piątek, sierpnia 17, 2018

Śpiewać albo nie śpiewać, oto jest pytanie

Niderlandy wiek XVII
Poszedłem (ci ja) do Coryllusa i znalazłem (ci ja) tam parę interesujących rzeczy, com je przeczytał. Po pierwsze krótką historię jego rodziny w jednym tekście - smutną, niestety bardzo ludzko-typową, nieco wzruszającą, jeśłi ktoś wzruszać się akurat lubi... A także trochę jakby, w moich oczach przynajmniej, wyjaśniającą tę jego, jak ja to widzę, ekonomiczną obsesję. Wyjaśnia, ale nie upawomocnia, żeby użyć tego dętego słowa z braku zgrabniejszego.

Bo to nawet nie jest "marskistowska historia" - ta pisana na Zachodzie i bez (można mieć nadzieję) partyjnej kontroli - którą dość faktycznie lubiłem, bo zawsze starała się analizować konkrety i ludzką rywalizację, także, a nawet przede wszystkim, tę ekonomiczną i klasową. Podczas gdy ta "niemarksistowska" dziwnie często, albo gromadzi niezwiązane ze sobą wątpliwe fakcicki, albo też przedstawia Marsz Ludzkości Ku Obecnemu Szczęściu Z Obietnicą Dalszego Ach-Jakże-Rozkosznego Ciągu.

Jednak Coryllus w wielu przypadkach idzie dalej, ponieważ on to łączy z podważaniem wszystkiego, czego nas oficjalna historia uczy i programową paranoją, czyli Totalną Spiskową Teorią Wszystkiego. Co, uważam, jest całkiem interesującym programem - co najmniej dla eseisty, bo nie chciałbym, żeby nagle wszyscy zaczęli historię w ten sposób pisać - i całkiem często zasługuje to na poważne zastanowienie... No i to już jest nie byle jaka wartość!

Drugie interesujące, co tam (ci ja) przeczytałem, było tutaj: https://coryllus.pl/komunikacja-a-folklor-czyli-omerta-raz-jeszcze/

Dla patologicznie leniwych klikaczy streszczę, że chodzi tam o to, iż im lepszy i bogatszy folklor - ale chodzi o pieśni, nie o wycinanie kogutków z papieru, przynajmniej o nich nic tam nie ma - tym gorsza społeczna komunikacja w danym społeczeństwie, bo te śpiewy tę komunikację w patologiczny sposób zastępują i jakoś tam unieważniają. Nie wiem, jak z muzyką instrumentalną, z tańcami na klepisku i macankami w zaroślach, ale o pieśniach jest tam powiedziane to właśnie explicite.

I nie chodzi tutaj, mówi Coryllus, po prostu o ciężki los i te sprawy. Nie - brak prawdziwej komunikacji jest przyczyną oraz skutkiem tego, że ludzie tak cudnie i z takim przekonaniem śpiewają! I ja naprawdę sądzę, że to jest interesująca hipoteza, w której znajdziemy więcej niż ziarno prawdy... No bo weźmy Irlandię... Albo weźmy różne tam społeczności w US of A - te które mają fajny muzyczny folklor, to raczej rzadko bostońska elita, za to white trash z Apallachów, Murzyni, Meksykanie, nawet młodzież w latach '50 z Rock-a-Billy i wczesnym Rock-and-Rollem daje się tu dopasować.

No a, pyta nas Coryllus, czy ktoś zna niderlandzką pieśń ludową z XVII w.? Nie znam faktycznie żadnej, z żadnego wieku. Znam trochę szwedzkich, a oni w końcu wynaleźli zapałki, pudełka do mleka, stworzyli Ikeę, armatki Boforsa... To się liczy? Jednak najistotniejsze, z Tygrysicznego Punktu Widzenia przynajmniej, jest to, że ja bym sto razy jednak wolał żyć w takich Włoszech, z ich bogatym muzycznym folklorem, niż w siedemnastowiecznych Niderlandach, i jeśli TO oznacza "brak społecznej komunikacji", to na drzewo ze społeczną komunikacją!.

W Meksyku też bym wolał, a przecież znam tuziny ich ludowych śpiewów i je namiętnie kocham, a holenderskich za cholerę. Ktoś ma inaczej? Mogę zrozumieć, bo mój umysł pojemny i elastyczny, że ktoś o takiej historii rodzinnej i takich ambicjach, jak Coryllus - choć przecież moja rodzina też majątek, nieco większy, fakt, traciła w ostatnim stuleciu wielokrotnie i absolutnie nic dziś z tego dla mnie nie zostało - wolałby żyć w Holandii epoki Gorączki Tulipanowej i liczyć, że się dorobi... Ale ja nie. Nie bardzo widzę powód marnowania młodości i najlepszych lat na tyranie, żeby mieć potem wystawny pogrzeb!

No bo już na pewno nikt mnie nie przekona do tyrania po to, żeby ludzie, jak to jakiś geniusz spędzający masę czasu na kiblu precyzyjnie wykompinował, za pięćset lat żyli jak aniołowie niebiescy (choć bez oglądania oblicza Pańskiego, bo po co, skoro można oblicza Kuronia z "von" Misesem?) I NIE MUSIELI PRACOWAĆ. Łał? Nie, na drzewo! Ale Coryllus chyba też aż tak daleko nie idzie - on po prostu, jak masa ludzi w leberaliźmie (żeby nie powiedzieć biednych lemingów) zamierza tyrać całe życie, żeby pod jego koniec, precyzyjnie sobie wszystko wycyrklowawszy, przeżyć dwa tygodnie upojenia.

Miejmy nadzieję, że jeszcze będzie wiedział, co to to upojenie. (W nieco dawniejszych Chinach po siedemdziesiątce nie miałeś już żadnych obowiązków i mogłeś sobie do woli dogadzać, na przykład obżerając się psim mięsem. Smacznego!)

