piątek, lutego 20, 2009

Rekolekcje Spenglerystyczne "Zima 2009"

W ramach Rekolekcji Spenglerystycznych "Zima 2009" omówimy sobie dzisiaj dwie sprawy, za to obszerne i, co tu dużo gadać, trudne...

* * * * *

Podstawą konserwatyzmu jest sformułowana przez Edmunda Burke w jego polemice z ideologami wielkiej rewolucji francuskiej teza, że bez sensu jest mówienie o jakichś "prawach człowieka" w oderwaniu od konkretnego społeczeństwa. My spengleryści jesteśmy oczywiście konserwatystami w takim właśnie głębokim sensie - w odróżnieniu od różnych nawiedzonych "monarchistów" czy zwolenników "powrotu do źródeł klasycznego liberalizmu", którzy są utopistami, czyli lewakami. Ubranymi wprawdzie w "konserwatywne" w cylindry i muszki, ale dokładnie na tej zasadzie, jak niegdysiejszy afrykański kacyk mógł je nosić do gołego tyłka i ogromnej kości bawołu w nozdrzach.

Czy z faktu, że (dla konserwatysty, czyli także spenglerysty) nie ma sensu mówienie o "prawach człowieka" w jakimś ogólnym i ponadczasowym sensie, w oderwaniu od konkretnego społeczeństwa i jego instytucji, wynika, że np. państwo ma zawsze rację? Oczywiście że nie! Po pierwsze, spenglerysta nie wmawia sobie (a i innym stara się też takich głupot nie opowiadać), że istnieje jakieś "święte Prawo" (z dużej litery), które z racji samego faktu bycia "Prawem" (z dużej litery) musi być czczone i przestrzegane, bo inaczej jesteśmy etycznymi śmieciami. Dla spenglerysty prawo to zawsze wyraz triumfu czyjejś woli nad wolą słabszych. Z czego z kolei wynika, że jak nam się państwo nie podoba, to albo się jakoś z nim mimo wszystko godzimy, albo też staramy się je zmienić wedle naszych preferencji. No i istnieje też możliwość emigracji czy zmiany lojalności na lojalność wobec innego państwa. (Jeśli już mówimy o państwach, nie zaś o innych formach społecznych).

Zaraz, wyjaśnijmy sobie jeszcze, bo to zapewne jest zbyt skomplikowane dla większość ludzi - także tych namiętnie mądrzących się na tematy polityczne, ideologiczne czy ekonomiczne - że w ogóle "poprawianie" jakiegoś społeczeństwa, stojąc sobie wygodnie z boczku, jest po prostu głupie. Niemal tak głupie, jak snucie utopijnych fantazji na temat "idealnego ustroju", którego nikt nigdy nie widział. Z tego powodu jest głupie, że wprowadzenie jakiejkolwiek istotnej zmiany pociągnie za sobą masę innych zmian, które z kolei pociągną za sobą jeszcze następne zmiany... Do tego różne sprzężenia zwrotne itd... I nagle nasze "nieco poprawione społeczeństwo" staje się czymś całkowicie innym, nigdy przez nikogo nie przewidzianym... Albo po prostu wali się w drebiezgi, wzgl. staje się żerem dla sąsiadów.

Z czego wynika, że albo jesteśmy gotowi wziąć na siebie odpowiedzialność za kierowanie tym społeczeństwem (np. państwem), albo wymądrzanie się na temat "koniecznych i pożytecznych" zmian, przynajmniej teoretycznie, jest bez sensu. Dlaczego "przynajmniej teoretycznie", spyta ktoś? No bo jednak, jeśli zmiany przez nas postulowane, lub w rzeczywistości wprowadzone, są dostatecznie małe, możemy przyjąć, że do czynienia mamy z tzw. modelem małosygnałowym, a wtedy daje się całość rozważać w ten sposób, że zakładamy, iż nasza zmiana nie wpłynie z kolei na masę innych rzeczy, które z kolei... Rzecz w tym, że to musi być dostatecznie niewielka zmiana, czyli w sumie nie aż tak istotna. Co z kolei kłóci się z samą ideą wprowadzania "koniecznych i pożytecznych", dużych i istotnych zmian w funkcjonowanie danego społeczeństwa. (W tym państwa.)

Jak to w praktyce działa? Ano wyobraźmy sobie, że zszedł właśnie z tego świata Tusioł I - monarcha dobrotliwy i ukochany od całego ludu, który nigdy się nie ociągał z całowaniem płowych główek dzieciątek i dopieszczaniem klasy średniej, a jego następcą został Tusioł II, bratanek poprzedniego, ale jakżesz do niego niepodobny! No i my możemy faktycznie przyjąć, że państwo Tusioła I i państwo jego następcy Tusioła II to to samo państwo, w którym jednak nastąpiły jakieś dość istotne zmiany. I mamy, przy takim założeniu, oczywiste prawo powiedzieć, że państwo Tusioła I było o wiele lepsze od państwa jego następcy, a Tusioł I był o wiele lepszym władcą od Tusioła II. Nie jest to jednak wiedza ścisła i popełniamy intelektualne ryzyko, że np. zlekceważymy obiektywne czynniki, które mogły spowodować, iż Tusioł II, mimo namiętnej miłości do klasy średniej i pedofilii, nie może już być tak słodkim władcą... No bo powiedzmy wróg stoi ante portas i/lub cała blond dziatwa wyłysiała skutkiem jakichś genetycznych eksperymentów, lub np. klasa średnia została zarażona wirusem autodestrukcji plus bakterią zdrady. (Albo coś.)

Inną ważną kwestią jest ta, czy mamy prawo - w sensie przede wszystkim intelektualnym, bo w każdym innym to możemy sobie niemal co chcemy - oceniać i ew. potępiać inne, obce naszym hierarchiom wartości i tradycjom, społeczeństwa? Wobec faktu, który dla konserwatysty nie ulega wątpliwości, że nie istnieją "prawa człowieka" w oderwaniu od konkretnych społeczeństw, a my przecież nie jesteśmy do końca w stanie zrozumieć wszystkich uwarunkowań tamtego, ani też ocenić, jak tamci ludzie się w nim czują, a jak czuli by się w innym, choćby naszym.

No i tutaj ja to tak widzę, że nikt nam nie może oceniania, a nawet potępiania, zabronić, jednak jest to forma ideowego imperializmu. Tutaj każdy lewak, który by to jakimś dziwnym zrządzeniem losu przeczytał, zawyje - jednocześnie z rozkoszy i oburzenia. Więc jednak ten cały Tygrys mówi, że oceniania innych ludów z punktu widzenia naszej cywilizacji jest brzydkie! Wpadł bestia we własne sidła!

To nie tak, kochane lewactwo! Tygrys nie mówi że to jest brzydkie, bo Tygrys stara się w takich kategoriach spraw nie ujmować, stara się natomiast je analizować i obiektywni opisywać. I Tygrys się zgadza, że to jest ideologiczna forma imperializmu, ale Tygrysa ani to ziębi, ani grzeje. Można by tu przytoczyć różne ciekawe sprawy na temat imperializmu jako takiego, np. tego, co na ten tamat pisał sam Spengler... Powiedzmy to, że imperializm nie jest wyrazem młodości i siły danej cywilizacji (tutaj słowo to użyte zostało w potocznym sensie), tylko właśnie jej dojrzałej i już przejrzewającej fazy.

Oraz to, że imperializmu w większości przypadków się wcale świadomie nie wybiera, a przeciwnie - zostaje się w niego niejako "wessanym", w wyniku zarówno działania sił wewnętrznych u siebie, jak i słabości i politycznej próżni na zewnątrz. I tak to może wyglądać i tutaj, w przypadku naszego ideologicznego imperializmu. W końcu, jeśli nadal jechać Spenglerem, nasza Cywilizacja jest jedyną aktualnie istniejącą, a wszystko poza nią, to już albo post-cywilizacyjne fellachy, albo przedkulturowi barbarzyńcy (bez obrazy!). Cóż się więc dziwić, że zostajemy z naszymi ocenami "wessani" do oceny ich, przedziwnych często z naszego punktu widzenia i etycznie wątpliwych, obyczajów i zachowań?

Po cóż zresztą rozczepiać włos na 17 części, skoro ktoś może powiedzieć, że oceniać innych można, ktoś inny zaś, że nie można - i obaj będą mieli, z obiektywnego punktu widzenia, tyle samo racji. Nie da się tego w każdym razie wymierzyć, więc o co tu się kłócić?

No dobra, a jak z religią? Tak jak ja to widzę, to dokładnie tak samo jak z innymi ocenami: możemy się albo powstrzymać od oceny innych religii i obyczajów ich wyznawców, albo też być religijnymi "imperialistami" (w sensie czysto intelektualnym, bo o tym jedynie cały czas tu mówimy) i oceniać. To kwestia temperamentu, ale wydaje mi się, że w naszej sytuacji człek z jajami jednak tym imperialistą być musi, przynajmniej w naprawdę ważnych sprawach, bo w mniejszych może sobie pozwolić na sporo tolerancji. Dopóki oczywiście oni nas nie atakują i nie rozwalają naszych wartości (religii, obyczajów, tradycji).

* * * * *

Wedle mojej prywatnej oceny "podstawowa" filozofia Spenglera - mówiąc "podstawowa" mam na myśli te kwestie które męczy każda niemal (zachodnia w każdym razie) filozofia, w odróżnieniu od kwestii bardziej dla Spenglera specyficznych, jak najszerzej pojęta historia czy polityka - to pewien rodzaj fenomenologii, choć on sam, o ile wiem, tego słowa nigdzie nie używa. No i bardzo dobrze, bowiem nie wyobrażam sobie żadnej poważnej i możliwej do zaakceptowania filozofii, która by nie była jakąś formą fenomenologii. Setki lat pracy nad teorią poznania doprowadziły nas do niepodważalnych już chyba w żaden sposób wniosków, że "bytu samego w sobie" po prostu nie jesteśmy w stanie poznać, z drugiej jednak strony totalny sceptycyzm jest durny, skoro nawet największy sceptyk czuje niechęć do picia z butelek oznaczonych trupią czaszką czy skakania na główkę z dwudziestego piętra. Jakieś więc fenomeny jednak istnieją, całkiem konkretnie, i niektóre z nich nie są dla nas bez znaczenia.

Spengler zrobił w swojej filozofii coś genialnego, akceptując, iż obok fenomenów takich jak wrażenia zmysłowe, myśli, emocje itd., człowiek myśli też w sposób "algorytmiczny" (używając komputerowej terminologii), czyli przy użyciu słów, operacji logicznych... Racjonalnie krótko mówiąc (co oczywiście nie oznacza, że zawsze słusznie!). Chodzi o takie myślenie korą mózgową - że się siedzi sobie na tyłku, przy biurku albo gdzieś, no i się rezonuje.

O ile kojarzę, to "prawdziwy" fenomenolog takie sprawy ignoruje, bo to poza zakresem jego filozofii. Spengler jednak nie ignoruje, budując całą swoją psychologię, a za nią także i swą filozofię historii, na tym właśnie dualiźmie: fenomeny i myślenie "algorytmiczne". Co odpowiada dualizmowi intuicyjne - racjonalne, żywe - martwe (to nie jest tak proste, by się tutaj dało wyjaśnić, ale słuszne i b. ważne), przestrzeń - czas, wieczne i niezmienne prawa (w sensie praw przyrody) - historia... I tak dalej, sporo tego jest.

No i, żeby teraz na zakończenie szybko przeskoczyć do historii i polityki, dla Spenglera istnieją z jednej strony "ludzie faktów" - tacy, dla których istotne są fenomeny, zaś myślenie racjonalne jest dla nich co najwyżej narzędziem; z drugiej zaś "ludzie prawd"... I ci ostatni to tacy, którzy, w mniejszym lub większym stopniu uważając fenomeny za mało istotne, przy pomocy swego racjonalnego (co nie znaczy nieomylnego!), algorytmicznego, mędrkującego umysłu, dochodzą do "bytu samego w sobie"... Bez którego ta klasa ludzi po prostu nie potrafi żyć. Dla nich to jedyna prawdziwa rzeczywistość - coś jak Platon i jego świat idei, których fenomeny są tylko bladymi odbiciami. Tak w każdym razie oni sami to widzą. I to są "ludzie prawd".

Ci pierwsi to ludzie czynu: politycy, biznesmeni, wojownicy, zwykli sensowni ludzie itd., ci drudzy zaś to ludzie myśli: kapłani, ideolodzy, mędrcy, nauczyciele (w sensie ach! - wzniosłym), pisarze. No i Spengler ma, moim zdaniem, całkowitą rację, że dostrzega w całej historii działanie tych dwóch, tak całkiem innych, rodzajów ludzi, z których każdy żyje niejako we własnym świecie. A wynika to właśnie z tego, że będąc swego rodzaju fenomenologiem, Spengler jednak nie lekceważy tego "racjonalnego" mędrkowania, które kiedyś było dla filozofów jedynym, ale dla fenomenologów (o ile się orientuję) właśnie ważne być przestało. I z tego właśnie wynika zarówno ogromna część filozofii Spenglera, z jej masą dualizmów, które jednak nie wynikają z jakiejś manichejskiej ideologii czy innych irracjonalnych skłonności, tylko właśnie z dostrzeżenia faktu, że ludzka psychika, ludzka "dusza", cała właściwie nasza ludzka natura - są dwoiste. Do szpiku kości.

I to by może było tym razem na tyle. Do następnego razu, Młodzi Spengleryści!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

19 komentarzy:

  1. kacyk może założyc cylinder, a Putek może byc demokratą...

    czy Adrey pisze coś na temat mimikry?

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Jerzy

    A jak mógłby nie, że spytam?

    Putek i kacyk dwa bratanki, zaiste!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  3. To co napisałeś, Triariusie, o tym, że facet z jajami musi być po części imperialistą (w jakimś tam sensie) jest czymś co jakże lapidarnie i trafnie stwierdził N.G. Davila, że "Człowiek kulturalny ma obowiązek być nietolerancyjny."

    Natomiast jeżeli chodzi o Prawo (przez gigantyczne P) stwierdził on, że: "Ogłasza się prawa, by móc gwałcić obowiązki."

    Dzisiejsza dawka Spengleryzmu w pigułce.

    Świetny tekst.

    OdpowiedzUsuń
  4. @ Mustrum

    Pisze też coś w tym duchu, że: "W burżuazyjnym społeczeństwie moja wolność jest ograniczona jedynie prawem mojego sąsiada do życia jak bydlę". ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  5. No to jeżeli możnaby jeszcze dodać (a można i wiele) coś od Wilka (owszem zwanego samotnikiem, ale Wilk pasuje lepiej, jak u nas do WŁ) z Bogoty:

    Wrogiem cywilizacji nie tyle jest zewnętrzny przeciwnik, co wewnętrzne zużycie.

    Oraz apropos wcześniejszej dyskusji o libertarianach (kurwa mać, jakże pompatycznie i nadęcie to brzmi!):
    Szarlataneria wielkich urzekła wiek XIX; wiek XX [a tym bardziej XXI] uwodzą drobni szarlatani.
    Jak ulał pasuje do wszelkich Cohenów-Bandytów, Tusiów i Korwinów-Mikkich.
    Aż rzygać się chce na samą myśl, że takie drobne płotki mają jakikolwiek motoryczny czy intelektualny wpływ na ten świat.

    OdpowiedzUsuń
  6. a co z tzw. romantykami, tj. takimi, którzy ignorują fenomeny (w ich wymiarze faktycznym) ale odrzucają też ratio jako środek poznania?

    funkcję fenomenów spełnia tam raczej proces (więc coś stojącego w opozycji do poznawalnego "faktu") i intuicja, niż fakt, a narzędziem poznania nie jest logika (rozum, algorytm), a raczej instynkt i wtórnie dopiero oparte na nim doświadczenie (albo i wcale nie).

    taka charakterystyka nie wymaga zresztą szumnego miana romantyka, bo podobnie (w sensie mechanizmu) o ile wiem myślą mądrzy życiowo staruszkowie wiejscy. że o tzw. geniuszach nie wspomnę :>

    i co z takimi? :> mam co najmniej dwie odpowiedzi i ciekaw jestem zdania towarzystwa ;>

    OdpowiedzUsuń
  7. @ loyolist

    Pewnie mętnie to wyraziłem, ale Twoi romantycy są jak najbardziej właśnie ludźmi faktów.

    Nie chodzi bowiem o to, że na podstawie tych fenomenów tworzymy sobie jakiś teoretyczny, abstrakcyjny obraz świata, czy nawet system filozoficzny, tylko właśnie ci ludzie, dla których "algorytmiczne" mędrkowanie nie jest przesadnie istotne, żyją w tym świecie intuicji i fenomenów, całkiem z tego powodu nie czując się gorszymi czy nieszczęśliwymi. (I słusznie.)

    Każdy z nas ma niewątpliwie oba te składniki osobowości i oba te źródła swego obrazu świata (tu by się mogło wydawać, że przeczę temu, com powiedział przed chwilą, ale raczej nie), tylko dla jednych (Michników czy Sokratesów, toutes proportions gardées) właściwie tylko ten racjonalny, wymędrkowany jest "prawdziwym", podczas gdy dla innego rodzaju ludzi ten świat fenomenów jest właśnie jak najbardziej realny.

    Zresztą przesadziłem mówiąc, że fenomenologia świata wymędkowanego "algorytmicznie" nie docenia, bo przecież Kirkegaard mówi, że każda prawda jest indywidualna i tylko takie istnieją, i dokładnie to samo mówi Spengler.

    Tym Twoim romantykom za "Prawdę" w dużej mierze służy religia, plus tradycje... I oni po prostu sobie nie mają potrzeby tego świata racjonalnego mędrkowania jakoś osobiście od podstaw tworzyć.

    Tak ja to widzę. I też oczywiście byłbym b. ciekaw opinii towarzystwa.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  8. Najważniejsze jest, by świat widzieć takim, jaki jest (chodźby był naprawdę obrzydliwy), a nie takim, jakim chcemy, by był, tudzież jakim go sobie wyobrażamy (przykład: nie wymyślać żadnych *** aksjomatów (brak mi dobrego słowa, coś pomiędzy żałosny, a głupi)).

    Do romantyków nic nie mam, póki nie są przewrażliwionymi eunuchami, a tacy o jakich wspomniał loyolist nimi być mogą, lecz nie muszą.
    I to by (chyba) było na tyle.

    OdpowiedzUsuń
  9. Uff! Cieszymy się, że odzyskaleś forme Tri, bo towarzysz Z. już się bal, że coś Ci się stalo i nie bezie go kto rozśmieszać :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Matt Ridley w "Dziedzictwie cnoty" wyjaśnia, że lewaccy yntelektualiści nie są wcale takimi naiwniakami, za jakich ich prawacy uważają. Oni również czytują z wypiekami na twarzy Spenglera czy barona Evolę, a w głębi duszy są przekonani o słuszności ich postulatów.
    Problem w tym, że dla socjaldemokratów, maoistów i inszej bolszewii głoszenie lewackich haseł to sposób na manipulowanie gawiedzią i skuteczniejsze rozprzestrzenianie własnych genów.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. tylko że taka "wgłębidusza" nikogo nie obchodzi, w głębi duszy to ja jestem rentierem i nigdy nie będę musiał pracować :>:>

    ta przedstawiona teoria z romantykami (jako ludźmi faktów dostrzegającymi fakty w nieznanym racjonalistycznemu dyskursowi ich znaczeniu) to jest jedna z dwóch, które mi chodzą po głowie, ale z wyjawieniem tej drugiej jeszcze poczekam ;>:> w pewnym sensie spengler był właśnie dla mnie romantykiem, bo zamiast wyrywać helgi w karczmie "u gunthera" pisał rozprawkę o właściwym pojęć rozmieszczeniu, chociaż w pierwszej chwili bardziej wygląda na pana tworzącego sobie piramidki. myślę, że to się sprowadza do odwiecznego dyskursu rozumu w wąskim pojęciu i prawd, których rozum nie pojmuje, w każdym razie nie jest w stanie zweryfikować.

