niedziela, grudnia 25, 2011

O języku, śmierci i frajerach

Żył dawno temu pewien pewien arabski mędrzec, czy może poeta, o którym czytałem niemal równie dawno temu, i wszystko zapomniałem, poza jedną rzeczą. Taką mianowicie, że ów gość wyraził (a może nawet stale to głosił) taką oto myśl, że: "woli by mu wymyślano po arabsku, niż chwalono po persku". (Co oczywiście nie ma najmniejszego związku z żadną biężączką, jakby ktoś miał wątpliwości!)

Pewnej pikanterii dodaje tej sprawie fakt, że ów mędrzec (czy może poeta) sam był Persem i perski był jego językiem matczystym. (Określenie "ojczysty" w odniesieniu do języka jest nieco głupie. Oddajmy raczej babom co babskie - nadal oczywiście wysoko wznosząc sztandar męskiego szowinizmu i pogardy dla "równouprawnienia".)

Z której to sprawy by wynikało, że może istnieć coś takiego, jak zdolność do "obiektywnej", w sensie ponad własnym językowym zakorzenieniem, oceny urody różnych języków. Niby każdemu jego własny język jawi się najpiękniejszym, ale jednak taki Brell, choć Flamand, flamandzkiego na tyle nie lubił, że śpiewał po francusku. Słyszałem też komików z, wyglądającym na autentyczne, obrzydzeniem opowiadających o szpetocie własnego języka. Jeden był Holendrem, drugi Finem.

Sam miałem drobną przygodę nieco podobnego rodzaju, na szczęście akurat pozytywną. Otóż kiedyś rozmawiałem sobie, jak zwykle, luźno z rodziną na wytwornym handlowym deptaku w rodzinnej Uppsali, i jakaś elegancka pani spytała mnie: "co to za ładny język, którym mówicie?". Oczywiście spytała po szwedzku. Z dumą odparłem, że polski, i zdawało mi się, że na jej twarzy dostrzegłem coś na kształt zaskoczenia, czy może rozczarowania.

W końcu to by nie było aż tak dziwne - kobieta z pewnością słyszała polski wcześniej i niczym jej nie zachwycił. Słyszała go, jak należy się domyślać, wykonaniu licznej polskiej tam emigracji - co najmniej od michników tego świata (zanim się kulawo nauczyli języka tubylców), po nieco późniejsze styropiany, agentów i małych cwaniaczków.

Potem się zastanawiałem, czy nie mogłem uprzedzić i rozbroić rozczarowania tej kobiety, mówiąc jej, że to "överklasspolska". (Co się oczywiście, dla niepojętnych, tłumaczy jako: "polski wyższych sfer".) Ale to mogłoby już być nieco przedobrzeniem, a w dodatku pod koniec lat '80 "wyższe sfery" mogły się opacznie kojarzyć.

W każdym razie, jeśli Św. Piotr czuje się Polakiem, to ja poczytuję sobie tę sprawę jako drobny plusik w moim życiowym bilansie i w walce o miejsce wśród grających na harfie bosych aniołków w nocnych koszulach.

To był oczywiście wtręt z cyklu "nawet taki naturszczyk jak pan Triarius byłby lepszy od Ziemkiewicza, gdyby tylko tyle o sobie nie pisał" (cytat z pamięci). Dodam w każdym razie, iż fakt, że w moich ustach narzecze przodków tak cudnie tej kobiecie zabrzmiało... (M.in. w moich, oczywiście, bo tam jeszcze była żona i dzieci, ale ja bywam mowny, a oni nie przeklinają, więc co by mogło aż tak zachwycić? A swoją drogą, po latach widzę, że tutaj zgubiłem wątek.)

Wracając do poważnych naukowych rozważań. Na razie sobie przyjęliśmy, roboczo, że być może istnieje możliwość w miarę obiektywnej oceny urody języków, mimo tego, że z natury mamy ograniczone możliwości w tej kwestii, no i że przyzwyczajenie, matczyne "niu, niu, niu", matczyne kołysanki, matczyny cycuś, matczyne bajeczki (np. o żelaznym wilczku), pedofil opowiadający nam bajki w rodzimej TV... I cała ta szemrana reszta nam ten obiektywizm stara się zaburzyć.

Spengler na przykład (wiem, wiem, mam obsesję!) sporo ciekawych rzeczy mówi o sprawach językowych... (Jak i ja zresztą, choćby w dawnym tekście pt. "W oparach języka". I nawet linki Wam ludzie dam: http://bez-owijania.blogspot.com/2007/07/w-oparach-jzyka-odcinek-1.html, http://bez-owijania.blogspot.com/2007/07/w-oparach-jzyka-odcinek-2.html, http://bez-owijania.blogspot.com/2007/07/w-oparach-jzyka-odcinek-3.html. A tu, z pokrewnego cyklu, macie jak cwanie przewidziałem obecne płciowe parytety w III RP: http://bez-owijania.blogspot.com/2007/05/w-oparach-jzyka-i-inne-pereki.html.)

Spengler więc sporo robi z językiem i wyciąga z niego fajne (choć zgoda że intuicyjne, hermeneutyczne i z "naukowego" punktu widzenia cholernie ryzykowne) wnioski. Na przykład fakt, że nagle z rzymskiego, łacińskiego "fui", czyli "byłem", całkiem po prostu, coraz bardziej robiło się dosłownie "miałem byte". (Tyle że Spengler podkreśla, iż stało się to dziwnie szybko. Uwaga dodana po wielu latach.) Albo podobnie. Także w językach "romańskich" - bezpośrednich poniekąd dziedzicach łaciny. Plus cała masa podobnych form w całej masie języków, z angielskim (który wszyscy przecież znamy, bo to dziś jak spuszczanie wody, wiązanie butów, albo włączanie kąpa!) włącznie.

Także jednak o samym brzmieniu różnych konkretnych słów w różnych konkretnych językach Spengler sporo rzeczy dziwnych i ciekawych. Na przykład stwierdza, że po niemiecku "niebo" brzmi jak wezwanie... Nie chce mi się teraz szukać, a nie znam narzecza, ale to chyba "Himmel" (z dużej litery!). Tak w każdym razie jest po szwedzku i chyba to akurat to samo... No więc tu wezwanie, za to po rosyjsku, pisze Spengler, mamy "niebo", co brzmi całkiem inaczej. Z czym się zgodzę.

Wezwania niet', za to jakaś taka rozmemłana słodycz. Spenglerowi się to zdaje się kojarzy także z amorficznym bezkresem. I tak się zabawnie składa (całkiem jak z tym Persem na początku poniekąd!), że "niebo" mamy także i w naszym własnym, jakże ukochanym (i nie bez powodu!) narzeczu.

I też, ja, choć za obiektywnego się oczywiście uważać nie mogę, słyszę tutaj takie słodkawe rozmemłanie, albo może rozmemłaną słodycz. W każdym razie żadnego tam wezwania. Zresztą bezkresu, amorficznego czy otherwise, też nie słyszę. Przelatując pobieżnie różne języki... Mamy francuskie "ciel" (wym. "sjel") , słodkie, gładziuchne, ale krótkie i jędrne...

Mamy angielskie "heaven", szorstkie, może wezwanie, ale jakby głównie do pracy i znoszenia niewygód... Mamy hiszpańskie "cielo" (wym. "sjelo", choć to wymowa raczej latynoska, bo inaczej to plujemy i syczymy), gdzie ja słyszę mniej więcej to, co we francuskim... Po włosku chyba jest "celo" (wym. "czelo"), jakby to samo, ale więcej "wezwania"... Starczy!

A nie - jeszcze przecież łacina! (Głupio mi się wydawało, że nie potrzebna, bo przecież Rzymianie niebo mieli raczej w nosie, ale przecież to także język katolicyzmu. Tom dopisał.) No więc - "celum, celi" (wymowa jak kto sobie chce).

Nie ma tu chyba żadnej tragedii, z tym rozmemłaniem znaczy... Zresztą co ja tam wiem. Niech się raczej jacyś ministranci nad tym zastanawiają (a dla nich to akurat jest chyba super sprawa), ale są inne słowa, które mnie naprawdę bardziej niepokoją. W tym sensie mnie niepokoją, że tak się luźno zastanawiam, czy spora część naszego narodowego rozmemłania, tej, za przeproszeniem, niezdolności do konkretnej walki, tej dziwnej skłonność do lizania własnych ran, nurzania się w martyrologii, ta chorobliwa niechęć do brodzenia we krwi wrogów (jak to zgrabnie ujmuje "Polonez Kościuszki")...

Jednym słowem wszystko to, co w nas niemęskie i skutkiem czego mamy tak, jak mamy, to może być także, częściowo, skutek języka. Oczywiście - nie mieliśmy silnej władzy królewskiej, więc I RP nie była do końca państwem, które mogło sobie radzić z innymi... Oczywiście, z 10% szlachty, I RP była "republiką szlachecką", więc nikt inny się nie liczył, a gorzelnie, karczmy i manufaktury mogli sobie prowadzić obcy... (Handel dalekomorski też zresztą, choć raczej nie ci sami.) Oczywiście metodycznie mordowano nam potem, przez setki lat, elity.

I zmuszano je do emigracji, co się zresztą odbywa na większą skalę w tej chwili, niż chyba kiedykolwiek. No i ogłupiano, indoktrynowano, spedalano i dawano do oglądania takich "naszych reprezentantów", jak choćby obecna komóra. Jednak czy język też nie ponosi części winy? Oczywiście ten język też został stworzony przez Polaków, więc tu mamy ewidentne sprzężenie zwrotne i oddziaływanie w obie strony. Jednak kiedyś nam ci przodkowie jakieś takie amorficzno-rozmemłane niektóre te słowa, powiedzmy (bo to tylko luźniutka hipoteza!), stworzyli, no i my teraz je mamy... I one nas urabiają.

Jako temat do samodzielnych przemyśleń proponuję słowo "walka". Po angielsku mamy "fight" (no dobra, niedouki out there, wym. "fajt"). Po niemiecku (to pamiętam!) "Kampf". Po szwedzku "kamp". Po hiszpańsku "lucha" (wym. "luczja"). Portugalski "luta". Włoski jakoś podobnie. Po łacinie "pugna, pugnae". W różnych słowiańskich językach, z rosyjskim włącznie, mamy "borba". No i teraz - gdzie tu jest Valhalla?

Gdzie tęsknota za nią? Gdzie szczęk mieczy, jęki rannych, ryki odrąbanych, radosny kwik zwycięzców, piski podnieconych kobiet? Gdzie zaś (ewentualnie, bo nie przesądzam, że gdzieś tu koniecznie być musi!) - tak dobrze nam już znane - amorficzne rozmemłanie?

Na zakończenie naszych dzisiejszych rekolekcji chciałbym jeszcze wziąć na warsztat takie dość istotne i treścią nabrzmiałe, jakby nie było, słowo jak "śmierć". Szczególnie ważne w kontekście walki, np. o niepodległość, o czym sobie wspominaliśmy, ale ważne też w każdym praktycznie innym kontekście, bowiem stosunek do śmierci (że zaimprowizuję sentencję) przesądza o stosunku do życia.

No a religia to na przykład, jak ja ją rozumiem (i np. Spengler), w dużej mierze właśnie sprawa stosunku do życia, śmierci, i ich ew. sensu. (Dlatego też lewizna ze swoimi namiastkami religii może wleźć z mozołem na drzewo. Niestety ma też inne środki i potężnych sojuszników, np. we wrodzonym spedaleniu wielkomiejskich lemingów.)

Po naszemu "śmierć" to będzie...? No właśnie! Brawo za koncentrację i czujność! "Śmierć" to będzie i nic innego. Po łacinie (i nie bez powodu od niej zaczynamy, choć to tylko subtelnostka) "mors, mortis". (To drugie, jakby ktoś nie wiedział, to genetivus, czyli ten przypadek od "kogo czego". Tak się to podaje, bo bez tego nijak.) Po francusku "(la) mort" (dzisiejsza wymowa: la mor, ale to od stosunkowo od niedawna bez końcowego "t"). Po angielsku "death" (wym. "de..." z takim syczeniem i pluciem na koniec).

Po szwedzku (bo to znamy) "död". A, jak często to występuje, z rodzajnikiem określonym (na skandynawski sposób, czyli na końcu) - "döden". ("Ö" to jest takie coś, jakby ktoś nie wiedział, pomiędzy "o" i "y". Przećwiczyć parę razy!) Po hiszpańsku "(la) muerte". Po włosku podobnie, ale bez typowego dla hiszpańskiego zmiękczenia samogłoski na "ue", więc (o ile się strasznie nie mylę) "(la) morte". Po rosyjsku chyba "smiert''" (ze zmiękczonym "t" na końcu". I w innych bratnich (jakby nie było) słowiańskich językach podobnie. To nam powinno starczyć.

I teraz... Ale uwaga: JA O NICZYM NIE PRZESĄDZAM i nie chcę nikomu żadnych wrażeń narzucać! Tylko po prostu mnie pewne rzeczy brzmią w jakiś sposób i nie da się od tego uciec. Ile jest w tym obiektywności? Jest jakaś w ogóle? Naprawdę nie wiem, ale to nie jest tekst ściśle "naukowy", więc sobie pospekulujmy i się powczuwajmy, tak? Wnioski, niewykluczone, że jednak mogą mieć swoją wagę. Jeśli się np. dadzą z czasem weryfikować, albo coś.

W której z tych wersji słowa "śmierć" (wiem, że to niezbyt miłe, ale w końcu c'est la vie, że tak to figlarnie wyrażę) brzmi Wam, kochane ludzie Valhalla? W których wieczne zbawienie (harfy, bose stópki, skrzydełka na plecach, nocne koszule)? W których wieczna ekstaza i wieczny orgazm (na słodko)?

W której walka na topory i nabijane gwoździami maczugi, której skutkiem ta śmierć? W której jęki pokonanych wrogów i chlupot ich krwi, w której sobie zwycięsko brodzimy? W której piski podnieconych kobiet zza wysokich murów (słyszalne jedynie dla nietoperzy, psów i wojowników), niecierpliwie oczekujących rozpasanego żołdactwa i jego gwałtów?

W której wreszcie... Czy ja zresztą wiem co? Nie zapominając jednak, oczywiście, bo takie to czasy, o zgranej ekipie aplikującej nam eutanazję. Czy ja zresztą wiem, czy którakolwiek z tych pięknych rzeczy, którą powyżej nazwałem, w ogóle w którymkolwiek z tych słów śmierć oznaczających występuje? Rzuciłem tylko parę luźnych pomysłów, co by tam mogło niby być. Ale nie musi, naprawdę! Wsłuchajcie się sami i sami oceńcie.

A teraz - mimo wypieków podniecenia na Waszych słodkich twarzyczkach i żądzy poznania dalszego ciągu z pointą na czele - odłóżcie na chwilę mojego blogaska i SIĘ ZASTANÓWCIE. Naprawdę - zróbcie to teraz, bo jak przeczytacie, to się zasugerujecie. I albo będziecie automatycznie sądzić tak samo, albo też - jak słynni fornale Nicka - ustawicie się w opozycji i będziecie sądzić dokładnie odwrotnie, na przekór i wbrew. ("Na złość mamie uszy sobie odmrożę i będę słuchał raczej fornala niż Ardreya!")

Dalej na razie nie czytajcie - dopiero po przeanalizowaniu brzmienia słowa "śmierć" w różnych językach, i tego co owe różnojęzyczne słowa ewokują w Waszych duszyczkach.

* * * * *

Już po dojrzałym się zastanowieniu, tak? Jeśli nie, to galopem przestać czytać i powrót do poprzednich akapitów!

A teraz Wam ludzie powiem, z czym mi się w każdym razie kojarzy słowo śmierć w moim ukochanym języku polskim. Mniejsza już o Valhalle i jęki pokonanych dziewic, czego ja tam nijak nie słyszę. Ale w tego typu analizach ważne jest nie tylko "obiektywne" brzmienie danego słowa, ale także jego pokrewieństwa, gramatyczne, z innymi słowami.

Tego samego języka, w każdym razie przede wszystkim tego samego. No i, kochane ludzie, tak mi się jakoś wydaje, że nasze ukochane rodzime słowo "śmierć" ma prasłowiańskie konotacje tego typu... Może najchętniej to wyrażę króciutką anegdotką, co mi pozwoli o parę sekund później zacząć się w tym osobiście babrać.

Otóż dawno, dawno temu na deskach elbląskiego teatru wystawiono "Operę za trzy grosze" Brechta, no i na scenie, w charakterze rekwizytu czy scenografii (kto to rozróżni?), był m.in. transparent z napisem "Śmierdź frajerom!" Sam Brecht tego z pewnością nie wymyślił, bo to typowo językowy żarcik. Ten pierwotny angielski autor sprzed setek lat, też z pewnością nie, i z tego samego choćby powodu. Jednak w tym dowcipie jest, jak się obawiam, cholerna głębia.

Bo słowo "śmierć" naprawdę chyba jest spokrewnione właśnie ze "smrodem", "śmierdzeniem" i innymi tego typu atrakcjami. Żadnych Valhalli z pewnością tu nie ma - góra smród pokonanych wrogów w stanie daleko posuniętego rozkładu. Tylko kogo, do cholery, może on aż tak cieszyć, by wrogów unicestwiał akurat po to, by ich wąchać?!

Przecież nawet nie gościa pozbawionego zmysłu powonienia, bo dla niego to już całkiem żadna atrakcja, nawet chora. Tym bardziej, że przecież swym trupim aromatem ci wrogowie też od razu pachnieć nie będą - bo na to potrzebują parę dni poleżeć. (No i nie może być zbyt dużego mrozu.) To ma być taka odłożona atrakcja? Żadna atrakcja zatem, jeśli odłożona! Psychologia ma o skuteczności takich odwlekających się radości bardzo negatywne zdanie. (Kar zresztą też. Czyż nie słyszymy bez przerwy: "To nie surowość kary ma znaczenie, tylko jej nieuchronność i natychmiastowość! Ble, ble, ble."?)

A wszystkie inne aromaty, które by mogły ew. wchodzić w grę, są jeszcze o wiele gorsze. Aż mi się nie chce o nich myśleć! Więc jak, że spytam, mieliby Polacy, z takim nastawieniem do śmierci - własnej, wroga, koleżanki z pracy, nieważne - lubić walczyć na śmierdź... O sorry! "Na śmierć" chciałem powiedzieć... I życie? A jak nie lubią, to jak mieliby to robić dobrze? A jak nie lubią i dobrze nie robią... I tak dalej, sami możecie sobie resztę dośpiewać.

A u innych? Nic nie narzucam, ale dla mnie tu pobrzmiewa Valhalla... Tam słodki chlupot pokonanych wrogów... Tutaj piski dziewic i ich matek, całkiem jeszcze niczego sobie... Tutaj znowu emocjonująca walka na miecze, w trakcie której nasza własna śmierć zjawia się niepostrzeżenie, niczym kochająca siostra, żeby dać nam odpocząć... A potem już na wieki w Valhalli, tylko to się w jednym krótkim słowie explicite nie zmieściło.

A u nas co? "Śmierdź frajerom!" I tyle. Żeby chociaż "Śmierdź lemingom!" Choć poniekąd leming okazuje się coraz gorszym frajerem - z każdym dniem, z każdym kolejnym plenum KC UE - więc to też ma swój sens. I wdzięk. A w dodatku to by mogło być także niezłe hasło na transparenty i inne takie napisiki. Czyż można, choćby i w nagrzanym sądzie III RP od napalonej sędziny z ubeckim rodowodem, dostać czapę za wzywanie do śmierdzenia Ukochanej Władzy? Chyba nie - nawet tutaj i nawet od bardzo napalonej sędziny.

A więc, zatoczyliśmy ogromne koło, sporo ponarzekaliśmy na tę naszą mowę ojczystą... Przepraszam - "matczystą"! Ale może ona jednak jakiś (kontr)rewolucyjny potencjał, ta nasza mowa, zawiera. Jeśli się do niej podejdzie od nieco innej strony, oczywiście, bo tak to nienajlepiej to wygląda. A Wy, kochane ludzie, co o tym sądzicie?

triarius

P.S. A teraz idź i przytul lewicowca. (Przyzwoitego lewicowca - nie lewaka albo leminga!)

58 komentarzy:

  1. triarius,

    Ta, niebo to w języku okupanta der Himmel - rodzaj męski. Samo słowo "niebo" dobrze Ci się kojarzy z amorficznym bezkresem, bo to niby od perskiego "nebah", czyli chmura.

    Łacińskie "mors" jako śmierć podejrzanie się wiąże z bogiem Marsem.

    Jak "walka" brzmi mało bojowo, to zawsze można mówić "bój". Chociaż Ty pewnie skojarzyłbyś to z "bać się" ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. @ tj

    Niebo z bezkresem to się przede wszystkim Spenglerowi kojarzy - ja się tylko grzecznie zgadzam, jak zwykle. Z tym perskim niebem, to faktycznie nie wiedziałem, dzięki! Swoją drogą ciekawe, jak do nas trafiło?

    "Walka" nie jest taka znowu najgorsza. Nie jest beznadziejna, choć bardziej bojowa to by chyba być mogła.

    "Bój" mi się za ch... Powiedzmy "cholerę" z "baniem" nie kojarzy! To by była "ludowa etymologia". Jest wyraźnie od bicia, i to jest oczywiście słodkie.

    Choć niewykluczone, że, gdyby go użyć w niewłaściwym kontekście, mogłoby dojść do sytuacji, o jakiej opowiadał filozof Hume, na temat genezy swego nazwiska. Otóż była była sobie znana szkocka, z pogranicza, rodzina o nazwisku Home. (Nazwisko nie jest nieznane i dziś.)

    No i podczas jakiejś bitwy ich okrzyk bojowy... Który akurat był rodowym nazwiskiem i brzmiał "Home!" został odebrany przez sporą część rodu, jako wezwanie by dać se spokój i wracać do domu. Mówiąc wulgarnie spierdalać.

    No i skończyło się to niemiłą porażką. Niewykluczone oczywiście, że to było usprawiedliwienie ex post, ale trza też przyznać, że niegłupie. W każdym razie rodzina zmieniła od tego czasu zawołanie bojowe, wraz z nazwiskiem, na Hume.

    I jak na oświeceniowego filozofa to ten Hume nie był taki najgorszy. (Nie ma zresztą jak Szkoci.) Kant go próbował ulepszyć, no i mamy to, co mamy.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  3. @ tj c.d.

    To by mogło być niby od łacińskiego "nebula", czyli "mgła", ale chyba nie, bo ruscy to też mają... Byłobyż wprost od indoeuropejów? Razem z łaciną?

    Swoją drogą, przyszła mi właśnie do głowy taka przedwstępna hipoteza... Otóż, jak wiadomo, spora część istotnych rzeczy w polskiej kulturze jest raczej pochodzenia szlacheckiego - w końcu "republika szlachecka", no i tej szlachty było całkiem sporo.

    Tylko Hiszpania pod tym wzgl. mogła chyba z nami rywalizować, ale tam była jednak silna monarchia i KK, a typowy hidalgo to był dziad, czasem trochę, Don Quixote de la Mancha, i w końcu pojechał podbijać Nowy Świat.

    A u nas nie, u nas panowie ślachta radośnie tracili prowincje, bo tam nie było (już?) ślachty, do której by się braterstwa poczuwali. Vide Śląsk.

    Ale uciekłem w dygresje... Chodzi mnie o to (aby język giętki, to też), że jednak język może nie jest, w swym najgłębszym jądrze, wcale u nas ślachecki. A kmieć, smerda, czy inny taki z nosem przy ziemi, to o żadnych Valhallach czy brodzeniu w krwi wroga nie marzył. (Co innego świńska, na kaszankę czy coś!)

    No a o niebie miał pojęcie prymitywne, ten nasz chłopek, bo to nie był Nicek, ani nawet jego przemądre fornale przecież.

    No i tak by się mogło może częściowo to z tym naszym językiem tłumaczyć. Co ja tam zresztą wiem.

    Niewykluczone jednak, że gdzieś by się dało znaleźć super "wychowawcze" polskie słowa - takie bijące w miłośności francuskie, albo w muzykalności włoskie... Tylko KTO mi pomoże je ew. znaleźć i ocenić?

    Pzdrawm

    OdpowiedzUsuń
  4. triarius,

    "To by mogło być niby od łacińskiego "nebula", czyli "mgła", ale chyba nie, bo ruscy to też mają... Byłobyż wprost od indoeuropejów? Razem z łaciną?"

    Jam w "Mitologii Słowian" Gieysztora wyczytał, że słowiańska terminologia religijna ("bóg", "raj", "niebo" etc.) jest zapożyczona z języków irańskich. Głębiej pan profesor nie szukał.

    "Język może nie jest, w swym najgłębszym jądrze, wcale u nas ślachecki. A kmieć, smerda, czy inny taki z nosem przy ziemi, to o żadnych Valhallach czy brodzeniu w krwi wroga nie marzył."