Dla mnie jednak, dziwnie na tę całą oświeceniową propagandę odpornego, nie jest to żadna atrakcyjna perspektywa, a w dodatku ta "marna" jak mam rozumieć "imitacja społecznej komunikacji" to coś dokładnie takiego, jak prawdziwy, świętej już niestety pamięci, Katolicyzm, z jego śpiewami, Machaultami, procesjami, łaciną, hostią, katechizmem i resztą tych bezsesnownie odwracających uwagę od prawdziwych problemów, wyczerpujących energię i potencjalnie dzielących społeczeństwo, a także nerwicujących, spraw.

Podczas gdy ta wyśniona "komunikacja" - ta której przeciwieństwiem miały by być ludowe pieśni, choćby takie cudne, jak powiedzmy "Water is Wide", "Twa Corbies", albo "Silver Dagger", to dokładnie to, o czym śpiewał kabaret Elita, że chcą od tego uciec: "od całego swiata, od paragonów, paragrafów i wywieszek". Więcej? Proszę: "Gdzieś tam prezydent zbiegł w szlafroku, gdzieś tam przyjęto jako wskaźnik stopę zysku, pięć wizyt, sześć wyroków, ktoś przez pomyłkę rekord świata pobił w dysku". Czyli całe nasze gówniane liberalne życie, wszystko, czym karmi się nasza dusza. Cudo, nieprawdaż?

Sorry, jeśli TO jest ta "społeczna komunikacja", to ja się nie dziwię, że wolą śpiewać! Tutaj mamy też bardzo szpęgleryczną kwestię Romantyzmu, jako (w swej historyczno-kulturowej wersji) rozpaczliwej, a nawet histerycznej obrony przed nadciągającą Cywilizacją (w sensie szpęglerycznym) z jej druczkami i wywieszkami, oraz brakiem sensu i witalności. Ciekawa sprawa, ale na kiedyś, da Bóg.

Zakończę stwierdzeniem, że moim zdaniem idealne społeczeństwo, to nie takie, które ma dobrze rozwiniętą komunikację w postaci druczków, wywieszek i paragonów, kocha i akceptuje to wszystko, tylko raczej takie, które ma pewne podstawowe sprawy rozpracowane - też każdy człek na tyle, na ile jest zdolny i zależnie od swego miejsca w intelektualnej hierarchii - wokół których to spraw się od czasu do czasu przynajmniej ono łączy, te przeżycia dzieli...

Sprawy o które jest gotowe walczyć i o których ŚPIEWA - a wszystkie wulgarne szczególiki: paragony, paragrafy, wywieszki i rekordy w dysku, ma raczej w poważaniu i tak mało uwagi im poświęca, jak to możliwe.

W każdym razie nie robi z tego religii... (Taka religia wabi się jak, Napieska? Zgadza się, wabi się LIBERALIZM,) Stara się to mieć maksymalnie w tle i żeby się w oczy nie rzucało, nie rozmawia o tym, bo to po prostu dość nieprzyzwoite. Nawet jeśli, z konieczności, buduje coś, jak siedemnastowieczne Niderlandy, to zdaje sobie sprawę z tego, że to Z KONIECZNOŚCI. I jeśli zdoła, stworzy coś o wiele lepszego. Z minimalną ilością paragonów, paragrafów i... Czego jeszcze, Mądrasiński? Bardzo dobrze - wywieszek. Dzisiaj naprawdę jesteście w formie, moje dziatki.

I to by było na tyle.

triarius

46 komentarzy:

  1. Coś mi się nie chce wierzyć w to, że Holendrzy z 17w. (ani jakikolwiek inny naród) nie potrafili śpiewać. Akurat malowidła z tego okresu i z tamtych stron ukazują sporo rozśpiewanych szarpidrutów. Zdecydowanie jeśli miałbym odwiedzić tę krainę w 17w. to bardzo chętnie. Oddam całe współczesne Włochy.

    Wg mnie Coryllus ma rację, ale tylko fragmentaryczną, a Ty masz rację szerszą.

    A w celu rozwikłania tego nieporozumienia trzeba sobie na początku zadać pytanie... Mądrasiński krzywo spoziera zza notatnika... "Czemu służą pieśni?"

    A później łatwiej będzie dostrzec jak tym pięknym środkiem wyrazu można manipulować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pijackie wrzaski udające śpiew się nie liczą, a to chyba mamy na obrazach, ale flamandska polifonia w średniowieczu była wielka - wystarczy rzucić okiem na nazwiska w dowolnej historii muzyki.

      Wreszcie mówimy o Muzyce "jako takiej", zamiast kręcić się w liberalnych kategoriach typu "po co", więc na temay Rolling Stones (dawnych) powiem, że to po prostu b. dobra muzyka i dla mnie to wystarczy. Nie mam zadatków na Ursusa czy inną Ligię, jestem zmysłowy i wcale się tego niw wstydzę. Mój ideał to intelektualnie i estetycznie wyrafinowana militarna arystokracja, Tak mam. Ciekawe spotkanie swoją drogą - my się znamy przez Ju-jitsu, wirtualnie - Ty Szkocja i japońskie, tak?

      Pzdrwm

      Usuń
    2. Rozumiem, że Jagger jechał na lepszych prochach niż Holendrzy w 17w.
      Tak, znamy się.

      Usuń
    3. Nie, to raczej sprawa bluesa. Muzyki formalnie niezwykle prostej (AAB w koło, trzy akordy itd.), ale pozwalającą na b. różne i b. interesujące sprawy, jeśli ma się dość wyczucia. Nie trzeba nawet być wielkim wirtuozem. Poza tym, wiesz jaka była atmosfera w Holandii w XVII w.? Tobie się to nawet może i podoba, ale na muzykę to dobrze nie wpływa. Bach, jak to teraz wiedzę, to trochę taki JP2 - gwóźdź do trumny.

      Pzdrwm

      Usuń
    4. RS to nie był z początku zespół Jaggera, tylko Briana Jonesa. Św. p., człowiek na wszelkie sposoby chory, mało sympatyczny, ale znakomity bluesman. Kiedy się trzymali najogólniej rozumianego bluesa - powiedzmy Chuck Berry albo "Honky Tonk Women" - byli wielcy. Niestety byli też cholernie podatni, Jagger konkretnie, na społeczne śnobizmy, a na siłę robiono z nich drugich Beatlesów. Kiedy Micka Taylora (następcę Jonesa) zastąpił Ron Wood, zaczęło się disko i RS się skończyli.

