piątek, sierpnia 17, 2018

Śpiewać albo nie śpiewać, oto jest pytanie

Niderlandy wiek XVII
Poszedłem (ci ja) do Coryllusa i znalazłem (ci ja) tam parę interesujących rzeczy, com je przeczytał. Po pierwsze krótką historię jego rodziny w jednym tekście - smutną, niestety bardzo ludzko-typową, nieco wzruszającą, jeśłi ktoś wzruszać się akurat lubi... A także trochę jakby, w moich oczach przynajmniej, wyjaśniającą tę jego, jak ja to widzę, ekonomiczną obsesję. Wyjaśnia, ale nie upawomocnia, żeby użyć tego dętego słowa z braku zgrabniejszego.

Bo to nawet nie jest "marskistowska historia" - ta pisana na Zachodzie i bez (można mieć nadzieję) partyjnej kontroli - którą dość faktycznie lubiłem, bo zawsze starała się analizować konkrety i ludzką rywalizację, także, a nawet przede wszystkim, tę ekonomiczną i klasową. Podczas gdy ta "niemarksistowska" dziwnie często, albo gromadzi niezwiązane ze sobą wątpliwe fakcicki, albo też przedstawia Marsz Ludzkości Ku Obecnemu Szczęściu Z Obietnicą Dalszego Ach-Jakże-Rozkosznego Ciągu.

Jednak Coryllus w wielu przypadkach idzie dalej, ponieważ on to łączy z podważaniem wszystkiego, czego nas oficjalna historia uczy i programową paranoją, czyli Totalną Spiskową Teorią Wszystkiego. Co, uważam, jest całkiem interesującym programem - co najmniej dla eseisty, bo nie chciałbym, żeby nagle wszyscy zaczęli historię w ten sposób pisać - i całkiem często zasługuje to na poważne zastanowienie... No i to już jest nie byle jaka wartość!

Drugie interesujące, co tam (ci ja) przeczytałem, było tutaj: https://coryllus.pl/komunikacja-a-folklor-czyli-omerta-raz-jeszcze/

Dla patologicznie leniwych klikaczy streszczę, że chodzi tam o to, iż im lepszy i bogatszy folklor - ale chodzi o pieśni, nie o wycinanie kogutków z papieru, przynajmniej o nich nic tam nie ma - tym gorsza społeczna komunikacja w danym społeczeństwie, bo te śpiewy tę komunikację w patologiczny sposób zastępują i jakoś tam unieważniają. Nie wiem, jak z muzyką instrumentalną, z tańcami na klepisku i macankami w zaroślach, ale o pieśniach jest tam powiedziane to właśnie explicite.

I nie chodzi tutaj, mówi Coryllus, po prostu o ciężki los i te sprawy. Nie - brak prawdziwej komunikacji jest przyczyną oraz skutkiem tego, że ludzie tak cudnie i z takim przekonaniem śpiewają! I ja naprawdę sądzę, że to jest interesująca hipoteza, w której znajdziemy więcej niż ziarno prawdy... No bo weźmy Irlandię... Albo weźmy różne tam społeczności w US of A - te które mają fajny muzyczny folklor, to raczej rzadko bostońska elita, za to white trash z Apallachów, Murzyni, Meksykanie, nawet młodzież w latach '50 z Rock-a-Billy i wczesnym Rock-and-Rollem daje się tu dopasować.

No a, pyta nas Coryllus, czy ktoś zna niderlandzką pieśń ludową z XVII w.? Nie znam faktycznie żadnej, z żadnego wieku. Znam trochę szwedzkich, a oni w końcu wynaleźli zapałki, pudełka do mleka, stworzyli Ikeę, armatki Boforsa... To się liczy? Jednak najistotniejsze, z Tygrysicznego Punktu Widzenia przynajmniej, jest to, że ja bym sto razy jednak wolał żyć w takich Włoszech, z ich bogatym muzycznym folklorem, niż w siedemnastowiecznych Niderlandach, i jeśli TO oznacza "brak społecznej komunikacji", to na drzewo ze społeczną komunikacją!.

W Meksyku też bym wolał, a przecież znam tuziny ich ludowych śpiewów i je namiętnie kocham, a holenderskich za cholerę. Ktoś ma inaczej? Mogę zrozumieć, bo mój umysł pojemny i elastyczny, że ktoś o takiej historii rodzinnej i takich ambicjach, jak Coryllus - choć przecież moja rodzina też majątek, nieco większy, fakt, traciła w ostatnim stuleciu wielokrotnie i absolutnie nic dziś z tego dla mnie nie zostało - wolałby żyć w Holandii epoki Gorączki Tulipanowej i liczyć, że się dorobi... Ale ja nie. Nie bardzo widzę powód marnowania młodości i najlepszych lat na tyranie, żeby mieć potem wystawny pogrzeb!

