czwartek, grudnia 17, 2009

Megalopolie, Merkurianie i inne takie

W najbardziej zapewne rewolucyjnej i najpłodniejszej tezie Spenglera - tej, że cywilizacje są swego rodzaju organizmami, które rozwijają się, a potem zamierają, zgodnie ze swymi wrodzonymi prawami - nie ma nic specjalnie mistycznego, magicznego czy niewytłumaczalnego. Rozwój cywilizacji to, mówiąc bardzo skrótowo, rozwój miast. (Co zresztą sam Spengler wyraźnie mówi.)

Jeśli dla kogoś nie jest oczywista różnica, jaka po prostu MUSI występować między, z jednej strony, dużym kawałem lądu, gdzie w wiejskim, rolniczym, odwiecznym krajobrazie pojawiają się, a potem rosną, niewielkie, początkowo zaledwie kilkutysięczne, miasta... Ze wszystkimi wynikającymi z tego wzajemnymi oddziaływaniami, wpływami, z coraz bardziej radykalną, ale także twórczą, opozycją pomiędzy wsią i miastem...

I, z drugiej strony, wielomilionowymi miastami leżącymi wśród terenów przez nie wyjałowionych, totalnie już życiu tych miastom podporządkowanych i całkowicie pozbawionych własnego, niezależnego życia - niegdyś dzikich lub wiejskich, a teraz już zaledwie nie-będących-miastem, takich do-których-miasto-nie-sięga...

Jeśli ktoś nie dostrzega tej fundamentalnej różnicy, jeśli od razu nie widzi, że to są całkiem inne sytuacje i całkiem inny człowiek musi tam żyć, to taki ktoś, moim zdaniem, nie powinien się zajmować historiozoficznymi rozważaniami, bo nie ma do tego cienia predyspozycji.

Oczywiście tu nie chodzi o jakieś demonizowanie, czy nawet rzucanie sobie od niechcenia hasełkami o "człowieku masowym" i snobistyczne kręcenie nań nosem. Jasne, że i w wielomilionowych magalopoliach (żeby użyć określenia używanego przez Spenglera, które warto moim zdaniem wskrzesić) następuje jakiś rozwój, że i tam jest życie, dzieje się postęp, że i megalopolia ma pewne istotne przewagi nad tradycyjną wsią czy chatką w leśnych ostępach, a także nad krajem, gdzie kilkutysięczne miasta rozsiane są w rolniczym krajobrazie, a poza tym zostało jeszcze wiele dzikiej natury.

Wybetonowane alejki w miejskich parkach są pod niektórymi istotnymi względami lepsze od błotnistych dróg wiejskich. "Taniec z Gwiazdami", przy wszystkich swoich oczywistych wadach, pod niektórymi względami jest jednak lepszy od szczucia oślepionego i przywiązanego do palika niedźwiedzia psami, albo od publicznego łamania kołem, traktowanego jako rozrywka.

Skrajną naiwnością byłoby jednak wierzyć, że z wybetonowane alejki zakwitną nagle kwieciem łąk, i tak samo skrajną naiwnością byłoby sądzić, że mieszkający wśród tych alejek od pokoleń i symbiotycznie z nimi związany, megalopolitalny człowiek może mieć życie duchowe porównywalne z tym, które miał mieszkaniec starożytnych Aten, średniowiecznego Paryża, renesansowej Florencji. W sumie zresztą jakiegokolwiek dawniejszego miasta, a także jakiegokolwiek dawniejszego zamku, dworku, czasem zresztą nawet chaty.

Można oczywiście twierdzić, że nic nie jest zdeterminowane, i że na wybetonowanych alejkach może się z czasem pojawić całkiem nowe, zdolne do wspaniałego rozwoju, życie. Życie, które by znowu stworzyło niewielkie miasta, rozrzucone wśród niemal naturalnego, a w każdym razie wiejskiego i rolniczego, krajobrazu.

Jednak to, na ile mogę ufać swej wyobraźni, by wymagało, żeby te milionowe miasta przestały istnieć. To zaś, na ile rozumiem, zakłada, że przestanie istnieć całe społeczne życie, które te miasta stworzyło, które im pozwala istnieć (i poniekąd "żyć"), i które te miasta, z kolei, tworzą. Musiałyby one przestać istnieć albo szybko i gwałtownie, albo wolno i stopniowo popadać w ruinę.

W obu tych przypadkach nie potrafię sobie wyobrazić, by całe to życie społeczne mogło się jeszcze jakoś odrodzić - bo, uświadomijmy to sobie, nie mówimy tutaj o katastrofie pojedynczego miasta, tylko o zniknięciu ich wszystkich! - w tym sensie, że byłaby to jeszcze ta sama w istocie forma życia społecznego. Jeśli by coś na tym miejscu miało powstać, to byłaby to, z konieczności, całkiem inna forma.

(No, oczywiście, jeśli my jesteśmy dalszym ciągiem starożytnych Greków i  Rzymian, to niech by sobie na nasze miejsce przyszli muzułmańscy Chińczycy i Murzyni z Afryki, z ich własną cywilizacją, a i tak będziemy mogli uznać, że to dalszy ciąg naszej, i nie ma się w sumie czym martwić.)

Tym bardziej sprawa wydaje się beznadziejna, jeśli przyjmiemy (a nieprzyjąć tego moim zdaniem nie sposób, skoro już się raz o tym pomyśli), że każda nowa cywilizacja do powstania i późniejszego rozwoju potrzebuje właśnie pozbawionego miast, naturalnego krajobrazu; pierwotnej rolniczej ludności (z niewielką domieszką kapłanów i szlachty), dziecięcej naiwności w sprawach religijnych... I takich tam rzeczy. Jakoś tego nie widzę i nie potrafię sobie wyobrazić, by coś podobnego mogło powstać, choćby na ruinach naszych miast, w ciągu najbliższych paru setek lat.

A że nasza cywilizacja opanowała praktycznie cały świat, więc i perspektywy JAKIEGOKOLWIEK naprawdę istotnego odrodzenia gdziekolwiek oceniam (jak i sam Spengler zresztą) jako bardzo nikłe.

* * * * *

Teza McLuhana, że żyjemy w globalnej wiosce wydaje mi się skrajną naiwnością (albo też, gorzej, lulającą do snu propagandą sukcesu) - naprawdę żyjemy w globalnej megalopolii. Co jest, dla mnie przynajmniej, bez porównania mniej wesołe.

* * * * *

Co do tych Merkurian, których nazwy plemiennej nie wolno dzisiaj wymawiać (a w każdym razie nie bez padnięcia na twarz i wykonywania przez co najmniej kwadrans proskynesis), to istnieje pogląd naiwny - reprezentowany na przykład przez Konecznego: że wszystko wynika ze starotestamentowego prymitywizmu ich religii z dodatkiem rabinicznej tego interpretacji...

Oraz pogląd moim zdaniem o wiele sensowniejeszy, reprezentowany (oczywiście) przez Spenglera, że to skutek tego, iż: 1. to "fellahy", i to b. już w tym "dojrzałe"; 2. fellahy całkiem innej od naszej Cywilizacji, która oczywiście całkiem inaczej od naszej widzi i pojmuje wiele istotnych rzeczy... No i dodatkowo żyją sobie w ścisłej symbiozie (jeśli ktoś chce to tak eufemistycznie nazwać) z nami od tysiącleci.

Pogląd, który określiłem jako "naiwny", słabo, moim zdaniem, potrafi wytłumaczyć Merkurian do szpiku kości niereligijnych, których przecież jest, i w historii było, co niemiara. Oczywiście można by rzec, że skoro kilka lat bez religii miałoby całkiem zmienić podejście tych ludzi do świata, to tym bardziej setki lat oderwania (zakładając oczywiście, że jest oderwanie) od ich własnej, żyjącej jeszcze wtedy, cywilizacji. Jest tu pewien problem, zgoda, ale tak od ręki go sobie na pewno nie da się wyjaśnić. A na dwoje z tym przysłowiowa babka wróżyła.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

13 komentarzy:

  1. Czy to nie Jakubowi de Vitry przypisywane adagium: "Bóg stworzył: chłopów, księży i rycerzy; szatan zaś mieszczan i lichwiarzy."?

    Merkurianie to w dzisiejszych czasach temat szalenie śliski, zresztą Spengler, bez cienia wartościowania, parę mitów na ich temat poważnie mi nadwątlił.

    A sam od siebie zauważyłem (ale chyba nie jestem tu jakimś odkrywcą) że w , jak to pięknie Tygrys określił, symbiozie, to żyją sobie Oni tylko w naszej K/C. Co rodzi natychmiast szereg ciekawych interpretacji...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tygrysie

    Czytając Twój felieton aż się zdziwiłam, bo tak Ci blisko między Gogolem, a Jerome'm!
    Buziaków 1000 de mnie. i za tekst i za tok myślenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. @ Iwona Jarecka

    Poważnie? Gogol? I Jerome K. Jerome?

    Aż mi trudno uwierzyć, ale cóż, skoro tak mówisz... Bardzo się cieszę. Dzięki!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  4. Ernst Junger wymyślił sobie kiedyś za pokutę wycieczkę do Nowego Jorku. Ale chyba w końcu wymiękł.

    Z Żydami nie jest tak, że dogadujemy się z nimi dopiero odkąd jesteśmy wykorzenieni, tzn. z jednym wykorzenionym dogadać się może dopiero drugi wykorzeniony? Bo tak do tej pory myślałem... Wcześniej o symbiozie nie może być raczej mowy, bo byli jednak tępieni dość regularnie i właściwie wszędzie.

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Amalryk

    Z tą symbiozą to fakt - gdzie indziej przeważnie indziej autentyczne, rasowe fellahy. Jak Bóg i Jakub de Vitry przykazali. Nie wszędzie, ale chyba przeważnie.

    Z tym nadwątlaniem mitów też masz rację, wcale nie żeby ich nie lubił czy coś... Ale oni, i ich szabesgoje, cholernie nie lubią jak ich się po prostu na trzeźwo analizuje.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  6. @ Kuman

    "Symbioza" była poniekąd (ale nie mów nikomu!) ironicznie.

    Jednak to JEST swego rodzaju symbioza, ja tak to widzę. My ich tępili, oni nam, od kiedy mogli, rozkładali państwa i narody, naprowadzali obce mocarstwa (i nie mówię tylko o Polsce), szerzyli lichwę i (pono) kazali sobie wyrzynać funt ciała...

    W sumie nieźle wyszły te państwa, które się ich po prostu brutalnie pozbyły: Anglia chyba w XII w., Hiszpania w 1492...

    Ja bym się nie tylko bez "Skrzypka na dachu" i "Marsza weselnego", ale także bez Einsteina potrafił obyć. Gdyby w zamian... Ach, marzenia.

    To jednak, myślę, była symbioza, bo bez nas to oni byliby już od setek lat autentycznymi fellahami, a tak jednak - nie chodzi tu o to, kto kogo pieści, a kto kogo nie - oni się niejako duchowo pożywiają nami. W czym akurat nie ma nic złego, żeby nie było wątpliwości.

    Ale oni to tak trochę my, ale nie do końca, i my im, jak sądzę, dodajemy sił witalnych - jak Sulamitka Abishag dodawała ich na starość królowi Dawidowi, kiedy mu ją kładziono do łóżka. (Kto nie czytał ST, niech zacznie, ale ks. Wujka proszę!)

    No pomyśl o tym, czy to tak nie jest? Taka duchowo aktywna cywilizacja jak nasza - przy tym nawet wystygła krew starca zaczyna w miarę wartko krążyć. (Wiem coś o tym.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  7. @ Wsie w Mieście

    Uruchomione zostało TYGRYSIE FORUM MŁODYCH SPENGLERYSTÓW pod egidą portalu niepoprawni.pl.

