niedziela, maja 23, 2010

"Blue Moon of Kentucky" w dwóch odsłonach

Najpierw wersja autorska - wielki Bill Monroe, "ojciec muzyki bluegrass". Śpiewa i gra na mandolinie.



Teraz zaś równie znakomita, i całkiem od oryginału inna, wersja Elvisa Presleya z roku '54. Tu nawet takt został całkowicie zmieniony. Nagranie z roku '54, czyli z jego pierwszych, najlepszych lat - kiedy to co Presley robił, to było najczystsze Rock-a-Billy (przodek Rock-and-Rolla, ale właściwie jeszcze należący do obrzeży muzyki Country). A czasami nawet po prostu czyste Country. Na tych dwóch pierwszych płytach dla wytwórni "Sun" z Elvisem grali naprawdę wyjątkowo utalentowani gitarzyści - tutaj Scotty Moore.

(To nagranie w końcu poszło się kochać, ale może da się jeszcze znaleźć na YT.)



Swoją drogą, choć naprawdę bardzo cenię i lubię czarną amerykańską muzykę (choć absolutnie nie wszystko, bo np. Tamla Motown raczej nie, rap mnie, z małymi wyjątkami, odrzuca), to opowieści o tym, jak to Elvis imitował i "okradał" czarnych wykonawców Rhythm-and-Bluesa, wydają mi się raczej śmieszne. Co w tym nagraniu jest takiego specyficznie czarnego, że spytam?

Oczywiście czarna muzyka miała dość poważny wpływ i na Country, nieliczni Czarni bywali sławnymi wykonawcami tej muzyki, ale nie o to teraz chodzi, tylko o jakieś ew. bezpośrednie wpływy Rhythm-and-Bluesa na wczesnego (czyli najlepszego) Elvisa. Że go fascynowało, że go chciwie słuchał - wierzę bez problemu. Że miałby imitować - bzdura! (I nie mówię tego jako jakiś zwariowany wielbiciel Elvisa, z tych co go raz na miesiąc spotykają - jak nie w lokalnym spożywczym, to na stacji benzynowej. Po prostu kocham te jego nagrania z pierwszych lat, plus b. lubię sporo innych, późniejszych.)

Dla mnie (a znam się na tym nieco) to co tu słyszymy to Rock-a-Billy - po prostu, a Rock-a-Billy to była "biała" muzyka. Niewiele tu zmienia wspaniały skądinąd Chuck Berry, który zresztą, z tego co wiem, wychował się w całkiem "białym" środowisku. Nie zmienia tego też fakt, że pierwszym nagraniem Elvisa (dokonanym prywatnie dla matki na urodziny), które na niego zwróciło uwagę, było "That's All Right Mama", czarnego bluesmana (i chyba wykonawcy jednego przeboju, bo mam jego płytę i tam jest niemal tylko ten utwór w wielu wersjach i z różnymi tytułami) Arthura "Big Boy" Crudupa.

To też nie jest żaden czarny blues, ani jego imitacja, tylko znowu Rock-a-Billy, co z tego, że, jak wiele amerykańskich popularnych utworów (a tym bardziej już rock-and-rollowych) na bluesowym schemacie. (Dwunastotaktowym przeważnie, choć bywa np. ośmiotaktowy - jak w wielkim wczesnym przeboju Elvisa "Jailhouse Rock".)

Trudno jednak rozmawiać o muzyce, choćby popularnej, z ludźmi, którzy nie dostrzegają, że w taki na przykład Ray Charles, choć niewątpliwie czarny (i momentalnie jako czarny wokalista rozpoznawalny), był w sumie jednak bliższy muzyce Country, niż Rhythm-and-Bluesowi. Nie mówiąc już o tym, żenagrywał p yty z wykonawcami Country, a wiele jego największych przebojów to po prostu piosenki Contry. (Choćby "Take These Chains from My Heart", ale nawet i przesławne "Hit the Road Jack" to dzieło człowieka od Country.)

Naprawdę nie żeby mi to osobiście robiło jakąś wielką różnicę, ale prawda jest prawdą, a Rock-a-Billy dzisiaj w ogóle prawie nikt nie zna i nie potrafi rozpoznać, choć moim zdaniem (skoro już wszyscy nie chcą słuchać Monteverdiego i podobnie ambitnych rzeczy) warto. (A niektórzy zresztą całkiem udatnie to jeszcze i dzisiaj grają - np. Brian Setzer i jego Stray Cats.)

triarius
---------------------------------------------------  
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

2 komentarze:

  1. proponuję polski, nieistniejący już, zespół "partia" sobie wygooglać i podciągnąć (płyty to oni raczej już nie wydadzą, i tak je zresztą było trudno dostać ;>), to jest jedyny znany mi przykład polskiego rockabilly - chociaż oczywiście "za nowe" na czysty dźwięk honky tonków (sporo w tym punku i ska już jednak słychać), to jednak bardzo sympatyczne :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Polecam James Wood, i jego antologia "Banjology". Kupiłem łonego roku w Atlancie od samego banjologa.
    Najprawdziwszy Bluegrass.

    Cymes!!

    OdpowiedzUsuń