piątek, lipca 27, 2007

Dwa hipopotamizmy czy jednak jeden? (część 1)

Wszystko na ziemi ma swą przyczynę i jeśli dwie całkiem różne rzeczy mają tę samą nazwę, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że łączy je coś więcej, niż tylko nazwa. Weźmy na przykład taki hipopotamizm. Istnieją dwa jego rodzaje, których zwolennicy nienawidzą się nawzajem z całego serca, odmawiając sobie poza tym (co nie jest aż trudne do zrozumienia) prawa do posługiwania się tą nazwą. Jeden rodzaj hipopotamizmu - nie powiem "jeden odłam", bo to by od razu zakładało, iż są to dwa aspekty tego samego zjawiska, a to przecież mam dopiero wykazać - występuje w Sporym Kraju Mbumbwa Hen Za Wodą i jest zasadniczo tym samym, co w innych rejonach globu nazywane jest hienozoofilizmem.

Ten drugi rodzaj jest czymś całkiem innym. Czymś diametralnie innym nawet. Po prostu zaprzeczeniem tego pierwszego we wszystkich praktycznie aspektach. I to jest, nawiasem mówiąc, wszystko, co o tym drugim rodzaju hipopotamizmu wiadomo. Ponieważ, wypowiedzmy w końcu tę bolesną prawdę... O ile ten pierwszy hipopotamizm rzeczywiście w przyrodzie istnieje, i to masowo, o tyle ten drugi nie do końca. To znaczy w zasadzie istnieje i co do tego nie może być cienia wątpliwości. W końcu nie ma tygodnia, by niszowa prasa nie doniosła czegoś nowego na jego temat.

A to w mule wyschniętej rzeki widziano odcisk niezidentyfikowanej tylnej łapy... A to nie mówiący żadnym znanym językiem tubylec pokazywał coś na migi... A to hipopotam sfotografowany z turystycznego stateczku na Nilu miał coś takiego w oczach, coś takiego moi państwo! Tak więc dowody występowania drugiego rodzaju hipopotanizmu są liczne i dobrze udokumentowane, ale należą jednak do nieco innego porządku ontologicznego, niż dowody na istnienie pierwszego rodzaju, z którymi chcąc czy nie chcąć, wszyscy się spotykamy na codzień, nawet bez pomocy niszowych pisemek.

Skoro ustaliliśmy, że hipopotamizm pierwszego rodzaju jest jakby łatwiej dostępny naszym zmysłom, ustalmy sobie może czym też on właściwie jest. Otóż jego zasadniczą tezą jest tak, że wszystkie zwierzęta powinny mieć dobrze, sprawiedliwie, równo, do syta. Chodzi o to, nie bójmy się tego powiedzieć, by wszystkie zwierzęta żyły nie gdzieś w jakichś szemranych lasach, w jakichś nudnych stepach, na jakichś niegościnnych, pełnych za to zdradliwych przepaści, skałach, albo by taplały się w obrzydliwych przecież błotach czy niezbyt (excusez le môt) czystej wodzie... Będąc narażone na liczne nieprzyjemności i - co jeszcze potworniejsze! - same nabierając w ich wyniku różnych niemiłych cech. O nie! Tego przecież nikt z nas nie chce, zgoda!

Zwierzęta powinny żyć w zoo, bo to jest ich właściwe, naturalne rzec by się chciało, miejsce. W dobrze zorganizowanym zoo. Z wysoko kwalifikowaną i sumienną obsługą, która do żadnej przemocy się nie ucieka, wszystko załatwiając za pomocą tego, co młodzież swego czasu nazywała "truciem dupy", zaś niektórzy mniej wyrobieni nazywają "propagandą i zakłamywaniem rzeczywistości", oraz większą lub mniejszą miską codziennej strawy. Plus, w razie ewidentnej potrzeby, strzelbą z usypiającymi strzałkami. Plus polityką zoofiliczną, w wyniku której zwierzęta lepiej do warunków zoo przystosowane będą żyły dłużej, dłużej będą pozostawać w znośnym stanie, zaś ich potomstwo w ogóle się urodzi i będzie miało warunki do dorastania.

(No a w całkiem ostatecznej ostateczności eutanazją, oczywiście jedynie na wyraźnie i na piśmie zadeklarowane życzenie zainteresowanego.) Czyli humanitaryzm najczystszej wody, czy może raczej najczystszej wody zoofilizmi. To podejście właśnie, mówiąc nawiasem, różni hienozoofilię od zwykłeg hienizmu, gdzie nacisk na unikanie użycia bata i dobrowolność wyrażonej zgody nie są aż tak skrupulatnie przestrzegane, przynajmniej do chwili, gdy hienizm zapanuje już na całym globie na dobre, zaś wszystkie zwierzęta staną się idealnymi lokatorami ogrodów zoologicznych i w swych pragnieniach przynajmniej, jeśli już nie da się tego w pełni zrealizować, hienami.

Co właśnie jest celem nurtu ideowego znanego pod nazwą hienozoofilizmu, a także jego bardziej egzotycznej - jednak tylko czysto geograficznie - odmiany o której na razie mówimy. Czyli hipopotamizmu pierwszego rodzaju. Takie naprawdę dobrze zorganizowane ogrody zoologiczne istnieją już w pewnych niewielkich izolowanych enklawach afrykańskiego kontynentu, każdy chyba wie, o jakie regiony Czarnego Lądu może chodzić. Oczywiście nawet i tam ideału jeszcze nie osiągnięto, można nawet powiedzieć, że do ideału jest jeszcze bardzo daleko.

I tu właśnie dochodzimy... Ale sza! Nie możemy jeszcze frontalnie zaatakować nabrzmiałej do granic cenzuralności kwestii widzenia postępu przez obie wersje hipopotamizmu, ponieważ nic przecież na razie nie wiemy o ideologii tej drugiej wersji. A więc, chwyćmy się teraz za bary z tym ambitnym tematem!

koniec odcinka 1

Dalszy ciąg tutaj.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz