czwartek, maja 26, 2016

O liczeniu do czterech, szortach i naturze ludzkiej (1)

Zadedykowane Pani Marysi, która mnie ostatnio pilnie padcziorkiwuje (co by to nie znaczyło, skąd mogę wiedzieć po zaledwie 11 latach nauki?), przywracając mi wiarę w mój wrodzony geniusz.

* * *

zwierzęta i matematyka
Istnieją ludzkie społeczeństwa znające jedynie trzy liczebniki: jeden, dwa i mnóstwo. Nie odczuwam wobec nich oczywiście najmniejszej pogardy, bo po pierwsze nie mam cienia wątpliwości, że można takiego małego dzikuska przenieść w inne środowisko i nauczyć liczenia do 1500 co najmniej, w przód i w tył, plus cztery podstawowe działania... Albo nawet wychować na pełnokrwistego leminga, gdyby tylko "leming" i "pełnokrwisty" w zestawieniu nie dawały tak obłędnego oksymoronu.

W każdym razie ja tym społeczeństwom raczej nawet zazdroszczę, bo skoro praktycznie nie liczą, to nie mają po temu powodów, co oznacza także brak druczków do wypełniania i innych tego typu uszczęśliwiających wynalazków. Ech, rozmarzyłem się! (A tak przy okazji, to jest po polsku dostępna naprawdę ciekawa książka na temat historii liczb. Polecam! Tytułu nie podam, bo komuś pożyczyłem i musiałbym jakoś go znaleźć w sieci. Sami se poszukajta!)

Wracając do naszych baranów... (I to nie jest żaden obraźliwy epitet pod adresem ludów nie znających liczby trzy! Tak się po prostu mówi, za Molierem.) Otóż istnieją źwierzęta radzące sobie z liczeniem do czterech, a nawet z operacją odejmowania do tej wielkości włącznie. Na przykład pawiany, u których to zdaje się być całkiem powszechne. Są też tego samego rodzaju historie opowiadane o krukach. (Pawiany to w ogóle wspaniałe stworzenia i cholernie prawicowe, choć przyznaję, że gdyby się jeszcze trochę sprężyły i wynalazły szorty, to w mym sercu miałyby jeszcze więcej miejsca. W kwestii zaś formalnej zauważę, iż ten sposób odhaczyliśmy tytułowe szorty. Poza tym kolejny raz powtórzę: czytać Ardreya do @#$% nędzy!)

Cóż może wynikać z tego - jakże przecież dla niezderzonego z Ardreyem ogółu zadziwiającego - zazębiania się intelektualnych (!) możliwości człeka z jednej, i jakby nie było (nie bójmy się tego słowa!) źwierzęcia z drugiej strony? No bo to jest przecie właśnie to - intelektualne zdolności. Nie jakiś tam "zaledwie" (z całym uznaniem dla Mamy Natury, czy może raczej Bozi, za twórcze możliwości) węch, słuch, umiejętność nurkowania czy patrzenie na świat z lotu ptaka.

Liczenie, a jeszcze bardziej wykonywanie działań arytmetycznych, jak odejmowanie, to przecież niewątpliwie sprawa intelektu, a nie tylko ostrzejszych czy mniej ostrych zmysłów. Zgoda? Więcej powiem! Człowiek, aby umieć liczyć do czterech i do tej liczby odejmować, musi się całkiem sporo uczyć, podczas gdy pawian czy kruk z pewnością do żadnej szkoły nie chodziły, i całkiem możliwe, że te swoje intelektualne (!) zdolności mają wrodzone.

Lub że co najmniej potencjalnie one w nich zawsze, bez żadnej edukacji, istnieją. Z tym, że chodzi mi tu o nieco większe od liczenia do czterech ludzkie możliwości, bo nie wątpię, że średnio inteligentny człek postawiony w tej samej sytuacji, w której pawiany tak sprawnie liczą, też by tak po pewnym czasie, sam z siebie, zaczął, a zapewne nawet do nieco, choć tylko nieco, wyższej liczby niż cztery. Co nie zmienia faktu, że te źwierzęce zdolności są zadziwiające, a w dodatku całkiem nieuwzględniane w różnych przemądrych rozważania na temat świata i ludzi..

No więc cóż - poza tym, że to ciekawostka przyrodnicza w sam raz na ostatnią stronę pisemka dla ciekawej świata młodzieży - z opisanego tu pokrótce przez nas faktu (dużo więcej szczegółów u Ardreya, choć na pewno nie tylko tam) wynika? Masa rzeczy, odpowiem, i to fascynujących, ale na razie zrobimy sobie przerwę. Wy natomiast, drodzy moi, nie musicie się krępować w wyrażaniu ciekawości, zachwytu, formułowaniu miodopłynnych komplementów i rzucaniem na scenę bielizny.

¡Hasta la proxima, zatem! (Chyba że nie chcecie - wtedy proszę żadnych mi tu komętów i w ogóle martwa cisza!)

triarius

środa, maja 25, 2016

Psy i monarchia

komusza koalicja
Jak wiadomo koalicja Platforma-ZSL (za używanie moich inicjałów w tym kontekście wciągam na listę proskrypcyjną, ostrzegam, zaś nazwa PSL, gdyby ktoś nie wiedział, jest ukradziona przez tych wsiowych komuchów całkiem innej partii) zafundowała nam za spore pieniądze m. in. horoskopy dla psów. W związku z tym tak sobie myślę... Jeśli psy naprawdę są aż tak durne, że cieszą je horoskopy, to dlaczego nie pójść na całość i nie zafundować im królowej angielskiej? To dopiero mydlana opera!

triarius

sobota, maja 14, 2016

Bottombook Earthquake

tajny agent
Skoro odnieśliśmy taki sukces z tytułem do połowy w obcym języku (w końcu udało mi się np. zdobyć wejście z Brazylii, łał!), to tym razem będzie on całkiem. Całkiem co, pytacie? Całkiem w obcym języku.

Po tym obowiązkowym nadgryzieniu własnego ogona rozpoczynamy naszą narrację na dzień dzisiejszy...

* * *


- Spóźniliście się Rainbow!

- Ja bardzo przepraszam, panie Saltberg, ale akurat udało mi się namierzyć gniazdo prawicowych oszołomów. Musiałem je natychmiast, zgodnie z instrukcją, zniszczyć. Przepraszam, ale byłem tak zajęty, że nie od razu zwróciłem uwagę na tego esemesa o pilnym zebraniu...

- Zamknijcie się Rainbow. Siadajcie przy stole, galopem, bo sprawa jest cholernie pilna i ważna!

-

- Już są wszyscy, tak?

- (chórem) Tak jest panie Saltberg!

- To słuchajcie... Nie będzie żadnych premii, będą cięcia, i to spore. To raz. A dwa, pracujecie teraz po 16 godzin na dobę, do odwołania. I żadnych pretensji! Do czasu naprawienia szkody nie będzie tu żadnych pieszczot, nawet tych postępowych...

-

- Po waszych minach widzę, że was to zaskoczyło, tak? Tępienie prawicowych oszołomów na Bottombooku szło jak po maśle, sponsorzy zachwyceni, a tu nagle w ten sposób, Tak?

-

- No to wam powiem... Ci akurat sponsorzy to tylko na drobne wydatki, a prawdziwi sponsorzy, dający... Nieważne, kto miał wiedzieć ile i kto, ten wie, reszty to nie obchodzi. Więc mówię, że prawdziwi sponsorzy, od których wszystko zależy, są po prostu WŚCIEKLI!

- ?!?

- Tak, wściekli, mówię. Musimy to natychmiast odkręcić, bo będzie katastrofa. Katastrofa, o jakiej nawet nie możecie mieć wyobrażenia. Serio, tu nie tylko o forsę chodzi. (Nigdy nie chodzi TYLKO o forsę zresztą.)

- Wczoraj odezwało się CIA, dzisiaj Mossad i KGB... Czy jak to się teraz nazywa. A już wcześniej były sygnały i aluzje. Niestety opacznie zdaje się zrozumiane przez odpowiednie wydziały. Będą sankcje!

- :-(

- Wszyscy w sumie mówią to samo: "Jak, do #$%^ nędzy, mamy rejestrować i lokalizować prawicowych oszołomów, monitorować wszystko, co się po ich stronie dzieje, skoro cenzurujecie każdą choćby w najmniejszym stopniu niepoprawną myśl?!" Czasem w bardziej kulawym języku, ale tak to w sumie brzmi. I co teraz?!?

- Panie Salt...

- Milcz! Ja mówię. To było retoryczne pytanie.

- Tak je...

- Krótko! Musimy na gwałt odkręcić tę naszą obecną politykę w kwestii prawicy i wszelkich oszołomów. Może ktoś tutaj tego nie wie, ale istotą naszej działalności... To znaczy świadczymy bardzo ważne usługi dla Ludzkości, przyczyniamy się... I tak dalej. Sami to znacie na pamięć. Ale na serio, to Bottombook nigdy by nie powstał i nie miał szansy podziałać przez tydzień, gdyby nie wsparcie ze strony naszych sponsorów. Mówię o tych poważnych.

-

- Tak że... Do @#$% nędzy - odkręcić mi zaraz to cenzurowanie niepoprawnych treści, bo nie dość, że zbankrutujemy, to jeszcze naślą na nas drona, albo stanie się coś innego, ale równie strasznego... ZROZUMIANO?!?

- (chórem) Tak jest, panie Saltberg!

- No to do roboty, galopem! I żebym żadnego nie widział, jak dzwoni do ukochanego, czy gra w Angry Birds, zanim nasi sponsorzy znowu będą zadowoleni, a wszystkie prawicowe oszołomy dokładnie rejestrowane! To drugie zresztą też dla nas jest chyba ważne, prawda?

- (chórem) Oczywiście, panie Saltberg! Ogromnie ważne!

- To zrobimy tak... Ktoś... Wyznaczam Rainbowa... Zrobi takie nowe Wiki Leaks i ogłosi rewelację, że na Bottombooku wycina się i cenzuruje prawicowe treści.

- (chórem) ??

- Zrobi się hałas i awantura. I o to nam chodzi. Po paru dniach ogłosimy, że bardzo przepraszamy, poprawimy się i już nigdy więcej.

- (ktoś z sali) Rozumiem... Pan jest GENIALNY!

- Jestem, wiem, ale teraz cicho! Oszołomy się ucieszą. Wezmą to oczywiście za dobrą monetę, bo to w większości idioci.

 - (chórem) !!

- Znowu zaczną te swoje kawałki pisać. Bez żadnych hamulców, czy odrobiny ostrożności. Rozumiecie?

- (ktoś z sali) Nie rozumiem... To oszołomy będą sobie teraz swobodnie głosić na naszym Bottombooku swoje zatrute treści? Cała nasza dotychczasowa polityka...

- Jesteś idiotą Bumtzeiss!

- Ależ panie Saltberg... Cała idea Bottombooka polega przecież na tym, żeby...

- Jesteś zwolniony Bumtzeiss, wynoś się i nie przeszkadzaj!

- ;-(

- Więc zrobimy tak jak mówiłem. Rainbow zostaje whistle blowerem, idzie do prasy i wygłasza te oburzone pierdoły. Reszta galopem pędzi zmieniać ustawienia!

- (chórem) Tak jest, panie Saltberg!

- OK, ogłaszam koniec spotkania. Do roboty!

-

- Acha, szef od pijaru zaczeka.

- Tak panie Saltberg?

- My tu musimy uspokoić naszych sponsorów, tych prawdziwych. Przekonać ich, że za parę dni najdalej będę znowu mogli sobie u nas łowić oszołomów. I że taki głupi błąd się już nigdy nie powtórzy.

- Tak jest!

- Że to była dziecięca choroba lewicowości, a winny został już wyrzucony na pysk. Jeśli chcą, mogą się nim dalej sami zająć. Kto pierwszy, ten lepszy! Na pewno to ich ucieszy i nam przebaczą. Tylko trzeba to zgrabnie sformułować, ale w końcu za coś chyba dostajecie te miliony miesięcznie.

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo i uważać na drony! (Co z ogonami? Na ogony oczywiście też uważać. Muszę wam zawsze wszystko tłumaczyć?)

piątek, maja 13, 2016

Dwa bąmoty z kluczem (plus um pequeno bônus autobiográfico)

amore siciliano
Na początek bąmoty. Z kluczem. (Łał!)

*

Człowiek prawdziwie kulturalny to ten, który wulgarnie bluzga, kiedy przypadkiem włączy się na sam koniec "Amore Siciliano".

*

Istnieją autorzy zdolni do pisania fascynujących rzeczy, którym jednak przemożny moralny imperatyw nakazuje zanudzać czytelników niemal na śmierć.

* * *

Teraz zaś obiecany bonusik. (Faktycznie w jakimś stopniu autobiograficzny.)

Otóż, pomijając kwestię mego braku spontanicznej sympatii do banksterów i "centroprawicy" (z ew. wyjątkiem naszego PiS), zaimponował mi ten nowy przejściowy rząd w Brazylii jedną rzeczą - mianowicie swym kawaleryjskim wypięciem się na politpoprawność. Wszystkie zachodnie stacje trąbią, szczerze zszokowane lub nieźle to udając, iż w tym rządzie są sami biali faceci. Absolutnie żadnej kobiety! (Nie mówiąc już o jakichś dziwotworach z implantami.)

Do tego faktycznie, w tych podłych czasach, trzeba mieć jaja. I nie jest to, Jakżesz Szanowna Targowico (to była ironia!), żadna tam aluzja do naszej polskiej sytuacji, a tym mniej "otrzeźwienie"! Nasza pani Premier na razie wypada w moich oczach bardzo dobrze, wczoraj nawet widziałem jej zdjęcie, na którym mi się, pierwszy raz, spodobała jako kobieta...

Niby mogłaby to być robota retuszera, ale zobaczcie jak skutki takiej roboty wyglądają na przykładzie Schetyny, ozdabiającego ponoć całą Warszawę swą nową fizjonomią przedwojennego filmowego amanta! Ładny?

