wtorek, lipca 17, 2007

Rap zza ściany i generał markiz de Gallifet

Kiedy znowu zostałem, jak praktycznie co dzień, obudzony rapem i technem zza ściany, postanowiłem zmienić swą reakcję. Zamiast więc jak zwykle zgrzytać zębami i zasłaniać uszy poduszką, podszedłem do sprawy filozoficznie i zacząłem się zastanawiać nad znaczeniem podobnych sytuacji w historii świata i w ogóle - z czymkolwiek istotnym to może mieć związek.

Od razu przypomniałem sobie, jak to pierwszy znany w historii przodek słynnego potem kanclerza Zamojskiego, rycerz o przydomku Saryusz (niewątpliwie od łacińskiego słowa oznaczającego bronę, a więc swojski Broniarz), leżąc już po zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem na ziemi z brzuchem rozprutym trzema krzyżackimi kopiami, z którego obficie wypływały jelita (które miały odtąd stać się herbem rodu), Władysławowi Jagielle, który (przez tłumacza chyba?) stwierdził, że: "straszne muszą być cierpienia tego rycerza", odparł : "nic to przy cierpieniach, jakie powoduje zły sąsiad".

Miał bowiem rycerz Saryusz od dawna konflikt ze swym najbliższym sąsiadem, na którego, korzystając z wyjątkowej okazji, postanowił teraz poszczuć króla. Historia, z tego co wiem, nie mówi o dalszych losach sąsiada i jego rodu, choć dla mnie na przykład to byłaby sprawa wysoce insteresująca. (Bardziej w każdym razie, niż poglądy niedoszłego "premiera z Krakowa" na rolę i ew. osiągnięcia potomka Jagiełły, Aleksandra Jagielończyka, którymi ten pierwszy ostatnio się z ludem podzielił, za co otrzymał sążniste brawa m.in. na Salonie24.)

Rycerz Saryusz z całą pewnościa swej bolesnej, a jednocześnie jakże zaszczytnej (dulce et decorum... itd.), przygody nie przeżył. Wtedy nie było na to cienia szansy - krzyżackie kopie raczej nie były sterylne i śmierć, po wdaniu się gangreny, musiała być naprawdę koszmarna. Zresztą także i wieki później, pod Waterloo także tego typu rany niemal zawsze były śmiertelne.

Jest jednak jest (czy może raczej "był") postęp i taki markiz de Gallifet, późniejszy generał, walcząc w Meksyku w sprawie niefortunnego cesarza Maksymiliana, został pewnego razu ciężko ranny, ale włożył do czapki wypływające mu z brzucha jelita, po czym dowlókł się do jakiejś tubylczej chaty, gdzie go przechowano. Przeżył, choć nie podejrzewam, by rana była aseptyczna. W każdym razie przeżył, by wykorzystać swe meksykańskie doświadczenia z partyzanckiej wojny do dania nauczki komunardom.

Jak relacjonował korespondent Daily News, generał przechadzał się wzdłuż szeregów pokonanych teraz, a do niedawna nierzadko równie mało litościwych, wrogów, i dokonywał ich inspekcji. Przystawał, przyglądał się i co chwilę klepnięciem po ramieniu nakazywał kolejnemu nieszczęśnikowi wyjście z szeregu. Skutkiem czego zzybko zbierała się pokaźna grupa ludzi, którzy nie mogli mieć cienia złudzeń, co do swego losu w nabliższej przyszłości.

Jednej nieszczęsnej kobiecie, która go błagała na kolanach o życie, Gallifet powiedział: "Madame, odwiedzałem każdy teatr w Paryżu, pani aktorstwo nie robi na mnie wrażenia". Zasada wyboru była w zasadzie dość prosta i niepozbawiona logiki. Skazany był każdy posiwiały człowiek, który wpadł generałowi w oko, ponieważ "najprawdopodobniej walczył także na barykadach w '48". Ludzie z zegarkami także nie mieli wielkiej przyszłości, bo generał markiz widział w nich "prawdopodobnych urzędników Komuny".

Resztę dobierał nasz bohater z ludzi o "wyjątkowo szpetnych lub prymitywnych obliczach", czego chyba nie trzeba tłumaczyć. (Choć może już jednak trzeba? Czasy się zmieniają, wystarczy popatrzeć na transmisję z obrad Parlamentu Europejskiego.) No i skazany był też każdy komunard, który dawniej należał do regularnej armii.

Podumałem nieco nad wyborami dzielnego generała markiza, potem przeszedłem do innych burzliwych wydarzeń z europejskiej historii. Na przykład do parodniowego powstania Masaniella w osiemnastowiecznym Neapolu, co b. interesująco opisuje choćby Chłędowski. Tam też działy się dość niezwykłe dla nas dziś rzeczy, choćby ten uliczny sprzedawca placuszków, któremu, na propozycję kogoś z tłumu powstańców, włożono głowę do jego własnego wrzącego oleju. Widać puszczał komuś przez ścianę ówczesny rap czy techno, choć to z pewnością była tylko jakaś specjalna wersja belcanta. Albo miał nie takie poglądy. Lub po prostu był czyimś sąsiadem i to wystarczyło.

Albo weźmy sceny z rewolucji francuskiej, tak znakomicie opisywane choćby przez G. Lenotre'a. Zresztą nie tylko przez niego, bo te sprawy są przecież dość powszechnie znane. A więc te głowy na pikach... Ktoś by pomyślał, że nie tylko powinny dać do myślenia zwolennikom rapu i techno (gdyby to oczywiście nie był oksymoron), ale także różnym liberałom, którzy niczym niczym ideologiczne kamikaze...

Ale co tam, niech się sami domyślają! Jeśli potrafią, w co wątpię. Zresztą wszyscy, którzy wierzą, iż ludzki gatunek nagle zacznie sąsiada uwielbiać po prostu dlatego, że jest sąsiadem, także mogli by się nieco zastanowić. (Gdyby oczywiście potrafili, co wydaje się wkluczone, bowiem nie byliby wtedy tym, czym są.) Przekonanie, że sporo propagandy i nieco, wątpliwych skądinąd i coraz mniej obfitych i autentycznych, materialnych korzyści, zmieni coś istotnie w ludzkiej naturze - na przykład stosunek do sąsiada, jeśli ten jeszcze na dodatek puszcza nam zza ściany rap, o ile nie gorzej - jest moim skromnym... Dokładnie na poziomie tych, którzy je żywią.

Przyjdzie jeszcze generał markiz de Gallifet w nowym wcieleniu, oj przyjdzie! I chodzi tylko o to, by był to NASZ generał markiz.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz