środa, lipca 28, 2010

Miałem sen

Miałem sen. A nawet dwa sny. Jeden w drugim. Śniło mi się mianowicie, że czytam na jakimś blogu wyjątkowo długi i pokrętny tekst z rodzaju "Teatrzyk Moralnego Niepokoju". I widać zasnąłem z tego czytania. No i śpię czas jakiś i coraz mocniej zdaję sobie sprawę, we śnie dobiegają mnie jakieś dziwne piski. W końcu wyrwało mnie to ze snu, przeciągam się, przecieram oczy... Słyszę, że te piski dochodzą zza okna.

Zwlekam się z łóżka i podchodzę do szyby. Po osiedlu łazi cała masa dziwnych postaci, pchających przed sobą dziecinne wózki, takiego przedpotopowego typu. Wózki te są w strasznym stanie, zapewne wyciągnięte ze śmietnika, a te postaci w niewiele lepszym. Jakieś takie nieco krzywe, mocno otyłe, tłuszcz wylewa im się znad pasków... Poliki obwisłe, podbródków co niemiara, wzrok mętny.

Na ciele trykotowe koszulki, niezbyt świeże. Z różnymi napisami. Jeden ma na plecach: "Już nigdy nie zagłosuję na PiS". Inny: "Palikot nie ma racji!". Jeszcze inny: "Kaczyński słuchaj co ci mówię, głupcze!" To tyle, co mi się udało odczytać. Kiedy jedna z tych postaci, pchając swój wózek, mija inną, obrzucają się podejrzliwym spojrzeniem, kulą w sobie i zdają się być gotowe do panicznej ucieczki.

Łażą więc te dziwne istoty w te i wewte po osiedlu, pchając przed sobą te wózki... W wózkach widzę jakieś szpargały. I popiskują zachrypniętymi i wyraźnie zrezygnowanymi głosami. Wsłuchuję się w ten chór pisków i łapię: "Prawda, prawda, tylko prawda was ludzie wyzwoli!", woła jeden. "Mam tu prawdę dla każdego! Za darmo! Z rabatem! Trzy w cenie jednej!", woła drugi. Potem jakiś czas próbowałem bezskutecznie zrozumieć coś więcej, aż po dłuższej chwili udało mi się wyłapać coś w stylu: "Czytaj prawicowe blogi, będziesz z tego mądry, zdrowy i bogaty!"

Dziwiłem się, że nikogo poza tymi dziwnymi postaciami na całym osiedlu nie ma, ale nagle patrzę, a to z bramy wychodzi sąsiad. Niepozorny gość, ale na tle tych postaci nagle zdaje się gościem imponującym - taki pewny siebie i w sumie normalny. Nagle słyszę syrenę. Patrzę, a wszystkie te postaci momentalnie znikają w popłochu. Kryją się chyba po bramach i śmietnikach, zostawiając swoje wózki. Wtedy się obudziłem.

Obudziłem się jednak tylko z tego pierwszego, zewnętrznego niejako snu. Wciąż jeszcze spałem drugim, wewnętrznym. Śpię zatem i śni mi się, że jestem w jakieś ogromnej sali, jakby balowej... I jest tam masa ludzi. Szum, gwar, śmiechy. Nagle wszystko milknie. Do sali wchodzi jakiś człowiek. Wszyscy na niego patrzą jak urzeczeni. Przyglądam się temu nowoprzybyłemu. Faktycznie gość jest pierwsza klasa, choć niby niczym specjalnym się na oko nie wyróżnia.

Ci ludzie jednak cali zachwyceni. Słyszę szepty: "Czy to jakiś monarcha?" "Nie, to chyba ten wielki..." Niestety nie dosłyszałem dalej. W końcu, spod przeciwnego końca sali idzie coś, jakby szum morza. Jakby jakaś przedziwna fala dźwięku. Wszyscy szepczą to samo i to się przybliża. Szeptem skandują po prostu. Łapię w końcu te powtarzane, teraz już przez wszystkich obecnych, słowa: "To prawicowiec! To polski patriota! To polski prawicowy bloger!"

Mężczyźni spieszą w stronę przybysza, prosząc go o informacje i rady na dowolne tematy. Matrony, panny rzucają się w jego stronę, tulą się doń, chwytając go za nogi, całując po rękach i włosach... naprawdę nie wiem skąd, ale wiedziałem (w końcu to był sen), że proszą go, by zechciał uczynić je matkami swoich dzieci i by ich wspólne potomstwo z czasem posiadło całą ziemię. A także odległe planety i galaktyki.

Co było dalej, niestety nie wiem, ponieważ obudził mnie domofon. Jakiś gość roznosił ulotki i koniecznie chciał się dostać do tej klatki.

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już w tym tygodniu leminga od piersi?