    Coś w tym jest, począwszy od makaronizmów w pamiętnikach Paska, a na samej etymologii słowa "szlachta" (od starowysokoniemieckiego slahta="zabójstwo") skończywszy.

    Łajka podaje, że szkopy na bitwę zaczęły mówić "Schlacht" dopiero w XVI wieku.

    Ciekawi mnie, cóż za degeneracja dopadła naszych, i kiedy dopadła, że z młodzi, wyszkoleni "woje" z większych ośrodków zaczęli się mianować "szlachcicami".

    OdpowiedzUsuń
  5. @ tj

    Tak, właśnie chciałem rzec, że u nas ślachta uciekała od rodzimej mowy w łaciny, francuszczyzny, niemiecki (w końcu jak się książęta śląscy zgermanizowali?), no i makaronizmy właśnie.

    Po szwedzku "slakt" to jest dosłownie "rzeź". Źwierząt w rzeźni, albo na polu bitwy. Nie sądzę, żeby u nas to bezpośrednio od wikingów, choć wcale nie wykluczone, bo z początkami państwa polskiego sytuacja jest, z politycznych chyba głównie wzgl., paskudnie zagmatwana i celowo chyba wciąż zaciemniana...

    Ale po niemiecku zdaje się jest Schlecht, no i z tego niewątpliwie nasza "szlachta". Nie wiem wprawdzie, czy to wprost o rzeźnię chodzi, czy to jednak jest po prostu coś związanego z krwią - choć po szwedzku np. krew to "blod", więc całkiem inaczej, bo niemiecku zresztą też (i nawet wiem jak, ale nie będę się popisywał znajomością narzecza, którego nie znam).

    Mógłbym to w wolniejszej chwili zbadać, bo język moich przodków - tych szwedzkich, co ich sporo mam - całkiem mnie bawi, choć o samych Szwedach mam zdanie takie sobie.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajny tekścior.
    Daruję ci te durnoty, które ty o tych moich fornalach wypisujesz.
    ;)
    Inna sprawa.
    Z językiem.
    To kwestia filozofii życia danej ethny. Zachód Europy, to podcywilizowane Rzymem plemiona germańskie (tu duży cudzysłów i skrót). Tak na dobrą sprawę, pod tą chrześcijańską politurą dalej czczą Wotana. I resztę tych obrzydliwych bożków.
    Dlatego warczą do siebie i szczekają ;)
    Słowianie, a w szczególności my (bo nasza wersja języka najładniejsza), wyrastamy z zupełnie innej filozofii. Słowianie byli mocno chrześcijańscy (tak po indiańsku trochę), na dużo dłużej, niż się to chrześcijaństwo w ogóle zaczęło. Jesteśmy naturalnie żyznym gruntem dla tej idei.
    Tedy nasz język w tych kwestiach nie jest zestawem chrząknięć i pierdnięć, ale niesie ze sobą całę bogactwo filozoficzne.
    Śmierć, drogi Tygrysie, jest jak szept. Jak świst strzały. Jest niespodziewana, jest szybka. I niesie ukojenie.
    Zapewne widziałeś film pt. "Szeregowiec Rayan"? Tam jest taka scena, że Niemiec zabija Amerykanina w walce na noże. I jak go już ten Niemiec prawie ma, tego Jankesa, jak tamten walczy jeszcze, to ten Niemiec tak mówi "ćśśś, ćśśś". Tak uspokaja przeciwnika, żeby już przestał walczyć, żeby odszedł w pokoju. To jest brzmienie śmierci, którą my zadajemy. Nie drzemy się w przerażeniu mort, death, tod! Ani nie upajamy się tym jak zwierzęta. Zadajemy śmierć, bo jest to konieczne.
    Śmierć jest też w naszym języku świetnym zawołaniem bojowym. Spróbuj wykonasz szarżę wrzeszcząc tod, tod, tod!
    :)
    Wiocha, nie?
    A teraz sobie wyobrać taki konny oddział polski drący się śmieeeeeerć!!! Blady strach pada na oblicza naszych wrogów.
    A teraz się zastanów, skąd lud o takim języku zbudował tu, na tej ziemi, najpotężniejsze państwo trzech stuleci? Jakim cudem najbitniejszego, odważnego do szaleństwa wojownika i żołnierza?
    Potwierdza się to, co ci kiedyś mówiłem, ty masz w gruncie rzeczy teutońską duszę. Po prostu każdy, kto ma polską duszę powie ci, że trzeba być fest pojebem, żeby podniecać się jakąś Valhalą. Poważnie. Polacy nie mają tak prymitywnej duszy. Nawet te nasze posrane lemingi nie są tak durne.
    Polacy do walki potrzebują pięknego celu. Tu nikt za żadnym Hitlerkiem palić Żydów by nie poszedł (bo nie poszedł, jak gdzie indziej). U nas, gdyby Hitler opowiadać zaczął swoje bajędy, na przedwojennej Pradze, to by go kiziory rozniosły na nożach i utopili ścierwo w Wiśle. I tyle by było Valhali z fikuśnym wąsem.
    Mam nadzieję, że zaczynasz dostrzegać naszą wyższość cywilizacyjną? Czy jeszcze nie?

    OdpowiedzUsuń
  7. a propos szlachty:
    http://www.historycy.org/index.php?showtopic=18655
    Weźcie sobie przeczytajcie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  8. A co z Węgrami? Wg badań genetycznych nad Dunaj przybyli sami wojownicy, których ugrofińskie geny niemal od razu rozpuściły się w morzu słowiańskich genów. A jednak mowa madziarska przetrwała, ba!wydała nawet z siebie porządna literaturę. Wychodzi, że u naszych "bratanków" język był rzeczywioście ojczysty, a nie matczysty.

    OdpowiedzUsuń
  9. Słusznie, że o Bratankach naszych prawicie, Tow. Mąko, bo często się o nich zapomina w językowych analizach, a przecież fakt, że język węgierski przetrwał, to fenomen na światową skalę.

    Do dyskusji: niebo po węgiersku to "mennyország" (nny=ńń, á= jak krzyk po wyrwaniu zęba, długi, akcent inicjalny, jak zawsze w węgierskim), a śmierć, jak sprawdziłem, "halál" (pierwsze a zaokrąglone, i IPA "ɒ"). Jakie obrazy te dwa słowa wywołują?

    OdpowiedzUsuń
  10. @ tj

    Ostatnio pojawiła się opinia, że Słowianie są mieszanką (biologiczną i kulturową zarazem) szczepów irańskich (perskich) i germańskich, a język prasłowiański miałby być językiem kreolskim (takim utrwalonym i rozbudowanym pidżynem) powstałym przez mechaniczne zmieszanie się elementów irańskich z germańskimi.

    @ Triarius

    Davies stwierdził, że tamgi (plemienne znaki Sarmatów) rzeczywiście podobne są do szlacheckich herbów, więc może hipoteza o sarmackim rodowodzie naszej szlachty była sensowniejsza niż klechdy o pochodzeniu Francuzów od Trojan?
    Skoro państwo polskie stworzyli konni koczownicy (Sarmaci), którzy ujarzmili słowiańskich oraczy i bałtyjskich łowców-zbieraczy, zmieniając ich w chłopstwo, to i sympatia naszej szlachty do Madziarów ujarzmiających Słowaków, Serbów, Rumunów et consortes była zrozumiała und naturalna.

    OdpowiedzUsuń
  11. @ Artur M. Nicpoń

    Dzięki za dobre słowo!

    Z fornalami to sam jesteś winien, bo wmawianie mi, że oni wiedzą WSZYSTKO co taki Ardrey mógł napisać - a w każdym razie wszystko istotne - to, przyznasz jak się zastanowisz, zdrowa przesada. Jasne, że twoi P.T. Fornale nie popadają w te same błędy, co wielkomiejskie lemingi, ale wszystkiego o słoniach, lwach, Homo Habilis i afrykańskich plemionach wiedzieć raczej nie mogą.

    A tam są całkiem interesujące rzeczy i np. wygląda, że to słonie powinny od nas dostać prawa ludzkie jako pierwsze, bo one już niemal dochodzą do poczucia religijnego. (I fornale tego jeszcze nie wiedzieli, prawda?)

    Przy okazji, skoro już jesteśmy przy tej sprawie, zwrócę twoją łaskawą uwagę na fakt, że pomiędzy wielkomiejskim lemingiem i twoim fornalem jest jeszcze cała masa ludzi, np. wielkomiejska prawica, choćby potencjalnie. W sensie sensowni w sumie ludzie, o zdrowych odruchach, którzy jednak szczęścia być twoimi fornalami nie mają.

    Co do cudowności słowiańskiej duszy, to pozwól, że się tylko dobrotliwie (po słowiańsku) uśmiechnę. Jeśli jest tak dobrze, to czemu jest tak koszmarnie? Z nami znaczy? Jeśli Adolfa by zarżnęli, to czemu dają sobie np. mordować (b. popularnego przecież w części tego ludu) Prezydenta i ABSOLUTNIE NIC NIE ROBIĄ z winnymi? Tylko dają go opluwać, szykanować jego rodzinę, a samemu sobie pluć raz za razem w gęby?

    Plus miliony innych podobnego typu rzeczy, o których z pewnością musisz wiedzieć.

    Za "teutońską duszę" (moją znaczy) serdecznie ci dziękuję! Doceniam zamierzony komplement, że niewiele ze mnie z typowego Słowianina (z dużej to się pisze?).

    Jednak moja mentalność jest raczej celtycko-skandynawska, plus jacyś tam Tatarzy i/lub Ormianie. Słowianie oczywiście też się obficie liczą w moich genach i tzw. krwi, ale może mi się - szczęśliwie - na mentalność nie rzucili. (To było z cyklu: "Nawet taki naturszczyk jak pan Triarius...")

    Pzdrwm i polecam się na przyszłość

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  12. @ tj

    Ten związek "szlachty" z "krwią" jednak niemal na pewno nie jest od "rzezi", ale od "rodu".

    Po szwedzku, jak mówiłem, "slakt" to jest "rzeź", ale "släkt" (z pewnością b. blisko spokrewnione) to "ród". A więc jednak chodzi o ród jako skutek więzów krwi i szlachta to chyba było coś w rodzaju "rodu lepszych ludzi" rządzących miejscowym gminem.

    Mimo że to cholernie niepolityczne, w sensie że nam to może zaszkodzić w obliczu Niemiec itd., podejrzewam, że jest sporo prawdy w tych teoriach, że państwo polskie powstało w wyniku swego rodzaju podboju miejscowej słowiańskiej słodyczy przez 10 tys. obcych wojowników. Albo jakoś tak.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  13. Sorry , coś mi się klikło nie tak. Jeszcze raz - Nicek, fajnie piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  14. @ Towarzysz Mąka

    No dobra, a skąd się w takim razie wzięli sami Germanie?

    (Niby temat uboczny, ale dla mnie, z moją teutońską duszą, interesujący.)

    To nie indoeuropeje?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  15. Nicek, co ty tak zaklinasz rzeczywistosc? Wcale nie jest wymowa polskiego najpiekniejsza. Mogla byc i ty ja u swoich dziadkow mogles slyszec, ale bedac wychowanym na Z.Odz na bank szwargoczesz twarda, odarta z melodii wersja standardowa. Swoja droga skad ona sie wziela? Ktory region posluzyl wlasna regionalna wymowa by ta standardowa sie pojawila?

    OdpowiedzUsuń
  16. @ Triarius

    "Ten związek "szlachty" z "krwią" jednak niemal na pewno nie jest od "rzezi", ale od "rodu". Po szwedzku, jak mówiłem, "slakt" to jest "rzeź", ale "släkt" (z pewnością b. blisko spokrewnione) to "ród". A więc jednak chodzi o ród jako skutek więzów krwi i szlachta to chyba było coś w rodzaju "rodu lepszych ludzi" rządzących miejscowym gminem."

    Zabawne, ale tu dokładnie zgadzasz się z Konecznym. On wręcz używał słowa "rodowcy" jako synonimu terminu "szlachta". Tyle, że on paradoksalnie uważał rodowców za autochtonów ziem między Odrą a Dnieprem, co to sobie nalapali obcoplemiennych rabow i orali nimi.

    OdpowiedzUsuń
  17. @ Triarius

    "No dobra, a skąd się w takim razie wzięli sami Germanie?(Niby temat uboczny, ale dla mnie, z moją teutońską duszą, interesujący.)To nie indoeuropeje?"

