piątek, listopada 19, 2021

Obóz świętych na granicy (tylko świętych brak)

Kiedy poszedłem do szkoły w wieku 7 lat i w końcu nauczyłem się czytać drukowane (później, niż większość zdolnych dzieci z inteligenckich rodzin), kazałem sobie kupić podręcznik do historii. Historia zaczynała się w czwartej klasie i do tej klasy podręcznik dostałem. Pierwsza czytanka w tej książce była, o ile dobrze pamiętam, o zwycięstwie na Psim Polu, a zaraz potem druga (może zresztą to była ta sama, choć chyba dla małych dzieci to by było zbyt długie) o obronie Cedynii i tych wieżach oblężniczych z poprzyczepianymi do nich dziećmi polskich obrońców, co nie przeszkodziło im mimo wszystko grodu obronić. Jak nie ma innego wyjścia, to nie ma - po prostu! A wróg raczej nie powinien wiedzieć, że istnieją jednak sposoby skłonienia nas, byśmy się gładko poddali, jaką paskudną rzecz by nam nie zrobili.

Oczywiście szkolne czytanki w tym dawnym stylu to jedno, a poważna historiografia coś całkiem innego, ale też trudno, by dzieciom serwować Szkołę Annales, a zastępowanie hurrapatriotycznych historyjek dokumentami, co się w wielu miejscach obecnie robi, widzi mi się głupotą na granicy poważnego nadużycia. Jaka niby jest prosta i dostępna dla dziatwy zależność między czymś, co napisano w jakimś oficjalnym dokumencie - szczególnie zaś takim, o jakie w tych szkolnych naukach zawsze chodzi, czyli podniosło-mętno-propagandowym, czym się zawsze przykrywa najbrudniejsze interesy i/lub nieprzemożne pragnienie uczynienia piekła z życia jak największej ilości porządnych ludzi - i realnym życiem, z realną historią?

W każdym razie możemy chyba przyjąć, że z tą Cedynią coś było na rzeczy - że Niemce to naprawdę uczyniły, co zresztą w historii nie byłoby aż takim ewenementem (vide obrona Alkazaru w Toledo w Hiszpańskiej Wojnie Domowej, albo ta hrabina, co z pogardą oblegającym odpowiedziała, że ma jeszcze czym sobie nowe dzieci wyprodukować), szczególnie w tych czasach i u nich, a obrońcy - nie mając zresztą żadnej dobrej alternatywy, z konieczności tę nową trudność zignorowali, co im się (żeby użyć słowa w przykry sposób zalatującego Nalewkami) opłaciło.

W każdym razie od owej Cedynii zaczęło się tysiąc lat historii tego kraju, często nieszczęśliwego, często pozbawionego niepodległości, ćwiartowanego i skurwianego, ale jednak były w tym i jaśniejsze punkty, były i momenty autentycznej chwiały. No to teraz mamy zamknięcie tej klamry, rodem z proroczej książki, o której już sobie mówiliśmy, czyli z "Obozu świętych" Jeana Raspaille. Kto nie czytał, niech sobie poszuka!

Teraz z oficjalnych mediów, które nie szczędzą nam przerażających obrazów, bo wywoływanie paniki w sprawie Białorusi, to dla obecnej waadzy jedna z ostatnich szans na podlizanie się jakoś swemu (nie)dawnemu elektoratowi i sympatykom. "Jak można być przeciw waadzy, kiedy jest przeciw niej taki Tusk, a na granicach czychają miliony...?!" Jednak jednocześnie mówią nam wprost, że najgorsza rzecz, jaka się może wydarzyć, to że ktoś zostanie przez tych naszych żołnierzy albo jakieś inne służby mundurowe zastrzelony.

Najgorsze, co się może wydarzyć! Nie to, że ktoś nam tu się przemocą wpierdala, a my gadamy o tym, że najgorsze by było, gdyby stała mu się realna krzywda! Nie to, że - tu odpowiadam na nabrzmiałe zajęczym niepokojem pytania naszych (?) telewizyjnych auterytetów na etacie, o to "co właściwie Putin i Łukaszenko chcą osiągnąć?!"...

Co chcą? Już przecież osiągnęli, a osiągną o wiele więcej. Nawet, jeżeli do końca tych granic większą ilością "uchodźców" finalnie nie sforsują, i nie będziemy tu jeszcze czas jakiś mieli scen z Paryża, Londynu czy innej Tuluzy. Na razie wykazali, że polskie granice to fikcja, że polskie wojsko nie tylko nie obroni nas przed bronią jądrową czy tysiącem czołgów, ale nawet przed wkurwionym gościem z Bliskiego Wschodu uzbrojonym w kamień. Co zresztą dotyczy całego Zachodu, tylko że to my jesteśmy akurat na froncie, więc to my musimy bronić rodaków Merkeli i Hansa Franka przed nowym zalewem ich ulubionych gości.

No a gdyby okazało się, że wyraźnie więcej, niż połowa ludności tenkraju jednak chciałaby tej granicy bronić i "uchodźców" nie wpuszczać - co wcale nie jest pewne, a połowa to po prostu nieprawdopodobnie niska liczba jak na kraj, który jeszcze zamierzałby jakiś czas istnieć - inaczej, niż jako rezerwat wzgl. dziwiczej przyrody (z żubrami i/lub kornikami) i tanich kobiet na godziny... 

Gdyby się, mówię, jakimś cudem jednak okazało, że słowicze tryle Tusków i innej lewizny nie sprawą, by tzw. Polacy podzielili się po równo, nie mówiąc już o rozwarciu ramion, nóg i pośladków na przywitanie gości ze wschodu, to zawsze mamy jeszcze w odwodzie dzieci - czemu nie chore, śłepe i... Garbate. Czyli całkiem jak w "Obozie świętych" przecież! Mówimy o takim dziecku, które w innej sytuacji byłoby uznane za niezdolne do życia i "humanitarnie" uśmiercone - takie będzie się najlepiej nadawać, choć na dzisiejszych Polaków, z których "humanitarność" aż się przecież przelewa, każde dosłownie dziecko wystarczy! (Nawet gdyby miało metr dziewięćdziesiąt i bodę na pół łokcia zresztą. Polacy to słodki naród, miłujący wolność, ale nie za bardzo i oczywiście nie własną.) 

W każdym razie po raz tysięczny sami stwierdziliśmy, że w razie czego, jeśli się komuś obcemu (bo nasi to nie całkiem ta kategoria, oni mają psi obowiązek się dla nas poświęcać!) stanie się cokolwiek, to będzie nasza wina, więc nasza też jest odpowiedzialność za to, by nikomu nic się nie stało. Niezależnie od tego, jak gwałci on te rzekomo "nasze", rzekomo "granice", których tak "dzielnie broni"... Kto? No przecież, że "nasza niezłomna armia"! Ach - Żołnierze Wyklęci patrzcie na nas z góry, jak bronimy Ojczyzny! Ach! Odsiecz Wiednia się przecież przypomina! Ach, zdobycie Moskwy! Co tam Żółkiewski - też byśmy mogli! Ale są uwarunkowania, wicie, rozumiecie. Cóż, pomachamy flagą, wygłosimy do kamery kilka dęto-patriotycznych pierdołów, dusząc się ze śmiechu i tłumacząc to sobie w myślach na "miskę ryżu" z "zakopywaniem dołów"... I "prawicowy" leming nadal jest nasz i tylko nasz, smętny głupek!

Polska zaczęła się od tego, że ludziom nawet nie przyszło do głowy, by się nie bronić, kiedy wróg zastosował chytrą broń "humanitarną". Polska dogorywa (i to raczej optymistyczna wizja jej stanu), kiedy cały - na odmianę - "naród" łączy się w niezłomnym przekonaniu, że wystarczy wziąć chore, ślepe, garbate dziecko i wtedy można z naszymi granicami, z naszym terytorium, z naszymi obyczajami i z wolą naszego "suwerennego ludu" uczynić dosłownie co się zechce. Wreszcie mamy JEDNOŚĆ NARODOWĄ! Niech żyje Prześwięta Rzeczpospolita i Jej Najwierniejszy Sługa - Obecna Waadza!

Bo jeśli temu garbatemu dziecku, wniesionemu tutaj przez kogoś, kto inaczej mógłby mieć trudności z tutaj się dostaniem, coś by się stało, to oczywiście będzie nasza wina, a nie wyłącznie tego, czy tych, którzy nas w ten sposób sprowokowali. (Sarkazm!) Ale jednak to nie tamte czasy! Teraz to nie będzie jednoznacznie ich wina. Dlaczego? Dlatego po prostu, że oni mają święte prawo wątpić w to, że my tak tę sprawę widzimy. Wiedzą, że ew. propagandowe nieprzyjemności, wrzaski sił zewnętrznych i zewnętrznie-wewnętrznych, muszą sprawić, że wszystko inne - a już na pewno ingegralność naszych granic i nasze prawo do w tych granicach samostanowienia, samemu się rządzenia i ew. przemocą, jeśli trzeba, wepieprzenia każdego, kto tu wbrew naszej woli przebywa.

To właśnie chcą wykazał Putin z Łukaszenką, i jakże pięknie im się to udało! Fakt, że gdyby się trochę zastanowić, to już od wielu lat było oczywiste, jak się tego typu sytuacja musi skończyć, co w realu znaczy nasza niezwyciężona armia, nasze granice, nasz "patriotyzm". Tyle, że wcześniej nikt się chyba nad tym nie zastanawiał, bo po co się do końca dołować, teraz zaś zastanawiać się już nie trzeba, bo każdy, kto potrafi sam zawiązać buty i/lub spuścić wodę, widzi to gołym okiem. Zaiste, przepiękna klamra, spinająca tysiąc lat historii Polski, jak i zresztą jeszcze więcej lat historii Zachodu!

triarius

P.S. Powie ktoś: "Jak to 'granice nie mają dla dzisiejszych mieszkańców tenkraju znaczenia? Przecież budujemy tam taki kosztowny płot!'" Koszt płotu to osobna sprawa i o wiele mniej istotna. Co jest istotne, to fakt, że każdy może nam się wpieprzyć przemocą, musi tylko zamarkować jakiś fajny pretekst, który trafia do lewaków, liberałów i wiadomo czego jeszcze. I jeśli mu się coś stanie, to nie będzie, jak do niedawna było oczywiste, wynik jego własnej decyzji, tylko nasza zbrodnia. Sorry, ale to nie są granice państwa, to nie jest żadna "obrona granic", i to nie jest żadna "armia, gotowa do obrony kraju". Zawsze będzie albo: "jeszcze zbyt małe zagrożenie, żeby można było kogoś z czystym sumieniem ubić", albo: "tych ruskich jest już za wielu! Już po sprawie. I tak nic nie poradzimy - idziemy chłopaki do domu, przygotować się do nowej rzeczywistości!"

czwartek, listopada 18, 2021

Och det Literära Nobelpriset går till...

Cholera, nie mogę spać (chyba za dużo roboty teraz nade mną wisi), więc wśród tysiąca innych spraw i problemów Ludzkości, które skutecznie i ostatecznie rozwiązałem, wpadłem (ci ja) na pomysł, że powinienem jeszcze w tym roku wystąpić o Literacką Nagrodę Nobla, tylko trzeba by jakąś literaturę. Rzeczy które mam już napisane, np. na tym blogasku, chyba się Svenskiej Kungligiej Akademii nie spodobają, ale cóż to dla nas za trudność - napiszemy coś nowego!

Zajęło mi to coś z 35 sekund i mam gotową historię, za którą Nobel należy mi się jak psu zupa. Oto ona:
Pan Adam i Pan Szczepan są działkarzami i mają działki obok siebie. Rywalizują też w ze sobą na urodę i rozmiar swoich płodów. (Przez "płody" rozumiemy tu florę wyrosłą na działce, nie zaś... Nic innego.) Pewnej środy Pan Adam pokazuje Panu Szczepanowi przez siatkę ogromną rzodkiewkę, która wyhodował. Pan Szczepan, nie mogąc ukryć podziwu, woła: "Naprawdę RZODKIE są w tym klimacie takie piękne WKI, gratulacje!" I obaj panowie wybuchają serdecznym śmiechem.
To by było tyle, nic politycznie niepoprawnego tutaj nie mamy, więc spokój... Nada się dla współczesnego inteligenta, co jest sprawą życiowej wagi. Zdąży prześlabizować w przerwie na reklamy w ulubionym serialu. Optymistyczne, ekologiczne. Ale może ekumeniczne mogłoby być trochę bardziej. No dobrze, więc zrobimy: "Pan Mahomet i Pan Szczepan są działkarzami"... O, mam! Na sam koniec dodamy: "Ale zaraz poważnieją, bo znowu przypomniał im się okropny problem zmian klimatycznych, z którymi przecież Ludzkość musi się szybko uporać, bo jak nie..."

"Bo jak nie, to co?", pytacie? Nie ludzie, to jest Literatura - zostawimy tak właśnie! "W zawieszeniu" się to fachowo nazywa. Inaczej suspense. Zaraz nasze dzieło tam im do tego Sztokholmu poślemy, a w liście mimochodem zapewniamy, że nagrodę jak najbardziej odbieramy, żadnych tam dąsów, pąsów czy demonstracji jak Dylan. Ja od razu podaję numer konta! A jakby mieli problem z jakimś stosownie poetycznym nowego Noblisty w Dziedzinie Literatury nazwaniem, to podpowiadam, że mogą mnie nazwać na przykład: "Maniakalno-Kompulsywny Szopen Prozy". Pasuje do mojej polskości i stanowi ładny pendant do "Szalonego Mozarta Poezji", któremu już kiedyś tę nagrodę przydzielili. Wtedy sami go tak ładnie nazwali, teraz my, jako wierny uczeń, idziemy w ślady.

Co mi tam - na wszelki wypadek dam im także rezerwową opcję: "Analno-Retentywny...", jakiego tu kompozytora damy? Niech będzie... "Offenbach"! Ten ma wiele istotnych zalet i podoba się inteligentom. "Offenbach Literatury Ekologicznej". Konkretne i absolutnie prawdziwe. Konkurencji żadnej się nie spodziewam, bo z tego co wiem, Greta Jakjejtam jeszcze swojej autobiografii nie wydała. No nie, konkurencja jest... Greta oczywiście. Jeśli oni na ten pomysł wpadną, jeśli nie wyda im się to trochę za krótkie, to owo genialne: "How dare you?!" do Trumpa, to wygra nawet z moją błyskotliwą działkową prozą...

Nawet nie będą musieli używać Gugla, żeby to przetłumaczyć na angielski, bo już mają gotowe. Choć z kolei potrzebują przecież także tego po szwedzku, dla Króla Jegomości i Jego Świty.... Istnieje chociaż jakaś Literacka Nagroda Pocieszenia?! Może jak ja bym moją nowelkę od razu dał w kilku językach... Od czego Gugiel! Mogłoby to jeszcze przeważyć na moją korzyść... Ale nie, mam lepszy pomysł! 

Dodam coś w stylu: "Na koniec Pan Mahomet i Pan Szczepan, przypominając sobie nagle sprośne wybryki bezczelnego Trumpa, podnieśli gniewnie zaciśnięte prawice i zgodnie zawołali 'How dare you, you horrible old white male Trump?!' I ewentualnie rzucą przez zęby coś o tym, że "przecież Greta ci, dziadu, wyraźnie powiedziała, jak czuje Ludzkość (ach!), a ty, okropny biały samcze, ty, ty... Worku CO2 z dziurą ozonową w... ty, ty!" A potem jeszcze niech spojrzą sobie głęboko w oczy, "chyba nie do końca binarnie". To powinno przeważyć szalę. No i mamy tu piękną niepewność (czyli jak fachowo?) na zakończenie: "tak czy jednak nie?" Czytelnik decyduje!

Może to wybije Grecie broń z ręki. Albo uzna, że taka reklama jej osoby warta jest poczekania na następną okazję. W końcu teraz mogą jej dać Pokojowego, a na Literackiego niech sobie poczeka kolejny rok. Młoda jest, wytrzyma! Zresztą... Tak mi przyszło do głowy - genialne! Przecież jej nie mogą nazwać "Zwariowanym"... Kimśtam. Albo "Niespełna Rozumu...", powiedzmy "Paganini". Nie idzie, prawda? To by było zbyt... Fopa, hejt i RODO. Plus złamanie tajemnicy państwowej. Nawet gorzej niż państwowej przecież!

No to ja już lecę kupić środki nasenne i zatyczki do uszu, bo nie lubię jak mnie rano budzą. Choćby to było to ich tradycyjne: "Natten går tunga fjät rund gård och stuga" w wykonaniu biało ubranych dziewczynek wszystkich dostępnych na rynku płci i nacji, ze świeczkami na głowach. Ja lubię sobie, do cholery, pospać!

triarius

środa, listopada 17, 2021

No, jeśli ktoś śledzi...

... akcję w tej tej tu naszej smętnej mydlanej operze (patologiczna brytyjska rodzina królewska wysiada, jeśli mnie spytać!), a ostatnio było całkiem sporo wejść z najróżniejszych zakątków świata, to czuję się w obowiązku poinformować, że zrezygnowałem z planów przeniesienia się na łono (chyba jakiegoś odpowiedniego dla mojego przypadku, bardziej aryjskiego, choć co ja tam wiem) Abrahama, a nawet nieoczekiwanie dostałem kilka nie-za-malutkich robót, które już dziś pilnie przez parę godzin wykonywałem. Tak więc, jeśli nic się (nie)oczekiwanego nie wydarzy i znowu mnie nie oszwabią, to może uda mi się jeszcze czas jakiś w tym łez padole pożyć. (Wydaje mi się z roku na rok, w miarę Postępów Postępu i Szczęścia Ludziości, coraz mniejszą rozkoszą, ale jednak - ach, życie! Krew buzująca w żyłach, śpiew ptaków i deptanie prężnymi stopy chmur!*)

Tak że modlitwy o skrócenie męk czyścowych mojej biednej duszy można przełożyć na nieco późniejszy termin, a jeśli ktoś się nadal całkiem nie poczuwa do finansowania mojej na niwie działalności, to niech aż tak ogromnych wyrzutów sumienia, żeby nic nie jadł i tylko patrzył w ścianę, nie czuje! (Zdania na temat zachowania moich najdroższych córeczek oczywiście nie zmieniam, bo tu nie ma nawet cienia ich zasługi.) Tyle! Pozdrawiam czule wszystkich, którym się chciało to tutaj przeczytać.

---------------------------------------------------
* Swoją drogą - wiecie, kto napisał ten tekst? Tam jeszcze było np. o "ranieniu palców ostrzem Tatr" i "szumie w uszach". Nikt nie zgadnie!

triarius

wtorek, listopada 16, 2021

Bonmot rozwojowy

Za komuny wcale nie było lepiej - po prostu teraz jest gorzej.

 

Bonmot o tyle ciekawy, że z roku na rok zdaje się zwiększać w nim zawartość prawdziwości, kosztem zgrabnie wyrażonego, ale błahego paradoksu. Na oko oceniam, że pod koniec roku 2021 ich proporcja to jakieś 80/20. (Może to "lepiej" mogłoby być w cudzysłowie, ale dość nie lubię tego taniego efektu, wię niech będzie bez.)


triarius

sobota, listopada 13, 2021

Spowiedź dziecięcia wieku

No dobra, to jest całe to, co mi się dotychczas napisało. Potraktujcie to sobie jako ekshibicjionizm, ale możecie wierzyć lub nie, że i tak wszystkiego wam nie opowiem, a ludzie nie takie rzeczy o sobie opowiadają. Sądzę mimo wszystko, że, choć niezbyt typowe, nie jest to całkiem indywidualna sprawa, a przez to nieinteresująca. Jeśli napiszę jeszcze coś więcej, na co są widoki, bo to mi się nawet dość przyjemnie pisze, patrząc z z perspektywy wieczności na swoje przeszłe życie, to już tutaj nie będę wklejał, tylko porobię z tego jakieś ebooki, kindle itd., a potem jeszcze ew. dam do przetłumaczenia na inne języki. Może coś się zarobi, zanim będzie za późno. W każdym razie kilku krewnych i znajomych (Królika) może sobie parę rzeczy na mój temat wyjaśnić i uporządkować. Tak więc, z pewną ironią to mówię: Przyjemnej lektury!

O Autyźmie, Dysleksji i innych wspaniałych zaletach

W młodości chciałem być psychologiem, ale było to w PRLu, więc zamiast kariery w tajnej policji czy może propagandzie, która by mnie po takich studiach niewątpliwie czekała, zostałem tym, co prywatnie nazywam “fałszywym inżynierem”. (Czyli takim gościem, który szedł na inżyniera głównie po to, żeby uniknąć na ile to możliwe na studiach komuszej indoktrynacji, a po studiach nie indoktrynować komuszo innych. Większość takich ludzi kończyła potem w kabaretach, ja nie miałem tego szczęścia.) Z tego mojego zainteresowania wynikło naprawdę sporo, m.in. to, że masę o psychologii czytałem, a do tego zastanawiałem się, sondowałem własną duszę, obserwowałem innych…

Tak więc, choć wam ludzie będą mówić, że gościa z Aspergerem rozpoznaje się po braku mimiki, monotonnym głosie, braku zrozumienia innych, oraz pasji do astrofizyki, to walnijcie go zwiniętą gazetą w nos, bo to wcale nie jest tak! Oczywiście - są wtedy takie tendencje, bo jeśli dziecko o tych skłonnościach nie łapie kontaktu z ludźmi, nie widząc w tym nic wystarczająco atrakcyjnego, całkiem po prostu, no to jak ma sobie wyrobić wyczucie psychologii tych ludzi, bogatą mimikę i modulowany głos? Skoro on sobie bez porównania woli obserwować szczeliny między płytkami podłogi, albo plamę na tapecie. Jest takie dziecię wyjątkowo (na waszym ludzie tle) inteligentne i jego psychika działa w takich pasjach, czyli że co pewien czas strasznie się czymś podnieca, wtedy ta sprawa staje się dlań niemal wszystkim, a cała reszta niczym.

Dochodzi w tym wtedy często to bardzo dobrych wyników - no bo z czego w końcu biorą się niemal wszyscy prawdziwi geniusze i prawie-geniusze (prawdziwi, a nie ci od “geniusz to zdolność do wytrwałej pracy”, choć taki gość z autyzmem naprawdę nad tą swoją pasją pracuje, że hej!), jeśli nie z (mniej lub bardziej “funkcjonalnego”) autyzmu? Potem taki geniusz albo młodo umiera - Boże ilu było takich, którzy dożyli góra wieku Chrystusowego, a dokonali wielkich rzeczy, albo nawet nie takiego wieku, jak np. Charlie Christian! - i ta pasja nie zdąża mu się zmienić na jakąś całkiem nową, albo mu się za czas jakiś zmienia, potem znowu… I gość zostaje na całe życie “genialnym dyletantem”, “zmarnowanym talentem”, czy “takim, co nie może dla siebie znaleźć miejsca”. Każdy przecież, kto to czyta, zna co najmniej jednego takiego, prawda?

W rzadkich przypadkach - do czego jest chyba jednak niezbędna pewna uroda, powodzenie u płci przeciwnej, trochę siły mięśniowej i wynikająca z tego niejaka zdolności do samoobrony, plus pewne istotne choć nieuchwytne imponderabilia w otoczeniu... Amicus Plato, skromność faktycznie, jak to celnie ujął Oscar Wilde, “przystoi ludziom nie mogącym w żaden inny sposób zwrócić na siebie uwagi”, ale ja nie mówię tego, żeby się głupio puszyć, tylko tak właśnie było i bez tego byłoby inaczej. W końcu ja żadnej Nagrody Nobla nie zdobyłem, miałbym wtedy coś do pokazania, ale szczerze mówiąc, choć pewnie trudno w to uwierzyć, wolę jednak nie. Wolę mieć mimikę i modulowany głos, a to właśnie dzięki temu, że wibrowało wokół wabiąc mnie masę różnych spraw normalnemu nerdowi z Aspergerem niestety niedostępnych, więc biedakowi pozostaje tylko Astrofizyka i komory kondensacyjne, z Nagrodą Nobla na końcu drogi.

Przydają się też pewne sportowe talenta. Mnie w każdym razie to właśnie, choć sportem podniecam się w sumie dość niewiele, ostatecznie skierowało na drogę ku “funkcjonalności”, pogodzeniu się z własnym ciałem, z obiektywną i nierzadko przecież przykrą namacalną rzeczywistością… Zamiast żebym miał się nadal podniecać radioodbiornikami z żyletki i ołówka, planami zbudowania sobie komory kondensacyjnej do obserwacji cząstek elementarnych, czy nawet programowaniem komputerów (choć to ostatnie było moją wielką pasją przez dobrych kilka lat). 

Zmierzam do tego, że o psychologii czytałem ci ja w życiu sporo, także rzeczy uchodzące za poważnie - od Freudów tego świata po amerykańskie uniwersyteckie podręczniki - jednak nie będę ukrywał, że to, co uważam za najcenniejsze dla mnie, jako dla “domorosłego psychologa” i mistrza samowiedzy, bierze się głównie z Introspekcji, wczuwania się i obserwacji, a także ze studiowania Historii i pokrewnych spraw. Dowodem na to, że nie łudziłem się przy tym, nie goniłem w piętkę, może być to, że moje przewidywania dotyczące ludzkich zachowań, zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych, także dotyczących mnie samego, bardzo ładnie się sprawdzają, a poza tym udało mi się naprawdę dużo dobrego zrobić z moją własną psychiką, bo w młodości byłem potwornie poharatany i nieszczęśliwy, a teraz jestem już tylko niewiarygodnie biedny. Finansowo (i nie zawsze tak wcale było, choć gromadzenia bogactw i ciułanie na emeryturę nigdy do mnie nie przemawiało).

Skoro mówimy o Introspekcji, to powiedzmy sobie najpierw kilka słów na jej temat, bo to rzecz mocno dzisiaj kontrowersyjna i jej wartość jest intensywnie podważana. Moim zdaniem całkiem niesłusznie, o czym poniżej.

O Introspekcji i innych gwałtach na Nauce

Oczywiście wiem, że introspekcja jest obecnie, i od dawna, uważana za błędną metodę poznawania tajemnic psychiki, wiem też dlaczego, a nawet częściowo, choć tylko częściowo, się z tą opinią zgadzam. Introspekcja jest par excellence “nienaukowa”, bo indywidualna i nieweryfikowalna, czyli gwałci, czy raczej ignoruje, podstawowe zasady, na których oparta jest nowoczesna zachodnia Nauka. Nauka to bowiem system dochodzenia - nie do Prawd, bo właśnie odrzucenie ambicji ich znalezienia to nowoczesnej (od Galileusza) Nauki fundament - tylko do użytecznych hipotez.

“Prawda” to będzie sens życia, sens Historii, Bóg, cel naszego istnienia, natura Dobra i Piękna, czyli rzeczy naprawdę dla człowieka istotne, tyle że niemożliwe do ścisłego i obiektywnego określenia. No i nie przekładające się wystarczająco bezpośrednio na nowe modele golarek do sfer intymnych, czy skazanych na sukces seriali. Tak, oczywiście - ludzie, którzy zdobyli pewną renomę (słusznie lub nie) w autentycznej Nauce wypowiadają się raz po raz na te tematy w mediach, ale właśnie dlatego, że próbują tu chytrze wykorzystać swoje ew. osiągnięcia w całkiem innej sferze, jest to tym wulgarniejsza i bardziej zakłamana propaganda.