13 komentarzy:

  1. To zdziecinnienie polskich patriotów zaczęło się już dziesiątki, a może nawet setki lat temu. Oto jak Igła na blogu Jareckich opisuje dzilnych chłopców i dziewczęta z oddziałów szturmowych AK: "P.S. Dwa ( trzy) lata temu gościliśmy w domu Powstańca. Walczył najpierw na Mokotowie a potem na Czerniakowie. Na pożegnanie tak nam powiedział – we wrześniu przyszły nam na pomoc oddziały Zgrupowania Radosław, resztki Zośki, Parasola, Pięści, Czaty49 ze Starego Miasta.
    - Panie, jakie tam piękne dziewczyny były, jacy oni uzbrojeni, pełne mundury ze Stawek mieli. Po kilku dniach my i ludność baliśmy się ich bardziej od Niemców. Taki mógł zastrzelić człowieka i nawet nie splunął. Wojna z nich zwierzęta zrobiła. Nie wierz pan tym łzawym opowieściom o wspaniałej młodzieży. Nie warto.
    Tak. Żadnych powstań więcej, z romantyczną młodzieżą przeciw czołgom. I ginącymi, bezbronnymi cywilami w piwnicach. Nigdy."

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Anonimowy

    Wątek, który tu poruszyłeś, Tygrys "obrabiał" onegdaj na swym blogasku.

    To problematyka nagłośniona w USiech przez gen.S.L.Marshall,a (paroprocentowa "skuteczność" poborowych w zabijaniu) i w praktyce "obrabiana" u nich przez D.Grossman'a - znana jako: "szkolenie do zabijania"(kondycjonowanie, odczulenie, tworzenie silnych więzi grupowych, "likwidacja" poczucia winy etc).

    Przypadek opisywany przez narratora "Igły" można w tym kontekstcie dość łatwo wytłumaczyć; po pierwsze żołnierze tych batalionów to byli w miarę wyselekcjonowani ochotnicy, a we wrześniu '44 to takich "co to się dwa razy zastanowi zanim raz strzeli", to już na pewno wśród żywych pośród nich nie było (pozostali tacy co raczej dziłali dokładnie na odwrót: "dwa razy strzel zanim raz się zastanowisz").

    Ale związku tego ze zdziecinnieniem polskich patriotów jakoś tu nie dostrzegam.

    OdpowiedzUsuń
  3. @ Tygrys

    Że też ten cholerny ulotkowicz nie mógł do kogo innego zadzwonić! I to w takim momencie...

    Już myślałem, że prawdziwy prawicowy bloger zacznie czynić zadość tym błagalnym prośbom całujących go po rękach niewiast, w celu zaludnienia tych ziem, planet i galaktyk ma się rozumieć ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla weterana z blogu Igły/Jareckich chłopcy i dziewczęta, którzy "dwa razy strzelali, nim się zastanowili" to "zwierzęta", żeby nie rzec "zbrodniarze".
    A przecież tak właśnie funcjonuje normalna armia.
    I jak tu marzyć z taką prawicą i z takimi patriotami o jakimś nowym wieszaniu czy chociaż o powtórce z maja 1926? Nijak!
    Służby o tym wiedzą i dlatego zostawiają ich w spokoju, pozwalają dalej wylewać te żale na blogaskach, obrastać tłuszczem etc.

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Anonimowy

    Aaa!W tym sensie.

    Hmm... No cóż, jak widać rzeczywistość jest o wiele okrutniejsza i ciekawsza, niż heroiczne pieśni poetów, wynoszące pod niebiosa cnoty i męstwo bohaterów.

    Co do funkcjonowania "normalnej armii" - to niestety jest (było) dokładnie na odwrót.

    Historycy wojskowości ze zdziwieniem zauważyli, że niemiecki wermacht w IIWŚ zadawał przeciwnikom zawsze dwukrotnie wyższe straty niż oni wermachtowi, i to bez względu na to czy znajdował się on aktualnie w natarciu czy w obronie (sic!). Ale też, gdy ktoś interesował się z grubsza tymi sprawami, to od razu zauważył istotną różnicę w podejściu do szkolenia przyszłych żołnierzy u Niemców i u reszty (zresztą daleko odbiegającą od stereotypowych wyobrażeń o pruskiej dyscyplinie).

    A i to (bodajże w styczniu '44r.)fldmrsch E.Milch zauważył z przekąsem, iż na blisko 8mln. zmobilizowanych, front wschodni utrzymywało w bezpośredniej walce uwaga,uwaga: ok.200tys. żołnierzy!!!

    Tak więc nie każdy kto w mundurze to żołnierz z karabinem, nie każdy żołnierz co ma karabin to z niego strzela, nie każdy co strzela to trafia, a jak trafia to nie koniecznie człowieka a jak człowieka to nie koniecznie wroga (a w dodatku uzbrojonego!). Ot życie!

    A wszak nadobne pienia wielbicieli tęczowej miłości i pokoju, wzmocnione medialną tubą,z czasem przecież robią swoje...

    OdpowiedzUsuń
  6. A z innej beczki: zauważyliście, że ostatnio w księgarniach co raz więcej książek jawnie wychwalających wyczyny Waffen SS? Gdzie jest "Nigdy Więcej" ja się pytam? Gdzie "Otwarta Rzeczpospolita"?

    OdpowiedzUsuń
  7. @ Wsie w Mieście

    No właśnie... Sprawa jest trudna, przykra i całkiem nie na takie blogaski, jak ten tutaj, ale to jest po prostu fakt. Żołnierz to zabójca, po prostu ew. w dobrej sprawie. Poczucie, że jego sprawa jest dobra, potrafi mu często pomóc, ale na tym się czar tej ew. słodkiej moralnej przewagi kończy.

    Tak się właśnie ostatnio zastanawiałem nad sprawą humanitaryzmu wobec wroga, co się nam poddał. Bo to rzecz całkiem poniekąd absurdalna: gość nas pracowicie zwęgla jakimś tam miotaczem płomienia, powiedzmy, potem podnosi rączki i zaczyna działać Konwencja Genewska, czyli staje się naszym najlepszym druhem. Lepszym od kolegów, których nam przed chwilą zwęglił.

    No i nie chodzi tu o żadne tam a priori potępianie tego gościa, tylko o prostą konstatację, że to jest dokładnie zaprzeczenie tego, co np. w sztuce łuczniczej Zen mamy - czyli "follow thru", utrzymanie łuku i całego ciała w pozycji już po wypuszczeniu strzały. Poniekąd to samo mamy w łamaniu desek, w skokach końskich... Praktycznie wszędzie.

    A słodki - liberalny czy chrześcijański, nieważne - liberalizm po prostu to uniemożliwia. I czyni z wojownika smętną babę, dobrą do rozdawania dzieciom cukierków i wmawianiu sobie, że tym podbije świat (dla idei Humanitaryzmu oczywiście, bo dla czego innego?)

    Nie zalecam mordowania jeńców - niech mnie Bóg broni - ale jakaś paranoja to w tym zdecydowanie jest i może w tym także jakaś część tajemnicy upadku C.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  8. Amalryk,

    możesz rozwinąć tę "różnicę w podejściu do szkolenia"? Mackiewicz pisał, że Niemcy rozumieją wojnę jak nikt inny. Miał rację, pytanie tylko ile im z tego zostało. Dziś możemy powiedzieć, że politykę rozumieją jak nikt inny - a na pewno tak dobrze, jak ruscy.

    Bo żeby przesunąć swoją stolicę na miejsce położone 60 km od granicy, na płaskim jak decha terenie, trzeba być absolutnie pewnym, że nic wrogiego się tam nie urodzi.

    Anonimowy,

    o jakich książkach konkretnie mówisz? W niektórych krajach (Łotwa, Estonia, Ukraina) żołnierze Waffen SS to zawsze byli bohaterowie narodowi, więc nic dziwnego, że po upadku sowietów zaczęło to wszystko wychodzić na wierzch. Zresztą, w tych jednostkach była wysoka śmiertelność (w końcu to nie Niemcy, tylko mięso armatnie), i to, że nie było polskiego Waffen SS świadczy o nas raczej źle niż dobrze (bo świadczy o tym jak totalnie byliśmy uprzedmiotowieni i odpolitycznieni - zupełnie jak teraz).

    To, że powoli dążymy do rehabilitacji hitleryzmu nie dziwi (zasada 3 pokoleń). Osobiście czekam na tajfuny topomastyczne (już widze te tytuły w GWnie: "Wielkopolska" brzmi zaściankowo, ciemnogrodzko i prowincjonalnie - "Euroregion Warthegau" brzmi dumnie!).

    W ogóle temat Polski w Niemczech w wojennym kontekście nie istnieje. Zniszczenie Niemiec i ludobójstwo żydów - to zostało. Polska to dla nich pusty kraj, w którym faktycznie zdaje się mieszkają jacyś Łużyczanie - kompletnie odpolitycznieni, jak ten wspomniany powstaniec. No nic tylko wskoczyć tam w charakterze klasy politycznej i wziąć za pysk. Wy tu zasuwajcie na swoje gówniane pensyjki, albo chodźcie do nas, podcierać dupy weteranom Wehrmachtu za klika ojro - a my za was będziemy załatwiać brudną robotę, politykę, wojnę.

    Jesteśmy, cholera, jak Łużyczanie, Kaszubi, albo mazurzy. Tutejsi. Żadnej organizacji politycznej. Jedyna różnica polega na tym, że jest nas trochę więcej. Nawet nie musi nam Michnik stręczyć tego lewackiego humanitaryzmu, kiedy polityki i wojny prawie nikt w naszym bantustanie i tak nie rozumie.