Tak że nie o pani Premier tu mówimy, i ja drgawek na widok każdej kobiety w polityce wprost nie dostaję, ale też osobiście widziałbym je raczej gdzie indziej, to raz, a dwa, i ważniejsze, jest to, że wszelkie te parytety i inne lewackie totalitaryzmy to jawna kpina z proli i ich "demokracji".

Kpina czyniona przez rozbestwioną już do ostateczności globalną lewacką (a przy tym jak najbardziej zblatowaną z finansami, "kapitalizmem", i chodzącą na pasku Rosji) biurokratyczną międzynarodówkę. Czyste plucie prolom w gębę, plus kolejny kamień pod ich nogi, gdyby kiedyś zechcieli odzyskać jakąś w miarę autentyczną demokrację.

Żródłem, fontanną i mekką politpoprawności - co by ktoś o tym nie myślał i sobie nie wmawiał - jest Ameryka. W dużym stopniu w wyniku leberalnej wszechwładzy panoszących się tam bezczelnie prawników, bo bez nich cała ta rtęciowa lewizna na różnych Harvardach mogła by sobie gadać do upojenia.

No i ta Ameryka w oczach słabnie, coraz więcej państw i innych sił urządza z niej sobie jawne kpiny, ale jednak ten przejściowy rząd, osłabionej w tej chwili mocno, Brazylii, przysłowiowe gonady pokazał.

Nie było to wcale takie znowu "pequeno", ale może da się czytać, więc nie płaczmy. No a dlaczego "autobiográfico". A dlatego, że w pewnym sensie omal nie urodziłem się Brazylijczykiem. W każdym razie w połowie. Matka, w wieku licealnym, w roku Pańskim 1947 miała się z rodziną załapać na ucieczkę z rozkosznego PRLu - właśnie do Brazylii. Niestety cała ta siatka tuż przed finałem wpadła. Cóż, mówi się...

Cały taki, jaki jestem, bym nie był - zgoda. Może równie piękny, może trochę bardziej beżowy, choć raczej mniej mądry. (I tak byście
amore siciliano
mnie kochali, estou certo?) Jednak Brazylia, w porównaniu z PRLem, ma swoje zalety i zawsze jakoś mnie do tych tam spraw... Że wszystkich nie wymienię, bo są z nami kobiety i dzieci... Ciągnęło. Jak to do bębnów, BJJtów, braku PRLu, dwóch mężów Dony Flor... Ciepło jest. (Choć węży nie lubię.)

Tak więc, choć Brazylii nijak w moim sercu do Szkocji (tylko że to raczej chodzi o Szkocję wyczytaną w młodości u Walter Scotta i R.L. Stevensona, plus oczywiście ta muzyka, ach!), jednak jest dla mnie jakoś specjalna. Ich język też ma fascynującą fonetykę i, choć naprawdę go nie znam i chyba już nie zdążę, kręci mnie mocno. A skoro jesteśmy przy języku, to oczywiście i Amália, której imię zakorzeniło się nawet dość mocno w mojej, jakby nie było, rodzinie.

Tak że kończymy w sposób wywołujący u tego gościa, który lata temu stwierdził na prawica-niet coś w stylu, że: "nawet taki naturszczyk jak pan Triarius byłby lepszy od Ziemkiewicza, gdyby tylko nie mówił tyle o sobie", intensywne kręcenie się w grobie. Czy gdzie on tam teraz jest. (Tak czy tak, niniejszym go pozdrawiam.) Jednak, na poważną na odmianę nutę, trzeba rzecz, iż w tej historyjce jest jednak spory kawałek naszej wspólnej historii. Não é?

A żeby na zupełny koniec było coś mniej egocentrycznego i bardziej ponadczasowego, pozwólcie mi wykrzyknąć: "Na drzewo z politpoprawnością i tzw. równouprawnieniem! Tymczasowy rządzie Brazylii - prowadź nas!" ;-)

triarius

czwartek, maja 12, 2016

Ogłoszenia parafialne część 2 (wiosna 2016)

Nie mam ostatnio głowy do pisania, ale za to z przytupem wchodzę w czwarte tysiąclecie, więc możecie sobie tu kliknąć, zaakceptować mnie na Skype, a ja obiecuję, że mimo zaaferowania itd., będę wam próbował stworzyć i wygłosić co najmniej jednego bąmota dziennie. To szybsze i bardziej wielozadaniowe od pisania.

Oto i czwarte tysiąclecie - patrzcie, bo dla wielu z was (choć mówię to z żalem) będzie to jedyna okazja żeby ujrzeć tę odległą przyszłość. A tym bardziej na nią kliknąć. (Niestety blogger nie pozwala mi tego tu wkleić bezpośrednio, tchórz jeden, więc musicie klikać dwa razy.)

Kliknij na Pana Tygrysa!


triarius

Ogłoszenia parafialne (wiosna 2016)

Co pewien czas muszą być ogłoszenia parafialne - zarówno w ramach obowiązkowego zjadania własnego ogona, jak i w ramach zaprowadzania porządku wśród ukochanej, ale jednak zdezorganizowanej, trzódki. A więc, w imię Boże...

1. Ta pierwsza sprawa jest cholernie ważna i pilna! Dajcie mi na gwałt (nie w tym sensie, chyba żeby za obopólną zgodą oczywiście) lekarza albo pielęgniarkę, który/która by znał/znała angielski na tyle, żeby być w stanie sprawdzić tłumaczenie medycznego tekstu w Wikipedii z angielskiego na polski. Roboty niewiele, a płacą za to sto dolarów, więc nie wygłupiajcie się - Polacy nie są jeszcze tak bogaci, by się na takie okazje wypinać. Dawać mi kogoś takiego i to galopem! Z góry dziękuję.

2. Sprawa druga jest... Sami zobaczycie, jeśli przeczytacie. Otóż, postanowiłem ci ja rozkręcić w końcu jakiś biznes, bo tak się dalej nie da. Do znaczy da się, ale co to za wyciskanie soku z liberalizmu, że spytam? Wziąłem się więc za to, mimo w tej chwili dziwnie skromnych środków, ostro, i pierwszy raz w życiu naprawdę mi się tego typu działanie podoba.

Parę razy już robiłem różne rzeczy dla forsy, sam z siebie, nie mówię o wykonywaniu #$%^ roboty, skutki bywały niezłe, ale to raczej była gorączkowa wirtualna bieganina, nerwy i postępująca schizoidia, niż przyjemność. Teraz jest inaczej. (Możecie to potraktować jako triumf leberalizmu nad człowiekiem... Wiecie jakim. Jeśli bardzo chcecie.)

Mam ci ja b. fajny pomysł na biznes, polegający na sprzedawaniu usług dla lokalnych i niewielkich biznesów - w rodzaju stronek na komórki i inne iPady, reklamowych klipów video, instalacja i/lub polepszanie stronek internetowych, itp. Pomysł na łapanie klientów też mam bardzo ciekawy i, jeśli się znam na przewidywaniu przyszłości, niezwykle skuteczny.

Część tych usług jest z góry, przynajmniej na razie, dostosowana do rynku amerykańskiego, ale w końcu mamy globalizm i internet, ale chciałbym jak najbardziej działać też w (tej naszej, nowej i znacznie już mniej dusznej) Polsce. W związku z tym moja stronka, co ją sobie buduję, jest w zamierzeniu dwujęzyczna, i sporo z tego już udało mi się zrealizować. Oto ona: triarius.com. (Zwracam uwagę na https:// - tacy jesteśmy poważni!)

Po co ja wam to wszystko opowiadam? Pomijając jakieś takie sprawy z teorii motywacji (które akurat tutaj nie grają istotnej roli), chodzi mi o dwie sprawy:

1. Gdyby ktoś mógł zwięźle i konkretnie doradzić w sprawach zakładania biznesu - kapitał (chyba trochę jednak będzie trzeba, choć niewiele, bo jechałem dotąd na prywatnych wydatkach i prywatnych wyrzeczeniach), sprawy biurokratyczne... Te rzeczy. Oraz ludzie - ludzie są najważniejsi, jak to zauważył już tow. Lenin, a po nim tylu innych. Tylko że oni muszą być zaufani, niezbyt konfliktowi, najlepiej żeby znali i kochali Pana Tygrysa...

Nie że coś. Na gwałt W TEJ sprawie nikogo nie potrzebuję, ale jeśli ktoś chce spróbować emailem czy przez Skype sprzedać za grosze komórkową stronkę ślusarzowi w Bakersfield, Kalifornia, to to jest już teraz do zrobienia, choć moja strona jeszcze w budowie i nie ma ustalonych procedur. Albo wujkowi pod Bełchatowem. Jednak narzędzia i zasoby już w większości są. Albo jeśli ktoś zna się na informatyce, ma opanowany Wordpress - wtedy, z moją i Bożą pomocą, może sporo zarobić instalując lub ulepszając firmowe stronki.

Serio - tu już można zacząć sporo zarabiać, tylko że ja, raz: nie całkiem ta natura, żeby łazić za szewcem i mu klarować; i dwa: mam na razie masę pilniejszej roboty. Ale przecież macie firmy, rodziny mają firmy, znajomi... Zaprawdę powiadam wam: wszyscy byliby o wiele szczęśliwsi - wy, klient, a także i ja... Zaś Polska rosłaby w siłę, a ludziom żyłoby się dostatniej. Wreszcie.

2. Ponieważ ta moja stronka jest na triarius.com, więc narzuca się przekierowanie mojej sławnej domeny triarius.pl na polską jej wersję (z możliwością ręcznej zmiany języka przez odwiedzającego stronkę), w związku z czym muszę ją zdjąć z tego tutaj blogasa. Na rok różni dają domeny .pl za darmo, więc można by sobie coś innego, a słodkiego, znaleźć, choć potem trzeba będzie płacić, ale cóż. Albo szukajcie w wyszukiwarce. Lub przez https://bez-owijania.blogspot.com - po prostu. (W tej chwili zresztą triarius.pl i tak nie działa, bo majstrowałem w DNSach i się propaguje. A Majdaniu jakoś z tego nie ma.)

3. Będę ci ja miał jeszcze inne sprawy do parafialnego ogłaszania, ale na razie tyle. W tej chwili ważne i pilne jest natomiast to z lekarzem lub pielęgniarką! Dajcie mi ich! Pokażcie, do @#$% nędzy, żeście operatywni, macie kontakty i w ogóle w Polsce jest teraz super, a będzie lepiej. Co?

triarius

piątek, kwietnia 29, 2016

W tych podłych...

Hermafrodyta
(Początek całkiem jak w bulli papieskiej. Jeszcze tylko powinno być po łacinie.)

Otóż w tych (podłych) czasach, kiedy:

1, monarchia stała się już tylko trzeciorzędną operą mydlaną dla kucht i furmanów;

2. wszystkie formy instytucjonalnego zachodniego chrześcijaństwa załamały się i nawet nie próbują udawać, że nie biegają na posługi globalnemu totalitaryzmowi od "praw człowieka", wszechogarniajacej "tolerancji" i politpoprawności;

3. wszelkie prawdziwe bogactwo jest już praktycznie nie do pomyślenia, jeśli nie zostanie zaaprobowane i nie będzie służyć wyżej wspomnianemu globalnemu totalitaryzmowi;

4. Itd.;

jedynym realnym kryterium prawicowości - rozumianej jako opozycja, przeciwieństwo i, chciałoby się, w jakiejś odległej przyszłości pogromca wyżej wspomnianego - wydaje mi się być stosunek do tzw. "równouprawnienia płci". To jest kamień probierczy, to jest dział wód, to jest jeden z bardzo niewielu frontów, na których jeszcze w ogóle możemy zadziałać. Nikt, kto akceptuje obecnie od gminu akceptowany poziom "równouprawnienia" (często zresztą po prostu z braku wyjścia), nie może się w mojej opinii nazwać "prawicowcem" - jeśli to słowo ma oznaczać to, co powiedziałem, a jest to (w mojej skromnej opinii oczywiście) JEDYNE sensowne rozumienie tego słowa w tej (szpetnej i coraz bardziej ponurej) epoce.

Wszystko inne, to albo pic i samooszukiwanie, albo "sentymentalizm" w sensie, w jakim to słowo rozumiał Brzozowski (o czym może kiedyś). Jeśli ktoś uważa wszystkie te... Niech im będzie - "kobiety" - pilotów myśliwców, dyrektorów koncernów, generałów, prezydentów, policjantów, bokserów itd. za coś normalnego, to, sorry, ale dla mnie jest co najwyżej centrowym... W sumie lemingiem, nie da się ukryć.

Wszystkie te rzeczy to tylko baba z brodą, wybryk chorego mózgu, pryszcz na dupie Historii. Miną jak sen jakiś złoty... W taki czy inny sposób. Z mniejszym lub większym kacem. Już zresztą mijają na naszych oczach - tylko trzeba nie mieć bielma na oczach i umieć patrzeć. Najpotężniejsze mocarstwo z najpotężniejszą armią na świecie nie może sobie poradzić z kilkudziesięciu tysiącami obdartusów z ręczną bronią - ale za to ma już w tych siłach zbrojnych całe 16% tych dziwnych nie-facetów, którzy niedawno uzyskali prawo służenia we wszystkich dosłownie formacjach...

Co można z pożytkiem wypowiedzieć w odwrotnej kolejności, proszę: najpotężniejsze mocarstwo z najpotężniejszą armią na świecie ma już w tych siłach zbrojnych całe 16% tych dziwnych nie-facetów, którzy niedawno uzyskali prawo służenia we wszystkich dosłownie formacjach, ale za to nie może sobie poradzić z kilkudziesięciu tysiącami obdartusów z ręczną bronią.

I oczywiście nikt żadnego związku pomiędzy tymi jakże interesującymi faktami zauważyć raczy. Ale to dopiero początek. Kiedy tych tam krwiożerczych niewiast będzie powiedzmy 80%, a faceci zaczną w rewanżu dawać mleko - wtedy ho ho! Wtedy ikt Ameryce nie podskoczy! I tak jest wszędzie, a tam gdzie kobiety są jak najbardziej na miejscu, pakuje się na siłę eunuchoidalne hybrydy ze szczątkowymi kuśkami.

I tak się wesoło toczy ten nasz światek, ale jeśli kogoś zdjęcia z Marsa, albo nowy model różowej golarki do części intymnych, przekonały, że kwitniemy, Zachód znaczy, to muszę nieśmiało zaznaczyć, że ja mam odmienne zdanie. Co zaś do kobiet - na odmianę tych prawdziwych i nie udających chłopów - to oczywiście, że do głowy mi nawet by nie przyszło je lekce-sobie-ważyć, albo też ociągać się z przychylaniem im nieba, kąpaniem w mleku oślic i smarowanie krągłości miodem. Wstyd mi nawet za was, moje ludzie, że muszę wam takie trywialne rzeczy jak zwykłym idiotom tłumaczyć.

I to by było dzisiaj na tyle.

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo i uważać mi na łaszących się obłudnie szpicli!

niedziela, kwietnia 03, 2016

O jednym genialnym Ezopie

Czytałem ci ja kiedyś taką bajkę Ezopa... Nawiasem po łacinie, bo było to w ramach przecudnego radiowo-książkowego kursu "Łacina bez pomocy Orbiliusza"... (Od lat nawiasem nie mogę się nadziwić, że jedyny w historii radiowy kurs martwego języka był właśnie w PRL, za Gierka, a w dodatku była to łacina, która dla wciąż balansujących na skraju Zachodu i wschodniej barbarii Polaków jest jak pożywna pierś i smakowita matki, ach! Ale co wy o tym możecie wiedzieć, "łacińska cywilizacjo".)

Czytałem więc, a także zapewne usłyszałem, ową bajkę Ezopa, która była o tym, że Żmija, wzruszona prośbami Jeża, któren nie miał się gdzie podziać na zimę, zaprosiła go do swojej jamki, gdzie zaraz jeż zaczął się wiercić, dotkliwie raz po raz kłując gospodynię, a kiedy ta się skarżyła i prosiła go, by przestał, robił się coraz bardziej niegrzeczny i bezczelny, aż na koniec żmija, w środku zimy, uciekła z własnego domu na tułaczą poniewierkę. Tyle!

Nie wymaga wielkiej tygrysicznej inteligencji dostrzeżenie w tej historii sprzed ponad dwóch i pół tysiąca lat analogii z tym, co się w Europie dzieje całkiem ostatnio, a przy jeszcze nieco większej inteligencji automatycznie człowiek zaczyna się zastanawiać dlaczego Ezop wybrał takie dziwnie mało sympatyczne stworzenie do roli pozytywnego i skrzywdzonego bohatera - tym bardziej, że szwarccharakterem jest całkiem sam w sobie sympatyczny Jeżyk... Tyle że kolczasty, ale czy to jego wina?

Ja się nad tą kwestią, przyznam otwarcie, zastanawiam od samego początku, czyli już ponad 35 lat. Przy Ezopie to oczywiście nic nie jest, ale w skali ludzkiego żywota to całkiem przecie sporo, zgoda? Nie powiem, że mi nic do głowy nie przychodziło, ale nigdy dotąd jakaś jednoznaczna i klarowna odpowiedź mi się nie sformułowała. Aż do teraz. No to wy się też spróbujcie nad tym zastanowić. Tylko galopem!

Nie chciałbym bowiem, byście i wy zastanawiali się nad tym 35 lat, bo wtedy może mnie tu już nie być, albo w każdym razie może tu nie być tego bloga, którego zastąpią osiemset-wymiarowe hologramy oparte na technologii odkrytej przypadkiem podczas badania Alfy Centauri, a opartej na pyłku kwiatowym z Saturna. Czy coś podobnego. (Wygłupiam się oczywiście, niczego takiego już nigdy nie będzie, co by Nicki tego świata sobie na podstawie obejrzanych filmów wyobrażały.)

Więc się zastanawiacie...

I się zastanawiacie...

I się zastanawiacie...

I się zastanawiacie...

Już? Mogę powiedzieć o co panu E. chodziło i dlaczego świadczy to o jego geniuszu? W dodatku o geniuszu PONADCZASOWYM? Każdy szmirus potrafiłby wymyślić bajeczkę o rozkosznym mięciutkim Króliczku, cynicznie wykorzystanym przez paskudnego Tasiemca, albo przez paskudną... No przecież, że Żmiję! Prawda? Ezop jednak tego nie zrobił, a naszych aktorów poumieszczał niemal dokładnie w przeciwnych rolach do tych, w których by ich obsadził przeciętny reżyser.

Otóż moja odpowiedź jest taka: Ezop po prostu właśnie nie chciał, żeby to była historia słodkiego, może nieco wprawdzie naiwnego, stworzonka, wykorzystanego przez paskudnika bez sumienia. To miała być historia (i pięknie się to panu E. udało), o tym, że słodycz słodyczą, może my Polacy... Albo raczej "my Grecy", naprawdę jesteśmy cudne ptacy, najcudowniejsze skrzydlate stworzenia pod słońcem, i w ogóle... Albo i nie... Może nawet przeciwnie...

Natomiast nasz gość, z początku wcale nie taki znowu "nieproszony", ale szybko niechciany i, powiedzmy to sobie otwarcie - w przykry sposób agresywny, wcale nie musi być z natury czymś paskudnym... Tyle, że to nie ma większego znaczenia! Tu chodzi o naszą jamkę, nasz domek, i jeśli jakiś gość - słodki z natury, czy nie, nawet niech ci on będzie z początku miły naszemu sercu, a nasza gościnność dająca nam błogie poczucie, żeśmy oto jeszcze cudniejsze ptacy, niż przed chwilą, i że niechybnie pójdziemy do nieba...

To nie jest tutaj istotne. Ważne jest to, że gość to jest gość, a facet, który nam w jakikolwiek sposób odbiera nasz domek, albo jego istotną część, odbiera nam nasza SUWERENNOŚĆ, przestawia nam nasze życie w istotny sposób niezgodnie z naszą w tej kwestii wolą, w dodatku trwale... To po prostu nie jest fajny gość, a zapraszanie takiego gościa do siebie, do swojej jamki (tu mi się nagle w mózgu pojawiły jeszcze inne skojarzenia, ale dla wspólnego dobra zamilczę), choćby płakał i trząsł się z zimna, nie jest jednoznacznie mądrą, czy nawet jednoznacznie wzniosłą, decyzją.

Tak to widzę i mam niepłonną, że paru ludzi przekonałem, iż Ezop wielki był, a ci Grecy, choć nie mieli różowych golarek, ani nawet komórek, wiedzieli o świecie parę rzeczy, których my się już nigdy dowiedzieć chyba nie zdążymy... (No, chyba żebyśmy pilnie studiowali Panatygrysiego blogaska.)

triarius

sobota, kwietnia 02, 2016

O urzędnikach i korwinozie rdzenia kręgowego

Co pewien czas jakiś mędrek swym niedonoszonym rozumkiem odrywa, a potem magna voce ogłasza, że Pan T. mówi coś "całkiem jak Korwin". Na przykład w kwestii tej paskudnej globalnej urzędniczej zgrai, która nas tak skutecznie od lat uszczęśliwia. Mająż te mędrki rację? Korwinoza rdzenia kręgowego to przecież groźna i ogromnie zaraźliwa choroba, przenoszona drogą bezpłciową...

Otóż nie, spokojnie! Groźna i zaraźliwa, zgoda, ale jeśli ktoś się nie pozwala molestować korwinoidom tego świata, i dodatkowo nie jest bezpłciowy, to raczej nic mu strasznego nie grozi. W kwestii zaś biurokratów, to każdy z IQ powyżej IQ takich mędrków z uwiądem rdzenia wie, że:

Korwin głosi, iż jak nie będzie urzędników, to wszyscy będziecie jeździć Rolls-Royce'ami i Ferrariami, tak? Pan T. zaś mówi wam otwarcie i bez owijania w bawełnę, że całkiem bez urzędników nie będziecie jeździć nawet Syreną 103 - tylko że Pana T. taka perspektywa wcale specjalnie nie przeraża.

I dodaje Pan T., że gdybyście, mimo wszystko, jakoś zlikwidowali państwową (państwowa jest dla każdego korwinoida najkoszmarniejsza) biurokrację, to zjedzą was szybko w kaszy PRAWNICY, którzy faktycznie może nawet Rolls-Royce'ami będą sobie jeździć - no bo czymże jest prawnik, jeśli nie biurokratą, tyle że o wiele agresywniejszym i mniej leniwie otłuszczonym, bowiem pracuje ci on NA AKORD (mówiąc dawnym językiem), czyli NA PROWIZJĘ (mówiąc językiem współczesnym).

Nie chciałbym tutaj wyglądać na gościa pragnącego obrażać WSZYSTKICH prawników, bo z pewnością sporo z nich jest porządnych i właśnie starają się nas przed tą @#$% resztą zabezpieczać (jak czołg przed czołgiem, pancernik przed pancernikiem, skąd my to znamy?), tym niemniej zastąpienie państwowej biurokracji wszechwładzą prawników oznacza wszechwładzę właśnie tamtych agresywnych, chciwych i cwanych, nie zaś tych "naszych"... Zobaczcie sobie co się dzieje w Stanach i jak szybko tamten kraj, w znacznej mierze przez to właśnie leberalne zjawisko, upada!

Oczywiście - tacy jak Pan T. mogliby niemal, w swym prywatnym życiu, bez urzędników się obejść, skoro zarówno Syrena 103, jak i Rolls-Royce luźno im w sumie powiewa. Jednak kiedy zaczniemy rozmawiać o sprawach nico już mniej prywatnych - takich jak suwerenność i obrona kraju - to całkiem bez urzędników się nie da. Współczesna armia może się ew. obejść bez żołnierzy (marynarka bez marynarzy, lotnictwo bez lotników itd.), ale na pewno nie obejdzie się bez biurokratów. (Co z tego, że będą w mundurach.)

Może to się wydawać cholernie śmieszne, i faktycznie jest, ale c'est la vie i tego w przewidywalnej przyszłości nie zmienimy. Wypada więc na zakończenie wykrzyknąć: "Urzędnik - dobry sługa, zły pan!", a potem się ew. głęboko zastanowić nad własnymi priorytetami, np. nad tym, czy naprawdę najważniejsza jest dla nas ta Syrena 103... Chciałem rzec Rolls-Royce... Sorry - Audi z '95, czy też coś może innego

I nie powtarzać mi tu więcej głupot po prowokatorach i ich wiernych, acz przygłupich bezmózgach! Dixi!

triarius

P.S. I dodam jeszcze coś, co już parę razy zdążyłem rzec: "Kto nie szanuje własnych państwowych urzędników, będzie szanował cudzych". Gorzkie to, zgoda i mnie to wcale nie cieszy, ale tak właśnie ten współczesny świat wygląda. I raczej byśmy, mimo wszystko, nie chcieli, by nagle przestał być współczesnym. Choć akurat mnie, jako się rzekło, na tych wszystkich różowych golarkach i Rolls-Royce'ach zależy stosunkowo niewiele. Co innego z wami!

sobota, marca 26, 2016

Agresja a nienawiść

Agresja? Oczywiście - jej nie da się w życiu uniknąć i nie ma powodu. by jej całkowicie i zawsze unikać. (Nawet jeśli koniecznie chcemy zostać drugim Św. Franciszkiem.) Nie zawsze, oczywiście, musi ona być ogromna, nie zawsze musi być aż mordercza... Zresztą tygrysiczne rozumienie agresji jest całkiem szerokie - każde robienie komuś czy czemuś wbrew to pewna forma agresji. (Nawet poniekąd, jeśli ktoś bardzo chce rozszczepiać włosy na ćwiartki, łamanie patyczków na ognisko to agresja przeciw patyczkom.)

Do tego rodzaje agresji są różne, i to nie jest czysto akademicka kwestia. (Rozmawialiśmy tu sobie o tym wielokrotnie, polecam!) Agresja to duża część życia, a nawet w istotnym sensie samo życie to właśnie agresja. Żyjemy m.in. dlatego, że giną miliony (dosłownie) myszy i szczurów, nie licząc owadów, a jak ktoś nie jest zupełnym wege-tentamtego, to i różnych innych miłych, ale niestety dla nich jadalnych, a nawet smakowitych i pożywnych, zwierząt.

Co z nienawiścią? Nienawiści powinna być w nas zaledwie śladowa ilość. Bardzo niewiele - tylko tyle, żebyśmy pamiętali przeciw czemu mamy kierować agresję, kiedy tylko będzie po temu okazja. Byśmy pamiętali co jest moralną obrzydliwością, podłością itd., i zasługuje na karę z naszej ręki. Tylko tyle! Wszystko ponad to, każda nadwyżka nienawiści, to w istotny sensie agresja powracająca do nas samych, "odbita" od obiektu naszej nienawiści, i nas, naszą (choćby i świecką) duszę, zatruwająca. W bardzo zaś konkretnym sensie rodzi poczucie bezsilności, które jest czymś nie do opisania obrzydliwym, moralnie niszczącym i fatalnie, bez żadnych żartów, wpływającym na nasze zdrowie.

Nasza nienawiść do rzeczy, które zdecydowanie zasługują na zwalczanie, powinna płonąć malutkim, ale za to stałym płomyczkiem - jak płomyk w lampce oliwnej w przedsoborowym kościele. Jakie z tego praktyczne wnioski? A takie, między innymi, że nie należy w sobie, ani w sojusznikach, nienawiści bez sensu rozbudzać i do białości rozpalać.

