poniedziałek, sierpnia 18, 2008

Darlington o początkach rzymskiego cesarstwa

Trochę się tu czasem wygłupiam - jak choćby wczoraj - ale w sumie traktuję to przedsięwzięcie serio, więc teraz na odmianę coś poważnego. Nie jakoś wyjątkowo aktualne, nie żebym miał coś wstrząsającego do ujawnienia, ale przedstawię coś co, jak sądzę, warto przeczytać, a podlane odpowiednim sosem powinno dać do myślenia. Plus sporo intelektualnej satysfakcji.

Przeglądałem sobie mianowicie książkę C. D. Darlingtona, o której ostatnio wspominałem - tę historię świata z punktu widzenia biologa - konikretnie mendlowskiego genetyka. Nie żeby on to robił jakoś obsesyjnie i na chama, ale faktycznie widać, że sprawy genetyczne, dziedziczenie - różne takie szybko powstające, dynamiczne, niewielkie "mikro-rasy" (to chyba moje własne określenie) - mają w historii spore znaczenie. Właśnie one, bo żadnego generalizowania na temat różnic pomiędzy "rasą białą", a "rasą czarną" (czy zieloną) praktycznie u tego pana nie ma. (No, faktycznie to jest jednak nieco o Żydach, do których Darlington zdaje się być nieźle nastawiony.)

Książka jest gruba - 700 stron nie licząc indeksów i takich rzeczy - gęsta od treści, chwilami nieco kontrowersyjna, ale czyta się, jak na swoją gęstość i konkretność, znakomicie. Od tych paru dni co mówiłem szukałem w niej jakiegoś fragmentu, który byłby wystarczająco samodzielny i wystarczająco interesujący, by go tutaj (jako przeciwwagę po różnych błahych wygłupach na temata Tusia) przetłumaczyć.

No i znalazłem taki fragment, który jest dość drobną częścią tego, co Darlington pisze o Oktawianie Auguście i początku rzymskiego cesarstwa. Dlaczego akurat to warto moim zdaniem tutaj opublikować? Nie da się tutaj nie wspomnieć o NAJWIĘKSZYM... Jeśli ktoś ma już całkiem dość Spenglera, to niech tego po prostu nie czyta. Ale nie ma racji! To nie jest tak, że ja potrzebuję jakichś kultów, czy intelektualnych szczudeł - wręcz przeciwnie. Po prostu Spengler jest niesamowicie wielki i bez niego jesteśmy jak małe ciapki w gęstej mgle!

Co ma Spengler wspólnego z Darlingtonem i Augustem? Z pozoru nie tak aż wiele, bo Darlington na temat Spenglera słowa w swojej książce nie wspomina. Jednak zgodnie ze spenglerowskim historycznym paralelizmem pomiędzy naszą ("faustyczną") i starożytną ("apolińską") Kulturą/Cywilizacją, jesteśmy właśnie mniej więcej w tej fazie, która odpowiada Augustowi. Jaka to faza? Ludzie w miarę kształceni (i nie mówię tu o ofiarach min. Hall czy Niepublicznych Szkół Marketingu i Zarządzania w Pacanowie) powinni wiedzieć, jak wyglądały tamte czasy.

Kto czytał Spenglera i cokolwiek zrozumiał, tym bardziej dostrzeże te analogie. Jednak i bez tego, nawet dla ofiary min. Hall, jest nadzieja! Po prostu niech ten ktoś przeczyta poniższy fragmencik, a potem się zastanowi, czy niczego mu to nie przypomina. Z tych rzeczy, które widzi wokół siebie. I przypominam - to nie jest inspirowane Spenglerem, nie ma tu do niego żadnych odniesień - to jest historia świata, pisana na dodatek przez biologa!

Pragnę z naciskiem podkreślić - głównie na użytek ew. Michników tego świata, których rewolucyjna czujność może zostać obudzona, ale wcale nie tylko na ich użytek - że Darlington nie jest żadnym zamordystą i zwolennikiem "czystości rasy" (cokolwiek by to miało oznaczać). W tym akurat fragmencie, na temat tej akurat sytuacji, wyraża poglądy jak poniżej, w wielu innych jednak miejscach mówi bardzo pozytywne rzeczy na temat etnicznej i indywidualnej rozmaitości. (Widać to zresztą nieco w początkowym fragmencie.) Tutaj widzi to tak jak widzi i warto moim zdaniem się z tym widzeniem zapoznać.

A oto ten fragment (strony 275 i następna):


[Polityka mająca na celu zwiększenie dzietności klas wyższych i zapobieżenie mieszaniu się tych klas z ludnością napływową, a szczególnie niewolnikami i wyzwoleńcami] była świadoma z punktu widzenia zarówno moralności, jak i z rasowego. Rozpoczęła się prawdopodobnie na długo przed założeniem miasta i miała być tak długo kontynuowana, jak długo istnieć miało Imperium, z jego religią. Była ona oparta na pewnych założeniach dotyczących dziedziczenia i selekcji, łatwo zrozumiałych w starożytnym świecie, gdzie zasady hodowli bydła uważano z reguły za zdrowe wskazówki dla kierowania ludzkim rozmnażaniem.

Z punktu widzenia nowoczesnej genetyki co najmniej jeden aspekt tych zasad nie dawał większej szansy na sukces: ogromna niejednorodność rzymskiego społeczeństwa pozwalała selekcji na najswobodniejszą z możliwych gier. Poniesiono klęskę, ponieważ dokonano pewnych założeń, dużych i małych, które były w oczywisty sposób fałszywe.

Jakie były owe fałszywe założenia? Pierwszym było to, iż rzymska klasa rządząca dobrze nadaje się do radzenia sobie ze światową sytuacją, za którą była częściowo odpowiedzialna. Jednak, jak możemy zauważyć, warunki z którymi potrafiła sobie radzić były tymi, które sama już zniszczyła. Militarna ekspansja została zastąpiona pokojową stabilizacją.* Małe państwo zastąpione zostało wielką federacją. Rasową jedność i moralną spójność zastąpiła skrajna różnorodność charakterów i celów, tylko chwilowo ukryta przez pokój wynikający z wyczerpania**. Rzymska klasa rządząca po osiągnięciu swego celu nie miała już nic do roboty. Utraciła swój świadomy cel, podstawę swego doboru partnerów [do małżeństwa i rozmnażania], a wraz z nią swoją społeczną spójność. Jako klasa znikła więc. Jak i gdzie odeszła, będziemy musieli zbadać.

Drugie fałszywe założenie wynikło z niedostrzeżenia paradoksu rzymskiej sytuacji. Bowiem Rzym i społeczeństwo Italii, choć kulturowo i politycznie dominujące nad całym Imperium, fizycznie i biologicznie było tylko małą i zależną jego częścią. Dominacja zaś, już po kilku pokoleniach ustąpiła zależości - z powodów, którym przyjrzymy się bliżej.

Zanim jednak przeanalizujemy Imperium, musimy spojrzeć na to, co działo się w samym Rzymie. Już w tym czasie rząd Augusta okazał się niezdolny do uregulowania napływu bogactw do miasta. Mimo swej pozornej potęgi i prestiżu, polityką władcy w jego stolicy nadal rządził strach. Władca ten miał w Italii gwardię pretoriańską, złożoną z dziewięciu kohort ludzi o czystej italskiej krwi. Miał też w Rzymie swą osobistą straż przyboczną, złożoną z równie rasowo czystych Germanów. Nie wystarczały one jednak, by zaniechać praktyki utrzymywania obywateli w spokoju przez dawanie im łapówek - przez politykę zapewniania im panem et circenses***. To określenie Juwenala wydaje się być komentarzem do reform princepsa - owe reformy utonęły w bogactwie wielkiego miasta.

-------------------------------------------------

* Dosłownie "maintenance", czyli "utrzymywaniem" czy "podtrzymywanie".


** To wytłuszczenie jest moje, nie Darlingtona. Po prostu nie mogłem go sobie odmówić, tak wydało mi się to wyjątkow celne. Oraz naprawdę niezwykle AKTUALNE.

*** "Chleba i igrzysk". (Of course.)



triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, sierpnia 17, 2008

Głupiutkie wierszyki o (mądrutkim oczywiście) Tusiu

Czasem, kiedy nie mam przez parę minut nic sensownego do roboty, wymyślam sobie głupiutkie wierszyki. Kiedy zaś taki wierszyk wyjdzie naprawdę głupi - tak głupi, że to aż jakoś zabawny - to go, bywa, zapisuję na jakiejś luźnej kartce.

Akurat znalazłem taką kartkę z wierszykami o Tusiu. Ponieważ to chodzi o walkę, a nie o zapracowywanie na ordery i miejsce w przyszłych podręcznikach szkolnych, więc je opublikuję... Choć takie głupiutkie. Co mi tam! Może coś przylgnie, może komuś się nada do napisu na murze albo jakiejś propagandy. W końcu ich bohater, nie oszukujmy się, też rozumem nie poraża. Forma odpowiada więc treści, co jest cenne. Tak uczył już Arystoteles.

A więc, poprawić okulary, zapiąć pasy... I uwaga żeby sobie nic z wrażenia nie odgryźć!


(Ten pierwszy to jednak zupełna błahostka, raczej na rozgrzewkę.)

Kopie piłeczkę Tuś,
Więc kocha Tusia Ruś.
* * *

To jest i aktualne, i... po prostu hiper-błyskotliwe. Nie wstydźmy się łez wzruszenia!

Cała Rosja kocha Tusia,
Bo do flaszki zdrowo* siusia.

* "Zdrowo" - bo i obfitym strumieniem, i w ogóle okaz z niego zdrowia. Każdy koneser przyzna, że bardzo to zgrabnie wyrażone.
* * *

(To wygląda - wow! - niemal na początek epopei. Jednak to tylko złudzenie. Na razie?)

Zacne Izraela plemię
Pragnie opanować Ziemię.**
Dzięki od Tusia miliardów kopie***
Najpierw se kupi kraik w Europie...


** Aj waj! Apage satanas! Ewidetny akcent antysemicki! I to najgorszego rodzaju, jeśli pamiętam co o tym mówił rebe Michnik. Błagam, nie mówcie nikomu! Jednak starałem się to złagodzić pisząc "zacne". Tropiciele antysemityzmu - błagam, doceńcie! (Docenci też.)

*** "Kopa" to, z tego co pamiętam, 60 sztuk. I tyle chyba miliardów dolców obiecał Tusio różnym szemranym Izraelitom w ramach szemranego (jak to u Tusia) "odszkodowania". Może będzie tego więcej (jeśli oczywiście do tego czasu nie poślemy Tusia tam, gdzie jego miejsce, a tamtych nie odeślemy z przysłowiowym kwitkiem), ale ta kopa to tutaj jest hiper-celnie powiedziane! A swoją drogą, dolary znowu rosną, więc to już nie o zupełne groszaki będzie chodzić.

**** Jeśli ktoś nie wie, o jaki kraik tu chodzi, to zachęcam do wstąpienia do cieniackiej młodzieżówki. Tylko tam będzie miał szansę, nie tylko uniknąć większości kpin, ale i się całkiem po prostu - wybić!


triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

piątek, sierpnia 15, 2008

Mały podręcznik partyzantki miejskiej - egzekucje i porwania

Robiłem ostatnio porządki w różnych starych książkach i papierach, skutkiem czego znalazłem parę interesujących rzeczy. Na przykład pierwszych kilkadziesiąt stron "Mein Kampf" po szwedzku, które były lekturą obowiązkową na historii idei w Uppsali. Albo mój własny krótki uppsats na temat Spenglera, z tej samej historii idei. Muszę go w wolnej chwili przeczytać, ciekaw jestem czy z perspektywy dwóch kolejnych pełnych lektur tej książki, kilkunastu minionych lat, i mimo mego ówczesnego braku znajomości schyłkowego koszmarku, jakim jest III RP - byłem już wtedy w stanie napisać na ten temat cokolwiek interesującego.

Najbardziej chyba jednak do przedstawienia na tym blogu wydała mi się inna rzecz, którą właśnie po latach odszukałem. Ma to 110 stron, jest niewielką książeczką w miękkiej oprawie, nazywa się Liten handbok för stadsgerilla, co się na nasze tłumaczy jako "Mały podręcznik partyzantki miejskiej". Autor Carols Marighella. Wydane zostało to w Sztokholmie, konkretnie przez "GIDLUNDS FÖRLAG" ("förlag" to wydawnictwo), w roku 1970, wydrukowane w Finlandii. Do tłumaczenia dumnie przyznaje się Latinamerikakommittén, czyli "Komitet latynoamerykański". Cena 5 koron, co nawet wtedy było niewiele, choć tam takie książki są faktycznie tanie. Nakładu nie podają, szkoda, choć i tak pewnie bym nie wierzył.