    "Zresztą przesadziłem mówiąc, że fenomenologia świata wymędkowanego "algorytmicznie" nie docenia, bo przecież Kirkegaard mówi, że każda prawda jest indywidualna i tylko takie istnieją, i dokładnie to samo mówi Spengler."

    tutaj pozwolę sobie się jeszcze przyczepić - prawda i owszem ukazuje nam się jako indywidualna, ale mimo wszystko stoi gdzieś za nią platońska idea prawdy i jeśli coś jest stołem, to niezależnie od tego ile indywidualnych prawd będzie głosiło że jest wiecznym piórem, pozostanie stołem (żeby nie wchodzić na bardziej karkołomne przykłady).

    oczywiście, w gruncie rzeczy wszystko rozbija się o pakiet dogmatów, które każdy sobie reprezentuje, ale to jeszcze nie znaczy, że żaden z ludzi nie jest w błędzie, osobliwie jeśli reprezentują teorie zupełnie sprzeczne. i to trzeba podkreślać, bo przeciętny idiota zrozumie z tego, że mamy prawdy indywidualne tyle, że jego indywidualna głupota ma immunitet na testowanie prawda/fałsz. to jest niebezpieczna zabawka, bo o ile w naukach ścisłych można jeszcze temu komuś wykazać, że jest kretynem, o tyle na gruncie nauk innych niż ścisłe zaczyna się ludziom wydawać, że każdy debilizm jest równoprawny nie-debilizmowi, tworząc parasol ochronny dla różnych intelektualnych (i społecznych) kabaretów w rodzaju umiłowania pedalstwa. weryfikacja tego pod kątem prawda/fałsz jest oczywiście również możliwa, tylko że z reguły możliwa już za późno (ergo: niemożliwa :>).

    OdpowiedzUsuń
  13. @ Anonimowy #1

    To ja go rozśmieszam? :-(

    @ Anonimowy #2

    Wiesz, od dawna przypuszczam, że np. brukselska elita przejęła się Toynbeem. Którego ja uważam za cieniasa, ale w sumie to w ich łapkach niebezpieczna sprawa.

    Co do Spenglera, to przejmują się nim Ruscy, tam jest on całkiem popularny, zresztą łatwo zrozumieć dlaczego, skoro u Ruskich przewiduje jeszcze jakąś nową Kulturę, choć w ostatnim swym większym tekście pisze, że to najprawdopodobniej będzie blade odbicie naszej. No i nie ma racji?

    Jeśli jacyś mający wpływ na politykę Niemcy przejęli się Spenglerem, co jest w końcu b. możliwe, niezbyt by mnie to cieszyło. Choć sam Spengler zdaje się do Polaków nic nie mieć i w ogóle wygląda na sympatycznego gościa, choć zdecydowanego niemieckiego patriotę.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. @ loyolist

    Wiesz, krzesło to chyba nie jest w sensie spenglerycznym "prawda", bo prawda wymaga emocji, uczuć. Prawda może być religijna - faktycznie jest indywidualna, bo każdy indywidualnie się nią przejmuje, albo nie.

    A tamto to jest po prostu fakt. Jak i dla np. Hegla.

    Co do romantyzmu, to moje własne rozumienie jest też inne. Takie mianowicie, że romantyk to gość, który wychodzi od własnych pragnień, przekonań, ambicji, nie zaś od "obiektywnej sytuacji" i "obiektywnych ograniczeń", np. społecznych. A więc jednak "siły na zamiary" i raczej trudno wtedy być konformistą.

    No i ja w tym sensie też jak najbardziej romantyk.

    Z tą piramidką nie zrozumiałem - wyjaśnisz?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  15. "Wiesz, krzesło to chyba nie jest w sensie spenglerycznym "prawda", bo prawda wymaga emocji, uczuć. Prawda może być religijna - faktycznie jest indywidualna, bo każdy indywidualnie się nią przejmuje, albo nie."