    Germanie, tak samo jak Hetyci, Tocharowie, wyższe kasty Hindusów, Persowie, Rzymianie, Grecy, Celtowie et consortes wyewoluowali z Praindoeuropejczyków. Potem dwie grupki wygnańców jedna germańska, druga perska spotkały się gdzieś na bagnach Prypeci albo w stepach wschodniej Małopolski i rozrosły w wielki naród Prasłowian, który rozpadał się na kolejne szczepy.

    OdpowiedzUsuń
  18. "Jeśli Adolfa by zarżnęli, to czemu dają sobie np. mordować (b. popularnego przecież w części tego ludu) Prezydenta i ABSOLUTNIE NIC NIE ROBIĄ z winnymi? Tylko dają go opluwać, szykanować jego rodzinę, a samemu sobie pluć raz za razem w gęby?"

    Bo to by oznaczało wojnę domową i obca interwencję. Przecież prezydent był znienawidzony przez większość tej etny i jej gości, od wielkomiejskich lemingów poczynając przez korwinoidy na subtelnych zwolennikach Tridentiny w każdej wsi i palenia czarownic nawołujących do aborcji kończąc.

    OdpowiedzUsuń
  19. Shork dowodzi, że niedługo będzie można o tym mówić otwartym tekstem nawet w najgłówniejszym mejnstrimie, a i tak nikt z wielkich graczy na tym nie straci: "Skoro na wiodących portalach ukazują się relacje (nie opinie z relacji) Macierewicza i innych posmoleńskich oszołomów.
    Oczywiście dojrzałość mierzona jest obojętnością.Temat zastępczy pilnie poszukiwany. A priorytety się żrą w chaosie. Teraz ważniejsze o czym tu nie napisać. Nie napisać o rosnącym długu, naszej wdowio groszowej pożyczce, śmierci przed emeryturą. Nie otrzymania 300 mld. Podwyżkach podatków w tym akcyzy na paliwo i VAT na ubranka dziecięce. O przyłączeniu partii Mazowieckiego i Nałęcza do Palikota. Nie pisać o ataku na złotówkę, o biedzie. O Świętach też nie pisać, bo to przecież xmass i dzień karpia.
    A jeżeli już napisać, to generalizując patologię.Dzisiaj na wirtulanej przedruk z Uważam Rze. Słowo w słowo. Pod spodem komentarze sumujące argumenty za zamachem i nieśmiałe wręcz oszołomskie próby dezawuacji osób zajmujących się sprawą. Bo tak! Ludzie przywykli, rany zarosły?
    No bo choćby nawet był zamach to co możemy zrobić? Wojnę wypowiedzieć? Uszy po sobie i żreć pierogi. Byle do euro 2012, wtedy pokażemy razem swoją solidarność wobec klęski. A może rzeczywiście tworzy się podstawy pod rewolucję w Rosji? Że niby stajemy na języczku wagi i popieramy zwycięzców, ale ciiii bo ruskie czołgi "znowu" stoją pod granicą, a my nie mamy ani jednego odważnego generała, który mógłby zaprowadzić porządek."

    OdpowiedzUsuń
  20. Czy w tych swoich rozważaniach nie sądzi koleżeństwo, iż język to w dzisiejszym świecie, bardziej jest domeną „ius soli” niż „ius sanguinis”? A skoro do niedawna kształtowały nas struktury patriarchalne ,to coś-niecoś ww zagadnieniu mówi nam stosunkowo nowa gałąź wiedzy – genealogia Y-DNA. Co prawda, póki co, próbki zbadanego materiału genetycznego nie są jeszcze imponujące, ale wyniki już zachwiały podstawą wielu mitów.

    Co ciekawe, wynika z nich że Polacy stanowią genetycznie o wiele bardziej jednorodną grupę, niż tego po tych historycznych zawieruchach, które się „po nich” przewalały, można było się spodziewać. Paradoksalnie w o wiele mniejszym stopniu jesteśmy „miszlingami” niż zajebiści aryjczycy zza Odry, że już o współczesnych Grekach, przez grzeczność, nie wspomnę. Na dodatek siedzimy w tej wschodniej Europie o wiele dłużej niż się dotychczas komukolwiek wydawało, a słynni Germanie od tysiącleci, w globalu, to buca tu zawojowali.

    Najśmieszniejsze , że haplogrupa R1a1, powszechnie ponoć występująca w Polsce, w pow. 60% występuje również u Serbów łużyckich i Madziarów, jak i w Rosji centralnej i zachodniej Ukrainie. No i u... Kirgizów, Tadżyków, Pusztunów , Sindhów w Pakistanie i u 72% przedstawicieli kasty bramińskiej w Indiach.

    Zaś potomkowie pierwotnej przedindoeuropejskiej haplogrupy I1 i I2 to; I1: 42% Szwedzi, 36% Norwegowie oraz późniejsza I2: 40% Sardynia i 42% Chorwacja.

    OdpowiedzUsuń
  21. Cześć Tygrys, cieszę się że rozwinąłeś piękny temat ludzkiej mowy i to od strony technicznej. A pióro lepsze od miecza- mówią.

    Ktoś porównywał w ten sposób: francuski jest językiem przyjaźni i miłości, niemiecki - wojska, hiszpański - modlitwy, angielski - dyplomacji, a rosyjskim można się modlić, kochać, przyjaźnić, prowadzić dyplomację i wydawać rozkazy. To była nauka języka rosyjskiego w radiowym BBC ;)

    Brzmi to troszkę stereotypowo, ale niewątpliwe w języku wyryte jest nasze kulturowe DNA. I akcencie. Język jest ciałem, akcent - dusza.

    Język angielski może wydawać się chłodnym i dyplomatycznym, ale już takim nie wydaje się w rozmowie z np. Jordim. Z tego tez powodu do Newcastle przerzucają korpo swoje oficyny customer service ...ze Szkocji, której akcent podobno wychodzi z mody. Podobno.
    Przeprowadzono bowiem innego razu ankietę dotycząca najbardziej pożądanego akcentu pilota samolotów rejsowych, akcentu, który działałby na pasarzerow niczym matczyny śpiew na niemowlę i najbardziej pożądanym okazał się akcent edynburski.

    Ja jestem zdania, ze każdy język ma swoje słabe i mocne strony (nic nowego), oraz tego, że jest z nim trochę tak jak z fizjonomia twarzy, tzn. nie ma za dużych nosów, sa tylko niewłaściwie dobrane proporcje.

    Nie zmienia to oczywiście nic w przedmiocie, raczej uzmysławia, jak ważne jest umiejętne posługiwanie się ta bronią.

    Gdybyście tak posłuchali mojego wujaszka opowiadającego o swoim chłopskim żywocie za okupacji...

    Ostatnio spodobało mnie się to jego "liznął" w sensie "uderzył".

    OdpowiedzUsuń
  22. @ Artur M. Nicpoń

    Nicek, ty uważaj, bo Wielomski z worem czyha na takich raczkujących słowianofilów, a jak któregoś złapie, to pakuje do woreczka (ale innego), obwiązuje sznureczkiem i wysyła Putinowi.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  23. @ Amalryk

    A która polowała na mamuty, że spytam?

    Z tym solisem, to masz to z genetyki? Bo jak coś, to Spengler mówi całkiem to samo.

    A jak jest z Irlandią i północną "kontynentalną" Szkocją? (Choć my, MacLeody, to wyspy i Norwedzy. Czyli 36% I1, jak głosisz. A klan założył w 9. chyba wieku syn norweskiego króla.)

    W sumie jak - na podst. tych grup uważasz, że tutaj nie było 10 tys. zdobywców podporządkowujących sobie przodków P*kota?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  24. @ julek

    Cześć Julek!

    Dzięki za dobre słowo. Z tymi proporcjami to święta racja i ja b. lubię polski język (we właściwym, ma się rozumieć, wykonaniu), ale przyznaj, że jeśli "śmierć" naprawdę byłaby blisko spokrewniona ze "śmierdzeniem", to my tu mamy... Może nie w genach, tylko, jak głosi Amarlyk, w glebie, zarodki, albo może zarazki P*kotyzmu. (Kurwa, tak lubię koty!)

    A to nie jest już byle jaka sprawa i nawet na dłuższą metę mogłaby pokrzyżować Nickowi jego plany, by wynieść Słowianina na ołtarze. Choć do niego to i tak nijak nie dojdzie.

    Co do takich słów jak "liznąć", to ja też b. je lubię. I mam ich całą masę w swym repertuarze, niektóre to nawet własnoręcznie wymyślone. Z prostszych i oczywistszych na przywalenie używam "przydzwonił".

    A jeden mój wuj z jakichś nieznanych mi powodów mawiał o tym czy innym bokserze, że "ma wióra". Naprawdę nie wiem skąd to skojarzenie, ale zdarza mi się samemu tego używać, choć kiedyś częściej (bo pewnie częściej gadałem o boksie).

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  25. @ Tygrys

    No co Ty! Przecież Katzenbrunner to czysty aryjczyk jest! Wystarczy spojrzeć! A Ty tu z takimi insynuacjami!

    Z tymi genami, to poza R1a1 mamy też pono ok 17% R1b (celtycko romańskiej), 15% tych Twoich Wikingów I1 i I2, 4% E (jacyś potomkowie Berberów i fellachów znad Nilu czyli górale i Łemkowszczyzna) i 1% J (nastajaszczyj Jewrej).

    A te 10 tys, to z której parafii? Ruskie na przykład nie kwestionują,że ten ich Ruryk i Olga to od Wikingów.

    OdpowiedzUsuń
  26. Tygrysie
    1. Fornale- oczywiście, że nie wiedzą o słoniach, ani szympansach itp. bo takie zwierzęta nie występują pod naszą szerokością geograficzną. Za to występują inne i ci moi fornale o tych, które tu są u nas, wiedzą wszystko, bo żyją wewnątrz tej przyrody i obserwują ją od urodzenia. A mechanizmy są takie same. Te które nas interesują, ofkoz. Tedy taki fornal naprawdę nie potrzebuje do niczego Ardreya, bo dany fornal te wszystkie mądrości ma w sobie i lepiej się w nich porusza niż wielkomiejski ludź, który się tylko tego Ardreya naczytał, ale sam nigdy wnyków na wydrę nie zakładał, ogiera nie kastrował, knura do lochy nie dopuszczał i stada szczeniąt nie wykarmił własnymi rękoma. Tak z grubsza.
    2. Słowiańska dusza- to akurat proste, dlaczego dają. Dają, bo tkanka jeszcze nie odbudowana. Każdy kraj przeżywał wzloty i upadki. Weź taką Rosję, czy Niemcy. Ile setek lat Germanie byli rozbici na księstewka. Jak to u nich wyglądało i ile tam przelano krwi bez sensu. Normalna sprawa- fortuna kołem się toczy. Ty się lepiej zastanów, jakim cudem, tu u nas, w ogóle coś powstało, kiedy nie powinno, bo geopolityczny napór jest taki, że nie powinno.
    3. Dusza to nie geny. Świadczy o tym cała paleta czysto niemieckich z pochodzenia wybitnych Polaków, czyli ludzi, którzy wbrew genetyce mieli polską duszę. Tę duszę, tak naprawdę, da się opisać chyba wyłacznie poprzez estetykę. A to jest ewenement.

    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
  27. 7aco,
    jasne, że ja mówię twardziej, niż moja babcia np., która spod Tarnopola jest jedna, a druga spod Lwowa. To oczywiste, tyle że tamtego języka już nie ma, a z tego co jest najładniejszy jest ten nasz, obecny, spośród wszystkich słowiańskich. Dla mnie, co oczywiste, ale co mnie obchodzi zdanie innych, hę?
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  28. Ruryk i w ogóle Ruś, to bank Wikingowie. Polecam dr Skroka "Słowiańska moc". Tam jest sporo haftów (jak u wszystkich w tym temacie), ale sporo rzeczy jest dowiedzionych krzyżowo. Ruś, to coś w rodzaju nazwy korporacji zbójecko handlowej.

    OdpowiedzUsuń
  29. W kwestii etymologii słowa "szlachta", cytat:
    ""szlachta" jest prasłowem, czego dowodem sanskrycki rdzeń czasownikowy "ślaagh" - chwalić, pochlebiać, szczycić się. Imiesłowem od tego czasownika jest "ślaaghita" - wywyższony, zaszczycony, uhonorowany. "
    I to koresponduje dobrze z tym, co napisał Amalryk. Tzn. z tym, o czym mówi nam genetyka.

    OdpowiedzUsuń
  30. @ Artur M. Nicpoń

    Widzisz Nicek... Każdy ma oczywiście swoje swoje wady i narowy, więc nie bierz tego przesadnie osobiście, ale ja się znowu nie zgadzam. A twoje, daruj, ego w końcu cię kiedyś zgubi. (Z drugiej strony, to i tak wszystkich nas w końcu zjedzą robaki, więc co za problem?)

    Ty chopie potrafisz przesubtylnie analizować jakiś film, czy inny telewizyjny serial (i daj ci Boże zdrowie, mgliście to mogę zrozumieć), a na poważną książkę (mniejsza już, że Ardrey napisał ich cztery) rzucisz sobie okiem, luźniutko, potem wyciśniesz sobie własną intuicją do ćwierć strony i się mądrzysz.

    Otóż ja ci mówię, że kastrowanie wydr i polowanie na ogiery (jakkolwiek by niektóre przynajmniej z tych rzeczy nie były obrzydliwe) NIE MA ABSOLUTNIE NIC wspólnego z ludzką naturą, ani z tym, o czym pisze Ardrey!

    Tak samo jak nie ma z tym nic wspólnego żyrafa w ZOO, a całkiem niewiele moja kotka Belinda. Możesz o tym nie wiedzieć - zgoda - w końcu nie czytałeś, ino sobie słomianego luda... Sam wiesz!

    Słowiańska dusza i estetyka... De gustibus. No i co ja tam wiem o takich subtelnościach! Wpatruj się sobie zatem z zachwytem w mordę P*kota, Komóry, Halickiego! Możesz nawet se pod to podłożyć Frycka.

    Ja tam od estetyki mam innych ludzi i inne sprawy. I jak długo żyję, w Słowianach nic przesadnie pięknego nie udało mi się znaleźć, a w Polakach to już chyba najmniej.

    Nie twierdzę, że nic by się nie dało - teoretycznie - z tego ludu zrobić. Ale to co najwyżej martwe, amorficzne TWORZYWO, a jedyną ew. sensowną i wartościową FORMĘ może mu wedle mnie nadać cywilizacja (K/C po mojemu, ale mniejsza) Zachodu. Wszystko inne jest mrzonką i non omnes possumus omnia, jak mawiali nasi makaroniczni przodkowie.

    Oczywiście nie ten zachodni syf, co jest teraz i jest gorzej, tu możemy ew. być lepsi. Ale tego, czym był Zachód, kiedy był dobry, my i tak nigdy nie przeskoczymy. A sami z siebie to możemy co najwyżej dać lewaka na tron umierającego Papiestwa - sorry! (Też mi przykro, że umiera.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  31. Tygrysie,

    Ardrey- nic na to nie poradzę, że nie uważam tego Ardreya za coś ważnego. Już ci zresztą o tym parę razy pisałem. To, co moim zdaniem jest w tym Ardreyu najwartościowsze i ważne, w najmniejszym stopniu nie jest użyteczne. Z prostej przyczyny, jest intelektualne. A w związku z tym jest wyłącznie mózgową papką dla ludzi, którzy bardzo by chcieli napadać, rabować, gwałcić i podpalać, ale NIGDY tego nie zrobią. Bardzo by się chcieli mieć za samca alfa, anie nim nie są i nigdy nie będą. Itd. itp. Łącznie z religijnymi instynktami itp. sprawami. Ardrey to moim zdaniem lektura wyłącznie dla ludzi, którzy siedzą w jakiejś strukturze politycznej i ich zadaniem jest metakombinowanie. U nas, w Polsce, nie ma ani takiej struktury politycznej, ani miejsca dla takich ludzi. My nie mamy swojego GRU. Nie mamy żadnej szkoły elit. I ani długo mieć nie będziemy, ani ty i ja nie znajdziemy w tym resorcie zatrudnienia.
    Tu u mnie, na Dolnym Śląsku, jest taki jeden gość w PiSie, zajebisty organizator, autentyczny lider, ściąga do siebie ludzi, jak magnes. Ludzie za nim idą, chcą pracować, czują dzięki niemu zapał itd. Ten gość niczego nie czyta. Nie ma na to czasu. Jego działania są zaś więcej warte niż tysiące książek.
    I oczywiście, że wydry, konie i byki mają wszystko wspólne z naturą ludzką i z tymi panardreyowymi mądrościami. To, że nie STUDIOWAŁEM Ardreya, a tylko go przeleciałem, nie znaczy, że nie wiem, o czym on pisał. Wiem. Tyle, że ja np. o Gorgongosie czytałem gdzie indziej, choć nie przeczę, że tam u niego jest sporo rzeczy ciekawych. Jest.
    Seriale/filmy- to jest, wbrew pozorom, ważniejsze niż najważniejsze książki. Od strony masowej, ofkoz. Bo to jest popkultura, czyli smyranie mózgu po emocjach, poniżej progu werbalizacji. A to oznacza faktyczne kreowanie postaw. Popkultura to część memosfery i to tej najbardziej ekspansywnej. Popkultura wychowuje. Wychowuje albo Dodą, albo serialem Boss na przykład. I bardziej o to chodzi, żeby ludziska rozrywkę wiązali mniej z Dodą, a bardziej z Bossem. Albo Grą o tron. I tu nie chodzi o to, żeby oni nagle wszystko zrozumieli, ale żeby przesuwać ich myślenie w sposób niezauważalny tak, aby ta zmiana dokonywała się niejako naturalnie a ardreyiczno-spęgleryczno-prawicowe treści zaczęły być rozumiane instynktownie, jako obraz widzialnego świata.
    Słowiańska dusza, lewak papieżem i cała reszta- tu nie ma o czym gadać, bo jak gadać o bezpodstawnych opiniach wyssanych z palucha? Tyle powiem, że się nie zgadzam.

    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
  32. To w ogóle ciekawa rzecz jest, dlaczego jedne narody tworzą imperia, a inne teoretycznie w zbliżonej konfiguracji ni hu,hu. Przy czym inna jest jednak specyfika kolonialnych mocarstw morskich, inna lądowych. Nie przekonuje mnie też trop genetyczny w końcu Europa od ładnych paru tysiącleci jest praktycznie we władaniu dwóch blisko spokrewnionych ze sobą grup R1a i R1b , a i bez tego wiemy iż „z jednego drzewa i krzyż , i motyka”.

    Co ciekawe jedyne lądowe ,o rozmiarach kontynentalnych, imperium jakie w Europie zaistniało to... Rosyjskie. Co prawda te azjatyckie bezkresy to raczej objęli w posiadanie niż podbili, ale zawsze. A z Ruskimi akurat genetyka nie pozostawia złudzeń; „poskrobiesz Ruskiego – znajdziesz Polaka”. (http://www.gazeta.ru/science/2008/01/14_a_2552231.shtml)

    Z drugiej strony, uzdolnione militarnie jak mało kto na tym łez padole, niemiaszki, jakby się nie zabierali do dziergania tego swojego rajchu, tak efekt zawsze ten sam – w beret i do budy! Choć cezar z fikuśnym wąsikiem (ubzdurał sobie kiedyś, że ma za szeroki nos, a tak przystrzyżony zarost pod nim znacznie go pono „zwęża”) z lekka tylko poduczywszy się na Spenglerze, doprowadził wszak do globalnej sraczki u szlachetnych leberałów wraz z ich kolegami bolszewikami.

    A język? Że co? Dźwiękami się mi ukształtuje charakter? Ale jakimi? Może gdyby nam tak nad kołyską brzdąkali na cytrze, albo lepiej na harfie! Himmel to mi się zawsze będzie kojarzył z jednak mało niebiańskim Himmlerem ,a Walhala z waleniem Hali na hali, trochę niby lepiej, ale wszystko zależy od Hali...

    Z Polakami to jednak od lat bida. Państwo o rozmiarach jak na Europę kosmicznych rozdupcyli w pizdu na własne życzenie, praktycznie bez wystrzału! Ale, co by nie powiedzieć o ciągu dalszym (po prostu problem ich przerósł), „sitwa legionowa” jednak udowodniła, że w sprzyjających okolicznościach garstka mężczyzn pod zdecydowanym przywództwem może podbijać całe państwa.

    Tygrys tu z sadystyczną rozkoszą ciągle nas sztychuje tym Katzenbrunnerem , nie dziwię się mu bo to nawet jak na Polaków, to menda wyjątkowa jest, ale. Gdyby jednak przyszło co do czego to na takie typki ,gdy czujnie nie spierdolą gdzieś za siódme morze, zawsze jest niezawodna rada krótka: sznur i gałąź. Nie kurwy w nadmiarze są naszym problemem, ale chyba brak mężczyzn.

    OdpowiedzUsuń
  33. Tygrysie,
    jeszcze jedno odnośnie tego:
    "I jak długo żyję, w Słowianach nic przesadnie pięknego nie udało mi się znaleźć, a w Polakach to już chyba najmniej. "

    Jeden nasz Pilecki więcej wart, niż wszystko to, co do nas z Zachodu przyszło. Przy okazji cywilizowania- Pawła Włodkowica sobie poczytaj. Dla równowagi.

    OdpowiedzUsuń
  34. @ Artur M. Nicpoń

    Włodkowic? Serial taki nakręcili? ;-)

    Słuchaj - jak zwykle w naszych rozmowach, powiem że się nie zgadzam. Ale jedną rzecz doceniam i traktuję jako jednak próbę pojednania, albo chociaż utrzymania w miarę spokojnych stosunków (w sensie ęte). To, że gdybyśmy mieli swoje GRU, to Ardrey byłby nam potrzebny. Brawo, to jak na ciebie całkiem sporo, a i dla mnie dość cenne.

    Swoją drogą, twoi... Jak ich tam chcesz zwać? Robotnicy rolni? Skoro nie fornale? Nie tkwią w tych samych błędach, co wielkomiejskie lemingi, po prostu dlatego, że żadnych poglądów na tematy z Ardreyem związane nie mają. Noga od mojego stołka też tych błędów nie popełnia, bo nie ma poglądów. (Choć faktycznie nikogo i niczego nie kastruje, ale nie o to chodzi u Ardreya.)

    Powiedzmy sobie wprost, że jesteś cholernie antyintelektualny, niesamowity chłopoman, i zadatek na przekąskę dla wielomskich tego świata, jako pączkujący słowianofil.

    (Pączkujący tylko dlatego, że określenie "słowianofilia" ma już swoje dokładne znaczenie, i ty na razie wszsystkich kryteriów nie spełniasz. Ale qué será será, the future is not ourst to see, jak śpiewała Doris Day.)

    Z tym działaniem wartym tysiąc książek to nico niestety wątpię, bo całe działanie PiS nie jest tyle warte - jeśli mówimy o właściwych książkach - a to nie jest czas na wielkie działania. Gdyby był, i my byśmy z tym mieli coś wspólnego, to mielibyśmy nieco więcej kłopotów z tow. M. i nieznanymi sprawcami.

    Jeden przeczytany Ardrey jest, moim skromnym, wart 100 niezłych pisowców, albo i więcej. To oczywiście moje prywatne zdanie. A Ardrey napisany wart jest mniej więcej całej światowej prawicy w obecnej dobie. (Też moje prywatne zdanie i ocena na oko.)

    Na zakończenie pozwól, że wykrzyknę... Czy wyście ludzie poszaleli z tym Pileckim i z tą całą jebaną martyrologią?! Właśnie o nim byłem zmuszony z kimś rozmawiać. W dodatku ten ktoś też bez potrzeby, jak ja to widzę, nawijał coś o "wydawaniu Żydów"... Już naprawdę nie macie innych przykładów, niż akurat o Żydach? Jakoś mi się to wydaje do dupy, nie będę tłumaczył dlaczego.

    A co do Pileckiego - szanuję gościa, oczywiście, ale z daleka. A na martyrologię jestem po prostu ostro uczulony. Daj mi raczej kogoś takiego, jak ten Anglik, który na okupowanych przez III Reich terenach własnoręcznie w walce wręcz (z pistoletem włącznie, ale wcale nie wyłącznie) utrupił coś z 78 szkopów!

    Daj mi tych ludzi, którzy go wyszkolili, przygotowali, którzy w ogóle skomponowali tę metodę walki wręcz, którą ci brytyjscy agenci stosowali (i która jest, w razie czego, znana, tylko naszej jebanej prawicy się nie chce tym zajmować)!

    A co do Włodkowica... Tym razem na serio. Wcale nie twierdzę, że jesteśmy jakoś genetycznie z natury niewydolni i gorsi. I to nawet mimo tego potwornego upustu krwi, spermy, szarych komórek i testosteronu z estrogenem, który ten nieszczęsny kraj przeszedł, o dawnych Włodkowicach nie wspominając.

    Jednak, daruj (choć to też tylko moje prywatne zdanie, jak zawsze zresztą) na każdego Włodkowica przypada stu, mówiąc b. łagodnie, nie gorszych na Zachodzie.

    (Spenglera w to nie będę mieszał, bo przykrość mi sprawia, kiedy na niego profani plują, a, daruj, w tym jesteś profan pierwszej wody, bez urazy!)

    c.d.n.

    OdpowiedzUsuń
  35. @ Artur M. Nicpoń c.d.

    Po prostu twierdzę, z przekonaniem, że POLSKA ALBO BĘDZIE ZACHODEM, ALBO NIE BĘDZIE ŻADNEJ POLSKI (na co się zresztą zanosi i przeciw czemu żadnej forsy bym nie postawił). Polska JEST i zawsze była Zachodem - tyle, że nie do końca, bo po prostu nigdy do końca nie była ukształtowana.

    Nie mówiąc już o polskim PAŃSTWIE - co się z tym wiąże, co dało bolesne skutki i dzisiejsze pływanie w szambie, ale to sprawa nie całkiem tożsama z tamtą.

    Alternatywą dla Zachodu na terenie Polski i w "duszach" tego ludu jest "Słowiańsszczyzna" W SENSIE ROSJA Z PRZYLEGŁOŚCIAMI, bo to jedyny kraj słowiański, który odniósł sukces. Jakikolwiek. I ma jakieś tam instynkty państwowe, jakby paskudne nam się one nie wydawały. Reszta Słowian to spite do nieprzytomności i lekko mózgowo upośledzone dziewice w burdelu.

    Wierzące np. że świat jak się dowie o naszej wspaniałej "Historiozofii" made by Koneczny, padnie na twarz i da nam władzę nad Uniwersum. Hłe, hłe! A gość sam z pewnością wiedział, że przegina do ostateczności, pisząc po prostu propagandę na bieżące czasy. Jednak dla polskiego prawicowego intelektualisty to jest Historiozofia nad Historiozofie.

    Żadnej alternatywy nie dostrzegam, przykro mi!

    Co do lewaka na tronie, to zgoda, że to był sympatyczny gość i niegłupi, ale jak na ten tron to lewak wprost niesamowity. I na pewno nie pomógł. Ale fakt, nie ma co o tym gadać, bo tutaj możemy się co najwyżej pokłócić. Może kiedyś spojrzysz na to bardziej tak, jak ja to widzę, ale zapewne nieprędko. (Albo i nigdy, bo co ja tam wiem.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  36. @ Artur M. Nicpoń (i WSIe)

    "The future is not ours to see", of course. Wpisało mi się dodatkowe "t".

    A co do arturowego antyintelektualizmu, to ja oczywiście nie twierdzę, że on jest głupek czy niedouk, ale po prostu robotą intelektualną i książkami zdaje się głęboko gardzić. Postawa jak każda inna, ale ja akurat jej nie podzielam.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  37. @ Artur M. Nicpoń

    Chodziło mi o to, że Włodkowic był JESZCZE PRZED tym upustem spermy i szarych komórek, więc jego ten problem poniekąd nie dotyczy.

    Niezbyt mi to jednoznacznie się wyraziło, więc uzupełniam.

    Włodkowica faktycznie, swoją drogą, nie znam. To chyba zresztą był prawnik, a ja od nich staram się trzymać z daleka. Ale czytałem np. biografię Zamoyskiego i to jest w sumie b. imponujące. Prawdziwy europejski mąż stanu itd.

    Ale właśnie... EUROPEJSKI! On tu niczego nie wynalazł i wynaleźć nie mógł, po prostu studiował w tych tam Padwach i wykorzystał to w praktyce, chwała mu za to.

    Powtarzam - wcale nie uważam, by Polacy mieli być genetycznie gorsi! A obecnie, całkiem teoretycznie, mają akurat szansę być LEPSI, na tle tego obecnego szamba, od którego, jak sądzę, nie ma już odwrotu. (Niestety to tylko b. abstrakcyjna teoria.)

    Ale albo będą "Zachodem", albo szybko i skutecznie rozpłyną się wśród Gastarbeiterów i ruskich rabów. (Do końca być może brenzlując się Konecznym i tym, żeśmy mieli Papieża. Przynajmniej niektórzy.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  38. Ależ się pięknie różnicie! Nicek, niczym lwica małych, broni jakże drogich naszym sercom sarmacko-narodowo-parcianych imponderabiliów (cokolwiek to słowo znaczy) ; stając dziarsko w pierwszym szeregu „pokrzepicieli serc”. Tygrys zaś, z głębi ohydy swej teutońskiej duszy (bo wiadomo, cóż może być dobrego teutońskiego), pastwi się nad tymi żałosnymi szczątkami państwa Lechitów , i koczującym w nich ogłupionym okowitą i telewizorem tubylczym etnosem, okraszając to wdzięczną teorią upustu spermy i szarych komórek. Ach!

    Tylko nie zapominajmy, że sytuacja od września 1939, w kwestii podmiotowości państwa polskiego, się jakoś istotnie nie zmieniła. To czy możemy już sobie celebrować rocznice swych narodowych klęsk, pod dumnie rozwiniętymi na wietrze biało - czerwonymi sztandarami, czy też napawać się podobnymi sukcesami odzianej w te same barwy futbolowej kamandy, to w przedmiotowej materii wiele nie zmienia. Może to nawet gorzej.

    Co by nie powiedzieć Nicek ma dobrą intuicję, bez zbudowania ośrodka niepodległościowego, i wzbudzeniu we wszystkim co jeszcze w tym kraju jest wartościowe, instynktu państwowotwórczego gówno z tego wszystkiego będzie. Rozpłyniemy się w sowiecko-unijnym szambie, taplając się w nim radośnie podczas oglądania 216-edycji „Tańca z gwiazdami”. (Choć tej radości będzie raczej nie za wiele – nowi zdobywcy już o to zadbają.)

    OdpowiedzUsuń
  39. Ilekroć jestem w Niemczech ... zastanawiam się się nad tym czy to Niemcy (ich mentalność ) wykreowała taki język czy na odwrót - język jakim się posługują wpłynął na ich, germańskiego 'geista'?

    ... jeden Czech, z którym sobie gaworzyłem na podobny temat wyraził się poetycko o niemieckim języku: "hunde sprache".

    OdpowiedzUsuń
  40. Tygrysie,

    dużoś napisał, jakoś to popunktuję.

    1. GRU i Ardrey- nigdy nie twierdziłem inaczej. Sięgnij do naszych wcześniejszych gaduł. W takim naszym, hipotetycznym GRU ten Ardrey to też nie po to, żeby tych ludzi czegoś nauczyć i postarać się dostrugać mizeroty do samców alfa. Raczej, po drobiazgowej selekcji kandydatów, jak się już wybierze tych takich bardziej skurwysynów, ten Ardrey po to, żeby im wytłumaczyć, że ich skurwysyństwo jest OK, że to sama natura i nie ma co sobie tego wyrzucać, tylko się cieszyć i dopieszczać.

    2. Fornale to dobre określenie. Chociaż ja do nich tak nie mówię. Normalnie mówię "panie Tadziu, panie Rysiu" itp. No ale ja tymi ciężko pracującymi i twardymi ludźmi nie mam w zwyczaju gardzić.
    Oni, co oczywiste, żadnego poglądu na Ardreya nie mają. I, skup się, wcale nie muszą mieć. Zwłaszcza w sytuacji, w której ich instynkty nie zostały stępione wielkomiejskim betonem. Ich wyższość nad miastowym studiującym Ardreya jest powalająca. Miastowy ardeyista po prostu nigdy nie przekuje swojej wiedzy na coś więcej niż jałową frustrację. A fornal, w razie czego, nie waha się 5 minut żeby przypierdolić.

    3. Chłopoman? Możliwe. Ja mam ten komfort, że żyję sobie na krawędzi dwóch światów. Z jednej strony mam drogie garnitury, drogie samochody, drogie restauracje i całe to miasto z jego ludźmi, a z drugiej strony mam tę wieś naszą, taką jaką ona jest. I tych ludzi. I po prostu uważam wieś za okaz zdrowia na tle tego miejskiego syfu, a ludzi wsi za ludzi a nie kukiełki. Ktoś, kto ma z wsią kontakt słaby ten tego po prostu nie rozumie, ale sama przestrzeń jaką daje wieś, a zwłaszcza własna przestrzeń, własnej ziemi, daje poczucie wolności takie, jakiego sobie intelektualnie mieszczuch nawet nie jest w stanie wyobrazić. A na wsi jest czymś absolutnie normalnym i codziennym.

    4. Działanie- sorry, ale nie wiesz, o czym mówisz. Zwłaszcza w sytuacji, w której ja po roku działania w PiSie (i to działania kulawego ze względu na te moje operacje itp), jestem w stanie na jeden sygnał podnieść ok. 500 chłopa. A to dopiero początek. No a 500 chłopa mieć a nie mieć, to jest po prostu zawsze więcej warte niż najważniejsza książka.

    5. Na czym polega ta wielka wartość przeczytania książki Ardreya? Zwłaszcza przez kogoś, kto nie przeszedł właśnie przez sito kwalifikacyjne naszego GRU? Nie będę pisał, że to bezwartościowe. Po co? Ty mi napisz, na czym ta wartość polega? Ale, błagam, nie pisz mi, że bez przeczytania, to cała prawica itd. Napisz konkretnie. Jeśli potrafisz.

    6. Pilecki- nie wiem, o co ci chodzi z tymi Żydami. Ja mam Żydów w dupie i tylko patrzę, czy mi za bardzo nie lezą. Ty, jako człowiek bez wiary (a to rzutuje na wszystko i ma donośniejsze konsekwencje niż lektura Ardreya i Szpenia w jednym), po prostu nie jesteś w stanie zrozumieć tego, jak ciężkim symbolem jest taki Pilecki. Nie rozumiesz tego, że to był facet, którego nie pokonał ani nazizm, ani obóz koncentracyjny, ani przesłuchania i tortury UBecji, ani ten sąd kapturowy i wyrok śmierci, oraz sama śmierć. Pilecki od tego wszystkiego był silniejszy. To nie jest kwestia martyrologii, to jest kwestia niezłomności, odwagi i męstwa. Takiego, które przekracza wyobrażenie. No i róznica między jakimś kolesiem, który poszlachtował tych Niemiaszków a Pileckim jest taka, że Pilecki to tytan, a tamten to tylko jeden z tysięcy wyszkolonych rzeźników. Rzeźnicy są przydatni, ale nie na nich się buduje.

    7. Włodkowic- proponuję ci najpierw przeczytać cokolwiek, to może nie będziesz się tak kompromitował. Co ty na to?

    OdpowiedzUsuń
  41. Tygrys cd.

    8. Gdybyś nie miał dziur w erudycji, to byś takich głupot nie wypisywał, że Polska albo będzie Zachodem albo itd. Polska nigdy Zachodem nie była. Praktycznie od początku powstała jako twór unikalny, który (jak to Słowianie mają w zwyczaju - polecam dr Skrok "Słowiańska moc") ochoczo czerpał ze zdobyczy innych, ale natychmiast praktycznie transformował to do swojej postaci. Stąd u nas chrześcijaństwo nie zepsute Rzymem, ale praktycznie czyste, w wersji omalże ewangelicznej (bo to się po prostu rymowało i rymuje ze starą słowiańską filozofią życia) itp.
    Polska to unikat, który nie powinien nigdy powstać. Zwłaszcza, że tkwiąc pomiędzy potęgami nastawionymi imperialnie, sama odrzuciła tę imperialną ideę jako chorą, za to wykształciła ideę mocarstwową. Po prostu, Tygrysie, do szkoły! ;)
    Wybacz, ale reszty tego bełkotu o historiozofiach nie komentuję. Bo i co tu komentować? Twoje urojenia?

    9. Ksiązki i robota intelektualna- to jest akurat dosyć zabawne, że akurat ty, nie mając po temu żadnych kompetencji, wyskakujesz z czymś takim. Rozumiem, że masz potrzebę leczenia kompleksów, ale na Boga, Tygrysie, można to robić z pewnym wdziękiem a nie po prostacku.

    10. Gdybyś jednak tego Włodkowica poczytał, to byś wiedział, że jednak wymyślił i to wymyślił tak, że rzutowało to na ówczesną myśl świata cywilizowanego w sposób radykalny (ot, choćby w taki sposób, że Indian południowoamerykańskich nie wyrżnięto w pień, tak jak ich kolegów z północy).

    11. Kłopot w rozmowie z tobą polega na tym, że na potwierdzenie swoich słów nie dysponujesz niczym poza kolejnymi swoimi słowami i opiniami, które znowu wywodzone są z innych opinii. Pewnie dlatego słabo się to wszystko trzyma rzeczywistości. Dowodem na to "rozprawa" o pochodzeniu słowa "szlachta". Normalnie, zanim się zacznie publicznie wygadywać rózne rzeczy, to się sprawdza, jak jest, a nie zmyśla pod tezę tekstu blogowego.

    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
  42. Amalryk,

    ja nie bronię jak lwica małych, bo to nie tędy droga. Głupotą by było nie widzieć tego, co jest złe i nie wyciągać z tego wniosków. Mój sprzeciw budzi jakieś quasimasochistyczne flekowanie własnych fundamentów. A zwłaszcza taki quasimasochizm oparty na bajaniach. Weź zobacz, co Tygrys tu powypisywał. No tylko się po tym położyć i czekać na śmierć. Bo co innego? Nie bardzo wiem, jaki takie coś ma sens?

    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
  43. @ veri

    To chyba działa w obie strony. Jako taki elegancki feedback.

    Jakbyś w tych Niemczech był kiedyś w Blankenburgu, to możesz się w moim imieniu wpisać do księgi i ew. przysłać mi stamtąd pocztówkę. Ja chyba nigdy do Niemiec nie pojadę, bo jakoś mnie tam ogólnie nie ciągnie i do tego Blankenburga musiałbym chyba rakietą i z powrotem.

    Do Rosji zresztą też mnie nie ciągnie i aż się szczerze dziwiłem, że LK tam tak bez lęku leci. No i miałem rację, jak to ja.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  44. @ Artur M. Nicpoń

    Cóż ja mogę rzec na taką diatrybę? Ale coś jednak rzeknę, skoroś się tak wysilił, przy okazji upewniając mnie o swym niezmiennie dobrym samopoczuciu i dostarczając sporo zdrowej rozrywki.

    Co do przekonywania, to, na szczęście, ani w nie nie wierzę, ani mi specjalnie na przekonywaniu kogokolwiek do moich poglądów nie zależy. Nie jestem widać etyczny socjalista. I dzięki Bogu, bo miałbym tutaj niezłą zagwozdkę.

    Co do fornali, to ja też nie gardzę prostym człowiekiem. Jeśli oczywiście zna swoje ograniczenia. (Czego broń Boże nie bierz do siebie!) Po prostu zdawało mi się, że kiedy ten temat był pierwszy raz omawiany, padło akurat to słowo. A może akurat trafiłem na nie gdzie indziej w tym samym czasie?

    Co do humoru zawartego w twoich komętach, to najbardziej mnie ucieszyło to o brakach w mojej edukacji. Sugestia, że to ja akurat w tej kompanii cierpię na takie braki. Cóż, skoro z założenia nie wyzłośliwiam się na gościach swego bloga, to co ja tu mogę powiedzieć? Nic nie powiem i tak chyba będzie najlepiej dla wszystkich! (Prawda?)

    Co do konkretnie Włodkowica, to obawiam się, że wiem o nim znacznie więcej, niż cała ta sprawa zasługuje, czyli wiem cokolwiek, a wolałbym nie. Ale cóż, żeby to wiedzieć trzeba czytać w paru europejskich językach i nieco się otrzeć o historię, z historią idei.

    Nie przeszkadza mi jednak twoje przekonanie, że to akurat Włodkowic stanowi opokę, na której zbudowano Zachodnią cywilizację. Jeśli ci to właśnie przekonanie pomaga utrzymać to znakomite samopoczucie i ten niewiarygodny optymizm, to na zdrowie!

    Trochę mnie wprawdzie zastanawia, jak można by, w miarę choćby sensownie, połączyć to, że Polska to jakaś (święta) słowiańszczyzna, a nie Zachód, z jej "łacińską cywilizacją" i Włodkowicem stanowiącym perłę w koronie Zachodu, ale Korwin nie takie problemy rozwiązywał i widać ma pojętnych uczniów.

    Nie chcąc psuć twego samopoczucia (i wykuwania zrębów nowej słowiańskiej cywilizacji), nie będę cię informował o takich np. drobnych faktach, że kilkakrotnie więcej Szwedów jest znanych wykształconemu ogółowi świata (od Ruryka, przez Św. Brygidę, Gustawa II Adolfa, Swedenboga, po co najmniej Nobla), niż Polaków. Z których naprawdę znany jest jeden, który niestety zapewne nie umiał słowa po polsku i cholera wie, czy się za Polaka uważał.

    Co do Pileckiego, to naprawdę nie chciałbym, żeby wyszło jakieś wycieranie sobie nim gęby, więc lepiej odpuśćmy sobie tę sprawę, i inne tego typu. Mnie tam po prostu tego typu militarne osiągnięcia nie imponują, widać jakaś duchowa skaza, ale to się już zapewne nie zdąży zmienić. O martyrologii to nie ze mną proszę!

    Co do Żydów, to tak jak myślałem - wiszą ci oni (jak i w sumie mnie, choć w sumie to byli nasi obywatele, więc zrozumiałe, że byli bronieni), tylko uważasz, że to cholernie cwane machać nimi jak cepem - podobnie jak cwanym miałoby być wyzywanie komuchów od "faszystów". Którego to zdania nie podzielam, ale w końcu nigdy nie byłem korwinistą.

    To by było chyba na razie tyle. Dzięki za aktywność na moim blogu, dzięki też za szczerość i podnoszącą na duchu elokwencję. (O wyrafinowanym poczuciu humoru też oczywiście nie zapominając.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  45. @ Artur M. Nicpoń

    Że dodam...

    Widzisz Nicek, ja naprawdę nie pluję na nasz kraj, któren naprawdę jest w końcu moim. Ani na jego historię, ani na jego ludzi... W jego przyszłość chciałbym, i to jak, wierzyć, choć po prawdzie nie wierzę, ale to raczej nie moja wina.

    Ale faktem jest, że można się do upojenia brenzlować różnymi... Jak mu tam było? A (sprawdziłem) - Włodkowicami, Sobieskimi, Fryckami... (O każdym z nich dałoby się zresztą coś powiedzieć, w stylu - a to że nie całkiem Polak, a to że w sumie robił głupio i niepotrzebnie. Ale nieważne.)

    Ważne jest to, że ta rzekomo wspaniała I RP skończyła tak, jak skończyła - czyli po prostu marnie i haniebnie. To jest fakt, od którego nie uciekniemy. I za który płacimy po dziś dzień - np. oglądając mordy Komór, Palikotów, Niesiołowskich i tego tam złodzieja kur. I za który jeszcze nasze ew. (jak Bóg będzie b. łaskawy) pra-pra-wnuki będą w taki czy inny, ale raczej w każdy możliwy, sposób płacić.

    Dla ciebie to nieważne, tak? Było cudnie, nagle... Co właściwie się stało? Może mi przystępnie, jak gościowi z lukami w edukacji, wytłumaczysz?

    Ja twierdzę, że więcej nam dała łacina - jako np. zapora przed SŁOWIAŃSZCZYZNĄ płynącą do nas z Rosji, niż większość innych rzeczy. Z PiS włącznie, ale oczywiście nie tylko. (A łacina to w końcu katolicyzm, przynajmniej kiedy jeszcze był prawdziwy.)

    Co do PiS, to ja faktycznie twierdzę, że on niewiele robi i na szczęście robić nie musi - liczy się te 25% zapiekłych oszołomów, i dopóki PiS będzie w jakiś tam sposób jedyną opozycją do tego okrągłostołowego syfa, będzie OK. Wystarczy, a że w sumie i tak nas to nie uratuje, to już inna sprawa.

    No i jeszcze o Ardreyu... Naprawdę nie ma to dla mnie znaczenia, dla Ardreya tym bardziej - wierzę, że kto go chciał pod moim wpływem przeczytać, przeczyta i tak, niezależnie od twoich błyskotliwych polemik.

    Ale przezabawne jest, że dopiero teraz udało mi się w pełni (jak sądzę) zrozumieć co ty tam w tym Ardreyu (w 5 minut góra, w mało ci znanym języku) "wyczytałeś".

    To miałby być jakiś wampir, czy inny wilkołak, uczący ludzi (tych nie kastrujących ogierów) jak być samcem alfa i w ogóle brutalnym skurwysynem, tak?

    Ubawiłem się po pachy, serio! Nikt z całą pewnością jeszcze nic podobnego w Ardreyu nie wyczytał i z pewnością nie o takie rzeczy tam chodzi. Co nie zmienia faktu, że możesz sobie o tym sądzić co tylko chcesz, a jeśli co pewien czas mnie tak jeszcze ubawisz, to dzięki!

    Co zaś kwestii naszej zachodniości, to powiem tak: Polska to połączenie Zachodu z Palikotem. (Fajny bonmot.)

    I ty stawiasz na Palikota - ubierając go jednak w czapkę krakuskę, łowicki pasiak, góralski kapelusik (i berecik z antenką)... I co tam jeszcze. Po czym nazywasz go SŁOWIANINEM, bijesz przed nim czołem i nawołujesz innych, by tak czynili.

    A to tylko CZERŃ, bo Polska - ten "zdrajca słowiańszczyzny", jak to widzą Rosjanie (np. Dostojewski, ale wcale nie tylko) - tylko o tyle nie jest jakąś b. marną imitacją Rosji, o ile jest zachodnia.

    Przypominam, że zachodniość Polski to m.in. katolicyzm i - jeśli ktoś w to wierzy - jej "łacińskość". No bo jak niby chciałbyś te rzeczy poza zachodnim kontekstem wytłumaczyć?

    Nową naszą słowiańską cywilizacją? Która już, już powstaje, na bazie kultu JP2 (którego za 20 lat mało kto będzie pamiętał)?

    A co w takim razie zrobisz z NASZĄ TYSIĄCLETNIĄ I WYŁĄCZNIE CHWALEBNĄ (TWOIM ZDANIEM) HISTORIĄ? Że spytam? Jak to chcesz pogodzić? Bo z tym, to nawet chyba Korwin miałby problemy.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  46. Tygrysie,

    skoroś się już napiął na taką dużą ilość pustosłowia, to i odpowiem.

    1. Przekonywanie- nie o to chodzi, żeby przekonywać, o to chodzi, że jak się coś mówi, to dobrze wiedzieć co się mówi. Mam wrażenie, że masz z tym pewien problem, który się materializuje brakiem argumentów, który próbujesz rekompensować takim ogólnym pitoleniem

    2. Braki edukacyjne- nie ma się co rozwodzić, z nas dwóch w rozmowie argumenty posiadam ja, opinie nie poparte niczym ty. Zresztą nawet tego nie ukrywasz szczególnie. Reszta to bzdety bez znaczenia.

    3. Podziel się z nami swoją wiedzą o Włodkowicu. Bądź tak dobry. Zamiast po raz kolejny opowiadać to, jak bardzo coś wiesz, tylko wreszcie coś konkretnego powiedz.

    4. Nigdzie nie napisałem, że Włodkowic był opoką itd. Rozumiem, że mając braki w erudycji nie potrafisz inaczej.

    5. A co mnie obchodzi to, ilu i jakich Polaków jest znanych na świecie? Ja nie mam kompleksu prowincjusza.

    6. Pilecki miał też osiągnięcia militarne wtedy, kiedy było potrzeba osiągnięć militarnych i miał wybitne osiągnięcia w byciu wielkim człowiekiem, kiedy przyszłą pora na wielkość. To, że to na tobie nie robi większego wrażenia mnie nie dziwi. Żeby docenić cudzą wielkość samemu trzeba przynajmniej liznąć czegoś, co się nazywa pokora.

    7. Żydami nie wywijam.

    8. I RP nie była rzekomo wspaniała, tylko BYŁA wspaniała. To są fakty.

    9. Dlaczego się skończyła? A to dosyć proste i tu się pojawia znowu Włodkowic- potega nasza przypadała na okres, kiedy słowa Włodkowica były żywe i się ich trzymano, upadła dokładnie wtedy, kiedy odwróciła się od tego, co było jej duszą i próbowała siać się Zachodnia.

    10. Rosja to nie słowiańszczyzna. Warto poczytać coś więcej niż ruskie słowianopodobne brednie.

    11. PiS- nie masz zielonego pojęcia o czym mówisz.

    12. Napisz mi koniecznie, co twoim zdaniem przeczytałem. Ubawimy się razem.

    13. Z tym Palikotem, to sorry, ale tak gadać nie ma o czym. Bo o czym? Równie dobrze bym ci mógł powiedzieć, że stawiasz na Erikę Sztajnbach.

