niedziela, marca 25, 2007

Pięcioletnie dożywocie i Kodeks Hammurabiego

Oto aktualna informacja, którą pozwalam sobie skopiować z Forum Frondy:

Skazana na dożywocie, znana niemiecka terrorystka z Frakcji Czerwonej Armii (RAF) Brigitte Mohnhaupt, po 24 latach spędzonych w celi wyszła na wolność.

O warunkowym zwolnieniu 57-letniej kobiety zadecydował w poniedziałek wyższy Sąd Krajowy w Stuttgarcie, uznając że nic nie wskazuje na to, by należąca w latach 70. do kierownictwa RAF terrorystka stanowiła nadal zagrożenie dla porządku publicznego.

Zatrzymana w listopadzie 1982 roku terrorystka skazana została na karę pięciokrotnego dożywotniego pozbawienia wolności oraz dodatkowo piętnaście lat więzienia.

Mohnhaupt związała się z terrorystami ze skrajnie lewicowego RAF jeszcze jako studentka filozofii, na początku lat 70. Wkrótce potem trafiła na pięć lat do więzienia. Po wyjściu na wolność w 1977 roku uczestniczyła w serii głośnych zamachów na zachodnioniemieckich polityków i przedsiębiorców. 30 lipca 1977 zastrzeliła szefa banku Dresdner Bank Juergena Ponto. Brała udział w zamachu na prokuratura generalnego RFN Siegfrieda Bubacka oraz w uprowadzeniu i zamordowaniu prezesa Związku Przedsiębiorców Hannsa- Martina Schleyera.

W zamachach dokonanych przez RAF zginęły w sumie 34 osoby. Śmierć poniosło równocześnie 27 terrorystów.

Oryginał tutaj: http://forum.fronda.pl/forum.php?akcja=pokaz&id=970694#p971045

Sporo ludzi tak to komentuje, i poniekąd słusznie, że jest to ogromna deprecjacja wartości ludzkiego życia. Z czym trudno się oczywiście nie zgodzić, ponieważ jeśli pięć dożywoci wynosi 24 lata, to jedno na dożywocie wypada poniżej 5 lat. Dożywocie zaś, to przecież w końcu ludzkie życie, choć w kategoriach kodeksu karnego.

Chciałbym jednak uzupełnić, ponieważ widzę tu coś jeszcze poważniejszego i groźniejszego. Nie przeczę bowiem, że obecne tendencje do obłędnej wprost pobłażliwości dla zbrodniarzy w jakiś tam sposób łączą się z barbarzyńskim okrucieństwem tych samych w końcu kręgów dla nienarodzonych dzieci czy bezsilnych starców, ale związek te nie jest jednoznaczny czy oczywisty. Całkiem możliwe, że deprecjacja życia wykazywana przez skracanie dożywocia do 5 lat kiedyś zaowocuje jakąś nową formą skracania życia po prostu, ale i tak zapewne nie będziemy wiedzieli, iż z tego akurat wynikło, ponieważ cała gleba naszej cywilizacji jest już od dawna zatruta.

Otóż osobiście nie sądzę, by tutaj chodziło przede wszystkim o deprecjonowanie wartości życia - żeby to właście było głównym zamierzonym celem, a w każdym razie celem najważniejszym. Praktycznie pewien jestem natomiast, że tutaj chodzi o to, by to, co napisane, przestało ściśle obowiązywać. Czyli o to, by władza mogła swobodnie dowolne każdą sprawę interpretować. Na razie są do drobne dodatki i "ulepszenia", ale z czasem będą one coraz większe, w końcu zaś wszelkie ustalone reguły prawa czy demokracji mają zniknąć. Mówię to ja, człowiek bardzo daleki od jakiejś liberalnej wiary w cudowne i trwające po wieki wieków skutki stworzenia idealnego "balansu władz", idealnych "mechanizmów demokratycznych" itd. Naprawdę jestem odległy od tego rodzaju złudzeń, ludzie zawsze i tak będą ważniejsi, a za wykoncypowanymi przez kogoś idelnymi schematami zawsze pozostanie prawdziwe, często groźne, życie.

Tym niemniej wprowadzanie małymi kroczkami poczucia całkowitej arbitralności prawa i społecznego poczucia, że "wprawdzie władza nie musi się żadnymi regułami krępować, ale to wciąż jest demokracja", uważam za zamach na zachodnie wartości. i to te najbardziej podstawowe. Jest to przecież jaskrawe, a jednak jakoś cwanie zakamuflowane, odejście od oficjalnie wciąż obowiązujących zasad demokracji i konstytualizmu. Zakłada też ewidentnie obojętność i/lub skrajną głupotę mas. Odwrotnie niż w zdrowym republikaniźmie. Jest to więc coś, co szybką drogą doprowadzi nas do masońskiej wizji "oświeconej elity" rządzącej bezsilnym tłumem zadowolonych z życia idiotów, którzy dostaną żreć i jakąś szmirowatą rozrywkę (panis et circenses), ale nie będą mieli prawa wtrącać się do jakichkolwiek spraw istotnych.