O autorze czytamy na tylnej stronie okładki, że: "poległ jesienią roku 1969 w walce przeciw brutalnej dyktaturze wojskowej w Brazylii." Po czym dalej dowiadujemy się, że: "Ta książka podsumowuje strategię i taktykę, którą Marighella rozwinął i przy pomocy której zebrał brazylijskie grupy rewolucyjne do wspólnego zbrojnego oporu".

No dobra, sporo już wiemy, teraz przydałby się jakiś fragment samej książki. Przetłumaczę więc niewielki fragment, i to absolutnie jak najściślej. Niech będzie powiedzmy ten ze strony 88 i następnej:


Egzekucje

Egzekucje to uśmiercanie północnoamerykańskiego szpiega, jednego z agentów dyktatury, jednego z policyjnych katów, faszystę w rządzie, winnego przestępstw wobec patriotów, kogoś kto sypie, kogoś kto wydaje innych, agenta policji albo któregoś z policyjnych prowokatorów.

Ci, co z własnej inicjatywy idą do policji aby wydać i oskarżyć kogoś, som podają im wątki i informacje, także muszą zostać straceni przez partyzantkę miejską.

Egzekucja jest tajną akcją przy udziale jak najmniejszej ilości uczestników ze strony partyzantki miejskiej. W wielu przypadkach wystarcza, by egzekucji dokonał nieznany, pojedynczy i cierpliwy strzelec wyborowy, działający z pełną dyskrecją i zimną krwią.


Porwania

Porwania polegają na złapaniu agenta policji, północnoamerykańskiego szpiega, osobowości politycznej, albo znanego i niebezpiecznego wroga rewolucji, oraz przetrzymywaniu go w sekretnym miejscu.

Porwań dokonuje się w celu wymiany lub uwolnienia rewolucyjnych towarzyszy, albo aby zmusić dyktaturę wojskową do zaniechania tortur w więzieniach.

Porwania osób znanych ze swej działalności artystycznej, sportowej, albo innych o wybitnych talentach, i które nie wyrażały żadnych poglądów politycznych, może być sposobem na dokonanie propagandy dla rewolucyjnych i patriotycznych celów partyzantki miejskiej. Pod warunkiem jednak, że porwanie dokonane zostało w bardzo specjalnych warunkach, zaś akcja została dokonana w sposób budzący sympatię i akceptowany przez lud.

Porwania Północnych Amerykanów osiadłych w Brazylii, albo ją odwiedzających, jest formą protestu przeciw wtrącaniu się przez imperializm USA i jego dominację w naszym kraju.

*

No to na razie tyle. Może kiedyś przetłumaczę więcej z tej uroczej książeczki, którą sobie niegdyś kupiłem w uppsalskim antykwariacie blisko słynnej uniwersyteckiej biblioteki Carolina Rediviva (gdzie jest m.in. zrabowana w czasie potopu w Polsce "Srebrna Biblia").

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Wdowa Eulalia i mózg wieloryba w pikantnym sosie

Mam pomysł na tekst... Mam pomysł na tekst, który byłby filozoficzną przypowiastką... Mam pomysł na tekst, który byłby filozoficzną przypowiastką, a do tego byłby ucieszny...

Mam pomysł na tekst o jednej pani, co kupiła w hipermarkecie mózg wieloryba na kolację, ale przez pomyłkę stworzyła golema... Stworzyła golema mózgowego. Miała bowiem w lodówce mózg swego niedawno zmarłego męża... (Była bowiem wdową, bidulka!) I się pomyliła... I omal nie zjadła mózgu swojego męża! Ale na szczęście nie, ufff! Blisko było!

