Po każdym wydarzeniu w rodzaju tej niedawnej masakry w Norwegii (o czym, swoją drogą, planuję nieco napisać, z głębi swego syntetycznego umysłu i kompletnego braku jakichkolwiek wiarygodnych faktów) na "prawicy" (trudno to słowo dzisiaj pisać bez cudzysłowu!) od razu rozlega się jazgot na temat kary śmierci i dostępu do broni palnej.
Co do kary śmierci, to trudno mi byłoby znaleźć coś równie idiotycznego, skoro cała ta "prawica" (pomijając oczywiście agenturę!) jest obecnie w sytuacji proletariatu (Marksa czy Toynbee'ego), proletów (Orwella), humiliores z okresu późnego Rzymu, itp., itd. Domaganie się zniesienia jednego z niewielu funkcjonujących jeszcze skrupułów tej (światowej) władzy/elity, które mimo wszystko jakoś podludzi chronią, to naprawdę skrajny idiotyzm, w dodatku samobójczy.
Te skrupuły oczywiście, w mojej opinii, wynikają znacznie mniej z jakichś intelektualno-moralnych przyczyn, a w znacznie większym stopniu z tego, że owe elity (jak zgrzytliwie by to słowo w ich przypadku nie brzmiało) odrobiły prostą lekcję historii i wiedzą, iż wszelki terror, choć rozpocznie się, jak Bóg (świecki albo co najmniej łagiewnicki) przykazał, od hołoty, ale prędzej czy później uderzy i w samą elitę. Przykłady są w historii naprawdę liczne, ale im zapewne wystarczyło jedynie drobne przemyślenie kariery Robespierre'a czy Stalina na stosownych kursach Marksizmu Leninizmu, czy w innych Uniwersytetach Postępu i Szczęścia Ludzkości. Dlatego też oni się do stosowania terroru zupełnie nie palą, a dotychczas po prostu nie musieli.
Dlaczego nie musieli? Liberalna gospodarka - mówimy tu o realnym liberaliźmie, nie o jakichś utopiach czy rewizjonizmach! - funkcjonowała... Powie ktoś, że marnie. OK, jednak znowu chyba nie do końca się zgadzamy w kwestii tego, jaki jest w sumie cel realnego liberalizmu, wraz z jego gospodarką, i co jest w tym przypadku sukcesem. Ktoś powie, że jest to stałe "zwiększanie dostępu do dóbr" (w sumie konsumpcja, mało co, moim zdaniem, jest równie mało prawicowe!) i wtedy będzie miał poniekąd rację. Ja jednak nie wypuszczam się na tego typu wody wzniosłych (?) abstrakcji i dla mnie celem jest trzymanie hołoty (ludu, lemingów, proletów itd.) za twarz - raczej metodą niewielkiego kijka i sporej, choć w dużym stopniu jedyne wyimaginowanej, marchewki, zamiast masowego terroru.
I tutaj liberalna gospodarka dotychczas sprawdzała się naprawdę dobrze. Od zakończenia drugiej wojny światowej. Oczywiście nie na całym świecie, ale kto by się przejmował takimi krajami jak Polska czy Czechy, no a Rosjan nie było trudno (i nadal nie jest) wygodnie utożsamić z ich władzą i raczej zazdrościć im sukcesów - a konkretnie skutecznego podbijania świata, plus "braku bezrobocia", "równości płci" (miłość mych uczniowskich lat traktaristka Frosia!) i czego tam jeszcze.
Ten stan - miły poniekąd dla obu stron, poza już całkiem tygrysią prawicą, której nie pasuje ów powolny i łagodny w sumie przecież postęp mrówczego i "humanitarnego" (z założenia) globalnego totalitaryzmu... W dodatku owa tygrysia prawica nie chce uwierzyć, żeby zawsze to miało już być jedynie mrówczo i humanitarnie (tutaj, swoją drogą, fajna sprzeczność), bo to się ich zdaniem musi prędzej czy później, z takich czy innych bezpośrednich przyczyn, zmienić. (Na co zmienić? Trza pomyśleć!)
Ten stan, jako rzekłem, dotychczas w sumie działał zadowalająco. Jednako ostatnio jakby przestawał. Przestawał zadowalająco działać, znaczy. A nawet ten i ów - bardzo zły człowiek, albo alternatywnie skrajny pesymista - zaczyna w tym genialnym systemie dostrzegać sprzeczności nie do pogodzenia, wraz ze zjawiskami wróżącymi rychłe się tego systemu zatarcie, aż po totalny kolaps. (Słowo "kolaps" nie wydaje mi się przesadnie polskie, ale w tym kontekście fajnie brzmi i sobie je zapożyczymy.)
Z jednej strony mamy europejską Unię, która, niesyta, wciąż, mimo wszystko, trwającą sytością swoich poddanych (co nie jest Unii zasługą!), oraz tym, że potulnie jak dotąd łykają oni wszystkie postępowe nauki i grzecznie wcielają je w życie - pakuje się w ryzykowne (mniejsza już, że wątpliwe moralnie, a nawet prawnie) awantury w rodzaju interwencji w Libii... Jednocześnie zaś ekonomia jej się wali, z ukochanym jej projektem wspólnej waluty. Który to projekt w oczach coraz większej ilości ludzi musi wyglądać jak coś motywowanego całkiem innymi niż zdrowo-i-uczciwie-ekonomiczne (dobro i konsumpcja poddanych) przyczynami. Przyczynami, które temu i owemu mogą się zacząć nawet wydawać przewrotne. (Żeby jedynie przy tym słowie pozostać.)
Oczywiście, tak samo jak w Rosji po zwycięstwie bolszewickiej "rewolucji" (przed też zresztą), były różne skrzydła i frakcje. Na przykład "prawicowa", która miała ochotę ograniczyć podbijanie świata na czas jakiś, aby zająć się uszczęśliwieniem i przekonaniem miejscowej ludności... Oraz "lewicowa", która za wszelką cenę chciała nieść tę rewolucję gdzie się da. (I, jak się zdaje, właśnie późne pociotki tej ostatniej nam tu w Unii miłościwie teraz panują.)
Tak samo w Unii, gdzie rozlegają się bojowe pohukiwania, że "obecny kryzys, oczywiście nie ojro, tylko krajów, które nie dość Unii się słuchały i chciały coś bez niej", to "znakomita okazja do przyspieszenia dalszej integracji", bo unijny minister finansów od razu rozwiązałby wszystkie te problemy. A jednocześnie ci spośród unijnej biurokracji i nowej nomenklatury (niniejszym wprowadziliśmy to pojęcie, to precedens!), którzy mniej w młodości palili marychy i mają jeszcze nieco czynnych zwojów kory mózgowej, plus odrobinę instynktu samozachowawczego, muszą już mieć portki pełne ze strachu. Przy czym zawartość strachu w tych portkach zapewne zwiększa się z dnia na dzień.
Sprawa, która sobie tak wolniutko, bez wstrząsów i prawie niezauważalnie podążała do szczęśliwego (dla niektórych, inni nie mają i tak nic do gadania) celu, nagle zaczęła się sypać. Konflikty - klasowe, nie bójmy się tego słowa! - zaczęły się zaostrzać. Tu i ówdzie upiorne widmo kontrrewolucji zaczęło podnosić swój paskudny łeb, a nawet w samej elicie (jak należy sądzić) zaostrzają się różnice zdań... Wkrótce (tutaj stosowny wykrzyknik, do wyboru) może tam dojść do konfliktów - ba, nawet powstania frakcji!
Liberalizm realny się nie sprawdził - nie tylko w oczach oszołomów w rodzaju Pana Tygrysa, ale nawet w oczach elit. Dla jednych to zbyt mało - i zawsze tak było, po prostu zmuszono ich, by siedzieli cicho i co najwyżej publikowali sobie Lenina w jakichś "Krytykach Politycznych"... Dla innych, skoro nie ma już dla wszystkich marchewek, a hołota podnosi łby... Albo wkrótce może zacząć je podnosić - to trzeba zdjąć aksamitne rękawiczki i użyć bardziej szorstkich środków.
Problem tylko - kim to zrobić? W istocie, jeśli się teraz ktoś wśród owej elity, z tych, co mają jeszcze parę aktywnych zwojów, zastanowi, to zacznie się zastanawiać i zastanawiać... Coraz intensywniej... Że przecież elita też nie jest monolitem. Że taki na przykład unijny biurokrata (oczywiście to się tak tam nie nazywa, ale, że nie wiemy jak, to sobie tak go roboczo określiliśmy) ma samochód, komórkę, mieszkanie z widokiem, diety, kotlety, przeloty, dzieci na studiach i z zapewnioną karierą... Ale, jakby tak to cynicznie wszystko wycisnąć, to co on naprawdę ma? Na czym opiera się jego władza? Na czym opiera się właściwie posłuszeństwo tego ludu - suwerennego, a jakże! I w ogóle celu wszystkich tych uszczęśliwiająco-umoralniających zabiegów - ale jednak w sumie to przecież bydło, prolety i hołota!
I tak sobie ten hipotetyczny myślący przedstawiciel tej dzisiejszej światowo-europejskiej elity rozmyśla. A nie są to myśli wesołe. My zaś możemy się w tym akurat przypadku z ową elitą - normalnie od nas, szaraczków, o lata świetlne odległą, wyniosłą i niedostępną - o tyle zrównać, że też możemy sobie pomyśleć. Nawet na te same tematy! Czyż to nie jest rewolucyjna okoliczność?
Na początku wspomnieliśmy o pistoletach, a raczej, durnych naszym zdaniem, wrzaskach wszelkiej "prawicy" za ich pełną dostępnością po każdym tego rodzaju wydarzeniu, jak niedawna masakra. Nie jest to, naszym tygrysim zdaniem, aż tak durne i tak samobójcze, jak domaganie się kary śmierci, ale durne jest. Jednak tekst wyszedł nam i tak długi, bo nie dało się wyjaśnić kwestii tej kary śmierci bez poruszenia nieba i ziemi - jako że wszystko się ze wszystkim w tym świecie łączy, a niektóre rzeczy łączą się nawet bardziej - więc o pistoletach już tym razem nie będzie. Może tylko bonmot na pociechę: "Pistolet to kobieca broń - jak trucizna albo czary". (Wymyśliłem to parę dni temu i zadedykowałem, znowu, hajduczkowi Iwonie Jareckiej.)
Mam nadzieję, że powyższe moje rozważania nie są całkiem nieinteresujące, że kogoś zapłodnią (zanim uczyni to, uzbrojony w stosowny nakaz, któryś z działaczy gejowskich), i że, jeśli się ostro pomyśli, daje się tu nawet znaleźć związek tego wszystkiego z karą śmierci i postulatami w jej sprawie, które uważam (jak większość z tego, co robi czy gada, dzisiejsza "prawica") za równie głupie, co samobójcze! Jasne - tradycyjne wartości, normalne zdrowe społeczeństwo... Wszystko to racja. Jednak stanowczo krytykowanie obecnego syfa i całej tej rzekomo "humanitarnej" ideologii, która za nim stoi, ja bym zaczynał od całkiem innych spraw. A już szczególnie w tak rewolucyjnych i nabrzmiałych gwałtownymi wydarzeniami czasach, jak te, które nam właśnie nadchodzą. Dixi!
* * *
Zaraz, byłbym zapomniał o bonmocie, który przed chwilą do mnie przyszedł. Trochę się wiąże z powyższym. Oto i on:
Jedyną znaną mi i w miarę sensowną alternatywą dla wizji niezależnych od siebie cywilizacji, proponowaną przez Spenglera, jest ortodoksyjna wizja ciągłego rozwoju jednej ogólnoludzkiej cywilizacji - czyli w największym skrócie: "Od Sargona do Magdaleny Środy", albo może: "Od udomowienia owcy do letnich skoków narciarskich w telewizji HD".
(Być może jednak zapomniałem o Konecznym. No więc proszę - dla jego zwolenników to może być: "Od Romulusa do Bronisława Komorowskiego".)
Tak czy tak, bardzo budujące i wzniosłe wizje, prawda?
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
sobota, lipca 30, 2011
środa, lipca 27, 2011
Zaczynając od pasa, jedziemy w dół, a potem się zobaczy... Może dojdziemy aż do astrologii, kto wie?
Na początek sobie zacytujmy, po prostu z marszu:
Jaki to ma związek z CZYMKOLWIEK, spyta ktoś? Z czymkolwiek to akurat ma - na przykład z moimi zainteresowaniami. Których imię jest legion. Że to nie o polityce? I tak, i nie. (Niezależnie od tego, jak należałoby interpretować "tak", a jak "nie". Tutaj to akurat bez znaczenia, bo wyczerpujemy obie alternatywy.)
Z jednej strony, kto powiedział, że to musi być o polityce? To mój prywatny blogasek i ja tu sobie piszę, albo i nie, o czym mi w duszy śpiewa. ("Drzwi od wychodka" akurat w tym kontekście nie będę przypominał i PROSZĘ SZYBKO O NICH ZAPOMNIEĆ!) Jednocześnie tusząc (ach, jak ja lubię takie starożytne słowa!), że ew. Czytelnik uzna cokolwiek co mnie kręci, i o czym ja tu napiszę, za jakoś tam interesujące. "Piękny umysł" i te rzeczy. (Nie tylko zresztą umysł, pochlebiam sobie.)
Z drugiej strony - to JEST polityczne! W tym sensie, że my tu mamy swego rodzaju ośrodek neostoicyzmu, a to nie jest nie-polityczne. Na pewno nie całkiem. Co to jest ten neostoicyzm, spyta ktoś? (I "to jest bardzo dobre pytanie!" Jako rzecze Klasyk.) Neostoicyzm to jest postawa, wyrażająca się w haśle "(Nie być) ani lemingiem, ani treserem lemingów!"
W sumie, na głębszym niejako poziomie (historyczne paralelizmy itd.), jest to dokładnie to samo, co uprawiali różne tam Seneki starsze i młodsze, Cycerony - o Epiktetach, które w dodatku były niewolnikami, nawet nie wspominając. Na poziomie nieco płytszym, jednak tamci to byli przeważnie dęci nudziarze, a my nie! (Poza akurat Epiktetem. No i poza tymi, którzy katrupili co paskudniejszych cezarów, albo przynajmniej ostro przeciw nim knuli. Ale sza, bo to się nie może wydać! Dlatego zresztą mamy to w nawiasie.)
Nasz neostoicyzm (który w wielu kontekstach możemy sobie nazywać po prostu "stoicyzmem") jest (choć to subiektywna opinia i mogę się mylić) o wiele fajniejszy, mądrzejszy, a także, da Bóg, skuteczniejszy. Co najmniej w prywatnym wymiarze, jeśli już nie w innych. Częściowo zresztą dzięki cudom zachodniej cywilizacji, jak to: internet, blogowanko... I co tam jeszcze. Których negować mimo wszystko nie można, choć to się na naszych oczach kończy i w dodatku b. nieładnie przy tym wygląda.
No i jesteśmy oparci na Spenglerze - ale sza, nie wspomnę nawet o tym, bo może odwiedzi nas jakiś Nicek i dostanie biedak wylewu. Choć, po prawdzie, to bez pana S. nawet byśmy nie wiedzieli, że to stoicyzm, prawda? Więc cicho sza, na ucho, ale my swoje jednak wiemy.
No, tośmy powyższym światu pokazali, że nie poczuwamy się do zajmowania wyłącznie polityką, pokazaliśmy też naszą indywidualną wolność, pisząc o... O tym, co było na początku. A co mnie, mówiąc zupełnie szczerze, nieźle zaintrygowało i sprawiło, że w tej obskurnej burej szarości realnego liberalizmu, przy nadciągającym mroku jeszcze, jak podejrzewam, obskurniejszego totalitaryzmu...
Zapewne, prędzej czy później, rozświetlonego jedną czy drugą łuną i ożywionego jedną czy drugą krwawą plamą - w tej właśnie, niezbyt mi do estetycznego zmysłu przemawiającej rzeczywistości, jakoś to mi się wydało radykalnie inne... Jakoś bardziej w moim guście.
Gdyby jednak był tu z nami ktoś, dla którego takie rzeczy nie są interesujące - jakiś na przykład pasjonat (o gościach nie będziemy przecież mówić "świr"!) wolnego rynku... Albo w ogóle ktoś, kogo interesuje tylko polityka, choćby szeroko pojęta, jak to zazwyczaj na tym blogu - to ja jednak o niego też zadbam. Fajnie by było pokazać światu, i sobie, że naprawdę jestem całkiem wolny i mogę sobie o czym chcę... Ale któż tak naprawdę jest wolny?
Czy możliwa w ogóle jest taka wolność, żeby ignorować oczekiwania potencjalnego klienta i nie wyjść na tym marnie? A jeśli nie, czy to skutek panującego nam miłościwie leberalizmu? Czy też kondycja ludzka po prostu? Ach, ach i jeszcze raz ach! Tyle pytań, tyle pytań!
Jednak teraz będzie, mimo wszystko, o ekonomii. Czyli o szeroko pojętej polityce. Nie zaniedbując wolnego rynku. Pewnie to by niejednego zaskoczyło (nie zaskoczy, bo ci to mnie z pewnością nie czytają, jeśli nawet kiedyś czytali), ale Pan Tygrys wie o ekonomii niejedno. Zapewne więcej, niż spora część wolnorynkowców spod podwórzowego trzepaka, tak aktywnych w sieci!
No i wśród tych książek, com je sobie ostatnio kupił, i którymi tak ludzi kłuję (jak to się @#$% pisze, bo mi to gugiel podkreśla?) i budzę zawiść, jest też parę o ekonomii. I nawet tytuły mają zabójcze. Jedna to wydana w 2003 książeczka autorstwa pana Charlesa Gave, której tytuł na polski (oryginał jest po francusku) brzmi: "Lwy prowadzone przez osły: Esej o ekonomicznym krachu (który nadejdzie, ale bardzo łatwym do uniknięcia) Eurolandu w ogólności, a Francji szczególnie)".
Bardzo rynkowa książeczka zresztą, z mottem z Friedmana na tyle okładki i w ogóle, ale bez obsesji czy zacietrzewienia. Pokazująca na masie wykresów, że dzisiejsza Europa jest ekonomicznym potworkiem i nieudacznikiem, a jak się pogorszy koniunktura na świecie, to ekonomicznie padnie. Pisane, jako się rzekło, niemal dziesięć lat temu.
Druga, to spora kniga autorstwa Paula Ormeroda, któren, jak wynika z tego, co tu o nim piszą, jest autentyczny ekspert i niegłupi gość, zresztą sława. I ona ma tytuł (też sobie od razu przetłumaczymy na nasz, choć to jest po angielsku): "Dlaczego większość rzeczy się nie udaje? Ewolucja, Wymieranie i Ekonomia"
Facet fajnie analizuje różne ciekawe sprawy, związane oczywiście z ekonomią, ale dość szeroko pojętą. Jak to padanie firm. Okazuje się bowiem, że w kapitaliźmie firmy naprawdę ostro padają, jakby to nawet lubiły. (Nie, żeby gospodarka planowa miała być lepsza, tego on oczywiście nie mówi, ale amicus Plato itd.) I cała masa innych ciekawych spraw. Zacytujemy sobie coś, coś krótkiego, ale żeby było o wolnym rynku. (Dlaczego akurat o nim? To bardzo dobre pytanie!)
I tu można by się diabolicznie zaśmiać, można by powiedzieć fanatykom wolnego rynku "zyg zyg marchewka!", można by ich poprosić o rozwiązanie tego dylematu. Różne rzeczy można by zrobić, ze stwierdzeniem (bardzo w stylu Pana Tygrysa), że między ekonomią i resztą nie ma żadnych ostrych granic, że jedni (obsesjonaci wolnego rynku na przykład) dokonują od strony ekonomii agresji na tę całą resztę, inni zaś (słusznie lub nie, i mniej lub bardziej skutecznie) ingerują ze strony tej reszty w ekonomię. Albo też starają się ograniczać jej, mniej lub bardziej, pozaekonomiczne, mniej lub bardziej uboczne, skutki. W imię jakichś tam innych, ich zdaniem (moim często też) wyższych, wartości.
Jednak to pozostawię moim ew. Czytelnikom do poprzeżuwania, zastanowienia się i ew. przedyskutowania (na przykład tutaj!), zakończę zaś pierwszym mottem, witającym nas na kartach tej francuskiej książeczki - tej o lwach, osłach, Europejskiej Unii i jej przyszłym krachu (który się po paru latach ładnie spełnia, na naszych oczach zresztą). Oto to motto (co za cudowny rymowany zwrot!): "Ekonomiści zostali stworzeni po to, żeby astrolodzy zaczęli wyglądać poważnie".
(A najśmieszniejsze, że to wymyślił jakiś anonim. Ciekaw jestem, czy to jeden z naszych licznych genialnych blogowo-komętowych Anonimów!?)
Swoją drogą, wiem że tytuł jest kretyński. Tej mojej gawędy znaczy, którą szczęśliwie kończysz czytać. No i postmodernistyczny w dodatku - jakbym pracował na nagrodę Nike, czy coś. Jak wymyślę coś lepszego... O wiele lepszego znaczy... To może jeszcze zmienię. Kto mi zabroni? Teraz, kiedy już nigdzie się nie agreguję? Ach, wolność, wolność! Teraz to se mogę na przykład cyzelować do upojenia.
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
Niezwykle atrakcyjna dama w średnim wieku i ja, skarżyliśmy się na tych, którzy perfumują się na poważne testowanie win. Ujrzałem to w nieco innym świetle, kiedy rzekła: "Nigdy nie mam z tym problemu, ponieważ nigdy nie nakładam perfum powyżej pasa.To było z jednej z tych książek, com je sobie ostatnio kupił, i o których tyle opowiadam (żeby was ludzie kłuć w oczy!). Konkretnie "Scents & Sensuality", autor Max Lake. ("Zapachy i zmysłowość", gdyby ktoś potrzebował tłumaczenia.) Traktująca o zapachach, smakach, winach, feromonach i erotyce. Już ją zresztą kiedyś wspomniałem w związku z osłem i wypadkami lotniczymi.
Jaki to ma związek z CZYMKOLWIEK, spyta ktoś? Z czymkolwiek to akurat ma - na przykład z moimi zainteresowaniami. Których imię jest legion. Że to nie o polityce? I tak, i nie. (Niezależnie od tego, jak należałoby interpretować "tak", a jak "nie". Tutaj to akurat bez znaczenia, bo wyczerpujemy obie alternatywy.)
Z jednej strony, kto powiedział, że to musi być o polityce? To mój prywatny blogasek i ja tu sobie piszę, albo i nie, o czym mi w duszy śpiewa. ("Drzwi od wychodka" akurat w tym kontekście nie będę przypominał i PROSZĘ SZYBKO O NICH ZAPOMNIEĆ!) Jednocześnie tusząc (ach, jak ja lubię takie starożytne słowa!), że ew. Czytelnik uzna cokolwiek co mnie kręci, i o czym ja tu napiszę, za jakoś tam interesujące. "Piękny umysł" i te rzeczy. (Nie tylko zresztą umysł, pochlebiam sobie.)
Z drugiej strony - to JEST polityczne! W tym sensie, że my tu mamy swego rodzaju ośrodek neostoicyzmu, a to nie jest nie-polityczne. Na pewno nie całkiem. Co to jest ten neostoicyzm, spyta ktoś? (I "to jest bardzo dobre pytanie!" Jako rzecze Klasyk.) Neostoicyzm to jest postawa, wyrażająca się w haśle "(Nie być) ani lemingiem, ani treserem lemingów!"
W sumie, na głębszym niejako poziomie (historyczne paralelizmy itd.), jest to dokładnie to samo, co uprawiali różne tam Seneki starsze i młodsze, Cycerony - o Epiktetach, które w dodatku były niewolnikami, nawet nie wspominając. Na poziomie nieco płytszym, jednak tamci to byli przeważnie dęci nudziarze, a my nie! (Poza akurat Epiktetem. No i poza tymi, którzy katrupili co paskudniejszych cezarów, albo przynajmniej ostro przeciw nim knuli. Ale sza, bo to się nie może wydać! Dlatego zresztą mamy to w nawiasie.)
Nasz neostoicyzm (który w wielu kontekstach możemy sobie nazywać po prostu "stoicyzmem") jest (choć to subiektywna opinia i mogę się mylić) o wiele fajniejszy, mądrzejszy, a także, da Bóg, skuteczniejszy. Co najmniej w prywatnym wymiarze, jeśli już nie w innych. Częściowo zresztą dzięki cudom zachodniej cywilizacji, jak to: internet, blogowanko... I co tam jeszcze. Których negować mimo wszystko nie można, choć to się na naszych oczach kończy i w dodatku b. nieładnie przy tym wygląda.
No i jesteśmy oparci na Spenglerze - ale sza, nie wspomnę nawet o tym, bo może odwiedzi nas jakiś Nicek i dostanie biedak wylewu. Choć, po prawdzie, to bez pana S. nawet byśmy nie wiedzieli, że to stoicyzm, prawda? Więc cicho sza, na ucho, ale my swoje jednak wiemy.
No, tośmy powyższym światu pokazali, że nie poczuwamy się do zajmowania wyłącznie polityką, pokazaliśmy też naszą indywidualną wolność, pisząc o... O tym, co było na początku. A co mnie, mówiąc zupełnie szczerze, nieźle zaintrygowało i sprawiło, że w tej obskurnej burej szarości realnego liberalizmu, przy nadciągającym mroku jeszcze, jak podejrzewam, obskurniejszego totalitaryzmu...
Zapewne, prędzej czy później, rozświetlonego jedną czy drugą łuną i ożywionego jedną czy drugą krwawą plamą - w tej właśnie, niezbyt mi do estetycznego zmysłu przemawiającej rzeczywistości, jakoś to mi się wydało radykalnie inne... Jakoś bardziej w moim guście.
Gdyby jednak był tu z nami ktoś, dla którego takie rzeczy nie są interesujące - jakiś na przykład pasjonat (o gościach nie będziemy przecież mówić "świr"!) wolnego rynku... Albo w ogóle ktoś, kogo interesuje tylko polityka, choćby szeroko pojęta, jak to zazwyczaj na tym blogu - to ja jednak o niego też zadbam. Fajnie by było pokazać światu, i sobie, że naprawdę jestem całkiem wolny i mogę sobie o czym chcę... Ale któż tak naprawdę jest wolny?
Czy możliwa w ogóle jest taka wolność, żeby ignorować oczekiwania potencjalnego klienta i nie wyjść na tym marnie? A jeśli nie, czy to skutek panującego nam miłościwie leberalizmu? Czy też kondycja ludzka po prostu? Ach, ach i jeszcze raz ach! Tyle pytań, tyle pytań!
Jednak teraz będzie, mimo wszystko, o ekonomii. Czyli o szeroko pojętej polityce. Nie zaniedbując wolnego rynku. Pewnie to by niejednego zaskoczyło (nie zaskoczy, bo ci to mnie z pewnością nie czytają, jeśli nawet kiedyś czytali), ale Pan Tygrys wie o ekonomii niejedno. Zapewne więcej, niż spora część wolnorynkowców spod podwórzowego trzepaka, tak aktywnych w sieci!
No i wśród tych książek, com je sobie ostatnio kupił, i którymi tak ludzi kłuję (jak to się @#$% pisze, bo mi to gugiel podkreśla?) i budzę zawiść, jest też parę o ekonomii. I nawet tytuły mają zabójcze. Jedna to wydana w 2003 książeczka autorstwa pana Charlesa Gave, której tytuł na polski (oryginał jest po francusku) brzmi: "Lwy prowadzone przez osły: Esej o ekonomicznym krachu (który nadejdzie, ale bardzo łatwym do uniknięcia) Eurolandu w ogólności, a Francji szczególnie)".
Bardzo rynkowa książeczka zresztą, z mottem z Friedmana na tyle okładki i w ogóle, ale bez obsesji czy zacietrzewienia. Pokazująca na masie wykresów, że dzisiejsza Europa jest ekonomicznym potworkiem i nieudacznikiem, a jak się pogorszy koniunktura na świecie, to ekonomicznie padnie. Pisane, jako się rzekło, niemal dziesięć lat temu.
Druga, to spora kniga autorstwa Paula Ormeroda, któren, jak wynika z tego, co tu o nim piszą, jest autentyczny ekspert i niegłupi gość, zresztą sława. I ona ma tytuł (też sobie od razu przetłumaczymy na nasz, choć to jest po angielsku): "Dlaczego większość rzeczy się nie udaje? Ewolucja, Wymieranie i Ekonomia"
Facet fajnie analizuje różne ciekawe sprawy, związane oczywiście z ekonomią, ale dość szeroko pojętą. Jak to padanie firm. Okazuje się bowiem, że w kapitaliźmie firmy naprawdę ostro padają, jakby to nawet lubiły. (Nie, żeby gospodarka planowa miała być lepsza, tego on oczywiście nie mówi, ale amicus Plato itd.) I cała masa innych ciekawych spraw. Zacytujemy sobie coś, coś krótkiego, ale żeby było o wolnym rynku. (Dlaczego akurat o nim? To bardzo dobre pytanie!)
Na ile teoria wolnorynkowa rozważa pojęcie równości, koncentruje się na tak zwanej zasadzie Pareto (Pareto concept). Odnosi się ona do stanu rzeczy, w którym nikt nie będzie miał lepiej, nie sprawiając jednocześnie, by ktoś inny miał gorzej. Ogromny intelektualny wysiłek został włożony w ustalenie teoretycznych warunków w których tak zwane optimum Pareto możliwe jest do uzyskania.(Rozbiłem to na mniejsze akapity, poza tym jest wiernie, jakby to tłumaczyła Penelopa!)
Jednak w kontekście większości dyskusji o nierówności, sama ta koncepcja wydaje się dość dziwaczna. Na przykład niemal każdy się zgodzi, że gdyby Adolf Hitler został zamordowany w roku 1933, tuż zanim doszedł do władzy w Niemczech, świat byłby o wiele lepszym miejscem. Moglibyśmy oszczędzić sobie zarówno drugiej wojny światowej, jak i masowych eksterminacji dokonanych przez nazistów.
Jednak, zgodnie z zasadą Pareto dotyczącą równości, to by wcale nie była dobra rzecz, ponieważ co najmniej jedna osoba, w tym przypadku zamordowany Adolf Hitler, wyszedłby na tym gorzej. Fakt, że wiele milionów wyszłoby lepiej nie ma, zgodnie z zasadą Pareto, żadnego znaczenia.
I tu można by się diabolicznie zaśmiać, można by powiedzieć fanatykom wolnego rynku "zyg zyg marchewka!", można by ich poprosić o rozwiązanie tego dylematu. Różne rzeczy można by zrobić, ze stwierdzeniem (bardzo w stylu Pana Tygrysa), że między ekonomią i resztą nie ma żadnych ostrych granic, że jedni (obsesjonaci wolnego rynku na przykład) dokonują od strony ekonomii agresji na tę całą resztę, inni zaś (słusznie lub nie, i mniej lub bardziej skutecznie) ingerują ze strony tej reszty w ekonomię. Albo też starają się ograniczać jej, mniej lub bardziej, pozaekonomiczne, mniej lub bardziej uboczne, skutki. W imię jakichś tam innych, ich zdaniem (moim często też) wyższych, wartości.
Jednak to pozostawię moim ew. Czytelnikom do poprzeżuwania, zastanowienia się i ew. przedyskutowania (na przykład tutaj!), zakończę zaś pierwszym mottem, witającym nas na kartach tej francuskiej książeczki - tej o lwach, osłach, Europejskiej Unii i jej przyszłym krachu (który się po paru latach ładnie spełnia, na naszych oczach zresztą). Oto to motto (co za cudowny rymowany zwrot!): "Ekonomiści zostali stworzeni po to, żeby astrolodzy zaczęli wyglądać poważnie".
(A najśmieszniejsze, że to wymyślił jakiś anonim. Ciekaw jestem, czy to jeden z naszych licznych genialnych blogowo-komętowych Anonimów!?)
Swoją drogą, wiem że tytuł jest kretyński. Tej mojej gawędy znaczy, którą szczęśliwie kończysz czytać. No i postmodernistyczny w dodatku - jakbym pracował na nagrodę Nike, czy coś. Jak wymyślę coś lepszego... O wiele lepszego znaczy... To może jeszcze zmienię. Kto mi zabroni? Teraz, kiedy już nigdzie się nie agreguję? Ach, wolność, wolność! Teraz to se mogę na przykład cyzelować do upojenia.
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
słowa kluczowe:
Adolf Hitler,
astrologia,
ekonomia,
grach gospodarczy,
książki,
neostoicyzm,
Oswald Spengler,
perfumy,
stoicyzm,
Unia Europejska,
wolny rynek,
zasada Pareto
wtorek, lipca 26, 2011
Skorpion, żaba i minuta ciszy
Któryś z Ezopów tego świata, możliwe że ten pierwszy i oryginalny, opowiada taką historię:
Skorpion prosi żabę, żeby wzięła go na grzbiet i pomogła przeprawić przez rzekę. Żaba ma uzasadnione wątpliwości. Skorpion klaruje jej, że przecież nie umie pływać i gdyby żabę użądlił, to sam zaraz utonie. W końcu żaba się zgadza. Płyną, płyną, aż na samym środku rzeki skorpion wbija swe śmiercionośne żądło w kark żaby. Ta woła magna voce: "Jak to, przecież obiecałeś?!" Na co skorpion: "Naprawdę bardzo mi przykro, ale taka jest moja natura i nie mogłem się powstrzymać!"
Jakiś zaś człek, nie pamiętam już który, ale z tych, których kiedyś widać uznawałem za autorytet w dziedzinie znajomości ludzkiej natury (Napek Bonaparte? La Rochefoucauld?) stwierdził był coś w tym duchu, że: "Człowiek może robić rzeczy sprzeczne z rozsądkiem, przyzwoitością, własnym interesem, ale nigdy sprzeczne z jego własną naturą".
Co wyjaśnia, jak sądzę (gdyby ktoś jeszcze sam z siebie nie wiedział), dlaczego Putin postępuje zgodnie ze swoją naturą, dlaczego zgodnie ze swoją, z kolei, naturą postępują Tuski tego świata... Dlaczego zgodnie ze swoją naturą postępuje lewak, członek sekty korwinian (albo po tym Korwinie sierota), standardowy prawicowy bloger...
Wsie w mieście! (A i na WSI nierzadko, gdzie ZSL pod ksywą PSL, i nie tylko.) Inaczej po prostu nie mogą, choćby i mieli pójść na dno razem z tą biedną, niewinną żabą! (Czy kogo tam sobie na prom rzeczny wybrali.) Wsie w mieście po prostu! Albo prawie.
Oczywiście człek o dobrym sercu - nie socjopata, ino nabrzmiały humanizmem niemal aż do pęknięcia i zalania nim całej (ach!) Ludzkości (o skorpionach nie zapominając, bo na pewno miały ciężkie dzieciństwo) - nie dostrzegł by w tym, co teraz powiem, nic zabawnego, tylko by płakał i zawodził. Że: "Ach, tyle niewinnych istnień! Zły człowiek, brzydki! Zboczeniec, szaleniec, zbrodniarz i nienormalny! Nie lubię go, fuj!"
Rzucanie tego typu obelg bardzo, jak uczy doświadczenie, pomaga tego typu ludziom jakoś się pogodzić z przykrymi faktami. A dla tych ludzi wszystko niemal jest przykrym faktem - z wyjątkiem postępów europejskiej integracji i paru tego typu jasnych punktów.
Kiedy jakaś szmirowata piosenkareczka, wylansowana przez macherów w celu wyciągnięcia z durnej młodzieży, która przeważnie muzyki w życiu w ogóle nie usłyszała, na wódkę i kokainę, przeniesie się na łono Abrahama - tego typu ludzie urządzają jej rozdzierające serce pożegnania, zarówno w realu, jak i wirtualnie, także na prawicowych blogach, czemu nie! A zanim przestaną płakać i zawodzić, media i macherzy postarają się dostarczyć im nowego tego typu przeżycia - i tak apiat'!
Trzęsienie ziemi gdzieśtam! Gdzieś pociąg wpadł na drzewo, palmę zresztą! Kolejny zarabiający miliony, nie wiadomo za co, szmirus zaćpał się na śmierć! Od razu stosowny płacz. Płacz i chóralne zawodzenie. Potem jednak, jeśli sprawa jest w jakimkolwiek choćby stopniu polityczna, dzieją się ciekawe rzeczy.
Otóż ci sami ludzie, zapominając już niemal całkiem o płaczu, o zawodzeniu, zaczynają nawoływać do "niegrania trupami", "nieżerowania na trumnach", "niewykorzystywania tragedii" i "niedzielenia, kiedy wszyscy musimy się przecież połączyć". No bo ktoś śmiał się zastanawiać, jak to naprawdę było. I czy komuś potężnemu bardzo się nie opłacało do tego doprowadzić. Czyż może być WIĘKSZA ZBRODNIA?
I to jest takie właśnie zabawne, że najpierw mamy ten szok (o szoku już mówiłem? no to teraz mówię) i zawodzenie (bo każdy z nas przecież nieśmiertelny i nikt nigdy nie umarł, co dopiero w jakimś wypadku, jeśli media tego nie roztrąbią!), a po jakimś czasie - kiedy niektórzy, zamiast jak należy płakać, okazywać szok i zawodzić - próbują dojść (w przypadku wydarzeń nieco choćby związanych z polityką) do jakichś wniosków...
W rodzaju: "kto winien? kto nie dopilnował? kto dokonał i po co? kto "z naszych" mu na to pozwolił i dlaczego?" - zaczynają o tych trumnach, nieżerowaniu, nekrofilii (o, tego jeszcze nie było!) i czym tam jeszcze. Sami zresztą wiecie. No bo przyzwoity obywatel nad takimi sprawami się nie zastanawia - co innego oszołom, eurosceptyk, czy inny moher!
Przyzwoity obywatel zawodzi, płacze, jest zaszokowany, powtarza: "Jak oni mogli, jak oni mogli!"... I rozgląda się za jakimś moherem, żeby mu zaraz wyrazić obrzydzenie jego obrzydliwą, włochatą i w ogóle, postawą. Przyzwoity obywatel... Ale zaraz, żeby nie było - nie obywatel w jakimś tam wstecznym sensie, że on się poczuwa do swojego państwa (fuj!) narodowego (FUUUUUJJJ!)... Tylko taki nowoczesny, europejski i globalny. To jest chyba jasne?
No to dla niego szczytowym wydarzeniem sezonu jest zawsze minuta ciszy i on w ogóle skrycie marzy, żeby takie minuty ciszy były codziennie, trwały co najmniej po parę godzin, a jeśli ktoś wtedy nie jest wystarczająco cichy i/lub nie ma wystarczająco zbolałej i zszokowanej (złem tego świata) miny, to powinna interweniować policja, Interpol, wspólna europejska armia (a jak jej jeszcze nie ma, to niech poprosi Putina o pomoc).
Te minuty ciszy to w ogóle zjawisko, w którym, jak w kropli wody tego tam Holendra, żyją i żrą drug druga całe światy, wszechświaty nawet! To coś takiego, jak to co rzekł był kiedyś Flaubert, że mianowicie: "Życie wszy, należycie opisane, może być ciekawsze od życia Aleksandra Wielkiego". W takich minutach ciszy jak w soczewce skupiają się wszelkie zjawiska, wszelkie tendencje, wszelkie trendy...
Jak w pryzmacie, światło rozczepia się na tęczowe kolorki (co za piękna symbolika, przecież tęczowość to odwieczny symbol spółdzielczości!)... Ach! (Omal nie zapomnieliśmy o "ach!", blisko było!). Minuty ciszy to taka... Jak się nazywa ten drapieżny kwiatek, co pożera owady? Rzężączka? No to właśnie. To taka rzężączka. Łagodnie przykleja, czy tam łapie włochatymi łapkami, a potem sobie delikatniutko wciąga i pożera.
To tak jak anakonda, która jak połyka cielaka, to na tej zasadzie, że działa jak zawór - taki od dętki rowerowej, tylko większy. W jedną stronę, do środka znaczy, idzie, a w drugą za cholerę! Tak samo z wszelkimi "dniami bez" - bez papierosa, bez samochodu, bez opowiadania kawałów o Tusku, bez słuchania Radia Maryja, bez jedzenia (kryzys gospodarczy i cośtam w rogu Afryki!), czy oddychania (powłoka ozonowa!).
Nie ma na to żadnej ustawy, nikt obywatelowi niby niczego nie zakazuje, nie nakazuje, nie przykazuje... Ale niechby taki spróbował się nie dostosować! Niechby tak wszedł z papierosem w paszczy do takiego urzędu! Mówię o czasach, kiedy jeszcze w ogóle - poza "dniami bez papierosa" - palenie było w urzędach możliwe, jak jeszcze parę lat temu. Teraz nie jest i zastanawiam się, czy jedno nie wiąże się jakoś z drugim, czy jedno z drugiego nie wynika?
Ale to by było granie trumnami, żerowanie, dzielenie i jątrzenie, więc sobie odpuszczę. Po co mi kłopoty? No właśnie - powracając... Ktoś wchodzi z papierosem w zębach i co? No, na pewno miałby jakieś nieprzyjemności. Co do tego z pewnością wszyscy się zgodzą. (Poza oczywiście tymi, z którymi nie rozmawiamy.) No i albo by je przełknął, a peta i tak musiałby się pozbyć, albo by zaczął się pieniaczyć.
Co robi nasza kochana Władza, kiedy ktoś się pieniaczy? Też się zaczyna pieniaczyć, choć oczywiście w przypadku Władzy to nie jest pieniaczenie, tylko coś zasługującego na bez porównania szlachetniejszą nazwę. No i dla nas wszystkich dobra, oczywiście. Dobrze pojętego, ma się rozumieć!
Podsumowując, powiem, że gdyby ktoś miał naprawdę, realnie zacząć walczyć z tym totalitaryzmem, które nas, dzień po dniu, milimetr po milimetrze, obkleja swą cuchnącą śliną i połyka... Nie mówię o strzelaniu, tylko o jakimś w ogóle stawianiu oporu i śladowej choćby trosce o swoją godność i resztki wolności...
To powinien zacząć od tych wszystkich kurewskich "dni bez czegoś tam"! Potem zaś powinien się wziąć za minuty ciszy. (Które, nawiasem mówiąc, są już transmitowane w telewizjach INNYCH KRAJÓW! Oczywiście w przypadku słusznych minut ciszy, nie w przypadku np., podejrzanej co najmniej, śmierci polskiego Prezydenta jakiś czas temu.)
Potem ewentualnie możemy pogadać o następnych etapach naszej walki - naszej uzasadnionej samoobrony przed tym wszystkim, co nas teraz, za przyczyną różnych ludzi, różnych organizacji i różnych sił, zalewa. A co każdy w miarę normalny człowiek sprzed choćby pięćdziesięciu lat, nie mówiąc już, że każdy uczestnik desantu w Normandii, Bitwy o Anglię, czy Powstania Warszawskiego itp. itd., uznałby skrajne skurwianie, skrajne niewolenie... Za coś z czym po prostu nie sposób się pogodzić, co wcale nie jest jakościowo lepsze od bolszewizmu, czy powiedzmy nazizmu.
Jednak zacznijmy najpierw choćby zastanawiać się nad tym wszystkim, za czym - przynajmniej oficjalnie - nie stoją jeszcze żadne międzynarodowe trybunały, żadne NATO, żaden Układ Warszawski (czy jak się to teraz wabi), żadne wspólne europejskie siły zbrojne, żadne choćby ustawy sejmu III RP. Po prostu ktoś sobie coś raczył wymyślić - "dla dobra nas wszystkich" oczywiście - więc musimy się dostosować.
Ja tu akurat na plagę lewackich trolli nie cierpię (ciekawe dlaczego?), ale na zakończenie odpowiem na jeden hipotetyczny zarzut z ich strony - taki mianowicie, że "w czym jest gorsza minuta ciszy, czy dzień bez papierosa, od powiedzmy stawania na baczność, kiedy się słyszy hymn, i innnych tego typu zachowań, np. związanych z flagą czy herbem?"
"To bardzo dobre pytanie", żeby zacytować klasyka, ale odpowiedź, jak sądzę, jest jeszcze lepsza. Nie, żebym był jakimś szczególnym fanatykiem stawania na baczność, a tym bardziej w czasie pokoju i w kraju, gdzie i tak wartości narodowe i militarne są na każdym kroku poniżane (więc to byłby pic, jeśli się ta sytuacja poważnie nie zmieni, a nie od tego trza zacząć!), ale powiem tak...
To oddawanie honorów fladze czy hymnowi, to jest takie powiedzenie światu, że "To jest moja Ojczyzna, i w razie czego, ja przy niej stoję!" Podczas gdy OSTENTACYJNE NIEODDAWANIE, to jest deklaracja: "Jakby coś, jakaś wojna, gdybyście mieli walczyć, narażać się, ginąć za tę całą waszą ojczyznę, to ja mam w dupie!"
No i trudno się dziwić, że to może niektórych wkurwić, a państwo, jeśli jest na tego typu postawy (dziadek w KPP, tatuś z mamusią w PZPR/UB/SB, skąd my to znamy?) wrażliwe, może patrzeć okiem, jak to się określa, "nieprzychylnym".
Można z tym oczywiście polemizować i zgłaszać zastrzeżenia, na przykład takie, że najwięksi wojownicy na ogół nie byli z tych, którzy się takimi sprawami bardzo przejmowali, a nawet bohaterzy narodowi też często mieli większe od stawania na baczność pasje, ale jednak to ma jakiś sens. Dla zwykłych, normalnych ludzi, bo że dla lewizny nie ma, to równie oczywiste.
No a jaki to sens i jaką wymowę ma przestrzeganie minuty ciszy, którą jakiś pajac (zapewne złodziej, krętacz i aferzysta, a niewykluczone, że po prostu zdrajca), aktualnie u żłobu, w pijarowskich celach sobie zadekretował? Co ja właściwie światu ogłaszam tą ciszę przez ową minutę zachowując, co zaś mając ją w dupie?
Tym bardziej, kiedy to nie dotyczy nikogo, kto byłby mi w jakikolwiek sposób bliski, a cała sprawa śmierdzi na kilometr jakąś prowokacją i nie ma nawet cienia nadziei, by na jej temat dowiedzieć się uczciwie czegokolwiek, bo przecież jakżeż zarządcy naszych dusz mogliby zmarnować taką cudowną okazję grania na naszych emocjach, lękach, resentymentach...? Krótko mówiąc - pogrania sobie trumnami, tyle, że tym razem zgodnie z zasadami "naukowego pijaru" i w służbie Postępu.
Tak ludzie - nie sposób postępować niezgodnie ze swoją naturą, tylko że oni nam tę naszą naturę niepostrzeżenie, dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie, zmieniają. Na co zmieniają, to sorry, ale sami się zastanówcie! (Dość tu już na dziś chyba było podżegania i skandynawskiej urody.)
* * *
Swoją drogą, właśnie mi przyszło do głowy, taki bonmot: "Przestrzeganie odgórnie zadekretowanych minut ciszy, to dzisiaj dokładnie to samo, co w cesarskim Rzymie składanie ofiar przed posągiem władcy - dowód lojalności wobec władzy, dowód, że jest się potulnym lemingiem, który nade wszystko pragnie świętego spokoju". Bardzo spengleryczne!
Oczywiście w cesarskim Rzymie było to coś w rodzaju tego stawania na baczność, o którym przed chwilą mówiliśmy. W przypadku większości ludzi (szczególnie w późniejszym okresie i na Wschodzie, gdzie kult władcy był od stuleci sprawą normalną, poza oczywiście żydami i chrześcijanami) jednak chyba mniej upodlające od minut ciszy. Nie mówiąc już o "dniach bez czegośtam" - jeśli z niestosowaniem się wiązać by się miały jakiekolwiek przykrości, a człek to robi dla świętego spokoju, nie zaś ze szczerego przekonania (ew. przekonanie przeważnie oznacza zresztą, że głupi, stadny leming).
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
Skorpion prosi żabę, żeby wzięła go na grzbiet i pomogła przeprawić przez rzekę. Żaba ma uzasadnione wątpliwości. Skorpion klaruje jej, że przecież nie umie pływać i gdyby żabę użądlił, to sam zaraz utonie. W końcu żaba się zgadza. Płyną, płyną, aż na samym środku rzeki skorpion wbija swe śmiercionośne żądło w kark żaby. Ta woła magna voce: "Jak to, przecież obiecałeś?!" Na co skorpion: "Naprawdę bardzo mi przykro, ale taka jest moja natura i nie mogłem się powstrzymać!"
Jakiś zaś człek, nie pamiętam już który, ale z tych, których kiedyś widać uznawałem za autorytet w dziedzinie znajomości ludzkiej natury (Napek Bonaparte? La Rochefoucauld?) stwierdził był coś w tym duchu, że: "Człowiek może robić rzeczy sprzeczne z rozsądkiem, przyzwoitością, własnym interesem, ale nigdy sprzeczne z jego własną naturą".
Co wyjaśnia, jak sądzę (gdyby ktoś jeszcze sam z siebie nie wiedział), dlaczego Putin postępuje zgodnie ze swoją naturą, dlaczego zgodnie ze swoją, z kolei, naturą postępują Tuski tego świata... Dlaczego zgodnie ze swoją naturą postępuje lewak, członek sekty korwinian (albo po tym Korwinie sierota), standardowy prawicowy bloger...
Wsie w mieście! (A i na WSI nierzadko, gdzie ZSL pod ksywą PSL, i nie tylko.) Inaczej po prostu nie mogą, choćby i mieli pójść na dno razem z tą biedną, niewinną żabą! (Czy kogo tam sobie na prom rzeczny wybrali.) Wsie w mieście po prostu! Albo prawie.
Oczywiście człek o dobrym sercu - nie socjopata, ino nabrzmiały humanizmem niemal aż do pęknięcia i zalania nim całej (ach!) Ludzkości (o skorpionach nie zapominając, bo na pewno miały ciężkie dzieciństwo) - nie dostrzegł by w tym, co teraz powiem, nic zabawnego, tylko by płakał i zawodził. Że: "Ach, tyle niewinnych istnień! Zły człowiek, brzydki! Zboczeniec, szaleniec, zbrodniarz i nienormalny! Nie lubię go, fuj!"
Rzucanie tego typu obelg bardzo, jak uczy doświadczenie, pomaga tego typu ludziom jakoś się pogodzić z przykrymi faktami. A dla tych ludzi wszystko niemal jest przykrym faktem - z wyjątkiem postępów europejskiej integracji i paru tego typu jasnych punktów.
Kiedy jakaś szmirowata piosenkareczka, wylansowana przez macherów w celu wyciągnięcia z durnej młodzieży, która przeważnie muzyki w życiu w ogóle nie usłyszała, na wódkę i kokainę, przeniesie się na łono Abrahama - tego typu ludzie urządzają jej rozdzierające serce pożegnania, zarówno w realu, jak i wirtualnie, także na prawicowych blogach, czemu nie! A zanim przestaną płakać i zawodzić, media i macherzy postarają się dostarczyć im nowego tego typu przeżycia - i tak apiat'!
Trzęsienie ziemi gdzieśtam! Gdzieś pociąg wpadł na drzewo, palmę zresztą! Kolejny zarabiający miliony, nie wiadomo za co, szmirus zaćpał się na śmierć! Od razu stosowny płacz. Płacz i chóralne zawodzenie. Potem jednak, jeśli sprawa jest w jakimkolwiek choćby stopniu polityczna, dzieją się ciekawe rzeczy.
Otóż ci sami ludzie, zapominając już niemal całkiem o płaczu, o zawodzeniu, zaczynają nawoływać do "niegrania trupami", "nieżerowania na trumnach", "niewykorzystywania tragedii" i "niedzielenia, kiedy wszyscy musimy się przecież połączyć". No bo ktoś śmiał się zastanawiać, jak to naprawdę było. I czy komuś potężnemu bardzo się nie opłacało do tego doprowadzić. Czyż może być WIĘKSZA ZBRODNIA?
I to jest takie właśnie zabawne, że najpierw mamy ten szok (o szoku już mówiłem? no to teraz mówię) i zawodzenie (bo każdy z nas przecież nieśmiertelny i nikt nigdy nie umarł, co dopiero w jakimś wypadku, jeśli media tego nie roztrąbią!), a po jakimś czasie - kiedy niektórzy, zamiast jak należy płakać, okazywać szok i zawodzić - próbują dojść (w przypadku wydarzeń nieco choćby związanych z polityką) do jakichś wniosków...
W rodzaju: "kto winien? kto nie dopilnował? kto dokonał i po co? kto "z naszych" mu na to pozwolił i dlaczego?" - zaczynają o tych trumnach, nieżerowaniu, nekrofilii (o, tego jeszcze nie było!) i czym tam jeszcze. Sami zresztą wiecie. No bo przyzwoity obywatel nad takimi sprawami się nie zastanawia - co innego oszołom, eurosceptyk, czy inny moher!
Przyzwoity obywatel zawodzi, płacze, jest zaszokowany, powtarza: "Jak oni mogli, jak oni mogli!"... I rozgląda się za jakimś moherem, żeby mu zaraz wyrazić obrzydzenie jego obrzydliwą, włochatą i w ogóle, postawą. Przyzwoity obywatel... Ale zaraz, żeby nie było - nie obywatel w jakimś tam wstecznym sensie, że on się poczuwa do swojego państwa (fuj!) narodowego (FUUUUUJJJ!)... Tylko taki nowoczesny, europejski i globalny. To jest chyba jasne?
No to dla niego szczytowym wydarzeniem sezonu jest zawsze minuta ciszy i on w ogóle skrycie marzy, żeby takie minuty ciszy były codziennie, trwały co najmniej po parę godzin, a jeśli ktoś wtedy nie jest wystarczająco cichy i/lub nie ma wystarczająco zbolałej i zszokowanej (złem tego świata) miny, to powinna interweniować policja, Interpol, wspólna europejska armia (a jak jej jeszcze nie ma, to niech poprosi Putina o pomoc).
Te minuty ciszy to w ogóle zjawisko, w którym, jak w kropli wody tego tam Holendra, żyją i żrą drug druga całe światy, wszechświaty nawet! To coś takiego, jak to co rzekł był kiedyś Flaubert, że mianowicie: "Życie wszy, należycie opisane, może być ciekawsze od życia Aleksandra Wielkiego". W takich minutach ciszy jak w soczewce skupiają się wszelkie zjawiska, wszelkie tendencje, wszelkie trendy...
Jak w pryzmacie, światło rozczepia się na tęczowe kolorki (co za piękna symbolika, przecież tęczowość to odwieczny symbol spółdzielczości!)... Ach! (Omal nie zapomnieliśmy o "ach!", blisko było!). Minuty ciszy to taka... Jak się nazywa ten drapieżny kwiatek, co pożera owady? Rzężączka? No to właśnie. To taka rzężączka. Łagodnie przykleja, czy tam łapie włochatymi łapkami, a potem sobie delikatniutko wciąga i pożera.
To tak jak anakonda, która jak połyka cielaka, to na tej zasadzie, że działa jak zawór - taki od dętki rowerowej, tylko większy. W jedną stronę, do środka znaczy, idzie, a w drugą za cholerę! Tak samo z wszelkimi "dniami bez" - bez papierosa, bez samochodu, bez opowiadania kawałów o Tusku, bez słuchania Radia Maryja, bez jedzenia (kryzys gospodarczy i cośtam w rogu Afryki!), czy oddychania (powłoka ozonowa!).
Nie ma na to żadnej ustawy, nikt obywatelowi niby niczego nie zakazuje, nie nakazuje, nie przykazuje... Ale niechby taki spróbował się nie dostosować! Niechby tak wszedł z papierosem w paszczy do takiego urzędu! Mówię o czasach, kiedy jeszcze w ogóle - poza "dniami bez papierosa" - palenie było w urzędach możliwe, jak jeszcze parę lat temu. Teraz nie jest i zastanawiam się, czy jedno nie wiąże się jakoś z drugim, czy jedno z drugiego nie wynika?
Ale to by było granie trumnami, żerowanie, dzielenie i jątrzenie, więc sobie odpuszczę. Po co mi kłopoty? No właśnie - powracając... Ktoś wchodzi z papierosem w zębach i co? No, na pewno miałby jakieś nieprzyjemności. Co do tego z pewnością wszyscy się zgodzą. (Poza oczywiście tymi, z którymi nie rozmawiamy.) No i albo by je przełknął, a peta i tak musiałby się pozbyć, albo by zaczął się pieniaczyć.
Co robi nasza kochana Władza, kiedy ktoś się pieniaczy? Też się zaczyna pieniaczyć, choć oczywiście w przypadku Władzy to nie jest pieniaczenie, tylko coś zasługującego na bez porównania szlachetniejszą nazwę. No i dla nas wszystkich dobra, oczywiście. Dobrze pojętego, ma się rozumieć!
Podsumowując, powiem, że gdyby ktoś miał naprawdę, realnie zacząć walczyć z tym totalitaryzmem, które nas, dzień po dniu, milimetr po milimetrze, obkleja swą cuchnącą śliną i połyka... Nie mówię o strzelaniu, tylko o jakimś w ogóle stawianiu oporu i śladowej choćby trosce o swoją godność i resztki wolności...
To powinien zacząć od tych wszystkich kurewskich "dni bez czegoś tam"! Potem zaś powinien się wziąć za minuty ciszy. (Które, nawiasem mówiąc, są już transmitowane w telewizjach INNYCH KRAJÓW! Oczywiście w przypadku słusznych minut ciszy, nie w przypadku np., podejrzanej co najmniej, śmierci polskiego Prezydenta jakiś czas temu.)
Potem ewentualnie możemy pogadać o następnych etapach naszej walki - naszej uzasadnionej samoobrony przed tym wszystkim, co nas teraz, za przyczyną różnych ludzi, różnych organizacji i różnych sił, zalewa. A co każdy w miarę normalny człowiek sprzed choćby pięćdziesięciu lat, nie mówiąc już, że każdy uczestnik desantu w Normandii, Bitwy o Anglię, czy Powstania Warszawskiego itp. itd., uznałby skrajne skurwianie, skrajne niewolenie... Za coś z czym po prostu nie sposób się pogodzić, co wcale nie jest jakościowo lepsze od bolszewizmu, czy powiedzmy nazizmu.
Jednak zacznijmy najpierw choćby zastanawiać się nad tym wszystkim, za czym - przynajmniej oficjalnie - nie stoją jeszcze żadne międzynarodowe trybunały, żadne NATO, żaden Układ Warszawski (czy jak się to teraz wabi), żadne wspólne europejskie siły zbrojne, żadne choćby ustawy sejmu III RP. Po prostu ktoś sobie coś raczył wymyślić - "dla dobra nas wszystkich" oczywiście - więc musimy się dostosować.
Ja tu akurat na plagę lewackich trolli nie cierpię (ciekawe dlaczego?), ale na zakończenie odpowiem na jeden hipotetyczny zarzut z ich strony - taki mianowicie, że "w czym jest gorsza minuta ciszy, czy dzień bez papierosa, od powiedzmy stawania na baczność, kiedy się słyszy hymn, i innnych tego typu zachowań, np. związanych z flagą czy herbem?"
"To bardzo dobre pytanie", żeby zacytować klasyka, ale odpowiedź, jak sądzę, jest jeszcze lepsza. Nie, żebym był jakimś szczególnym fanatykiem stawania na baczność, a tym bardziej w czasie pokoju i w kraju, gdzie i tak wartości narodowe i militarne są na każdym kroku poniżane (więc to byłby pic, jeśli się ta sytuacja poważnie nie zmieni, a nie od tego trza zacząć!), ale powiem tak...
To oddawanie honorów fladze czy hymnowi, to jest takie powiedzenie światu, że "To jest moja Ojczyzna, i w razie czego, ja przy niej stoję!" Podczas gdy OSTENTACYJNE NIEODDAWANIE, to jest deklaracja: "Jakby coś, jakaś wojna, gdybyście mieli walczyć, narażać się, ginąć za tę całą waszą ojczyznę, to ja mam w dupie!"
No i trudno się dziwić, że to może niektórych wkurwić, a państwo, jeśli jest na tego typu postawy (dziadek w KPP, tatuś z mamusią w PZPR/UB/SB, skąd my to znamy?) wrażliwe, może patrzeć okiem, jak to się określa, "nieprzychylnym".
Można z tym oczywiście polemizować i zgłaszać zastrzeżenia, na przykład takie, że najwięksi wojownicy na ogół nie byli z tych, którzy się takimi sprawami bardzo przejmowali, a nawet bohaterzy narodowi też często mieli większe od stawania na baczność pasje, ale jednak to ma jakiś sens. Dla zwykłych, normalnych ludzi, bo że dla lewizny nie ma, to równie oczywiste.
No a jaki to sens i jaką wymowę ma przestrzeganie minuty ciszy, którą jakiś pajac (zapewne złodziej, krętacz i aferzysta, a niewykluczone, że po prostu zdrajca), aktualnie u żłobu, w pijarowskich celach sobie zadekretował? Co ja właściwie światu ogłaszam tą ciszę przez ową minutę zachowując, co zaś mając ją w dupie?
Tym bardziej, kiedy to nie dotyczy nikogo, kto byłby mi w jakikolwiek sposób bliski, a cała sprawa śmierdzi na kilometr jakąś prowokacją i nie ma nawet cienia nadziei, by na jej temat dowiedzieć się uczciwie czegokolwiek, bo przecież jakżeż zarządcy naszych dusz mogliby zmarnować taką cudowną okazję grania na naszych emocjach, lękach, resentymentach...? Krótko mówiąc - pogrania sobie trumnami, tyle, że tym razem zgodnie z zasadami "naukowego pijaru" i w służbie Postępu.
Tak ludzie - nie sposób postępować niezgodnie ze swoją naturą, tylko że oni nam tę naszą naturę niepostrzeżenie, dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie, zmieniają. Na co zmieniają, to sorry, ale sami się zastanówcie! (Dość tu już na dziś chyba było podżegania i skandynawskiej urody.)
* * *
Swoją drogą, właśnie mi przyszło do głowy, taki bonmot: "Przestrzeganie odgórnie zadekretowanych minut ciszy, to dzisiaj dokładnie to samo, co w cesarskim Rzymie składanie ofiar przed posągiem władcy - dowód lojalności wobec władzy, dowód, że jest się potulnym lemingiem, który nade wszystko pragnie świętego spokoju". Bardzo spengleryczne!
Oczywiście w cesarskim Rzymie było to coś w rodzaju tego stawania na baczność, o którym przed chwilą mówiliśmy. W przypadku większości ludzi (szczególnie w późniejszym okresie i na Wschodzie, gdzie kult władcy był od stuleci sprawą normalną, poza oczywiście żydami i chrześcijanami) jednak chyba mniej upodlające od minut ciszy. Nie mówiąc już o "dniach bez czegośtam" - jeśli z niestosowaniem się wiązać by się miały jakiekolwiek przykrości, a człek to robi dla świętego spokoju, nie zaś ze szczerego przekonania (ew. przekonanie przeważnie oznacza zresztą, że głupi, stadny leming).
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
słowa kluczowe:
anakonda,
dzień bez papierosa,
Ezop,
granie trumnami,
lewizna,
minuta ciszy,
proto-totalitaryzm,
skorpion,
zamach w Norwegii,
żaba,
żerowanie na śmierci
niedziela, lipca 24, 2011
Wysoki blondyn o skandynawskim wyglądzie
Kochana Władzo!
Z takim jakimś niepokojem, oraz wstydem, uprzejmie donoszę, że ja także, niestety, jestem wysokim blondynem o skandynawskim wyglądzie. Gdyby Kochana Władza chciała na mnie na przykład zapolować z nagonką, albo coś w tym guście, to ja się oczywiście dostosuję, ale będzie mi przykro i przyznam, że się nawet trochę boję. Nie tak, jak za krwawych rządów PiS oczywiście, kiedy to poza tym było mi duszno, ale jednak trochę.
Skandynawski wygląd mam po szwedzkich przodkach, wzrost także, choć nie tylko. Włosów praktycznie już nie mam, choć kiedyś były blond. Nie wiem, czy to jakoś mi pomoże, bo chyba Kochana Władza takich fryzur nie lubi, choć oczywiście nic nikomu w takich kwestiach nie narzuca, bo to by było nieeuropejskie i tak dalej.
To z tym skandynawskim wyglądem, z tymi Szwedami znaczy, się stało na długo przed moim urodzeniem i gdyby to o tej odpowiedzialności zbiorowej (co tak ładnie się czyta i w ogóle od razu człowiek ma takie europejskie myśli!) jeszcze obowiązywało, to ja bym prosił uwzględnić w moim przypadku jako okoliczność łagodzącą.
W końcu wymordowanie Kanaanejczyków, co to kiedyś podobno, nic pewnego, też już dawno przedawnione, i jakże słusznie! Choć to było o wiele dawniej, niż moi szwedzcy przodkowie, więc nieco się jednak boję.
Z drugiej jednak strony ci moi kompromitujący przodkowie byli jednak dawniej, niż ten niewinny figiel naszego wspaniałego Reżysera z trzynastolatką - tego z którego Polska jest tak dumna - a który to figiel przecież wszyscy ludzie rozumni słusznie zapomnieli i jeszcze słuszniej wybaczyli. I jest w tym niewzruszona dziejowa logika, że im bardziej nienawidzili pedofilii, tym skwapliwiej wybaczyli i z większą dumą to ogłaszali, bo też z humanizmu dumnym być należy, a najbardziej pryncypialni i niezłomni towarzysze byli przecież także największymi humanistami.
Przykładem towarzysz Dzierżyński, no i oczywiście sam towarzysz Stalin, o którym tak pięknie pisała nasza Noblistka, nie wiem dlaczego tak trudno teraz to znaleźć? Albo, już w wolnej Polsce, pan Michnik. Co innego, niestety, skandynawski wygląd. Którym, jak powiedziałem, sam jestem niestety dotknięty - mimo codziennego, naprawdę dokładnego, czytania Gazety Wyborczej.
Niepokoję się, wstydzę zresztą też, tym bardziej, że moje poglądy też dotychczas nie były całkiem pozbawione prawicowych naleciałości. Niestety, nikt z rodziny nie był w KPP, ani nawet w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, nikt nie zadbał, żebym miał słuszne poglądy, jakie się stamtąd wynosiło. Kiedy Polska odzyskała wolność próbowałem jakoś się urządzić, zamiast na przykład działać w młodzieżówce SLD i budować swój humanizm od podstaw. (Na swoje usprawiedliwienie powiem, że Platformy wtedy jeszcze nie było, ale, z drugiej strony, to także i ja ją w końcu wymodliłem.)
Ja się tego wszystkiego wstydzę, przysięgam! Ale naprawdę nic się nie dało zrobić. Gdyby to o odpowiedzialności zbiorowej jeszcze obowiązywało, to ja bym naprawdę prosił, żeby to jakoś może uwzględnić? (Tylko nie chcę tego stale powtarzać, bo przecież Kochana Władza i tak ma wiele do roboty.)
Co do wyglądu, to ja naprawdę się postaram to zmienić i uczynię absolutnie wszystko, co w mojej mocy, żeby wyglądać jak panowie Kuczyński, Kwaśniewski, a gdyby skleroza i inne wzbudzające szacunek oznaki dorosłości jednak wzięły górę, to chętnie jak pan Bartoszewski. Obiecuję, że od dziś będę się co najmniej przez 4 godziny dziennie wpatrywał w zbiorowe zdjęcie tych panów i natężał wolę, żeby się do nich upodobnić! Tak mi dopomóż łagiewnicki Bóg i mój patron - św.p. biskup Życiński!
(Przepraszam pana Michnika, którego codziennie czytam i w ogóle uwielbiam, że go tutaj nie wymieniam, ale jednak on nie ma tej najtypowszej urody genetycznego humanisty. Choć nic mu oczywiście nie chcę ujmować, bo rodowe nazwisko i zasługi jego i jego wspaniałej rodziny wyrównują ten brak z nawiązką!)
Co do terroryzmu, to nigdy się nim nie zajmowałem, ani też nie byłem jego zwolennikiem, niestety rozumiem, że Kochana Władza nie może się zajmować każdą pierdołką i przed polowaniem z nagonką mnie taki drobiazg nie może uratować, bo gdyby tak Władza uwzględniała takie różne duperele u każdego obywatela, zamiast robić swoje, surowe prawo ale prawo i tak dalej, to by całkiem nie miała czasu na działalność statutową. I w ogóle.
W ostatnich słowach mojego listu powiem jednak, ponieważ przed Kochaną Władzą nie mam nic do ukrycia, a to może Kochanej Władzy ułatwić (jak każda zresztą informacja, którą sobie na temat obywatela skądsiś wygrzebie), że nie jestem masonem, ani też jakimś bardzo namiętnym syjonistą. (Mimo oczywiście pilnego czytania Gazety Wyborczej, która jest moją codzienną duchową strawą, i oglądania TVN24.)
Chodzi mi o to, że źle, że nie jestem, ale chyba, mam nadzieję, dobrze, że sam o tym mówię. Bez polewania wodą, wyrywania paznokci czy strzelania w tył głowy. W końcu to zajmuje czas i niepotrzebnie Kochaną Władzę męczy. (Choć co ja tam, skromny leming, znaczy obywatel, mogę wiedzieć!) Wiem, że to tylko duperele, ale gdyby je Kochana Władza zechciała uwzględnić w charakterze okoliczności łagodzących, byłbym niesłychanie zobowiązany i kochał Kochaną Władzę jeszcze bardziej, niż dotychczas.
Jednak jeśli Kochana Władza woli urządzić sobie na mnie łowy, pozamykać do więzienia, może nawet postrzelać, nasłać brygadę dzielnych antyterrorystów (o założeniu podsłuchów nawet oczywiście nie wspominam), to ja się oczywiście, jako lojalny obywatel, podporządkuję.
Ale będzie mi trochę przykro, bo przecież tylu wrogów Kochanej Władzy i ludzkości w ogóle chodzi sobie tam na wolności i knuje! Przykro nawet nie tyle z mojego własnego powodu, ale dlatego, że Kochana Władza mogłaby (jeśli mogę wyrazić swój obywatelski postulat) wykorzystać swoją energię lepiej, na przykład strzelając do tych wszystkich paskudnych PiSowców! (Co mówią o mnie leming, a o panu Tusku to w ogóle wstydzę się powtórzyć, co mówią.)
Pozostaję Kochanej Władzy uniżonym sługą
podpis nieczytelny
P.S. A co do fryzury, to właśnie zacząłem zapuszczać sobie taką, jak miał towarzysz Kociołek. Myślę, że się Kochanej Władzy spodoba, choć to jeszcze trochę czasu zajmie.
Z takim jakimś niepokojem, oraz wstydem, uprzejmie donoszę, że ja także, niestety, jestem wysokim blondynem o skandynawskim wyglądzie. Gdyby Kochana Władza chciała na mnie na przykład zapolować z nagonką, albo coś w tym guście, to ja się oczywiście dostosuję, ale będzie mi przykro i przyznam, że się nawet trochę boję. Nie tak, jak za krwawych rządów PiS oczywiście, kiedy to poza tym było mi duszno, ale jednak trochę.
Skandynawski wygląd mam po szwedzkich przodkach, wzrost także, choć nie tylko. Włosów praktycznie już nie mam, choć kiedyś były blond. Nie wiem, czy to jakoś mi pomoże, bo chyba Kochana Władza takich fryzur nie lubi, choć oczywiście nic nikomu w takich kwestiach nie narzuca, bo to by było nieeuropejskie i tak dalej.
To z tym skandynawskim wyglądem, z tymi Szwedami znaczy, się stało na długo przed moim urodzeniem i gdyby to o tej odpowiedzialności zbiorowej (co tak ładnie się czyta i w ogóle od razu człowiek ma takie europejskie myśli!) jeszcze obowiązywało, to ja bym prosił uwzględnić w moim przypadku jako okoliczność łagodzącą.
W końcu wymordowanie Kanaanejczyków, co to kiedyś podobno, nic pewnego, też już dawno przedawnione, i jakże słusznie! Choć to było o wiele dawniej, niż moi szwedzcy przodkowie, więc nieco się jednak boję.
Z drugiej jednak strony ci moi kompromitujący przodkowie byli jednak dawniej, niż ten niewinny figiel naszego wspaniałego Reżysera z trzynastolatką - tego z którego Polska jest tak dumna - a który to figiel przecież wszyscy ludzie rozumni słusznie zapomnieli i jeszcze słuszniej wybaczyli. I jest w tym niewzruszona dziejowa logika, że im bardziej nienawidzili pedofilii, tym skwapliwiej wybaczyli i z większą dumą to ogłaszali, bo też z humanizmu dumnym być należy, a najbardziej pryncypialni i niezłomni towarzysze byli przecież także największymi humanistami.
Przykładem towarzysz Dzierżyński, no i oczywiście sam towarzysz Stalin, o którym tak pięknie pisała nasza Noblistka, nie wiem dlaczego tak trudno teraz to znaleźć? Albo, już w wolnej Polsce, pan Michnik. Co innego, niestety, skandynawski wygląd. Którym, jak powiedziałem, sam jestem niestety dotknięty - mimo codziennego, naprawdę dokładnego, czytania Gazety Wyborczej.
Niepokoję się, wstydzę zresztą też, tym bardziej, że moje poglądy też dotychczas nie były całkiem pozbawione prawicowych naleciałości. Niestety, nikt z rodziny nie był w KPP, ani nawet w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, nikt nie zadbał, żebym miał słuszne poglądy, jakie się stamtąd wynosiło. Kiedy Polska odzyskała wolność próbowałem jakoś się urządzić, zamiast na przykład działać w młodzieżówce SLD i budować swój humanizm od podstaw. (Na swoje usprawiedliwienie powiem, że Platformy wtedy jeszcze nie było, ale, z drugiej strony, to także i ja ją w końcu wymodliłem.)
Ja się tego wszystkiego wstydzę, przysięgam! Ale naprawdę nic się nie dało zrobić. Gdyby to o odpowiedzialności zbiorowej jeszcze obowiązywało, to ja bym naprawdę prosił, żeby to jakoś może uwzględnić? (Tylko nie chcę tego stale powtarzać, bo przecież Kochana Władza i tak ma wiele do roboty.)
Co do wyglądu, to ja naprawdę się postaram to zmienić i uczynię absolutnie wszystko, co w mojej mocy, żeby wyglądać jak panowie Kuczyński, Kwaśniewski, a gdyby skleroza i inne wzbudzające szacunek oznaki dorosłości jednak wzięły górę, to chętnie jak pan Bartoszewski. Obiecuję, że od dziś będę się co najmniej przez 4 godziny dziennie wpatrywał w zbiorowe zdjęcie tych panów i natężał wolę, żeby się do nich upodobnić! Tak mi dopomóż łagiewnicki Bóg i mój patron - św.p. biskup Życiński!
(Przepraszam pana Michnika, którego codziennie czytam i w ogóle uwielbiam, że go tutaj nie wymieniam, ale jednak on nie ma tej najtypowszej urody genetycznego humanisty. Choć nic mu oczywiście nie chcę ujmować, bo rodowe nazwisko i zasługi jego i jego wspaniałej rodziny wyrównują ten brak z nawiązką!)
Co do terroryzmu, to nigdy się nim nie zajmowałem, ani też nie byłem jego zwolennikiem, niestety rozumiem, że Kochana Władza nie może się zajmować każdą pierdołką i przed polowaniem z nagonką mnie taki drobiazg nie może uratować, bo gdyby tak Władza uwzględniała takie różne duperele u każdego obywatela, zamiast robić swoje, surowe prawo ale prawo i tak dalej, to by całkiem nie miała czasu na działalność statutową. I w ogóle.
W ostatnich słowach mojego listu powiem jednak, ponieważ przed Kochaną Władzą nie mam nic do ukrycia, a to może Kochanej Władzy ułatwić (jak każda zresztą informacja, którą sobie na temat obywatela skądsiś wygrzebie), że nie jestem masonem, ani też jakimś bardzo namiętnym syjonistą. (Mimo oczywiście pilnego czytania Gazety Wyborczej, która jest moją codzienną duchową strawą, i oglądania TVN24.)
Chodzi mi o to, że źle, że nie jestem, ale chyba, mam nadzieję, dobrze, że sam o tym mówię. Bez polewania wodą, wyrywania paznokci czy strzelania w tył głowy. W końcu to zajmuje czas i niepotrzebnie Kochaną Władzę męczy. (Choć co ja tam, skromny leming, znaczy obywatel, mogę wiedzieć!) Wiem, że to tylko duperele, ale gdyby je Kochana Władza zechciała uwzględnić w charakterze okoliczności łagodzących, byłbym niesłychanie zobowiązany i kochał Kochaną Władzę jeszcze bardziej, niż dotychczas.
Jednak jeśli Kochana Władza woli urządzić sobie na mnie łowy, pozamykać do więzienia, może nawet postrzelać, nasłać brygadę dzielnych antyterrorystów (o założeniu podsłuchów nawet oczywiście nie wspominam), to ja się oczywiście, jako lojalny obywatel, podporządkuję.
Ale będzie mi trochę przykro, bo przecież tylu wrogów Kochanej Władzy i ludzkości w ogóle chodzi sobie tam na wolności i knuje! Przykro nawet nie tyle z mojego własnego powodu, ale dlatego, że Kochana Władza mogłaby (jeśli mogę wyrazić swój obywatelski postulat) wykorzystać swoją energię lepiej, na przykład strzelając do tych wszystkich paskudnych PiSowców! (Co mówią o mnie leming, a o panu Tusku to w ogóle wstydzę się powtórzyć, co mówią.)
Pozostaję Kochanej Władzy uniżonym sługą
podpis nieczytelny
P.S. A co do fryzury, to właśnie zacząłem zapuszczać sobie taką, jak miał towarzysz Kociołek. Myślę, że się Kochanej Władzy spodoba, choć to jeszcze trochę czasu zajmie.
słowa kluczowe:
Adam Michnik,
donos,
Gazeta Wyborcza,
genetyczny humanizm,
KPP,
masoneria,
odpowiedzialność zbiorowa,
podsłuchy,
skandynawski wygląd,
syjonizm,
terroryzm,
TVN24,
uroda
Subskrybuj:
Posty (Atom)