środa, listopad 11, 2009

Przeklęty kraj...

Refleksja związana ze świętem 11 listopada:

Przeklęty kraj, gdzie w czasie państwowych świąt, zamiast prawdziwej armii pokazuje się ludziom gromady przebierańców! Tym bardziej, gdy te gromady przebierańców zdają się być silniejsze od owej nieszczęsnej armii.

* * * * *

Przeklęty kraj, gdzie fakt, że aresztowanego znaleziono powieszonego, telewizja komentuje w pogodnym tonie: "Taki a taki wymierzył sobie sprawiedliwość", a zidiociały lud łyka to bez słowa protestu! Darujcie, ale fakt, że cela w tymczasowym areszcie nie była monitorowana, nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem - po prostu nie należało kogoś, kto mógłby "sobie wymierzyć sprawiedliwość", umieszczać w niemonitorowanej celi. Zakładając nawet, że to było "sobie wymierzenie sprawiedliwości", na co nie ma najmniejszego dowodu.

Ktoś za tę śmierć odpowiada i ktoś powinien za to ponieść konsekwencje - jak w każdym przypadku, gdy umiera więzień czy aresztant. (To samo dotyczy zresztą np. śmierci Miłoszewicza w "europejskim" więzieniu, w której równie "europejskie" władze oczywiście nie znalazły nic podejrzanego. Ja jednak znajduję.)

Najobrzydliwsze jednak jest skurwienie ludu, który to wszystko łyka bez słowa. I aż zabawne jest widzieć, jak szybko ta dzisiejsza władza może sobie pozwolić, by od pierwszej propagandowej podpuchy dla ubogich duchem - w rodzaju medialnej kampanii przeciw internetowym pedofilom, co to wymieniają się przez sieć choćby RYSUNKAMI przedstawiającymi nieletnich - przechodzi do konkretnych działań - w rodzaju reglamentowania dostępu do internetu dla całości plebsu.

A zresztą, czemu się dziwić, skoro lud, często z rzekomą "prawicą" na czele, łyka to wszystko jak głodny pelikan ryby? Lud zresztą łyka różne brednie - także taką, że mogłoby istnieć imperium (a Europejska Unia JEST imperium, choć pokracznym i i na zewnątrz słabym), w którym nie byłoby kary śmierci. Oficjalnie, z tego co kojarzę, nie było jej np. pod koniec istnienia carskiej Rosji, a jednak władza miała sposoby, by uśmiercać tych, których uśmiercić chciała i na których nie wystarczała jej zsyłka. Mówię o knucie.

Tak samo "u nas w Europie" - kara śmierci jest nie do pomyślenia, a jednak, jak twierdzą ci, co czytali lezboński traktat, jest tam dopuszczona w obronie istniejącego porządku politycznego. Do tego mamy "samobójstwa w niemonitorowanych celach", a jak trzeba, to i w monitorowanych. Nie licząc oczywiście nieszczęśliwych wypadków, nagłych ataków serca, nieudanych operacji...

Stanisław Michalkiewicz pisał o tym parę lat temu bardzo sensownie w tym duchu, że teraz wszelkie tego rodzaju rzeczy tajne służby mogą robić z niewielkim dla siebie ryzykiem WŁAŚNIE DLATEGO, że "nie ma kary śmierci"!

To wszystko naprawdę nie jest wesołe ani miłe, jednak przyznam, że obserwowanie i analizowanie tych spraw do dla spenglerysty niezła zabawa. Nie ma więc tego złego!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, listopad 02, 2009

Jeszcze nieco na temat religii...

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż całym celem Vaticanum Secundum było uczynienie z katolicyzmu kolejnej wersji późnego, bezzębnego protestantyzmu - tym razem w stylu jarmarczno-cepeliowskim.

Na szczęście KK broni się jeszcze w kilku bardzo istotnych sprawach, co pozwala mu nadal kibicować. Ale wielkich powodów do optymizmu nie dostrzegam.

* * * * *

Dzisiejsze zachodnie chrześcijaństwo zdaje się polegać na tym, że każdy "wierny" posiada własny zestaw do majsterkowania "Zrób to sam - mały teolog", oraz kilka kartek instrukcji. Na dwóch pierwszych kartkach znajdują się, w zinfantylizowanej i rozwodnionej formie, niektóre tradycyjne dogmaty - wraz z wydrukowanymi tłustym drukiem ostrzeżeniami, by ich nie brać zbyt poważnie.

Na ostatniej kartce jest instrukcja, jak za pomocą zestawu "Zrób to sam - mały teolog" wyprodukować sobie dużo bardziej zaawansowany zestaw "Zrób to sam - mały deista". Kiedy sobie nasz zdolny majsterkowicz go w końcu zmajstruje, będzie mógł "Małego teologa" i wszelką tradycyjną religię wyrzucić na śmietnik, lub na dno szafy.

Czemu? Ponieważ w końcu pojmie, że prawdziwa religijność polega na odczuwaniu rozkoszy, kiedy nasze uczucia wibrują w doskonałej harmonii z uczuciami milionów innych ludzi, których uczucia z kolei, jak i nasze zresztą, wibrują w doskonałej harmonii z tym, co mówią nam z telewizji czy gazet różne światłe autorytety, którym na sercu leży dobro ludzkości i które lubi władza.

* * * * *

Polecam to, co napisał w swym komentarzu pod poprzednim wpisem Amalryk. Jest tam nieco jego osobistych refleksji z lektury Spenglera, jak też obszerny i interesujący cytat z Bierdiajewa. Linku się do tego komęta nie da dać, więc anonsuję. Oczywiście wszystkim innym komentatorom (!) też bardzo gorąco dziękuję i proszę o jeszcze!

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, listopad 01, 2009

Końska Liturgia i Kościół Katolicki

Na początek remanenty i sprawy organizacyjne. Nie wiem czy to widać, ale pisać od urodzenia nie znoszę. Kiedyś, kiedy naprawdę nic się w moim życiu nie działo, a miałem masę wolnego czasu, postanowiłem stworzyć tego bloga - raz żeby sprawdzić, czy w ogóle potrafiłbym działać jako przyzwoitej klasy publicysta, dwa żeby wylansować Roberta Ardreya.

Roberta Ardreya, którego, jak to mówiłem wielokrotnie, uważam za absolutną PODSTAWĘ jakichkolwiek prawicowych poglądów. OK, ktoś kto dzień w dzień grzebie się w koniach częściowo arabskich może faktycznie wie na takie, związane z biologią, tematy więcej od kogoś, kto z biologią ma kontakt jedynie za pośrednictwem lekarstwa na zgagę, a w porywach za pośrednictwem kastrowanego kota swojej ciotki. Ta różnica nie jest jednak moim zdaniem aż tak wielka (jakieś 15% góra).

Dodatkowo, nawet gdyby taki ktoś był w sprawach o których Ardrey mówi skończenie mądry, to i tak nam to nie wystarczy. Rzecz w tym, że do sensownej debaty trza mieć uzgodnione definicje - to absolutna podstawa! - ale nie tylko. Ponieważ życie jest krótkie, a doba zazwyczaj nie ma więcej niż 35 godzin, istotne są pewne intelektualne prefabrykaty, że tak to określę. Ja też bym się aż tak często nie powoływał na Spenglera, czy kogo tam, gdyby nie to, że wtedy po prostu ktoś kto też przeczytał i zrozumiał, od razu ma, w pigułce, cały skomplikowany często wywód. I od tego miejsca możemy dalej maszerować.

Oczywiście ten prefabrykowany wywód, do którego dostęp uzyskujemy za pomocą słowa kluczowego (keyword, tag) - powiedzmy "Prawda w sensie spenglerycznym" - też nie musi być w całości bez żadnej krytyki akceptowany. Możemy sobie go ew. dyskutować, próbować uzgodnić, co w nim komu nie do końca pasuje, jak by należało zmienić itd. Jednak TAK WŁAŚNIE wygląda życie intelektualne - gdyby było inaczej, za każdym razem musielibyśmy "wynajdować na nowo koło" i np. zamiast rzec "to jest coś w rodzaju świata platońskich idei", musielibyśmy napisać samemu Timaiosa i większość pozostałych dzieł Platona.

Albo jakieś ich odpowiedniki, w każdym razie alegoria o cieniach w pieczarze musiałaby być zaserwowana w całości, bo bez tego nijak. Dlatego też, skoro poszedłem już w tą (istotną!) dygresję o znaczeniu Ardreya, z naciskiem podkreślam, że upieram się przy jego ważności, a jeśli komuś czytanie po angielsku wciąż sprawia trudności, to niech się, do kurwy nędzy, nauczy, albo wynajmie sobie studenta. Ba, nawet absolwenta może se wynająć, skoro podobno bezrobocie wśród absolwentów uczelni (są jeszcze takie w tym nieszczęsnym kraju?) wynosi obecnie 44%.

Do czego zmierzam? (Bo zawsze zmierzam, choćby to nie było na pierwszy rzut oka oczywiste!) Do tego, że jak to widzę, dyskusja, choć dyskutantów niezbyt wielu, jest tu o wiele bardziej interesująca od samych moich wpisów. Przynajmniej dla mnie. Tym bardziej, że ten ostatni cykl to czysta perwersja, bo do istoty sprawy nie dojdę w tym ziemskim życiu, w reinkarnację trydenckiemu katolikowi nie wypada przecież wierzyć, a to co na razie jest to pozbawione formy przemądrzałe wywody na tematy, które aż się dziwię, że kogoś zainteresowały.

W końcu jeśli naprawdę ktoś lubi czytać, co ja... Zamiast podać w ogromnym skrócie jak to od katolicyzmu nasza cywilizacja przeszła do różnych pokracznych religii w rodzaju "Religii Nauki", czy "Religii Praw Człowieka", oraz jak się do tego mają wierzenia w rodzaju wiary w "Wolny Rynek"... Więc jeśli ktoś lubi czytać, co ja zrozumiałem z rozróżnienia Spenglera między Prawdami i Faktami (i całą masą spraw, które się z tymi dwiema ściśle wiążą), to powinien se przeczytać samo Magnum Opus, a potem ew. ze mną na te tematy podyskutować.

Może ten mój wieloodcinkowy wywód miał jakieś zalety, ale miał też i wady. Na przykład kompletny brak formy i chaotyczność. Co było przy takiej formie nie do uniknięcia. Naprawdę nie przyjmuję zarzutu, który tutaj jeden z komentatorów postawił, że mam nieuporządkowany umysł - raczej przeciwnie - ale tak to może wyglądać. Kiedyś faktycznie pisywałem coś, co można było uznać za w miarę dopracowane felietony (minus korekta, minus cięcia redakcyjne), ale już dawno przestało mnie to bawić. (Tak samo, jak pisanie limeryków czy świńskich fraszek. A miałem kiedyś krótki okres, kiedy się sprawdzałem w takich dziedzinach i, thank you very much! - nieźle szło. Niektórzy to wiedzą. Ale dzisiaj bym już nie potrafił, bo i mi nie ma powodu zależeć.)

OK, w sumie chciałbym rzec, że bardziej mi się na tym blogasku podoba dyskusja w komętach, niż sama treść (żołądkowa). Może by po prostu zamiast blogaska założyć forum, na którym by się dyskutowało różne sprawy? Nie znikałoby to tak łatwo jak tutaj - gdzie jeden pisze pod odcinkiem 3, a inny pod odcinkiem 5, i nigdy się nie spotkają... Co jest, przyznajcie, durne!

Oczywiście dłuższe wpisy też by się tam, na tym forum, dało wpisywać. W sumie byłoby po prostu lepiej. Albo też, radykalnie - zlikwidować tego blogaska... Względnie zostawić go odłogiem. I tyle. I pogadać se w razie czego na Skype. (Mówię popisać, przynajmniej na razie bo mam coś z kartą dźwiękową i nie chodzą mi mikrofony.)

W podsumowaniu powyższego, zacytuję to, co mi tu w komęcie wpisał Amalryk:

Trochę na boku, ale do rzeczy; przypomniałem sobie słowa z przedmowy do "Historii wierzeń i idei religijnych" M.Eliade "(...)przez wiele lat planowałem wydanie dzieła krótkiego i zwartego(...)Niestety, owa księga, krótka i zwięzła, jeszcze nie powstała(...).
Dokładnie tak to tu było! Z jednej strony mi wstyd, że wyszedł taki kulfon. Z drugiej dziwię się, że tylu bystrych ludzi tego kulfona jednak doceniło, więc może jakąś tam wartość on jednak ma?

Jeśli ktoś coś ma do powiedzenia na temat mojej sugestii forum, czy czegokolwiek, bardzo proszę! Pamiętajcie też, że to ostatnie lata takich figlów w sieci, więc jeśli ktoś zamierza wnukom kiedyś (na ucho oczywiście) opowiadać, jak to knuł i podgryzał korzonki Globalnego Państwa Ojromrówek, to ma tu jedną z ostatnich okazji. Oczywiście po drodze będzie musiał uniknąć rozpoznania Europejskiej Schizofrenii Bezobjawowej i wynikającej z tego eutanazji, ale to już nie mój problem.

* * * * *

No dobra... Żeby nie było, że ja tu tylko własny ogon konsumuję i zajmuję się wyłącznie sprawami organizacyjnymi...

Od niedawna zacząłem się uczyć portugalskiego. Dlaczego? Toć coś trzeba na starość dłubać, a w dodatku ten język mnie fascynuje od dawna swoją niesamowitą fonetyką (jakaś być może pre-indoeuropejska, niewykluczone Cro-Magnon, łał!), do tego Boska Amália, do tego BJJ. A mam tu akurat bardzo fajnego młodego Portugalczyka - wygląda jak lewak, ale wydaje się być b. sensowny. (Mam niepłonną nadzieję, że to nie taki meksykański student, który swego czasu przynęcił się do Trockiego. Jak coś, to będziecie wiedzieć!)

No i tak sobie się rozglądać, gdzie by tu złapać więcej tej dziwnej i fascynującej luzytańskiej fonetyki... Aż tu okazało się, że na takim ojrokanale dla lemingów o nazwie "Euronews" naprawdę działa wybieranie podstawowego języka! Wiec tam gadają różne lemingi i europejsy w różnych narzeczach, ale lektor gada po luzytańsku właśnie. Fajne!

Treści oczywiście (żołądkowe) są takie, jakie uwielbiają lemingi, natomiast faceci w moim stylu znacznie mniej. No, ale za to człek poznaje co oni tam mędzą. (Jakby i tak nie wiedział!) Mimo wszystko jednak te lemingopejsy przed chwilą mnie zapłodniły, a w dodatku ta sprawa ma związek z moim światłym tekstem o Historii Religii.

W dziale "Kultura" ci lemingopejscy manipulanci pokazali mianowicie coś, co się nazywało "Liturgie Equestre", czyli "Końska Liturgia" (albo może "Konna"). I były to takie różne sprawy jak "Cesarska Wiedeńska Akademia Jeździecka" (czy jak się tam to po naszemu nazywa), tyle że na awangardowo i nowocześnie. Więc takie piękne, tłuste hiszpańskie ogiery, a na nich młode niebrzydkie kobietki z długimi końskimi ogonami... Ujeżdżanie w takiej rokokowej formie - konie tańczą, tworzą zbiorowo różne dynamiczne wzorki. Żadnego szarpania, żadnego skakania przez wysokie przeszkody - za to capriole i courbetty. Do tego tzw. "klasyczna" muzyka, z Bachem włącznie.

Różne takie, w zamierzeniu awangardowe, całkiem na oko zresztą niebrzydkie, rzeczy... Które ewidentnie miały być jakąś... No, może nie całkiem "liturgią", choć kto tam ich wie? Ale w każdym razie wyrafinowaną FORMĄ i jakimś odpowiednikiem tego, co reprezentuje Kościół Katolicki.

Jaki jednak Kościół Katolicki? Przecież nie ten posoborowy! Tak się składa, że moje gadki o kościele trydenckim to nie są jakieś takie sobie z sufitu wzięte rojenia - ja naprawdę jestem tak stary, że świetnie pamiętam, jak wyglądały... Jak brzmiały i pachniały trydenckie nabożeństwa... I procesje... I wszystko.

Kiedy dziś słyszę kazanie wygłaszane praktycznie gazetowym językiem... Kiedy widzę tę "sztukę sakralną", która swym tandetnym gemütlichkeit mogłaby rywalizować niemal z ogrodowymi krasnalami naszych zachodnich przyjaciół... Kiedy widzę ten knajpiany szynkwas, na którym teraz dokonuje się... Sami wiecie! Kiedy mi mówią, że teraz "ksiądz stoi PRZODEM DO WIERNYCH", a ja widzę, że stoi (excusez le môt) DUPĄ DO OŁTARZA... Naprawdę nie chcę nikomu pluć do zupy, więc nie rozwinę.

Jednak tak mi cholernie brak ks. Wujka i łaciny, prawdziwej sztuki sakralnej (bo ja w tamtych czasach mieszkałem w Krakowie, więc ten kościół był całkiem tradycyjny, żadne tam baraki czy "łódź odrywająca się od ziemi" z betonu piankowego), prawdziwej muzyki sakralnej (chór a capella, organy)... Co ja tu się zresztą będę rozwodził.

Zabawne, powie ktoś, kto mnie już nieco czytał - gada to przecież gość w sumie przecież niewierzący! Zgoda, racja. Jednak zobaczcie - Kościół Katolicki, będący ostatnią i jedyną ostoją FORMY w tym naszym upadającym, amorficznym świecie, DOBROWOLNIE (choć oczywiście nie wiemy, jakie tam były naciski i ilu agentów udało się już do wyższej kościelnej hierarchii wprowadzić przed upiornym V2) z niej REZYGNUJE... Aby się "unowocześnić"... Aby się dopasować do współczesności...

A w jakiś czas potem różne obskurne, semi-totalitarne (mówiąc b. oględnie), zajadle antykatolickie, lewackie po prostu siły - wskakują na jego miejsce, próbują przejąć nie tylko samą ideę LITURGII, nie tylko FORMĘ jako taką, ale zapożyczają po prostu całe wielkie partie z autentycznej (trydenckiej oczywiście, bo posoborowej przecież nie ma!) katolickiej liturgii... W celu DOKŁADNIE PRZECIWNYM do tego, który miał Kościół! No bo nie oszukujmy się - na kanale "Euronews" to nie konie są istotne, nie muzyka Bacha, czy choćby Czajkowskiego - tam się wykuwają WIELKIE IDEE, tam się wykuwa NOWY ŚWIAT, tam się tworzy NOWY CZŁOWIEK...

A Kościół, w imię nowoczesności, w imię obłędnego ekumenizmu, w imię "dotarcia do mas"... Oddał tym ludziom i tym siłom całe pole. Oddając im przy okazji wypracowane przez stulecia środki i formy, bez których tamci mieliby przecież o tyle trudniej! Czyż nie ma w tym czegoś po prostu diabelskiego? Nie mówiąc już o tym, jak cudne spiskowe teorie można by tutaj snuć.

Zaprawdę powiadam wam - upadek, nigdy nie jest piękny, choćby tak nam się mogło wydawać, gdyśmy w przaśnym i szarym prlu czytali o schyłku Rzymu i takich sprawach... A czy może istnieć coś, co ten upadek pokazuje nam dobitniej, niż zestawienie owej "Końskiej Liturgii", tak skutecznie, z pomocą technicznych osiągnięć naszej cywilizacji, lansowanej przez jej otwartych przecież wrogów, z posoborowym kościołem, który dobrowolnie stał się miejscem, które może ewentualnie rywalizować z tym czy owym serialem, z gazetowym horoskopem - ale na pewno nie z jakąkolwiek inną religią, a co dopiero mówić o "Końskich Liturgiach" i - podbijającej dziś, m.in. za ich pomocą, świat - lewackiej, totalitarnej i otwarcie przecież chrześcijaństwu wrogiej ideologii.

Gdybyście jednak, wy - autentyczni, w odróżnieniu ode mnie - chrześcijanie, takie rzeczy zauważali i reagowali, nie byłoby przecież tego upadku... A on chyba po prostu być musi, bo nasza cywilizacja jest już bardzo stara i bardzo zmęczona. Nie podoba się komuś ten determinizm? A czy ja wam ludzie zabraniam pokazać mi, i światu, że on jest fałszywy? Ale jednak NIE pokażecie, jestem tego dziwnie pewien...

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, październik 29, 2009

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 5)

Ach, jakiż długi ten wstęp! A samej historii, o ile w ogóle do niej dojdziemy, będzie malutko. Cóż, czy to raz tytuł jest nie całkiem na miarę? Czy to jeden Tusk obiecuje, by potem nie dotrzymać? Czy ja też nie mogę być postpolityczny? Tym bardziej, że te moje tutaj filozofowania, to taka narracja, tyle że dla intelektualnej (pochlebiam sobie) elity.

A więc, męczmy się, i ew. czytelnika, dalej! Kiedy mówię "Jezus zginął za moje grzechy na krzyżu, a potem zmartwychwstał" - co to jest? Oczywiście to jest Prawda, w sensie o którym tu mówimy, czyli spenglerycznym. Brawo! W dodatku to jest Prawda w swej najczystszej postaci, czyli Prawda Religijna - wprost i bez owijania w bawełnę, jak to się często zdarza.

No a kiedy mówię "Jutro wstanie słońce"? To jest... Oczywiście - hipoteza. (I nie chodzi tu o czepianie się do utartej metafory o słońcu wstającym, kiedy przecież Kopernik... itd.) Jest niemal pewne, że to się sprawdzi, ale jednak nie absolutnie pewne. A poza tym, może dla mnie nie ma to aż takiego znaczenia, by było to dla mnie Prawdą. Zakładam że tak właśnie będzie, bo inaczej zamiast płacić rachunki, pożyczyłbym może tyle forsy ile by się dało, by za nie zorganizować pożegnalną orgię, o jakiej Neron z Lukullusem nie śnili.

Podobnie z tym, że ziemia kręci się wokół słońca - pewnie tak i jest, ale co mi to właściwie robi? Z żadną metafizyką nie ma to dla mnie nic wspólnego, choć przecież... Nie zawsze musi tak być. Dla takiego Giordana Bruno dość analogiczne "odkrycie", że wszechświat jest nieskończony i zawiera nieskończoną liczbę układów słonecznych takich jak nasz, było, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, religijnym olśnieniem. Za które zapłacił życiem, a niewykluczone, że zrobił to ze świadomego wyboru (może nawet to jest wiadome, tyle że nie akurat mnie w tej chwili).

Ze mną jest inaczej - dowolna ilość dowolnie wrzaskliwych Dawkinsów może mi udowadniać, żem ofiarą "samolubnego genu"... Po mnie to jak woda po kaczce. Skoro to gen mną kieruje, to ja jestem ten gen i wszystko w porządku! Podobnie z honorem, patriotyzmem, sensem mojego życia - całkowicie mi wystarcza, że ja to tak czuję, że to są moje... Fenomeny. (O których jeszcze tu nie było, ale zaraz będzie.) To całkiem nie musi być wieczne, niezmienne i absolutne.

Mi to naprawdę nie jest do niczego potrzebne i nawet się nad tym za bardzo nie zastanawiam. Tacy ludzie istnieją! Dlatego tutaj mówię o tych swoich nietypowych cechach. Istnieją, i niewykluczone, że to oni właśnie odgrywają nieproporcjonalnie wielką rolę w historii. A my tu przecież historię mamy opowiadać i analizować.

No dobra, a teraz coś trudniejszego... Kiedy mówię "Wierzę, że jutro słońce także wstanie" - co to jest? A to, moi państwo, jest już FENOMENOLOGIA. Przynajmniej taka, jak ja ją rozumiem. Fenomenologia spengleryczna, bo tej "prawdziwej", to się po prostu, poza całkiem wstępne (i słuszne) stadia, całkiem nie da zrozumieć. I nawet nie o to chodzi, że się nie da - bo gdyby było warto, to należałoby się po prostu wysilić i w końcu zrozumieć... Tu chodzi raczej o to, że po co?

Jeśli nikt nam za to zrozumienie nie da profesury, lub choćby doktoratu, to po co właściwie? Ani nam to w realnym naszym życiu do niczego się nie przyda, ani nic. Czysto jałowa i akademicka działalność, a ten krótki czas, który mamy na ziemi, zdrowy człowiek woli poświęcić na inne sprawy. Życie. Albo właśnie religię. Albo jakąś kombinację obu tych rzeczy.

Wracając do tej naszej fenomenologii dla... Ubogich duchem? No nie. Dla ludzi czynu? Coś takiego. Dla spenglerystów -o, to jest dobre określenie. Więc wracając do niej, wyjaśnię, że to jest tak, iż moje przekonanie o tym, że "jutro słońce także wstanie" (pomijając, jak już rzekłem, różne tam odkrycia Kopernika i nie czepiając się tego, czy to słońce wstaje, czy może ziemia) jest po prostu Faktem. Ja tak naprawdę sądzę, niezależnie od tego, czy mam rację, mój sąd jest rzeczą pewną.

Nie wypowiadam bowiem opinii na temat ISTOTY BYTU, czyli powiedzmy tego, jak tam się rzeczy z tym słońcem NAPRAWDĘ mają, tylko konstatuję fakty, które dzieją się w mojej jaźni. Całkiem obiektywnie się dzieją! Te fakty, które ja w tej mojej jaźni sobie całkiem realnie oglądam, to są Fenomeny. (Skoro stale wracamy do naszego Spenglera, i słusznie, to wypada dodać, że on sam o fenomenologii nigdzie, z tego co kojarzę, nie pisze. Cała ta interpretacja jego filozofii jako swego rodzaju fenomenologii, plus masy innych fajnych rzeczy oczywiście, jest moja własna.)

Może nam się to o fenomenach i fenomenologii do czegoś w dalszym ciągu przyda, a może nie. W każdym razie to kolejny punkt w naszym programie "Spengleryzm dla odpornych na wiedzę", który sobie tutaj na boczku prowadzimy.

OK. Czy, aby wrócić wreszcie do religii, teza że "Jezus zginął za moje grzechy na krzyżu, a potem zmartwychwstał" - będąca w stosowanym tu przez nas sensie Prawdą (a także, jak mi się wydaje, choć do końca tego nie rozgryzłem, Fenomenem) - jest w potocznym sensie "prawdziwa"? Mówię otwarcie - nie mam absolutnie żadnego sposobu by to ocenić! Moje okienko do Bytu Jako Takiego (a o niego tutaj w końcu chodzi) jest całkowicie zamurowane. Nie mówię, że to źle, nie mówię że to dobrze, tak po prostu jest.

Nie wykluczam (hipoteza!), że istnieją ludzie, że istnieją instytucje, że istnieją metody, wyjrzenia przez to okienko i dotknięcia, poznania, ujrzenia Bytu Jako Takiego. I że jego istotną częścią może być akurat wyrażona tutaj przed chwilą teza. Masa ludzi taką możliwość z góry odrzuca. Opierając się przeważnie na argumentach, które same całkowicie nie wytrzymują solidnej krytyki. Ja do nich nie należę. Uważając się za "niewierzącego trydenckiego katolika" (o tej "trydenckości" niedługo zamierzam powiedzieć nieco więcej, i to już będzie coś w rodzaju historii religii), na tyle jestem "niewierzący", że jako Prawdy to w mojej jaźni realnie nie funkcjonuje.

Zaś ta i inne tego rodzaju hipotezy - skoro nie Prawdy - nie są dla mnie osobiście bardzo istotne i nie przyznaję im specjalnie wysokiego prawdopodobieństwa "prawdziwości". Mój tutaj wywód nie jest więc wyrazem jakiejś prawowiernej katolickiej nauki, czy choćby domorosłej filozofii, która by się oglądała na jakąś prawowierność. Mój szacunek do katolicyzmu, dla jego dokonań, dla tego co zainspirował, jest naprawdę ogromny, ale ktoś bardzo żywo w katolicyzm zaangażowany, może nie strawić mojej, z zewnątrz przeprowadzanej i bez dogmatycznych hamulców, analizy.

Naprawdę nie zamierzam tu mówić niczego, co by mogło, w mojej opinii, urazić uszy wierzącego. To co tu już powiedziałem o nauce i Prawdach - w tym religijnych - stanowi raczej niezłą broń dla katolików w walce z agresywnym lewackim ateizmem, z lubością podpierającym się na każdym kroku, uczciwie i nieuczciwie - ale w mojej opinii tak czy tak nieprawnie, nauką. Mniej wrażliwi katolicy powinni traktować moje wywody jako swego rodzaju teodyceę, czyli teologię nie podpierającą się dogmatami, a działającą całkiem "od zewnątrz" i mogącą, dzięki temu, przemawiać także do niewierzących.

Ja na pewno nie zamierzam tutaj, ani nigdzie, szkodzić katolikom, choć nie czuję się zobowiązany, by mówić głosem KK. Tym bardziej zaś dzisiejszego KK! I tutaj dotykamy interesującej kwestii, w dodatku związanej już dość bezpośrednio z historią zachodniej religijności.

Ale o tym, Deo volente, następnym razem.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, październik 28, 2009

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 4)

Nasza blogowa lokomotywa dziejów drży niecierpliwie, sapie, dyszy i dmucha... Maszynista dziejów rusza wajchą, a jego pomocnik węgiel sypie na ruszt, choć od ognia na tym ruszcie łuna bije na całe niebo... Nasza lokomotywa dziejów pali się, rzec by można, do wyruszenia w szaleńczą podróż wzdłuż osi t... W palenisku huczy i sroży się ogień, tak się składa, że późny wnuk tego ognia, który w Kartaginie, w brzuchu żelaznego Molocha... Ach, jakie to straszne! Ach, jakież to rozkosznie podniecające!

Jednak okazuje się, że nic nie jest aż takie łatwe, jakby się z początku wydawało... Mimo ognia, mimo dymu, mimo drżenia i sapania, mimo tej krwawej łuny aż po horyzont.

Nasza historia musi jeszcze trochę poczekać, bo oto podczas przerwy w pisaniu tych odcinków uświadomiłem sobie, że przydałoby się jeszcze nieco wyjaśnień. W czym zresztą pomogły mi niektóre głosy czytelników. Chodzi mi mianowicie o to, że ludzie się niepokoją z jakich ja to pozycji piszę. W końcu o katolicyźmie, a tutaj jakieś takie kategorie nie całkiem nie tylko z katechizmu, ale i żaden Św. Tomasz czy Jan Paweł II. Nie żeby całkiem wbrew, mam nadzieję, ale jednak pewien niepokój wśród niektórych zasiałem.

Wyjaśnię więc... Nie piszę tego z pewnością z pozycji ortodoksyjnego i ściśle trzymającego się na poświęconej ziemi wyznawcy. Mój stosunek do Kościoła Katolickiego jest bardzo pozytywny, choć żaden ze mnie wyznawca. Uważam się, zdając sobie oczywiście sprawę, że to nieco oksymoron, za "niewierzącego katolika". Dlaczego niewierzącego? Jeśli ktoś w miarę uważnie przeczytał to, co napisałem w poprzednich odcinkach - o Prawdach, Faktach i Hipotezach, powinien łatwo się zgodzić, że Religia to par excellence sprawa Prawd.

Ja zaś, nie wiem czy to coś z hardware'm w moim systemie nerwowym, czy też coś z oprogramowaniem (wczesne dzieciństwo może?), jakoś w ogóle z Prawdami na bakier. W tym sensie, że nie są mi do niczego potrzebne i nie bardzo w ogóle trafiają do mnie ich liczne podobno zalety i wdzięki. Mówię teraz o sobie, co oczywiście niebezpiecznie ociera się o ekshibicjonizm, a do tego wkrótce może ułatwić postawienie mi diagnozy w rodzaju Europejska Schizofrenia Bezobjawowa. Cóż, czego się nie robi dla swych kochanych czytelników!

Tak więc jeszcze nieco o tej mojej specjalnej właściwości... Musi co jestem człowiek Faktów, człowiek... (aż mnie duma lekko unosi i z trudem sięgam do klawiatury) Czynu... Co brzmi, dla mnie samego, o tyle zabawne, że żadnego imperium ze 190 towarzyszami nie podbiłem, ani nawet Azji z nieco większym wojskiem. A jednak coś w tym musi być. Sprawa wydaje mi się na tyle interesująca, że, ryzykując oskarżenia o ekshibicjonizm, jeszcze ją nieco podrążę. (Choć parowóz kopytem w tory raz po raz uderza, uszami strzyże i przeciągle rży.)

Ten fakt, ten mianowicie, że są takie ludzie jak ja - ludzie którym w ogóle do niczego nie są potrzebne owe metafizyczne Prawdy... No bo dla mnie każda istotna prawda, taka o której warto gadać, to już Metafizyka - coś zbliżonego do religii, choć niekoniecznie aż religia... To więc, że tacy ludzie istnieją, stanowi swego rodzaju hermeneutyczny dowód na to, że cała ta spenglerowska psychologia ma sens i odpowiada rzeczywistości. Są tacy ludzie i są całkiem inni - tacy, dla których Prawdy są wszystkim i niemal przesłaniają im cały realny, materialny świat.

Ci pierwsi nie muszą być żadnymi psychopatami, bo ja sam nie mam powodu się za psychopatę uważać. Istnieją w końcu dla mnie rzeczy ważne, a nie związane z moim wulgarnie pojętym interesem czy przyjemnością. Nie chcę tu uderzać w podniosłe tony, ale i kariery wielkiej nie zrobiłem, a przecież teoretycznie mógłbym, bo zdolności nie mam mniejszych od Tusków, Wołków czy Lisów tego świata. Po prostu trzeba by było się sprzedać.

Bo tu naprawdę nie o to chodzi, że Prawdy to to samo co Wartości. Ja wartości jak najbardziej mam, a Prawdy w mojej psychice nie odgrywają żadnej praktycznie roli. Ani "wolny rynek", ani Big Bang, ani egoistyczny gen, ani Polska Chrystusem Narodów, ani Ziemski Raj Pod Przewodem Unii Europejskiej Gdzie Lew Z Barankiem, ani "Jimmy Hendrix is a God!", ani trójpodział władzy, ani "najgorszym zagrożeniem dla wszechświata jest antysemityzm"...

Mój nieprawdopodobny podziw i zachwyt filozofią Oswalda Spenglera także z Prawdami tak pojmowanymi nie ma nic wspólnego - to mimo wszystko też jest jedynie hipoteza, że Spengler jest wart stu Leonardów i tysiąc Einsteinów! Hipoteza o bardzo wysokim prawdopodobieństwie, zgoda, ale jednak hipoteza, a nie jakaś Prawda. W ogóle kto nie rozumie, o czym ja tu gadam, a wciągnęło go to jednak na tyle, by chciał wiedzieć - niech sobie się cofnie i zobaczy o tych Prawdach we wcześniejszych odcinkach. Na pewno nie do końca udało mi się to wyjaśnić, ale cały czas sobie wyjaśniamy i może w końcu się jakoś porozumiemy.

Mówię więc i ujawniam, że świetnie rozumiem różnych ludzi czynu, którzy parareligijnymi ideami z taką ochotą wpisywanymi we wszelkiego rodzaju bezsensowne i w sumie pozbawione realnego znaczenia dokumenty - rzeczy w rodzaju trójpodziału władz, równouprawnienia jednego z drugim, czy wolnego rynku - kompletnie się nie podniecają. Mnie też abstrakcyjne, "wieczne i niezmienne" Prawdy - a takie one właśnie z definicji są - kompletnie nie ruszają. Czyli są tacy ludzie. Tym bardziej zapewne, kiedy to tacy ludzie, co przed trzydziestką podbijają Azję, albo (w nieco poźniejszym wprawdzie wieku) odpierają sowietów pod Warszawą, zadając im ciężkie straty i biorąc do niewoli m.in. dwa wielbłądy.

Są też inni ludzie. Tacy, dla których Metafizyka i Prawda są niemal wszystkim. I nikt tu oczywiście nie twierdzi, że ci ludzie są z tego jedynie powodu. Na pewno mniej nadają się do podbijania imperiów, raczej nie widzę ich zbyt przychylnym okiem w polityce. A przynajmniej nie w Polskiej polityce, bo sąsiedzi - ależ proszę bardzo! Jeśli ktoś ma na przykład do czynienia - w sensie dyskutowania i śledzenia internetowych wypowiedzi - ze zwolennikami "wolnego rynku", bez wątpienia szybko stwierdzi (o ile sam nie jest tą samą manią dotknięty), że to nie są żadne tam trzeźwe, mniej czy bardziej słuszne, OPINIE, czyli w sumie HIPOTEZY - to jest RELIGIJNA niemal wiara.

Wiara, której żadne, racjonalne czy inne, argumenty poruszyć nie mogą, bowiem racjonalne argumenty działają w całkiem innej sferze. Innej sferze psychologii, ale mówimy tutaj o psychologii w wysokim sensie, jako o pewnym istotnym dziale filozofii - nie zaś o jakichś, wciąż popularnych w tej czy innej wersji, rojeniach spragnionych łatwej popularności na wiedeńskich salonach, nie mających nic przeciw babraniu się w brudnych pieluszkach i opowiadaniu o tym w eleganckim towarzystwie, jeśli to miałoby im tę popularność dać, a do tego lekce-sobie-ważących wszelkie naukowe kryteria doktorów.

Są ludzie, dla których jakiś "wolny rynek" jest tym, lub niemal tym, czym dla wielu innych ludzi jest autentyczne bóstwo autentycznej religii. Sama natura tych psychologicznych fenomenów jest zadziwiająco podobna, choć oczywiście ja tych obu spraw - autentycznej religii, z katolicyzmem na czele, z jednej; i różnych takich niby-religii, w stylu religii wolnego rynku (o innych nie chcę wspominać, żeby nie zdradzać zbyt wcześnie "kto zabił"!) - nie utożsamiam. Choćby dlatego, że, jako się rzekło, katolicyzm ogromnie cenię, zaś wszystkie te pseudo-religie lekceważę i nie uważam ich za nic dobrego.

c.d.n. (Deo oczywiście volente, bo jakżeby inaczej?)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, październik 26, 2009

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 3a - uzupełnienia)

Pisząc, jak piszę, szybko i spontanicznie, mogę niektóre sprawy nie do końca wyjaśnić. Dlatego też stworzyłem (ach!) tę dodatkową część, w której na razie wyjaśnię pewną istotną rzecz, a potem ew. będę wklejał dalsze wyjaśnienia, w miarę potrzeby. Z czasem, w gotowym dziele (ach!) umieści się to może na końcu i będzie całkiem jak trzeba.

* * * * *

Oto ważna kwestia, którą czuję się w obowiązku wyjaśnić: Otóż twierdzenie, że "nauka to zbiór hipotez" w żaden sposób nauki nie deprecjonuje! Te hipotezy mogą być w praktyce stuprocentowo pewne - jak taka na przykład "naukowa" teza, że nie wyrosną mi za chwilę skrzydła i nie wylecę przez okno na Majorkę. Tu nie chodzi o pewność czy niepewność hipotez, tylko o to, że one nie są - wedle terminologii niemieckiej "idealistycznej" filozofii - Prawdami.

Bo Prawdy to całkiem inna para przysłowiowych kaloszy! Prawda, jak to zauważył już np. Kierkegård (ja wiem jak się robi "å, więc nie muszę pisać "aa"!) zawsze jest indywidualna. Prawda jest wieczna, niezmienna, bardzo dla nas istotna, dotyczy spraw najważniejszych i ostatecznych. Zgodnie oczywiście z tą terminologią, bo każdy może sobie to zdefiniować jak chce. Ale tu naprawdę nie chodzi o to, że "Prawda" to wszystko co jest "prawdziwe", czyli odwrotne do fałszywego.

Fakty zaś są konkretne, pojedyncze, niepowtarzalne. A w każdym razie nigdy całkowicie takie same. Występują w konkretnym momencie czasu, nie są więc abstrakcyjne i wieczne. Żeby móc porównywać ze sobą fakty, potrzebny jest pewien intelektualny aparat, pewne założenia... I tu właśnie mamy naukę - ścisłą albo nie. I tu właśnie mamy te nieszczęsne hipotezy. Bowiem stwierdzenie, że dwa fakty są w istocie takie same, wymaga właśnie hipotezy - to nigdy nie da się uczynić z absolutną pewnością!

* * * * *

Z powyższą kwestią wiąże się także inna istotna kwestia, a mianowicie rozróżnienie pomiędzy naukami ścisłymi i pozostałymi. Te pierwsze tworzą wieczne i niezmienne prawa i zajmują się sytuacjami powtarzalnymi, te drugie - a szczególnie nauki społeczne czy historia - zajmują się sytuacjami jednostkowymi i niepowtarzalnymi. Te pierwsze mogą też szeroko zazwyczaj posługiwać się eksperymentem (poza matematyką, która jest całkiem specjalną nauką), a te drugie wcale albo z wielką trudnością i zasadnymi metodycznymi wątpliwościami. To rozróżnienie jest oczywiście bardzo istotne, choć słabo dostrzegane przez ogół, także naukowców, ale np. dla Spenglera jest sprawą wprost podstawową.

Na razie tyle, chyba innych istotnych spraw, co do których powstawałyby nieporozumienia, dotychczas w tym moim dzikim esejiku nie ma. Jeśli są, proszę o zwrócenie mi na to uwagi!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, październik 25, 2009

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 3)

No więc, w końcu, po różnych niezbędnych, ale pewniej od samej historii emocjonujących wstępach... Historia zachodniej religijności!

Chyba jednak nikt nie sądzi, że to będzie prawdziwy historyczny tekst, prawda? Traktuję to tutaj pisanie poważnie, niech nikt nie uważa, że inaczej, ale to ma być taki sobie ogród nieplewiony - jak to przeważnie u mnie, co sobie piszę tak, jak się gada, i nie redaguję potem nic a nic... Taka gawęda szlachecka virtualis.

A treścią jej ma być nieco naprawdę głębokich, w mojej skromnej opinii, myśli, autentyczne odniesienia do historii... Jednak to jest raczej b. luźny filozoficzny esej, niż jakaś ortodoksyjna historia. Żeby mi potem nie było rozczarowań i - nie daj Boże! - skarg do różnych rzeczników i trybunałów!