Że kiedy w jakimś momencie odczuwamy nienawiść, z którą nic akurat nie możemy zrobić, należy zająć się czymś innym - na przykład przygotowaniem do konfrontacji z przedmiotem naszej nienawiści (co jest nawet poniekąd optymalnym rozwiązaniem, jeśli to właśnie tego przygotowania nam brakuje), choć przestawienie naszej uwagi na coś neutralnego też jest dobre - i zostawić sobie tylko tę rezydualną jej ilość, o której mówiliśmy.

Inny wniosek może być taki, że kiedy coś mamy zwalczać, np. w interesie Polski, to wszyscy zainteresowani powinni odczuwać ten rezydualny poziom nienawiści do wroga, w każdym niemal momencie, i wszyscy powinni wiedzieć, że pozostali też to odczuwają. Jednak wszelkie wzbudzanie potężnych zbiorowych emocji, wszelkie autorezonanse i udawanie stada lemurów w czasie pełni księżyca, wszelkie seanse nienawiści i tego typu szaleństwa - są szkodliwe i stanowią w dodatku świetną pożywkę dla różnych brzydkich agentur.

Tak to widzę i taka jest oficjalna wykładnia Tygrysizmu Stosowanego. (Przynajmniej na dzień dzisiejszy.) I to byłby koniec naszego kazania na ten wzniosły świąteczny dzień. A teraz idzcie w pokoju! (I znowu nie mam z z kreską - dajcie mi to ludzie w jakimś komęcie, bo będę musiał resetować kąpa, a i tak to nie do końca rozwiązuje sprawę!)

triarius

Psycho 2

A więc dotarliśmy wspólnie do początku drugiego odcinka, a że każda podróż musi się rozpocząć od pierwszego kroku, więc wykrzyknijmy "hip hip hura!" i do roboty. W tym odcinku, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i nie spadnie nam na łeb asteroida, ani dron, napiszemy wreszcie coś, co by uzasadniało nasz wzniosły tytuł. (Łał? No a co innego?)

* * *

W jakiejś telewizji mignęła mi ostatnio informacja, że niejaki Rzepliński płakał był znowu w niemieckich mediach, że to: "Kaczyński chce w Polsce stworzyć nieliberalną demokrację, co jest absurdem". Powiedz to Peryklesowi, durniu, albo średniowiecznym szwajcarskim kantonom!

Z tego typu indywiduami nie ma oczywiście sensu rozmawiać inaczej, niż przy pomocy twardych argumentów, ale między nami, możemy sobie rzec, iż jest to oczywista bzdura, to co ten typ bredził, ale w drugą stronę działa to całkiem ładnie. Czyli że liberalizm bez demokracji - będącej przecie "wolnym rynkiem" na polityków i ideologie - jest jeszcze większym oszustwem, niż ten "zwykły", pożal się Boże, "demokratyczny". To tak na marginesie.

Teraz, jeśli pozwolicie, chciałbym westchnąć, że nikt po naszej stronie, w mojej skromnej opinii, nie kojarzy nic na temat psychologii, i że to jest cholernie smutne. Jasne - większość tego, co stręczy się prolom jako "psychologię", rzekomą naukę, to naukawe brednie bez cienia wartości, co jednak nie zmienia faktu, że jako problem psychologia - nauka o "dusznych mechanizmach", że tak to wzniośle a figlarnie określę, jak najbardziej istnieje, a nawet w tej szemranej nauce są rzeczy cenne, z których powinniśmy, niczym z wymion kozy Galatei, w dzień i noc pić do syta i prosić o jeszcze.

(Dla uczulonych na kozy i/lub wymiona: "jak z krynicy mądrości, ach!") Smutne to jest, i to jak, że w naszym słodkim kraju tylko wraże służby zdają się mieć jakiekolwiek o psychologii pojęcie, a my sami kręcimy się niczym... niech będzie "korek"... w przerębli małorolnych (jak ja to od niedawna określam, jakże genialnie!) historiozoficznych teorii, napędzanych czystą ekonomią i takimż chciejstwem.

"Czystą ekonomią" oczywiście taką, jaką jest w stanie pojąć, a w każdym razie wchłonąć, mały Kazio. Małe Kazie występują zaś u nas w dwóch zasadniczych odmianach: 1. Kazio-entuzjasta, niemal na pewno nieszczęsne k*winiątko, lub k*winizmu nieszczęsna niedoleczona ofiara; oraz 2. Kazio-czujny paranoik.

Tego drugiego niejednokrotnie daje się z przyjemnością (choć ostatnio ich czołowy egzemplaż jakby intensywniej przynudza) i może nawet pożytkiem, czytać, co nie zmienia faktu, że ich wizja świata to stołek z jedną tylko nogą, jak najbardziej z boku, i to nogą mocno krzywą.

No bo też taki Kazio potrafi nam wygenerować kunsztowną intergalaktyczną teorię, spiskową oczywiście, a to łagodne w tym przypadku określenie, opartą na przesłance, że ci tam zamachowcy od Charlie Hebdo (a tak przy okazji - nadal vous êtes Charlie?) "musieli przecież mieć ogromne wsparcie, skoro byli pewni, że uda im się zbiec", podczas gdy początkujący nawet Tygrysista, jeśli oglądał tego nieco w zagranicznych telewizjach, od razu wiedział, że oni wcale zbiegać i przeżywać nie zamierzają. Co najwyżej na krótki czas, żeby gdzieś jeszcze zadziałać.

Jest to tylko drobny przykład, choć ten akurat wrył mi się w pamięć, ale jest to też ostrzeżenie, iż bez podciągnięcia się z psychologii - tej prawdziwej, nie tej naukawej, stręczonej prolom na ostatnich stronach i w ostatnich sekundach - nijak. Teraz zaś chciałem przejść do psychiatrii. Wszyscy kojarzą "schizofrenię bezobiawową"? Piękna sprawa, ale tego typu kopnięte totalitarne ideologie tak właśnie mają.

"Schizofrenia bezobjawowa", "agresywne milczenie", wszystkie te diagnozy Stefków Niesiołowskich tego świata, stręczone ludowi... Leberalizm ma to lepiej rozwinięte od sowieckiego komunizmu, choć faktycznie czegoś tak lapidarnego i chwytliwego, jak "schizofrenia bezobjawowa" jeszcze się nie dopracował. Jednak psychiatria to poniekąd PODSTAWA liberalizmu. Zdziwił się ktoś? Mogę zrozumieć, ale postaram się wyjaśnić, że jednak tak właśnie jest.

Otóż leberalizm posiada, jak wiemy, genialną i niezawodną receptę na uszczęśliwienie dosłownie każdego... Zdrowego, normalnego człowieka. Powtarzam: "zdrowego i normalnego"! A że nikt nie jest w nim szczęśliwy, więc bez przerwy mamy zastosowanie dla psychiatrii. W łagodnych przypadkach dla telewizyjnych diagnoz, w ostrzejszych dla całodziennych przymusowych badań w Tworkach i więcej. (A to ma naprawdę piękny potencjał rozwojowy i na pewno nie poznaliśmy jeszcze ostatniego słowa.)

Choroba psychiczna to dla leberalizmu swego rodzaju CZARNA DZIURA, w którą wrzuca się wszystko, co burzy genialną i niezawodną receptę na uszczęśliwienie Ludzkości (ach!). Mamy więc psychiatrię dla pojedynczych ludzi, ale mamy też dla całych narodów, wyznań, grup społecznych i czego tam jeszcze, na co akurat jest zapotrzebowanie. Genialne!

Mówiliśmy tu sobie kiedyś o epicyklach Ptolemeusza i faktycznie leberalizm opiera się na tym genialnym pomyśle - stając się dzięki temu (jak i system ptolemejski poniekąd, do czasu) kompletnie, w sensie Popperowskim, niewywrotnym, ale z tą psychiatrią to jest jednak o parę pięter wyżej i o wiele genialniejsze.

W dodatku nikt inny, z tego co wiem, nie uwzględniając bratniej ideologii bolszewizmu, na coś tak błyskotliwego nie wpadł. Niemal każdy dziś ma depresję, niemal każdy coś tam ćpa albo się, powiedzmy, przed telewizorem czy kąpem czymś niezdrowo podnieca... W ogóle to ten tekst narodził się w taki sposób, że wpadłem ci ja na piękną definicję, a potem się to rozrosło do rozwichrzonej, niczym włosy łonowe kołchoznicy (fajnie wymyśliłem, tylko że jednej ważnej litery nie mam jak napisać, @#$% mać!) gawędy.

Definicja jest taka: "Uzależnienie - prywatny sposób na poradzenie sobie z koszmarem życia w realnym liberali... @#$%% znowu! NAPISZCIE MI W KOMĘCIE MAŁE Z Z KRESKĄ, A JA SOBIE SKOPIUJĘ I TO POPRAWIĘ, OK?

W realnym wiecie chyba czym. Do tego można dodać drobny komęt, że jest to często rozwiązanie rozpaczliwe, niezdrowe, a co najmniej niekompatybilne (oczywiście) z realnym liberalnym otoczeniem, przez co dany człek ma dodatkowe problemy... Itd. Jednak sama istota tej definicji wydaje i się tyleż błyskotliwa, co genialna, i tyleż przewrotna, co rewolucyjna. Wam nie?

Z leberalizmem (tak sobie dla krótkości, Szpotańskim, nazywamy REALNY LIBERALIZM, który nas miłościwie dręczy) jest w ogóle zabawnie. 40% ma, miało i będzie miało, albo też "nie ma, bo się leczy na", deprechę, ale wszyscy oczywiście są cholernie szczęśliwi i nie wyobrażają sobie lepszego życia. Inni deprechy nie mają, bo ćpają... Albo coś. Już to mówiliśmy, tak? No dobra, no to tylko na koniec przywołam analogię z jakimś Kaligulą ("otóż ten Kaliguła rękę w pludrach trzyma", wiecie o kim to?), czy Neronem.

W otoczeniu nikt ich, po paru latach rządów, nie lubił... (Nerona lud kochał, ale lud był daleko.) To były tysiące ludzi, w sumie dość często potężnych... A mimo to Kaligula tych ludzi wykańczał, albo przelatywał im żony, a oni mu, do czasu, mogli co najwyżej skoczyć.

Przyczyna? Wytłumaczenie? Całkiem podobne do tego, które stosuje się do dziwnego faktu, że nikt w leberali... @#$#$!!! nie jest szczęśliwy, a nawet jakby odwrotnie, a jednak każdy uważa, że jest to jedyna recepta na szczęście i każdy poza nim kwiczy z rozkoszy 24/7.

Zaś co bardziej radykalny leming przekonany jest nawet, że on sam też W ISTOCIE jest nieprawdopodobnie szczęśliwy, a gdyby np., Boże uchowaj, przyszło mu biegać po dżungli nad Amazonką z cyckami na wierzchu i kością udową małpy w przegrodzie nosowej, to by się wprost z rozpaczy zapłakał. Nawet gdyby nigdy przedtem leberalizmu, z jego szczęściem, nie był zaznał.

Dużo by jeszcze można, dużo by jeszcze właściwie trzeba, ale mam nadzieję, że i tak widzicie już, że psychologia to potęga i naprawdę nam jej cholernie "na prawicy" brakuje. Dzięki za uwagę!

triarius

P.S. Na deser, jako nagroda za wytrwałość w czytaniu, drobny fakcik na temat Pana T. i jego niezwykłych upodobań: Otóż olałbym w sumie pieprzyć kozy, a do tego wielbłądy i co tam jeszcze, niż sam być nadal pieprzony przez Merkele, Tuski i Kopacze. Tak jakoś dziwnie mam i chyba już się nie zmienię.

Chcecie drugi drobny fakcik, równie zabawny i szokujący? Otóż wcale nie marzę, by co drugi człek w Gdańsku posiadał kałacha! (Szczególnie zaś takiego z niezablokowaną opcją ognia ciągłego.) Taki ze mnie, widzicie, pacyfista. To dla tych wszystkich napaleńców out there, domagających się "powszechnego dostępu".

piątek, marca 25, 2016

Psycho 1

Bóg mi świadkiem - i wy, dobrzy ludzie - że nie mam przesadnej skłonności do spiskowych teorii, ale to co obecne światowe, a europejskie przede wszystkim, waadze wyczyniają w sferze propagandy, nie wzbudza we mnie najmniejszego zaufania. Kiedy coś gdzieś, excusez le mot, pierdolnie i zginą ludzie, waadze zaczynają wielką obławę na brzydkich terrorystów, zapobiegając każdego dnia, jak nam mówią w mediach, kilku co najmniej następnym zamachom, i to jeszcze o wiele gorszym.

Do tego oczywiście niezmienne, choć jeszcze bardziej nasilone, bo i okazja po temu wyborna, nawoływania do pogłębienia "europejskiej integracji" - szczególnie w sferze łapania brzydkich terrorystów, ale przecież nie tylko, bo bez integracji podobno nijak. Ani się kura ocieli, ani krowa zapieje, ani nic!

Co też do mnie dziwnie mało trafia, ponieważ, fakt, że ktoś np. nie kolonizował, nie wykorzystywał i nie dręczył tych tam egzotycznych ludów, a potem ich do siebie nie nasprowadzał milionami, tworząc multikulti i z jakichś tajemniczych powodów niszcząc wszystko, co stanowiło siłę i ew. zdolność do obrony własnego (czy aby?) społeczeństwa, wydaje mi się o wiele bardziej w aspekcie terroryzmu pozytywny, niż jakieś integracje, gdzie jacyś europejscy mędrcy od sikania do chrzcielnicy i rozporkowych zabaw z przedszkolakami, będą nam rozkazywać. Jakby nie dość tego było już teraz.

W każdym razie najmniej nawet bystry kandydat na Młodszego Tygrysistę rozumie, że aby mieć jakieś tego typu szemrane "sukcesy" w "walce z terroryzmem" (w ramach "wojny z terroryzmem", której ambasador, jak to słusznie zauważył Amarlyk, musiał kiedyś powręczać odpowiednie dokumenty ambasadorom wszystkich zainteresowanych państw, bo przecie inaczej nie byłaby to żadna "wojna", a co najwyżej chuligaństwo), nie trzeba, jak nam próbują wmawiać, przez wiele miesięcy rozpracowywać jakieś siatki - wystarczy po prostu wybrać sobie dowolną muzułmańską dzielnicę w dowolnym niemal mieście północnej Europy, a potem różne tam policje (tajne, widne i dwupłciowe) muszą parę dni pochodzić od mieszkania do mieszkania, rozglądając się, a co najwyżej przeprowadzając pobieżne rewizje.

Na pewno znajdzie się masa flag Państwa Islamskiego dumnie eksponowanych na ścianie, biletów lotniczych do Syrii pod doniczką paprotki, oprawionych w ramki podziękowań za hojną wpłatę na stosowne konto. Itp. W co którejś łazience natrafią na kilka wiader wody utlenionej, ewidentnie czekającej na zmieszanie ze stojącym obok w ogromnej butli z grubego szkła acetonem. No to się obie te ciecze zarekwiruje, zapobiegając faktycznie w ten sposób, na czas jakiś, następnemu "bum!". Żadnych wielkich osiągnięć służ specjalnych und antyterrorystycznych do tego nie potrzeba.

 I nawet gdyby mieszkańcy zorientowali się zawczasu i nieco te rzeczy pochowali, to gdzie oni mogą to porządnie schować w tych małych mieszkankach. Trza trochę poszukać i tyle! Do tego przydałoby się nieco patroli na ulicach tej dzielnicy, które rewidują każdego (bez względu na kolor skóry, który tam zresztą jest mniej więcej ten sam) na okoliczność wynoszenia fantów do sąsiada, u którego już nasi dzielni antyterroryści z taką wizytą byli. Proste? Proste, ale lemingi nawet tego nie pojmują i łykają te propagandowe pierdoły jak głodne pelikany szprotki w oleju.

Waadza kilku na pokaz zaaresztuje - zapewne tych, co policji najniegrzeczniej pyskowali przy ostatnim zatrzymaniu za sprzedaż narkotyków, bo inaczej to całkiem nie wiadomo, czym się miano by kierować... A reszcie i tak może co najwyżej naskoczyć na warsztat. No bo co zrobi? Przyzna się, że bez żadnego sensownego powodu nasprowadzała tabuny ludzi, którzy się integrować absolutnie nie mają ochoty... (Może kiedyś by i mieli, ale przecież nie z tym czymś, co zrobiono z Europy - nie z tymi wszystkimi Środami, Biedroniami i Cohn-Benditami na jej czele.)...

A jeśli terrorystami jeszcze nie są, to na pewno od agresywnego islamizmu się w duszy swojej nie odcinają, o czym dobitnie świadczą czarne flagi z inskrypcjami na ścianach salonów... I z pewnością w obronie "liberalnych europejskich wartości" głowy przeciw temu islamizmowi ci ludzie nie nadstawią.

Więc niby jak? Jak się przyznać, że się do takiego szamba (niczym szczery uczeń czarnoksiężnika, a to i tak najbardziej pochlebne przypuszczenie) doprowadziło i nie ma się najmniejszego pojęcia, co z tym zrobić, poza tym, że chce się nadal oczywiście rządzić, i to bardziej monopolistycznie niż kiedykolwiek? No i po co właściwie lemingom to mówić, skoro one wciąż takie ufne?

Jeśli są tu jakieś w ogóle przeszkody, to jedynie natury prawnej, ale te, w obecnej sytuacji, przy panice lemingów i praktycznego, jak się okazuje, monopolu naszych kochanych liberalnych waadz w mediach, nie grają one żadnej roli. Lemingi jednak muszą się czuć tym "wielomiesięcznym rozpracowywaniem" cholernie podniesione na duchu, co dobrze wpływa na ich operowanie kredą, kredkami, a w przypadku tych nieco zdolniejszych, na palcowanie po klawiaturze kawałków w stylu "Imagine" tego upiornego lewaka Lennona.

To było na razie tyle. Jeśli będzie kiedyś "Psycho 2", to zaczniemy je sobie od niejakiego Rzeplińskiego (kojarzycie? wyjątkowa menda), a potem będzie, Deo volente, o psychiatrii, jelonku Bambi i paru innych tego typu sprawach. Chyba że mi się zdąży zmienić i będzie o czym innym, ale na pewno też fajnym. Więc się módlcie i magna voce chóralnie proście o dalszy ciąg!

triarius

środa, marca 23, 2016

O kozich synach, kurduplach i innych wyrafinowanych przyjemnościach

Mam dla was ludzie ważną wiadomość do oznajmienia, która was powinna ucieszyć. Otóż, wbrew temu co mogłoby się poniektórym wydawać, ja naprawdę nie mam do nikogo większych pretensji, jeśli sobie prywatnie nazywa powiedzmy "kozimi synami"... Kogo właściwie? Islamskich bojowników? Islamistów, choćby nawet (na razie) z terrorem nic wspólnego nie mieli? Muzułmanów ogółem? Całą ludność Bliskiego Wschodu? Egzotycznych imigrantów, skądkolwiek by nie przybywali? No i dlaczego w takim razie nie np. "wielbłądzie syny", skoro już faktycznie "lisy pustyni" zajęte?

Przyznam, że naprawdę nie mam pojęcia. Nie kojarzę co to miano konkretnie oznacza i z czego się wzięło, choć z pewnością mógłbym to dość łatwo ustalić, gdyby mi na tym bardzo zależało. Daruję to sobie jednak, a wy mi wybaczycie, bo w sumie to nie o to nam teraz chodzi. (Swoją drogą dzisiaj na CNN widziałem eksperta od terroryzmu, którego broda była o wiele bardziej "kozia" od bród tych islamistów. Jakkolwiek paskudne by one nie były. Bo to chyba o brody chodzi?)

W każdym razie powtórzę, że ani mi ci ludzie bracia, ani swaty ("swacia" by się ładnie rymowało, ale cóż!) - bojownicy chcący nam tu wprowadzić różne tam szariaty i zagnać nas, wraz z naszymi ew. kobietami, do haremów, choć nie wszystkich w tej samej roli, wyjątkowo mało mi pasują, a potem już stopniowo niechęci do poszczególnych wymienionych tu kategorii czuję mniej i mniej, choć islam ogólnie mnie nie zachwyca, nawet wtedy, kiedy czułe słówka wygłasza o nim któryś z kolejnych katolickich (ponoć) Papieży. Z czego też wynika, że gorliwi islamiści, różni tam wahhabici i temuż podobnież, pasują mi znacznie mniej, od jakichś nikomu nie wadzących, spokojnie sobie żyjących, muzułmanów.

Tyle, że tak czy tak ich w Polsce nie chcę. (Mówię o nowych, nie o naszych odwiecznych Tatarach.) Przyczyna nie jest taka, że jakoś nimi pogardzam, tylko po prostu tu jest NASZ (@#$%^) kraj, innego nie mamy, człowiek to istota terytorialna i społeczna, więc rozbijanie społecznej struktury i zajmowanie mi mojego terytorium naprawdę cholernie mi nie pasuje. Może trochę jakichś egzotycznych chrześcijan by się tu nawet przydało - gadki-szmatki różnych Obamów i Clintonowych, że to "dzielenie ludzi ze wzgl. na religię to podłość", uważam za podłość właśnie i kłamstwo...

Bowiem to, czego oni, te Obamy i Clintonowe, chcą, to żeby religia nie miała dla nas żadnego istotnego znaczenia, podczas gdy ja chcę dokładnie inaczej. MA mieć znaczenie! Nieagresywny, tolerujący katolicyzm ateista, jak ja sam zresztą, jest raczej całkiem OK, ale narzucony przez Merkele i Sorosy muzułmanin - NIE jest i tyle! Te lewackie mendy chciałyby, żeby po "antysemityźmie", pojęcie "rasizmu" i "faszyzmu" rozszerzyło się na zwracanie uwagi na czyjąś religię - nasza, nie nasza, a może po prostu naszej jednoznacznie wroga? nieważne! - oraz niechęć do dzielenia z kimś całkiem obcym łóżka i żony. Niedoczekanie! Na drzewo lewizno!

Tośmy sobie to wyjaśnili - ważna sprawa, choć właściwie nie to jest naszym tu zasadniczym tematem... A więc, wracają do głównego wątku, wymyślajcie sobie Państwu Islamskiemu, Al Kaidzie i komu tam do woli, jeśli poprawia wam to humor... Jeśli dobrze wpływa to na wasze trawienie... Popęd seksualny... Chęć płacenia alimentów... Instynkt macierzyński... Produkcję mleka... Śmietany... Masła... Mięsa, wełny i otrąb jęczmiennych. Dixi!

Lub też jeśli zwiększa to na przykład waszą kreatywność przy wycinaniu kogutków z papieru. W długie zimowe wieczory. Lub hołubców. W remizie. W każdy sobotni wieczór. To wasza prywatna przyjemność (ach jakże wzniosła!). Nie będę was jej przecie pozbawiał. Ale nawet gdybyśmy mieli cieszyć się tym wszyscy, co do jednego, gdyby te wszystkie "kozie syny" miały być chóralnie przez wszystkich bez wyjątku Polaków wyśpiewywane 24/7... Gdyby miało to wyglądać i brzmieć tak, jak u lemurów z Madagaskaru w bezchmurną noc z piękną pełnią księżyca.

(Te lemury, swoją drogą, to są b. interesujące stworzonka i bliskie nam, bo nasz ukochany Ardrey głosi, że właśnie od czegoś takiego pochodzimy. Z karłowatym szympansem Bonobo mamy wprawdzie te same niemal garniturki, ale nasz przodek, to żadna tam "małpa", ino lemur właśnie. Pra-lemur, żeby być super-ścisłym, ale chyba niewiele się różnił. Nie to co my!)

Więc choćbyśmy wszyscy sobie... Prywatnie... Jako te lemury, tymi "kozimi synami" i czym tam jeszcze mieli rzucać, to i tak nie będzie to żadna "walka" z agresywnym islamem; nie będzie to żadne rozwiązywanie naszych, ach jakże licznych, problemów; nie będzie to absolutnie nic sensownego - a tylko zbiorowe bicie piany, tym gorsze, że zbiorowe; zbiorowe się brenzlowanie, tym gorsze od autentycznego, że z tego opluwania...

Naszego, zgoda, wroga, choć jeszcze na szczęście nie aż tak na dziś, choć na pewno na bliższą lub dalszą przyszłość - żadnej formy autentycznego, przez Bozię i Naturę Matkę zgodnie dla nas przewidzianego, spełnienia nie potrafię dostrzec. Tylko to nasze (!@#$ odwieczne, niestety) zakompleksione "wyśmiewanie się" z oprawcy, który nas oprawia, robienie głupich min za plecami zbira, który nas katuje, a akurat się odwrócił, wątlutkie "kpiny" z mendy, która nas poniża i szykuje nasze ew. wnuki na swoich niewolników. (Teraz konkretnie o komuchach mówiłem, i różnych tam .Nowoczesnych agenturach.)

Podobnie z "kurduplami". Putin mnie zdecydowanie nie zachwyca, ale zwalczanie go na różnych Fejsbukach i blogaskach za pomocą epitetów w rodzaju "kurdupla", wydaje mi się wyjątkowo wprost żałosne. Albo trza to zrobić porządnie, to zwalczanie znaczy - albo, moim skromnym, wypadałoby się jednak nieco hamować.

Dałoby się jeszcze sporo, nawet czasem zabawnych, rzeczy o Putinie powiedzieć, o Rosji jeszcze więcej, a nawet to i owo o zaletach niewielkiego wzrostu, tylko że to kiedyś, ewentualnie, innym razem. (Sam mam 185 cm, więc proszę mnie nie podejrzewać o ew. w tym temacie kompleksy.) I jeszcze mamy to robić zbiorowo, wmawiając sobie, że w ten sposób bronimy Polski, bronimy chrześcijaństwa, bronimy "cywilizacji łacińskiej". Czy może być coś żałośniejszego? (I akurat nie o tę wmawianą sobie bez sensu "łacińskość" mi tu chodzi.)

W każdym razie te wszystkie "kozie syny" i "kurduple", jak również radosne pokazywanie w sieci jak to muzułmański imigrant wywraca się na schodach ruchomych, których wyraźnie wcześniej nie widział i nie zdołał rozgryźć, jest, w moich modrych oczach, żałosne. Może faktycznie jakiś przygłup - u nas takich brak? Może naćpany, albo coś. Może bomba, którą niósł pod pachą, była za ciężka?

Oni naprawdę nie są wszyscy tacy durni, jak sobie chcecie wmawiać! Widać to gołym okiem, a kto nie widzi, musi być poważnie wzrokowo upośledzony, albo może siedzi gdzieś od pół wieku w jakimś lesie i nic nie wie. Kiedy się taki gość wypróżnia na peronie w Sztokholmie, to jednak co innego, bo to ostentacyjne, choć paskudne, zgoda, zachowanie w kraju okupowanym. Zapewniam, że u siebie oni tego nie robią. My też, jeśli kiedyś Bóg da nam zająć np. Berlin, nie będziemy się przesadnie wysilać z elegancją, choć jednak wolałbym, byśmy się aż do tego nie posuwali.

Lekceważenie wroga - choćby i przyszłego, ale za to GWARANTOWANEGO w przyszłości - to nie jest mądra strategia. "Optymizm jest tchórzostwem", jak mawiał pewien niegłupi gość, a trudno znaleźć jaskrawszy na to przykład, niż pocieszanie się... No bo chyba w niczyich oczach nie jest to coś, co by, nawet przy najlepszej woli, dało się nazwać "zwalczaniem", prawda? Na pewno nie jest to zwalczanie, jest natomiast wzbudzanie w sobie całkiem nieuzasadnionego poczucia wyższości... Z czego, spytam, ta wyższość?

Z tego, że wciąż rządzi nami Merkela? Że Putin robi z tą "naszą cywilizacją", z tą "naszą Europą", niemal co zechce? (I podobnie owi brzydcy chuligani od "Allach akhbar!" i całej reszty, nic oczywiście z prawdziwym islamem, którego Prorokiem i Jedynym Uprawnionym Interpretatorem jest niejaki Hollande, wspólnego nie mający.)

Oczywiście - coś się (w tej nieszczęsnej) Polsce ostatnio zmieniło, i to na plusa (dodatniego). Jednak, nie oszukujmy się, na razie to dopiero malutki kawałek pierwszego kroku, nasza w tym zasługa była naprawdę niewielka (zasługa Merkeli i "uchodźców" znacznie większa!)... Fakt, że Adaś i reszta ludzi sprawdzających wybory uniemożliwiła tym razem taki szwindel, jak już bywało, a, jak oglądałem to na własne oczy, Adaś tyrał przy tym jak szalony i chudzieńki był już tak, że go prawie nie było widać - ale też jaki to jest procent nas wszystkich?

Tak że zalecałbym nieco więcej POWAGI, godności też, sporo więcej pomyślunku, zaczęcie od siebie i własnych niedoskonałości, przypomnienie sobie (kto już zna) lub przeczytanie (reszta) tego, co na tym blogu Pan T. mówi o rodzajach agresji i "naszym narodowym kalectwie"... Bowiem cały czas kręcimy się wokół TYCH SAMYCH narodowych, czy jakichś może innych, ale paskudnie nam szkodzących, wad. I nie są to bynajmniej te wady, o których się stale słyszy!

Dałoby się, tuszę, dzięki tamu uzyskać pewien całościowy obraz i zacząć cokolwiek z tego co się wokół dzieje rozumieć. I może znaleźć dzięki temu dla siebie jakieś sensowniejsze zajęcie od powielania i wskrzeszania wzniosłej idei NAJWESELSZEGO BARACZKU. Co wy na to?

triarius

wtorek, marca 22, 2016

Terroryzm, wojna i motyl nad Amazonką

Myślałem żeby wam napisać o co mi chodziło z tym banjem, o którym było ostatnio, ale wydarzenia dają mi okazję napisania czegoś hiper-aktualnego, a takiej okazji nie mogę zmarnować. W dodatku okazało się, żem Kassandra.

(Ktoś tego jeszcze nie wiedział?) Co jest z jednej strony rozkoszne i pochlebne - no bo w końcu prorocze zdolności to nie jest taka sobie byle sprawa - z drugiej raz smutne, ponieważ nigdy nic z tego nie wynika i tak z pewnością pozostanie. Nic poza czczą proroczą satysfakcją.

Chodzi o to, że w Brukseli właśnie wybuchły bomby, co, jak zwykle, daje różnym mniej i bardziej autentycznym autorytetom okazję do dywagacji w tzw. "przestrzeni publicznej". Często jest to bełkot zaiste przeraźliwy, ale najbardziej mnie rozbawiają subtylne analizy post factum, które, jak rozumiem, mają dać lemingom poczucie, że waadza czuwa i nad wszystkim panuje.

Chodzi i o te przeróżne tłumaczenia, jak oni to zrobili, dlaczego tak a nie inaczej, plus różne odgadywane tajemnice z islamistycznej kuchni. Wznosząc to na wyższy poziom, aż się człowiek czuje wstrząśnięty, jak genialny był Spengler - i to wcale nie najbardziej w swych (znanych tu i ówdzie ze słyszenia i kompletnie opacznie na ogół rozumianych) uwagach o "zmierzchu Zachodu", tylko właśnie w tych sprawach związanych z paralelizmem cywilizacji, Sokratesem, Oświeceniem i temuż podobnież.

"Wiedza jako cnota", czy inaczej mówiąc: "cnota to wiedza" - tak było u rzeczonego Sokratesa i podobnie jest dzisiaj, tylko że my cnotę mamy gdzieś, a kochamy bezpieczeństwo. (Wieczne życie, aż po samą eutanazję.) "Waadza wie, więc jeteście, drogie lemingi, bezpieczniutkie jak u mamy pod bluzeczką!" Nic to, że waadza wie "jak było", a nie "jak będzie", a tym mniej "co z tym, #$%, zrobić"! "Jest Lace, jest zabawa!" naszej słodkiej cywilizacyjki w tej jej dojrzałej fazie ma swe lustrzane odbicie w: "Jest jałowe bicie piany - jest poczucie bezpieczeństwa!"

No dobra, ale co z tą Kassandrą, spyta co uważniejszy P.T. Czytelnik. To mianowicie, że wśród tych duszeszczipatielnych (excusez le mot) psierdołów usłyszałem także konkretne info, że oto po pamiętnym spaleniu przez Państwo Islamskie tego nieszczęsnego pilota, dokładnie tak, jak przewidziałem, jego ojczyzna Jordania, nie dokonuje już na rzeczone Państwo (niech będzie że "pseudo") żadnych nalotów.

A tak się, cholera odgrażali! Jak rzekli na tym CNN'ie, sam ich król niemal już wtedy dorwał się do samolotu i góry bomb. Skończyło się to jednak dokładnie tak, jak przewidziałem. Możecie sobie sprawdzić. A teraz do naszych mutonów, czy raczej w dzisiejszym kazaniu - motyli... Jako rzecze Dávila?

Tako on rzecze, panie sporze, że... Różnie on rzecze i zawsze mądrze, ale, panie psorze, dzisiaj chodzi nam na pewno o to, że "W pewnych epokach intelektualista musi się niemal wyłącznie koncentrować na naprawianiu definicji". Jakoś tak. Brawo Mądrasiński, trafiłeś byka w samo jądro i naprawdę zadziwia mnie twoja tygrysiczna intuicja! Przyjdź jutro z matką - poczęstujemy ją sernikiem i ogólnie uczynimy szczęśliwą. Mówiąc jej, jakiego ma mądrego syna i na różne inne sposoby.

Dávila, jak to on, oczywiście w tym przypadku też ma rację. Pan Tygrys aż tak bardzo się na definicjach nie koncentruje, ale w końcu on tylko zabawia się niszowym blogaskiem, który najmniejszego wpływu na cokolwiek nie ma, więc czego wy byście, ludzie, chcieli? Jednak czasem definicja potrafi Pana T. porządnie wkurzyć, a wtedy bywa, że się jej dostaje. Weźmy takie "prawa człowieka" - są to "prawa" jak w "prawie grawitacji", czy może jak w "prawie o podatku obrotowym od sprzedaży detalicznej natki pietruszki na miejskim placu"?

Nikt wam tego nie powie. Dlaczego nie? A dlatego, że gdyby to zacząć wyjaśniać... Gdyby nawet po prostu leming miał szansę pojąć, że coś tu dziwnie niejednoznaczne, to by cały sens, wdzięk i użyteczność "praw człowieka" legła w gruzach. Pomyślcie o tym małą chwilę, a na pewno przyznacie mi rację! Dobra, teraz wojna i terroryzm, gdzie panuje nam miłościwie dokładnie taki sam intelektualny, excusez le mot, burdel.

Czy ja się kłócę, że wysadzenie w powietrze setki cywilów na jakimś targowisku nie można nazwać "terroryzmem"? Nie kłócę się, bo i nie ma o co. Istnieją definicje bałamutne i szkodliwe, istnieją takie, które sporo pomagają w zrozumieniu... (Te nazywamy tygrysicznymi.) I ta akurat jest w sumie bez zarzutu... JEŚLI SIĘ JĄ WŁAŚCIWIE ROZUMIE I STOSUJE.

Ktoś zresztą może nazwać chomika z jednym okiem czerwonym, a drugim zielonym, np. "Bolek", a ja nic przeciw temu mieć nie mogę - o ile tylko ten ktoś dokładnie mi powie, jaka jest ta jego definicja. I jeśli to nie czyni turpe dictu burdelu w innych definicjach.

Atakowanie "miękkich celów", cywilnych itd. może sobie być terroryzmem, a nawet mogę sam tak to nazywać. Jednak to jest METODA i tyle. Na tej samej zasadzie takie naloty na Tokio w czasie drugiej ze światowych wojen - w jednym takim, a mówimy o "konwencjonalnych" nalotach, w pożarach tych tam drewnianych domków spłonęło ponad 100 tys. ludzi. Ilu tam mogło być aktywnych wojskowych, że spytam, skoro wszyscy byli, albo w bunkrach na Okinawie, albo na pancernikach Yamato i Musashi?

Że już o Hiroszimie i Nagasaki (centrum japońskiego chrześcijaństwa od 4 stuleci, nawiasem), czy Dreźnie, nie wspomnę. Zresztą to tylko przykłady i nie chcę wcale głosić, że druga strona nie robiła tego samego, a jeśli na mniejszą skalę... Oczywiście nie w przypadku niemiaszków zresztą... A jeśli, w każdym razie, nie zawsze aż tak efektownie, to nie z powodu skrupułów, tylko z powodu technicznych możliwości. Nie chodzi nam teraz o morały, tylko o fakty i definicje.

Jednak opozycja TERRORYZM - WOJNA, który nam się codziennie stręczy, w przypadku Hiroszimy jakby marnie się sprawdza, prawda? Jeśli oczywiście ktoś się zgadza, że "terroryzm to atakowanie cywilów i ogólnie miękkich celów", a chyba się zgadzacie i nikt jakoś innych interpretacji nam nie przedstawia. Mówimy o konkretach, nie o ckliwych kawałkach dla gawiedzi.

Wmawia się nam cały czas, że oto wciąż żyjemy w pokoju - tak długim i tak pokojowym, jakiego ludzkość nigdy przedtem nie zaznała - tylko paru brzydkich terrorystów nam tu nieco chuligani. (Swoją drogą ten "chuligan" przez "ch" to naprawdę dziwna sprawa, skoro to pochodzi od "hooligan", a jendak tak mi tutaj to poprawia.)

Moim skromnym jednak Spengler, jak zawsze, ma rację, że rzekomy długotrwały i pełny "pokój" przestaje nim być, kiedy uwzględni się wszelkie inne potężne konflikty, agresje, podboje, oraz takie właśnie zjawiska, jak "terroryzm". Bo też tak właśnie należy na to patrzeć!

Mamy więc wojnę, drodzy umiłowani, tylko z jakichś powodów nikt nam o tym nie raczy! Mimo, że gadają do nas bez przerwy na milion głosów. (Tego by nawet Alessandro Striggio z jego cudowną, nie-tak-dawno-odkrytą czterdziestogłosową mszą mentalnie nie objął!) Gadają niemal o wszystkim, ale tego, że mamy wojnę, jakoś nie raczą.

Powie jednak ktoś... Co chciałeś Czepialski? Że jednak chyba coś takiego jak "terroryzm" realnie istnieje, bo byli przecie różni tam anarchiści, a nieco dawniej różni assassyni... Masz rację Czepialski, oczywiście, tylko że, jeśli ci się wydaje, że pana psora złapałeś na jakiejś niedoróbce, to się mylisz. Byli assassyni i byli anarchiści, był Baader-Meinhoff... I sporo innych. Assassynów, takich synów, zostawmy sobie na boku, bo to było dawno i nieco bardziej skomplikowana sprawa.

Ci inni, współcześniejsi to było coś opartego na takim przekonaniu, iż nawet na niewielką skalę akcje zaburzą działanie całego brzydkiego systemu (kapitalistycznego czy jak tam) i on się zawali. Siły bowiem po obu stronach były po prostu nieporównywalne, masy wciąż bierne i milczące, należało je dopiero obudzić - właśnie przez tę terrorystyczną działalność...

W sumie coś w stylu "rzeczywistość to dekoracja z tektury, wystarczy to kopnąć i się rozleci, a zza niej wyłoni się przecudny raj, który na Ludzkość, ach, od zawsze czeka". Takie tam. Czyli ta GNOZA, która, jak od wieków głoszę, jest podstawą wszelkiego lewactwa - o ile oczywiście mówimy o "filozofii lewactwa", a nie o prymitywnych trollach z IQ niższym od numeru butów, czy innych cieciach od P*kota. (Ktoś tę mendę jeszcze pamięta?)

Czyli coś jak ów wysławiany przez intelektualistów motyl znad Amazonki. Ten z teorii chaosu. Ten który wątlutkim trzepotem swych delikatnych skrzydełek wywołuje drgania powietrza, powodujące, przez długi ciąg przyczynowo-skutkowy, huragan na drugim krańcu globu. Tym właśnie (w moim skromnym pojęciu) jest "TERRORYZM - NIE WOJNA". Anarchiści od Kropotkina i Narodnej Woli tak się właśnie musieli widzieć, tak się być może widzieli jacyś dawniejsi islamistyczni bojownicy... Ale to było już dość dawno.

Dziś siły nie są wcale takie znowu nierówne. Oczywiście - po jednej stronie są drony i bronie od A do Z, a po drugiej ich nie ma. Jednak z czysto militarnego, politycznego i społecznego punktu widzenia coś tam przemawia także właśnie za tą pozbawioną, na razie, dronów i alfabetu stroną. Zgoda? Nie mówimy tu, podkreślam, o etyce, niech się nikt nie czepia, że ja tu cokolwiek "pochwalam" czy czegoś "bronię" - po prostu chodzi o to, żeby Tygrysiści nie byli równie durni i równie łatwi do okłamywania, jak lemingi.

Ja też nikomu żadnych własnych definicji nie zamierzam narzucać. Co najwyżej staram się wykazać fałsze, błędy i propagandowe kłamstwa w cudzych. Weźcie sobie to sami na warsztat i dojdźcie do własnych wniosków. Terroryzm to atakowanie cywilów? Czym to się różni od np. dywanowych nalotów? (Szkopy były gorsze, żeby nikt mi tu nie wmawiał głupot! Ruscy zresztą też.) Więc też "terroryzm", tak? Z czego wynika, że terroryzm nie jest czymś przeciwnym wobec wojny< zgoda?

No więc, jako wisienka na torcie, proponuję przyjęcie, że "terroryzm jako coś całkiem innego niż wojna" to będą WYŁĄCZNIE sprawy, gdzie ów brzydal, terrorysta znaczy, jest w sytuacji owego mitycznego motyla - sam się tak widzi i takie są mniej więcej, na dany dzień, realne siły, jak siły motyla wobec sił huraganu, Wszystko inne może sobie być "terroryzmem", w niczym mi ta nazwa oczywiście nie przeszkadza, tyle że absolutnie nie wynika z tego, by to nie mogła być wojna. Czy raczej, by to nie MUSIAŁA być wojna.

I to by było na razie na tyle.

triarius

P.S. A teraz pojedynczo wychodzimy. Nie zwracać na siebie uwagi i uważać na drony!

piątek, marca 18, 2016

Rozmyślania z banjem na kolanie

Siedziałem sobie luźno, niczym król, w fotelu, brzdąkając na moim banjo - już to "The Lilting Bunshee", już to "King of the Fairies", już to "Harvest Home". Ponieważ mam cholernie podzielną uwagę i mózg chodzi mi 800-1800 razy szybciej, niż u przeciętnych ludzi (po prawdzie to nie wiem, ile w tym prawdy, ale tak kiedyś wyczytałem o dyslektykach i coś tam w tym może być), więc sobie przy tym rozmyślałem, a żem Tygrysista, więc i rozmyślanie było tygrysiczne. (Czyli takie, jakim każde rozmyślanie być powinno, ale do tego niestety daleka droga. U was, ludkowie, znaczy, bo u mnie nie ma z tym problemu.)

* * *

Tu będzie dygresja - kompletnie obok tematu, ale cholernie ważna sprawa i trzeba sobie w końcu to wyjaśnić. Otóż... Podoba mi się moje miano "Pan Tygrys" (tak Jarecki cholernie dawno, jeszcze na Prawica-niet, mnie nazwał, z powodu Błękitka oczywiście, za co mu wieczna chwała i nagroda w Niebiesiech), a nazwa "Tygrysizm" jest bardziej chwytliwa od "SAT", krótsza i słodsza od jej pełnej wersji ("Spengleryzm-Ardreyizm-Tygrysizm", zresztą tutaj znowu mamy "Tygrysizm"), no a "Młody Spengleryzm" to był w sumie żart z początków naszej na niwie działalności, bo ja naprawdę młody już nie jestem i nikogo też z powodu zgrzybiałego wieku przecie odpędzać nie będę.

Jednak niedługo po tym, jak swoją filozofię nazwałem "Tygrysizmem" zorientowałem się, że, choć nieczęsto, jednak daje się w świecie, także w sieci, znaleźć innych "Tygrysistów", i to są nieszczęsne ogłupione głupki, alternatywnie ubeckie syny, wyznające doktryny stręczone przez niejakiego Krzeczkowskiego, o którym ładnie napisał, niczego nie pozostawiając mglistym domysłom, Coryllus (i tutaj akurat nie mam wątpliwości, że nie snuje własnych sennych majaków, jak w paru innych miejscach).

Ja też zresztą tutaj kiedyś, na podstawie tego właśnie tekstu Koryły, napisałem, bo to sprawa zaiste wstrząsająca. Ten Krzeczkowski był po prostu kacapski agent - który "podziekował za współpracę, bo mu się nie podobała sowietyzacja polskiej armii" (pacz pan!) i zaczął tłumaczyć książki, dla chleba, a w wolnym czasie wychowywać młodzież...

Do jego wychwanków należą np. Wołek, Hall, Wielomski (chyba też trochę K*win)... Z tego co kojarzę to "Ruch Młodej Polski" był zapłodniony jego (ach!) ideami... A więc i... poniekąd Tusk... Fajnie? I  pisać też własne rzeczy zaczął, po tym jak się z własnej woli, pod wpływem moralnego impulsu, a jakże, rozstał z LWP i ruską agenturą, Które to rzeczy mu, o dziwo, w tym prlu wydawali. Krótko mówiąc Ojciec i Stwórca polskiej powojennej prawicy. Chyba wszystko jasne?

No i paskudna sprawa jest taka, że ten Krzeczkowski... Pedał skądinąd, choć przecie jakoś tę młodzież - i to JAKĄ! - musiał do siebie przyciągać, prawda, więc Sherlock by się sam tego domyślił. No i w końcu mu wydawali, dawali zlecenia... Na zarobek znaczy. Starczy! Więc ten Krzeczkowski nosił wśród tych swoich słodkich chłopaczków ksywę "Tygrys"...

Ciekawe dlaczego, ale już tego chyba dziś nie dojdziemy, a jego ideologia, wyrażona, jak czytałem, w książce o uwodzicielskim zaiste tytule "Proste prawdy", nosi w związku z tym uwodzicielskie miano "Tygrysizmu". Nie "stosowanego", ale jednak "Tygrysizmu". ("Stosowany" to jest Marksizm/Leninizm, stąd nasz drobny żarcik, któren jednak stał się po jakimś czasie rzeczywistością, ach!)

Swego czasu, lata temu, szukałem w Googlu co jest w sieci o "Tygrysiźmie" i znalazłem dwoje młodych ludzi, osobno, którzy się do wyznawania "Tygrysizmu" przyznawali. Najpierw się dziko ucieszyłem... (Swoją drogą - co byście powiedzieli na tygrysiczne koszulki na to lato? Nosiłby to ktoś? Dałaby mu żona na kupienie takiej? Jak was znam, to pewno pytam bez sensu.)

Ucieszyłem się, a zaraz potem dowiedziałem się o tym Krzeczkowskim i humor mi się nieco zepsuł. Tylko dwóch, jakichś nieznaczących lemingów na Fejzbukach, ale - choć moim skromnym, nawet z tą niesamowitą popularnością mojego bloga, miałbym szansę tamten fałszywy sowiecki "Tygrysizm" przykryć czapkami, tylko trzeba jednak pamiętać, że on istnieje... A w każdym razie udaje że istnieje - ten "inny Tygrysizm", fałszywy do szpiku kości, Z KTÓRYM MY ABSOLUTNIE NIC WSPÓLNEGO NIE MAMY... I to by było na tyle tej dygresji.

* * *

Kiedy tak w końcu wróciliśmy to wątku głównego, widzimy, że długie nam się to zdążyło zrobić, zresztą jedną b. ważną sprawę sobie już wyjaśniliśmy, więc nasz wątek główny odłożymy sobie na zaś, niewykluczone że na Św. Nigdy, czyniąc z tego wpisu pierwszy (i niewykluczone jedyny) odcinek czegoś co naprawdę warto by było powiedzieć, bo to poniekąd wstęp do propedeutyki Tygrysizmu (tego PRAWDZIWEGO I NASZEGO), choć zaczyna się od Fairies i Banshees wybrzdąkiwanych na tenorowym banjo i ogólnie, jak to u nas miałby formę lekką i gawędziarską, chwilami zaś może nawet i figlarną.

* * *

A gdyby ktoś chciał wiedzieć o jakie banjo chodzi, to niech sobie poszuka na YT "Irish banjo", albo kliknie na linek poniżej. To wprawdzie nie ja, ale o takie coś właśnie chodzi. (Jak coś, to ja nie jestem gorszy od tych ludzi, od tej kobiety od "Króla wróżek" nawet zdecydowanie lepszy, choć fakt, że ta piękna melodia akurat na tenorowym banjo niespecjalnie leży pod palcami. No i ja poza tym gram też na paru innych rzeczach. Fakt, że istnieją zawodowcy jeszcze o wiele lepsi. Na razie.) Tu macie linki:

https://www.youtube.com/watch?v=BzQa1xgUIIE

https://www.youtube.com/watch?v=8Oburlh8BwY

https://www.youtube.com/watch?v=W65ja1OrDpc

Tak więc, na razie ¡Hasta la próxima! (I pamiętajcie o tym fałszywym "Tygrysiźmie"! Przynajmniej dopóki cały świat o nim nie zapomni, o co się powinniście modlić.)

triarius

wtorek, marca 15, 2016

Populizm i jego przeciwieństwo

Przeciwieństwem tego "Populizmu", o którym się tak chętnie dzisiaj opowiada, nie jest wcale Demokracja, Rozsądek, Umiarkowanie, Powszechny Dobrobyt, czy jakieś Wszyscy-Trzymają-Się-Za-Ręce-I-Kwiczą-Ze-Szczęścia, tylko po ROZPASANY TOTALITARNY BIUROKRATYZM.

triarius

niedziela, marca 13, 2016

Że na odmianę coś napiszę (i po polsku)

Obejrzałem ci ja sobie pierwszy raz w życiu sitcoma pt. "Community". (Po naszemu też się tak wabi, co jest rzadkie i cenne.) Leci to w moim pakiecie od lat, ale jakoś nigdy nie miałem na to ochoty, choć sitcomy pasjami lubię. Jeśli są dobre, oczywiście. Albo przynajmniej średnie, a wtedy sobie czasem gnuśnie, bo mam b. podzielną uwagę.

No i powiem wam ludzie, że to co zobaczyłem było b. fajne. Śmieszne i z pewną głębią, oraz drapieżnością. Powodem, dla którego nie miałem nigdy ochoty tego oglądać jest chyba to, iż tak występuje, jako główna postać, taki stary pierdoła, wieczny student. Bo też to "Community" to taki b. marny prowincjonalny uniwersytet, czy jak to nazwać.

No i ja niespecjalnie, z jakichś nieznanych mi powodów, lubię dowcip polegający na naśmiewaniu się ze starości, a już specjalnie, kiedy taki starzec w dodatku jest student. Tego tam pierdołę gra, nawiasem, niejaki Chevy Chase - znany komediowy aktor, ale w tym stadium swego życia, i być może dzięki cwanej charakteryzacji, wyglądający naprawdę pierdołowato.

Z tym, że w owym odcinku, co ja go widział, nasz pierdoła naprawdę błyszczał. Wygłosił dwie cholernie mało politpoprawne kwestie mianowicie, które mnie szczerze ubawiły i którymi z wami, kochane moje ludziaczki, się zaraz podzielę.

Jedno to było, że golenie u fryzjera to "przyjemność z dawno minionych czasów, kiedy mężczy?ni (jakieś gówno mi się włącza na kąpie i nie mogę normalnie napisać tej litery, co tu powinna być, a w tej chwili w ogóle nie mogę, bo kąp przepracowany) byli mężczyznami, a kobiety praczkami i sprzątaczkami". Niedługo potem stwierdził, że "National Geografic jest fajny, bo tam są cycki nietknięte ręką białego człowieka".

Cholernie mnie to rozbawiło, bo też do tych afrykańskich cycków tęsknię i mógłbym zresztą na ich temat napisać spory esej, oczywiście genialny, bo to co oni tam teraz w tej zleberalizowanej Afryce wyprawiają, a na froncie cycków szczególnie, to obłęd i paranoja! I tak sobie pomyślałem, że gość, ten Chevy Chase, ta pierdoła, natchnął mnie pewną ideą.

Otóż nieco niepokoję się moimi przychodami, kiedy już będę tym zdrowym i jurnym stulatkiem. (Jeśli, oczywiście, to się znacznie wcześniej dokumentnie nie zawali.) I tak sobie pomyślałem, że mógłbym przecie być takim gościem, którego zapraszają (za pieniądze) na różne tam przyjęcia, partaje, wieczory kawalerskie, a ja po prostu sobie lu?no gadam, i to jest odbierane jako niesamowity stand-up występ, gwałcący wszelkie reguły politprawności.

Ci ludzie by się wstrząśli i, zszokowani, że takie coś w ogóle jest możliwe, ubawili by się setnie, a na drugi dzień obudzili by się z potwornym kacem - choć to akurat nie z mojego powodu - i ze swoją codzienną politprawnością, do której by już znowu, na długie lata, lub na całe życie, powrócili, przekonani, że to normalne, że tak musi być, a fakt, że całe to @#$& życie im kurewsko doskwiera i jest nie do zniesienia, wynika z jakichś całkiem innych przyczyn...

Albo w ogóle clubbing, wóda i narkotyki, żeby nic nie czuć, żeby nie myśleć. No więc tak sobie fajnie wymyśliłem i wydaje mi się, że to może działać. Przynajmniej pod warunkiem, że jakimś stuletnim starcom pozwoli się jeszcze w ogóle żyć,

Tyle że, jak to zaobserwowałem przez wszystkie te lata w Szwecji - o ile zwykły, grzeczny i potulny obywatel jest przez waadzę i jej wiernych czynowników bez przerwy tarmoszony (za przysłowiowe pejsy) i pouczany, to jak np. irański emigrant się wkurwił (że za mało zasiłku, co jednak nie oznacza, by K*winy tego świata miały rację!) i przypierdolił urzędniczce maszyną do pisania, to waadza zdębiała i zapomniała języka w gębie, a gość zapewne dostał co chciał i więcej nikt mu nie podskoczył.

Więc może być i tak, że wy, kochane ludzięta, zostaniecie zutylizowani zanim osiągiecie piękny wiek, jaki wasz oddany ma dzisiaj - natomiast wyżej wymieniony dożyje sobie lu?no dwustu lub trzystu lat, występując od czasu do czasu na przyjęciach i wieczorach panieńskich... I wszyscy będą szczęśliwi. (A o politpoprawności TEŻ potrafiłbym napisać esej. Spróbujcie mnie zachęcić, żeby mi się chciało!)

* * *

Nawiązując do starczej pierdołowatości, to to, co się obecnie dzieje w Ameryce na froncie kampanii wyborczej, tej przedwstępnej, zapładnia człowiekowi umysł i w ogóle. Na przykład to, iż faworytem młodzieży jest gość po prostu stary i dość, powiedzmy sobie, na oko pierdołowaty, mniejsza już o to że - nie bójmy się tego słowa - Żyd... (Choć może powinniśmy się bać?) Nie że coś, ale pono Żyda tam dotąd na stolcu prezydenckim nie było. (Co za niezwykły kraj i patrzcie państwo jak się czają!)

Także to jest przedziwne, że podstarzałego kandydata gorąco popierają młode murzynięta. W końcu amerykańscy Murzyni normalnie za Żydami, mówiąc eufemistycznie, nie przepadają. (A kto przepada?) Z drugiej strony, co oni mają do wyboru - ten gość, albo ta koszmarna Clintonowa. No bo przecie mówimy teraz o lewicy, więc na pewno nie Trump.

(Jeszcze nie teraz. Potem się ew. zaczną przestawiać, jak to bywało w historii.) Sam wolałbym tego Bernie Sandersa od Clintonowej, i nie tylko dlatego, że jest stary, co mamy wspólne - bo w końcu on pierdołowaty, a ja nie.

Tyle, że to nie jest tak, iż oni z bólem serca na niego, żeby nie Clintonowa. Tam jest autentyczny entuzjazm i masa bezinteresownego działania dla sukcesu tego Berniego. Że gość niemal komunista? A co to szkodzi młodym lewizującym? Zresztą czym się dziś różni rasowy komuch od autentycznego leberała, że spytam? A jeśli, to na czyją korzyść?

Ta Clintonowa zaś to sama esencja leberalizmu, więc...? Zresztą dzisiejsza sytuacja, z Putinem na czele, jest właśnie taka, że Rosji na rączkę będzie raczej robić "prawica" - ta "zwykła", szemrana, przeżarta agenturą, "pospolita odmiana ogrodowa".

Ta dla bezmyślnych głupków (mięso armatnie) i cwanych cynicznych skurwieli (K*winy tego świata) - nie zaś w miarę uczciwa lewizna. (Jeszcze można wspomnieć o warstwie pośredniej, czyli świrach z przerostem kory, co NIE jest zaletą, i pieprzem w tyłku. Jak np. GPS na szalomie. Sierżanci liberalnego rewizjmu.) Że komuchowaty Bernie będzie koszmarny w sprawach międzynarodowych, co i w Polskę uderzy?

A można być w tym gorszym od Obamy? (O tym właśnie chciałem w związku z tą giełdą. W szerokim kontekście rozkładu Zachodu itd.) I czy Clintonowa miałaby być od Berniego lepsza? Nie jestem przekonany, a raczej jestem w drugą stronę. Trumpa, mimo wszystko, bym zdecydowanie wolał, jakąś inną ogrodową "prawicę" też, choć z mniejszym zapałem, ale jak mam wybierać między Bernim i tą babą, to jednak wolę Berniego.

Oczywiście mogę co do Berniego nie mieć racji - jak np. pomyliłem się co do Franciszka. Choć co ja o nim wiedziałem w dniu jego wyboru? Wyraziłem wtedy tylko nieśmiałą nadzieję, którą życie, przy pomocy Szatana, w przykry sposób zaraz potem zweryfikowało. Ogólnie przecież TEGO WŁAŚNIE się w historycznej perspektywie spodziewałem, więc summa summarum Tygrysizm Stosowany jak zawsze górą!

* * *

Chciałem wam jeszcze opowiedzieć trochę o giełdzie (nie próbujcie tego w domu!) i fajnie to powiązać z sytuacją w Ameryce, ale to może innym razem. (Czytaj nigdy, bo tak jest z 99,8% moich błyskotliwych pisarskich pomysłów. I dlaczego miałoby być inaczej?)

* * *

No to tylko na koniec powiem wam, że "Sturęki" Rolex napisał właśnie absolutnie znakomity tekst, któren oto:

http://hekatonchejres.salon24.pl/701373,wilkolaki-sa-na-swiecie

W sumie zawsze dotąd uważałem Rolexa za takiego trochę Toyaha, choć może jeszcze bardziej gładko-profesjonalnego, a mniej gryzącego sercem. Czyli że super pisanie, ale dla mnie nieco jakby zbyt gładkie i...

Nie do końca aż Tygrysiczne (if you know what I mean). A tu paczpan, totalne zaskoczenie! Tekst drapieżny, głęboki i dający do myślenia jak cholera, a do tego jeszcze hiper-profesjonalnie zrobiony. Także w sferze obrazkowej, która jest tam całkiem fas-cy-nu-ją-ca!

Jak już przeczytacie, to można by porozmawiać o tych Prusakach, bo to, wiecie - z jednej strony wróg nasz na wieczne czasy i od zawsze (cholerni zgermanizowani Słowianie, z dodatkiem francuskich hugonotów zresztą), czego nie można ignorować i od czego nie uciekniemy, z drugiej jednak mamy też "Duch pruski i socjalizm", z którym pod wieloma względami trudno się nie zgodzić...

Z tym, że oczywiście taka dyskusja jest ryzykowna z tego powodu, że tam zawsze w tle będzie wystawiał łeb Adolf H. - któren nie tylko nasz wróg i kat, ale na którego wolno tylko pluć, a żadnych trze?wiejszych nieco analiz nielzia! Z z drugiej strony mamy Merkele tego świata, o których raczej tylko dobrze, lub co najwyżej średnio...

Więc dyskusje o Prusach, jeśli miałyby być otwartym tekstem, który rozumie Merkela i te wszystkie super-komputery popodłączane do dronów Obamy, są raczej trudne. A w końcu komputera wygrał właśnie z mistrzem GO, więc naprawdę musimy się wysilić i jeszcze tu podnieść poziom. Nie da się od tego wniosku uciec, więc: Do boju Ludy!

Choć na razie za naśmiewanie się z Merkeli faktycznie o szóstej rano jeszcze nie przychodzą - sam to sprawdziłem i mam zamiar dalej - więc bez paranoi, ale też to się może zmienić. I to by było na tyle, jak mawiał super gość Jan Tadeusz Stanisławski.

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. Uważać na ogony i drony!

piątek, marca 11, 2016

A nie mówiłem...

... że mam już tu wszystko z góry opisane na każdą okazję? No bo i proszę:

http://bez-owijania.blogspot.com/2014/07/wolny-rynek-towarzyszu-muszka.html

Gratulacje, batony Snickers, salwy armatnie i ładniutkie babcie proszę kierować na adres:

http://triarius.pl

triarius

czwartek, marca 03, 2016

Na wypadek wiosennego Majdanu ośmielam się przypomineć...

Świetny tekst napisał wczoraj Kurak. Dokładnie o to chodzi z tymi podsekretarzami! Linek? Oto proszę:

http://kontrowersje.net/musimy_si_nauczy_dystansu_bez_tego_nie_ma_poczucia_warto_ci

Ja nie jestem ani taki płodny, ani taki popularny, ale swoje zalety chyba taż mam. Na przykład taką, że z mojego dziesięcioletniego blogaskowego dorobku można sobie wybierać różne perły i rodzynki, które, o dziwo (jakie znowu "o dziwo", to wszystko było w planie!) nabierają coraz większej aktualności.

Na przykład taka sprawa, że niektórzy obiecują nam rodzimy Majdan tej wiosny. Nieładnie z ich strony oczywiście. Na to jednak różna krewka młodzież - i tym razem nie mówimy o emerytowanych stalinowskich ubekach z żonami - nawet się cieszy, no bo nas będzie więcej i tamtych, mówiąc oględnie, czapkami nakryjemy.

To akurat fakt i tak się stanie, tylko że prawdziwi macherzy, których na ulicach raczej nie będzie, a jeśli to nie pod transparentami KODu i bez podskakiwania, właśnie na to liczą. Czyli na to, że my im... Tentego...

Wciry krótko mówiąc, na co oni się oczywiście od dawna proszą, a jak my im te wciry, to nam przyjaciele ze wszystkich stron, a w każdym razie z jednej, zrobią bratnią pomoc i oni w tej sposób spowrotem do żłobu.

I to, nie da się ukryć, jest scenariusz względnie prawdopodobny, zresztą chyba ludzie sobie z tego zdają sprawę, bo na razie nikt  tych paskudników, mimo że to gorsza targowica do kwadratu (bo "po prostu gorsza targowica" to była przecie "zwykła" Platforma) z buta jeszcze nie potraktował.

KOD KODem - tymi świrami na tytanowych biodrach nikt by się nie miał powodu przejmować, ale bratnia pomoc to już sprawa nieco poważniejsza. (Choć oczywiście zgoda, że nasi przyjaciele mają własne spore problemy, które im nudystka Merkela, gościnnie frontem stając do egzotycznych ludów, na łeb spuściła.)

A do tego, jak ktoś słusznie w komęcie u Kuraka zauważył, są jeszcze, równie ubeckie, ale zamiast tytanowych bioder mające broń maszynową i temuż podobnież, agencje ochrony. W każdym razie niesamowitej, jak mi się wydaje, aktualności nabierają moje nie-tak-dawne teksta o rodzajach agresji, a jeszcze chyba większej nieco dawniejszy moj tekst pt. "Polska kraj WiPoW". Do którego, gdyby ktoś się poczuwał, linek tutaj oto:

http://bez-owijania.blogspot.com/2011/07/polska-kraj-wipow.html

(Wiem, że mało kulturalnie robię z tymi linkami, bo powinno być śliczne hasełko, tytulik czy coś, a linek żeby zadziałał po kliknięciu, a nie żeby było widać wszystkie bebechy, ale na wsiakij słuczaj wolę, żeby to się także w razie czego dało skopiować i wkleić. To się chyba nazywa "rewolucyjna czujność".)

triarius

poniedziałek, lutego 29, 2016

Widać komu skąd nogi wyrastają

Wyciągnąłem ci ja parę dni temu z ogromnego stosu małą pomarańczową książeczkę i zacząłem ją czytać, bo akurat miałem ochotę na tę problematykę. (Którą zresztą ogólnie lubię, choć jej szerszy, żeby to tak określić, kontekst mnie raczej mierzi. Jak mi wszelka martyrologia - no, chyba żeby to była martyrologia komucha.)

Książeczka nosi tytuł, który po przetłumaczeniu z francuskiego na nasze brzmi "Sowiecka teraźniejszość i rosyjska przeszłość". Autorem jest znany Alain Besançon, tyle że jeszcze b. młody, bo ta książka została wydana w roku 1976. (Jest jego zdjęcie na tylnej okładce i dałbyś głowę, że lewak. Ale to złudzenie.)

Gościa oczywiście znam od niepamiętnych czasów i trochę go czytałem, bez wstrętu, albo i lepiej, ale jakoś nie pamiętam, bym wprost dostawał orgazmu. Tym razem jednak... Byłem naprawdę blisko. Książeczka to zbiór krótkich artykułów na temat Rosji, Sowietów i związków między nimi, oraz dość krótki, ale jednak, wykład z sowietologii.

No i jest to naprawdę super. Analizy takie subtelne, ale nieoderwane od życia, że niemal mógłbym to nazwać Tygrysizmem Stosowanym. Żadnego w sumie ideologicznego odchyłu nie daje się dostrzec, a w jednym miejscu gość nawet wprost cytuje Spenglera definicję "pseudomorfozy" i stosuje pewną wersję tego pojęcia do Rosji. I wcale się na Boskiego Oswalda przy tym oczywiście nie wykrzywia, bo jakby się wykrzywiał, to my byśmy go tutaj przecie nie chwalili.

Jeszcze mi trochę tego wykładu o sowietologii do przeczytania zostało, ale na pewno ta książeczka, oraz jej ew. rodzeństwo i kuzyni, powinna być dostępna po polsku... Itd., itd. Ale ja nie o tym. A o czym, spyta ktoś (i niewykluczone, że będzie to nasz dobry znajomy Niewierny Tomasz, albo może nawet nieco już zapomniany Napierniczak-idiota).

Ja o tym, mianowicie, że wczoraj tam przeczytałem. Opowiada mianowicie nasz drogi Alain jak to Sowieci robią Zachód w ciapka za pomocą "układów", które Sowietów do niczego nie zobowiązują, natomiast ze strony Zachodu jest to za każdym razem uznanie aktualnego status quo, stanowiące platformę do kolejnej fazy natarcia. (Warto się nad tym zastanowić, bo to błyskotliwa i głęboka myśl.)

No i tam jest takie zdanie, które wam tu, ludzie, przetłumaczę absolutnie wiernie. Oto: "Od kilku lat dychotomia socjalizm-kapitalizm, dychotomia nie mająca sensu poza [komunistyczną] ideologią, po trochu zaczyna być nieco akceptowana przez opinię publiczną i prasę europejską."

Autor tej książki nie wspomina nigdzie, przynajmniej na razie nie znalazłem, ani Korwina, ani jego stada przygłupich korwiniątek - a jednak, jeśli ma rację, a sądzę że ma, to jakby nieco było widać ską komu wyrastają nogi i w jakiej glebie ten i ów ma swe korzonki. N'est-ce pas? I to by było na tyle.

triarius

P.S. Lubię was ludzie i nie chcialbym, żeby się wam, w tych podłych (globalnie, bo u nas na razie sama słodycz) i coraz niebezpieczniejszych czasach, stała jakaś krzywda. Zatem jeśli ktoś z was, jakimś cudem, jest w posiadaniu wolnych 20 dolarów, lub równowartości, a do tego kojarzy tę współczesną lingua franca, jaką jest mowa piratów z Wysp Brytyjskich, to polecam to: https://www.secureinfossl.com/affProgram/60-Minute-Self-Defense/92732/bezo001

Ten gość, nazywa się Damian Ross, naprawdę się zna, a ten serwis na temat realnego bicia brzydkich ludzi to mój ulubiony, obok TFT, i chyba w ogóle najbogatszy w treści ze wszystkich tego typu. Ja tam jestem Full Member od wieków, więc nie wduszam wam czegoś na oślep.