Prosty człowiek ma prawo ględzić publicznie na takie tematy - tyle że raczej nikt nie będzie go słuchał. Artysta, ten prawdziwy, wypowiada się na ich temat cały czas, bo taka jest natura tego, co robi, jednak ma to pewne znaczenie, gdy wypowiada się w swojej sztuce, czyli nie gazetowym językiem w telewizji. Choć niby mu wolno, bo on w odróżnieniu od “uczonych”, nie udaje “eksperta”, tylko co najwyżej: “to jeden z nas, ale ach! jaki on wrażliwy!”

Można by ten temat jeszcze rozwijać, ale to powinno już być jasne - nie istnieją żadne obiektywne, “naukowe” autorytety od tak rozumianych “Prawd”, i być ich nie może. Zgoda - dla kogoś takim autorytetem będzie Papież, dla kogoś innego Dalaj Lama, dla jeszcze kogoś Lech Wałęsa (tu, nie będę ukrywał, się zaśmiałem). Tyle że właśnie z tego, iż autorytety dla różnych ludzi są różne, a nierzadko mówią całkiem sprzeczne rzeczy, wynika, że nie ma to nic wspólnego z “naukowością”.

Czy brak “naukowości” te, albo i inne, twierdzenia i same problemy przekreśla? Absolutnie nie! To właśnie chcę tutaj powiedzieć. “Naukowość” ma liczne zalety i znaczenie, bo pozwala wielu ludziom, na ogół o całkiem przeciętnych zdolnościach, żadnym w każdym razie geniuszom, zbiorowo tworzyć bank użytecznych hipotez, weryfikować je, falsyfikować, popperyzować, dyskutować… Itd. I jednym genialnym zaiste posunięciem dawnych geniuszy w rodzaju Galileusza, które ten naprawdę ogromny dzisiejszy naukowy dorobek umożliwiło, było właśnie całkowite wyeliminowanie “Prawd” w tym znaczeniu, o których tutaj mówimy, czyli najszerzej pojętej Religii, sensu… A także wszystkiego, co subiektywne, co nie daje się zmierzyć, zważyć, ponownie przetestować, poza sferę Nauki.

Czego skutki są rozliczne. Na przykład taki, że w uczciwej i rzetelnej nauce (inaczej niż w kowidowej propagandzie udającej Naukę) nic nigdy nie będzie do końca, na zawsze i absolutnie pewne. Albo to, że ideałem dla każdej poszczególnej gałęzi Nauki będzie Matematyka, a w przypadku dziedzin z założenia akceptujących obserwację i doświadczenia, a nie tylko ścisłe rozumowanie oparte o kilka aksjomatów - Fizyka. Co do tego nie może być wątpliwości i praktycznie każdy, kto się za naukowca (słusznie lub nie) uważa, to nie tylko przyzna, ale będzie też do swojej dziedziny pakował tyle obliczeń i takich spraw, które za Matematykę uważa i we własnej opinii jest w stanie pojąć, ile zdoła. Wystarczy sobie uświadomić, z jakim świętym zapałem i często wysiłkiem, umieszcza się w naukowych tekstach te wszystkie tabelki i statystyki, bez czego te teksty byłyby przecież o wiele mniej “naukowe”, z ryzykiem, że w ogóle by “naukowe: być przestały.

Czy to źle, że są statystyki i tabelki? Nie, całkiem często to po prostu bardzo dobrze, jeśli wnoszą one coś do zrozumienia danej kwestii. Bywają jednak sytuacje, gdy wnoszą bardzo niewiele, ale są, bo być muszą, a na jakąś sensowną i w miarę oryginalną syntezę zagadnienia, jakieś podsumowanie wyników własnych bada”, danego mędrca nie stać. Tyle jednak on przecież wie, że statystyki, tabelki i to, co taki ktoś jak on, a także recenzent i dawca grantów, za Matematykę uważa, gwarantują “naukowość”. Nawet w takich dziedzinach, gdzie w istocie nic interesującego nie wnoszą i wymagają niesamowitych intelektualnych akrobacji, żeby je w ogóle tworzyć. (Przypomina się znana gradacja: “kłamstwo, bezczelne kłamstwo, statystyka”.)

Tabelki i statystyki, te sensowne i rzetelne, przydają się także w Historii czy Psychologii, jednak żądanie, by cała Historia i Psychologia w nich się zawierała, to głupota, bezczelność, nadużycie i coś w istocie sowieckiego, bo dostrzegam w tym próbę urządzenia działalności badawczej, czyli Nauki, tak, by partyjny aparatczyk, ubek czy inny biurokrata bez porządnego naukowego przygotowania, był w stanie ocenić, który z badaczy jest po linii i na bazie, więc zasługuje na granty i ordery, którego należy łagodnym napomnieniem naprostować, którego rozstrzelać, a któremu dać 10 lat łagru. 

Podobnie jak z tabelkami i statystyką mają się sprawy ze studiowaniem dokumentów, jako rzekomo ostatecznej instancji. Przepraszam, a skąd niby wiemy, jaki jest stosunek dokumentu do realnej rzeczywistości? Ogólnie i w każdym konkretnym przypadku? Najpierw trzeba by chyba dokonać sporej metodologicznej pracy, czyli w sumie Filozofia Historii, żeby móc cokolwiek na ten temat wyrokować, prawda? A tutaj nikt takiej pracy nie wykonuje, tylko każdy sobie radośnie zakłada - w poważnej historiografii pewnie nie aż tak każdy, ale w szkolnych podręcznikach to na pewno - że jak coś jest w dokumencie z pieczęcią i podpisami widoczne, to na pewno tak właśnie rzeczy się miały. Czy to nie paranoja? “Naukowość”, my foot!