Szczerze mówiąc, to miał być krótki tekst, poruszający kwestie przejścia od katolicyzmu, przez protestantyzm, oświeceniowy deizm, do religii Nauki i wszystkiego co było potem. W którym miałem zamiar wykazać związek niektórych spośród owych religii z liberalizmem i podobnymi perwersjami. Do tego odnosił się oczywiście tytuł utworu. Jednak nil desperandum! - rzecz nam się rozwinęła, ale, jeśli dociągnę, to wszystko to tutaj będzie. W dodatku mamy tu swego rodzaju "Spengler dla odpornych na wiedzę", co też nie jest całkiem bez swoistego czaru.

Mamy zatem, by wrócić do głównego wątku, Zachodnią Europę. Mamy gdzieś tak koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie. No i mamy chrześcijaństwo. Katolicyzm konkretnie, to nie jest sprawa bez znaczenia, a całkiem przeciwnie. Arianizm już praktycznie nie istnieje, pogaństwo na pewno gdzieś się jeszcze kryje po głębokich lasach, interpretuje sobie katolickie ceremonie na swój sposób, ale także odchodzi w dal.

Chrześcijaństwo, a także katolicyzm, nie powstały w Zachodniej Europie. Nie musimy od razu wpadać w, tak modne ostatnio, ekumenizmy i "judeo-chrześcijaństwa", by musieć po prostu stwierdzić, że chrześcijaństwo, a także ta jego szczególna wersja, jaką jest katolicyzm, przyszły do Europy ze Wschodu. Ponieważ zaś od epoki, kiedy żył Chrystus, minęło już tysiąc lat, katolicyzm - zgodnie zresztą ze swą własną doktryną i charakterem - zbudował wokół i na bazie Jego życia i jego nauki potężną nadbudowę: dogmatyczną, rytualną, prawną, obyczajową, polityczną, artystyczną...

Co tu dużo gadać - katolicyzm przyszedł na Zachód z Cesarstwa Rzymskiego. Częściowo z jego zachodniej, mówiącej po łacinie i już wtedy dogorywającej części (wiem że to nie jest ortodoksyjny pogląd, ale ja spenglerysta i nie zamierzam ukrywać, że ta wizja historii trafia do mnie bez porównania lepiej!), częściowo zaś ze wschodniej, która potem miała się stać Cesarstwem Bizantyjskim, i która dla nas spenglerystów była już wtedy jednym z centrów całkiem innej od tej rzymskiej Cywilizacji Kultury. (Magiańskiej, jakby ktoś chciał wiedzieć. Bardzo ciekawa sprawa z tą akurat K/C, ale nie będziemy tu mieli okazji, by o niej wiele mówić.) Pod coraz bardziej skruszoną skorupą oficjalnego, "rzymskiego" i stosującego łacinę jako język urzędowy, państwa.

I dzięki temu, że to było centrum, a nie dogorywająca peryferia, miało o wiele większy wpływ na powstanie owej religii. W sensie całej, mówiąc po marksistowsku (!), "nadbudowy", wszystkiego, czego wymaga realnie działający w materialnym świecie wielki kościół.

Wedle utartego i - ach, jakże moim zdaniem naiwnego! - poglądu, my, czyli cywilizacja Zachodu, trafnie w związku z tym poglądem nazwana "łacińską", stanowi niemal bezpośrednie przedłużenie cywilizacji rzymskiej... Po prostu kilkaset lat przerwy, wywołanych najazdami barbarzyńców, a potem - Wiooo! I od nowa, tam gdzieśmy przerwali! Przy tym cieszymy się jednak wszyscy niepomiernie...

A raczej cieszyć się nam niepomiernie wypada, bo nie wszyscy niestety to czynią... (Ludzie są takie nieużyte.) Cieszymy się więc niepomiernie, że, chociaż z nas taka bezpośrednia kontynuacja, to jednak parę rzeczy naprawiliśmy!

Nie mamy zatem walk gladiatorów, a to było przecież brzydkie... Całkiem szybko zanikło też u nas niewolnictwo - które nie tylko gwałciło przecież prawa człowieka, ale także stało w poprzek postępowi technicznemu... Zaś postęp techniczny niezbędny był przecież, by osiągnąć postęp społeczny... Czyli to wszystko cudne, co nas dzisiaj otacza. A jeśli się uda... Ach!

Tak więc, z jednej strony jesteśmy bezpośrednią kontynuacją, z drugiej zaś od razu naprostowaliśmy błędny - nie bójmy się tego słowa! - kierunek w jakim kroczyła cywilizacja Rzymu, by po tysiącu zaledwie następnych lat osiągnąć ten ziemski raj, w którym obecnie żyjemy.

No, może nie od razu, bo, zależnie od swych osobistych poglądów, jedni mędrcy nam mówią, że naprawdę dobrze zaczęło być od Soboru Watykańskiego Drugiego, inni zaś że od powstania Wspólnoty Węgla i Stali... Z której to wkrótce... ach! Są też tacy, dla których punktem zwrotnym jest wzniosła chwila, gdy Izrael zaczął występować w europejskich pucharach.

W każdym razie, kiedy oni głowili się na przykład nad tym, jak efektownie skrzyżować kobietę z osłem na scenie amfiteatru, w obecności cesarza i dostojników w jedwabiach i diademach, myśmy budowali zegary, młyny wodne... Co w końcu nas doprowadziło tam, gdzie doprowadzić miało.

Trochę to jakby jedno do drugiego nie pasuje - z jednej strony mamy być kontynuacją, z drugiej od razu skądsiś wiedzieliśmy co oni robią nie tak i zaczęliśmy lepiej... Ale cóż - nie takie przecież intelektualne akrobacje się dokonują w naukach humanistycznych! Kiedy tylko się to humanistom z jakiegoś powodu opłaca, ma się rozumieć.

Tośmy se pożartowali, zdając sobie oczywiście w pełni sprawę z tego, że sarkazm jest najniższą formą ironii... A teraz powiem, jak te sprawy naprawdę widzę.

c.d.n. (Deo volente, ma się rozumieć)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 2)

... religia, w takiej czy innej formie, występuje jako społeczne zjawisko zawsze, lub niemal zawsze. Wcale w każdym razie nie jest ograniczona do tych, którzy za religijnych oficjalnie dzisiaj uchodzą.

Aby uprzedzić zarzut, że mamy luki w naszym wywodzie, uzupełnię: nauka to faktycznie zbiór użytecznych hipotez i fakt, że zawiera ona także własne metody, niczego nie zmienia. Te metody to po prostu użyteczne hipotezy na temat tworzenia użytecznych hipotez, a więc poniekąd meta-hipotezy. I to tyle, wszystko jak najbardziej się zgadza!

Oczywiście "użyteczność" danej hipotezy jest względna i psychologiczna, a różne rodzaje magii, astrologia czy alchemia, także były w tym sensie "naukami". Podczas gdy żadna religia żadną nauką z definicji nie jest - ani nauką jak trzeba, ani też nauką fałszywą czy niedonoszoną. Związki pomiędzy nauką a religią oczywiście istnieć mogą i istnieją, ale nie są to związki bezpośrednie i organiczne.

Nauka może niektórym ludziom - a nawet całym społeczeństwom czy epokom - służyć za religię, lub może "namiastkę religii", jednak "religią" w takim sensie może być całkiem sporo różnych rzeczy. Co zresztą mam między innymi zamiar w tym moim tekście wykazać, więc mówiąc powyższe wybiegam w przyszłość.

W każdym razie nauka i jej - ach! - niebotyczne dokonania mogą w kimś budzić religijne uczucia, stając się ewentualnie podstawą całego złożonego światopoglądu, który w oczach zdolnego psychologa czy antropologa okazałby się niczym istotnym nie różnić od światopoglądu ściśle religijnego. Nie będę nawet ukrywał, że takich ludzi dostrzegam wokół niemało, a sto czy dwieście lat temu musiało być ich o wiele więcej.

Jeszcze trochę tego wstępu będzie nam chyba potrzebne... Więc powiedzmy sobie, że religia - ten zbiór Prawd o sensie świata, naszego życia i naszej... cóż, śmierci.... czyli o sprawach ostatecznych i najważniejszych - ma różne aspekty. Zaś przede wszystkim ma aspekt indywidualny - psychologiczny, oraz aspekt społeczny.

Czym się religia różni, spyta ktoś, od filozofii? Jeśli ktoś wyznaje jakąś filozofię, choćby całkiem prywatną i unikalną, i ta filozofia dotyczy wspomnianych tu przed chwilą spraw, a ten ktoś przywiązuje do tej swojej filozofii wielką emocjonalną wagę, no to nie ma powodu, by jej nie uznać za prywatną religię tego kogoś. Religię całkiem jak każda inna, choć w prywatnym jedynie, psychologicznym aspekcie.

W końcu całkiem liczni, i to najróżniejsi, filozofowie poświęcali dla swych filozoficznych przekonań życie - a to skacząc do wulkanu, a to nadstawiając głowę pod topór; czy wygodę - żyjąc w beczce bez wygód, za to z robactwem, i czyniąc sobie wygódkę z masowo uczęszczanego przez eleganckie towarzystwo portyku, co narażało ich co najmniej na niemiłe komentarze.

W swym wymiarze społecznym religia to zarówno dogmaty, jak i rytuały, a także, bardzo nieraz rozwinięte, sprawy nieco bardziej świeckie, jak sztuka sakralna, takaż architektura, edukacja religijna... I masa innych. Czego spora część daje się podciągnąć pod termin "kościół" - oczywiście "kościół" w bardzo szerokim znaczeniu. Tak jak państwo jest (wedle mojego własnego jedynie określenia, ale to w końcu mój tekst, prawda?) "zębami i pazurami narodu" - przynajmniej w optymalnym przypadku, bo istnieją narody bez państw i państwa nie będące organami i emanacjami żadnego narodu.

Czymś takim ma, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, stać się, zgodnie z wolą swych twórców, Unia Europejska... Choć nawet i Związek Sowiecki czymś takim nie był, będąc właśnie w swej istocie wielkorosyjskim imperium w nowej i bez porównania potężniejszej niż dotąd formie. Co się zresztą wcale dotąd zmieniło i na żadne istotne zmiany się nie zanosi. (To była oczywiście dygresja, nie bardzo na temat, ale totalitarnej Unii zawsze warto przykopać.)

No dobra, mamy już całkiem sporo wstępu, mamy definicje i rozwialiśmy przeróżne wątpliwości, czas na historię! A jeśli po drodze trzeba będzie coś zdefiniować czy rozwiać, zrobimy to z marszu.

Jednak... Zgadłeś mój jedyny i nieoceniony Czytelniku, coś nie tylko spróbował to przeczytać, ale i aż tutaj dotarł... To już następnym razem! (W dodatku, jak zawsze, Deo volente.)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Rynek w Brzuchu Lewiatana, czyli Krótka Historia Religijna Zachodu (część 1)

Wedle powszechnie przyjętego dzisiaj poglądu, ludzkość najpierw jest zbyt głupia na porządną religię i wierzy w różne zabobony, potem tworzy sobie religię jak się patrzy, a na końcu z wszelkiej religii wyrasta i zaczyna się kierować rozsądkiem oraz nauką. Pogląd ten, jak wszystkie chyba tego typu poglądy stanowiące dziś komplet aksjomatów na wyposażeniu ortodoksyjnego inteligenta, pochodzi z Oświecenia.

Voltaire wyraził to wprost i bez ogródek, a po nim, mniej lub bardziej ozdobnie, mniej lub bardziej okrężnie, czasem z jakimiś drobnymi zmianami czy ulepszeniami, pokolenie za pokoleniem jego duchowych potomków. Dodatki mogą być takie, że np. religia wzięła się wedle niektórych mędrców z tego, że chytrzy kapłani mamili głupi lud wydając powiedzmy przerażające odgłosy za pomocą specjalnej aparatury, albo konstruując prymitywną wersję turbiny parowej. Czemu kapłani lud mamili? Tutaj odziedziczona po Oświeceniu odpowiedź jest dziecinnie prosta - oczywiście, że dla lubego grosza! W końcu "jeśli nie wiadomo o co chodzi..."

Kto mnie zna, wie, że walkę z tym bezkrytycznym przyjmowaniem oświeceniowych aksjomatów uważam za swe naczelne intelektualne zadanie. Fakt, że najlepszą odtrutkę i najlepszą alternatywę znalazłem w filozofii Oswalda Spenglera, jednak uważanie mnie za jakiegoś jego propagatora i nic więcej, uznaję za bardzo niesprawiedliwe i po prostu nieprawdziwe. Tu nie chodzi akurat o Spenglera - tu chodzi o to, że od trzystu lat żywimy się rozkładającym się trupem Oświecenia i niemal niczym więcej.

Nie mówię tu o radarach, tyrystorach i komputerach, tylko o naszej wiedzy o nas samych, o historii, polityce, ludzkiej naturze, religii... Zamiast ewentualnego krótkiego okresu "wyzwolenia" ze starych dogmatów i nieoptymalnych ujęć, które zapewne tak czy tak musiało nastąpić, mamy coraz bardziej jałową i coraz mniej zważającą na rzeczywistość intelektualną strawę...

Poza którą nie wolno już nawet wyjść - a w każdym razie nie wtedy, kiedy może to dotrzeć do ludu... Mamy coraz więcej i coraz ostrzejsze tabu... I mamy myślenie schematami, które coraz bardziej przypominają późnego Ptolemeusza i wymagają coraz to nowych uzupełnień...

Coraz to nowych epicykli, które trzeba - dla zachowania względnej integralności modelu, lub po prostu takiego złudzenia - chytrze umieszczać w już istniejących epicyklach... I tak to się odbywa w coraz większym tempie, a z oświeceniowego wyśmiewania się z religii, mamy dzisiaj Świecką Świeckość Jacka Kuronia i Świętą Świeckość Unii Europejskiej... Dekretowane ex cathedra i już wsparte groźbą oficjalnej i całkiem realnie bolesnej dla grzesznika ekskomuniki, wkrótce zaś... Może być jeszcze gorzej!

No, tośmy we wzniosłe tony uderzyli - jak to wypada czynić na prawicowych blogach w tych czasach powszechnego skurwienia... I tu naprawdę gorąco przepraszam wszystkie panie prostytutki - bez urazy, po prostu tak się mówi! Mógłbym rzec "skundlenia", ale wtedy musiałbym przepraszać nierasowe psy, a to mogłoby być jeszcze trudniejsze. Powszechnego zatem skurwienia i upadku. Kassandrą też żeśmy pojechali, ten punkt mamy zatem z głowy.

Jak ja, spyta ktoś (i spyta słusznie!) widzę kwestię religii? Czym w ogóle jest moim zdaniem religia? No to odpowiem czym religia z całą pewnością moim zdaniem NIE jest. Otóż nie jest jakąś niedoważoną nauką - tworem i strawą mitycznej niedojrzałej ludzkości. Żeby to wyjaśnić, powiem czym (moim zdaniem, jak zwykle) jest, a czym nie jest, nauka.

Otóż nauka to zbiór użytecznych hipotez. Tylko tyle i aż tyle! A w ogóle to należałoby tu wtrącić, że w żadną "ludzkość" przeżywającą swoje religijne ewolucje nie wierzę - bo moim zdaniem ewentualne religijne ewolucje przeżywać mogą co najwyżej poszczególne ludy, a najprawdopodobniej poszczególne cywilizacje (używając utartej terminologii), spenglerycznie zaś rzeczy nazywając Kultury i Cywilizacje (tutaj z dużej, bo to specjalistyczne terminy).

Z czego wynika niemało ciekawych rzeczy, jak na przykład ta, że w tym samym momencie historii różne ludy mogą przeżywać różne fazy swego religijnego rozwoju. (Jeśli oczywiście uda nam się ustalić, że coś takiego jak "religijny rozwój" w ogóle istnieje.)

To samo zresztą, jako spenglerysta, sądzę o nauce, nie mówiąc już o filozofii, matematyce czy sztuce - one także należą do konkretnej K/C (Kultura/Cywilizacja). Jeśli obecnie mamy na całym świecie jedną naukę, to dlatego, że na tym świecie istnieje w tej chwili jedna jedyna Cywilizacja - nasza - a pozostałe ludy, będące albo barbarzyńcami (bez obrazy!) sprzed jakiejkolwiek własnej K/C, albo też Fellahami (piszę to z dużej, bo to też termin ścisły i pochodzący od Spenglera, podczas gdy np. barbarzyńcy są raczej moi właśni, bo przecież nie od Toynbee'go, którego nie cenię za grosz). Fellahy to ludzkie resztki po dawnych wielkich K/C.

Obie te grupy - skoro już uświadamiamy Szan. Publiczność na temat spengleryzmu - żyją w pewnej formie Pseudomorfozy, czyli pod sporym wpływem naszej K/C, która, pomijając wszelkie tego ew. zalety, tłumi także i wypacza ich własne duchowe życie i rozwój. Co zresztą widać chyba wszędzie gołym okiem, a jeśli spytać jakiegoś Araba czy Eskimosa, to... Lepiej nie ryzykować!

Wracając do definicji nauki, mojej własnej zresztą i dość ad hoc, ale stoję przy niej murem, bo w zasadniczych sprawach jest niezatapialna (w dobrym sensie, nie w popperowskim!), to, jako zbiór użytecznych hipotez i nic więcej, NIE jest to zbiór PRAWD. Ex definitione! (Jeśli oczywiście odróżniamy prawdy od hipotez, ale to chyba sprawa oczywista.)

Cóż to są jednak te "prawdy"? Prawdy, całkiem inaczej niż hipotezy, albo fakty... Tutaj niektórzy od razu przywołają Hegla, który to miał nieszczęście podpaść wielu, wygłaszając słynne zdanie, że "tym gorzej dla faktów". Nie jestem heglistą, Hegla nie bronię, ale gość miał w tym chyba jednak znacznie więcej racji, niż mu różni wielbiciele płytkich mędrków w rodzaju Locke'a, Actona czy Misesa raczą przyznać... Prawda to jest takie coś, w co wierzymy nie potrzebując dowodów, a co ma dla nas naprawdę wielkie znaczenie - prawda to coś, co nam wyjaśnia sens naszego życia, sens świata, sens śmierci...

Powie ktoś, i niejeden, że co za bzdura, bo tylko ludzie dotknięci niedorozwojem, mohery i katolicy, takiego czegoś w ogóle potrzebują, a ludzie światli i nowocześni żyją sobie bez tego szczęśliwi... Z czym się nie zgodzę. Wspomniałem już tutaj wcześniej Świecką Świętość, która jakimś dziwnym trafem trafiła jednak do hiper-racjonalnego i absolutnie antyreligijnego jak by wielu jego wyznawców (!) chciało wierzyć, światopoglądu lewicowo-liberalnych, nasiąkniętych oświeceniową myślą i obsesją postępu ludzkości elit.

Innych zaś przykładów tego typu religijności jest cała masa i to właśnie tam, gdzie nie spodziewalibyście się ich znaleźć. Musimy sobie tylko ustalić co to jest ta religia, co to jest ta religijność... Wtedy, Deo volente, postaram się wykazać, że...

(Ale o tym już następnym razem.)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, październik 24, 2009

Pyskówka - anybody?

Jacek Jarecki w swej nieskończonej dobroci od dawna próbuje mnie przywabić spowrotem na szalom24. Ostatnio osiągnął tyle, że wkleił u siebie na szalomie mojego ostatniego (błahego, ale od dawna innych przecież nie piszę) teksta, a ja zgodziłem się odpowiadać na komęty. W którym to celu musiałem założyć se od nowa całe konto.

Teoretycznie mogę więc naprawdę tam zacząć blogizować, ale w praktyce ograniczy się to chyba do tego, że ustawiam tam sobie wywrotowe hasełka, które się wyświetlają pod moimi komęty. No a teraz sobie czekam na ew. donosy do prokuratury w sprawie godzenia w sojusze i opluwania najświętszych (świeckich) wartości.

Jak śmy z Jareckim postanowili, tak też się stało, tyle że oczekiwana dyskusja szybko zeszła na wyimaginowane byty w rodzaju "wolnego rynku", plus szczeniackie obelgi ze strony moich pryszczatych oponentów. No nie - nie tylko to, bo dodatkowo Spengler został ujawniony jako nazista. W sumie żałosne to było i żałuję straconego wieczora, który miałem przeznaczony na całkiem inne sprawy.

Nie żebym miał jakąkolwiek pretensję do Jareckiego - wręcz przeciwnie! Tyle, że natura ludzka ułomną jest, a jeśli trąci się czułą strunę fanatyków "wolnego rynku", to można z całkowitą pewnością oczekiwać zachowań typowych dla okolic osiedlowego trzepaka i takiegoż poziomu argumentacji. Najzabawniejsze zaś to (dobrze, że coś w tym w ogóle można uznać za zabawne!), że oni niesmak rozmówcy i jego niechęć do kontynuacji automatycznie odczytują jako swój polemiczny sukces i potwierdzenie boskiej prawdy we własnej doktrynie...

Sprawa byłaby niewarta pięciu minut klepania w klawiaturę, ale nastąpił jeszcze pewien... Wątlutki, to prawda... Dalszy ciąg. Mianowicie mój czołowy oponent na tym szalomie - sławny rynkowy liberał wyrus, tym razem kryjący się pod pseudonimem mersey sound - zaczął mnie skrycie obrabiać na własnym blogu. O czym ja dowiedział się ino całkiem przypadkiem od Jareckiego, któren mi rzekł, że nasz wspólny dobry znajomy Artur M. Nicpoń nieźle tam wymiata, choć nieco w paru sprawach błądzi. (Czy jakoś tak to brzmiało).

Więc, choć z bloga wyrusa/mersey sound'a zostałem jakiś czas temu oficjalnie wyproszony - o co zresztą nie mogę mieć specjalnej pretensji, bo wpadłem tam swego czasu jak nastojaszczij troll i zacząłem jeździć po ich ukochanym von Misesie niczym po burej suce... Poszedłem tam zatem, na ten wyrusi blog, by zobaczyć wymiatanie Artura.

No i zobaczyłem. Artura gadki całkiem mi się w istocie spodobały - facet czuje Indian ja mało kto. (Widać że dokładnie w młodości przeczytał "Małego bizona".) Choć Spenglera jeszcze nie do końca kojarzy, ale rokuje nadzieje. Natomiast poczułem się moralnie uprawniony do zwrócenia wyrusowi, że jeśli próbuje mi u siebie obrabiać dupę, to mógłby mnie o tym łaskawie zawiadomić, a do tego zawiesić oficjalnie zwój ban na jakiś przynajmniej czas, bym miał możliwość odpowiedzi.

O co mi w ogóle chodzi? Na pewno nie o to, że potrzebuję jakiejś obrony, albo że potrzebuję pomocy w tępieniu maniackich ideologii różnych podwórzowych sekt! Po prostu jakiś tam rodzaj dyskusji się pod tym moim tekścikiem rozpętał - I TO AŻ W TRZECH RÓŻNYCH MIEJSCACH!

Dlatego też, gdyby ktoś z moich czytelników był spragniony ostrej pyskówki... gdyby pragnął utrzeć nosa różnym podwórzowym mędrkom... gdyby chciał się wypowiedzieć na temat "wolnego rynku"... albo sposobu na cywilizowaną i sensowną dyskusję... to niech sobie zobaczy wszystkie miejsca, gdzie ta dyskusja się toczyła... toczy... i, miejmy nadzieję, będzie toczyć... I niech sobie tam ew. zabierze głos.

Oto linki do wszystkich tych miejsc:

1. na tym tutaj blogu: http://bez-owijania.blogspot.com/2009/10/o-piciu-piwa-i-zaletach-wenus-w-futrze.html - (gdyby ktoś to musiał osobiście klepać, to zwracam uwagę, że w futrze to "Wenus", a nie "wyrus"!);

2. na szalomie: http://jacek.jarecki.salon24.pl/133157,powrot-tygrysa-na-salon24-partie-partie-partie;

3. u wyrusa: http://tekstowisko.blogspot.com/2009/10/tajemnicza-tajemnica-tajemniczych.html.

A teraz, parafrazując Głowackiego, wskazuję buławą na zachód i do wszystkich urodzonych pogromców leberalizmu wołam: "Chłopaki! Pokażcie tym... liberałom!" (W oryginale było tam oczywiście słowo o zbliżonym znaczeniu, tyle, że dziś uchodzące za nieeuropejskie, więc śmy se zamienili.)

Kto nie chce się z liberałami opluwać... Kogo nie bawią ich pokraczne argumenta... Niech oczywiście nie czuje się do niczego przymuszany. Błagam! W końcu prawdziwa wolność to właśnie MY! Wbrew temu co sobie i światu wmawiają leberały.

* * * * *

No to może jeszcze obrazek... Trochę tam wprawdzie brakuje gościa, który mógłby uchodzić za rynkowego liberała spod osiedlowego trzepaka, ale za to MY jesteśmy przedstawieni jak należy. No i naparzana pierwsza klasa! (Jakby ktoś pytał, to to jest gołe duszenie, czyli mata leo, tyle, że nie jak zazwyczaj od tyłu, ino z boku.)


triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.