      Pzdrwm

      Usuń
  2. Blues to z tego co pamiętam muzyka murzyńskich niewolników z plantacji bawełny. Choć może nie do końca taka dołownia jak Dżem ze Śląska. Jak Ty to łączysz ze swoim arystokratycznym gustem?

    W tym tygodniu Jarosław zaprasza na swój festiwal muzyczny. Chyba to co lubisz najbardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Z bluesem sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Istnieje także biały blues, i to nie chodzi o Rolling Stones, tylko o autentyczną ludową muzykę. Blues, ten czarny, poza paroma fantastycznymi nowymi dla zachodniej muzyki rzeczami, jest dość w sumie zbliżony do Bluegrass z Apallachów, gdzie white trash, czyli biedni Celtowie...

      2. Lubię i cenię Murzynów. Nie każdego oczywiście, ale jeśli mamy oceniać hurtem, to jestem za.

      3. Nie powiedziałem, że jestem SNOBEM, tylko że moje etyczne standardy są tak dalekie od standardówpierwszych chrześcijan, jak to możliwe. Arystokrata też ze mnie żaden - hrabią jestem tylko w 1/4 (poza tym, że dzisiaj rozmowa o hrabiach i arysto to idiotyzm, góra o przodkach, bo to zabawne, a w Polszcze hrabiów po prostu nie powinno być, bo jedna z tych rzeczy, które pogrzebały tenkraj).

      4. Kocham The Pogues, choć to alkoholizm, narkomania i pedalska prostytucja - przynajmniej w niektórych tekstach, a ich lider ponoć nawet uprawiał coś z tych rzeczy. Ja nie dyskutuję tak zaciekle, jak wielu, nad tekstami różnych tam... Roger Waters, jak to się tam zwało... Nieważne... i ich wpływen na młodzież, ale muzyka to muzyka i to mnie interesuje... Niewiele mnie obchodzi, że Joan Baez w młodości była jakąś komunistką, a Bob Marley idiotą. (A przypisywanie ogromnej wagi tekstom jakichś tam... o - Pink Floyd, jakby to była przyczyna tej obecnej lemingozy i upadku, to moim skromnym gruba przesada.)

      Już mi tłumaczono, że "arystokracja nie lubi bicia po gębie"... Mam inne zdanie, a poza tym co mnie obchodzi, co lubi arystokracja? Obchodzi mnie co ja lubię, na muzyce znam się jak mało kto, i that's all!

      Ludzie mniej muzykalni i mniej w tej dziedzinie doświadczeni powinni, moim zdaniem, kierować się z znacznej mierze radami tych, którzy coś wiedzą, ale ja jestem muzycznym autorytetem nawet niektórych dla profesjonalnych solistów stołecznej Filharmonii (gdzie mój bliski krewniak jest ponoć wciąż "kultowy", co kiedyś był tam kierownikiem muzycznym), no i kieruję się własnym gustem.

      Jasne, że w ośmiu taktach Monteverda (jak tłumaczyłem to kiedyś bratu) jest więcej muzyki, niż w połowie całego rocka, ale nie rozumiem tezy, że muzyka musi być dęta i skomplikowana. Uwielbiam całą masę folklorów z niezwykle czasem prostymi modalnymi melodyjkami i nikt mi nic nie może w tej sprawie zdrobić. W innych dziedzinach sztuki zapewne aż takim ekspertem nie jestem, nawet na pewno, ale też pewien poziom chyba trzymam. Muzyka to natomiast mój żywioł i tutaj jestem cesarzem. ;-)

      Zrozum - moje motywy słuchania Rolling Stones czy powiedzmy The Doors były całkiem różne od motywów większości młodzieży! Mnie interesowała naprawdę muzyka, ideologia o wiele mniej i byle szajsu nie łykałem.

      (Poza tym, że rozmowa zaczęła się od moich gustów SPRZED 50 LAT, a nie obecnych, choć nadal Ci powiem, że "Little Red Rooster" czy "Carol" to znakomita muzyka. Inna niż Machault, intelektualnie prostsza, ale znakomita. Znasz Spenglera rozróżnienie na "Symbol" i "Imitację"? No to właśnie.)

      Pzdrwm

      Usuń
    2. Poza tym warto pamiętać, że muzyka Murzynów w Ameryce (całej) i na Karaibach, to nie jest muzyka afrykańska, tylko wynik zderzenia tej muzyki (którą lubię zresztą) z tym, co Murzyni słyszeli i śpiewali po kościołach, na uroczystościach swoich panów itd. Blues i np. jazz to wynik ZDERZENIA dwóch (jeśli nie trzech, uwzględniając Indian) muzycznych kultur, a nie muzyka afrykańska.

      Pzdrwm

      Usuń
    3. Indianie to raczej jednak nie w północnej Ameryce, ale za to b. ważny wpływ. Skąd się np. wzięła barokowa Chacona, jeśli nie z Brazylii? Itp.

      Pzdrwm

      Usuń
    4. Cieszę się bardzo. Ja też lubię posłuchać sobie muzyki z różnych zakątków. Ale Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy, że to jednak nie jest Twoja pieśń.

      Usuń
    5. Blues? O tyle masz rację, że nigdy nie będę próbował być wokalistą autentycznego czarnego bluesa. (Nalepa fajnie gra, ale jego śpiew jest śmieszny.) Choć Jagger poniekąd to imitował, a wychodziło mu świetnie. Co innego z graniem, i co innego z takim czymś, jak np. "Black Magic Woman" Petera Greena (Fleetwood Mac/Santana). Całkiem blues, nic innego niż blues, molowy, ale bywa, i to się daje śpiewać będąc białym ęteligętem.

      Ale granie? Poza tym mnie już teraz nie tyle blues jako taki kręci, co wpływ bluesa na inne rodzaje muzyki. Te podciągane struny, te przeciągnięte nuty na harmonijce (od 30 lat mam od tego krwiaka na wardze i rzuciłem harmonijkę, ale byłem dobry)... Plus rytm. Taki Chuck Berry jest naprawdę wielki i sporo dałbym, żeby grać jak on. (Gość nawiasem wychował się w białym środowisku, więc całkiem czarne to nie jest.)

      Oczywiście że to nasze wymarzone by me granie na łyżkach, tin-whistlach i śpiewanie, to raczej "Carrickfergus" i "Flower of Scotland". Plus oczywiście "Polonez Kościuszki". Jednak niczego bym nie dyskryminował. Ładne wykonanie "Międzynarodówki" (niedługo będzie zakazana!) też by było miłe. ;-)

      Pzdrwm

      Usuń
    6. A co do Holendrów, to możesz mieć rację: to nie musiały być pijackie wrzaski. Po prostu nie lubię kalwinicznego analno-retentywnego groszoróbstwa i sądzę, że to dobrze na sztukę jednak nie robi. (Niestety Szkocja, ale ja Highlander ze Skye czy jakoś tak.)

      Pzdrwm

      Usuń
    7. Groszoróbstwo może się nie podobać. Akurat ja doceniam. Ale to żaden problem. Problemem jest bałwochwalstwo.

      Wracając do "naszej pieśni", nie chodzi o to aby samemu drzeć japę.

      Usuń
    8. Nie chodzi? To dlaczego każde wojsko osobiście śpiewa?

      Definicję "bałwochwalstwa" bym prosił.

      Pzdrwm

      Usuń
    9. I bardzo dobrze, że śpiewa ale sam wiesz, że oni śpiewają Swoją pieśń: chwały i zwycięstwa, a nie jakiś tam Roling Stones. Sorry że tak się ich uczepiłem, ale na tle maszerującego i śpiewającego wojska to oni naprawdę wypadliby chyba blado. Nawet dobry przykład podałeś.

      Bałwochwalstwa nie potrafię zdefiniować. Może poprzez synonim: idolatria. Np. grosz nie jest zły, ot narzędzie wymiany dóbr. Ale wiara że ten grosz da Ci największe szczęście to bałwochwalstwo. Proste. Czasem trudniej ustalić granice ale z reguły sumienie podpowiada kiedy czcisz bałwany.

      Usuń
    10. Co do bałwochwalstwa, to tak to właśnie zrozumiałem. I w zasadzie zgoda: szybkie chytre zarobienie dużej forsy bez wysiłku jest OK, ale tyranie na nią to dno, a już dodawanie do tego jakiejś podniosłej ideologii to w ogóle szkoda gadać. Tak to widzę.

      Co do śpiewania, to niby interesująca "dyskusja", ale dowodzi po raz milionowy, że o gustach się nie da. Armię wspomniałem, ponieważ śpiewa WŁASNORĘCZNIE. Rolling Stones (sprzed Rona Wooda) to poziom tak na oko 10 tys. razy wyższy. (No fakt, "Flower of Scotland" na Murrayfield oceniłbym wyżej od jakichś żurawiejek o "grafach i baronach", nawet z "gonieniem bolszewika goń goń goń", ale to i tak w kategoriach czysto mnuzycznych ma się do slide guitar Briana Jonesa w "Little Red Rooster" dość nijak.)

      Moim ideałem jest Irlandia, gdzie trochę piwa i paru ludzi wystarcza, żeby popłynął "Harvest Home" i "King of the Fairies". O coś takiego by mi chodziło. Oczywiście - gdyby Polska była poważnym krajem i miałą jakieś wojsk godne tego miana, należałoby wskrzesić "brodzenie w krwi wrogów" z Poloneza Kościuszki i "Bili Niemce jako cielce". (Jeszcze jedni zostali do pośpiewania na ich temat, ale to by się dało rozwiązać.)

      Pzdrwm

      Usuń
    11. ERRATA...

      Uświadomiłem sobie, że wymieniłem same instrumentalne spawy, a więc niech będzie: "Little Red Rooster" Micka Jaggera (i setka innych), oraz "Carrickfergus" i "Parting Glass". Żeby daleko nie szukać.

      Pzdrwm

      Usuń
    12. Moim zdaniem o gustach da się a nawet warto.

      Ale my nie o gustach tylko o pieśni w życiu narodu, ach! Na ile czyjaś pieśń jest Twoją, co jest wg mnie bardzo istotne, a na ile Tobie się może co najwyżej bardzo podobać, co jest mniej istotne.

      Flower of Scotland na Murryfield czy Amazing Grace w Madison Square Gdns, ale i wspólne kolędowanie przy rodzinnym stole czy śpiewanie w kościele to jest mniej więcej to o czym myślę.

      I Roling Stones, choć może być super fajne, to jest bez znaczenia... dla nas? Chyba tak. Dla Ciebie może coś tam być warte w odrębnych kategoriach muzycznych ale dla nas to mało istotne. Dlaczego? Może dlatego że to nie nasza pieśń, ale obca.

      Tak uważam.

      Usuń
    13. A co do groszoróbstwa to każdy orze jak może. I lepiej kiedy orze niż nie orze. A jak ma zdrowie to czego więcej chcieć?

      Usuń
    14. Jak musisz dla przetwania (i Twojego kota czy dziecka), to (klniesz ale) tyrasz, tyle że to jest właśnie WALKA - walka o przetrwanie. Poza tym... Założysz dynastię? Zależy Ci na tym? Wystawisz prywatną armię? (M. Crassus) Potomstwo ma mieć lepiej? Dlaczego? Jeśli zaiwanianie jest super, to czemu ich chcesz tego pozbawiać, a jeśli nie, to dlaczego masz akurat Ty marnować życie? Chcesz żeby Cię baba kochała akurat za te kafelki w łazience i żel do pięt? ;-)

      Choć faktycznie co ja tam mogę widzieć.

