Jednym z najnowszych i najcenniejszych egzemplarzy w mojej kolekcji sentencji, mott i bonmotów jest takie oto cudownie wieloznaczne i z każdej strony prawdziwe stwierdzenie: "It's not about who's right, but who's left". Nie wiem jak tam obecnie na naszej prawicy ze znajomością niuansów angielszczyzny, więc wyjaśnię. (Nie obrażać się, dla kogo to oczywiste!).
Może najpierw skąd pochodzi ta sentencja. Pochodzi od "ojca amerykańskiego karate" Eda Parkera. To by mogło stanowić kolejne clou, pozwalające zrozumieć, dlaczego tak mi się to podoba i o co tu chodzi. Dodać jeszcze mogę, że sentencję tę znalazłem w książce Marca "Animal" MacYounga na temat zastosowania sztuk walki na realnej i często niezbyt przyjaznej ulicy. "Animal" od dobrze ponad dziesięciolecia dostarcza mi, jakby mimochodem, także i sentencji. Zapłodnił mnie zresztą do obecnego tytułu tego bloga: "Wyższa Szkoła Taktu, Wdzięku i Elegancji 'Szarżujący Bawół'".
Dalej nie jest całkiem jasne, co w tym stwierdzeniu widzę? No to wyjaśniam. Można to przetłumaczyć na przykład tak: "Nie chodzi o to kto jest prawicą, tylko kto jest lewicą". Jest to zabawnie przewrotne, sugerujące jakieś głębie - czysty paradoks i coś w rodzaju koanu o klaskaniu jedną ręką. No i pasuje na prawicowe stronki. Nie jest to jednak, powiedzmy sobie szczerze, dokładnie to, o co ojcu amerykańskiego karate chodziło. Inna interpretacja, w dodatku całkiem już zgodna z intencją twórcy, jest taka: "Nie chodzi o to kto ma rację, a o to kto pozostanie". W domyśle: "na placu boju", albo po prostu "przy życiu".
O to chodzi PRZEDE WSZYSTKIM i to RÓWNIEŻ genialnie pasuje na prawicowe stronki. Niewykluczone, że nawet o wiele bardziej niż tamto o prawicy i lewicy. Żyjemy bowiem w takiej epoce, że naprawdę chodzi już po prostu o to "who's left" - czyli kto pozostanie. W każdym razie pozostanie nie jako marna imitacja globalnej mrówki, totalitarny leming, czy wymarzony przez wszelkie lewactwo od stuleci "nowy człowiek", tylko jako człowiek w miarę normalny - taki, jakiego sami potrafilibyśmy szanować, którego potrafilibyśmy zrozumieć, jakim chcielibyśmy, by były nasze dzieci i prawnuki, taki jakim byli nasi przodkowie - ci z których jesteśmy dumni.
To może teraz przejdźmy od teorii do praktycznego przykładu... Oto więc przykład. W ostatnich wyborach w USA podobno 96% Murzynów głosowało na kolorowego Obamę. Ktoś mógłby rzec, że to rasizm, i nie byłoby to pozbawione sensu. Miałby rację - byłby "right", by zacytować Eda Parkera. Tylko co, do kurwy nędzy, z tego? Ludzie, którzy wiedzą, że plemienne kryteria są i zawsze będą stosowane, że te sprawy nigdy nie będą dla większości w miarę normalnych ludzi bez znaczenia, i tak to wiedzą i niewiele im ten fakt - że niemal wszyscy czarni głosowali na czarnego - zmienia.
Jednak wielu z tych ludzi słysząc ową informację, od razu zapewne poczuje satysfakcję i jakiś drobniutki przypływ nadziei: "tak, teraz będziemy mieli argument do przekonywania lemingów!" Bullshit! Niestety, ale to bzdura. Lemingi są już tak dobrze wytresowane, iż tego typu informacje spłyną po nich jak woda po przysłowiowej gęsi. Może nie całkiem od rzeczy będzie prześledzić, jak będą działały w tym przypadku - a i w wielu innych analogicznych - synapsy leminga.
Ale jeszcze sobie coś wyjaśnijmy, bo może nie każdy kojarzy wszystko, com tu kiedykolwiek napisał. Otóż cały czas żyjemy jeszcze "w demokracji", ale tak naprawdę to już nikt tej demokracji poważnie nie traktuje, bo naprawdę rządzą nami "elity", oraz "Prawo". Co to oznacza w praktyce zapewne nie muszę czytelnikom moich kawałków wyjaśniać, ale powiedzmy sobie wprost, że na pewno o niczym istotnym już nie decyduje "wola ludu", ludu zaś "suwerennością" już nikt się naprawdę nie przejmuje. Ani elity, ani lemingi - ani nawet my przecież.
Elity działają głównie manipulując sobie zza kulis, a oficjalnie "zaporą przed populizmem", a Bogiem tej nowej totalitarnej utopii w którą nas z każdym dniem coraz głębiej pakują, jest Prawo. (Przez duże "P" oczywiście.) No i to prawo jest, jakże by inaczej, "rzymskie". Obowiązują w nim znaczy się, przeróżne "rzymskie zasady prawne". Które muszą być przestrzegane - także przez ten rzekomo wciąż "suwerenny" lud. Który nie śmie nic przeciw Rzymskiemu Prawu powiedzieć - no bo od razu stałby się "populistyczny", a to jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie można w ogóle pomyśleć.
Jedną z zasad "prawa rzymskiego", która, jak i wszystkie zasady tego "rzymskiego prawa", nas obowiązuje... Choć Rzymianami przecież nie jesteśmy, a rzymskie pozdrowienie jest nawet b. źle widziane... Mamy "suwerenny lud", mamy "demokrację", Rzym jest właściwie dla nas fuj i tak ma być, ale "prawo rzymskie" to mus na wieki wieków!
No i jedna z zasad tego prawa mówi, że "odpowiedzialności zbiorowej nie budiet". Choć przecież wszędzie i zawsze jest odpowiedzialność zbiorowa - bo inaczej za jakie zbrodnie musiałbym oglądać codziennie mordy różnych Zemków, Kaliszów, Schetyn, i jeszcze miałbym mieć Tuska za premiera? Jeśli nie za winy dalekich przodków, co to liberum veto i te sprawy?
No dobra, moglibyśmy sobie tak ironizować do nowego roku i mielibyśmy rację ("right"), ale nie o o to chodzi. Ważne jest to, że leming, czyli normalny, nie-moherowy, nie-rasistowski, nie-populistyczny... Demokrata, a jakże... Więc takie coś Prawo Rzymskie i jego dzisiejszych interpretatorów szanuje jak... Nie bardzo nawet jest z czym porównać, bo przecież nie ojca matkę, chyba że byli ubekami albo co najmniej TW.
Więc tak sobie taki lemnig rozumuje. Murzyni wybrali czarnego - dobra, mieli rację czy nie mieli, jest w tym pewna plemienność. (Mówimy o takim nieco inteligentniejszym lemingu.) Ale to nie powód, byśmy my mieli teraz wobec nich STOSOWAĆ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZBIOROWĄ! Która, jak każdy wie, gwałci zasady Prawa Rzymskiego. Leming ma to przyswojone podkorowo, bo bo mu to codziennie mówią.
Jeśli leming jest w dodatku libralny - a który w końcu nie jest? - to doda jeszcze coś w stylu: "fakt, stało się, może nie całkiem ładnie, ale spuśćmy na to grubą kreskę i patrzmy w przyszłość!" No i doda, ze Prawo Rzymskie odrzuca odpowiedzialność zbiorową, więc teraz my NIE MAMY PRAWA z powodu zbiorowych działań Murzynów... Którzy być może całkiem przypadkiem, kierując się całkiem innymi kryteriami niż rasowe, wybrali swojego... Nie mogło tak być? Więc my teraz, stosując odpowiedzialność zbiorową, mamy odpowiadać... No niech będzie - "tym samym"??! Nielzia!
Tak działa umysł ogromnej większości współczesnych "obywateli" i nic się na to nie poradzi. Jeśli chce się coś tu zmienić, to radzę zacząć od samych podstaw. Miejsc gdzie można zacząć, jest sporo, ale czemu by to nie miało być zrozumieni i przemyślenie bonmotu Eda Pakera, od którego zacząłem. Tego że: "It's not about who's right, but who's left". A potem zacznijmy może z tego wyciągać praktyczne wnioski. Proste?
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
sobota, listopada 08, 2008
piątek, listopada 07, 2008
Gołota czyli III RP (biężączka)
Andrzej Gołota po paru sekundach walki poleciał na deski. Potem dostał jeszcze parę razy w pysk, po czym coś go tkęło... Pomyślał sobie (jąkania nie reprodukuję, sorry!): "Czy ja po to przez 20 lat ćpałem anabole, żeby teraz nie mógł mi pęknąć mięsień? Na przykład w lewym bicepsie?" Jak pomyślał, tak i zrobił. Spojrzał żałośnie na swój lewy biceps. Nic tam widać nie było, choć sam w sobie był b. kształtny i wyglądał solidnie. Co akurat w tej chwili nie było tym, o co chodziło. "Ach, gdybyż chociaż jakieś zaczerwienienie, skoro już nie może być opuchlizny!"
Niestety, pocieranie bicepsa ukradkiem, żeby się zaczerwienił i, da Bóg, spuchł, nie wchodziło w grę, bo przeciwnik nadal Gołotę bił. Pozostało więc dowiezienie skóry skóry końca rundy. Co się faktycznie udało. Nie bardzo właściwie wiadomo po co, skoro biceps wyglądał dokładnie tak samo w przerwie po pierwszej rundzie, jak w jej trakcie, a do drugiej Gołota już nie wyszedł. Co nawet dla historii oznaczało to samo, co gdyby się poddał jeszcze przed przerwą: "TKO w 1 rundzie".
Rozumiem kontuzje, żeby nie było. Tyle że, jeśli to miał być "zerwany mięsień", jak by tego chcieli zebrani w TV eksperci, to by raczej było coś więcej widać. W kategoriach opuchlizna cum zsinienie. A poza tym mięśnie, czy raczej ich zaczepy, pękają właśnie od zbyt długiego i intensywnego ćpania anaboli - więc sam tego chciałeś Grzegorzu Indyku! ("Dinde" to jest po francusku indyk, więc mogę to sobie inaczej od Boya przetłumaczyć, wolno mi!).
W sumie Gołota kolejny raz okazał się czymś typowym dla III RP. Choć faktycznie jest od niej o wiele lepiej zbudowany i ma o wiele lepszą technikę (tego mu nie odmawiam), skutek przeważnie bardzo podobny. Gołota potrafi dobrze boksować, dopóki do jego... powiedzmy "mózgu", nie dotrze przykry fakt, że ktoś może mu dać po pysku. Wtedy odmawia dalszej walki. I to nie w sposób (jak na zawodowego boksera) w miarę inteligentny - czyli że daje się musnąć ciosem, pada na deski i wstaje nie mogąc złapać równowagi, skutkiem czego sędzia musi ogłosić nokaut.
Nie! Gołota przeważnie - o ile jest na tyle przytomny (?) - odmawia dalszej walki, bije sekundanta, który go do tej walki przekonuje, nie wychodzi na następną rundę... Tym razem, z tym bicepsem, rozegrał to i tak bardzo inteligentnie. Widać że doświadczenie jednak jakoś tam popłaca!
W sumie - mimo imponującej muskulatury i fajnej techniki, popartej niezłą szybkością - ten gość zawsze niemal Polskę kompromitował. To zaś, że cwani macherzy z takim zapałem go od dziesięcioleci głupiemu ludowi tak skutecznie wmawiali jako globalne cudo-niewido i nowe skrzyżowanie Joe Louisa z Jackiem Dempseyem i Rockym Marciano, jest dla mnie jednym z najbardziej typowych aspektów III RP i tego wszystkiego, co komunizm, a potem leberalizm uczyniły z tym nieszczęsnym narodem. (Nie zapominając oczywiście o tym, co było przedtem.)
"Jeśli to bydło", tak sobie muszą myśleć cwani macherzy mający udziały w Gołocie i różnych telewizjach, "kupiło Kwaśniewskiego, Unię Europejską, Wałęsę, Tuska i całą tę resztę, dlaczego byśmy nie mieli sprzedać mu także Gołoty?" Jak pomyśleli, tak też i zrobili, a lud to oczywiście skwapliwie kupił. Jak zawsze.
Jeśli będzie mi dane wyjaśniać komuś młodemu za lat dwadzieścia czym była III RP, chyba pokażę mu wyciąg filmowy, nieocenzurowany, z kariery Andrzeja Gołoty. Ze specjalnym akcentem na głosy różnych telewizyjnych ekspertów. Nic chyba lepiej nie wyraża koszmaru tego czegoś i skali upadku tego nieszczęsnego narodu.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
P.S. Dopisane po latach: Na grapplingu miałem kolegę Jacka, cholernie silnego, ćwiczącego w domu ze sztangą, któremu akurat wtedy kolejno pękły oba bicepsy. Facet miał potem w nich b. wyraźne przewężenia. Dziwnie to wyglądało i naprawdę nie dało się nie zauważyć. Gość przy tym trenował tak jak poprzednio i nie było widać u niego jakiegoś zmniejszenia tej jego ogromnej siły, choć być z pewnością w bicepsach musiała ona być mniejsza.
Niestety, pocieranie bicepsa ukradkiem, żeby się zaczerwienił i, da Bóg, spuchł, nie wchodziło w grę, bo przeciwnik nadal Gołotę bił. Pozostało więc dowiezienie skóry skóry końca rundy. Co się faktycznie udało. Nie bardzo właściwie wiadomo po co, skoro biceps wyglądał dokładnie tak samo w przerwie po pierwszej rundzie, jak w jej trakcie, a do drugiej Gołota już nie wyszedł. Co nawet dla historii oznaczało to samo, co gdyby się poddał jeszcze przed przerwą: "TKO w 1 rundzie".
Rozumiem kontuzje, żeby nie było. Tyle że, jeśli to miał być "zerwany mięsień", jak by tego chcieli zebrani w TV eksperci, to by raczej było coś więcej widać. W kategoriach opuchlizna cum zsinienie. A poza tym mięśnie, czy raczej ich zaczepy, pękają właśnie od zbyt długiego i intensywnego ćpania anaboli - więc sam tego chciałeś Grzegorzu Indyku! ("Dinde" to jest po francusku indyk, więc mogę to sobie inaczej od Boya przetłumaczyć, wolno mi!).
W sumie Gołota kolejny raz okazał się czymś typowym dla III RP. Choć faktycznie jest od niej o wiele lepiej zbudowany i ma o wiele lepszą technikę (tego mu nie odmawiam), skutek przeważnie bardzo podobny. Gołota potrafi dobrze boksować, dopóki do jego... powiedzmy "mózgu", nie dotrze przykry fakt, że ktoś może mu dać po pysku. Wtedy odmawia dalszej walki. I to nie w sposób (jak na zawodowego boksera) w miarę inteligentny - czyli że daje się musnąć ciosem, pada na deski i wstaje nie mogąc złapać równowagi, skutkiem czego sędzia musi ogłosić nokaut.
Nie! Gołota przeważnie - o ile jest na tyle przytomny (?) - odmawia dalszej walki, bije sekundanta, który go do tej walki przekonuje, nie wychodzi na następną rundę... Tym razem, z tym bicepsem, rozegrał to i tak bardzo inteligentnie. Widać że doświadczenie jednak jakoś tam popłaca!
W sumie - mimo imponującej muskulatury i fajnej techniki, popartej niezłą szybkością - ten gość zawsze niemal Polskę kompromitował. To zaś, że cwani macherzy z takim zapałem go od dziesięcioleci głupiemu ludowi tak skutecznie wmawiali jako globalne cudo-niewido i nowe skrzyżowanie Joe Louisa z Jackiem Dempseyem i Rockym Marciano, jest dla mnie jednym z najbardziej typowych aspektów III RP i tego wszystkiego, co komunizm, a potem leberalizm uczyniły z tym nieszczęsnym narodem. (Nie zapominając oczywiście o tym, co było przedtem.)
"Jeśli to bydło", tak sobie muszą myśleć cwani macherzy mający udziały w Gołocie i różnych telewizjach, "kupiło Kwaśniewskiego, Unię Europejską, Wałęsę, Tuska i całą tę resztę, dlaczego byśmy nie mieli sprzedać mu także Gołoty?" Jak pomyśleli, tak też i zrobili, a lud to oczywiście skwapliwie kupił. Jak zawsze.
Jeśli będzie mi dane wyjaśniać komuś młodemu za lat dwadzieścia czym była III RP, chyba pokażę mu wyciąg filmowy, nieocenzurowany, z kariery Andrzeja Gołoty. Ze specjalnym akcentem na głosy różnych telewizyjnych ekspertów. Nic chyba lepiej nie wyraża koszmaru tego czegoś i skali upadku tego nieszczęsnego narodu.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
P.S. Dopisane po latach: Na grapplingu miałem kolegę Jacka, cholernie silnego, ćwiczącego w domu ze sztangą, któremu akurat wtedy kolejno pękły oba bicepsy. Facet miał potem w nich b. wyraźne przewężenia. Dziwnie to wyglądało i naprawdę nie dało się nie zauważyć. Gość przy tym trenował tak jak poprzednio i nie było widać u niego jakiegoś zmniejszenia tej jego ogromnej siły, choć być z pewnością w bicepsach musiała ona być mniejsza.
słowa kluczowe:
Andrzej Gołota,
boks,
eksperci,
III RP,
sterydy anaboliczne
czwartek, listopada 06, 2008
Dlaczego wciąż mamy jeszcze demokrację? (Rekolekcje spenglerystyczne)
Naprawdę nie chciałbym się wszystkim kojarzyć wyłącznie z propagowaniem (nie "propagandą", jak to niektórzy, mam nadzieję bez złych zamiarów, ujmują) Spenglera, ale z drugiej strony... O czym tu niby pisać na tym wirtualnym bruku, żeby to miało cień sensu? No chyba, że o tym, co się NAPRAWDĘ teraz dzieje, o miejscu w historii w którym jesteśmy, o tym co może, a co już nie może, być dalej...
W związku z tym, jako samozwańczy Prezes, otwieram kolejne posiedzenie Klubu Młodych Spenglerystów!
Chciałbym się z licznie tu zebranymi podzielić paroma moimi własnymi przemyśleniami. Na tematy wymienione przed momentem. Przemyślenia będą oparte na spenglerycznych założeniach i metodach, ale całkowicie moje własne i nikt poza mną za nie nie odpowiada.
Jak to jest zatem z tą naszą obecną demokracją? Demokracja faktycznie była i jeszcze coś z niej pozostaje, choć coraz bardziej w sferze symboli, sloganów, i nie bójmy się tego słowa, picu. Skąd się wzięła? A stąd, skąd biorą się najpewniej wszelkie demokracje - z tego, że w sumie wszyscy obywatele są potrzebni w siłach zbrojnych. Wobec takiej masy przygotowanych do walki, znających swoją wartość i w znacznej części uzbrojonych w najskuteczniejszą broń swojej epoki ludzi, żadne oligarchie czy dyktatury nie mogą być zbyt bezczelne i obcesowe.
Oczywiście demokracja nie musi oznaczać całkiem tego co dzisiaj - "obywatel" w dawnych Atenach to był jednak ktoś i wielu całkiem normalnych ludzi nawet marzyć o zostaniu obywatelami nie mogło, choć w Atenach żyli i lojalnie im służyli od pokoleń. Tak samo z "demokracją szlachecką" w naszej I RP. W końcu aż 10% szlachty nie było w Europie chyba nigdzie. (Może jeszcze ew. w Hiszpanii, ale typowy hidalgo to był zupełny dziad i bez Nowego Świata szybko by się zapewne zdeklasował.)
Tak też było w Europie i Ameryce, czyli w naszej zachodniej - spenglerycznie mówiąc "faustycznej" - cywilizacji od pierwszej wojny światowej. Druga wojna światowa i początek zimnej wojny jeszcze to na krótki czas wzmocniła, potem jednak zaczęła się dominacja bombowców z bronią nuklearną, rakiet balistycznych, satelitów i wszystkiego tego hiper-ęteligętnego i wysoce wybuchowego (ew. trującego czy napromieniowującego) żelastwa... Oraz szyfrów, podsłuchów, monitoringów i w ogóle służb specjalnych - z pewnością z roku na rok w coraz większym stopniu. Po co w takiej sytuacji jakakolwiek demokracja?!
Nie można też zapominać o roli korporacji prawniczych i przekształcaniu się demokracji w jakieś dziwne coś, gdzie wyżej opłacani i cwańsi prawnicy mogą przepchnąć cokolwiek. A ich przeciwnikiem są inni, nieco tylko gorzej opłacani i w związku tym nieco mniej cwani prawnicy, służący innym macherom. Z całą pewnością zaś nie jakiś "suwerenny lud".
No dobra, powiedzmy sobie może jeszcze, jak ta nasza demokracja łączyła się z całą resztą. Czyli przede wszystkim z liberalizmem. Przyznam, że wychwalanie liberalizmu przy jednoczesnym pluciu na d*krację uważam za jeden z najbardziej błazeńskich wyczynów mózgowych w historii. Liberalizm bez demokracji po prostu nie jest sobą i nie może istnieć! Demokracja, konkretnie zaś wybory, służy w liberaliźmie jako ten niezbędny "rynek" na "usługi" rządu. Jak inaczej liberalizm ma wycenić te usługi? Jak ma porównać oferty i ceny poszczególnych kandydatów do funkcji "nocnego stróża"? Że spytam.
Ludowi podskoczyć zbytnio nie było można - w każdym razie nie wprost i bez masy słodkich und obłudnych słówek. No więc lud się obrabiało prasą, radiem, potem telewizją. Do tego były potrzebne ogromne fundusze. Powstał więc system, w którym ludowi sprzedawało się buble - plus w coraz większym stopniu złudzenia, obietnice i mity - on za to płacił, z czego cwani macherzy opłacali media, oraz polityków, którzy robili co macherzy chcieli, dawali macherom zarobić... Nie drażniąc zbytnio ludu i nie ukazując mu (wedle słów Bismarcka) "jak się robi kiełbasę". Każdemu się to w sumie podobało - była demokracja.
Kiedy jednak lud utracił swe znaczenie, robienie z siebie demokratycznego trybuna ludowego, całowanie blond dzieciątek, ściskanie milionów rąk, kiwanie łapką i uśmiechanie się do tłumu, wszystko stało się już mniej konieczne, a skutkiem tego już nieco zbyt błazeńskie, by co mniej durni politycy nie starali się tego całego picu ominąć. Inni zaś, mając może nieco mniej środków na zwykłą "demokratyczną" politykę - w coraz większym stopniu próbowali środków innych.
Czyli zamiast lud podszczuwać, lulać do snu i mu obiecywać w wielkonakładowej prasie czy telewizji, dokonać za pomocą tajnych służb takiej czy innej prowokacji... Kogoś tam zamordować... Oszukać przy urnach... Te klimaty.
No dobra, spyta ktoś, ale dlaczego nie przebiega to wszystko szybciej, skoro lud naprawdę już dokumentnie rozbrojony i żadna władza tak naprawdę bać się go nie musi? W końcu nawet amerykański "uzbrojony naród" to tylko cywilbanda z dubeltówkami w sejfie i pistoletami przy łóżkach, a nie wojsko, które by mogło stawić opór jakiejkolwiek realnej armii. Nie mówiąc już o kompletnych lemingach w rodzaju obecnych Europejczyków. (Post-Europejczyków, chciałoby się raczej rzec.)
Otóż dostrzegam kilka czynników, które mogą spowalniać nieco proces odchodzenia od demokracji - a raczej już jej czystych pozorów. Pierwszy to taki, że być może między elitami władzy powstał swego rodzaju (niemy zapewne) pakt. Zamiast robić sobie po prostu wbrew, zamiast w wielu przypadkach iść na frontalny konflikt, zaakceptowano pewne umowne warunki wyborczego "turnieju".
I tak do władzy, żłobu i słodkich pierniczków dorywałby się w danym momencie ten, któremu najlepiej udało się w "demokratycznych wyborach" lud ogłupić obietnicami, i słodkimi słówki ululać. Czyli ten, kto wygrał ostatnie wybory. Zasadniczo wciąż jeszcze formalnie uczciwe. Czyli turniej rycerski zamiast wojny buldogów pod dywanem. Czytaj elit u żłobu. Albo nawet może rzut kostką - cholera wie, jak oni to dzisiaj traktują!
W każdym razie nawet wśród najbezwzględniejszych bandziorów da się przecież grać w pokera i reguły są na ogół przestrzegane, czemu więc tutaj nie miałoby być podobnie? Skoro dzięki temu owce są strzyżone i pokwikując radośnie idą dać się przerabiać na befsztyki? (W takt wesołego oberka.) Do czasu, moi państwo, do czasu, ale jednak na razie krew elit nie płynie, a i owcom przesadnia fizyczna krzywda też się nie dzieje.
Drugim takim czynnikiem, którym dostrzegł, jest to, że w starożytności grecko-rzymskiej, władza zamordystyczna, która przyszła po demokracji (i polis, a i Rzym był przecież z początku właściwie prowincjonalnym polis) oparła się w dużej mierze na oficjalnych kultach poszczególnych miast. Aleksander Wielki, a po nim hellenistyczni władcy, wymagali by włączono ich w poczet bogów danego miasta, co dawało im całkiem wyjątkową rolę polityczną, przy pozornym zachowaniu dotychczasowych zasad. Oczywiście to zachowanie trwało w sumie krótko, ale przejście było niejako naturalne i dość bezbolesne. (Nie dla Demostenesa jednak i paru innych.)
W naszej cywilizacji tego typu kultów miejskich nie ma, więc rośnie znaczenie propagandy, ta zaś wymaga funduszy, co z kolei wymaga "kapitalizmu" z liberalizmem... Oczywiście realnym liberalizmem, nie jakimś wymyślonym przez von Misesa z von Korwinem. Lud musi być nadal sterowany przede wszystkim rozrywką, "informacją" i propagandą, ponieważ religia nie jest (jeszcze?) całkiem do dyspozycji elit.
Miałbym (jak sądzę) ciekawe rzeczy do powiedzenia na temat planów obecnych elit co do przyszłej religii i użycia jej do tworzenia nowego świata i nowego człowieka, ale to kiedyś może ewentualnie. (Trudno mi się nawiasem pisze w tym kontekście "elita" bez cudzysłowu, taki jest tych elit poziom, ale jednak nielzia, bo to są mimo wszystko elity, taka ich, cholera, społeczna funkcja!)
No i to by było na tyle naszej dzisiejszej spenglerystycznej prelekcji. Proszę się tego do naszego następnego spotkania nauczyć na pamięć, a do tego kolejnych 20 stron Magnum Opus, też oczywiście na pamięć. Dziękuję za uwagę i ¡hasta la próxima!
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
W związku z tym, jako samozwańczy Prezes, otwieram kolejne posiedzenie Klubu Młodych Spenglerystów!
Chciałbym się z licznie tu zebranymi podzielić paroma moimi własnymi przemyśleniami. Na tematy wymienione przed momentem. Przemyślenia będą oparte na spenglerycznych założeniach i metodach, ale całkowicie moje własne i nikt poza mną za nie nie odpowiada.
Jak to jest zatem z tą naszą obecną demokracją? Demokracja faktycznie była i jeszcze coś z niej pozostaje, choć coraz bardziej w sferze symboli, sloganów, i nie bójmy się tego słowa, picu. Skąd się wzięła? A stąd, skąd biorą się najpewniej wszelkie demokracje - z tego, że w sumie wszyscy obywatele są potrzebni w siłach zbrojnych. Wobec takiej masy przygotowanych do walki, znających swoją wartość i w znacznej części uzbrojonych w najskuteczniejszą broń swojej epoki ludzi, żadne oligarchie czy dyktatury nie mogą być zbyt bezczelne i obcesowe.
Oczywiście demokracja nie musi oznaczać całkiem tego co dzisiaj - "obywatel" w dawnych Atenach to był jednak ktoś i wielu całkiem normalnych ludzi nawet marzyć o zostaniu obywatelami nie mogło, choć w Atenach żyli i lojalnie im służyli od pokoleń. Tak samo z "demokracją szlachecką" w naszej I RP. W końcu aż 10% szlachty nie było w Europie chyba nigdzie. (Może jeszcze ew. w Hiszpanii, ale typowy hidalgo to był zupełny dziad i bez Nowego Świata szybko by się zapewne zdeklasował.)
Tak też było w Europie i Ameryce, czyli w naszej zachodniej - spenglerycznie mówiąc "faustycznej" - cywilizacji od pierwszej wojny światowej. Druga wojna światowa i początek zimnej wojny jeszcze to na krótki czas wzmocniła, potem jednak zaczęła się dominacja bombowców z bronią nuklearną, rakiet balistycznych, satelitów i wszystkiego tego hiper-ęteligętnego i wysoce wybuchowego (ew. trującego czy napromieniowującego) żelastwa... Oraz szyfrów, podsłuchów, monitoringów i w ogóle służb specjalnych - z pewnością z roku na rok w coraz większym stopniu. Po co w takiej sytuacji jakakolwiek demokracja?!
Nie można też zapominać o roli korporacji prawniczych i przekształcaniu się demokracji w jakieś dziwne coś, gdzie wyżej opłacani i cwańsi prawnicy mogą przepchnąć cokolwiek. A ich przeciwnikiem są inni, nieco tylko gorzej opłacani i w związku tym nieco mniej cwani prawnicy, służący innym macherom. Z całą pewnością zaś nie jakiś "suwerenny lud".
No dobra, powiedzmy sobie może jeszcze, jak ta nasza demokracja łączyła się z całą resztą. Czyli przede wszystkim z liberalizmem. Przyznam, że wychwalanie liberalizmu przy jednoczesnym pluciu na d*krację uważam za jeden z najbardziej błazeńskich wyczynów mózgowych w historii. Liberalizm bez demokracji po prostu nie jest sobą i nie może istnieć! Demokracja, konkretnie zaś wybory, służy w liberaliźmie jako ten niezbędny "rynek" na "usługi" rządu. Jak inaczej liberalizm ma wycenić te usługi? Jak ma porównać oferty i ceny poszczególnych kandydatów do funkcji "nocnego stróża"? Że spytam.
Ludowi podskoczyć zbytnio nie było można - w każdym razie nie wprost i bez masy słodkich und obłudnych słówek. No więc lud się obrabiało prasą, radiem, potem telewizją. Do tego były potrzebne ogromne fundusze. Powstał więc system, w którym ludowi sprzedawało się buble - plus w coraz większym stopniu złudzenia, obietnice i mity - on za to płacił, z czego cwani macherzy opłacali media, oraz polityków, którzy robili co macherzy chcieli, dawali macherom zarobić... Nie drażniąc zbytnio ludu i nie ukazując mu (wedle słów Bismarcka) "jak się robi kiełbasę". Każdemu się to w sumie podobało - była demokracja.
Kiedy jednak lud utracił swe znaczenie, robienie z siebie demokratycznego trybuna ludowego, całowanie blond dzieciątek, ściskanie milionów rąk, kiwanie łapką i uśmiechanie się do tłumu, wszystko stało się już mniej konieczne, a skutkiem tego już nieco zbyt błazeńskie, by co mniej durni politycy nie starali się tego całego picu ominąć. Inni zaś, mając może nieco mniej środków na zwykłą "demokratyczną" politykę - w coraz większym stopniu próbowali środków innych.
Czyli zamiast lud podszczuwać, lulać do snu i mu obiecywać w wielkonakładowej prasie czy telewizji, dokonać za pomocą tajnych służb takiej czy innej prowokacji... Kogoś tam zamordować... Oszukać przy urnach... Te klimaty.
No dobra, spyta ktoś, ale dlaczego nie przebiega to wszystko szybciej, skoro lud naprawdę już dokumentnie rozbrojony i żadna władza tak naprawdę bać się go nie musi? W końcu nawet amerykański "uzbrojony naród" to tylko cywilbanda z dubeltówkami w sejfie i pistoletami przy łóżkach, a nie wojsko, które by mogło stawić opór jakiejkolwiek realnej armii. Nie mówiąc już o kompletnych lemingach w rodzaju obecnych Europejczyków. (Post-Europejczyków, chciałoby się raczej rzec.)
Otóż dostrzegam kilka czynników, które mogą spowalniać nieco proces odchodzenia od demokracji - a raczej już jej czystych pozorów. Pierwszy to taki, że być może między elitami władzy powstał swego rodzaju (niemy zapewne) pakt. Zamiast robić sobie po prostu wbrew, zamiast w wielu przypadkach iść na frontalny konflikt, zaakceptowano pewne umowne warunki wyborczego "turnieju".
I tak do władzy, żłobu i słodkich pierniczków dorywałby się w danym momencie ten, któremu najlepiej udało się w "demokratycznych wyborach" lud ogłupić obietnicami, i słodkimi słówki ululać. Czyli ten, kto wygrał ostatnie wybory. Zasadniczo wciąż jeszcze formalnie uczciwe. Czyli turniej rycerski zamiast wojny buldogów pod dywanem. Czytaj elit u żłobu. Albo nawet może rzut kostką - cholera wie, jak oni to dzisiaj traktują!
W każdym razie nawet wśród najbezwzględniejszych bandziorów da się przecież grać w pokera i reguły są na ogół przestrzegane, czemu więc tutaj nie miałoby być podobnie? Skoro dzięki temu owce są strzyżone i pokwikując radośnie idą dać się przerabiać na befsztyki? (W takt wesołego oberka.) Do czasu, moi państwo, do czasu, ale jednak na razie krew elit nie płynie, a i owcom przesadnia fizyczna krzywda też się nie dzieje.
Drugim takim czynnikiem, którym dostrzegł, jest to, że w starożytności grecko-rzymskiej, władza zamordystyczna, która przyszła po demokracji (i polis, a i Rzym był przecież z początku właściwie prowincjonalnym polis) oparła się w dużej mierze na oficjalnych kultach poszczególnych miast. Aleksander Wielki, a po nim hellenistyczni władcy, wymagali by włączono ich w poczet bogów danego miasta, co dawało im całkiem wyjątkową rolę polityczną, przy pozornym zachowaniu dotychczasowych zasad. Oczywiście to zachowanie trwało w sumie krótko, ale przejście było niejako naturalne i dość bezbolesne. (Nie dla Demostenesa jednak i paru innych.)
W naszej cywilizacji tego typu kultów miejskich nie ma, więc rośnie znaczenie propagandy, ta zaś wymaga funduszy, co z kolei wymaga "kapitalizmu" z liberalizmem... Oczywiście realnym liberalizmem, nie jakimś wymyślonym przez von Misesa z von Korwinem. Lud musi być nadal sterowany przede wszystkim rozrywką, "informacją" i propagandą, ponieważ religia nie jest (jeszcze?) całkiem do dyspozycji elit.
Miałbym (jak sądzę) ciekawe rzeczy do powiedzenia na temat planów obecnych elit co do przyszłej religii i użycia jej do tworzenia nowego świata i nowego człowieka, ale to kiedyś może ewentualnie. (Trudno mi się nawiasem pisze w tym kontekście "elita" bez cudzysłowu, taki jest tych elit poziom, ale jednak nielzia, bo to są mimo wszystko elity, taka ich, cholera, społeczna funkcja!)
No i to by było na tyle naszej dzisiejszej spenglerystycznej prelekcji. Proszę się tego do naszego następnego spotkania nauczyć na pamięć, a do tego kolejnych 20 stron Magnum Opus, też oczywiście na pamięć. Dziękuję za uwagę i ¡hasta la próxima!
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
słowa kluczowe:
demokracja,
kapitalizm,
klasyczny liberalizm,
media,
Oswald Spengler,
propaganda,
wojsko
Powitajmy Erę Gadających Koralików! (i Obamy)
Gdyby ktoś tego jeszcze nie zauważył, to wczoraj z Ery Wodnika przeszliśmy w Erę Obamy (Kumbaya my Lord!). Dla spenglerysty ten i podobne mu fakty - to i podobne mu zjawiska - mają w sobie coś groteskowo oczywistego i nieuniknionego. Po prostu deja vu, jak uwielbiają mówić Amerykanie. (Brak akcentów celowy - chodzi o amerykańską wersję!)
Nie jest to jednak tak, że człowiek od razu od początku do końca wie w szczegółach co będzie i żadnej nie odczuwa ciekawości, jeno obrzydzenie... pesymizm... zniechęcenie. Czyli w sumie stoickie emocje - co stanowi kolejne, drobne może, ale jednak potwierdzenie, że Spengler ma rację i naprawdę na naszych oczach rozgrywa się - wbrew sztafażowi nieudolnej i pokracznie granej farsy - dramat dokładnie w sumie odpowiadający dramatowi końca rzymskiej republiki.
Po czym, przypominam niedouczonym ofiarom nowoczesnej edukacji, nastąpiło cesarstwo, bardzo popularne wśród wszelakich mędrków od dawien dawna po dzień (niemal) dzisiejszy, ale w sumie goła władza, w istocie wojska, bez dających się w miarę poważnie traktować pozorów "suwerenności ludu" czy innej "demokracji". Czyli u dołu tyraj i morda w kubeł, u góry zaś gorąca kąpiel i zaufany cyrulik, jeśli oko władzy padnie na ciebie, na przykład z powodu twego bogactwa... No i oczywiście, o ile władza ci na taką elegancką i w sumie przyjemną śmierć pozwoli. Plus parę innych istotnych spraw, które różniły to cesarstwo od tego, co było przedtem. I z których wiele nie było jednak na plusa.
Nie jest, powtarzam, całkiem tak, by te sprawy całkiem już były w każdym szczególe opisane i nie wzbudzały u człowieka uświadomionego emocji. Każda cywilizacja jest całkiem inna - ja o tym wiem i Spengler wiedział o tym lepiej od kogokolwiek. Są teraz na świecie rzeczy, o których nie śniło się Rzymianom, ani nawet Spenglerowi. I wcale nie twierdził, że zna wszelkie szczegóły, lub powiedzmy dokładne daty kolejnych porażek Zachodu.
Mówią nam czasem, że żyjemy w "globalnej wiosce", tak? Jednak właśnie godzinę temu przyszło mi do głowy, że to nie żadna wioska - to przecież GLOBALNA METROPOLIA! Dzięki m.in. internetowi (a raczej w skutkiem jego istnienia, bo ja tu nie dostrzegam powodów do dziękowania), plus różnym globalizacjom i ekumenizmom, żyjemy dzisiaj właśnie w ogromnym wszechświatowym mieście.
Wioska ma przecież ścisłą strukturę społeczną, we wiosce ludzie się dobrze znają, wioska ma swoje tradycje, tam życie i praca mają swój oczywisty sens... Ludzie tam mają realne doświadczenie i realną godność. Metropolia zaś jest amorficzna. Stanowi jedynie zbiorowisko wrzuconych jedna drugiej na łeb samotnych i zagubionych jednostek, internetu, i koszmarnych, wyglądających na więzienia ze złego snu, albo też cynicznie się mizdrzących, budynków. A wszystko to czeka na swego Zbawiciela, swego Obamę, swego Tuska...
Jak nie ma to powodować - jednocześnie - najbardziej infantylnego egoizmu i skrajnie stadnych odruchów, równie zresztą infantylnych? Do tego naprawdę nie powinno się potrzebować Spenglera, by zrozumieć, że mieszkaniec ogromnego miasta to ktoś całkiem inny od mieszkańca małego miasteczka czy wsi. Mówię oczywiście o czasach, gdy małe miasteczka i wsie istniały - nie będąc tylko gorszymi, pogardzanymi dzielnicami GLOBALNEJ METROPOLII. Albo też realnie - czyli wirtualnie - po prostu nie istnieją.
Wiedzą o tym świetnie marketerzy od żelu do pięt, Tusków, różowych golarek i Obam. Ktoś mieszkający poza GLOBALNĄ METROPOLIĄ po prostu nie jest dla takiego pana czy pani interesujący. Nawet gdyby miał pieniądze na różową golarkę czy Obamę, nie ma sensu mu ich wmawiać! Na taką wymakijażowaną wydmuszkę, takie tomaguchi przez niewiadomo kogo zza kulis sterowane, człowiek nie jeżdżący na co dzień metrem, ani nie stojący codziennie w wielkomiejskich korkach, po prostu nie zareaguje jak należy. Na szczęście dla tych pań i panów, marketerów znaczy, takich ludzi niemal już nie ma.
Co będzie dalej? Sądzę że wiem, przynajmniej w ogólnym zarysie, ale teraz nie o tym. Jeśli ktoś chce wiedzieć tak samo dobrze jak ja, albo jeśli chce móc o tym na serio podyskutować - niech postudiuje Spenglera. Zaczynając choćby od tego, co sam tutaj z niego umieściłem, albo o czym pisałem. Sama ocena tego, co się w istocie w tym momencie historii dzieje, to już ambitne i fascynujące wyzwanie.
Możemy w każdym razie ze sporym prawdopodobieństwem przyjąć, że - o ile po nas będą jeszcze jacyś historycy - przyszli historycy będą o tych latach mówić jako o przejściu z Ery Wodnika w Epokę Obamy. Choć niewykluczone, że nazwą to jakoś inaczej - na przykład przejście od Ery Wylewania Błękitnego Płynu do Ery Gadających Kolorowych Koralików Które Nie Potrafią Się Uwolnić.
Chodzi oczywiście - choć nie wierzę, bym musiał to komukolwiek wyjaśniać! - o dwie kolejne Ery Podpaskowo-Marketingowo-Telewizyjne, w których przyszło nam szczęśliwie żyć. Tak czy tak możemy być z siebie dumni. Było super, a teraz jest jeszcze bardziej super. I cool. Po prostu pełny odlot. Biali wykazali się tolerancją, może jeszcze będą z nich ludzie. Teraz tylko pozostaje zacisnąć kciuki (nie zapominając o pośladkach) w oczekiwaniu na następną erę... Jaka też ona też będzie?! Chyba zacznę przyjmować zakłady.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Nie jest to jednak tak, że człowiek od razu od początku do końca wie w szczegółach co będzie i żadnej nie odczuwa ciekawości, jeno obrzydzenie... pesymizm... zniechęcenie. Czyli w sumie stoickie emocje - co stanowi kolejne, drobne może, ale jednak potwierdzenie, że Spengler ma rację i naprawdę na naszych oczach rozgrywa się - wbrew sztafażowi nieudolnej i pokracznie granej farsy - dramat dokładnie w sumie odpowiadający dramatowi końca rzymskiej republiki.
Po czym, przypominam niedouczonym ofiarom nowoczesnej edukacji, nastąpiło cesarstwo, bardzo popularne wśród wszelakich mędrków od dawien dawna po dzień (niemal) dzisiejszy, ale w sumie goła władza, w istocie wojska, bez dających się w miarę poważnie traktować pozorów "suwerenności ludu" czy innej "demokracji". Czyli u dołu tyraj i morda w kubeł, u góry zaś gorąca kąpiel i zaufany cyrulik, jeśli oko władzy padnie na ciebie, na przykład z powodu twego bogactwa... No i oczywiście, o ile władza ci na taką elegancką i w sumie przyjemną śmierć pozwoli. Plus parę innych istotnych spraw, które różniły to cesarstwo od tego, co było przedtem. I z których wiele nie było jednak na plusa.
Nie jest, powtarzam, całkiem tak, by te sprawy całkiem już były w każdym szczególe opisane i nie wzbudzały u człowieka uświadomionego emocji. Każda cywilizacja jest całkiem inna - ja o tym wiem i Spengler wiedział o tym lepiej od kogokolwiek. Są teraz na świecie rzeczy, o których nie śniło się Rzymianom, ani nawet Spenglerowi. I wcale nie twierdził, że zna wszelkie szczegóły, lub powiedzmy dokładne daty kolejnych porażek Zachodu.
Mówią nam czasem, że żyjemy w "globalnej wiosce", tak? Jednak właśnie godzinę temu przyszło mi do głowy, że to nie żadna wioska - to przecież GLOBALNA METROPOLIA! Dzięki m.in. internetowi (a raczej w skutkiem jego istnienia, bo ja tu nie dostrzegam powodów do dziękowania), plus różnym globalizacjom i ekumenizmom, żyjemy dzisiaj właśnie w ogromnym wszechświatowym mieście.
Wioska ma przecież ścisłą strukturę społeczną, we wiosce ludzie się dobrze znają, wioska ma swoje tradycje, tam życie i praca mają swój oczywisty sens... Ludzie tam mają realne doświadczenie i realną godność. Metropolia zaś jest amorficzna. Stanowi jedynie zbiorowisko wrzuconych jedna drugiej na łeb samotnych i zagubionych jednostek, internetu, i koszmarnych, wyglądających na więzienia ze złego snu, albo też cynicznie się mizdrzących, budynków. A wszystko to czeka na swego Zbawiciela, swego Obamę, swego Tuska...
Jak nie ma to powodować - jednocześnie - najbardziej infantylnego egoizmu i skrajnie stadnych odruchów, równie zresztą infantylnych? Do tego naprawdę nie powinno się potrzebować Spenglera, by zrozumieć, że mieszkaniec ogromnego miasta to ktoś całkiem inny od mieszkańca małego miasteczka czy wsi. Mówię oczywiście o czasach, gdy małe miasteczka i wsie istniały - nie będąc tylko gorszymi, pogardzanymi dzielnicami GLOBALNEJ METROPOLII. Albo też realnie - czyli wirtualnie - po prostu nie istnieją.
Wiedzą o tym świetnie marketerzy od żelu do pięt, Tusków, różowych golarek i Obam. Ktoś mieszkający poza GLOBALNĄ METROPOLIĄ po prostu nie jest dla takiego pana czy pani interesujący. Nawet gdyby miał pieniądze na różową golarkę czy Obamę, nie ma sensu mu ich wmawiać! Na taką wymakijażowaną wydmuszkę, takie tomaguchi przez niewiadomo kogo zza kulis sterowane, człowiek nie jeżdżący na co dzień metrem, ani nie stojący codziennie w wielkomiejskich korkach, po prostu nie zareaguje jak należy. Na szczęście dla tych pań i panów, marketerów znaczy, takich ludzi niemal już nie ma.
Co będzie dalej? Sądzę że wiem, przynajmniej w ogólnym zarysie, ale teraz nie o tym. Jeśli ktoś chce wiedzieć tak samo dobrze jak ja, albo jeśli chce móc o tym na serio podyskutować - niech postudiuje Spenglera. Zaczynając choćby od tego, co sam tutaj z niego umieściłem, albo o czym pisałem. Sama ocena tego, co się w istocie w tym momencie historii dzieje, to już ambitne i fascynujące wyzwanie.
Możemy w każdym razie ze sporym prawdopodobieństwem przyjąć, że - o ile po nas będą jeszcze jacyś historycy - przyszli historycy będą o tych latach mówić jako o przejściu z Ery Wodnika w Epokę Obamy. Choć niewykluczone, że nazwą to jakoś inaczej - na przykład przejście od Ery Wylewania Błękitnego Płynu do Ery Gadających Kolorowych Koralików Które Nie Potrafią Się Uwolnić.
Chodzi oczywiście - choć nie wierzę, bym musiał to komukolwiek wyjaśniać! - o dwie kolejne Ery Podpaskowo-Marketingowo-Telewizyjne, w których przyszło nam szczęśliwie żyć. Tak czy tak możemy być z siebie dumni. Było super, a teraz jest jeszcze bardziej super. I cool. Po prostu pełny odlot. Biali wykazali się tolerancją, może jeszcze będą z nich ludzie. Teraz tylko pozostaje zacisnąć kciuki (nie zapominając o pośladkach) w oczekiwaniu na następną erę... Jaka też ona też będzie?! Chyba zacznę przyjmować zakłady.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
słowa kluczowe:
Barack Obama,
cesarstwo rzymskie,
Donald Tusk,
era wodnika,
Oswald Spengler,
republika rzymska,
Rzym,
wybory w USA
wtorek, października 14, 2008
O tym i o owym z plecami w tle
Dzisiejszy "Dziennik" w dziale "Wydarzenia" zamieszcza taką oto informację:
I tak dalej, choć dalej to w sumie już nic wstrząsającego nie ma. Oto zresztą link do całości.Zamieszanie wokół zagadkowej śmierci
wtorek 14 października 2008 12:31Czarzasty: Janina S. nie zmarła u mnie
» Czarzasty: Janina S. nie zmarła u mnie Zamknij X
Skazana w aferze Rywina Janina S. zmarła w mieszkaniu Czarzastego fot. Jacek MarczewskiZaskakujące szczegóły śledztwa po śmierci jedynej skazanej w aferze Rywina - Janiny S. Mieszkanie, w którym znaleziono ją martwą, należy do Włodzimierza Czarzastego, byłego sekretarza Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zamieszanego w aferę - twierdzi TVP Info. "To nieprawda" - odpowiada Czarzasty.
Policja wyklucza morderstwo. Najprawdopodobnej Janina S. zmarła z przyczyn naturalnych. Jej ciało znaleziono w mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Skazana w aferze Rywina legislatorka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji nie była w nim jednak zameldowana.
Jak twierdzi TVP Info, mieszkanie należy do Włodzimierza Czarzastego, byłego sekretarza KRRiT, którego nazwisko wielokrotnie przewijało się w czasie śledztwa sejmowej komisji badającej aferę Rywina. Policja ustaliła, że lokal kupiła inna osoba, ale faktycznym właścicielem jest Czarzasty.
"Rodzice Janiny S. powiedzieli nam, że mieszkania użyczył ich córce Włodzimierz Czarzasty. Mieszkała tam ponad pół roku" - powiedział TVP Info wysoki rangą funkcjonariusz Komendy Stołecznej Policji.
No, tośmy załatwili kwestię biężączki, a teraz weźmy się za sprawy wzniosłe und artystyczne.... Ludzie sobie na blogach kulturalnie rozmawiają - o literaturze, filmie, meczach reprezentacji III RP... A ja nigdy nic takiego nie publikuję. Błąd! No wiec teraz ten błąd naprawię.
Kinoman ze mnie absolutnie żaden, ale parę nowelek filmowych zrobiło na mnie spore wrażenie. Nowelek z gatunku kino grozy. Jedna taka na przykład traktowała o starym włóczędze, któremu w dawnych latach, za jakiś dług chyba, zmarły już i b. sławny malarz wytatuował na plecach wspaniałe dzieło. Każdy znawca od razu rozpozna czyje to dzieło, niezwykłe medium jeszcze dodaje mu wartości... W sumie skóra na plecach tego włóczęgi ma ogromną wartość. Mówiąc brutalnie - po prostu rynkową. Pomijając już nawet wszelkie inne - bardziej comme il faut - aspekty.
Nasz tatuowany włóczęga żyje z tego, że chodzi po knajpach i za parę groszy pokazuje ludziom swoje artystyczne plecy. Albo za piwo czy bułkę z kiełbasą. Żaden dostatek mu nie grozi, i to mówiąc bardzo oględnie, ale jednak coś tam je i w sumie żyje.
Aż tu pewnego dnia przypadkiem pokazuje swoje plecy nie byle komu, tylko zamożnemu koneserowi sztuki. Ach! Który się dziełem zachwyca i proponuje jego nosicielowi taki oto układ:
Zamieszkasz u mnie, w mojej przestronnej willi, zapewnię ci dostatnie życie i pokaźne kieszonkowe aż do śmierci, ty zaś będziesz miał tylko jeden obowiązek - pokazywać to wspaniałe malowidło, które nosisz na plecach moim gościom. No i nie masz też chyba nic przeciw temu, bym po twojej, nie bójmy się tego słowa, śmierci, która kiedyś jednak nastąpi, ja stał się właścicielem twojej skóry, z plecami włącznie.(Nie było to oczywiście cytowane dosłownie, dawno zresztą też szczegółów tego filmu nie pamiętam. Widziałem go bowiem b. dawno i tak mi się wrył. Proszę ten "cytat" traktować jak przemowy wodzów u Tukidydesa.)
Acha, jeszcze coś. Musisz wrócić do swojej wagi sprzed lat, bo sam wiesz, chudy jesteś i obraz stracił swoje proporcje. Ale też nie masz prawa przytyć ponad to! Musisz idealnie trzymać wagę. No dobra, oto umowa, tutaj jest to wszystko zawarte. Podpisz tu, tu i tu. A potem dostaniesz 100 dolarów na drobne wydatki i... Witaj w swym nowym domu!
Jak uradzili tak też zrobili. A dwa tygodnie potem na rynku dzieł sztuki pojawiło się, wzbudzając zasłużoną sensację, nieznane dotąd dzieło Wielkiego Malarza, w dodatku - o sensacjo! - wytatuowane na ludzkiej skórze! THE END.
No i tak to właśnie w jednym kawałku zaliczyłem zarówno biężączkę, jak i dział kultury. Kompletnie nie mam wprawdzie pojęcia dlaczego mi się akurat teraz ta zabawna historyjka przypomniała... Ale w końcu zawsze w ostateczności możemy powiedzieć, że uprawiam postmodernizm. Prawda?
A w ogóle, jak już tak zacząłem sobie tę telewizyjną historyjkę sprzed lat przypominać i smakować, to różne inne rzeczy zaczęły mi się cisnąć do mózgu. Całkiem nie wiem dlaczego, ale na przykład nie mogę przestać myśleć o Unii Europejskiej i naszym do niej akcesie...
Ki diabeł? Jest coś aż tak niebezpiecznego w przerażających telewizyjnych historyjkach? Nie, na pewno to nie to. To musi być po prostu unoszący się w powietrzu postmodernizm. Uff, co za ulga! Bo już się na serio wystraszyłem.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
słowa kluczowe:
afera Rywina,
film grozy,
malarstwo,
nowele telewizyjne,
postmodernizm,
rynek sztuki,
Włodzimierz Czarzasty
Subskrybuj:
Posty (Atom)