No bo już na pewno nikt mnie nie przekona do tyrania po to, żeby ludzie, jak to jakiś geniusz spędzający masę czasu na kiblu precyzyjnie wykompinował, za pięćset lat żyli jak aniołowie niebiescy (choć bez oglądania oblicza Pańskiego, bo po co, skoro można oblicza Kuronia z "von" Misesem?) I NIE MUSIELI PRACOWAĆ. Łał? Nie, na drzewo! Ale Coryllus chyba też aż tak daleko nie idzie - on po prostu, jak masa ludzi w leberaliźmie (żeby nie powiedzieć biednych lemingów) zamierza tyrać całe życie, żeby pod jego koniec, precyzyjnie sobie wszystko wycyrklowawszy, przeżyć dwa tygodnie upojenia.

Miejmy nadzieję, że jeszcze będzie wiedział, co to to upojenie. (W nieco dawniejszych Chinach po siedemdziesiątce nie miałeś już żadnych obowiązków i mogłeś sobie do woli dogadzać, na przykład obżerając się psim mięsem. Smacznego!)

Dla mnie jednak, dziwnie na tę całą oświeceniową propagandę odpornego, nie jest to żadna atrakcyjna perspektywa, a w dodatku ta "marna" jak mam rozumieć "imitacja społecznej komunikacji" to coś dokładnie takiego, jak prawdziwy, świętej już niestety pamięci, Katolicyzm, z jego śpiewami, Machaultami, procesjami, łaciną, hostią, katechizmem i resztą tych bezsesnownie odwracających uwagę od prawdziwych problemów, wyczerpujących energię i potencjalnie dzielących społeczeństwo, a także nerwicujących, spraw.

Podczas gdy ta wyśniona "komunikacja" - ta której przeciwieństwiem miały by być ludowe pieśni, choćby takie cudne, jak powiedzmy "Water is Wide", "Twa Corbies", albo "Silver Dagger", to dokładnie to, o czym śpiewał kabaret Elita, że chcą od tego uciec: "od całego swiata, od paragonów, paragrafów i wywieszek". Więcej? Proszę: "Gdzieś tam prezydent zbiegł w szlafroku, gdzieś tam przyjęto jako wskaźnik stopę zysku, pięć wizyt, sześć wyroków, ktoś przez pomyłkę rekord świata pobił w dysku". Czyli całe nasze gówniane liberalne życie, wszystko, czym karmi się nasza dusza. Cudo, nieprawdaż?

Sorry, jeśli TO jest ta "społeczna komunikacja", to ja się nie dziwię, że wolą śpiewać! Tutaj mamy też bardzo szpęgleryczną kwestię Romantyzmu, jako (w swej historyczno-kulturowej wersji) rozpaczliwej, a nawet histerycznej obrony przed nadciągającą Cywilizacją (w sensie szpęglerycznym) z jej druczkami i wywieszkami, oraz brakiem sensu i witalności. Ciekawa sprawa, ale na kiedyś, da Bóg.

Zakończę stwierdzeniem, że moim zdaniem idealne społeczeństwo, to nie takie, które ma dobrze rozwiniętą komunikację w postaci druczków, wywieszek i paragonów, kocha i akceptuje to wszystko, tylko raczej takie, które ma pewne podstawowe sprawy rozpracowane - też każdy człek na tyle, na ile jest zdolny i zależnie od swego miejsca w intelektualnej hierarchii - wokół których to spraw się od czasu do czasu przynajmniej ono łączy, te przeżycia dzieli...

Sprawy o które jest gotowe walczyć i o których ŚPIEWA - a wszystkie wulgarne szczególiki: paragony, paragrafy, wywieszki i rekordy w dysku, ma raczej w poważaniu i tak mało uwagi im poświęca, jak to możliwe.

W każdym razie nie robi z tego religii... (Taka religia wabi się jak, Napieska? Zgadza się, wabi się LIBERALIZM,) Stara się to mieć maksymalnie w tle i żeby się w oczy nie rzucało, nie rozmawia o tym, bo to po prostu dość nieprzyzwoite. Nawet jeśli, z konieczności, buduje coś, jak siedemnastowieczne Niderlandy, to zdaje sobie sprawę z tego, że to Z KONIECZNOŚCI. I jeśli zdoła, stworzy coś o wiele lepszego. Z minimalną ilością paragonów, paragrafów i... Czego jeszcze, Mądrasiński? Bardzo dobrze - wywieszek. Dzisiaj naprawdę jesteście w formie, moje dziatki.

I to by było na tyle.

triarius