    Adres: http://tygrys.niepoprawni.pl

    Na razie tam nic nie ma, ino bajzel i pustki, ale od Was ludzie zależy, żeby coś tam było. Więc proszę iść i działać! Znaczy zapisać się najsampierw, bo to elitarne i zamknięte forum. (Choć czytać może każdy, z Mąką i Krupczatkiem na czele.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze w tomacie Merkurian...

    "Ja bym się nie tylko bez "Skrzypka na dachu" i "Marsza weselnego", ale także bez Einsteina potrafił obyć."...(TtT) A ja także bez Fritza Habera i Zyklon'u B.(By zrównoważyć nieco idylliczny obraz tygrysi).

    Z Merkurianami jest taka śmieszna sytuacja, że oni, jak sądzę, nigdy nie wyzbyli się jakiegoś "nomadyjskiego ducha" i tak ciągną się przez kultury i epoki. Gdy Kultura Klasyczna zaczęła przeradzać się w Cywilizację ich rodzima Magiańska dopiero kiełkowała, ale Rzymianom o sobie zapomnieć nie pozwalali. Ciekawe że po 70r mamy cała serię powstań merkuriańskich: w 115r w Afryce Pn, w 116r w Mezopotamii, w 132r w Judei (bar Kochby), w 161r w Palestynie(nowa nazwa nadana Judei przez Rzymian), w 201r w Palestynie, w 351 w Palestynie i dalsze. Ja tak na marginesie zapytowywuję, któż tam się tak buntował, skoro po zburzeniu Jerozolimy po 70r miało nastąpić słynne okrutne rozpędzenie Merkurian na przysłowiowe cztery wiatry?


    A ok VIIIw następuje największy misjonarski sukces Merkurian - judaizacja Chazarów, też zapomniana sprawa.
    Gdy "eksplodowali" Arabowie Merkurianie dość łatwo się wśród nich rozpływali, tak sobie myślę, że bez podczepienia się pod zachodnich Fustian, podzielili by los jakiś Filistynów czy innych Partów.

    I na koniec, pół żartem pół serio, taka uwaga. Gdyby, urodzony w sielskiej Austrii, Niemiec pozujący na Cezara (takiego trochę mało dostojnie "...uganiającego się za Żydami po uliczkach Berlina...") dokładnie poczytał Spenglera, to zamiast wypruwać sobie flaki, w okresie Walczących Królestw, w przegranych z góry jatkach z nowym zwycięskim imperium - USA, z góry zdecydował o wykorzystaniu chwili i spróbował na ziemi niczyjej, bezkresnych Scytyjskich stepów, po rozpirzeniu graślawej Bolschevii, porzucając ten cały europejski postoświeceniowy bajzel, zacząć tworzenie nowej Kultury - to kto wie, kto wie?

    OdpowiedzUsuń
  9. Pamiętaj Triariusie, że symbioza oznacza ni mniej, ni więcej niż wspólne życie, i wcale niekoniecznie jest pojęciem pozytywnym.

    W biologicznym sensie można ją podzielić na:
    - Endosymbiozę (gdzie jeden organizm lub zbiór zamieszkuje wewnątrz drugiego, np. flora jelitowa u ludzi)
    - Ekto(exo)symbioza (gdzie dwa współżyjące organizmy/zbiory są w kontakcie, lecz się nawzajem nie przenikają).

    Każda z powyższych symbioz nadto występuje w trzech odmianach relacji:
    - mutualizm (gdzie obydwa organizmy/zbiory korzystają z relacji, np. Rhizobia i rośliny leguminowate),
    - komensalizm (gdzie jeden organizm/zbiór zjada to czego nie zdoła/nie jest w stanie zjeść drugi, tu np. Remora i rekiny),
    oraz
    - parazytyzm (pasożytnictwo, i tutaj bym upatrywał odmiany symbiozy z Merkurianami zwanymi też Cebulakami)


    *Smaże tekst, zgodnie z życzeniem.

