarzutom oszołomów), ustanawiając jednocześnie dla nich wspólne kierownictwo, wyznaczające im cele". W zrozumiałym i mniej pokrętnym języku musi to oznaczać, że: "Traktat Lizboński jest wspaniały, bo ustanawia władzę Brukseli (czy innego Berlina lub Jerozolimy, która tę Brukselę ew. opanuje), pozbawiając jej jednocześnie wszelkiej odpowiedzialności, która spada na państwa narodowe". Czyli wymarzone rozwiązanie dla wszelkich totalitarystów, zgodnie z zasadą "Car super, tylko urzędnicy świnie".

Powiem szczerze, że kiedyś, we wczesnych latach tzw. stanu wojennego, ceniłem panią profesor (wówczas docent). Mówiła z niezłym sensem i ostro krytykowała komuszą władzę. Teraz nawet nie muszę się zastanawiać, dlaczego krytykowała. Po prostu jej pozwalano. Dlaczego jej pozwalano? Też nie za bardzo muszę się zastanawiać. W każdym razie widzę, jak naiwny był człowiek, bo kiedy gdzieś w połowie lat '80 czytałem w Szwecji Aleksandra Zinowiewa, jego teza, iż każdy opozycjonista był jednocześnie ubekiem, a każdy ubek opozycjonistą, wydawała mi się ukłonem autora w stronę groteski i odejściem od obiektywnego opisu sowieckiej (oraz prlowskiej) rzeczywistości.

Jakiż głupi był do niedawna człowiek! A przecież ja miałem akurat wyjątkowo mało złudzeń co do istoty komunizmu i naszej z nim walki. Zawsze mówiłem kumplom z podziemia, że to "rewolucja much w butelce", i że tylko od czyjejś niemal losowej decyzji zależy, żeby nas wszystkich wymordowali. Na szczęście, jak to celnie ostatnio zauważył Andrzej Gwiazda, Bolek był agentem, więc nie musieli. Słaba pociecha, ale jednak.

Argumentacja pani profesor była z kategorii ukąszeń dialektycznych i o wiele ponad poziomem typowego niedokształciucha, robiącego w Unii i III RP za inteligencję. Tutaj pani profesor nawet niespecjalnie się kompromitowała, bo i przed kim? Jednak i ona musiała powtórzyć brawurowy argument wszystkich proojro-niedokształciuchów, ten mianowicie, że "sto tysięcy Irlandczyków zablokowało". Nie sto, kochane niedokształciuszki, bo mnie żeście przecież o zdanie nie pytali, prawda? A więc co najmniej sto tysięcy i jeden!

To, że wszystkie te dyżurne niedokształciuchy tak się chętnie kompromitują, nieco mnie niepokoi. Oznacza to bowiem - używając słów red. Michalkiewicza - iż "siekiera do pnia już przyłożona". Niedokształciuchy po prostu muszą i nie mają wyjścia, albo też wiedzą, że opinia motłochu, choćby myślącego, nie ma już żadnego znaczenia. Wobec historycznej konieczności i wiatru od zadu wielkiej idei... I tak dalej.

Niedokształciuchy pomniejszego płazu, jak to premier Tusk (jak by nie było absolwent gdańskiego U., marnego, ale jednak U.), całkiem już nie owijają w bawełnę. Przyjechała doń wczoraj (i do nas też, do Gdańska znaczy) kanclerz Merkel... Nie wiadomo nawet czy po to, by premiera Tuska hamować - bo krwiożerczy on przecież strasznie i sędziów piłkarskich by mordował jak muchy... Czy też żeby go właśnie zagrzać do boju. Czyli do pyskowania. W każdym razie Tusk, nasz premier kochany, powiedział Irlandczykom, że się na nich nie obraził. Czyli dał tej irlandzkiej hołocie do zrozumienia, nie będzie sankcji - po prostu władze Unii będą miały wynik ich demokratycznego referendum głęboko w dupie. I niech się Ajrisze cieszą, bo mogłoby być gorzej!

Do tego zgodnego chóru przyłączył się nawet Prezydent. Nie jestem całkiem pewien, czy mu tego nie wyrwano z kontekstu, ale nie oszukujmy się - Prezydent to nie prawica, tylko centrum, i wielkiej niechęci do Unii nie odczuwa. Zresztą i tak by to go od razu przekreśliło w tym wszawym kraju jako siłę polityczną, więc choćby był, nie mógłby tego po sobie dać poznać. W każdym razie powiedział, że "musimy Irlandczyków spytać, co im się w traktacie nie podobało". Powiedziałbym, że mnie się to kojarzy z sytuacją z cyklu: "lampką w oczki i co wam się obywatelu we władzy ludowej nie podoba?" Chodzi jednak o Prezydenta, więc tego nie powiem.

W podsumowaniu powiem za to, iż cała ta sytuacja zaczyna mi bardzo zalatywać tą opisaną w sławnej powieści Koestlera "Ciemność w południe". Ludzie, których nie zachwyca cokolwiek z tego co robi Unia, są w tej samej dokładnie sytuacji, co bohater tamtego utworu. W końcu nikt prawie nie jest przeciw Unii jako takiej, prawda? Poza nielicznymi oszołomami, całkowitym marginesem. Jeśli zaś akceptuje się Unię, to akceptuje się ją w całości. Inaczej to nie jest żadna akceptacja Unii. Unia zaś ma swoje cele, choć zdradza je maluczkim po kropelce, kiedy przychodzi na to pora... Unia ma też swoją dynamikę. "Nie podoba wam się obywatelu DYNAMIKA Unii? Odrzucacie historyczną konieczność pogłębiania europejskiej integracji?!"

Jak więc można mieć wobec Unii jakiekolwiek zastrzeżenia, że spytam? Jeśli się ją z zasady akceptuje, a ona ma taką właśnie dynamikę... Czyż dynamika właśnie nie jest tym, co najważniejsze? Bo cóż może być ważniejsze od dynamiki? Stan obecny, chwilowy? To jedynie pozór, Maja, fatamorgana! Przeszłość? Żarty robicie sobie obywatelu? Wybraliśmy przecież PRZYSZŁOŚĆ, prawda? Wszyscy, wsie w mieście, demokratycznie! Nie znacie towarzyszu zasad realizmu socjalistycznego? Hę?

Przewiduję więc w najbliższym czasie "cięcie po skrzydłach" polegające na tym, że zostaną zaatakowani ci - nieliczni, zgoda - oszołomowie, którzy Unię po prostu w całości odrzucają. W sensie, że dla nich nie ma w niej wiele dobrego i cała Unia może sobie swobodnie na drzewo. Nie sądzę, by ich od razu rozstrzeliwano, chyba żeby stawiali ostry opór. W każdym razie nie od razu. Ale propaganda, łagodniejsze środki przymusu, naciski ekonomiczne, odbieranie dzieci... Jak najbardziej. Z całą resztą Unia sobie bez trudu poradzi - oni są już złapani w dialektyczną pułapkę bez wyjścia. Gdyby ktoś jeszcze nie wierzył, albo nie wiedział o jakiej pułapce mówię, niech sobie (znowu) przeczyta "Ciemność w południe"!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
P.S. Zapomniałem obrazka, który zamierzałem tu wkleić. Jest cholernie pouczający, choć błyskotliwie prosty, kiedy już się wpadnie na pomysł. Oto on:

niedziela, czerwca 15, 2008

Wojna konserwatyzmów

Roboty nadal będzie w bród, forsy też - zarówno w formie legalnych pensji, jak i najprzeróżniejszych lodów... Cała machina będzie się nadal kręciła, mniejsza o tempo, byle kierunek był odpowiedni i nie stało w miejscu. Lud pokazał wprawdzie, że w swych mniej uświadomionych warstwach konieczności dziejowej nie rozumie, ale to przecież tylko wtedy, gdy mu ktoś jakieś referendum zorganizuje - w innym przypadku lud NIE, ani tym bardziej WON, z pewnością nie powie.

Jest więc w tym NIE, w tej lekko przyżółconej karteczce, którą ludność Irlandii dała ojrobiurokracji i jej wielkim planom jakikolwiek w ogóle problem dla tych ostatnich? Jakieś tam drobne problemy faktycznie mogą być. Bo to i co poniektóry świeży i wciąż naiwny ojroneofita może przepłakać kilka nocy z żalu, że go nie kochają tak, jak tego oczekiwał. Jest też minimalne zagrożenie życia ojrobiurokratów: kiedy taki wpadnie do rzeki, a nie umie pływać, okazuje się, jakkolwiek to szokujące i przykre, że być może nie byłoby dlań najlepszą strategią wykrzykiwać "Jestem Wysokim Eurokomisarzem do Spraw Walki z Homofobią i Połowami Dorsza, pomocy!"

W sumie jednak lud z biurokracją nie wygra, jeśli ta będzie działać odpowiednio powoli, odpowiednio niewielkimi kroczkami. A czasu to ona ma, bez obawy! Żaden zatomizowany lud nie wygra z ogromną biurokratyczną machiną o ogromnych, choć odpowiednio mętnie sformułowanych kompetencjach, całkowicie przed tym ludem nieodpowiedzialną - zarówno w całości, jak i pojedynczo... Tym bardziej, że ten lud staje się w stworzonym mu świecie konsumpcji, łatwej rozrywki i odpowiednio spreparowanej informacji, z dnia na dzień coraz bardziej zatomizowany.

Jak lud ma wyrazić swój protest, skoro nie tylko przepaść w ew. uzbrojeniu między nim a władzą - która jeszcze, mówię o przepaści, w dziewiętnastym wieku była drobna, obecnie jest ogromna... Ale także skoro aby ten lud mógł się dzisiaj do czegokolwiek skrzyknąć, konieczne jest używanie do tego internetu, a coś takiego w każdej większej skali władza od razu wykryje. I nikt w dodatku nikogo prawie naprawdę i osobiście nie zna, więc nie może mu ufać, a jeśli zaufa, można się założyć, że to właśnie będzie agent. (O takich trudnouchwytnych sprawach, jak sama natura dzisiejszego masowego człowieka - wielkomiejskiego "kształcunego" leminga schyłkowej epoki - nie będę już nawet szerzej wspominał, choć w mojej opinii to właśnie ma zapewne największe znaczenie.)

Tak więc, jeśli mnie moje zwykłe wyczucie historycznych trendów nie myli, Ojrounia nie będzie miała większych problemów ze zrobieniem tego, co zrobić zamierzała, a brzydcy Irlandczycy jej nabruździli (niewiele). Zrobi to, po prostu nieco bardziej biurokratyczną i zakamuflowaną metodą, i nieco wolniej. Gdzie może zacząć napotykać pierwsze poważne problemy? Może nigdzie, i pojedziemy gładkim szusem do Świetlanej Przyszłości, do Nowego Wspaniałego Świata.

Tak faktycznie może być, ale w tym celu lud musiałby się jeszcze nieco bardziej... Jak to powiedzieć? O! - "zeuropeizować". Chyba każdy rozumie co mam na myśli. Bo jeśli lud pozostanie na obecnym poziomie europeizacji, to, choć wysoki jest to poziom bez wątpienia, mogą się zacząć pewne problemy, kiedy Unia zostanie już państwem i np. trzeba będzie egzekwować kary dla różnych oszołomów. Taki oszołom potrafi bowiem (aj waj!) - a w każdym razie niewykluczone że spróbuje, jeśli się na Unię w dziecinny sposób obrazi (aj waj!) - robić rzeczy tak straszne, jak spalenie ojroflagi (aj waj!), wsadzenie jej w gówno (j.w.), pisanie na blogu antyojro treści, krzywe spojrzenie na przedstawiciela ojroelity (który w dotatku mógłby być rabinem, aj waj!)...

I to trzeba będzie oczywiście tępić. W majestacie prawa. Całym. Wtedy zaś istnieje śladowe ryzyko, że inne oszołomy zaczną w tej sprawie - w sprawie tego "prześladowania" wolności słowa i takich tam - wariować. I dalej demonstrować antyeuropejskie postawy. Posuwając się (aj waj!) do wkładania w gówno jeszcze większej ilości ojropejskich flag! (Czyż muszę pisać, co tutaj powinno być? Czytelnik sobie z pewnością sam "aj waj!" dośpiewa.)

To jest ta pierwsza możliwa przeszkoda. Żadna nilowa katarakta, z pewnością, ale jednak Unia woli nie ryzykować, a Unia ma czas, więc ryzykować nie musi. Nie, żeby zaniedbywać miała sprawę wychowania Nowego Ojroczłowieka. W tym celu... Słuchajcie, słuchajcie, bo to wielu z was zaskoczy! W tym celu posługiwać się będzie... KONSERWATYZMEM! Nie żeby już dzisiaj tego nie robiła. Unia ma już przecież swoich Ujazdowskich, a nie dalej niż wczoraj Saryusz-Wolski odgrażał się mi na WSI24, że mi (słuchajcie, słuchajcie!) "będzie tłumaczył Europę". W dodatku to miał być "dialog", ale spytać mnie niestety zapomniał, czy i jakie to sprawy to ja z kolei bym mu miał ochotę wytłumaczyć.

Oczywiście, lewaccy hunwejbini są ważni! W pewnym sensie to nawet podstawa. Jednak sama natura hunwejbina polega na tym, że się władza do niego za bardzo nie przyznaje. Starczy podszczuwanie, zapładnianie i tolerowanie. (Takich prostych rzeczy muszę tych moich czytelników uczyć?) Prawdziwą siłą uderzeniową Unii - jej "kowadłem", jak to stosowane przez armię Aleksandra, są konserwatyści właśnie. (Podczas gdy lewactwo jest oczywiście, skorośmy przy starożytnej sztuce wojennej, "młotem", czyli konnicą, naganiającą wroga na kowadło.)

Konserwatyzm to dla mnie piękna idea i jedyna uniwersalna polityczna ideologia, którą potrafię brać poważnie. (Nauka Kościoła Katolickiego to jednak nieco inna sprawa.) Oczywiście właśnie dlatego, że konserwatyzm to właściwie "antyideologia". Czyli odrzucenie wszelkich "prawdziwych" ideologii. Które są z definicji w najlepszym przypadku b. strywializowaną filozofią, a w gorszych utopijnym wariactwem, w każdym zaś razie jakąś abstrakcyjną "Prawdą", w odróżnieniu od Faktów, na których powinna być budowana polityka. (Ja po prostu nie wierzę w ideologie, które odnoszą się rzekomo tak samo wspaniale do Polski, Ekwadoru i powiedzmy Botstwany, sorry Korwin!)

Nie ma jednak róży bez kolców, więc konserwatyzm, właśnie w wyniku tego, że to antyideologia, jest b. ogólny. Z czego wynika, że daje się interpretować na najróżniejsze sposoby. No bo i Ujazdowski głosi się konserwatystą, ja zaś nie mogę mu prawa do tego tytułu odmówić, i ja też się głoszę. I dotychczas (wow!) nawet jeszcze żadnego certyfikatu do tego od Ujazdowskiego czy jego kompanów nie potrzebuję, co mnie różni od np. oscypka.

I teraz... Ten "europejski" konserwatyzm zwalcza i zwalczać będzie wszystko co "rewolucyjne" (w mniejszym lubi większym cudzysłowie), czyli wszystko co zakłada gwałtowne zmiany. Nie daj Boże, gdyby jeszcze miały być przeprowadzone w sposób "niekonstytucyjny", czy w ogóle gwałtowny! I oczywiście "europejska konstytucja" - jak by się oficjalnie nie nazywała i jak pokrętnymi metodami nie udałoby się jej ojrototalitarystom przepchać - także się liczy. Wara od niej, bo będziemy odcinać ręce i nie tylko (a tow. Środa wreszcie dozna zaspokojenia)!

Bardzo ładnie się to wszystko komponuje z nowym modelem demokracji, który co pilniejsi oglądacze przeświatłych i przemundrych programów w TV już poznali. Inni nie poznali i sami sobie są winni, prawda? Jak to mowi prawo rzymskie? "Nieznajomość obowiązującego prawa nie jest okolicznością łagodzącą." Że to tutaj nie całkiem się stosuje, o to mniejsza. Kto w końcu prawo, także rzymskie, interpretuje? Ciemny lud, kompromitujący się co pewien czas niezrozumieniem Europy? Czy też elity?

Właśnie, dobra odpowiedź - elity! No i teraz te elity się reprodukują przez kooptację. To właśnie jest nowy model demokracji. O którym większość plebejów - uważających się nadal za "suwerenny lud" - oczywiście wiedzieć nie musi i raczej nie powinna... Przynajmniej do czasu, gdy się wprowadzi odpowiednie środki... Kto rozumie, ten rozumie, a reszta niech sobie włączy jakiś serial. Albo mecz w piłkę.

Ten nowy model demokracji jest na razie nieźle przez masy proletów i elity mniejsze łykany. Jednak w momencie zaostrzenia się walki klasowej mógłby zacząć być kontestowany. Na szczęście są elity większe, czyli kto? Konserwatyści! Właśnie, brawo! Taki konserwatysta będzie własną piersią bronił elit - bo przecież konserwatyzm szanuje elity i uważa je za coś niezwykle istotnego... Oraz będzie też taki konserwatysta fukał i zapluwał się na wszystko, co trąci rewolucją.

Zaś bez rewolucji nie da się oczywiście zmienić tego, co w Europie, w wyniku II Wojny
Światowej, Zimnej Wojny i tych ostatnich przedziwnych i brzemiennych w skutki 20 lat powstało. A więc konserwatysta, w "europejskiej" wersji, całkiem ze swego punktu widzenia uczciwie i z pełnym przekonaniem będzie wszystkie te dążenia zwalczał, a tym samym bronił Unii. Oraz tego, do czego ona dąży... Choć przecież jakiś inny konserwatysta, o nieco innych konserwatywnych priorytetach, rzekłby, i słusznie, że to jest całkowicie z konserwatywnym ideałem sprzeczne.

Wot zagwozdka, prawda? Deo volente, a także jeśli P.T. Czytelnicy wykażą zainteresowanie tym tematem, spróbuję wkrótce wyjaśnić jak JA osobiście rozumiem konserwatyzm - taki, przed którym zadrży zlana zimnym potem Ojrounia i ci wszyscy nadworni konserwatyści (niech im nawet będzie, że bez cudzysłowu).

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

P.S. Que será será, jednak nie odmówię sobie wklejenia tu przecudnego obrazka komentującego kopniak wymierzony Unii przez Irlandczyków. W istocie powstał on jeszcze przed, jako wyraz życzeń całkiem niemałej części Polaków. Oto...

sobota, czerwca 14, 2008

Koniec planów IV Rzeszy - czy raczej koniec demokracji w Europie?

Lesbijski traktat dostał od ludu zielonej wyspy kopa. I bardzo miło, jednak nie przywiązywałbym do tego dużo większej wagi, niż do innych przyjemnych a zaskakujących wydarzeń, w rodzaju zwycięstwa Chorwacji nad Niemcami w kopanych mistrzostwach Ojropy. (W końcu nie "Europy" bo, co wtedy by tam robił Izrael, który brał przecież udział w eliminacjach i mógłby się załapać. Znowu.)

Spodziewać się, iż klęska w Irlandii powstrzyma tę ojrobiurokrację przed tym co robić zamierzała, wydaje mi się skrajnie naiwne. Tutaj nawet ekonomiczne argumenty lewactwa spod znaku leberalizmu i korwinizmu wystarczą - nikt nie rozkręca tak ogromnego i tak zyskownego biznesu jakim jest Ojrounia po to, by go zwijać, kiedy jego tytularni beneficjenci wyrażą lekkie niezadowolenie. To się musi dalej kręcić i kręcić się dalej będzie!

Ma więc to wydarzenie i ta data - piątek 13 czerwca 2008 - jakiekolwiek historyczne znaczenie? Moim zdaniem ma, i to niemałe. Albo mniej filozoficznie, bardziej konkretnie i przyziemnie - czy ten wynik referendum cokolwiek w świecie realnych faktów zmienia? Trochę faktycznie może zmienić. Oczywiście nie to i nie tak, jak sobie różne naiwne ludzie wyobrażają. Cóż więc może w realu zrobić ten wynik referendum - tak nieprzyjemny i zaskakujący dla fanatyków "europejskiej integracji" i żerujących na niej cwaniaków?

Zrobić może, i zrobi po prostu, to że ci fanatycy i cwaniacy jeszcze wyraźniej niż dotąd odrzucą maskę demokratów. Ta maska ich od dawna uwiera, jednak nie mają dotychczas nic lepszego, co by ich władzę jakoś uprawomocniło. Nie żeby to uprawomocnienie było aż tak konieczne - w końcu lud jest tak bierny i tak łatwy do manipulacji, tak obojętny wobec haseł i wartości, które jeszcze pokolenie jego dziadów rozpalały do białości - że rządzić tym bydłem można i bez szczytnych haseł. Jednak mieć szczytne hasła stanowczo lepiej, i to z kilku istotnych powodów. (O których może innym razem.)

To odchodzenie od haseł demokracji odbywa się już od dawna i sam o tym pisałem. Jednak dotychczas były to mądre i światłe wypowiedzi wieczorową porą w nudnych publicystycznych programach telewizyjnych. Wypowiedzi ludzi w rodzaju towarzyszy Wołka czy Śpiewaka. Wypowiedzi o "demokracji elitarnej" i takich tam rzeczach. Nazwy były różne, ale w sumie chodziło o to, że wola ludu to bzdura i rządzić mają elity - to dopiero jest PRAWDZIWA DEMOKRACJA. ("Demokracja ludowa", chciałoby się powiedzieć. Ale tym razem prawdziwa.)

Co w praktyce wynika z tego, że Unia Ojro i ogólnie panująca nam miłościwie masońsko-lewacko-kapitałowa międzynarodówka odrzuca w coraz szybszym tempie pozory demokracji? "Na dwoje babka wróżyła", chciałoby się powiedzieć. Byłaby w tym bowiem pewna szansa dla ludzi, którym te wszystkie międzynarodówkowe ruszania z posad nie odpowiadają. Mogliby ci ludzie budzić w masach opór, uświadamiając im, iż są traktowane jak bydło, nie zaś jak... Mniejsza już o "suwerenny lud", ale po prostu jak ludzie.

Jednak moja opinia o dzisiejszym europejskim (i w ogóle zachodnim) ludzie jest tak mało pochlebna, iż taka szansa i taka perspektywa wydaje mi się bardzo, ale to bardzo, mało realna. Znacznie bardziej realne wydaje mi się to, iż tego ludu ciemiężcy - cały ten ojrointeres z przyległościami - bardzo szybko przekonają się, iż bez krępujących ich dotąd "demokratycznych" pozorów mają o wiele większą swobodę działania, a więc także skuteczność i siłę.

Lud zaś, który w swych zdrowszych częściach, jak np. w sielskich dystryktach prowincjonalnej Irlandii, potrafi jeszcze powiedzieć "NIE" w referendum, nie jest już zdolny do powiedzenia NIE jeśli nikt mu tego referendum nie zorganizuje. Ani "NIE", ani oczywiście tym bardziej "WON!" To już nie ten lud, to już nie te czasy.

Czy jest jeszcze jakaś nadzieja dla Europy? Dla Polski? Dla nas osobiście, czyli dla ludzi w rodzaju tych, którzy to piszą i czytają? Jedyną nadzieją jest brak nadziei. W końcu na rolę pędzonego do rzeźni bydła, człowiek mający do siebie szacunek zgodzić się po prostu nie może. Fakt, że przy tym radośnie nie pokwikuje, jak wielu, nie stanowi tutaj aż tak ogromnej różnicy.

Czy ojropejsom i ich poputczikom - zarówno tym cwanym, jak i tym durnym - może się udać? Zależy o jakie zamiary ich podejrzewamy. Jeśli chodzi im o kontynuację "rewolucji '68", to oczywiście im się udaje i dalej będzie udawać. Jeśli chodzi o wprowadzenie w Europie - na razie - totalitarnego społeczeństwa mrówek, to pewnie im się w końcu nie uda, jednak zniszczą po drodze wszystko, co dla nas, normalnych ludzi, stanowi o wartości ludzkiego życia.

Czy sama idea Unii Europejskiej jest zła i należy ją odrzucić? Jako spenglerysta powiem, że dla mnie Europa od dawna jest tylko wymakijażowaną mumią i nic dobrego już jej w mojej opinii nie czeka. Tak czy tak będzie zamordyzm - kwestia jedynie w tym, czy będzie on próbował bronić i podtrzymywać wartości tej naszej, niegdyś wielkiej, cywilizacji, czy też je właśnie jak najszybciej zniszczyć.

Gdybym się jednak, jakimś cudem, w tej mojej opinii, iż Europa nie ma już przed sobą żadnej przyszłości, okazał zbyt pesymistyczny? Wtedy jakaś forma europejskiej integracji byłaby naturalna i potrzebna, jednak z pewnością nie mogło to by mieć wiele wspólnego z Unią Europejską. Ta jest doszczętnie zakażona lewackim wirusem, masońską pogardą dla normalnego człowieka i jego wartości, cynizmem i chciwością bizantyjskiej, przez nikogo niekontrolowanej biurokracji...

I jak zarażoną rakiem tkankę, Unia Europejska musiałaby być całkowicie wyeliminowana. Ze sporym marginesem, jak w przypadku wycinania każdej tkanki rakowej.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, czerwca 10, 2008

Triarius the Tiger o wolnym rynku, bezzębności i burżujach

Kilka nowych bonmotów etatowego bonmociarza tego bloga:

Mogę się ew. zgodzić, że państwo nie ma się mieszać do wolnego rynku. Pod warunkiem jednak, że wolny rynek nie będzie się mieszał do państwa.

("Wolny rynek" powinno właściwie być w cudzysłowie, bo to abstrakcja, której nikt w realu nie widział i nie ujrzy. Ale to bonmot, a nie dysertacja.)

* * * * *

Jak tu się dziwić, że polska prawica jest bezzębna i bezsilna, skoro właśnie bezzębność i bezsilność to dla większości Polaków sama esencja prawicowości?

* * * * *

Powinniśmy się chyba modlić, by Stalin w jednej przynajmniej rzeczy miał rację - w tym, że kontrrewolucja nasila się w miarę postępów budowy komunizmu. Inaczej marnie z nami będzie w tej lewacko-totalitarnej ojropie i w tej koszmarnej bananowej III RP!

* * * * *

I na deser... Gigamot hiper-przewrotny, jednak nie żebym całkiem nie tak to widział:

Pomysł, że państwo ma się zajmować głównie, albo nawet wyłącznie, obroną materialnych interesów burżuja przed tymi, którym się nie bardzo chce pracować, jest tyleż zabawny, co absurdalny.

Burżuj jest od państwa uzależniony bardziej, niż nierób i nieudacznik na socjalu. Dopóki burżuj ma możliwość robienia pieniędzy, nie ma co się skarżyć. Co zresztą wynika z podstawowych zasad rynku: gdyby się nie opłacało, to by przecież tego nie robił, prawda? Zaś skoro się opłaca, to skąd burżuj wie, że mu się dzieje krzywda i można to wszystko zrobić lepiej? Sam przecież nie potrafi nic innego, niż ew. robić pieniądze (i to w wariancie optymistycznym, bo przeważnie to nie aż tak bardzo od zdolności zależy), rezonować i skamleć.

Nie chodzi oczywiście o to, że źle jest pracować, być przedsiębiorcą, bogacić się. Ale ci normalni ludzie robią swoje, czasem robią też coś innego. Zaś burżuj zaś polityką się brzydzi, za to ma wymagania. Burżuj to sprawa mentalności. Ta burżujska mentalność jest szkodliwa dla wszystkiego z czym się zetknie - z samym burżujem włącznie.

Burżuj u władzy? Paranoja! Kiedyś faktycznie istniała władza w interesie burżuazji i szybko wyrodziła się w władzę "w interesie mas". Czyli w sumie ten zmanipulowany syf, który obecnie mamy i który dryfuje w stronę lewackiego totalitaryzmu. Lenin ładnie ujął zady i walety burżuja w znanym powiedzonku o sznurze. (Dávila ujął to znacznie lepiej, parę razy to tutaj cytowałem, ale jest to zbyt długie, by tutaj to znowu wpychać.)

Oczywiście nie chodzi o to, by burżuja zsyłać do łagrów, jednak z pewnością nie należy ulegać jego szmatławym "wartościom", które nas doprowadziły do obecnego moralnego i materialnego upadku, oraz bezbronności wobec bezczelnych zakusów totalnego lewactwa, choćby tego spod sztandaru (lub raczej szyldu) "Zjednoczonej Europy".

* * * * *

I jeszcze jeden gigamot przyszedł mi do głowy już po opublikowaniu powyższego. (Nie ma jak rozmowy z Hrabią, prawda Zemke?)

Autentyczny konsekwentny liberalizm: Uznajemy, że całe życie społeczne, jeśli jest zdrowe, to jeden wielki wolny rynek. Całe więc życie społeczne analizujemy w kategoriach wolnego rynku, zaś to, co jeszcze tego ideału nie sięga, zmieniamy tak, by się wolnym rynkiem stało. Czyli puszczamy ten meta-wolny rynek na żywioł, bez ograniczeń, i cieszymy się, że prostą drogą podążamy do złotego wieku.

Liberalizm konserwatywny: Jak wyżej, ale z tym, że pragniemy - i wierzymy, że tak się stanie, bo tego przecież pragniemy, jak małe dzieci - żeby to, co nam się w obecnym świecie i naszym życiu podoba, pozostało bez zmian. W końcu nikt nie lubi zbyt radykalnych zmian we własnym życiu, prawda? A więc lepszą nazwą dla liberalizmu konserwatywnego byłoby moim zdaniem "liberalizm naiwno-egoistyczny".

* * * *

No i jeszcze jeden - tym razem bon:

Leberał to taki gość, co wciąż ma przeróżne polityczne pretensje i wymagania, ale politykę uważa jednak za coś poniżej swej godności. Dzisiaj zaś jesteśmy już tak przeżarci leberalizmem, iż większość ludzi nie dostrzega nawet w tej postawie paranoi.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, czerwca 08, 2008

Benhakker przekupiony, czy też udzieliła mu się nasza...

... narodowa cecha - głupota?

(Napisałem to już parę minut temu na BMPL, ale wkleję i tutaj, bo to wiekopomne, a piszę to w przerwie, więc na bieżąco, nie znając teoretycznie wyniku. Choć obawiam się, że go w sumie znam. Dobre chociaż, że to nie pomoże Tuskowi i jego wesołej gromadce.)

Skoro ostatnio zmieniono przepis o spalonym i teraz dopuszczalne jest, by na spalonym stało sobie masę zawodników, więc można podać czy wprowadzić piłę w pole karne, a tam już cała zgraja kolegów czeka...

Co potworne utrudnia najpopularniejszy dotychczas sposób obrony - przez łapanie na pułapki ofsajdowe... Jeśli tylko ma się w ataku paru ludzi, którzy starają się ten nowy przepis wykorzystać, czyli pchają się poza przeciwników, "na spalony" (ten poprzedni)... No to jakim pieprzonym durniem trzeba być, by grać JEDNYM NAPASTNIKIEM??!
Szkopy wykorzystują ten nowy przepis, którego zapewne nikt do końca jeszcze sobie nie przyswoił, i mają bramkę, a powinni mieć dwie.

Nasze chłopce chwilami grają zupełnie przyzwoicie, ale jedynie w ofensywie, gdzie z kolei jest ich tam zbyt mało, by naprawdę mieć dużą szansę na zdobycie bramki.

Pośladki mi drżą na myśl, co będzie pod koniec, gdy nasze chłopce będą już zdechnięte, a Niemce jak zawsze wykażą kondycję i dyscyplinę.

W sumie mogło by być gorzej, ale gdyby pieprzony sztab trenerski trochę myślał, to mogliśmy mieć nadal bezbramkowy remis.

Benhakker zdrajca! Albo też już całkiem nasz rodak. Czyli bezmyślny kretyn. Co lepsze? ;-)

Nie, tak na serio, to o nic zdrożnego Benhakkera nie podejrzewam i za idiotę go nie uważam. Ale dziwi mnie, że takiego czegoś jak b. istotna zmiana przepisów nie próbuje się racjonalnie wykorzystać. Niemce wykorzystały, prawda?

A myślenie jednak JEST potrzebne. Zwracam na to uwagę wszystkim, którzy go organicznie nie znoszą.

I żeby chociaż to nie folksdojcze nam strzelały... :-(

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Dobra śmierć - część 1

Wróciłem ci ja wczoraj z pragułki, zrobiłem sobie coś w rodzaju skromnej kolacyjki i od niechcenia włączyłem zyzol. A tam mecz Portugalia - Turcja. Oglądając, bez większego wprawdzie podniecenia, koronkowe zaiste akcje Portugalczyków... (Co kto lubi zresztą, dla mnie taka piłka jest nieco damska.) Więc patrząc sobie na te koronki od niechcenia, pozwoliłem myślom błądzić.

Przypomniałem sobie, że jeszcze niedawno reprezentacja Portugalii miała w składzie takiego czarnego, tlenionego obrońcę o nazwisku Boa Morte. Boa Morte to po portugalsku "Dobra Śmierć". Ciekaw byłem, czy on jeszcze jest w składzie tej drużyny. W końcu obrońca o tym nazwisku musi być wyjątkowo cenny dla każdej ekipy - groźny, a jednak z nutką optymizmu. Taka kadź dziegciu z kropelką miodu, mniam! Ale facet albo bardzo nie w formie, albo też znajomość języka Camoësa wśród uczestników Mistrzostw Europy zbyt niewielka, by było warto się z tą kadzią wysilać.

Portugalczycy tkali te swoje koronki, a nawet strzelali bramki, ja zaś pogrążyłem się w jeszcze głębszych filozoficznych rozważaniach. Najpierw jeszcze prawie nic, bom się oddał refleksjom nad tym, że w naszych infantylnych czasach - gdy to śmierć zajęła, jako tabu, miejsce seksu - nikt już oraz w bardziej od Portugalii protestanckim-liberalnym-zinfantylniałym-zamerykanizowanym kraju, takie nazwisko chyba by nikomu do głowy nie przyszło, zaś jego właściciel zrobiłby wszystko, by się nazywać inaczej. (Powiedzmy "Michnik", "Geremek" albo inny "Kwaśniewski".)

W końcu zaś, plwając na skorupę postoświeceniowo-leberalnego infantylizmu, zstąpiłem do głębi... Samo pojęcie "dobrej śmierci" - tak niedzisiejsze, tak niezwykłe, tak intrygujące. W kościele katolickim, przynajmniej tym... Jak to określić? Przedsoborowym i przed-infantylnym, powiem po prostu, żeby mnie nie kusiło powiedzenie czegoś więcej. Więc tam, z tego co kojarzę, były modlitwy o dobrą śmierć, byli święci którzy ją człowiekowi zsyłali. Bardzo niedzisiejsze, bardzo przedsoborowe, bardzo katolickie... Ale jednak można zrozumieć. W końcu dla katolika dobra śmierć, to śmierć bez grzechu. Czyli swego rodzaju katapulta do wieczystej szczęśliwości.

Jednak dobrą śmiercią intensywnie zajmowali się także i starożytni Grecy. "Intensywnie" to naprawdę b. oględnie powiedziane. Bardziej precyzyjne byłoby stwierdzenie, że mieli jej obsesję. "Żadnego człowieka nie można nazwać szczęśliwym zanim umrze", to jedna ze znanych greckich sentencji. (Przypisywana chyba Solonowi.) A ile jest historii o ludziach przez całe życie szczęśliwych, których śmierć była jednak całkiem inna, co przekreślało - w opinii Greków - wartość całego życia!

Na przykład król Krezus. I wszystkie te historie o ludziach, którzy życie mieli całkiem w porządku, ale za szczęśliwych możemy ich uznać - wedle greckich mędrców i autorytetów (bez obrazy, to słowo samo w sobie NIE jest obraźliwe!) - dopiero dzięki pięknej, wzniosłej i względnie bezbolesnej śmierci.

Jak się tak na spokojnie zastanowić, to jednak nie jest to chyba postawa całkiem racjonalna. W końcu ile się umiera? To znaczy ile się czuje, że się umiera? - o to w końcu tutaj chodzi. Jak długo człek umiera i jest przytomny, bo potem możemy to już, z punktu widzenia psychiki, uznać za stan śmierci. Więc w tym sensie umiera się, nie żebym był jakimś fachowcem, ale chyba te informacje są dostępne i w miarę prawdziwe, od ułamka sekundy (czy po prostu zera sekund), kiedy człowiekowi na pokładzie flagowej fregaty spadnie na głowę bombramreja, po parę lat w przypadku raka.

Jednak w tym drugim przypadku to nie jest, ściśle biorąc, cały czas umieranie, tylko raczej po prostu długa i przykra choroba prowadząca do śmierci. Samo umieranie, w ścisłym sensie, to może być góra kilka dni. Kilka dni, najwyżej, w stosunku do kilkudziesięciu lat. Czemu więc ludzie przywiązują zwykle do tego stosunkowo krótkiego czasu aż tak ogromną wagę? Czemu tak wielu - nie mówię tu teraz o starożytnych - uważa, że to co czujemy w ostatnich sekundach życia, jak widzimy siebie i swoje życie, decyduje o absolutnie WSZYSTKIM w tym życiu? O całej jego wartości? I wcale przy tym nie powołują się ci ludzie na jakieś religijne dogmaty. Problem odpuszczenia grzechów, spowiedzi, komunii czy ostatniego namaszczenia, całkiem na ogół tutaj nie występuje.

Wygląda, że śmierć i pośrednio chwile do niej prowadzące są w jakiś sposób istotne SAME Z SIEBIE. Że śmierć - własna przede wszystkim, choć oczywiście nie tylko - to ogromny problem każdego w miarę normalnie myślącego i czującego człowieka. Jest to jednak także problem, na który nie ma żadnej ściśle naukowej odpowiedzi. Nie ma i nie będzie, choć faktycznie istnieją ludzie, którzy próbują nas przekonywać, iż "nauka" takie odpowiedzi daje. Z reguły są to odpowiedzi w typie: "nie ma się co przejmować - przecież kiedy my jesteśmy, śmierci nie ma, kiedy zaś jest śmierć, to nas nie ma, więc o co chodzi?" Czyli znany od tysiącleci epikurejski sofizmat.

Nic nowego pod słońcem. W starożytności i epikurejczycy, i stoicy i cynicy mieli dokładnie to samo nastawienie i ten sam argument. Tacy ludzie, wracam teraz do naszych dzisiejszych epikurejczyków często zapisują swoje zwłoki nauce. Jakby chcieli komuś udowodnić już nie tylko swą niewiarę w życie pozagrobowe (co akurat nieźle rozumiem), ale także iż naprawdę jesteśmy tylko ożywionym ścierwem. Ożywionym czymś całkiem niereligijnym i niemetafizycznym, co nie ma już cienia wartości, kiedy tylko przestaje tym naszym ścierwem poruszać. Człowiek chciałby wiedzieć, co to takiego, ale ogrom zadania go przerasta... Przecież to nie może być nic takiego, jak Świecka Świętość (np. Jacka Kuronia) czy Święta Świeckość - te SĄ wieczne i niezniszczalne, prawda?

c.d.n. (Deo, publico et triario volente)


triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, czerwca 07, 2008

Blogowa prawda nas wyzwoli?

Dobrze jest znać swego przeciwnika! Powiedzmy, że jest nas dziesięciu, dysponujemy czterema końmi, rusznicą p.panc, oraz paroma halabardami... I mamy zamiar podbić imperium X. Wiemy, że ludność trzymająca imperium X. za mordę wierzy religijnie, że pewnego dnia z północnego wschodu nadejdą zezowaci bogowie, którzy obejmą władzę, by nastał złoty wiek.

Czyż nie opłacałoby się nam zaatakować imperium X. akurat z północnego wschodu? Nawet gdyby to oznaczało przedzieranie się przez niedostępne chaszcze, komary, mrówki, anakondy, ludożerców i kibiców piłkarskich? Czyż, gdy dane nam już będzie spotkać się z kimś należącym do elity rządzącej imperium X. - na przykład poselstwem od ich króla, albo strażą graniczną - nie powinniśmy wszyscy zadać sobie ten drobny, ale jakże potrzebny tu, wysiłek i robić zeza?

Powiedzmy, że bitny i dumny lud Y., zdominowany przez imperium X. i nienawidzący swych ciemiężców, wierzy równie głęboko jak tamci w swoje, na przykład w to, że kiedyś pojawi się jedenastu bogów, którzy poprowadzą go do zwycięstwa nad imperium X. Nas jest zaś dziesięciu, czyli prawie, ale jednak nie całkiem... Czyż nie warto nam zadać sobie trud i ubrać w najlepsze szaty wyprodukowanego specjalnie słomianego chochoła? Albo powiedzmy konia? Mimo wszelkich analogii z Neronem?

Te przykłady, co może kogoś zdziwić, są wyimaginowane. Jednak jest cała masa podobnych przykładów uczących, iż warto znać mowę i obyczaje wroga. Weźmy chociaż bitwę pod Legnicą. Gdyby nie ta zgraja renegatów, sprytnie podpuszczona przez Tatarów, by pałętając się wśród naszych rycerzy wołać "bieżajcie, bieżajcie!"... Jak by się potoczyła nasza historia? Nikt nie wie, ale w każdym razie Tatarom byłoby na pewno mniej łatwo.

Wracamy teraz do naszych własnych czasów. (Nie żeby one mi się aż tak podobały, ale jednak w nich, cholera, żyjemy.) I zajmiemy się znajomością wroga przez polską prawicę. Lub, ściśle mówiąc, całkowitym brakiem elementarnego zrozumienia motywów i psychiki tego wroga. Gorzej - wmawianiem sobie na te tematy najbardziej niestworzonych i nieprawdziwych rzeczy!

Polski współczesny prawicowiec gorąco wierzy, iż lewakowi, ojropejskiemu internacjonaliście, pętakowi mającemu w dupie Polskę i pragnącemu jedynie zarobić i poszaleć po klubach, wystarczy wytłumaczyć, że patriotyzm, tradycyjne wartości, idealizm, bezinteresowność - to są wszystko piękne rzeczy. Po prostu trzeba o tym gadać dość długo i dość głośno, niektórzy sądzą jeszcze że z fajnymi stylistycznymi fioriturami. I wtedy ten lewak (ten ojropejs, ten pętak itd.) to zrozumie. A jak zrozumie, to się od razu zmieni. I zostanie patriotą o rozsądnie konserwatywnych przekonaniach, które będzie uczciwie kultywował. I nawet jeszcze zacznie działać w Kółku Różańcowym.

Otóż nie, moi państwo! Jeśli ja cokolwiek wiem o życiu i ludzkich motywach, a sądzę że wiem niemało, to to po prostu tak nie działa. Fakt, rozumienie cnoty (nie mówię o tej słodkiej błonce między nóżkami, tylko o rzymskiej virtus - tej od Virtuti Militari) jako wiedzy, jest typowe dla takich okresów w historii, jak nasz. Czyli okresów, mówiąc wzgl. optymistycznie - późnych, gdy zdolność racjonalnego myślenia została ogromnie udoskonalona i stała się powszechna, ale także przytłacza już wszystko poza sobą. Zaś mówiąc mniej optymistycznie - w czasach schyłku, bo nie mam cienia wątpliwości, że w takich czasach żyjemy.

Nieistotne, że niektóre rzeczy są jeszcze na poziomie (jak telewizyjny kanał Mezzo), albo nawet się rozwijają (np. różowe golarki do części intymnych) - cała nasza zachodnia cywilizacja (której Polska jest peryferią) jest już na wstecznym biegu. Co nie znaczy że od razu musi się zawalić, choć wielu się o to stara. Np. w Brukseli. I nie da się chyba zrozumieć tego co głoszę i do czego nawołuję, jeśli się całkiem odrzuci ten pogląd o schyłkowości naszych czasów. Jeśli się W TYM mylę, mylę się też w całej masie innych rzeczy!

Co do tego widzenia cnoty - a w istocie to wszystkiego co tylko da się w ogóle w ten sposób pojąć, choćby to wymagało niesamowitych myślowych akrobacji - jako pewnej wiedzy... U nas to trwa od Oświecenia, tak jak w antyku trwało od sofistów i Sokratesa. (Spengler o tym oczywiście b. interesująco i przekonująco mówi, ale kogo to może zainteresować, prawda?)

Było tu trochę filozofowania i abstrakcji, było nawet nieco fantazji - mówię o imperium X. Ale ta sprawa ma całkiem konkretne zastosowanie. Otóż polska prawica naprawdę uważa, iż wszystkim tym schyłkowym, antymetafizycznym, mającym wszystko poza konsumpcją i zabawą w... excusez le mot - dupie, wystarczy WYTŁUMACZYĆ. Potęga mediów i te rzeczy. Skoro lewackie i postkomunistyczne media robią nam tyle krzywdy (Polsce, wartościom, prawicy, katolicyzmowi itd.), to NASZE media (na początek choćby blogi) zrobią tyle samo krzywdy im. Ergo zrobią dobrze nam i naszym wartościom! Hurra i alleluja!

Tylko że to tak nie działa. Tamci ludzie kierują się wprawdzie dość różnymi motywami - bo fakt, że nie każdy kto się z nami nie zgadza to bezmyślny hunwejbin, choć te subtelniejsze przypadki lewactwa i ojropejskiego totalitaryzmu wcale na ogół nie są lepsze. Weźmy z jednej strony Michnika, a z drugiej np. ojroprofesora Sadurskiego. Kierują się różnymi motywami, ale to całkiem nie są nasze motywy! W tym rzecz. Dla nich jesteśmy zgrają głupich, niezaradnych gadających pierdoły fanatyków. Z naszą Polską, z naszym katolicyzmem, z naszymi wartościami.

Oni wiedzą, gdzie jest chleb posmarowany, i dla nich TO jest argument. Ja się z tym oczywiście nie zgadzam, że to o wszystkim przesądza, nie mogę jednak twierdzić, że kwestia tego, czy się odnosi w realnie istniejącym świecie sukces, czy też porażkę - albo chociaż gada i szlocha bez żadnych dla siebie czy swojej sprawy korzyści - potrafię uznać za kwestię bez znaczenia.

Jasne, należy czcić swoich poległych bohaterów, ale oni nie dlatego zasługują na cześć, że są polegli, tylko dlatego że są bohaterami. Mógłbym to precyzyjniej, ale chyba każdy rozumie. Motto mojego blogu to cytat z (podobno) gen. Pattona: "Nie chodzi o to, by zginąć za ojczyznę. Chodzi o to, by to tamten skurwysyn zginął za swoją ojczyznę". I o to właśnie chodzi. O sukces - nie o pozowanie od razu do nagrobkowego zdjęcia na porcelanie.

Zrozumcie wreszcie ludzie, że dla większości będziemy zawsze głupcami - niezaradnymi (bo nie potrafią sobie załatwić grantu z Brukseli), fanatycznymi, wierzącymi w różne "nienaukowe" sprawy. Ja potrafię z tym żyć, wy też powinniście spróbować. Zamiast, jak dotychczas, wierzyć w "przekonywanie", w "potęgę wolnych mediów" i podobne dyrdymały. Zgoda, warto niektórych poprzekonywać, bo do tej zgrai dołączyło się z niewiedzy nieco sensownych potencjalnie ludzi. Zgoda, warto mieć wolne media, choćby po to, by nie zatruwać siebie mediami niewolnymi, a jeszcze, w miarę możności, innych od tego uchronić.

Ale na przekonywaniu nie da się naprawdę nic wielkiego dzisiaj zbudować! Nie mówiąc już o budowaniu czegokolwiek na programowym samooszukiwaniu. Bo czymże innym jest wmawianie sobie, że zwycięstwo jest całkiem łatwe i wymaga tylko nieco głośniejszego i obfitszego gadania? Gadania, w dodatku, całkiem tych samych rzeczy. Które już od dawna spływają po ogromnej części swych adresatów jak przysłowiowa woda po gęsi (nie powiem "kaczce", wiadomo dlaczego).

Myśleniem się wszystkiego nie załatwi, konieczne jest jeszcze działanie. Ale myślenie naprawdę jest niezbędne do skutecznego działania. I nie mówię mędrkowanie w oświeceniowo-mózgowym stylu, którego tak wiele niestety również na prawicy, tylko o sensownym planowaniu swych działań. "Prawda cię wyzwoli", zgoda, ale prawda to nie jest chyba tylko wybrana część prawdziwej prawdy? Bo prawdziwa prawda polega, o ile ja cokolwiek z tego rozumiem, na tym, by zrozumieć, nie bać się dać świadectwa, oraz zrobić to, co jest do zrobienia.

Więc proszę mnie raczej Janem Pawłem II tutaj nie walić po głowie, bo On na pewno nie mówił o jakiejś gnostyckiej wiedzy załatwiającej samą swą siłą wszystko. W PRL, zgoda, nie było łatwo działać, więc dla wielu ludzi samo poznanie prawdy i odrzucenie kłamstwa było wielką rzeczą. Jednak tylko działanie może cokolwiek zmienić. Prawda, jak i myśl zresztą, która nie prowadzi - bezpośrednio czy pośrednio - do konkretnych działań, nie jest całą prawdą. No niech będzie - jest może prawdą, ale w jakiś sposób ewidentnie chorą i kaleką.

Nie wmawiajmy sobie zatem, że - skoro akurat pisanie na blogach nam najłatwiej przychodzi - to wszystkim, czego potrzeba do zwycięstwa będzie więcej tego pisania i docieranie z tym do większej ilości ludzi. Tak łatwo to nigdy nie jest!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Prawicowe zęby w przedpokoju

Prawicę mamy w tym naszym nieszczęsnym kraju dziwną. Albo wywrzaskuje ona "rynkowe" hasła, ciągnące się od Johna Locke i Voltaire'a, którzy byli raczej lewakami niż prawicą... I żadnych innych kryteriów ta "prawica" nie uznaje. Ubek ma mieć emeryturę 10 x wyższą od uczciwego opozycjonisty, bo liczy się tylko rynek i "Prawo". Polskę można praktycznie rozbroić i wydać na pastwę praktycznie każdego ew. napastnika - liczą się bowiem tylko liberalne dogmaty. Jak "armia w pełni zawodowa". Cóż, skoro nie można jeszcze ogłosić zniesienia armii w całości, to trzeba tak. Mądrość etapu. Ale w istocie leberały armii nie znoszą, m.in. dlatego, iż wierzą we wszechświatową, globalną, leberalną utopię. Jak komuniści czy inna lewacka zgraja mózgowców. Tylko kto to dzisiaj rozumie?

I dla mnie chociaż sprawa jest prosta - to nie jest żadna prawica. Powtarzam - leberały i anarchiści nazywający się (jedyną prawdziwą) prawicą to żadna prawica, to utopijne lewactwo! I różne prześmieszne anachroniczne rojenia w rodzaju monarchizmu nic tu nie zmienią. Też mogę mieć negatywne zdanie na temat np. tzw. "równouprawnienia", ale to są sprawy w sumie w stosunku do ideologii wtórne. Choć ważne, zgoda.

No to tych mamy odfajkowanych. Żeby jeszcze w realu z sekciarzami było tak łatwo! Druga część naszej - pożal się Boże! - prawicy (i "pożal się Boże" jest tu wyjątkowo wprost na miejscu!) stanowi cięższy orzech do zgryzienia. Nie dla lewactwa, ojropejsów, cieniasów i totalitarystów oczywiście - krótko mówiąc wrogów - tylko dla kogoś, kto chce to jakoś zrozumieć. A nawet współdziałać, ale właśnie z naciskiem na "działać". Czyli skutecznie. Bo nieskuteczne działanie to z definicji żadne działania, to bicie piany. Czy jak to sobie chcemy w aktualnym młodzieżowym żargonie określić.

Tej drugiej kategorii nie potrafiłbym odmówić miana prawicy. Nie potrafiłbym także odmówić im uczciwych zamiarów, szczerości, głębi przekonań. Problem w tym, że jest to prawica bezzębna. Z definicji bezzębna, co gorsze, ponieważ dla tych ludzi esencją samą prawicowości jest bezzębność. Czyli nieagresywność. Czyli nadstawianie drugiego półdupka kiedy dostało się kopa w dupę. Czyli bycie "pokoleniem JP2", które to pokolenie zdefiniował jednak, przypominam, nie Św. Paweł w Liście do Koryntian, tylko rodzime media. Takie, jakie one są. Czyli niespecjalnie uczciwe, niespecjalnie bezinteresowne, rzadko do głębi polskie...

Ta "prawdziwa" prawica jest, krótko mówiąc, bezzębna. I to nie dlatego, że zęby jej jeszcze nie wyrosły. Nawet nie dlatego, że te zęby ma w szklance na stoliku w przedpokoju, a ktoś zamknął drzwi na klucz i wyszedł z tym kluczem. Nie - ona taka jest z samej zasady. Inaczej, jak sądzić się zdaje większość jej najbardziej wpływowych przedstawicieli - prawicą od razy by być przestała.

Przyznam, że dla mnie jest to idiotyzm. I to zarówno z czysto teoretycznego punktu widzenia, bo prawicowości na przestrzeni wieków można słusznie zarzucić masę rzeczy, jednak raczej nie bezzębność. W dodatku nasi wrogowie świetnie to wiedzą, bez przerwy nakręcając się wzajemnie przypominaniem "naszych" dawnych win. Całkiem anachronicznie i najczęściej bardzo fałszywie. Jednak fakt, że "prawica" to nie nigdy w historii nie znaczyło "zgraja aniołków, które nigdy by muszki nie skrzywdziły".

Ani nawet "słodkich, z lekka (?) eunuchoidalnych, ministrancików o ślicznie przylizanych przez mamusię włoskach, którzy by muszki nie skrzywdzili". (Nie żebym odczuwał aż taką wrogość akurat do muszek, faktycznie dostrzegam wielu pilniejszych kandydatów do zrobienia im kęsim.)

To było o historii i teorii. Na temat praktyki, realu i teraźniejszości, powiem tylko na zakończenie, iż "prawica" z założenia nieskuteczna nie jest w mojej opinii żadną prawicą. Z założenia nią nie jest! Nieskuteczne z założenia może być lewactwo. Niestety, o dziwo, w rozkładaniu prawicy i normalnej, zdrowej tkanki społecznej, oraz normalnych, zdrowych wartości, lewactwo okazuje się zadziwiająco skuteczne. Nieskuteczne z założenia mogą też być "realne" partie (?) polityczne (?). Ale na temat folkloru politycznego powiedziałem już chyba dość na początku. Mnie interesuje polska prawica, nie skanseny i tabuny niedouków wmawiających sobie, że stają się intelektualną elitą powtarzając wygłupy swego guru.

Czas chyba by - jeśli powrócić do tamtej mojej metafory - ktoś wreszcie wyważył te drzwi i przyniósł sklerotykowi te jego zęby. Sklerotyk to oczywiście polska prawica. Że zęby sztuczne? A co zrobić, skoro prawdziwe jakoś nie wyrastają? Może jakimś cudem ten tknięty już wyraźnie Alzheimerem geront odmłodnieje. I przynajmniej przestanie bez sensu bełkotać. Wmawiając sobie i innym, że jest ślicznym nieletnim ministrantem. Który, w nagrodę za swój niezrównany wdzięk i takąż niewinność, ma przed sobą ogromną przyszłość, zagwarantowaną przez Niebiosa.

Szatan nie śpi, przypominam to wszystkim bardziej ode mnie religijnym rodzimym prawicowcom. I albo trzeba poświęcić życie, by go zwalczyć modlitwą i postem, albo jednak działać ziemskimi metodami. Ale skutecznie. Z zębami.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, czerwca 06, 2008

Bonmot Hrabiego i spocony tow. Zemke

Spengleryzowaliśmy sobie dzisiaj od niechcenia z Hrabią, jak to człek ma skłonność, kiedy zręby do wykuwania, a jemu, człowiekowi znaczy, się nie chce. Hrabia co pewien czas wyskakiwał z jakąś "oligarchią" albo "koncesją", ale bez większego przekonania - podejrzewam, że ostatnio robi to głównie po to, by mi udowodnić, żeśmy go jeszcze całkiem ze Spenglerem nie przekabacili. Że intelektualne wpływy koleżków z blokowiska nadal są potężne, on zaś, Hrabia, jest niczym tytan dzierżący sklepienie niebieskie... A nawet dwa sklepienia niebieskie... Żonglujący nimi lekko i z dnia na dzień większą swadą... Te rzeczy, kto chce, może na chwilę przymknąć oczy i sobie to wyobrazić. Zapewniam, że to b. atrakcyjny widok i się nie rozczaruje.

Jeśli mu się uda, może potem spróbować wyobrazić sobie spoconego tow. Zemke, spocone ABW i WSI... Wpatrujące się w literki, nadsłuchujące... Łapiące aluzje niczym bocian żaby (piękny motyw ze znanego trzynastozgłoskowca mojego autorstwa, który był kiedyś opublikowany w Tekstowisku, ale potem mi go usunęli, razem ze wszelkimi śladami po mojej niegodnej osobie).

Tow. Zemke, jęcząc głucho i wyrywając sobie włosy z głowy, nerwowo grzebie w starym wydaniu Spenglera cyrylicą, starając się zrozumieć aluzje... ABW co chwila spogląda na siebie bezradnie, w milczeniu, bez słowa... WSI drapie się po karku, i w ogóle gdzie popadnie, co chwilę wykrzykując w komórkę "da tawariszcz kamandir! eto budiet sdiełano!". A potem, już cicho, do siebie, płaczliwym głosem: "tylko q...wa jak? powiedzcie wy mnie tawariszczi!").

Dzień jak co dzień, innymi słowy. Dzień jak co dzień III RP, Hrabiego i mnie. A jednak nie był to taki całkiem zwyczajny dzień... Hrabia bowiem w pewnym momencie rzucił bonmota. Zdarza mu się to całkiem nierzadko, choć nieczęsto, mimo wszystko, są to bonmoty aż tej klasy, głębi i błyskotliwości. Tym razem Hrabia rzekł: "mam nowego bonmota". Tak mówi niemal zawsze w takich przypadkach i to mnie jeszcze nie zaskoczyło. Potem zaś rzekł, cytuję: "W Kulturze się robi, w Cywilizacji się gada".

Jakby mi coś w mózgu wybuchło, rozbłysło i rozświeciło całą rzeczywistość, całą historię... Jednocześnie usłyszałem, uszyma duszy, ale to nie były żadne zwidy, to była rzeczywistość... Usłyszałem jęk WSI, skowyt ABW, oraz westchnienie tow. Zemke... Jakby ktoś z ogromnego miecha na raz całe powietrze wypuścił...

To co Hrabia powiedział, stanowiło akurat zadziwiający pendent do moich własnych przemyśleń kilku ostatnich dni. O których może napiszę, a może nie napiszę, ponieważ, zgodnie z genialnym bonmotem Hrabiego - ujmującym w krótkim, prostackim niemal, zdaniu dużą część spengleryzmu - gadania ci u nas nie brakuje. A przecież pisanie na blogu to też gadanie. Jedynie. Na pewno w każdym razie nie działanie.

Jakie były te moje głębokie przemyślenia ostatnich kilku dni? Te, za których poznanie tow. Zemke, ABW i WSI oddaliby... Nie wnikajmy dokładnie co by oddali, ale nie ulega wątpliwości, że niemało. Jakież więc one były? Może to wyjawię moim słodkim czytelnikom, ale już nie tym razem, bowiem dość już głębokich rzeczy'm dzisiaj powiedział, dość już żem tajemnic alkowy zdradził, dość już żem słów wygenerował.

A zatem, do następnego razu. Ciąg dalszy MOŻE jeszcze nastąpić, to niewykluczone. Deo volente, ale także triario volente, bo może mi się po prostu nie chcieć. Nie chcieć napisać akurat o tym, albo nie chcieć już pisać na blogu w ogóle. Nie mówię oczywiście o spenglerowaniu sobie od niechcenia z Hrabią, drogim druhem. Nie byłbym tak okrutny, by odbierać chleb tow. Zemke i innym towarzyszom, których tu przelotnie wspomniałem. I których, korzystając z okazji, serdecznie pozdrawiam!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.