Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
sobota, listopada 10, 2007
Witaj Jutrzenko Swobody! (Może nie całkiem manifest, ale prawie)
System miłościwie nam już od dziesięcioleci panujący - system realnego liberalizmu (bardziej oficjalnie: "liberalnej demokracji", a ostatnio także: "demokracji elitarnej") zasadniczo nie zawiera w swej maszynerii mechanizmu cenzury, zastępując ją w razie potrzeby bardziej doraźnymi środkami, takimi jak: propaganda przy użyciu środków tak potężnych, o jakich całkiem niedawno nikomu się nawet nie śniło; przemyślne tworzenie różnych mód ("intelektualnych" i całkiem przeciwnie, zależnie od adresata i konkretnych potrzeb); "kłamstwo oświęcimskie" i "antysemityzm"; generowanie informacyjnego szumu, w którym nic (a w każdym razie nic czego nie wspiera niezwykle kosztowny aparat "informacji"/rozrywki/propagandy) nie nabierze nigdy znaczenia większego, niż co najwyżej jako chwilowa ciekawostka; odwracanie uwagi od realnego świata i mechanizmów władzy stosując zasadę "sushi i Taniec z Gwiazdami" (wgl. "piwo i Chopin w Filharmonii"), itd. itp.
Taka władza, a w dodatku tak potężnie zbiurokratyzowana i skrępowana milionami sprzecznych ze sobą przepisów - w których sens w dodatku, i jakąś magiczną zaiste moc sprawczą w rzeczywistym świecie, wszyscy ci ludzie usilnie próbują wierzyć - jest niemal bezbronna wobec niektórych działań. I nie chodzi mi bynajmniej o jakieś działania nielegalne (spokój łapsy! przyjdźcie i sprawdźcie że nie mam materaca z TNT, ani nawet głupiego obrzynka... a ta brudna bomba z pół kilo promieniotwórczego plutonu pod zlewem? jaka bomba? to tylko prototyp i będę jeszcze musiał nad nim parę tygodni popracować, zresztą może ją po prostu sprzedam al kaidzie, bo chcę sobie kupić radiomagnetofon), choć z pewnością nie o takie, które by wzbudziły zachwyt tusków, michników czy borrelów tego świata.
Chodzi mi o działania ludzi, którym się obecna sytuacja wszechogarniającej tolerancji i powszechnego dialogu, z których jednak wykluczone są... Miliony zdrowych, normalnych, a najprawdopodobniej najzdrowszych i najnormalniejszych - jeśli nawet nie jedynych normalnych i zdrowych - ludzi. Działania w kierunku zdobycia środków na wyrażenie głośno tych swoich, choćby wstecznych i ksenofobicznych, przekonań i gustów. I na robienie czegoś, by się ta obecna, nieznośna dla nich, sytuacja zaczęła zmieniać. Dlaczego miałoby to być niby nielegalne? Bo nie podoba się red. Michnikowi z red. Wołkiem? A gdzie jest powiedziane, że akurat ich opinia ma się liczyć, a nie np. moja?
Tacy ludzie musieliby mieć pewne cechy, to oczywiste. Inaczej już dawno by się coś takiego zrobić udało i mielibyśmy już tego skutki. A świat, i Polska, nie wyglądałyby tak paskudnie, jak w oczach całkiem sporej ilości ludzi wyglądają. A więc ci ludzie musieliby potrafić myśleć (w odróżnianiu od powtarzania takich czy innych formułek), ale też musieliby być zdolni do tworzenia i umacniania więzi międzyludzkich. Która to umiejętność, dzięki wysiłkom naszych ukochanych władców, zdaje się z każdym dniem zanikać. W każdym razie na trzeźwo.
Musieliby też umieć swe poglądy, i wszelkie przydatne informacje, przekazać jak największej ilości spośród tych, z którym w ogóle rozmawiać warto, co do których jest przynajmniej promyk nadziei. Musieliby być elastyczni w środkach, a jednocześnie wierni pewnym podstawowym zasadom i trzymać się głównego kierunku. Wizja celu i te rzeczy. Także, co być może najtrudniejsze, musieliby dobrze się potrafić porozumieć między sobą, pomimo różnych mniej lub bardziej istotnych różnic ideologicznych, czy powiedzmy religijnych.
Powtarzam, w takiego typu działalności nie ma i być nie ma powodu nic nielegalnego. Przynajmniej dopóki realny liberalizm nie zrzuci maski i nie ujawni się jako przemoc. Ale to jej zajmie sporo czasu, jak sądzę. O tym by te zamiary miały być nieetyczne, już oczywiście nawet nie warto wspominać. To nasi wrogowie są nieetyczni, a w wielu przypadkach także, wobec normalnego poczucia sprawiedliwości - nielegalni. Lewactwo od czasów niepamiętnych robi nie takie rzeczy i od dawna już nikt mu z tego powodu nie czyni przykrości. Więcej, lewactwo, nawet to najagresywniejsze i najbardziej kwalifikujące się do domu bez klamek, przenika się z obecną realno-liberalną władzą w tysiącach miejsc. I nikomu nie przeszkadza, choć realny liberalizm to przecież niemal wszechwładza wielkiego ponadnarodowego kapitału.
Oczywiście pochwał i słów zachęty ze strony michników tego świata oczekiwać nie należy, ani też głaskania po głowie i ułatwień ze strony tego świata borrelów i schetyn. Jeśli ktoś jednak nade wszystko pragnie miłości i pochwał ze strony tych właśnie ludzi, to niech się szybko dołącza do kręcenia lodów - europejskich i/lub tych platformianych - bo wkrótce może dlań zabraknąć! W tym czasie ludzie mający jeszcze nieco honoru i sumienia, plus tzw. jaja, mogą zajść wroga od tyłu. A wtedy... Witaj Jutrzenko Swobody! A każdym razie przestaniemy - każdy z nas, tych brzydzących się pedalstwem, zdradą i służalczością - być więziennymi parówami, w sensie przenośnym, ale niestety zbyt mało przenośnym, różnych biedroniów i każdego dosłownie totalitarnego świra, który raczy się nami zainteresować.
Zasada, wyrażona w cudownie lapidarny sposób, powinna być taka: "Każdy ich doraźny sukces wzmacnia naszą determinację i siłę przekonywania, oznaczając tym samym kolejny NASZ długoterminowy sukces". Aż w końcu naprawdę KAŻDY będzie mógł wyrazić swoje poglądy i mieć wpływ. No a potem się zobaczy.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Soliloquia w cieniu Donalda Tuska (odcinek I)
Jan Kelus, obok masy talentów i zalet, musiał mieć w ogromnym natężeniu tę przedziwną, typowo polską, "zdolność do wybaczania". (Nie mówcie mi proszę, że to ma cokolwiek wspólnego z katolicyzmem, na tej zasadzie można by zapytać, dlaczego nie ma u nas np. lewiratu.) Śpiewał bowiem między innymi, że "są w narodzie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, lecz gdy tłum będzie gonił kogoś w resztkach munduru, ślepą drogą, to póki co otworzę drzwi". Przyznam, że zawsze bardziej mnie to dziwiło, niż zachwycało. A przecież było to jeszcze w początkach tzw. stanu wojennego i o III RP nikomu się nawet nie śniło. Z drugiej strony jednak Kelus wyraźnie przecież mówi "póki co".
Niechże więc zadam teraz sobie sam pytanie, czy ja też bym drzwi otworzył, gdyby np. żądny mordu tłum gonił red. Wołka w strzępach koszuli i bez gaci? To będą takie soliloquia, czyli "rozmowy z samym sobą". Albo inaczej, stosując zarzuconą już chyba trydencką terminologię - rachunek sumienia. A że odbywają się one nie w cieniu Alaryka, któren z kolegami spustoszył Rzym, jak soliloquia Św. Augustyna, tylko w samym początku miłościwego nam panowania innego wielkiego wodza i męża stanu, uznałem za właściwe o tym wspomnieć w tytule.
Przyznam, czego co wnikliwszy czytelnik mógł się już zresztą zacząć domyślać, że moje organy wybaczania aż tak rozwinięte nie są. Mnie bliższa jest postawa cudownie moim zdaniem zgrabnie wyrażona w pewnej angielskiej książce dla młodzieży z przełomu wieków XIX i XX, a którą poznałem czytając b. fajną biografię P. G. Woodehouse'a - sławnego i naprawdę przezabawnego brytyjskiego autora, twórcę m.in. przemyślnego kamerdynera o nazwisku Jeeves. Takie książki czytywał bowiem, o ile pamiętam, P. G. Woodehouse... A może raczej o nich pisał w początkach swej kariery? Już naprawdę nie pamiętam.
W każdym razie owa genialna sentencja brzmiała mniej więcej tak:
Kim był (tutaj imię i nazwisko bohatera)? Był człowiekiem. Po prostu człowiekiem. Co robił? Żył, po prostu żył - nigdy nie wybaczał i nigdy nie zapominał. Czyli żył znacznie intensywniej i robił znacznie więcej, niż większość ludzi kiedykolwiek mogłaby choćby marzyć.Dla mnie przeczytanie tych paru zdań było naprawdę swego rodzaju olśnieniem. A więc istnieją, choćby w wyobraźni, ludzie, nie mający tej dziwnej, chorej jak mi się zawsze podświadomie wydawało, chęci wybaczania i zapominania dosłownie wszystkiego. I to właśnie jest, wedle tego geniusza, który tym jednym zdaniem pokazał w mojej opinii, że mógłby - gdyby taka posada w ogóle była możliwa - rządzić światem, zaś w rzeczywistości pisał książki dla skautów i uczniaków pragnących wyrwać się z szarej szkolnej rzeczywistości. Jaki dziwny, jaki chory jest ten nasz świat, skoro wszystkie te środy, biedronie, michniki, tuski i schetyny, clintony i de borele nie piszą groszowych książek, tylko, zebrani w kupę, naprawdę robią coś, co przypomina rządy nad światem!
My zaś tylko wybaczamy i wybaczamy... Intensywnie i z pełnym przekonaniem. Wszystko, chyba że nam powiedzą, że nielzia wybaczać - wtedy okazujemy zadziwiająco bezlitosną twardość i pamięć do drobiazgów, jakiej by się nie powstydził Harry Lorraine.
Co jest ze mną, skoro ja w żadnej z tych grup nie tylko się nie znajduję, ale nawet znaleźć się nie pragnę? Czy to już schizofrenia? I czy aby na pewno bezobjawowa? Czy to nie "fijoł broń Boże, panie doktorze?" Będę teraz myślał, będę drapał swą zrogowaciałą duszyczkę, będę torturował te nędzne resztki kory mózgowej, które mi pozostały...
A nigdy przecież nie było jej zbyt wiele, pomarszczona też przesadnie to ona nie była. Ale w końcu dojdę - będę wiedział, czy to ja jestem jakimś dotkniętym amnezją kosmitą, rzuconym na Ziemię z odległej galaktyki... i że grozi mi, iż w każdej chwili spod mego (przystojnego) pyszczka wychnie ohydna morda zielonego jaszczura... Czy też takich jak ja jest więcej, może nawet... Co za przedziwna myśl? Może nawet większość?
A więc... Do następnego odcinka mego rachunku sumienia! (Deo volente oczywiście, a poza tym u mnie dalsze ciągi to niestety rzadkość.)
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
piątek, listopada 09, 2007
Jak stać się ofiarą linczu (dedykowane Arturowi M. Nicponiowi)
Względnie pilni czytelnicy moich tekstów i pyskowań mogą wiedzieć, że za najbardziej przełomową, w sensie polityczno-ideowym, książkę w mym życiu uważam pierwszą przeczytaną przeze mnie książkę Roberta Ardreya (był to akurat "The Territorial Imperative"). Zachęcam przy okazji do poszukania o Ardreyu na tym blogu: w linkach ze słowami kluczowymi i w linkach do "Rzeczy wiekopomnych" (wszystko w prawej rynience).
Sam Ardrey, zanim zaczął się intensywnie interesować najnowszymi wówczas odkryciami związanymi z pochodzeniem człowieka (ewolucyjnym, jak najbardziej - przykro mi przyjaciele fundamentaliści, szanuję Was, ale amicus Plato...), był ostro lewicującym amerykańskim dramaturgiem i scenarzystą (o b. znaczących sukcesach), choć z wykształcenia był antropologiem. Te kilka książek, które Ardrey na te biologiczne tematy napisał, w latach '60 i nieco później bardzo głośnych i przekładanych na wiele języków, potem zaś starannie przemilczanych, nie jest ściśle mówiąc o polityce, na pewno nie są to jakieś ideologiczne manifesty...
A jednak sam autor nie jawi się w nich już jako lewicowiec (choć rasowy liberał mógłby się tutaj kłócić, ale po pierwsze dla mnie właśnie rasowy liberał to lewica, a po drugie, liberałowie nie potrafią czytać książek o czymś, a tylko mętne manifesty właśnie, i dlatego zresztą są liberałami.) No i fakt, że ja, zoologiczny reakcjonista przecież (choć liberał też miałby z pewnością wiele mi do zarzucenia, w punktu widzenia "prawdziwej prawicowości") pod wpływem Ardreya właśnie, choć przedtem czytałem rzeczy wielkie i mądre (Tocqueville'a w oryginale, na przykład), stałem się tym, kim jestem w sensie politycznych przekonań, a tych moich przekonań z całą pewnością nikomu by się już nie dało podważyć. No a poza tym Ardrey to ponoć jedno ze źródeł amerykańskiej "Nowej Prawicy".
Dobra, to był wstęp, przydługi z pewnością, sorry! Ale to w końcu nie jest "Szkło Kontaktowe" - tu nie zawsze musi być szybko, głośno, głupio i łatwo. To, do czego zmierzałem to taka oto sprawa...
Ardrey, za pomocą masy potężnych dowodów i opierając się na znacznie większych od niego samego naukowych autorytetach (choć oczywiście ogółowi mało znanych, bo na "autorytety" się w oczach miłościwie nam panujących nie nadają, nie mając odpowiedniego stażu płatnego agenta komunizmu czy innego użytecznego idioty), dowodzi paru rzeczy, z których wynikają niesamowicie wprost istotne, a do tego w wielu przypadkach całkiem konkretne, polityczne wnioski i wskazówki.
I choćby sam Ardrey o danej sprawie wprost nie pisał, gdy obserwuję, co się dzieje w świecie, to on właśnie bardzo często nasuwa mi się na myśl. Kiedy na przykład oglądałem kroniki z węgierskiego powstania w '56, mimo naprawdę ogromnej mojej sympatii dla powstańców, i mimo oczywistej nienawiści do agentów tamtejszej stalinowskiej bezpieki, wrażenie za każdym razem było szokujące, gdy oglądałem, jak tych rannych agentów wyciągnięto ze szpitala, grożąc jego dyrektorowi spaleniem całego przybytku Eskulapa wraz z pacjentami i załogą, potem zaś powieszono ich za nogi na latarniach, napchano do ust drobnych monet, jako sprzedawczykom, potem zaś zmasakrowano na śmierć kopniakami. I to ostatnie właśnie widać dokładnie na tych, drżących wprawdzie i źle naświetlonych, ale wystarczająco wyraźnych starych filmach. (To było, nawiasem mówiąc, od razu na drugi dzień po tej demonstracji i strzelaninie, od której wszystko tam się zaczęło.)
Tak właśnie wygląda prawdziwe życie, moi państwo. Tak wygląda prawdziwa polityka - wielbiciele i fagasy Platformy Obywatelskiej i jej różnorakich mocodawców! Nawet w największej ekstazie zwycięstwa, radził bym tego do końca nie zapominać. Nie mogę przysiąc, że kiedyś będzie dobrze, ale z pewnością kiedyś jeszcze będzie gorąco, a wtedy będą się być może działy rzeczy bardzo podobne do tych, które, przy odrobinie wysiłku, można sobie pooglądać. W końcu takie rzeczy działy się nie tylko na Węgrzech, prawda? Lewactwo i inni tacy mają tych swoich męczenników co niemiara, a więc, może nie warto zbyt łatwo ulegać tej całej propagandzie, że teraz to już tylko tolerancja i prostą drogą do ziemskiego raju. Chyba, że koniecznie chce się zwiększyć własną szansę na lewicowe męczeństwo, oczywiście.
W końcu nawet sam Fukuyama wycofał się ponoć ze swych dogmatycznych twierdzeń, że "historia się już skończyła, teraz już tylko liberalizm". Radziłbym więc nieco się zastanowić, gdzie się możesz znaleźć, kiedy nagle coś pęknie i te okropne zgraje oszołomów, kiboli, faszystów, homofobów, szowinistycznych męskich świń, eurosceptyków, ksenofobów itd. itd., w jakimś, choćby całkiem rozpaczliwym zrywie wezmą się za mszczenie na swoich długoletnich oprawcach. Do których teraz i Platforma "Obywatelska" się z zapałem dołącza.
To było do lewactwa, rycerzy postępu i platfusów, a oni i tak tego raczej nie przeczytają. Ważniejsze jest więc to, co miałbym do powiedzenia do naszych. (I co ja sam wiem w dużym stopniu właśnie dzięki lekturze Roberta Ardreya.)
Otóż lincz - jak ten na owych nieszczęsnych węgierskich ubekach - jest wciąż niepokojąco obecny w całej historii naszego gatunku i naszej zbiorowej psychologii. Nie zawsze musi to być śmierć Barabasza w "Trylogii", nie zawsze powieszenie i zmasakrowanie kopniakami... może to być udawany gwałt na gimnazjalistce w wykonaniu kolegów, który tylko wyjątkowo staje się dużą sprawą ze skutkiem śmiertelnym. Może to być dręczenie klasowej ofermy, albo kompanijnej ofermy... Każdy się z tym spotkał i każdy, kto nie jest całkiem tępy albo całkiem zakłamany, wie, że takie sytuacje budzą w sercu każdego - nawet przyzwoitego - człowieka istne demony.
Nie będę się wdawał w dokładne egzegezy tej sprawy z dzieła Ardreya, ale wiąże się to bez cienia wątpliwości przede wszystkim z faktem, iż przez miliony lat polowaliśmy zbiorowo, i to nie ze sztucerem czy w jakiś inny humanitarny sposób, tylko właśnie zbiorowo dręcząc i masakrując zwierzęta. W końcu najbardziej uznawana teoria tłumacząca np. zniknięcie mamutów i wielu innych zwierząt, jak koni, w Ameryce to ta, że zostały one wytępione przez człowieka. Przez człowieka uzbrojonego w we włócznię z grotem z opalanego nad ogniskiem drewna i inne podobnie zaawansowane narzędzia.
A więc to nie mogło wyglądać inaczej, niż tak jak wyglądało: zwierzęta zaganiało się nad jakąś przepaść, a potem wrzaskiem, ogniem, każdą możliwą metodą, zrzucało się je masowo w dół. Brał w tym udział każdy - kobiety i dzieci także. Nie ma co się na to wybrzydzać, nie dało się inaczej, choć kiedy się czyta o obecnie jeszcze odbywających się w Afryce masowych polowaniach tubylców, którzy najpierw podpalają sawannę, potem zaś... (Opisywała to np. kiedyś, bardzo już dawno, Ewa Szumańska w "Tygodniku Powszechnym".) Nieważne, chodzi tu o istotę sprawy, a ta jest taka, że mamy to w genach, wraz z całą tą pierwotną naszą naturą, stworzoną przez miliony lat historii naszego gatunku (i nawet jeśli odrzuca się ewolucję jako przyczynę powstania człowieka, to trudno ją odrzucić w aspekcie przetrwania tych czy innych grup ludzkich, warto o tym pomyśleć!).
Z tej naszej natury - czego np. liberałowie nie chcą dostrzec, wmawiając nam i sobie, że człowiek to biała karta, na której można zapisać, co się zechce, byle tylko umieć - wynikają wszystkie właściwie najwznioślejsze i najpodlejsze nasze ludzkie cechy, a przede wszystkim możliwości. Nie ma co się wstydzić, że człowiek jest łowcą i drapieżnikiem, ale też warto pamiętać, że w większości sytuacji powinien być także czymś innym, w pewnym sensie przynajmniej - znacznie wyższym.
No dobra, tom sobie wykonał pracę popularnonaukową u podstaw, potem zaś oddałem się rozważaniom z dziedziny filozofii moralnej. Jaka jednak jest ta moja hiper-konkretna rada dla nas - obecnych przegranych? I co wreszcie trzeba konkretnie zrobić, aby stać się tytułową ofiarą linczu? Albo co należałoby zrobić, aby się nią nie stać?
Psychologiczną pożywką dla linczu, każdego linczu, jest kiedy jakaś grupa najpierw się kogoś piekielnie boi, potem zaś ma go całkowicie w swej mocy. Działają tu pewne dość logiczne motywy - na przykład to, że WCIĄŻ nienawidzimy (bo się baliśmy), JESZCZE bez trudu sobie potrafimy wmówić, że nasza ofiara jest groźna i zniszczenie jej wymaga heroicznej odwagi, z drugiej zaś strony ofiara jest już całkiem BEZSILNA i nic nam z jej strony nie grozi. Staje się jednak przez to automatycznie takim okrążonym przez dużą grupę jaskiniowców cielęciem mamuta, które każdy ma chęć, na oczach współplemieńców, dodatkowo zmasakrować, ukarać, że jeszcze nie jest na rożnie. Dochodzi do tego radość ze wspólnoty, z konkretnego działania, z poczucia mocy...
Proszę, zastanówcie się nad tym chwilę (albo, lepiej, znacznie dłużej). Czy tak nie jest? Czy w duszy każdy w miarę prawdziwy mężczyzna nie czuje, co jest głównym motorem zbiorowego gwałtu? Przecież nie seks jako taki! A tak nawiasem mówiąc, Ardrey z ironią zauważa, że w całym dziele Freuda nie ma słowa "broń". To się nazywa znajomość ludzkiej natury!)
Tak to wygląda, przykro mi liberałowie, przykro mi monarchiści wskrzeszający nam monarchę z Bożej łaski... I nie gwałci to wcale zasad katolickiej wiary, raczej przeciwnie! Bo, po pierwsze - jest to prawda, co każdy uczciwy człowiek potwierdzi, nawet choćby był święty. Po drugie zaś, katolicyzm nigdy nie twierdził, że człowiek to jakaś anielska istota, prawda?
A więc, wszyscy drodzy przegrani - nie wzbudzajcie w naszych wrogach (i przeciwnikach) poczucia wszechmocy, z której bierze się żądza linczu! Nie stawajcie się za wszelką cenę niewinnymi, bezbronnymi istotkami, które muchy nawet nie skrzywdzą. (Chyba, że ktoś chce być ofiarą linczu, ale mógłby to chociaż robić prywatnie.) Nigdy nie byliśmy takimi zbrodniarzami, jak nas przedstawiano, i nadal nie jesteśmy. Ale też nie jesteśmy tak bezbronni, tak obcy wszelakiej myśli o rewanżu, o zemście, o zwycięstwie odniesionym - jeśli potrzeba - nawet dość brutalnymi i cynicznymi metodami. I nigdzie nie jest powiedziane, że nie będziemy jeszcze mieli do tego okazji. Być może należy sobie życzyć, byśmy nie mieli, ale to już niestety zależy przede wszystkim od naszych wrogów.
A tak przy okazji, czy nie warto by się było zastanowić, czy ubecja i wszyscy ci prlowscy donosiciele, którzy tak nas nienawidzą, żeśmy na chwilę przeszkodzili im swobodnie konsumować tego, co w te wzniosłe sposoby zdobyli, żeśmy zasiali w ich szmatławych serduszkach cień zwątpienia w zwycięstwo zła i podłości - czy byliby równie hardzi, równie pełni nienawiści, gdybyśmy, po powieszeniu kilku czy kilkuset prominentnych komunistycznych zdrajców i zbrodniarzy, reszcie z nich łaskawie pozwolili dalej żyć, części po wyjściu z więzienia, wykonując uczciwe, nisko płatne, nisko kwalifikowane fizyczne zawody?
Czy i wtedy bylibyśmy dla nich taką zgrają opętanych amokiem zbrodniarzy i zbuntowanych głupców? Serdecznie wątpię!
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
czwartek, listopada 08, 2007
Babcia kombatantka i sposób na natrętów
Dzisiaj będą dwa w cenie jednego. Promocja taka. Nie dziękujcie, przecież zadowolenie klienta jest naszą największą nagrodą!
Oto pierwszy...
Wszystkie te przezabawne suspensy i qui-pro-quy wokół kombatanckiej przeszłości Lecha Wałęsy nasuwają mi na myśl pewien dowcip z mrocznej epoki PRLu. Ten o... Ale nie, może co młodsi go nie znają, niech się dowiedzą, jak zabawiał się w tamtych czasach prosty lud. (No bo jak zabawiała się elita to już chyba wszyscy wiedzą - donoszeniem na krewnych i przyjaciół w ramach robienia kariery i zapracowywania sobie na status moralnego autoryteta.)
Przychodzi starsza kobiecina do ZBoWiD i domaga się renty kombatanckiej.- "A coście babciu takiego bohaterskiego robili?", pada dość naturalne pytanie.
- "Nosiłam w dwojaczkach jedzenie do lasu, dla partyzantów", odpowiada babcia.
- "No a co ci partyzanci?"
- "Zawsze bardzo grzecznie mówili 'Danke schön!'"
- "Ależ babciu - to byli Niemcy!"
Na to babcia niezrażona: "Byli, ale z NRD!"
Koniec dowcipu.
Oczywiście babcię usprawiedliwia poniekąd fakt, że była analfabetką i to, jak można się domyślić, po prostu umysłowo cofniętą. Ale zaraz! Co ja właściwie chciałem powiedzieć? Gdzie tutaj ma być jakaś różnica?!
Przysięgam, kiedy sobie to pomyślałem, brzmiało to sensownie. Kiedy jednak napisałem... Sami państwo widzicie. Ki diabeł?
* * * * *
Oto zaś drugi...
Wymyśliłem wczoraj niezły sposób na różnych natrętów - ankieterów, sprzedawców obnośnych, dziennikarzy... Całą tę, sami państwo wiecie... Wesołą gromadkę, która nam tak gorliwie umila życie w realnym liberaliźmie. Wielu ludzi boi się spuścić takiego ze schodów, że mogą być jakieś konsekwencje, niektórzy nie mają serca, by im powiedzieć "spadaj dziadu na drzewo", czy coś w tym stylu. Teraz istnieje już rozwiązanie! Podaję szczegółowy i starannie skomentowany algorytm.
Podchodzi do nas powiedzmy ankieterka, pytając co sądzimy o... Nieważne zresztą. A my do niej od razu: "Głosowała pani w ostatnich wyborach na Platformę Obywatelską?" (Łagodniejszy, mniej gambitowy niejako, wariant to spytać: "A na kogo pani głosowała w ostatnich wyborach?")
Ankieterka niemal na pewno powie, że tak. Merdając przy tym przymilnie acz obłudnie ogonkiem. No a my wtedy, z czystym sumieniem, że nie gwałcimy wpojonych nam przez mamę zasad bon tonu, i z diabelską satysfakcją w naszym małym wrednym serduszku: "No to spadaj durny platfusie na drzewo!". Alternatywnie, wariant salonowy może brzmieć nieco inaczej, w stylu: "No to dziękuję szanownej pani, ale nie mamy o czym rozmawiać". Do tego oczywiście stosowna, pełna pogardy i obrzydzenia mina. W każdym wariancie zresztą. Ale z tym nie będziemy przecież mieli trudności.
Jeśli natręt, w tym przypadku ankieterka, odmówi odpowiedzi, wtedy my także odmówimy jej naszej odpowiedzi. Nic chyba nie może być bardziej logiczne i bardziej sprawiedliwe, prawda?
No a gdyby, wbrew elementarnym zasadom rachunku prawdopodobieństwa, natręt oświadczył, że głosował na PiS? Co wtedy?
Wtedy moim zdaniem należałoby tego do niedawna natręta potraktować przyjaźnie. W każdym razie jak na ten typ ludzi. Bo przecież istnieje tylko kilka możliwości:
a) natręt (choć teraz już przecież nie natręt) mówił prawdę, a więc powinniśmy go kochać jak brata;
b) natręt łgał, ale wykazał się wyczuciem sytuacji i refleksem, a przy tym ocenił nas tak, jak byśmy ocenieni być chcieli, skoro akurat taką wersją nas poczęstował... nie jest więc idiotą czy innym wykształciuchem oglądającym "Szkło Kontaktowe" i "Big Brother", z czego z kolei wynika, że głosował raczej nie na Platfuserię, tylko na przykład na Samoobronę, czyli lepiej.
W porządku, co jednak będzie, spyta ktoś, jeśli natręt powie, że na wybory nie poszedł? Wtedy mamy większą, niż w innych przypadkach, swobodę wyboru. Ja bym jednak ocenił tę odpowiedź całkiem pozytywnie, ponieważ natręt mógł:
a1) powiedzieć prawdę, co oznacza, że nie uległ propagandzie merdiów, by "iść zmieniać Polskę" i tak dalej, a w każdym razie nie głosował na Platfusów;
a2) łgał, ale... patrz b) - wszystko bowiem jest dokładnie tak samo.
I to by było na dzisiaj tyle praktycznych porad. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybyście opowiadali o Waszych własnych sukcesach w stosowaniu polecanych tu przeze mnie metod.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
sobota, listopada 03, 2007
Coś, czego zdaniem wielu nigdy nie powinniście przeczytać
Chodzi o oczywiście o "Schyłek Zachodu" Oswalda Spenglera. Fragment będzie oczywiście z tych, które w dostępnych dzisiejszym Europejczykom wydaniach jest nie do znalezienia. W końcu w tych wydaniach nie ma około 80% oryginału, i to akurat tych najbardziej fascynujących. Nie da się z autora zrobić hitlerowca i zakazać jego wydawania i czytania, to robi się to właśnie w ten sposób - wydaje się jakieś nędzne ogryzki, nikomu nie mówiąc, że to nie jest całość. Co za podłe miejsce ta dzisiejsza Europa!
Nie wszystko będzie tu zapewne zrozumiałe - cytowany tu fragment to tylko malutka część długiego wywodu na tematy, o które tu chodzi. Przychodzi też po niemal 700 stronach książki, która i tak nie jest wcale łatwa. Ale zachęcam do próby wczucia się w treści, nawet jeśli racjonalnie trudno jakiś zwrot czy fragment zrozumieć. Można to potraktować jak swego rodzaju metafizyczną poezję. Zwracam też uwagę, że najciekawsze jest chyba tam pod koniec, ale przedtem dałem tu cały, dość długi i dość skomplikowany, fragment, żeby lepiej się dało zrozumieć.
Tłumaczenie oczywiście moje własne, z angielskiego autoryzowanego przekładu. Podział na te krótkie akapity, mający ułatwić czytanie, mój własny. Za określenie "fellachizm" i "fellachiczny" przepraszam, nie lubię większości słowotworów, ale inaczej się nie dało. Musiałbym nad tym króciutkim tłumaczeniem pracować dużo dłużej, niż mam zamiar, żeby jakoś to zgrabniej wyrazić. Chodzi oczywiście o związek z staroegipskim chłopstwem, czyli fellachami. A teraz oddaję już głos Spenglerowi...
Kiedy naród podnosi się gwałtownie do walki o wolność lub honor, to zawsze mniejszość zapala ogół. Naród "budzi się" - to jest coś więcej, niż tylko taki zwrot - bo tylko tak i tylko wtedy ujawnia się świadomość całości. Wszystkie te jednostki, których poczucie "my" wczoraj zadowalało się horyzontem rodziny, własnej pracy, i może rodzinnego miasta, dzisiaj stają się nagle niczym mniej, niż narodem. Ich myśli i uczucia, ich ego, i wraz z nim ich "id", zostały przekształcone aż do głębi. Stały się historyczne. A wtedy nawet ahistoryczny chłop staje się członkiem narodu, i nastaje dlań dzień, kiedy doświadcza historii, a nie tylko pozwala, by go mijała.
Ale w wielkich metropoliach, obok mniejszości, która ma historię i żywotnie doświadcza, odczuwa, i próbuje prowadzić naród, podnosi się inna mniejszość ahistorycznych intelektualistów, ludzi nie przeznaczenia, tylko rozsądku i przyczyn, absolutnie trzeźwego rozumowania, ludzi wewnętrznie oderwanych od pulsu krwi i istnienia, którzy nie mogą już znaleźć żadnego "rozsądnego" znaczenia pojęcia naród. Kosmopolityzm to tylko świadomość inteligencji. Jest w tym nienawiść do Przeznaczenia, a przede wszystkim do historii, jako przejawu Przeznaczenia. Wszystko, co narodowe, należy do rasy [nie chodzi o rasę w potocznym znaczeniu, o jakimś rasiźmie już całkiem nie mówiąc, chodzi o coś jak "wiedzieć kim się jest i to realizować", oraz o spójność grupy] - tak bardzo, że jest niezdolne do znalezienia dla siebie języka, nieporadne we wszystkim, co wymaga myślenia i niezaradne do granicy fatalizmu.
Kosmopolityzm jest literaturą i pozostaje literaturą. Bardzo silny w rozumowaniu, bardzo słaby w bronieniu go inaczej, niż przy pomocy jeszcze większej ilości rozumowania, w bronieniu go krwią. Tym bardziej zatem ta mniejszość, znacznie wyższa intelektualnie, wybiera broń intelektu, a tym bardziej jest w stanie to uczynić, że wielkie metropolie są czystym intelektem, pozbawione korzeni i z założenia wspólne dla całej cywilizacji. Urodzeni obywatele świata, wszechświatowi pacyfiści, światowi koncyliatorzy - tak samo w Chinach okresu "wojujących państw", w Indiach epoki Buddy, w okresie hellenistycznym, jak w świecie zachodnim dzisiaj - są duchowymi przywódcami fellachów. "Chleba i igrzysk", to tylko inne wyrażenie pacyfizmu.
W historii wszystkich Kultur [czytaj "cywilizacji", to rozróżnienie jest zbyt subtelne, by się tym teraz zajmować] pojawia się ten antynarodowy element, nieważne, czy mamy na to dowody, czy nie. Czyste, samo sobą kierujące myślenie zawsze było obce życiu, a zatem i obce historii, pozbawione wojowniczości, pozbawione rasy [patrzy przypisek wyżej]. Rozważ humanizm i klasycyzm, sofistów w Atenach, Buddę i Lao-tse - nie wspominając już namiętnej pogardy dla wszelkich nacjonalizmów wyrażanej przez wielkich przywódców religijnego i filozoficznego poglądu na świat.
Jak bardzo by się między sobą nie różnili, w tym są podobni: że odczuwanie świata oparte na rasie ["rasa" to u Spenglera takie "zbiorowe jaja"], polityczny (i dlatego właśnie narodowy) instynkt dotyczący faktów ("to moja ojczyzna, ma rację czy nie ma!"), zdecydowania, by być podmiotem, nie zaś przedmiotem ewolucji (ponieważ trzeba być albo jednym, albo drugim) - jednym słowem woli mocy - że to wszystko musi się cofnąć i uczynić miejsce dla tendencji, których chorążymi są przeważnie ludzie bez oryginalnego impulsu, tym bardziej jednak przejęci swą własną logiką, ludzie czujący się swobodnie w świecie prawd, ideałów, utopii, ludzie żyjący książkami, którym wydaje się, że potrafią zastąpić rzeczywiste logicznym, potęgę faktów abstrakcyjną sprawiedliwością, przeznaczenie rozsądkiem.
Rozpoczyna się to od wiecznego zalęknionego, wycofującego się z rzeczywistości do celi, gabinetu czy wspólnoty duchowej i ogłaszającego nicość wszystkich ziemskich spraw, kończy się zaś w każdej Kulturze apostołami światowego pokoju. Każdy naród ma takie (z historycznego punktu widzenia) odpadki. Nawet ich głowy są w jakiś sposób do siebie niemal zawsze podobne. W "historii intelektualnej" ci ludzie mają wysoką pozycję i wiele sławnych nazwisk można wśród nich wymienić, jednak z punktu widzenia realnej historii są nieudacznikami.
Przeznaczenie każdego narodu wrzuconego w wir światowych wydarzeń zależy od tego, w jakim stopniu jego wartości jego własnej rasy [nie muszę już chyba powtarzać o co chodzi i o co nie chodzi, prawda?] odniosą sukces, czyniąc te wydarzenia historycznie nieskuteczne w działaniu przeciw niemu. Być może dało by się nawet teraz wykazać, że w świecie chińskich państw, królestwo Tsin zwyciężyło (250 B.C.) ponieważ jako jedyne wolne było od nastrojów taoistycznych. Niezależnie od tego, jak z tą sprawą było, Rzymianie zdominowali świat klasyczny ponieważ byli w stanie odseparować swą polityczną praktykę od fellachicznych instynktów hellenizmu.
Naród jest ludzkością sprowadzoną do żyjącej formy. Praktycznym skutkiem wszelkich mających naprawić świat teorii jest zawsze nieforemna, a zatem ahistoryczna masa. Wszyscy naprawiacze świata i obywatele świata reprezentują ideały fellachizmu, niezależnie od tego, czy o tym wiedzą, czy też nie. Ich sukces oznacza historyczną abdykację narodu na rzecz, nie wiecznego pokoju, tylko innego narodu. Wszechświatowy pokój to zawsze rozwiązanie jednostronne. Pax Romana miał dla późniejszych żołnierzy-imperatorów i królów germańskich najeźdźców tylko jedno praktyczne znaczenie - to, że uczynił ze stu milionów jedynie obiekt woli mocy niewielkich grup.
Wobec kosztu tego pokoju, koszt porażki pod Cannami [216 B.C., w tej bitwie z Hannibalem zginęło, z tego co pamiętam, dobrze ponad 50 tysięcy Rzymian, w tamtych czasach to było coś niesamowitego]. Świat Babilończyków, Chińczyków, Hindusów, Egipcjan, przechodził z rąk jednego zdobywcy w ręce drugiego i swą własną krwią płacił za te podboje. Taki był ich - pokój.
Kiedy w roku 1401 Mongołowie zdobyli Mezopotamię, wybudowali pomnik ku czci swego zwycięstwa z czaszek stu tysięcy mieszkańców Bagdadu, którzy się nie bronili. Z intelektualnego punktu widzenia, bez wątpienia zniknięcie narodów umieszcza świat fellachizmu ponad historią, nareszcie ucywilizowany i już na zawsze. Jednak w sferze faktów powraca on do stanu natury, w którym przechodzenie na przemian od długich okresów uległości do krótkich wybuchów gniewu i rozlewu krwi - pokój światowy tego nigdy nie zmienia - nie zmienia już niczego.
Niegdyś przelewali swą krew dla samych siebie, teraz muszą ją przelewać dla innych, dość często jedynie dla rozrywki tych innych - taka jest różnica. Zdecydowany przywódca, który zbierze wokół siebie dziesięć tysięcy awanturników może czynić wszystko, na co ma ochotę. Gdyby cały świat był jednym imperium, stałby się przez to największym wyobrażalnym polem dla wyczynów takich zdobywczych herosów.
"Lever doodt als Sklav (lepiej być martwym, niż niewolnikiem)", brzmi stare przysłowie fryzyjskich chłopów. Wybór każdej późnej cywilizacji jest akurat przeciwny. I każda późna cywilizacja musi doświadczyć, ile ten wybór będzie ją kosztował.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.