    No jak traktować naród któremu zarżnięto ponad dziewięćdziesięciu prominentów z prezydentem i dowódcami rodzajów wojsk włącznie, a on czeka grzecznie w kącie, i jeszcze dziękuje mordercom?

    OdpowiedzUsuń
  9. @ tj

    Tak z grubsza:
    Wyszkolenie żołnierza było sprawą wermachtu, przygotowanie narybku organizacji młodzieżowej (HJ).

    Szkolenie w HJ:

    Fizyczne szkolenie podstawowe - obowiązkowe, wyczynowe - drugorzędne.
    Wytyczne: prostota cwiczeń (gł. wyrabiających hart, wytrwałośc, wolę walki), tani sprzęt, duża wartośc boksu i zapasów, obowiązkowe pływanie.

    Zawody - tylko zespołowe, podkreślanie poczucia ważności każdego członka zespołu (unikanie gwiazdorstwa). Unikanie wszelkiej zabawy w wojsko, ograniczony do minimum kontakt z bronią.

    Strzelanie tylko sportowe (wiatrówka, kbks)-uzyskanie dobrej przeciętnej przy niskich kryteriach ocen.Przesunięcie żywiołowego entuzjazmowania się bronią na wiek późniejszy, mistyka broni, szczególne podkreślenie aktu jej wręczenia w trakcie służby wojskowej.

    Szkolenie wojskowe:
    Niemiecki "Podręcznik żołnierza" z '38 stawia wysokie wymagania pojedynczemu żołnierzowi-samodzielne myślenie i sumienne działanie. Nacisk na rozumienie zamysłu dowódcy. Czuj się zawsze członkiem zespołu!Jak wykonac najlepiej zadanie pododdziału!

    Nacisk na doskonałe (automatyczne) opanowanie broni przez pojedynczego strzelca - użycie broni w walce zadanie najważniejsze. Staranne wykorzystanie terenu.

    Ogromny nacisk na musztrę bojową i maksymalne rozwijanie własnej inicjatywy i samodzielności żołnierza w walce ogniowej - unikanie szablonu. Nie skupiac w jednym miejscu młodych żołnierzy, unikac strat, zachowac wzajemną więź, dowódca do przodu!

    Maksymalna zwięzłośc rozkazodawstwa, uzywanie znaków umownych, przy braku rozkazu - nasladowac dowódcę.

    Niezbędne nawyki taktyczne i ogniowe szkolone do pełnego automatyzmu. Usunięcie z podręczników dla szeregowych musztry formalnej ponieważ:"żadnemu młodemu żołnierzowi nie przyjdzie do głowy, aby w czasie wolnym od zajęc cwiczyc wg. podręcznika np. chwyty bronią".

    Cel główny: żołnierz ma byc pełnowartościowym wojownikiem doskonale władającym bronią, który pozostawiony sam sobie zniesie największe napięcia i stresy.

    OdpowiedzUsuń
  10. cd

    Charakterystyczną cechą wermachtu była nieodmiennie zdecydowana wyższośc taktyczna nad wszystkimi przeciwnikami.

    W działaniach bojowych dowódcy nie trzymali się sztywno ani etatu, ani norm zaopatrzenia ani regulaminu. Skład organizacyjny, uzbrojenie, etat działającego oddziału najczęściej odbiegał od regulaminu.

    Na każdym szczeblu i w każdej fazie walki żołnierz niemiecki mógł liczyc na potężne wsparcie ogniowe całej broni, jaką rozporządza dowódca.

    W każdej bitwie i na każdym szczeblu dowódca wybiera punkt ciężkości walki gdzie przerzuca większośc sił nie licząc się z innymi odcinkami i plan ten przeprowadza z bezwzględną konsekwencją. W miejscach uznanych za Schwerpunkt dowódcy zupełnie nie liczą się ze stratami, jeżeli uważają że tak osiągną cel.

    Dowódcy posiadali ogromną swobodę w rozkazodawstwie z naciskiem na praktycyzm i zupełnym nieprzywiązywaniem wagi do strony formalnej.

    Odstępstwa od regulaminów we walce były na porządku dziennym. Jedynym kryterium jest powodzenie. Niepowodzenie zawsze wiąże się z represjami w stosunku do dowódcy bez względu na to czy trzymał się regulaminu czy nie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Amalryk,

    dzięki! Bardzo interesujące. Są jakieś dobre książki na ten temat?

    OdpowiedzUsuń
  12. @ tj

    W.Kozaczuk "Wehrmacht 33-39"
    P.Mason "Historia Wehrmachtu"
    P.Mason "Armia Hitlera"

    Dużo informacji dla nieco szprechających: www.lexikonderwehrmacht.de

    OdpowiedzUsuń