      Pzdrwm

      Usuń
    15. Rozumiem o co Ci chodzi, ale ja na to patrzę nie tylko od strony ideologicznej i tworzenia więzi - nie bezpośrednio. Sama w sobie myzyka też dla mnie jest tu istotna. Wcale nie musi być patriotyczna czy jakaś. Jeśli potrafimy razem grać i/czy śpiewać, to już jest wartość i już jest wspólnota.

      Tutaj Rolling Stones. A co do Murrayfield... 1. 50 tys. gardeł i dudy - tego nie da się niczym zastąpić; 2. Ja jednak w 1/32 MacLeod i to zawsze dla mnie stanowiło; 3. Widzi mi się, że cały dorobek Zachodniej Cywilizacji powienien już teraz być nasz - no bo dlaczego niby Monteverde, jeśli nie? ("Martwy Włoch", według Nicka, w odróżnieniu od Frycka.)

      My w optymistycznie tygrysicznym wariancie przejmujemy cały dorobek Zachodu i ciągniemy go dalej, w sumie będzie to raczej niestety zwijanie żagli, ale pod kontrolą i z troską o zachowanie wartości, na ile się da; 5. Śpiewy religijne byłyby jak najbardziej na miejscu, ale a. to lubi wychodzić w postaci PROTESTANCKICH hymnów, albo gorzej, a tego byśmy nie chcieli... b. Niestety KK właśnie dogorywa, za kilka lat najpóźniej Papieża wsadzą do pierdla "za tuszowanie", nikt na to nawet serio nie zareaguje, więc musimy chyba wspólnotę budować na czymś innym... Nie czuję się dość relijnym człekiem, aby albo odnowić Katolicyzm, albo wylansować na odmianę Marcjona, choć byłoby cudnie... Spiewanie Rolling Stonesów to i tak więcej, niż nas dzisiaj stać. Rodzina? Jezu, nie prowokuj mnie żebym Ci powiedział co wiem, jak kiedyś było, jak jest teraz i jakie widzę nadzieję na przyszłość. Dzieciak na propozycję śpiewania kolęd opieprzy Cię, że nie dajesz mu oglądać Spongeboba, ciesz się, jeśli Cię nie zadenuncjuje! Jeśli jeszcze nie w tym roku, to za parę lat będzie to normą. Tak czy tak jesteśmy w dupie, skoro nikt nawet nie chce grać "Foggy Dew" ani śpiewać "Parting Glass". Bić się też nie chcą. Jak ja, @##$$, mam przeżyć te ostatnie lata życia?!

      W ogóle to ciągle mi się przypomija historia tych dwóch Syryjczyków z "Siedniu filarów mądrości", co to od fermy wielbłądów szybko przeszli do władzy nad światem. Tak mają Polacy i, daruj, tutaj właśnie to dostrzegam i u Ciebie. Zacznijmy od Rolling Stonesów albo Bucka Owensa, a potem pójdziemy dalej, OK?

      Pzdrwm

      Usuń
    16. Pewnie mamy różne def groszoróbstwa. Chce się upewnić jak Ty to widzisz... Sugerujesz że praca ponad widoczne owoce jest be? Ciekawe co na to plantatorzy winnic albo dębów korkowych, których owoce zbierają wnuki. Trochę to przypomina "od pierwszego do pierwszego" w skali pokolenia. "Jeden sieje, drugi zbiera" mówi biblijne przysłowie. Wg mnie nie ma w tym niesprawiedliwości. Ot kolej rzeczy.

      Usuń
    17. Na pewno są różne rodzaje; myślę, żeśmy się trochę nie zrozumieli i różnice są mniejsze, niż się może wydawać. Wspomniałem o "tworzeniu dynastii" i nie chodziło mi wyłącznie o dynastie monarsze, tylko także jak najbardziej chłopskie/ziemiańskie (to jest to samo na dwóch różnych poziomach), zresztą w niektórych czasach nawet i przejście z jednego rodzaju do drugiego bywa możliwe.

      Usuń
    18. Ja nie twierzę, że zakładanie dynastii (tak samo jak i wystawianie prywatnej armii, jak chciał Crassus) nie jest żadną wartością - ja po prostu w to już nie wierzę w tych naszych-nienaszych czasach. Nie te warunki dookoła, no i także nie ta nasza mentalność, choć oczywiście mentalność to nasza własna sprawa i możemy mieć ją pod włos.

      Dziś lojalność dzieci wobec rodziców jest o niebo mniejsza, państwo (w zastępstwie Globalnych Uszczęśliwiaczy Ludzkości Spod Znaku Szkoły Frankfurckiej itd., wbrew syrenim śpiewom różnych K*winów) używa rodziców jako własnych oddelegowanych pracowników do opieki na dziećmi, na ile samo nie raczy się czymś na razie zająć, dynastie są mocno niepewne (pisaliśmy sobie o tym, a ja wspomniałem, że dwa czy trzy razy moja rodzina straciła spory majątek, także taki własnoręcznie wypracowany, żeby nie było że tylko pańszczyzna), więc moje przekonanie, że to na wieki wieków pewne jest dość nikłe... Fakt, że może z tym przesadzam, że to subiektywne, ale nie da się ukryć, że teraz wszystko się zmienia, a własność prywatna nie bardzo nią w sumie już jest. (Dobrze to czy źle, nie oceniam w tej chwili, choć ci, co decydują zdecydowanie mi się w większości nie podobają.)

      Usuń
    19. Nie zdajesz sobie zapewne sprawy jak ogromna jest różnica w spychice pomiędzy człowieniem sprzed choćby stu lat, dla którego rodzina, a wcześniej ród, klan, dynastia itd., stanowiły niezbędne, naturalne i największe oparcie (mimo potwornych oczywiście często konfliktów wewnątrz, życie to nie bajka), a nami, którzy mogą sobie tam różne religijne i społeczne kwiatki do kożucha przyczepiać, ale jednak to jest raczej fantazja und fanaberia.

      Ja nie jestem wrogiem męczenia się dla jakiejś autentycznej, ważnej dla nas sprawy - ja jestem cholernie sceptycznie nastawiony do potulnego, bezmyślnego wykonywania "obowiązków", których na siebie nigdy naprawdę nie braliśmy, nad którymi nigdy nawet się poważnie nie zastanowiliśmy... Po oprostu z głupoty, konformizmu, tchórzostwa... A do tego jeszcze dorabiania do tego niesamowitych ideologii, jakie to ma być wzniosłe i bohaterskie. ("Wszyscy dla nas jesteście Bohaterami Domu.")