    no tak, ale tak jak stół/krzesło jest prawdziwe, tak prawdziwy może być (albo nie) np. komunizm. kwestia tego, że w języku posługujemy się skrótami i mówiąc "to jest krzesło" mamy prosty stan faktyczny, po prostu przedmiot do określenia w ramach danych warunków językowych i sprawdzalnych łatwo cech przedmiotu, który miałby być stołem/krzesłem, a mówiąc "to jest komunizm" ew. "komunizm jest dobry" mamy sprawę dwieście tysięcy pincet razy bardziej skomplikowaną - co nie znaczy, że prawdziwość takiego albo innego zdania jest nie do wykazania, a tylko tyle, że jest to b.b.b.b. trudne. i w tym sensie, roboczo (ale to z uwagi na upośledzenie ludzkiego aparatu analizy) można powiedzieć, że każda prawda jest indywidualna, bo jej 90% wychodzi z osobistej dogmatyki analityka, a 10% polega na analizie rzeczywistości, ale to - jak mówiłem - nie znaczy, że któreś z tych hipotetycznych 90% nie jest lepsze czy właściwsze a inne mniej właściwe od innych. i w tym sensie mamy do czynienia z prawdą obiektywną każdorazowo, a tylko metoda do niej docierania jest zawodna.

    nie jest natomiast tak, że prawda istnieje wyłącznie w wymiarze indywidualnym, bo rzeczywiście ten obiektywny sąd (wraz ze wszystkimi specyfikacjami, które się pomija mówiąc skrótowo "komunizm jest dobry") jest do rozstrzygnięcia, choćby wymagał tysiąca założeń. oczywiście można się bawić w dalsze relatywizowanie tych założeń, ale prędzej czy później dojdziemy w ten sposób do fizyki i biologii (ardrey :>), z którą bić się nie wypada, bo zbyt krewkim fantastom może oddać cios :>

    A tamto to jest po prostu fakt. Jak i dla np. Hegla.

    ja się w ogóle nie zgadzam z takim klasycznym podziałem, nawet tak proste wskazanie jest uwarunkowane jakimiś założeniami, np. że obracamy się w naszej kulturze i że "krzesło" w niej oznacza taki a nie inny przedmiot, więc znów jesteśmy w tej mętnej sytuacji, w której możemy tylko obdzierać ideę prawdy z kolejny szat, w które się przyobleka i znajduje zastosowanie opis powyższy. mamy więc po prostu prostsze i trudniejsze prawdy, a nie fakty i prawdy, chyba że ów "fakt" miał być tylko skrótowym opisem takiego właśnie stanu rzeczy.

    Co do romantyzmu, to moje własne rozumienie jest też inne. Takie mianowicie, że romantyk to gość, który wychodzi od własnych pragnień, przekonań, ambicji, nie zaś od "obiektywnej sytuacji" i "obiektywnych ograniczeń", np. społecznych. A więc jednak "siły na zamiary" i raczej trudno wtedy być konformistą.

    No i ja w tym sensie też jak najbardziej romantyk."

    i tutaj zdaje się "obiektywne" oznaczają "władcze" czyli te, w przypadku których za nie zgadzanie się możemy dostać rzeczywistością po ryju, oui? to jest właśnie dla mnie ten próg weryfikacyjny, który nazwałem fizyką i biologią, jego znaczenie też oczywiście podlega ocenie, więc nie jest całkiem obiektywne, jest natomiast znacznie bardziej wymierne jako wartość samoistna, o tyle, o ile zupełną bezmyślnością jest zapominanie o tym. dlatego właśnie bawią mnie setnie i rozczulają anarchokapitaliści i inne anarchoprzygłupy :>:>

    "Z tą piramidką nie zrozumiałem - wyjaśnisz?"

    z tą piramidką chodziło mi o budowanie sobie wizji świata w/g własnej teorii i podciąganie, przez reinterpretację faktów/prawd, pod nią rzeczywistości, marksizm (dziś: "naukowa analiza" :>) po prostu :>:>

    OdpowiedzUsuń
  16. @ loyolist

    Zalecasz epistemologiczną naiwność? A może naiwną epistemologię?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  17. Józef Mackiewicz się w grobie przewraca: lewactwo legalizuje pedofilię, Ubekistan morduje, a Wy tu sobie gadu-gadu o epistemeologii i ontologii!
    Leziecie lewusom w dupę i tyle!

    OdpowiedzUsuń
  18. @ Anonimowy

    (Nicek to Ty?)

    Szczerze mówiąc, to epistemologia i ontologia bardziej do mnie trafia niż Józef Mackiewicz.

    Musiałbyś mnie chyba jeszcze nieco poprzekonywać.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń