poniedziałek, kwietnia 07, 2008

Nieco synchronii, nieco schyłku, nieco Spenglera...

Koneczny jest faktycznie niezły, ale - sorry Artur! - sławną książkę Oswalda Spenglera nadal z pełnym przekonaniem uważam za szczytowe osiągnięcie intelektualne naszej cywilizacji i za taki akt samowiedzy, jakiego najprawdopodobniej nigdy nie było i nie będzie w ludzkiej historii. Tym bardziej symptomatyczny jest dla mnie fakt, iż w roku 1918 można było coś takiego wydać, a już w kilkadziesiąt lat później dzieło to jest przemilczane, niezrozumiane, zakłamane, cynicznie kastrowane...

Podczas gdy - czego się zresztą można było spodziewać, jeśli się na przykład zna tę właśnie książkę - dzieła o podobnej choćby głębi i przenikliwości nie tylko się już nie pojawiają, ale poziom intelektualnej debaty zdaje się z roku na rok spadać. Zaś sama "wolność słowa" - tak wciąż zajadle opiewana, jako podstawa wszystkiego co "demokratyczne", wzniosłe i postępowe, zanika w tempie, które daje się niemal zaobserwować nieuzbrojonym wzrokiem.

"Zmierzch Zachodu" Oswalda Spenglera to książka bardzo obszerna i naprawdę trudna... (Oczywiście mówię o wersji pełnej i autentycznej, nie o tym skastrowanym kikucie, który się obecnie w Ojropie wydaje, zaznaczając pewne skróty, ale akurat tych najistotniejszych wcale nie, i nie mówiąc, że z tysiąca stron oryginału zrobiono coś koło 250.) Linki do jej pełnego wydania online, zarówno w niemieckim oryginale jak i w angielskim autoryzowanym tłumaczeniu, są na tym blogu, tam po prawej.

Jednak nie każdy potrafi to przeczytać i w pełni zrozumieć, a w każdym razie nie od razu. Dlatego też zdecydowałem się umieścić tutaj pewne dość moim zdaniem interesujące rzeczy z słynnych - i oczywiście wykastrowanych (w sensie USUNIĘTYCH) bez słowa przez obecnych stróżów politycznej poprawności - synchronicznych tabel znajdujących się na końcu pierwszego (z dwóch) tomu tego dzieła. Synchronicznych w tym sensie, że ukazują one odpowiadające sobie okresy, czyli stadia rozwoju (wzgl. schyłku), w różnych Kulturach/Cywilizacjach (to są u Spenglera b. konkretne i specyficzne pojęcia, różnica między którymi jest b. istotna).

W oryginale jest to kilka tabeli, ja przedstawię to w postaci zwykłego tekstu i tylko rzeczy najbardziej dla przeciętnego czytelnika tych moich treści interesujące. Oczywiście ogromnie zachęcam do przestudiowania dzieła Spenglera w całości! A jeśli nie całego dzieła, którego ja też w całości nie znam, to z pewnością książki o schyłku Zachodu.

A zatem, informacje ze słynnych spenglerowskich tabel, które odnoszą się w miarę bezpośrednio do naszej epoki...Polityka i życie społeczne

CYWILIZACJA

Ogół ludu, teraz zasadniczo o miejskim charakterze, roztapia się w pozbawioną formy masę. Megalopole (czyli ogromne miasta) i prowincje. Czwarty stan ("masy"), nieorganiczny, kosmopolityczny.

nasza cywilizacja - lata 1800-2000

XIX w. od Napoleona do I Wojny Światowej - system Wielkich Mocarstw, stałych armii, konstytucji.

XX w. przejście od konstytucji do nieformalnych wpływów jednostek. Wojny na wyniszczenie. Imperializm.

(Zwracam uwagę, że Spengler napisał tę książkę, z której to pochodzi przed rokiem 1918, zaś zmarł w roku 1936.)

teraz dla porównania "analogiczne" epoki w innych cywilizacjach...

egipska

1689 (1788)-1580. Okres Hyksosów. Najniższy upadek. Dyktatury obcych generałów (Chian).

Po 1600 decydujące zwycięstwo władców Teb.

grecko-rzymska ("apollińska" w terminologii Spenglera)

300-100. Polityczny hellenizm. Od Aleksandra do Hannibala i Scypiona królewska wszechmoc. od Cleomenesa II i C. Flaminiusa (220) do C. Mariusza radykalni demagodzy.

chińska

480-230 - okres "Rywalizujących Państw"; 288 - tytuł cesarski; imperialistyczni politycy w państwie Tsin; od 289 włączanie ostatnich państw do Imperium

---------------------------------------------------------------------

nasza cywilizacja 2000-2100

...

grecko-rzymska

Cezar, Tyberiusz

---------------------------------------------------------------------

życie duchowe

"ZIMA"


Oto poszczególne fazy...

a. Materialistyczny światopogląd. Kult nauki, użyteczności i dobrobytu.

Bentham, Comte, Darwin, Spencer (duchowy ojciec Korwina!), Stirner, Marks, Fauerbach

grecko/rzymska: cynicy, ostatni sofiści (Pyrrhon)

islamska: sekty komunistyczne, ateistyczne, epikurejskie w rodzaju "Bractwa Szczerości"

(w istocie u Spenglera cywilizacja islamska nie istnieje, bo jest to dla niego swego rodzaju protestantyzm cywilizacji "magiańskiej", ale tutaj daje się to określenie zastosować)

b. Ideały etyczno-społeczne, epoka "niematematycznej filozofii", sceptycyzm

Schopenhauer, Nietsche, Socjalizm, Anarchizm, Hebbel, Wagner, Ibsen

grecko/rzymska: hellenizm, Epikur, Zenon

c. Wewnętrzne dopełnienie świata form matematycznych, myśl konkludująca (domyślnie: rozwój świata form danej Kultury).

Gauss, Cauchy, Riemann

grecko/rzymska: Euklides, Archimedes

d. Degradacja abstrakcyjnego myślenia do profesjonalnej, akademickiej filozofii. Literatura o typie kompendiów.

Kantyści, "Logicy" i "Psychologowie"

grecko/rzymska: Akademia, perypatetycy, stoicy, epikurejczycy

e. Rozprzestrzenianie się schyłkowego widzenia świata (w kategoriach zrozumiałych jeśli się zna omawianą tu książkę, tego się tutaj krótko nie da niestety wyjaśnić)

Etyczny socjalizm (czyli typowe jedynie dla naszej cywilizacji w jej późnym okresie, przekonanie,że "świat będzie lepszy, jeśli ludzie zaczną wyznawać i praktykować moje poglądy"; oczywiście w tym znaczeniu socjalistami są także np. liberałowie, i w ogóle mało kto nie jest dzisiaj etycznym socjalistą, co zresztą Spengler sam wyraźnie stwierdza)

indyjska: indyjski buddyzm

grecko/rzymska: hellenistyczno-rzymski stoicyzm

islamska: praktyczny fatalizm (po roku 1000)

---------------------------------------------------------------------

SZTUKA, ARCHITEKTURA, RZEMIOSŁO

CYWILIZACJA


Sztuka bez wewnętrznej formy. Wielkomiejska sztuka traktowana jako coś zwyczajnego: luksus, sport, podniecanie nerwów, szybko się zmieniające mody w sztuce (odrodzenia, arbitralne odkrycia, zapożyczenia).

a. "Sztuka nowoczesna". "Problemy sztuki". Próby portretowania lub podniecania wielkomiejskiej świadomości. Transformacja muzyki, architektury i malarstwa w jedynie rzemiosła.

nasza cywilizacja - 1900-2000

(m.in.) impresjonizm, amerykańska architektura

egipska: okres Hyksosów, sztuka zachowana na Krecie (czyli prowincjonalna wersja sztuki egipskiej)

grecko-rzymska: hellenizm, Pergamon (teatralność), style malarskie (werystyczny, dziwaczny, subiektywny), architektura mająca imponować w miastach diadochów

b. Koniec rozwoju form. Bezsensowna, pusta, sztuczna i pretensjonalna architektura i ornamentyka. Imitowanie form archaicznych i egzotycznych motywów

nasza cywilizacja po 2000

...


egipska: sztuka Knossos i Tel Amarny, kolosy Memnona

grecko-rzymska: piętrzenie bez rozróżnienia wszystkich trzech porządków, fora, teatry (Koloseum), łuki triumfalne

islamska: sztuka Seldżuków, sztuka okresu wypraw krzyżowych

c. Finał. Formowanie się stałego repertuaru form. Imperialne monumenty mające działać za pomocą materiału i ogromu. Prowincjonalne rzemiosło

nasza cywilizacja

...

egipska: ogromne budowle w Luksorze, Karnaku i Abydos, drobne figurki, tkaniny, broń

grecko-rzymska: Trajan do Aureliana, gigantyczne fora, kolumnady, łuki triumfalne, rzymska sztuka prowincjonalna

islamska: okres mongolski (od 1250), gigantyczne budynki m.in. w Indiach, orientalne rzemiosło (dywany, broń, sprzęty)


No i to by było na tyle, może ktoś coś z tego zrozumie, może ktoś dojdzie do jakichś interesujących wniosków, może go to zachęci do bliższego zainteresowania się Spenglerem... Naprawdę wiem, że tak spraparowane i wyrwane z kontekstu, te wszystkie dane mogą byś niestrawne, albo prawie. Ale zrobiłem co mogłem. Naprawdę wierzę, że więcej jest sensu w takich próbach, nawet jeśli będą tylko w małej części udane, niż w sileniu się na pisaniu jakichś wielkich własnych rewelacji, jeśli akurat nic naprawdę głębokiego nie przychodzi mi do głowy.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, kwietnia 02, 2008

Czy my się nieco nie oszukujemy kochane ludzie?

Sporo dzisiaj w sieci niezłych tekstów wyrażających różne formy i nasilenia moralnego kaca po tym, czego dokonali demokratycznie wybrani przedstawiciele nas, czyli suwerennego narodu. Niektóre z nich zawierają zaś nawet wątki optymistyczne - mówi się w nich, że Unia nie jest wieczna, że już widać na niej rysy i wszystko tam zgrzyta, a my niedługo rozliczymy zdrajców i wskrzesimy Polskę. I takie tam.

Bardzo to wszystko fajne, a czytanie takich wypowiedzi zawsze mi nieco poprawia humor, który, jak wszyscy w tej chwili, poza kompletną swołoczą i/lub idiotami, mam dzisiaj marny. Jednak czy my się nieco nie oszukujemy tym optymizmem, kochane ludzie? Oto jest pytanie!

Zgoda, Unia nie jest wieczna, zapewne istnieć będzie znacznie krócej, niż większości z nas się wydaje. Tyle że mało kto się zastanawia nad tym, jak realnie będzie wyglądał jej zgon. A więc, stawiam tezę, iż aby się zaczął, potrzebny będzie naprawdę potężny kryzys, przede wszystkim gospodarczy. A wtedy co? Proszę sobie wyobrazić mieszkanie w wielkim mieście bez wywożenia śmieci - choćby przez tydzień. Plus z brakiem prądu, dostaw benzyny do stacji, stojącą komunikacją miejską... Sklepy nie mają żywności na sprzedaż. Rzerzucha z hodowli na balkonie zjedzona w ciągu dwóch dni, potem ew. rodzinny piesek...

Po czym zaczynają się odbywać dantejskie sceny przy śmietnikach, gdzie obywatele mordują drug druga w walce o odpadki. W końcu drug druga zaczyna, początkowo z ociąganiem, zjadać. No i z dnia na dzień nasila się działalność bandytów, plus różnych lewackich bojówek, pedalstwo sobie gwałci i rozlicza się z homofobami... I te rzeczy. Że wspomnę jeszcze działania różnych fałszywych proroków i prowokatorów, którzy się wtedy z całą pewnością uaktywnią. Jednego już wszyscy dobrze znamy - aż przebiera kopytkami do tej wzniosłej chwili, kiedy to wreszcie zaistnieje i wykona swoje zadanie w całej pełni.

Jedyna nadzieja, że może nie dożyje, jeśli Unia jeszcze parę lat pociąnie. Oby pociągnęła! My nie jesteśmy na jej rozkład przygotowani, proszę mi uwierzyć, mimo że to niszczy złoty sen, ale ten pan jest. Więc naprawdę lepiej by to się parę lat odwlekło. Będziemy chociaż mieli czas wyhodować rzerzuchę i kupić sobie większego psa.

W dodatku, kiedy unijna biurokracja i jej przydupasy uwidzą, co sie dzieje - a konkretnie, że mogą stracić władzę, przywileje a nawet gorzej, bo lud zacznie ich być może rozliczać - z całą pewnością będą się starali zaostrzć jeszcze cały kryzys. A możliwości im nie będzie brakować, o nie! Chodzić będzie oczywiście o to, by lud zaczął magna voce błagać o silną władzę. Rzuciłem tylko kilka szkicowych obrazków, ale taki kryzys od którego mogłaby się zawalić Unia, to naprawdę nie są żarty, więc nie mówmy sobie o tym tak lekko. Lepiej zacznijmy się do tego jakoś przygotowywać. Stanie z bronią u nogi, po prostu, bo wiele innych rzeczy na razie zrobić chyba nie możemy.

No i właśnie, mam jeszcze parę uwag na temat naszego własnego potencjału. Przysięgam, nie uważam się za żadnego bohatera, moja fizyczna odwaga jest taka sobie, w krajowej normie... Tym niemniej stało się więcej razy niż potrafiłbym sobie tak od razu przypomnieć naprzeciw uzbrojonego ZOMO, uzbrojonego LWP, naprzeciw luf kołowych wozów bojowych SKOT, czy po prostu czołgów. Słyszało się też parę razy strzały, nie wiem czy akurat była to wtedy ślepa amunicja w tych czołgowych lufach, czy też ostra, ale na szczęście w powietrze...

(Raczej to pierwsze, bo strzelanie ostrą w centrum Elbląga, i to pod górę akurat...) W każdym razie proszę mi uwierzyć, że taki wystrzał robi wrażenie. Głośny jest jak skurwysyn, no i naprawdę znaczać mógł wtedy cokolwiek, łącznie z masakrą w stylu węgierskim czy innym Placem Niebiańskiej Szczęśliwości. (Tyle, że w tym drugim przypadku bez telewizji.)

Zresztą sam ryk dziesięciu czołgów na jałowym biegu robi całkiem spore wrażenie. Tym bardziej jeśli pełno jest wokół dymów z granatów łazawiących, a sytuacja napięta, bo nikt nie wie czym to się skończy. A skończyć mogło się za każdym razem czymkolwiek, łącznie z wielotysięczną masakrą, jak nieraz w historii bywało. Tak to właśnie w moim osobistym przypadku wyglądało nie raz i nie dwa - i w Elblągu w roku 1970, gdzie szalałem po ulicy jako uczeń liceum, i w grudniu 1981, jak i nieco później. Wtedy to było dla pewnego gatunku ludzi dość normalne zachowanie, że człowiek szedł i, jakby nie było, ryzykował.

W końcu o zwykłym ubectwie, zwykłej milicji obywatelskiej, o realnej perspektywie szykan w pracy czy na uczelni, o możliwości spotkania nieznanych sprawców itd., itd., nawet tutaj nie wspominam. A zresztą, co tam czołgi! W późnych latach '70 naprawdę bywały dość niepozbawione napięcia sytuacje np. pod gdańskim pomnikiem Jana III Sobieskiego w późnojesienne wieczory 11 listopada. (3 maja to była sama słodycz, bo jasno i przyjemnie, ale ten listopad w deszczowy wieczór, kiedy sto kilkadziesiąt osób stoi całkowicie otoczone przez milicję i pies z kulawą nogą, poza nami i paroma setkami stróżów porządku, o niczym nie wie. A potem jeszcze trzeba dotrzeć do domu.)

W sumie wygląda, że dla ogromnej większości ludzi niepójście na pierwszego maja, albo na oszukańcze wybory, to było bohaterstwo ponad możliwości, natomiast całkiem sporo było ludzi, którzy znacznie większe sprawy traktowali po prostu jako swój obowiązek i nie przywiązywali do nich wielkiej wagi. A jak jest dzisiaj?

Przyznam zresztą, że wtedy ta łatwość chodzenia na różne demonstracje - które dzisiejszej prawicy, a nawet nie tylko prawicy, bo wszelkiej politycznie zaangażoanej młodzieży, dla której szczyt rewolucyjności to dziś pójście w czasie lekcji na demonstracjię pod ministerstwo pod opieką swych nauczycieli, by pokrzyczeć "Giertych do wora, wór do jeziora"... Co uważam za tak żałosne, nawet w kategoriach Che Guevary i Lenina, którzy nie są moimi ulubieńcami, że po prostu nie mam słów, by to wyrazić. Więc kiedyś wydawało mi się nieco przesądą, iż tak łatwo przychodzinam  ganiać się z milicją, a tak trudno nieco pomyśleć. Gdybym był wtedy wiedział, że przyjdzie czas, gdy będzie dokładnie odwrotnie! (Choć z tym dzisiejszym myśleniem, też powodów do orgazmu nie dostrzegam.)

No bo jak jest dzisiaj? Dzisiaj nikt na ulicę nie wyjdzie, prawda? Po pierwsze, jeśli coś mu się nie podoba w rządach platfusów, czy postkomuny, czy powiedzmy Unii Europejskiej, to sobie popisze na blogu i tyle. A po drugie, przecież bez pozwolenia odpowiedniego urzędu nie wolno zakłócać porządku, więc jak? No więc cóż dziwnego, że cała działalność patriotyczna, prawicowa, antykomusza, antyplatfusia, antyunijna - wszystko to polega jedynie na przerzucaniu się słowami na blogach i forach. Co z dnia na dzień można będzie zresztą ukrócić, bo śruba jest już przecież powoli przykręcana - na przykład przez czynienie z blogowisk przymusowego wersalu... Tylko mało kto raczy to zauważyć. Jak z reguły wszystkiego, co ma jakiekolwiek znaczenie, w odróżnieniu od pozorów i rzeczy całkiem bez znaczenia.

Polska prawica ma obecnie taką sytuację, że mamy tysiące generałów, ale żadnych żołnierzy. Generałowie przerzucają się genialnymi koncepcjami na blogach, ale wykonać ich nie ma komu. Nie ma nawet komu trenować zwykłą fizyczną odwagę, a przy okazji pokazać światu nasze istnienie i naszą determinację. W końcu wychodząc masowo od czasu do czasu na ulicę - tłumnie i nawet pomimo ew. administracyjnych zakazów - to akurat byśmy z pewnością osiągnęli.

W każdym razie, z tego co słyszałem, to 23 kwietnia 2008 r., o godz.12.00 pod pomnikiem Witosa na placu Trzech Krzyży w Warszawie będzie wiec w sprawie suwerenności narodu. Co, mówię o suwerenności, zostało ewidentnie zgwałcone przez "naszych" parlamentarzystów, o ojropejsach i ich przydupasach już nie wzpominająć. A więc, kto może (ja nie, bom daleko od Warszawy) niech idzie i demonstruje. Chyba że wszystkie te nasze patriotyczne blogowe pohukiwania nie są warte nawet funta kłaków. Czyli choćby tyle, co nasze, moje też, smętne w istocie demonstracje z lat '70 i '80. Które tak w końcu niewiele Polsce przyniosły w realu.

Zgoda, niewiele, ale to by zawsze był jakiś wstęp do działania, a nie tylko pisania na blogach. Teraz z całą pewnością potrzeba czegoś o wiele większego... A więc, do kurwy nędzy - zacznijmy coś wreszcie robić!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, kwietnia 01, 2008

Może trochę WSI24? O pedałach może być? Proszę bardzo!



triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, marca 30, 2008

Plemię Ik i my (czyli spory kawał Roberta Ardreya)

Proszono mnie o jakieś fragmenty Ardreya, więc wyszukałem z jego ostatniej książki (z 1976) The Hunting Hypothesis ("Hipoteza łowiecka") pewien fragment i go przetłumaczyłem. Wydaje mi sie interesujący, także dlatego, iż leberały znajdą du sobie bez trudu zgubny przykład rządowej ingerencji - z czym ja akurat całkowicie się zgodzę (!). Ale jednak nie tylko, oj nie... Bo jak nieco mocniej poskrobać, to widzimy tutaj dużo istotniejsze sprawy.

Leberały zapewne zresztą ich nie dostrzegą, bo w końcu jakby były takie spostrzegawcze, to by nigdy nie zostały leberałami. Jednak ludzie w miarę przytomne zauważą chyba, iż argumentów przeciw leberałów ukochanej ideologii jest tu wielokrotnie więcej, niż tych, które by ją jakoś wspierały. No bo, kochane leberały "konserwatywne" - gadać to sobie można różne rzeczy, fakt. To niewiele kosztuje. Jednak realne skutki pewnych działań nie oglądają się na wasze gadanie, ino na fakty. Te zaś nie są przesadnie urocze, nawet wy chyba się zgodzicie.


Oto ten fragment (wytłuszczenia moje własne):

W roku 1972 Colin Thurnbull opublikował The Mountain People ("Ludzie z gór"). Thurnbull należy do najzdolniejszych amerykańskich antrolopogów. Jego wnikliwe studium Pigmejów z głębokich lasów Konga, opublikowane we wcześniejszej książce The Forest People ("Leśni ludzie"), nie tylko zdobyło mu reputację, ale zainspirowało go też do studiowania społeczeństwa łowieckiego żyjącego w radykalnie innych warunkach środkowiskowych. Wybrał plemię Ik, lud nigdy wcześniej nie badany, żyjący w górach północnowschodniej Ugandy. Tak mało o nich wiedziano, że nawet nie znaliśmy ich nazwy i nazywaliśmy ich Teuso. Zaś Turnbull miał odkryć, że myliliśmy się także co do ich łowiectwa, ponieważ już nie polują.

Wcześniej było inaczej. Od tak dawna jak gatunek sapiens sapiens zamieszkiwał ten obszar, Ik (wymawiane tak jak się pisze) prawdopodobnie mieszkali i polowali w tych górach. Jak niektórzy Pigmeje polowali za pomocą sieci. Jest to technika wymagająca by cała społeczność trzymała rozpostartą sieć, podczas gdy naganiacze wpędzają w tę pułapkę zwierzynę. Ten wspólny wysiłek znacznie bardziej przypomina dawne czasy polowań grupowych, za pomocą ręcznej broni, niż polowania bardziej indywidualistycznych ludów stosujących dmuchawki, włócznie, albo łuk i strzały. Plemieniu Ik przytrafiła się jednak tragedia. Niezależny rząd Ugandy przeznaczył ich terytorium łowieckie na rezerwat zwierzyny, gdzie polowań zakazano. Pozbawieni swego tradycyjnego sposobu życia i opartego na nim społeczeństwa, plemię Ik rozpadło się na poszczególne jednostki, i jeszcze gorzej. Tak to wyglądało kiedy przybył tam Turnbull.

The Mountain People to naukowa książka bez przypisów, uczciwe sprawozdanie, opowiedziane przez inteligentnego, objektywnego i ogromnie współczującego obserwatora. Jest to też najbardziej przerażające świadectwo, jakie można wydobyć z zasóbów ludzkiej nauki. Czytane na choćby najbardziej powierzchownym poziomie, książka ta ukazuje, co głód - to zaś musi nas dotyczyć - może uczynić z ludźmi.

Kiedy Turnbull przybył, plemię Ik, rozprzestrzenione w swych niewielkich, otoczonych palisadą wioskach, było gromadą głodnych ludzi. Pozbawiono ich ich odwiecznego życia myśliwych. Rząd zaopatrzył ich w sadzonki oraz nieco instrukcji na temat sadzenia i uprawy roślin jadalnych. Myśliwi niezbyt łatwo poddają się dyscyplinie, której wymaga rolnictwo. Ik byli obojętni. Poza tym była akurat susza i ten niewielki wysiłek, który w uprawę włożyli, został w większości zmarnowany. Panowała wojna - mężczyzna przeciw mężczyźnie, mąż przeciw żonie, rodzice przeciw dzieciom. Jeśli istnieje w ludzkości jakiś altruistyczny gen, to w plemieniu Ik się nie ujawniał. Turnbull pisze, iż wdzięczny jest plemieniu Ik, że nie traktowali go gorzej, niż siebie nawzajem.

Ukazuje jednak bardziej drastyczne wnioski. Na temat rodziny, pisze: "Plemię Ik zdaje się nam mówić, że rodzina wcale nie jest taką podstawową jednostką, jak zazwyczaj uważamy... Dzieci są bezużytecznymi dodatkami, tak samo jak starzy rodzice. Każdy, kto nie umie sam o siebie zadbać, jest obciążeniem i zagrożeniem dla innych". Uważają więzy rodzinne za szaleństwo. "Inną życiową wartość, którą my uznajemy za niezbędną - miłość, plemię Ik odrzuca jako coś idiotycznego i ogromnie niebezpiecznego."

W niebyt odeszła, w co nie potrafi uwierzyć żaden znawca naczelnych, nawet pierwotna więź pomiędzy matką i dzieckiem. [ _ _ _ ]

Matka z plemienia Ik opiekuje się dzieckiem przez trzy lata, potem zaś je wyrzuca. Raczkujące dziecko dołącza się do rówieśników i prowadzi egzystencję polegającą na poszukiwaniu i zjadaniu odpadków. Pośród wielu przerażających historii [Turnbull] opisuje jak pewna matka położyła niemowlaka przy wodopoju, gdzie porwał go lampart i z nim uciekł. "Była zachwycona. Pozbyła się swego dziecka i nie musiała już nosić go ze sobą ani karmić, a poza tym oznaczało to, że lampart był w pobliżu i będzie spał po swym posiłku, dzięki czemu będzie można łatwo go zabić." Miała rację. Mężczyźni znaleźli śpiącego lamparta, zabili go, ugotowali i zjedli - z do połowy przetrawionym dzieckiem i wszystkim.