    14. Ruskie zdanie o tym, czym jest Polska interesuje mnie mniej, niz kupa moje psa.

    15. Gdybyś się nie otorbił w Spenglerze, co ci zawęża horyzonty, to być może byłaby szansa wytłumaczyć ci kwestie cywilizacyjne, a tak nie widzę raczej takiej możliwości. Do zrozumienia Konecznego potrzeba jednak czegoś więcej niż cielęcy zachwyt nad pseudofilozofią jakiegoś martwego Niemca.

    16. Nasza historia nie była cała chwalebna. Była jednak chwalebniejsza od historii innych. No ale to jest estetyka, a ty z jej rozumieniem masz pewien kłopot. Może jakbyś sobie Tatarkiewicza poczytał, to coś by ci zaświtało?

    Pozdrówki

    OdpowiedzUsuń
  47. @ Artur M. Nicpoń

    Dzięki Nicuś, że ci się chciało tyle mi wygarnąć. To akurat doceniam, bo sporo pracy w to włożyłeś.

    Jesteś wciąż moim gościem, z czego wynika wiele wniosków, a niektóre ciekawe. Jak i wynika to, że cię tutaj nie zmiażdżę i nie zabiję ironią. Choć przyznam, że kusi.

    Pozdrawiam czule dopraszając się o jeszcze więcej nauki, jeśli oczywiście raczysz.

    OdpowiedzUsuń
  48. @ Artur M. Nicpoń

    Tym bardziej, że ty dzisiaj tak szalejesz (a szalejesz zaiste niewąsko!) z czysto (jak chcę wierzyć) patriotycznych motywów, więc serce mi mięknie, łzy napływają do ócz i będę wyrozumiały.

    Nie zgadzam się z tobą za ch... Cholerę, powiedzmy, ale cię w znacznym stopniu rozumiem.

    Ale nie przesadzaj tak z tą agresją, bo tego to nawet Ardrey nie zaleca, można się b. nieprzyjemnie w końcu naciąć, a nawet jeśli nie to, to żyłka w główce pęknie i będzie szkoda.

    Lubię cię chopie, ale czasem najpierw pomyśl, policz sobie do paru tysięcy (najlepiej od tyłu), a dopiero potem ludzi w taki teutoński sposób zaczepiaj.

    Taka moja rada, skorzystasz, albo nie.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  49. Brawo Nicek.
    Wyjąłeś mm to wszystko z uściech.
    A Tygrysa lubimy wszyscy bardzo dalej. Bo On pewnie uzna to za atak frontalny.
    Otorbiłeś się - pyszne.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  50. @ Triarius i Nicek

    Przez te lata niejako wymieniliście się poglądami: Nicek na swoim blogu chwali PiS i gromi Wencla, za to, że Wencel jest mało seksowny i nie wzbudza w kobietach chęci na zostanie matką.
    Triarius za to chciałby całkowiej okcydentalizacji Polski (a ponoć nie po drodze mu z Konecznym, choć Koneczny też uważał słowianofilstwo za szkodliwe, bo "można mieć bratem Kaina", a syntezy cywilizacyjne Wschodu z Zachodem nic dobrego nie dały Polsce).

    Cieszyć się trzeba, że RAZ się co raz mocniej nawraca na SAT, np: dostrzegł wreszcie podobieństwo UPR Korwina do SPR Wielopolskiego-juniora i Erazma Piltza.

    Co do Pileckiego to Nicek ma sporo racji: Pilecki BYŁ tytanem, który nie tylko utłukł setki nazioli i sowietów, ale również potrafił udokumentować niemieckie zbrodnie i przeżyć. Ponadto Pilecki miał bardzo ciekawą filozofię polityczną, której nawet najwięksi dzisiejsi antykomuniści raczej się wstydzą, gdyż przypominała...no mniejsza z tym... Tamten Bryt od 78 zarżniętych Szwabów byłby równy Pileckiemu gdyby zatłukł po II WŚ kilkudziesięciu bolszewików, dał się zamknąć na Kołymie po czym zwiał z niej z sensacyjnymi materiałami, a równocześnie opracował SATowski program uratowania Brytyjskiego Imperium przed rozpadem i oszczędzenia ludom kolorowym koszmaru wojen domowych i rewolucyjnych.

    OdpowiedzUsuń
  51. ALL
    Może zamiast prowadzić bezprzedmiotowe i zabierające tylko czas dyskusje nt Pileckiego warto przeczytać chociażby hasło w wiki otwierając poboczne linki, jeśli komu potrzeba.
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_Pilecki.
    Jeszcze tylko jedna uwaga- analiza faktów wskazuje na to, że Anders prawdopodobnie był sowieckim agentem (nie ja jedna na to wpadłam, jakby co), zatem nie wiadomo jakby się skończyła dla Pileckiego ewakuacja na Zachód.
    Pozdrawiam towarzystwo

    OdpowiedzUsuń
  52. @ barbarawitkowska (i WSIe)

    Ależ ja właśnie nie dyskutuję o Pileckim, tylko mówię, że mnie prywatnie ta postać i cała ta sprawa zupełnie nie interesuje.

    Przy czym oczywiście niczego mu nie odmawiam, bo z tego co wiem, to był święty człowiek, a w sumie nic nie wiem i wiedzieć nie chcę. Po prostu mi osobiście świętość nie imponuje i tyle.

    Swoją drogą padły tu w komętach jakieś takie informacje na temat Pileckiego, że to wygląda o wiele mniej pedalsko (sorry!), niż człowiek myślał, na podstawie tych wszystkich martyrologicznych kawałków, którymi się brenzluje nasza prawica. Ale ja nadal stoję sobie z boku i wolę rozmawiać o Spenglerach, Ardreyach i Monteverdach tego świata.

    Sorry, jeśli to komuś sprawia przykrość!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  53. @ Towarzysz Mąka

    Ja do PiS naprawdę nic nie mam, bo i nie ma on w tym nieszczęsnym kraju niemal żadnych możliwości. Ja tylko sceptycznie odnoszę się do twierdzeń o wielkich PiS'u, albo jego co aktywniejszych członków, osiągnięciach.

    Nicek może mnie przekonywać, z głębi trzewi tego Lewiatana, do uśmianej śmierci - jeśli obywatel politycznej działalności nie widzi, to nie widzi i w sumie niemal na pewno żadnej nie ma. (Jeśli coś wygląda jak kaczka, zachowuje się jak kaczka i brzmi jak kaczka, to to niemal na pewno jest kaczka.)

    Co do Pileckiego, to nie miałem pojęcia, że on jakichś bolszewików katrupił, ani że miał ciekawą filozofię polityczną. Może jakby mi od tego zaczęli, to bym się tą postacią zainteresował. A tak to nie i sorry, ale ten Anglik imponuje mi o wiele bardziej, stanowi wzór (kim będę jak urosnę) i w ogóle.

    Być może to kolejny dowód, że ta pedalska "narracja" - martyrologia z histerycznym "optymizmem" i schizofrenicznym samozadowoleniem, w połączeniu z umysłowym lenistwem (bez wskazywania palcem) - niepodzielnie panująca w naszym narodzie przynosi szkody. Zabija, spedala, niszczy.

    Że RAZ się wyrabia to poniekąd dobrze, choć mnie trochę szkoda, że już może nie będzie: "Nawet Ziemkiewicz nie jest taki znowu wielki i choćby taki naturszczyk jak pan Triarius byłby lepszy, gdyby tylko tyle o sobie nie pisał". ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  54. Wniebowynoszenie swych rzeczywistych, czy częściej rzekomych, przewag, jako że w sposób oczywisty pełni funkcję kompensacyjną wobec uświadomionych, czy częściej nie, kompleksów, interesuje mnie wcale. Jeżeli komuś potrzebne, to na zdrowie.

    Ale publiczne obnoszenie się z poharatanym od razów dupskiem budzi zaiste tylko uśmiech politowania. (Oczywiście do czasu gdy nie próbuje się z tego czynić jakiegoś powodu do chwały, czy też modus vivendi narodu - bo tędy to już tylko fellahizm dożywotni i prawdziwy Finis Polonie!)

    Zupełnie zaś nie rozumiem u części koleżeństwa tego tak gorliwego antyokcydentalizmu, bo to, to zaiste rusycyzm najczystszej wody. A tu na podorędziu, jak znalazł, cytacik z jak najbardziej okcydentalnego blankenburgczyka;

    „Tołstoj reprezentuje minioną, Dostojewski zaś – przyszłą Rosję. Tołstoj jest całym sercem związany z Zachodem. Jest wielkim orędownikiem petrynizmu, nawet gdy go neguje; jest to bowiem stale negacja w stylu zachodnim. Jego
    przemożna nienawiść kieruje się przeciw Europie, od której on sam nie może się uwolnić. Nienawidzi jej w sobie i nienawidzi siebie. Staje się ojcem bolszewizmu. Cała bezsilność tego ducha i jego Rewolucji 1917 roku przemawia z pośmiertnych scen. Światłość świeci w ciemnościach. Dostojewski nie zna tej nienawiści. Wszystko
    zachodnie ogarnia równie namiętną miłością. Mam dwie ojczyzny: Rosję i Europę. Dla niego wszystko to -petrynizm i rewolucja – nie ma już żadnej rzeczywistości; z wyżyn swej przyszłości spogląda na to jakby z oddali. Jego dusza jest apokaliptyczna, roztęskniona, zrozpaczona, ale pewna tej przyszłości /.../Tołstoj jest na wskroś wielkim umysłem, "oświeconym" i nastawionym prospołecznie./.../Stoi tak czy owak w jednym rzędzie z Marksem.../.../ Dostojewski jest
    świętym, Tołstoj zaś tylko rewolucjonistą”.

    OdpowiedzUsuń
  55. @ Amalryk

    Z czego per analogiam (ale analogie są cenione nie tylko w Blankenburgu, bo "Myślenie systemowe" też się o nich czule wyraża) można by stwierdzić, że ja jestem prawdziwym Polakiem, a nasz drogi Tołstoj Nicek tylko... Prekursorem bolszewików itd.

    Ale czekaj - teraz dopiero Nicek znienawidzi konserwę z Blankenburga! Będzie rozłam... Nie "na prawicy", skoro Nicek to utopista, ale w każdym razie w "szeroko pojętej patriotycznej blogosferze".

    A tak przy okazji - Ty zawodowo liczysz ludziom te geny? (Można z tego wyżyć? ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  56. @ Tygrys

    Co do bolszewizmu, to szalenie ciekawa sprawa jest, i u blankenburgczyka właśnie znajdujemy jego klarowne zrozumienie.

    „[...]Nie ma głębszego przeciwieństwa niż przeciwieństwo między nihilizmem rosyjskim a zachodnim, judeochrześcijańskim a późnoantycznym: z jednej strony nienawiść do tego co obce, co zatruwa niezrodzoną jeszcze kulturę w macierzystym łonie krajobrazu, z drugiej zaś wstręt do własnej kultury, której przesyt jaskrawo się odczuwa.[...]”

    I dalej:

    „[...]W carskiej Rosji nie istniało mieszczaństwo, nie było w ogóle prawdziwej struktury stanowej, lecz tylko chłopi i „panowie”, tak jak w państwie Franków.[...] … u góry ucieleśniona literatura, warstwa „inteligencji” z książkowymi problemami i konfliktami, u dołu zaś wykorzenione chłopstwo z całym metafizycznym smutkiem, lękiem i niedolą objawiającą się w „dostojewszczyźnie”, ciągłą nostalgią za rozległą ziemią i zaciekłą nienawiścią wobec kamiennego sędziwego świata, do którego zwabił ich Antychryst.[...]”

    Bolszewicy, jak i sam bolszewizm, z ducha i natury przynależą w całości do Zachodu. Te grupki wymoczkowatych spiskowców, wychowane i wykształcone w Cywilizacji faustowskiej właśnie, wycierające bruki europejskich miast, i wykłócające się w niekończących się sporach po tamtejszych kawiarniach zagrzewał do czynu nihilizm zachodni, wstręt do WŁASNEJ kultury. Ich diabolicznym manewrem było przebiegłe wykorzystanie organicznego nihilizmu rosyjskiego i jego dynamizmu do własnych celów. I wtłoczeniu Rosji z jednej pseudomorfozy w drugą.

    „[...] Tym co nadało tej rewolucji impet, nie była wcale nienawiść inteligencji. Był to sam lud, który bez nienawiści, powodowany tylko chęcią wyleczenia się z choroby, zburzył skażony westernizmem świat rękami szumowin i będzie mu swe szumowiny podsyłać; [...]”

    A te nasze polskie „prawicowe” fobie, to tylko takie niezaleczone kompleksy prowincjusza, nie do końca zorientowanego co się wokół niego święci.

    OdpowiedzUsuń