Procesy tego rodzaju widać dzisiaj dosłownie wszędzie. Czym bowiem są np. te dodatkowe kary w rodzaju wychwalanego przez niektórych (np. tutaj: http://forum.fronda.pl/forum.php?akcja=pokaz&id=970917) obowiązku powieszenia na ścianie w (prywatnym!) mieszkaniu przez sprawcę wypadku zdjęcia jego ofiary? To przecież dokładnie to samo łamanie pisanego prawa! I dokładnie... powrót do obyczajów sprzed Kodeksu Hammurabiego!

Dlatego kompletnie nie zgadzam się z wrogami demokracji, w rodzaju p. Wielomskiego, czy K*wina-M*kke, ponieważ tylko kurczowe trzymanie się takich zasad może nas w tej chwili obronić przed masońskimi i lewackimi dążeniami opisanego tu przed chwilą przeze mnie rodzaju, np. w postaci wszechwładzy molocha Unii Europejskiej przy zaniku państw narodowych i w jakiś sposób kontrolowanych przez swych obywateli.

Wymienieni tutaj panowie prawdopodobnie dali się ponieść swemu obrzydzeniu dla samej idei "suwerenności ludu" - bo przecież samo spisanie prawa uważa się za znaczny historyczny krok w stronę emencypacji ludu spod samowoli wąskiej elity możnych patrycjuszy - do tego stopnia, że całkiem im nie przeszkadza, iż korzystać z tego będą siły wcale im nie bliższe ani sympatyczniejsze. Chyba, że sprawa jest jeszcze bardziej pokrętna i ponura, a ci panowie nie zdradzają swych prawdziwych politycznych sympatii, mamiąc ciemny ludek swym wstrętem dla "lewaków", "masonów", "eurokouchozu" itd. itd.

Podkreślam myśl przed chwilą tu wypowiedzianą - czyni się w tej chwili bardzo zdecydowane wysiłki, by cofnąć nas w sensie polityczno-prawnym do stanu sprzed Kodeksu Hammurabiego i sprzed rzymskiego Prawa Kamiennych Tablic! Napradę nie trzeba być jakimś fanatycznym czcicielem demokracji (nie mówiąc już o "demokracji" w wydaniu Gazety Wyborczej czy Brukseli), by w dzisiejszej sytuacji uznać wszelkie tego typu próby za NIEZWYKLE POWAżNE ZAGROżENIE DLA WSZELKICH ISTOTNYCH WARTOśCI NASZEJ ZACHODNIEJ CYWILIZACJI.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, marca 24, 2007

Pierwsza rocznica śmierci wielkiego artysty

Właśnie się zorientowałem, że dzisiaj przypada pierwsza rocznica śmierci jednego z moich najbardziej ukochanych artystów - wielkiego Bucka Owensa (12 sierpnia 1929 - 25 marca 2006).

Może to wielu ludzi zaskoczyć, szczególnie tych znających moje poglądy na dzisiejsze czasy, dzisiejszą sztukę (nie mówiąc już o tej popularnej), wady Ameryki itd. Jednak naprawdę nie jestem żadnym kulturalnym snobem (mówię to nie żeby bronić siebie jako siebie, tylko żeby bronić paleo-konserwatywnych poglądów), uwielbiam m.in. dobrą autentyczną muzykę Country, zaś artysta tej klasy, co Buck Owens to po prostu... Nie da się tego powiedzieć, przynajmniej nie będąc poetą.

Jeśli ktoś chce zrozumieć o co mi chodzi, zachęcam do wypicia paru piw i zrobienia sobie koncertu Bucka. Jest go całkiem sporo np. na YouTube. Poniżej kilka clipów właśnie stamtąd z Buckiem (i jego Buckaroos, w tym fantastycznym Don Richem na gitarze i Tomem Broomleyem na steel-guitar).

"Together Again"


"Act Naturally" (wykonywany później także przez The Beatles, którzy, ze wzajemnością, b. cenili Bucka i The Buckaroos)


"Rosie Jones". Tutaj wyjątkowo moim zdaniem cudowne są przede wszystkim te heterofoniczne chórki z Don Richem:


"Above and Beyond"


No i może coś naprawdę skocznego na koniec... "Tiger by the Tail"


Ale na YouTube naprawdę jest więcej Bucka, jak zresztą i innej dobrej muzyki (marnej jest na pewno jeszcze więcej, ale cóż).

Buck, I will never forget you...

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, marca 19, 2007

Przez żołądek do profesorskiego serca

Na Forum Frondy znalazłem właśnie taki wątek:

Słuchałem wystąpienia Angeli M. w Uniwerku Warszawskim i padłem!
Otóż jedną z jej tez było to, że Europa swoja pozycję w świecie zawdzięcza postępowi technologicznemu i ten postęp powinna kontynuować.

No i podała kilka przykładów europejskich wynalazków: maszyna parowa i ....

DRUK!

Nie powiedziała "RUCHOMA CZCIONKA" ani nie powiedziała "WYNALAZEK GUTENBERGA", ale właśnie "DRUK". No i w jakim kierunku pójdzie EU, skoro tacy koryfeusze historii Europy i historii nauki sprawują tu naczelne urzędy?

W jakim kierunku pójdzie Polska, skoro nikt na UW nawet nie chrząknął (nie mówiąc o gromkim i ciut szyderczym śmiechu) tylko cała aula grzecznie i w milczeniu śledziła kontynuację tak TFU-rczego i merytorycznego wykładu!


:-(

Oryginał tutaj: http://forum.fronda.pl/forum.php?akcja=pokaz&id=959933#p963004

W komentarzu powiem, że czytałem niedawno coś, co mi się w związku z tym przypomina. To prawdziwa historia opisana przez młodego wtedy krakowskiego medyka w jego pamiętniku.

Otóż przed samym głownym portalem kościoła Najświętszej Marii Panny w Krakowie odbywała się swego czasu egzekucja przez ćwiartowanie. Była to widocznie rzadka atrakcja, także naukowa, więc wśród publiczności, w pierwszych rzędach, stała calutka elita fakultetu medycznego Uniwersytetu. Kat, rozpruwając brzuch skazańcowi caly czas głośno i ironicznie komentuje co widzi, wyrażając z emfazą i poczuciem wyższości swe b. nieortodoksyjne poglądy w kwestiach anatomii. M.in. wydziwiając, że "człowiek wedle niektórych posiada żołądek, komuś się widać pomyliło ze świnią, no gdzie tutaj jest żołądek?" (Zacytowałem to z pamięci, ale dokładnie o to chodziło.) A bialutki żołądek właśnie był doskonale widoczny.

Panowie profesorowie słuchali jednak tych katowskich wymądrzań potulnie i bez najmniejszego protestu, niczym skromne i znające swoje miejsce uczniaki. Naszego pamiętnikarza naprawdę bardzo to dziwiło, czemu się raczej trudno dziwić.

Taka właśnie mi się nasunęła autentyczna hitoryjka w związku z wykładem Frau Merkel. Nie ma żadnego związku? Nieprawda! Ileż tu uderzających, a zarazem pięknych, analogii!

Weźmy na przykład ten odwieczny inteligencki kult dla chodzących twardo po ziemi praktyków! Widzi taki profesor rosłego draba, trzymającego w jednej ręce groźne narzędzie, drugą zaś potrafiąceg subtelnie muskać ludzkie żołądki... I już wie, gdzie chleb posmarowany. Co do istnienia u człowieka żołądka może mieć wątpliwości, co do zasług chińskich wynalazców, toże... Ale jeśli odpowiedni autorytet się wypowiada, profesor co najwyżej milczy i mniej lub bardziej gorliwie kiwa głową.

Potwierdza się po raz kolejny odwieczna mądrość, że najkrótsza droga do (profesorskiego) serca biegnie przez żołądek. A czy jest cokolwiek bardziej konserwatywnego, niż odwieczne mądrości sprawdzające się w każdych okolicznościach, nawet tak dziwacznych i mało konserwatywnych, jak obecnie panujące w Europie? Nie ma nic takiego i być nie może. A więc cieszmy się!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, marca 18, 2007

Polityczna pornografia PiS'u

Jeśli coś naprawdę zacznie się robić w sprawie ścigania za samo POSIADANIE pornografii, to z umiarkowanego (po historii z TW Beatą i wszystkim co się aż do dzisiaj wydarzyło), ale wciąż zwolennika PiS'u, stanę się jego zaciekłym wrogiem. Dlaczego? Mógłbym zacząć od przypomnienia amerykańskiej (a zresztą dlaczego tylko amerykańskiej, skoro była i w Szwecji?) prohibicji na alkohol. Mógłbym też mówić o ewidentnych trudnościach z samym zdefiniowaniem terminu "pornografia", o ogromnych trudnościach z jej ściganiem, o ośmieszaniu się władzy ścigającej a potem oskarżającej w sądzie ludzi za to, że...

Ach, już słyszę te grzmiące zarówno świętym oburzeniem, jak i subtelnym znawstwem zagadnienia przemowy oskarżycieli i sędziów. Przyznam, że sam za stenogramy z takich rozpraw oddałbym chyba i z pół roku płatnego członkostwa w AnalDestruction.com czy RocosWorld.com.

Byłby to niewątpliwie ważki argument, ja mam jednak argumenty znacznie bardziej pryncypialne. Oto one w ogromnym skrócie...

Zachodni świat od 200 lat żyje (z niewielkimi przerwami) we władzy pieniądza, kapitału. I mimo wszystkich idiotyczno-optymistycznych mitów i książeczek jak-sobie-pomóc-w-życiu (których sam mam zresztą nieco na sumieniu), nie oznacza to bynajmniej, że KAŻDY MOŻE Z stać się PUCYBUTA MILIONEREM, tylko że bogaty i synek bogatego mogą niemal wszystko, zaś biedak prawie nic, jeśli nie liczyć duszoszczipatielnych i w zamierzeniu podnoszących na duchu historyjek, którymi się go karmi. Historyjek przede wszystkim właśnie o "demokracji" i "osobistej wolności", choć także i o milionerze i pucybucie.

Tak jest i nic nie wskazuje, by to się miało w przewidywalnej przyszłości zmienić, chyba trudno się z tym nie zgodzić. No i teraz... jedną z bardzo niewielu rzeczy, które zwykły człowiek otrzymuje w zamian jest opowieść o tym, że wszędzie w tym naszym nowoczesnym, liberalnym (użyjmy w końcu tego słowa) panuje wolność osobista, że stanowi ona samą esencję tego systemu, w którym przyszło nam żyć. W praktyce ta wolność jest oczywiście z każdej strony ograniczana, a w dużym stopniu po prostu fałszowana od samego początku, mimo wszystko jednak stanowi oficjalny fundament tej liberalnej religii ("doktryny realnego liberalizmu", jak ja to określam).

Działa to trochę tak, jak działała konstytucja PRL, która mimo wszystko - mimo tego, że była praktycznie wyłącznie fikcją - dawała jakieś "legalne" oparcie opozycji. Tak samo dotąd wciąż jeszcze kiedy władza - przede wszystkim władza kapitału, czyli np. wobec biednej Polski... wiadomo jakich sił i jakich państw - gwałci czyjąś wolność osobistą, jakoś musi się z tego tłumaczyć, snuć jakieś dziwne opowieści, co jednak nieco jej utrudnia. Niby dzisiaj już tego robić nie musi, ale wciąż wydaje się, iż jakoś się do tego poczuwa. I w tym nasza, czyli zwykłych porządnych ludzi, siła - tyle, ile w ogóle jej jeszcze mamy.

Wolność osobista i demokracja, choć w dużej mierze pozorne, stanowią ostatnie bastiony chroniące nas wszystkich przed nieskrępowaną ideologiczną dyktaturą lewaków, geszefciarzy i nawiedzonych masonów. Żeby z niej można było w jakikolwiek nie gwałcący podstawowych zasad etycznych sposób zrezygnować - jako z podstawy ideologicznej, trzeba by mieć jakiś inny solidny i akceptowany przez wielu fundament.

No, a jakiż to fundament, inny od realnego liberalizmu w minimalnie tylko mniej różowej wersji, ma PiS? Albo jakakolwiek realnie istniejąca obecnie w Polsce siła polityczna? To wszystko co te siły reprezentują, stanowi jedynie drobne warianty na ten sam liberalny temat. Takie ruchy, partie, siły nie mają po prostu cienia moralnego prawa pakować się ludziom w ich prywatne życie! Zaś oglądanie czy nieoglądanie w prywatnym mieszkaniu pornografii JEST bez żadnej wątpliwości sprawą prywatną danej osoby!

Już kwestia pedofililskich materiałów była b. wątpliwa, choć nikt nie miał odwagi w tej sprawie protestować. Pornografia natomiast nie jest absolutnie sprawą państwa. Jeśli Kościół chce ją zwalczać, to niech zwalcza - kazaniami, odmową pochówku, wszystkimi normalnymi metodami. Ale jakoś mało kto tymi kościelnymi naukami się przejmuje, natomiast mamy abp. Wielgusa i zgraję agentów, z których część musiała z pewnością łamać tajemnicę spowiedzi, nie ma sposoby, żeby takich nie było!

To, czy ja oglądam "świerszczyki", czy też nie oglądam, to całkiem moja prywatna sprawa, na pewno ani państwa ani PiSu! Ksiądz może mi za to nie dać rozgrzeszenia, jego prawo, ale to całkiem co innego.

Jeśli się czyni niewinną dziewicę z TW Beaty, jeśli się liże dupę Niemcom, Żydom, Brukseli, jeśli się nie ma odwagi rozpędzić zgraji nadrzewnych hunwejbinów ani pociągnąć za konsekwencje różnych Geremków i reszty piątej kolumny, to nie ma co się brać za pozbawianie normalnych ludzi resztek ich osobistej wolności. Proszę o dobry przykład, proszę o odnowienie wiary i religijności, ale won od moim prywatnych spraw i tego, co sobie czytam albo oglądam!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, marca 15, 2007

Wszyscy jesteśmy bolszewikami

Na Forum Frondy ktoś ostatnio od niechcenia, ale chyba z pełnym przekonaniem, wyraził opinię, iż "wszyscy jesteśmy liberałami". Zaprotestowałem, że nie wszyscy, bo ja z pewnością nie. Wtedy zaczęto mnie pouczać, że przecież "nie być liberałem oznaczałoby, iż jest się przeciw obywatelskim wolnościom, bo wolność to przecież właśnie libertas".

Przekonania tego typu muszą być dość powszechne, pozwolę więc sobie sprawę wyjaśnić tak, jak ja ją rozumiem. Otóż związek "liberalizmu" z "wolnością" czyli "libertas" jest czysto werbalny. Żadna równość "liberalizm = wolność" nie może być traktowana poważnie, bo po prostu nic nie oznacza. Najgłupszą i naobrzydliwszą doktrynę można sobie nazwać dowolnie uroczym i wzniosłym określeniem, a mając odpowiednie środki propagandowe, można to miano powszechnie wylasnować. I co z tego miałoby wyniknąć?

Liberalizm rozpoczyna się od dwóch tekstów Johna Locke napisanych pod koniec XVII w. Co więcej były to teksty nie jakoś specjalnie głębokie, a po prostu pubicystyczne pamflety (żeby nie powiedzieć propagandowe). "Libertas" zaś w znaczeniu wolności obywatelskich istnieje dobrze ponad 2 tysiące lat.