No i jak zabrała się do tego mózgu, żeby go przyrządzić na tę swoją wdowią, samotną kolację, to się okazało, że ten mózg ożył... Bo sos działa jak elektrolit... Mózg zaczął dawać znaki życia, a po podłączeniu go do drukarki... Ach, to naprawdę bardzo skomplikowany splot wydarzeń, jak do tego doszło... W każdym razie ten mózg zaczął się ze swoją byłą żoną komunikować... (I nie tylko SWOJĄ byłą żoną, mózgu znaczy, bo także i innych członków tego pana, co miał ten mózg. Kiedy żył.)

I po wstępnych uprzejmościach, plus pewnej ilości beztreściowego gadania, jak to z dawno niewidzianym znajomym... A żona, nawet wdowa, to przecież więcej niż znajomy! Chyba że rozwiedziona - wtedy to mniej. I poprosił ten mózg, żeby go podłączyć do także do internetu, a nie tylko do drukarki. Żeby miał jakieś informacje ze świata... Bowiem oczek, uszek, noska już nie miał, ani żadnych innych organów zmysłów - wszystkie zostały skremowane, tylko ten mózg niepocieszona wdowa sobie zachowała.

No i mógłbym potem opowiedzieć... A sam jestem tego bardzo ciekaw co by to było, bo jeszcze tego do końca nie wiem... Opowiedzieć, jaki to pogląd na świat ma ten mózg... Czym on się różni od poglądów tego pana, kiedy jeszcze nie był skremowany, kiedy miał i oczki, i uszki. I kuśkę nawet miał, a wdowę to czasem cieszyło, ale często wręcz przeciwnie... Co zresztą nie ma wiele wspólnego z moim zasadniczym tematem... No więc całą tę filozofię tego mózgu w tym sosie mógłbym opowiedzieć... Z naciskiem na poglądy ideolo, bo to taki blog przecież. I polityczne poglądy też, w szerokim sensie rozumiane.

No ale po co właściwie? Czy to cokolwiek w realu zmieni? Czy to jest w ogóle komukolwiek do czegokolwiek potrzebne? (I nie mówcie mi, że Putina by to ucieszyło. Jako dowód normalizacji w Polszy, czy czegoś tam. Bo to dla mnie żadna absolutnie zachęta!) Musiałbym zresztą wymyślić tej pani jakieś fajne nazwisko, takie ucieszne... Bo na imię dałbym jej pewnie Eulalia. Albo jakoś. Żeby było uciesznie.

Mógłbym ogłosić, że jeśli rozlegnie się powiedzmy... sto donośnych i pełnych zapału głosów wzywających mnie do wykonania tego ambitnego zadania... To ja to napiszę. Ale tylu ludzi tego bloga w ogóle nie czyta, więc jestem bezpieczny. Nie muszę pisać. Zresztą zawsze mogę rzec, iż zostawiam ten temat następnej cywilizacji (czy raczej spenglerycznie mówiąc Kulturze). Może kiedyś jej syny wygrzebią skądsiś ten szkic, ten zarys, tę wiązkę elektronów... I stworzą z tego swoją własną epopeję.

A więc Eulalio (czy jak tam masz na imię) o nieznanym nazwisku... Od niedawna wdowo, na emeryturze, choć całkiem jeszcze niczego sobie... Mieszkająca samotnie i lubiąca na kolację mózgi wielorybów w pikantnych sosach - NA RAZIE DAJ MI SPOKÓJ!

(Wy zaś, P.T. Czytelnicy - jeśli istniejecie - nie próbujcie mnie nawet pytać, o kim myślałem, kiedy ten pomysł z poglądami na świat wyjętego z lodówki mózgu podlanego sosem przyszedł mi po raz pierwszy do głowy! I tak nie powiem!)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, sierpnia 14, 2008

Polska, Żydzi, historia - spojrzenie z zewnątrz

Jedną z książek które bardzo cenię (i w dodatku szczęśliwie posiadam) jest "The Evolution of Man and Society" ("Ewolucja człowieka i społeczeństwa"), napisana przez brytyjskiego profesora biologii (botanika i genetyka, ale tacy ludzie naprawdę kiedyś miewali znakomite ogólne wykształcenie!) C.D. Darlingtona i wydana w roku 1969. (A więc w latach '60, tak jak książki Ardreya. Potem już widać nastąpiła totalna kontrofensywa leberalnej "nauki" i totalna kampania przemilczania. Nie da się ukryć, że był to sukces.) Wbrew temu, co może sugerować tytuł, nie jest to rzecz o powstaniu naszego gatunku, a w każdym razie w naprawdę niewielkim stopniu. Jest to książka o historii, pisana z bardzo niezwykłej biologicznej perspektywy.

Nie, nie ma tu niczego, co by można uczciwie określić mianem "rasizmu" - raczej wprost przeciwnie. Tylko trzeba coś w ogóle kojarzyć i wykazać minimum intelektualnej przyzwoitości, bo reagując po prostu na słowa kluczowe, łatwo daje się wszędzie wyczytać cokolwiek. Oczywiście lewizna "rasistę" potrafi zrobić z każdego, kogo nie lubi, podobnie jak "faszystę". I tak "skrajnie rasistowskie poglądy" ma Spengler - facet, który do rasy w powszechnie rozumianym znaczeniu przywiązuje znaczenie mniejsze od niemal każdego, z pewnością także np. od Michnika.

No, tośmy już swoje postępowe sumienie uspokoili, teraz jedziemy dalej... Przedstawiałem już chyba na tym blogu krótki fragment omawianej tu książki Darlingtona - ten, w którym błyskotliwie na dwóch stronach tekstu przedstawia on genezę amerykańsko-sycylijskiej mafii. Udowadniając przy tym, że i tu ma znaczenie biologia i kwestie "rasy" - tyle że nie rasy w obiegowym znaczeniu, a "mikro ras", o których traktuje książka. Można sobie tego poszukać, powinno gdzieś tu być, choć może jeszcze nie miało tagów, więc znaleźć będzie trudniej.

No i chyba przedstawiłem kiedyś, cholernie dawno temu, tę sprawę mafii w "Najwyższym Czasie!", choć tego nie jestem już teraz całkiem pewien. Teraz mi się zresztą przypomniało, że kiedyś streściłem w niewielu słowach także wywody Darlingtona na temat roli eunuchów w historii. A także chyba o roli kazirodztwa. To naprawdę fascynująca książka, mówię to całkowicie serio!

Ponieważ dobrze jest czasem spojrzeć na siebie oczyma obcych. I to nawet jeśli informacje autora na nasz temat są, jak nierzadko, niepełne i miejscami wprost fałszywe. Z drugiej strony, nie ma niestety pewności, że wszystko co my wiemy o naszej przeszłości, jest całkowicie prawdziwe, sporo jest w tym także naszej nacjonalistycznej propagandy i pokrzepiania serc.. Co może jest niezbędne dla ludu, ale dla jego potencjalnej elity już niekoniecznie.

W każdym razie przetłumaczę tu teraz krótki fragment z książki Darlingtona traktujący o historii Polski i aszkenazyjskich Żydach. Rozbiłem to na krótsze akapity (dla czytelności na ekranie), oraz dodałem własne przypisy.
Oto ten fragment:


Żydzi którzy zostali wypędzeni z Anglii, Francji i Zachodniej Europy w trzynastym wieku, skorzystali z ówczesnych nieszczęść Wschodniej Europy. W środku wieku tatarscy najeźdźcy spustoszyli i spalili drewniane osady i miasta Polski. Rycerze teutońscy* przywrócili chrześcijańską i stabilną władzę, ale między niepiśmiennymi, mówiącymi po słowiańsku chłopami, oraz równie niepiśmiennymi mówiącymi po niemiecku władcami i protektorami, nie istniały zadowalające środki komunikacji.

Nie istniała klasa profesjonalistów, ludzi piśmiennych czy znających się na technice, która by organizowała, administrowała i ogólne dbała o całość. Zaproszono zachodnich mieszkańców miast jako kolonistów, by przybyli i wypełnili luki, by wybudowali miasta z cegły w miejscu poprzednich drewnianych osad. Do samego tylko Krakowa przybył strumień Niemców i Holendrów, Flamandów i Walonów, "Gallów" i Włochów, Węgrów i Morawian, a także kilku Szkotów. Z nimi zaś przybyli Żydzi. Najpierw byli to uciekinierzy z portów Adriatyku.

W sto lat później Kazimierz Wielki (który sam wziął sobie, kochał i być może nawrócił żydowską kochankę) udzielił królewskich gwarancji Żydom, ci zaś przybyli w większej ilości. Nazywali oni siebie Aszkenazim, co po hebrajsku oznacza Niemców.

Rzadko od czasów Aleksandra istniała taka wyraźna formacja, w której miejski lud jednej rasy byłby umieszczony w wiejskich obszarach zamieszkanych przez inną rasę, oraz rządzony przez kastę wojskową trzeciej rasy.** Każda z tych ras mówiła innym językiem. Gdzie indziej Żydzi mówili językiem klasy rządzącej, tutaj jednak germańscy władcy byli w ogromnej mniejszości wobec mówiących językiem słowiańskich pańszczyźnianych chłopów***.

Stworzyli więc nowy język, który nazywali, i który my nazywmy, jiddisz. Był to dialekt dolnoniemiecki z Doliny Renu, przyprawiony aramejskim z Talmudu rabinów, oraz tu i ówdzie polskim, gdzie było to konieczne. Był jednak niepisany - język niepiśmiennego ludu, którego językiem nauki był hebrajski. Dopiero po roku 1792 ten lud pomyślał o zapisaniu swej literatury. Wraz z podziałem królestwa polskiego pomiędzy Prusy, Austrię i Rosję, dawna polityczna struktura, na której budowali mówiący jiddisz Żydzi, znikła.

Żydzi, z których brała się większość klas profesjonalistów w Polsce, znaleźli się, zamiast wobec swych polskich patronów lub przyjaciół, twarzą w twarz z nieznanymi i wrogimi rządami. Rząd austriacki mógł jeszcze do roku 1907 rozwiązać małżeństwa pomiędzy chrześcijanami a żydami****, jako nielegalne. Rząd rosyjski, w niestałym sojuszu z ortodoksyjnym kościołem, znajdował niemal jedyne pole porozumienia ze swoim ludem właśnie w traktowaniu Żydów. Zamykał*****, dręczył, wypędzał i masakrował żydowską ludność na zaanektowanych terytoriach podczas i po podziale Polski.

Skutkiem tych nowych prześladowań była emigracja Żydów z Polski - najpierw na południe na Węgry i do Rumunii, potem zaś na zachód do Niemiec, Anglii czy Stanów Zjednoczonych. Najowocniejszą z tych nowych emigracji była ta, która ich zawiodła do Holandii.


* * * * *


* Czytaj "krzyżacy".

** Wkurza mnie to potężnie, bo ten pogląd zdaje się być przyjmowany całkiem powszechnie przez zachodnich historyków - nawet tak jednoznacznie historyków i tak znaczących jak np. William McNeill. Ze wszystkiego co wiem, Polska nie była nigdy rządzona przez jakąś kastę rycerzy pochodzenia germańskiego czy skandynawskiego. Co innego mieszczaństwo, ale to całkiem inna rzecz. A jednak zachód zdaje się uważac coś całkiem przeciwnego.

Chyba, że mnie ktoś naprawdę potężnie oszukał i, mimo zainteresowania historią przez większą część stulecia, nie zorientowałem się jeszcze w tym oszustwie. Ale wątpię, szczerze. Po prostu, jak mi się zdaje, ci autorzy wyolbrzymiają i mieszają jakieś mgliste przypuszczenia na temat początku państwa Polskiego - wyobrażając sobie, że musiało tu nastąpić coś w rodzaju założenia państwa przez Szwedów na Rusi, tylko my byliśmy zbyt barbarzyńscy, by to zapamiętać czy zapisać - plus informacje na temat państwa krzyżackiego.

Cóż, musimy sobie opisane tu zjawisko uświadomić, a potem ew. zastanowić się co z tym zrobić.
Jednak nie chciałbym stworzyć wrażenia, że Darlington (czy McNeill zresztą) po prostu bredzą na wszelkie tematy. Wręcz przeciwnie!

*** Jak w pysk strzelił: serfs. Nie da się tego inaczej przetłumaczyć.

**** W oryginale oba te słowa: "chrześcijanie" i "żydzi" są pisane z dużej. Ale tutaj chodzi o religię, więc napisałem zgodnie z utartą konwencją "żydzi" z małej, jako że wyraźnie chodzi o religię.

***** W gettach - z całą pewnością o to chodzi.



triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.