    OdpowiedzUsuń
  10. @ Wsie w Mieście

    Tutaj te dyskusje są niczym jętki dwudniówki, tygodniówki góra, więc proponuję się z tym przenieść na Tygrysie Forum Młodych Spenglerystów, adres http://tygrys.niepoprawni.pl, com je właśnie otworzył.

    Prosiłbym też o powiadomienie kogo warto, oraz linki itd.

    Tutaj, pod wpisem, można by z wrodzonej szlachetności zamieścić coś w rodzaju "Odpowiedź na te brednie na Tygrysim Forum Młodych Spenglerystów, adres http://tygrys.niepoprawni.pl, żeby się tu zbyt smętnie nie zrobiło.

    No bo jeśli tamto forum będzie ino wegetowało na moich solowych dowcipasach, to jednak byłaby kompromotacja.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  11. Profesor Andrzej Nowak głosi w Rzepie to samo co Triarius the Tiger na swoim blogu: "Być może kończy się na naszych oczach polityka, demokracja, państwo i wolność – tak jak pojęcia te były rozumiane i formowały się w historii: w historii RzeczypospolitejSpecjaliści od PR zapraszają nas codziennie do politycznego teatrzyku. Gwar na scenie coraz większy, gadżety coraz bardziej wymyślne (były już świńskie głowy i sztuczne fallusy, ostatnio zaczęto żonglować nawet projektem zmiany konstytucji) – ale widownia i tak pustoszeje. Medialni komentatorzy ekscytują się w swych recenzjach „wydarzeniami” na scenie, wchodzą coraz śmielej w rolę suflerów, którzy podpowiadają całe kwestie, jakie powtórzyć mają za nimi aktorzy. Kwestie bywają efektowne, ale są coraz bardziej przewidywalne. Mało kto chce wskoczyć na scenę, dołączyć do aktorów. Znużenie, nuda. PR. to nie RP – i to widać coraz bardziej.
    Wbrew zapowiedziom, głoszonym 20 lat temu, historia się nie skończyła. Toczy się dalej i w niej kończą się inne – historyczne – zjawiska. Być może kończy się właśnie, na naszych oczach polityka, demokracja, państwo i wolność – tak jak pojęcia te były rozumiane i formowały się w historii: w historii Rzeczypospolitej. Powodem do sformułowania tej melancholijnej hipotezy nie są tylko ostatnie poczynania obecnego rządu. Choć, owszem, odegrać mogą one w tym względzie pożyteczną rolę budzika. Kiedy poważni (?) politycy partii rządzącej stwierdzają publicznie, że istotą ich rządu jest nie dopuszczenie do tego, by najsilniejsza partia opozycyjna wróciła kiedykolwiek do władzy – ktoś może się zastanowić, czy to jeszcze demokracja? Kiedy w komisji sejmowej, mającej za zadanie wyjaśnić tzw. aferę hazardową z udziałem ważnych polityków partii rządzącej, głosami 3 posłów tejże partii wykluczono 2 posłów głównej partii opozycyjnej – nawet w przychylnych dla rządu mediach wielu publicystów zapytało o „standardy demokracji”. To troszkę tak, jakby niewinne dziecię na widok władcy paradującego nago przed poddanymi, zawołało: „król nie ma korony!” Może jednak warto zauważyć, że brakuje nie tylko korony w tym (u)stroju. Nie o „standardy” chodzi, ale – pozwolę sobie powtórzyć – o samą demokrację, o politykę, o sposób rozumienia wolności w państwie. I nie chodzi o premiera Donalda Tuska. Nie jest on wcale jakimś złowrogim demiurgiem upadku Rzeczpospolitej. On tylko robi, co może. Sposób sprawowania przez jego ekipę władzy jest jedynie symptomem – nie przyczyną. Tak jak innym, na pewno poważniejszym symptomem jest kierunek ewolucji struktur europejskiej wspólnoty. Ale symptomem czego? Kryzysu polityki. Oczywiście nie w każdym rozumieniu tego słowa. Wyznawcy Karla Marxa czy Carla Schmitta mogą być spokojni – ich pojmowanie polityki jest nie zagrożone. Mnie idzie tutaj tylko o tę politykę, którą „wymyślili” starożytni Grecy, a z którą łączyła się duża część europejskiej (i jeszcze większa – polskiej) tradycji pojmowania i uprawiania tej formy społecznego współżycia, jaką wyrażało słowo Rzeczpospolita (...)Na agorze nie spotykamy się po to, by podporządkować się głosowi wyroczni. Agorę od wyroczni dzieli wielki dystans.

    Tymczasem współcześnie polityka coraz powszechniej przedstawiana jest jako scena, na której dokonuje się akt ujawnienia wyroczni – jej głosem są eksperci (lub występujące w ich imieniu „autorytety medialne”). Wyrocznia mówi nam co musimy zrobić, nie pozostawia miejsca na racjonalny wybór, tworzy tylko wrażenie wyboru między „racjonalnością” (głos ekspertów) i „nieracjonalnością” (głos ciemnego ludu). O żadnym sporze racji nie ma tutaj mowy".

    OdpowiedzUsuń
  12. Prof. Nowak "Dziś śladem po dawnym, republikańskim kompromisie, pozostało pojęcie plebiscytu. Jak jednak wygląda współczesny stosunek do tej formy dopuszczenia „ludu” do udziału w publicznych sprawach, świadczą komentarze wielkich mediów – dzisiejszych źródeł tego, co w Rzymie określano jako auctoritas – do podejmowanych, bardzo rzadko zresztą, prób referendum w najważniejszych publicznych kwestiach. „Ludu” do głosu lepiej nie dopuszczać, bo zagłosuje jak Francuzi, Holendrzy czy Irlandczycy w sprawie eurokonstytucji, albo tak, jak Szwajcarzy w sprawie minaretów, albo tak, jak wskazują na przykład badania opinii w sprawie stosunku Polaków do kary śmierci (w tej ostatniej sprawie akurat moje zdanie jest inne od opinii „ludu”, ale mimo to nie mogę się uwolnić od pytania: kto jest suwerenem w tej wspólnocie, skoro „lud” nie ma prawa głosu? Kto udzielił owej ostatecznej auctoritas – i komu?). Może zresztą lepiej, że „lud”, oduczony republikańskiej cnoty czujnego uczestnictwa w publicznych sprawach, nie ma głosu? Skoro „trenowany” jest stale w poznawaniu swoich najniższych instynktów: tych, jakie w Rzymie zapewniały igrzyska na arenie, w świecie współczesnym zaś telewizja Big Brothera, Jakuba Wojewódzkiego i Tomasza Lisa. I tak jak w Colosseum, gotów jest raczej zawołać z błyskiem w oku: „habet!”, niż przemyśleć poważnie i odpowiedzialnie te istotne kwestie swojej wspólnoty, które przejęli za niego urzędnicy imperium – wyzwoleńcy i ich synowie…"

    OdpowiedzUsuń
  13. China and Russia put the blame on some screwed up experiments of US for the earthquake that happened in Haiti.
    Chinese and Russian Military scientists, these reports say, are concurring with Canadian researcher, and former Asia-Pacific Bureau Chief of Forbes Magazine, Benjamin Fulford, who in a very disturbing video released from his Japanese offices to the American public, details how the United States attacked China by the firing of a 90 Million Volt Shockwave from the Americans High Frequency Active Auroral Research Program (HAARP) facilities in Alaska
    If we can recollect a previous news when US blamed Russia for the earthquake in Georgio. What do you guys think? Is it really possible to create an earthquake by humans?
    I came across this [url=http://universalages.com/hot-news/what-happened-in-haiti-is-it-related-to-haarp/]article about Haiti Earthquake[/url] in some blog it seems very interesting, but conspiracy theories have always been there.

    OdpowiedzUsuń