Cóż to jest zatem "liberalizm", skoro nie jest to po prostu "wolność"? Jest to doktryna społeczna, inaczej mówiąc ideologia, której fundamenctem jest założenie, iż wszelkie międzyludzkie stosunki opierają się na zasadach analogicznych do tzw. "wolnego rynku" (lub nawet z nim tożsamych). Czyli praktycznie jedynie na wyborze opartym o świadomy rachunek zysków i strat, przyjemności i przykrości. Sam Locke zawarł w swej doktrynie kilka własnych idiosynkrazji i rzeczy, które głosiło jego własne polityczne stronnictwo (angielscy whigowie wspierający nową dynastię), najcharakterystyczniejszą z których jest "święte prawo własności". Locke miał na ten temat jakiś fetysz - sam Bóg, jak wynika z wielu fragmentów jego pism, był dla niego przede wszystkim właśnie strażnikiem prawa własności.

Niedługo potem liberalizm stał się czymś w rodzaju oficjalnej doktryny oświecenia. Niezwykle dobrze zresztą pasował do mechanistycznego, choć często podlanego mętnym deizmem, sposobu rozumienia świata uprawianego przez oświeceniowych mędrków.

Ponieważ w zetknięciu z realnym światem zasadnicze założenie liberalizmu raz po raz okazuje się fałszywe, a często nawet absurdalne, zaczęto doń dość arbitralnie włączać różne inne koncepty i idee, mające uczynić liberalną ideologię czymś, co daje się zaakceptować poza czysto kawiarnianymi dyskusjami czy polityczną propagandą. Najważniejszym z tych dodatków było - i jest do dzisiaj - wzięte od Jana-Jakuba Rousseau przekonanie, że "wszyscy ludzie są z natury dobrzy".

Nie muszę chyba wyjaśniać, że przekonanie to nie opiera się na zadnych konkretnych dowodach (nie mówiąc już o tym, że jest sprzeczne z nauką KK). Mimo swych braków bardzo się jednak ten dodatek liberałom przydaje - dzięki niemu liberalizm nie jest już powszechnie widziany, jako skrajnie redukcjonistyczna ideologia, twór oderwanych od życia mózgowców próbujących wcisnąć realny świat w swoje wydumane i ciasne poglądy, tylko jako coś szerokiego, eklektycznego w dobrym znaczeniu, po prostu "ucieleśnienie zdrowego rozsądku". Nie muszę jednak chyba nikomu poważnie traktującemu reliigię wyjaśniać, jak prymitywny, jak utylitarystyczny, jak fałszywy wreszcie jest ten liberalny "Bóg", który ma pomagać na wszystko, co nie pasuje do ideału, ale który nie ma prawa niczego sam wymagać i którego usuwa się bez cienia wstydu na strych, kiedy nie jest potrzebny.

Co do przekonania, iż "ludzie z natury są dobrzy", zwrócę tu uwagę, że jednak w przekonanu rasowego liberała ludzie stają się złymi demonami, kiedy tylko otrzymują jakąkolwiek władzę. Do dziś (czyli po czterystu latach istnienia liberalizmu) nie ma do żadnego racjonalnego wytłumaczenia - poza płaskim i durnym aforyzmem Lorda Actona, faceta nudnego zresztą jak flaki z olejem - ale jest to jeden z fundamentów liberalnej religii (tak - religii - powiedzmy sobie to wreszcie!).

Nie wdając się tutaj z braku miejsca w streszczanie całej historii liberalnej myśli, powiem tylko jeszcze, że inni myśliciele dodawali do pierwotnego liberalizmu różne własne modyfikacje i uzupełnienia, skutkiem czego stawał on się częstokroć trudny do rozpoznania dla niewprawnego oka. Jednak od gloryfikacji prawa dżungli przez Herberta Spencera, po mętną miłość człowieka zbliżającą się zdecydowanie do dzisiejszej socjaldemokracji w jej akademickim zachodnim wydaniu, jest to cały czas liberalizm, ze swą tendencją do atomizacji społeczeństwa, z odrzucaniem wszelkich nie do końca racjonalnych (i rozwodnionej dzisiaj panującej wersji liberalizmu nie całkiem prospołecznych) motywów i tendencji, z utopijną wiarą, iż kiedy liberalizm zapanuje na całym świecie, skończą się wojny, bieda, nieszczęścia, a zacznie ziemski raj.

Jeśli ktoś nie wierzy mym ostatnim słowom, to niech przeczyta kilka stron z proroka "nowoczesnego liberalizmu" von Misesa. Jestem całkowicie pewien, iż większość ludzi powołujących się na niego z wiarą i zapałem zaczerwieniłoby się ze wstydu, gdyby naprawdę wiedziało co jest w pismach tego pana. (Nie ma tam po prostu absolutnie nic, W każdym razie nic poza coś, co móglby mówić najmętniejszy kochający ludzkość socjaldemokrata, plus oczywiście spora ilość peanów do wolnego rynku, który to rynek ma te wszystkie socjaldemokratyczne ideał zrealizować.)

No dobra, na razie zacznę kończyć, bo długi już się zrobił ten tekst, choć Deo volente napiszę jeszcze sporo o liberaliźmie i nie będą do rzeczy przesadnie dlań pochlebne. Więc jeszcze tylko taka oto sprawa...

Jeśli prawdą jest, że "wszyscy jesteśmy liberałami" - ponieważ "wszyscy kochamy wolność", to prawdą też jest, ponieważ "wszyscy chcemy czegoś więcej, iż "WSZYSCY JESTEśMY BOLSZEWIKAMI". (Bo przecież "bolszewik" to taki, który chce więcej - od rosyjskiego "bolszie" czyli "więcej".)

Czego sobie i Państwu gorąco życzę.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, marca 11, 2007

Jak było w PRL - kwas adypinowy

Zadziała wsadzenie tu video? Dobrze by było, bo to prześliczny kawałek prlu:



triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, marca 10, 2007

Ojciec tradycyjny i ojciec prawdziwie europejski

Jednym z najważniejszych i najtrudniejszych zadań każdego ojca było od zawsze, gdy potomek wchodzi już w ten dziwny wiek, kiedy to dzieciństwo traci swą szlachetną nazwę, zaczaić się, by znienacka, głosem (jak to się pięknie kiedyś mówiło) "nabolałym troską" wygłosić retoryczne pytanie brzmiące z grubsza tak: "Wiesz dziecię, jak to jest u motylków, kiedy się kochają?"

Tak było dotąd, bo teraz tolerancyjny i przesiąknięty europejskimi wartościami (fanfary, werble, chóry starców zawodzą) ojciec mówi tak oto: "Wiesz dziecię, jak to jest u Biedroniów, kiedy się kochają?"

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, marca 05, 2007

Zdjątka z manify

Oto moje najukochańsze zdjęcie z wczorajszej proaborcyjnej "manify" w Warszawie. Dla mnie to czyste arcydzieło ideologicznego marketingu, zachęcam więc do jego propagowania. (Może by zresztą warto by było wyprodukować koszulki z tą panią?)

A zatem (werble, fanfary, chóry starców zawodzą, białoodziane dziewice sypią płatki róż)... Przedstawiam Państwu... "Kobietę po aborcji":



Nieuświadomionych uświadamiam, że kliknięcie spowoduje, iż zdjątko się powiększy, nabierając przez to JESZCZE WIĘCEJ czaru i uroku. A więc CLICK! (Dwa pozostałe też mają zresztą tę samą zadziwiającą właściwość.)

No to może jeszcze niezawodny tow. Homo Biedroń, który też tam oczywiście był i manifował:



Zdjątko poniżej też jest prześliczne. Sama mamusia nawet nie taka brzydka (prawda?), choć jak powiada Mędrzec: "Niewiasta piękna a głupia jest jako złoty kolec w pysku świni". I coś w tej Mędrca obserwacji z pewnością jest z prawdy. Nawiasem mówiąc, autor zdjęcia opowiada na Forum Frondy, że mamusia była trudna do sfotografowania, bo bardzo się starała tego uniknąć. Tym większy sukces łowcy. Oto więc (werble, fanfary, chóry starców zawodzą, białoodziane dziewice sypią płatki róż)... Mamusia, pysk, świnia, kolec i niczemu niewinne dziecko:



Wszystkie te zdjęcia pochodzą stąd: http://www.prawy.pl/?dz=galeria&cat=196&id=1448

Dobra robota, brawo i dzięki!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, marca 02, 2007

Powrót na zewnętrzną ścianę wychodka

MacLuhanie wygrałeś! Medium naprawdę jest przekazem i "prawicowy blog", czy "prawicowe forum internetowe" to niemal sprzeczność logiczna. Oczywiście, można przygważdżać poszczególne głupoty tow. Paradowskiej i cieszyć się z tego na całą sieć, można punktować manipulacje red. Lisa. Ba - w przypływie odwagi można nawet powiedzieć złośliwostkę pod adresem brukselskiej eurobiurokracji. (Oczywiście pod warunkiem, że zrównoważy się to odpowiednią ilością modlitewnych zaklęć na temat konieczności minimalizowania własnego państwa i obelg wobec tych rodaków, którym się gorzej powiodło.)

Po półtora roku, podczas którego starałem się intensywnie uczestniczyć w prawicowej debacie, stało się dla mnie jasne to, co powinienem był właściwie wiedzieć od samego początku: wszelka wartościowa wspólnota powstaje całkiem inaczej, niż w internecie; poglądy - takie, które mogłyby prowadzić do istotnych zmian w realnym świecie - przekazuje się całkiem inaczej, niż na forach i blogach... Przynajmniej tak jest w przypadku poglądów idących całkowicie "pod prąd" historii, wedle wszelkich danych skazanych już przez nią na śmierć - czyli poglądów prawicowych.

Nie, nie jestem historycznym deterministą, to jest znacznie bardziej skomplikowane, ale rzeczywiście uważam, że cywilizacje są pewnego rodzaju organizmami, które wzrastają, rozwijają się, potem zaś dochodzą do apogeum swego rozkwitu, by zacząć stopniowo chylić się do upadku. Nie mam skłonności do przyjmowania cudzych poglądów, to chyba zauważył każdy, kto ze mną próbował polemizować, moja przedziwna odporność na nauki W*lkigo G*ru R*lnej P*lityki też napsuły zdaje się wielu ludziom wiele krwi, ale poglądy Oswalda Spenglera na te sprawy naprawdę uważam za niewiarygodnie przenikliwe i co dzień obserwuję, że się potwierdzają.

Tak, jak wzrost świadomości religijnej ludzi świeckich doprowadził prostą drogą do protestantyzmu, tak samo to, co określa się chętnie mianem "wolna debata" czy "wolny przepływ idei" prowadzi prostą drogą do lewactwa. Czyli do czynnika najgruntowniej niszczącego naszą zachodnią cywilizację, lub raczej to, co jeszcze z niej zostało. Najgruntowniej spośród czynników ideowych i psychologicznych, bo w tym samym kierunku działa przecież już od dawna każdy praktycznie element postępu technologicznego czy organizacyjnego. Słuszna jest bowiem, jak większość jego obserwacji, obserwacja Edmunda Burke'a, iż każda radykalna zmiana sama z siebie niszczy tkankę społeczną, choćby przez to, iż niszczy autorytet starszych, zaś młodym i radzącym sobie w nowych warunkach daje złudne poczucie własnej mądrości.

Blogi, po prostu ze swej natury, nie są i nigdy nie będą w pełni prawicowe: na jeden blog próbujący zrobić coś, co uważam za pożyteczne, przypadają setki blogów ewidentnie lewackich, i te są bez porównania skuteczniejsze - po prostu dlatego, że jazgot, bezsensowne ględzenie, ekshibicjonizm i histeria są par excellence lewicowe. To nie żadna "wolna debata", powtarzam, stanowi o triumfie słusznych idei, tylko wola, rozum i, niestety, także, a nawet chyba przede wszsytkim, to, czy są akurat na czasie. Zaś idee prawicowe ewidentnie na czasie nie są.

Spotkałem przez ten czas sporo inteligentnych, wykształconych i obiektywnie sensownych ludzi, a jednak "debata" niemal nigdy nie odrywała się od ziemi. Nie mówiąc już o tym, że debata to dopiero pierwszy mały kroczek, ponieważ żadna debata sama przez się nic nie zmieni i lewactwo zje nas w kaszy, po prostu robiąc to, co robi.

Wracając do "debaty": jedni chcieliby naprawdę coś sensownego zrobić i mają zdrowe poglądy, ale są to ludzie ciężko zapracowani, nie mający czasu ani przekonania do ideologicznego filozofowania. Świetnie tych akurat ludzi rozumiem. Inni mają już gotowe rozwiązanie, przeważnie ultra-liberalne, i dyskusja interesuje ich o tyle, o ile będą mogli swoje mantry powtarzać, a ktoś będzie tego słuchał lub udawał, że słucha. Tych ludzi, a jest ich dziwnie sporo, całkiem nie interesuje, czy "małe państwo" nie oznacza "DUUUUUŻA I POTĘĘĘĘŻŻŻNA BRUKSELSKA BIUROKRACJA" plus "IV Rzesza". Na uroki i rozkosze myślenia, tak wychwalanego choćby przez słynnego liberała Johna Stuarta Milla, ci liberałowie wydają się być absolutnie odporni.

Jest też sporo takich, którzy po prostu chcą sobie podyskutować. Dziwne, ale często są to rzeczywiście b. inteligentni i posiadający autentyczną erudycję ludzie, którzy jednak ewidentnie nie dążą do zmiany czegokolwiek w realnym świecie, nie mówiąc już o odwróceniu czy zatrzymaniu historycznego trendu wiodącego nas (moim zdaniem skutecznie, a w każdym razie bardzo się starając) do Nowej Utopii, przy której niedawno przez niektórych przeżyty Realny Socjalizm będzie zaiste miłym wspomnieniem. Ci ludzie chcą się popisać swą wiedzą, swą zdolnością rozczepienia każdego włosa na 17 części, znalezieniu luki w każdym argumencie... W porządku, może to także ma jakiś sens, nieważne, że mnie trudno go dostrzec. W porządku, może ego tych panów naprawdę rozkwita w ogniu takich błyskotliwych dyskusji... Na prawicowym z założenia forum, w sytuacji tak ponurej i niebezpiecznej, jak obecna, w kategoriach obiektywnych, ci panowie są całkiem po prostu TROLLAMI.

Są też na takich gremiach oczywiście "zwykłe" trolle na niższym intelektualnym poziomie, plus ewidentny lewacki desant... Tyle, że narzekanie na oczywistych wrogów nie ma wiele sensu i jest po prostu żałosne, więc tego wątku nie rozwinę.

Wracając do "naszych"... Najzabawniejsi są w moich oczach ludzie, dla których prawicowe poglądy zaczynają się od postulatu, by palić na stosie za samo poddawanie w wątpliwość faktu, że dotknięcie króla (bo ma być i król, a jakże!) leczy skrofuły. Każdy mniej radykalny pogląd jest dla tych ludzi "jakobinizmem", czyli paskudną anatemą. Poniekąd zabawne jak cholera, ale jednak smutne w sytuacji, gdy potrzebne byłyby energiczne i sensowne zbiorowe działania, a tu zamiast tego mamy takie coś...

Są też ludzie, którzy odwracanie historycznych trendów rozpoczynają od wyboru skarbnika - nie troszcząc się tym, że ani żadnego "skarbu", ani ludzi, ani celu ani w ogóle nic tak naprawdę nie ma, ani tu, ani na horyzoncie, ani nigdzie.

Można by było jeszcze ten temat rozwijać i rozwijać, ale byłoby to śmieszne, skoro piszę to właśnie po to, by odtrąbić własny odwrót od "polityki", "debaty", "publicystyki" i "edukowania" innych na temat "prawdziwej" prawicowości. Tak się tego po prostu nie da zrobić i nie dało by się zapewne nawet, gdybym był drugim Stanisławem Michalkiewiczem. Medium jest przekazem i tyle.

Daję sobie spokój z polityką, bo nic w tej sprawie i tak nie zrobię. Pewnie, że mógłbym się sprężyć, opanować temperament i liczne antypatie, po to by móc uczestniczyć w bardzo inteligentnej i niemal wersalskiej konwersacji z użyciem pewnych popularnych w niektórych niszach słów kluczowych - tylko po co?

Te kilka lat, które mi pozostały z życia spędzę sobie bez TVN24 - zapewne też bez paru napradę interesuących i szczerze prawicowych blogów, stronek, pisemek - jednak wyznam szczerze, że Machault, Josquin, Monteverdi, bracia Limbourg bardziej mnie cieszą i wydają mi się bardziej odpowiedni dla faceta o moich poglądach. Bez obrazy dla autorów tych wszystkich znakomitych blogów, stronek i pisemek - oni robią świetną robotę, ale medium wicie rozumicie. No i czasy same w sobie.

Wracając do mych planów na jesień życia... Jeśli zapragnę wysilić korę, by zrozumieć czas, w którym żyję, to postudiuję sobie Spenglera, podleję go Diltheyem, cofnę się do kogoś jeszcze znacznie starszego, jak Augustyn czy Św. Tomasz... Jeśli zapragnę się zanurzyć w nowoczesności, to będą mi musieli wystarczyć The Pogues, Dwight Yoakam, Amália i włoskie wzrornictwo.

Zastanawiam się nad kliknięciem na odpowiedni link i zlikwidowaniem tego bloga-niebloga. Przychylam się jednak do tego, by pozostawić go w sieci, w charakterze takim, jaki był zaplanowany od samego początku. Miał to bowiem być nie żaden prawdziwy blog, tylko coś w rodzaju prywatnej tablicy ogłoszeń - deski powieszonej na marnie oświetlonej klatce schodowej koło drzwi do własnego mieszkania (chciałem napisac "tuż obok", ale naprawdę nie wiem, jak się to "tuż" pisze), na której wywieszałoby się wszelkie własne twory pisarsko-intelektualne - po prostu po to, by nie było to pisanie "do szuflady". Bo do szulfady to dno, więc jeśli to coś nie jest zbyt osobiste ani zbyt pornograficzne, to powinno być, chociaż całkiem teoretycznie, wystawione na ogląd i krytykę ogółu.

Deska na ścianie klatki schodowej, albo na zewnętrznej ścianie wychodka - jeśli mówimy o środowisku wiejskim. Takiej sławojki, drzewianej, jak zapewne mówią redaktorzy Gazety Wyborczej (bo tak mówiono w przedwojennych szmoncesach, stąd się domyślam). Wiejskie jest z natury konserwatywne, a zatem...

Lewactwo mogłoby poniekąd zaliczyć sobie pewien triumf, ale nie sądzę, bo lewactwo nawet się nie dowie. Polska prawica się nie przejmie, skoro nie przejmowała się mymi żałosnymi wysiłkami dotąd, to niby dlaczego by miała teraz? Nic się nie zmieni, po prostu dotrzemy tam, gdzie dotrzeć jest nam przeznaczone, tam, gdzie podążamy.

Jedyną sensowną działalność "pod prąd dziejów" robi dzisiaj w Polsce PiS (sorry wszyscy czciciele "małego państwa" i proeuropejskie cieniasy!), malutki kawałeczek na prawo od niego znajdują się "jednodniowe badania w Tworkach" (takie mamy czasy i już nawet "prawica" nie dostrzega w tym nic specjalnego, a w każdym razie nic nie zamierza robić), idziemy do "Europy" i za 20 lat nasze dzieci nawet nie uwierzą, że kiedyś mogło być tak "faszystowsko" i tyle "nietolerancji", jak my mamy dzisiaj. Jeśli nie mamy zamiaru tego radykalnie, nie szczędząć środków i poświęceń, zmieniać, to po co się wygłupiać z "pawicowością"? Nie dość, że to bez sensu, to w sumie jeszcze przeszkadza tym, którzy coś robią. Tym zdeterminowanym niedobitkom, których powinniśmy szanować i podziwiać, skoro sami tak nie potrafimy. Zamiast, w tradycji "Szkła Kontaktowego" - tej zaiste super-prawicowej audycji - przerzucać się na ich temat beznadziejnymi, za uszy ciągniętymi dowcipasami i krytyką godną stada wałachów w stadzie ogierów.

A co do tego blogu, to wycowuję się ze wszelkich zobowiązań - danych explicite czy tylko zasugerowanych świadomie lub nie - umieszczania tu nowych tekstów i idiosynkrazji. Coś pewnie się tu kiedyś pojawi Deo volente, ale kiedy i co, nie mam pojęcia. Kto ma do mnie linki, może je usunąć, naprawdę już mi na popularności nie zależy. (Tylko, że oni nie mają się nawet jak tego dowiedzieć, wot zagwozdka!)

Niniejszym ogłaszam (komu? komu?), że Marks i MacLuhan wygrali, a mój "prawicowy blog", w wyniku obiektywnych historycznych procesów, stał się znowu ŚCIANĄ od WYCHODKA.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo. Ta, fajnie by było! ;-)