      Chcesz poświęcić życie jakiejś wzniosłej idei, tyrać dla niej, ryzykować, spalać się w ogniu? Masz moje najszczersze (świeckie) błogosławieństwo i najgorętszy podziw! Wzrusza mnie widok każdej zakonnicy, a te "pingwiny" ostatnio o tych biednych upośledzonych chłopców ("nasi kochani synkowie") doprowadzają mnie na samą myśl do łez wzruszenia. (To nie jest marna kalka i branie pod pic.)

      Po prostu ja nie widzę dziś wielu idei wartych tego, żeby dla nich się spalać i poświęcać - na codzień, nie na wojnie, tam jeszcze czegoś się da dopatrzeć - swoje życie, a praca zarobkowa po to, żeby dziecko mogło zadawać szyku bajerzastą komórką, a żona mogła się chwalić wakacjami na Majorce całkiem mi do takiej kategorii nie pasują.

      Ja tu widzę lemingozę, tchórzostwo i niewolniczą naturę (poniekąd te same rzeczy) w tym dzisiejszym kulcie ciężkiej codziennej pracy, nie zaś jakieś warte szacunku bohaterstwo, choćby na niewielką, codzienną skalę. Na pewno są wyjątki, nawet być może całkiem sporo, może przesadzam, jako gość, który od młodości wiedział, że nigdy nie zostanie doceniony zgodnie z jego realną wartością, podczas gdy masy zer i szuj... Te rzeczy.

      Ale to co doceniam, co cenię, a nawet więcej, to ŚWIADOME, Z WŁASNEGO WYBORU WZIĘCIE NA SIEBIE JAKIEGOŚ CIĘŻARU, ALBO RYZYKA, I TRWANIE PRZY TYM. Zapieprzanie na komórki dla "milusińskich" tym dla mnie nie jest. Wobec takiej alternatywy wolę być wykolejonym intelektulistą widzącym ten świat o wiele lepiej od chyba każdego, lepiej w nim zaklajstrowanego. Nie jestem jednak bez serca, ani niepoważny, ani nieopdowiedzialny, ani nic takiego, i niczego takiego nie lansuję. (W ogóle to lansuję o wiele mniej, niż sam dla arystokracji ducha jak ja mam ochotę uzyskać. Uważam, że to jest prawicowa postawa. Nie wszyscy mogą wszystko, bo większości to zaszkodzi na duszę, jeśli nawet nie na coś innego.)

      Uważasz, że kokieteryjnie spytam, iż tyrając dziecku na najnowszy model komórki walczysz o jakieś istotne dobro? Konkretnie o Waszą przyszłą dynastię? Ciekawym, jak ona by miała wyglądać i jak sprawować te rządy, być może świat by odetchnął z ulgą... Ale niepewnym, że zdołasz. Jeśli masz dzikie przekonanie akurat do tyrania, to w mojej opinii powinieneś tyrać. Jeśli nie, to powienieneś się zastanowić nad tym, co jest ważne w życiu. Tyle!

      Ale co ja tam mogę wiedzieć.

      Pzdrwm

      Usuń
    20. Rozumiem co mówisz i zgadzam się co do ogółu. Tyranie na sprawy materialne kosztem spraw nazwijmy to "ducha" czyli np. spędzania więcej czasu na wspólnym śpiewianiu przy ognisku, jest niedobre. Ale te komórki czy tablety czy wakacje na Majorce to chyba nie jest realny problem na płaszczyźnie tego o czym mówimy. Koszt takiej zabawki, którą kupuje się średnio raz na 3-4 lata to tyle co miesięczny czynsz za wynajem mieszkania. Dlatego trochę przesadzasz. A te czynsze i opłaty i leki to jednak wydatki dużo dużo istotniejsze. I na to zwykle się tyra.

      Usuń
    21. Na marginesie wspomnę że projektuję elektronikę i oprogramowanie. I powiem że bardzo to lubię. Takie hobby za które płacą. Także moje tyranie nie ma nic wspólnego z tyraniem i stąd mogę inaczej rozumieć czym jest praca. W sumie od 11 lat pracuję zwykle w tym co lubię.

      Natomiast moje lata 20-ste to faktycznie mogło podchodzić pod tyranie. Pola, farmy, ogrody, budowy, kuchnie i zlewozmywaki. Ale tsk sobie wspominam, że to tyranie to żaden problem. Często dużo śmiechu i wspólne życie.

      Ciężka praca nie jest dla człowieka przekleństwem, no chyba że ją wyjątkowo nie znosi, tak jak niektórzy nie mogliby być pielegniarkami, bo widok krwi czy igły...

      Tyranie wg mnie to sprawa relacji. Jeśli masz szefa -huja (sorry), który traktuje cię jak niewolnika, i kiedy kręci nosem na widok przedłożonego wniosku urlopowego (a przecież mógłby się zapytać np. dokąd jedziesz tym razem). Albo gdy wokoło współpracowników ponosi ambicja i jadą twoim kosztem... To jest przekleństwo.

      Ale sama ciężka praca to mały pikuś.

      Usuń
    22. No to ja Cię kompletnie rozumiem i popieram! Sam przez kilka lat miałem fioła na temat programowania, doprowadziło mnie to m.in. do rozwodu i utraty połowy mięśni, więc nieźle rozumiem taką robotę. Sam chciałem być developerem Amigi - Bosze jak ja tego chciałem!

      Tyranie fizyczne na fermach itd. w młodości, to zbieranie doświadczeń, zarabianie tu i ówdzie - normalna i zdrowa sprawa. Nie to, co zasuwanie nie-wiadomo-właściwie-jakiej-roboty w korpo, po to tylko żeby ci żona nie zrzędziła i dzieciaki miały na modne ciuchy. Zgoda?

      Mówiliśmy o zupełnie innym groszoróbstwie. Zresztą sam byłem kiedyś zafascynowany giełdą i paroma innymi rodzajami zarabiania, więc i takie sprawy dopuszczam w "tygrysicznej aksjologii", tylko nie dorabianie wielkich ideologii do pracy w sumie niewolniczej bez sensownego powodu.

      Pzdrwm

      Usuń
    23. No to w czym my się nie zgadzamy oprócz tego Roling Stones?

      Wiesz... zasuwanie w korpo to taka praca, wyobrażam sobie, jak w magazynie, ale dla ludzi z wyższym wykształceniem. Dla wielu jedyna możliwa droga zaspokajania raczej własnych potrzeb niż realizacji ambicji. I niech tak będzie.

      Gorzej jeżeli trafiają tam ludzie z ambicjami, których realizacji nie sprzyja system, a powinien. Poza korpo nie mają zbyt wielu możliwości. Oni są w opłakanym położeniu i to oni w głównej mierze łapią się na ten "liberalizm". A że rządzący, nasi jak by nie było, ociągają się we wprowadzeniu normalności (standardów z zachodu) to czemu Ty tak się temu dziwisz? Trochę empatii please!

      Usuń
    24. Jeśli nie potrafią nic lepszego, niż praca w korpo, to Bóg z nimi! Niech tylko nie dorabiają do tego niemal religijnych ideologii, nie kreują się na bohaterów, i niech tego maluczkim nie wciskają! (Swoją drogą nie czytałeś chyba genialnych tekstów Timmy'ego, który krótki czas publiował swoje na niezapomnienym blogu Nicka. Opisywał m.in. te "spontaniczne" kaczuszki w czasie przerwy śniadaniowej w jakimś hipermarkeci, w wykonaniu dwóch pracownic. Śni mi się to do dziś! No i o tym mówię.)

      Co do Rolling Stonów zaś... OK, Ty nie wierzysz, że to była świetna muzyka, a ja, znany fanatyk Dufayów i Monteverdów, wiem że była. Gdybyśmy mieli zejść się po kolacji w kilka rodzin i wykonać całą, albo chociaż część, Piątej Księgi Madrygałów na poziomie takim, żeby to nie była profanacja, tylko sztuka, to OK - to nawet lepsze od Rolling Stones!

      Tylko że nikt tego nie potrafi - nawet prawdziwi artyści nie robią tego bez przygotowania, bez zgrania się, bez odpowiednich instrumentów (wiesz jak te jelitowe struny są kapryśne i podatne np. na wilgoć?). Nietemperowany strój tych modalnych kawałków też ma swoje wymagania - nastroić to wszystko... Sąsiedzi by wszczęli bunt, zanim byś rozpoczął śpiewanie "Tempro la Cetra". A Rolling Stones, albo Chucka Berry, normalny muzykalny człowiek po jakimś tam treningu - na gitarze, albo na łyżkach, albo klepiąc żonę po smakowitym zadzie, zagrać może potrafić.

      Nie mówiłem o muzyce, która by nas miała jakoś specjalnie ideologicznie kształtować - wtedy może RS średnio pasują, zgoda - tylko po prostu o: 1. robieniu czegoś wspólnie w realu; 2. robieniu czegoś na odmianę DOBRZE (i wspólnie); 3. Muzyce (a wczesne RS to naprawdę było dość dobre, by wystarczało, nawet jeśli ktoś woli "Vespro della Beata Virgine").

      Tak to widzę i czule całuję

      Usuń
    25. Albo nie rozumiesz albo nie chcesz rozumieć, że to "nie potrafić nic lepszego" to zwykły narzut na administrację. Oczywiście sztucznie kreowany na poziomie zerowym. Głupota, z której żyje cwaniactwo, kumoterstwo i inne robactwo. Szkoda, że tego nie widzisz...

      Usuń
    26. Ja uważam, jak kiedyś Grecy, że praca to niewolnicze zajęcie - Ty ją uwielbiasz. Uznaję ją jako coś wartościowego: 1. jako walkę o przetrwanie; 2. jako młodzieńcze doświadczenie; 3. kiedy w sumie jest to albo walka, albo (ach!) twórczość, która przelewa się z naszej (ach!) duszy... Tyle tego w sumie.

      W czym Ci mój pogląd jednak przeszkadza? Nawet gdybym kiedyś cudem został Cesarzem/Regentem, co jest b. mało prawdopodobne, to obiecuję chwalić i wysławiać pracusiów, bo bez nich przecież nijak. Niby można batem, ale po co, skoro sami się rwą do roboty? A że to mało tygrysiczne? Ja tu próbuję rzeźbić w autentycznej, wąskiej elicie, nie widzę problemu. W oficjalnych przemówieniach i gazetowych wstępniakach będziecie wysławiani - mniej niż wielodzietne matki czy bohaterowie wojenni, ale przecież. No i będziecie mieli przecież własną prasę: "Różowe golarki", "Robotnik Zachodu", "Korporacja v2.0"... To tak z głowy, ale w tę stronę. A przyznasz chyba, że jakaś elita, wojownicy, ludzie obsługujący viole da gamba i teorbany, muszą być. Trudno, żeby robili to po godzinach.

      Czy ma to jakieś wady? Czy niesie to jakieś zagrożenia? A co nie ma i co nie niesie? Jasne, że czytanie np. Spenglera daje więcej, niż powiedzmy "Pracusia mazowieckiego", ale kto wybiera - ja czy Wy? Nie ma kryterium koloru skóry, religii, pochodzenia, formalnego wykształcenia, całkiem dużej części przekonań... Well, nawet płci. To Ty sam wybierasz, kim chcesz być. Kiedy Ci się praca znudzi, z pewnością zostaniesz związkowym prominentem i będziesz, mimo wszystko, też pełnił istotną rolę w całej machinie... Głowa do góry zatem, jeszcze nic nie jest stracone! (Alem się ubawił!)

      Pzdrwm czule

      Usuń
    27. Ok. Teraz lepiej.

      Wracając do pracy, wąsko ją postrzegasz. Nauka gry na viola da gamba to wytężona praca. Trening żołnierza także. Budowa instrumentów, wytapianie ołowiu na kule, kucie mieczy, budowa wózków dla dzieci matek wielodzitnych itd.

      Wg mnie praca to powołanie. A Ty zdaje się piszesz o robocie. Robisz, bo Ci ktoś każe i stoi nad Tobą z batem. Ok. Rozumiem że to może być przekleństwo. Ale to wcale nie musi tak wyglądać.

      Usuń
    28. Kwestia definicji, moja faktycznie jest węższa. Motyw jest wszystkim! Si duo faciunt idem, non est idem. Jednak rozmawialiśmy o leberaliźmie, gdzie wzniosłe motywy są nie tylko dość rzadkie, ale nawet po prostu PODEJRZANE. (Nie zauważyłeś? Cóż, młody jesteś.) Oczywizda, że każda praca (!) nad sobą, każda walka, każde dążenie do wielkich celów, wymaga masy wysiłku, poświęcenia, ascezy... Ale jest różnica między robieniem czegoś koszmarnego dla kogoś, kto to ew. wykorzysta sprzecznie z naszymi własnymi wartościami, jak rasowy, niewolnik, bo dziatki chcą modne szmaty, i poświęcaniem się dla czegoś, co z przekonaniem uważamy za dobro. (Choćby duże bicepy, hłe hłe.) Zgoda?

      Pzdrwm czule

      Usuń
    29. Że uzupełnię...

      "Dobro" miało być z dużej. (To ten laptop, poniekąd b. fajny, ale piszę jedną ręką itd.)

      Pzdrwm

      Usuń
    30. Jest różnica. Zgadzam się. Ale dlaczego uważasz, że jakaš wyższa racja powinna ograniczać ten nasz wybór?

      Mogę się zgodzić co do tego, że ograniczenie zawsze jakieś będzie. Związane z kosztami funkcjonowania społeczeństwa jako całości. Zgadzam się.


      Chodzi mi raczej o te proporcje.

      Usuń
    31. Co ja znowu chcę regulować? Nie mam możliwości regulowania czegokolwiek. Żarty sobie robię. Cały ten blog to tylko w sumie moja zabawa, taka sobie zresztą, żadne ha ha hi hi, dość intelektualna faktycznie, bo mam łeb jak baniak, a wielkiej konkurencji w tym języku nie mam...

      Ale czym Ty się przejmujesz? Choćbym chciał, to zza firanki nie wylezę i do prenumeraty "Pracusia t Gastbajtera" nie zmuszę. Spokojnie! (Nawet Otton III i różne króle okazały się ściemą, choć ta ściema ma 200 lat, więc szacowna, a grafy i arcybiskupy to fakt.) SPO-KOJ-NIE ! ! !

      Pzdrwm

      Usuń
    32. Ja martwię się o mój kraj i chciałbym dla niego jak najlepiej.

      Zgadzam się, że ten "zły" liberalizm to wybija niczym woda sodowa, tak to się mówi...?

      Ale z drugiej strony jest sporo w ludziach zapału do życia. Szkoda to tłamsić.

      Usuń
  3. Homo zwierzę społeczne jest, znaczy gromadne, czyż nie? Znaczy gromadzi się kilku takich i co stworzenia te czynić mogą? Knuć mogą, pić w karczmie, śpiewać itd.
    Z punktu widzenia Władzy co jest preferowane? Czas start!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyrus, to Ty? Od razu poznać liberała. Nie ma takiej rozstrzygającej kategorii jak "władza" - "władza" może być lojalną częścią danego społeczeństwa, albo czymś obcym mu i wrogim. (Jak też czymś pośrednim.) Da się to zrozumieć, czy też "von" Mises poczynił już takie zniszczenia w korze, że nie? ;-)

      No pomyśl! Bez władzy się nia da, a nie każde społeczeństwo jest pod okupacją, choćby platformianą. Chyba że dla liberała, fatk.

      Pzdrwm

      Usuń
    2. Władza wynika z gromadności i samolubnego genu stąd dostępu do samic, bycie pedałem nie zmienia wpływu rzeczonych genów, tak z grubsza. Sugerowałem da Walla, czyż nie?
      Gdy problem stratyfikacji załatwiony, zaczyna się ciąg dalszy, znaczy utrzymanie. Dalej de Wall :)
      To już Django lepsze od Isaury, mniemam!

      Usuń
    3. Wg Jezusa władza wynika z powołania. Z moich obserwacji: nie każdy garnie się do rządzenia. Większość woli mieć tzw. święty spokój. A samolubny gen częściej przeszkadza niż pomaga. Samic starczy dla każdego.

      Usuń
    4. @ch
      "Z moich obserwacji: nie każdy garnie się do rządzenia"
      Te związki przyczyna-skutek ...
      eot

      Usuń
    5. @ chummyelec i Anonimo

      1. Django Reinhardt? Panny I. nie miałem szczęścia doświadczyć, ale stawiam orzechy kokosowe przeciw zwykłym, że tu masz rację.

      2. Ja się tam np. do władzy absolutnie nie palę. Nie wykluczam, że w pewnych sytuacjach mogłaby się ona (jako żeńskie w końcu stworzenie) do mnie sama przytulić, ale nawet tutaj potrzebowałbym jeszcze zakochanej kurtyzany (a gdzie taką dzisiaj?) o wątłym zdrowiu. Niestety chyba jednak tego nie zasmakujecie! :-)

      3. "Jedna samica to żadna samica", jako rzecze TtT (parafrazując cytowanego przez Ardreya... Jak się nazywał ten francuski morfinista od pawianów, z którego zerżnięto tę noblowską historię o pszczołach? Mądrasiński, jesteś tam?). Tak że nadal mamy problem, Huston.

      Pzdrwm

      Usuń
    6. 1.Dzięki, nie słyszałem :)
      3.Sam wodzisz ile ginie. Da roboty, na Ciebie wypadło, nie licz na $$ :)

      Usuń
    7. Jak się okazuję istnieje także: Django(1966)

      Usuń