Jednak to nie była wyłącznie kwestia głodu. Była tam pewna matka, której raczkujące niemowle zbliżało się coraz bardziej do plemiennego ogniska. Mężczyźni przyglądali się w cichym napięciu. Kiedy dziecko się oparzyło i zaczęło krzyczeć, mężczyźni wybuchli śmiechem. Matka z zadowoleniem zabrała dziecko, które tak rozbawiło mężczyzn.

Głód był wystarczającym problemem i większość komentatorów tej książki podchwyciło ją jako ilustrację tego, co się dzieje z ludźmi doświadczającymi braku żywności. Był tam jednak i głębszy poziom degradacji, wprowadzony przez coś, co można by było nazwać trzecim aktem. I został on niemal całkowicie przez komentatorów zignorowany. Turnbull wrócił do plemienia Ik kiedy susze już się skończyły, kiedy plony były obfite, kiedy na palisadach wokół wiosek wisiały gnijące pomidory i dynie, a dojrzewającą kukurydzę zjadały pawiany. Jednak plemię Ik, jeśli to w ogóle możliwe, zachowywało się jeszcze gorzej, niż kiedykolwiek. Nowa pomoc rządowa dostępna była w stacji pomocy odległej o kilka mil. Mieszkańcy górskich wiosek, chodzący by ją odebrać, mieli nas swej drodze powrotnej postoje, gdzie najadali się tak, że wymiotowali, szli dalej, stawali, jedli aż wymiotowali... Celem było to, by możliwie jak najmniej pozostało w chwili powrotu, kiedy będą musieli się podzielić.

Był to świat Hobbesa - każdy przeciw każdemu - z którego Hobbes wydedukował konieczność wszechmocnego państwa. Jest to koncepcja, którą ja zawsze odrzucałem, z bardzo dobrych powodów. W społeczeństwach zwierząt coś takiego jak plemię Ik nigdy nie mogłoby się wydarzyć. Odrzucając obcych, zwierzęta dbają o swoich. Jednak Turnbull w swej książce zastanawia się nad możliwością tego, że oszukujemy się w kwestii tej jedynej unikalnie ludzkiej cechy. Swój wniosek formułuje tak: "Plemię Ik uczy nas, iż nasze, tak wychwalane, ludzkie wartości, nie są wcale jakąś wrodzoną cechą ludzkości, tylko są związane z pewną konkretną formą przetrwania, którą nazywamy społeczeństwem, i że wszystkiego, nawet samego społeczeństwa, można się pozbyć".

Colin Turnbull jest uczciwym graczem i swe zejście w głąb tego specyficznego ludzkiego piekła przedstawia nam w swej książce wraz z taką galerią horrorów, czemu żaden uczciwy czytelnik nie może zaprzeczyć. Jednak uczciwy czytelnik nie może także zaprzeczyć, iż zbadaliśmy jedynie bardzo mały fragment ludzkości, zmagający się ze specyficznymi warunkami, i że budowanie na tak drobnej podstawie dalekosiężnych konkluzji na temat ludzkiego losu jest absurdalne - tak samo w istocie absurdalne, jak, w bardziej romantycznym duchu, odkrycie pacyfistycznego, łągodnego, nieagresywnego, plemienia zabłąkanego gdzieś w filipińskiej dżungli i okrzyknięcie ich Szlachetnymi Dzikusemi, ludźmi pierwotnymi. Tym niemniej powinny się nam zapalić ostrzegawcze lampki. Wyjątkowe okoliczności, które dotknęły lud Ik, mogą się w przyszłości okazać wcale nie aż tak wyjatkowe. Utrata społecznych tradycji - w ich przypadku w wyniku utraty łowieckiego trybu życia, z jego emocjami, przepisanymi zachowaniami, obowiązkową współpracą, z jego niebezpieczeństwami, niepowodzeniami, triumfami - to coś, co może się przydarzyć także nam wszsytkim. Plemieniu Ik Colin Turnbull wróży niewątpliwe wymarcie.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.