W każdym razie, choć zgadzam się, że ta zdolność dość przeciętnych w sumie na ogół ludzi, to tworzenia solidnego i w sumie (pomijając wpływy bezpieki i biurokratów), przez swą weryfikowalność rzetelnego gmachu wiedzy, w sensie “użytecznych hipotez”, a nie “Prawd Absolutnych”, to rzecz bardzo cenna, jestem także przekonany, że jeśli ta udająca Matematykę z Fizyką “naukowość” całkiem nie potrafi sobie poradzić z Historią czy Psychologią, to nie Historię z Psychologią należy zmienić, tylko raczej nasze kryteria. Co do podstawowych kryteriów “naukowości”, tych uczciwych, bez szemranych wpływów aparatu itp., nie mam w sumie zastrzeżeń, a jeśli się bez pęknięcia nie dają na tyle rozciągnąć, by uwzględnić autentyczną Historię czy autentyczną ludzką psychikę, to cóż - takie jest życie, a życie, wraz z Historią i ludzką psychiką, powinno chyba jednak mieć wyższy priorytet od czegoś, co pozwala skutecznie sprzedawać golarki i co pół roku szczepić ludzi czymś przez Naukę zagwarantowanym, jako panaceum na wszelkie dolegliwości, z bezobjawowymi na czele.

Faktem jest, ale to bardzo ponura sprawa, z której mało kto zdaje sobie sprawę, że wspomniane tu partyjne aparaty, biurokracje i co tam jeszcze (jak służby, korporacje, media) ogromnie się starają, by “naukowość”, jak to oni sami rozumieją i są w stanie zrozumieć, nie tylko w pełni dała się stosować do absolutnie wszystkiego - z naszą psychiką na czele - ale ich celem jest po prostu zmienienie tej psychiki w taki sposób, by to się naprawdę idealnie, skutecznie i bez problemów dało stosować! Lojalny Czytelnik powinien to ostatnie zdanie przeczytać co najmniej trzykrotnie, bo w tym jest przysłowiowy dynamit, lub raczej broń termojądrowa, a do tego opis tego, co się teraz naprawdę wokół nas - i z nami! - dzieje. “Jeśli ludzka psychika nie daje się skutecznie opisać tabelkami i statystykami - tym gorzej dla ludzkiej psychiki!”, mówią te aparaty, łamane przez biurokracje, a to jest coś, przy czym każdy Polpot z Idi Aminem to małe miki!

Jak być powinno, pytacie? Jeśli nie ta “ścisła matematyczna naukowość” w Psychologii czy Historii, to właściwie jak ma być? Czy Psychologia i Historia muszą przestać być Naukami, żeby się Szan. Autorowi spodobać? A róbcie sobie tę swoją “naukową Psychologię” z “naukową Historią”, jeśli to was bawi, a nawet od czasu do czasu wychodzi stamtąd coś względnie interesującego… Tylko odczepcie się od tego, co może “naukowe” w pełni nie jest i być nie może, się nie stara, bo to ma bez porównania większą szansę powiedzieć coś sensownego o Historii czy Psychologii, niż wasze tabelki! Dilthey jednoznacznie wykazał, iż próby robienia z Historii jakiejś kulawej Matematyki czy fizyki są idiotyczne, bo tam, w naukach ścisłych, wszystko jest powtarzalne, a w tych nie-ścisłych absolutnie nic. W miarę inteligentnemu człowiekowi wystarczy raz się nad tym zastanowić i już nigdy wątpliwości mieć nie będzie, tyle że w tych naszych cudownych czasach wzięły się za to potężne siły, mające ewidentny zamiar zrobić tak, by, przez okulawienie ludzkiej psychiki, jeśli trzeba, do jej poznania całkowicie wystarczyła właśnie ta kulawa Matematyka.

Naprawdę trzeba coś mieć nie tak z elementarnym filozoficznym przygotowaniem, by twierdzić, że introspekcja to fatalne narzędzie do poznania ludzkiej psychiki, a super metodą są te wszystkie testy, gdzie za prawidłową decyzję obiekt otrzyma 5 centów, a za błędną nic. Żaden ze mnie fizyk (choć Fizykę na niezłym poziomie miałem na PG, a z liceum przemocą wysyłano mnie na fizyczne olimpiady), ale Zasadę Heisenberga na tyle liznąłem, by wiedzieć, jak takie laboratoryjne sytuacje mają się do prawdziwych życiowych decyzji, od których naprawdę coś zależy. O takich eksperymentach czyta się nierzadko z pewnym zainteresowaniem, a zaraz potem zapomina, bo mało pamiętam takich, które by się nadawały na coś więcej, niż na ostatnią stronę popularnego tygodnika, podczas gdy one, z tego co wiem, stanowią całą treść podręcznika dla pierwszorocznych studentów Psychologii w tenkraju, która to książka (całkiem przyjemna lektura na długi zimowy wieczór zresztą) o tyle jest ewenementem, że w tenkraju została pono wydana w dwóch różnych tłumaczeniach.

czwartek, listopada 11, 2021

O blogaskowych komętach i karach doczesnych - odcinek 1

Jak zacząć, jak zacząć...?! Może tak... 

Rozmawiałem do was ostatnio, moi P.T. Niezliczeni Czytelnicy-łamane-przez-Komenatorzy o baronach. Tych prawdziwych, feudalnych. Że mi cholernie imponują tym, co w %^&* Liberaliźmie byłoby anatemą, a właściwie czymś całkiem nie do pomyślenia - tym mianowicie, że mogli nie odczuwać najmniejszej potrzeby, by się komukolwiek podobać, a już na pewno nie wszystkim, jak my dziś, ku memu obrzydzeniu, mamy.

 *

DYGRESJA: 

W kontekście baronów można by tu mimochodem wspomnieć Coryllusa, który, nawiasem, w końcu znowu mnie zablokował za krytyczne uwagi... I fajnie! Nie mam pretensji, rozumiem. Jak się blogaskuje, żeby sprzedawać własne książki, to pewnie tak trzeba. A że w ten sposób, z obiektywnych przyczyn, powstaje sekta - czyj to w końcu problem? Na pewno nie mój!
 
(Tak samo, jak dla naprzykładu to, że kapitalizm, z całkiem obiektywnych przyczyn i nawet bez niczyjej złej woli, zawsze, prędzej czy później, będzie piramidą finansową na galaktyczną skalę.) U Kuraka też w końcu od lat jestem zabanowany za kpiny z jego krucjaty przeciw Kurwizji, w czym akurat Kurak okazał się w końcu mieć rację... A i tak Kurak to jedyne medium. które codziennie odwiedzam.

Pozdrowiłbym tu Coryllusa za tych baronów i tego bana, ale i tak nie przeczyta. W każdym razie stwierdził on kiedyś na samym początku swego spotkania autorskiego we Wrzeszczu, że najbardziej mu imponują tacy, o których mędrcy od historii z lekceważeniem mówią "niepiśmienni francuscy baronowie". Nie dowiedziałem się nigdy dokładnie co w nich jego zdaniem było takiego super, ale dla mnie właśnie (poza odwagą) to, o czym wspomniałem.
 
KONIEC DYGRESJI

*

Zresztą przecież nie tylko baronowie posiadali tę bezcenną cechę! Każdy gospodarz, w sensie chłop z gospodarstwem, jakimś tam koniem, krową i babą, miał w sumie, przynajmniej na codzień, czyli pewnie 98,7% swojego dorosłego, gospodarskiego życia, tak samo. I to nie skończyło sie w dodatku w jakimś XIII wieku, jak u barona, tyko trwało jeszcze setki lat dłużej, choć w różnych miejscach różnie z tym było.

Każdy taki gospodarz, to był automatycznie (na codzień) przywódca jakiegoś stad(k)a, czyli samiec alfa - jak by go nie widzieli panowie ślachta czy chcący się elitom przypodobać pisarczykowie... (I znowu ta PanaTygrysiczna kwestia się podobania! To wraca jak wyjątkowo nachalny bumerang!)

Już samo mieszkanie w mieście stwarza tę potrzebę się podobania, choć oczywiście patrycjat czy arystokracja, w swoich hôtels particuliers i poruszajaca się karetami, mogła mieć to w nosie, choć raczej rzadko chciała, bo podobanie się zaczęło nieść z sobą wiele nowych, atrakcyjnych korzyści. Do kariery Medyceuszy włącznie, no a w przypadku takiej np. późnej arystokracji skoszarowanej w jakimś Wersalu, to podstawienie Królowi żony czy córki było stało się o wiele łatwiejsze i częstsze, zaś zaszczyt podania Monarsze nocnika mógł spotkać niemal każdego dworaka, który tylko zdołał za bardzo nie podpaść.

Po co ja to wszystko mówię? A nie mam bladego pojęcia! Ideą und genezą tego tekstu było to, że zerwała mi się struna, więc, nie mając ochoty szukać nowej, zacząłem w myślach przeżuwać nasze ostatnie polemiki z p. Bąkowskim. Który to pan mi zarzuca, że nie znoszę Rosji, bo jestem, jak rozumiem, z natury pełen uprzedzeń. 

No i w odpowiedzi na stwierdzenie, iż "w carskiej Rosji było mniej egzekucji, niż na zachodzie Europy", przyszła mi do głowy zgrabna... O - "riposta" to się wabi! No więc, że "nie musieli kary śmierci, bo już samo życie w Rosji było wystarczającą karą za grzech pierworodny i wszystkie inne ew. prywatne grzechy". 

A potem naszła mnie myśl, że to wcale nie taki sobie byle - zgrabny choć mało słuszny - paradoks, bo że tak naprawdę było, sugeruje fakt, iż dokładnie to samo mamy w naszym obecnym Ziemskim Raju, czyli Liberaliźmie, Zjednoczonej Europie... 

Czy jak ten %^&*( nazwać! Ci też nie muszą (oficjalnie) stosować kary śmierci, bo piekło skutecznie i z niezmożonym zapałem urządzają nam już za życia. Oczywiście powszechna "eutanazja" (liznąłem grekę, stąd cudzysłów) jest w planach - najpierw pewnie od osiemdziesiątki, potem stopniowo w dół... Czterdziestka? Trzydzieści pięć? Ale to nie to samo, bo jak niby? Za jakieś straszne zbrodnie, a nawet (o zgrozo!) bez nich, waadza ma wyzwalać winowajcę z koszmaru? Ma to cień sensu?!

To tyle tego, a że napisaliśmy w tytule "odcinek 1", to sobie jeszcze kiedyś, Deo volente, porozmawiamy o uprzedzeniach, zoologicznych awersjach, i innych takich brzydkich, zdaniem niektórych, cechach. W końcu jeśli Edmund Burke i Pan T... Zgoda?

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo i uważać na %^&*( ogony!