sobota, marca 08, 2014

O umieraniu i innych sposobach rozstawania się z życiem

Jako to było w Iliadzie? Całym zdaniem? Tak Prymusiak, całym zdaniem! No to w Iliadzie, panie psorze, to było tak, że tam się młodzi... W sile wieku... Ale młodzi... Wojownicy zabijali w tych tam pojedynkach i autorowi, ksywa Homer, to wyraźnie bardzo pasowało. No dobrze, Prymusiak, o to mniej więcej chodziło. Czyli w sumie, powiedzialbyś, że tam oni żyli względnie krótko, kończyli w sposób gwałtowny, i tak właśnie, ich zdaniem, było w porządku?

Tak panie psorze! OK... A ty Tygrysiński, co tak siedzisz jak jakaś sowa? Raz jesteś aż nadmiernie elokwentny, a czasem... Uzupełnij Tygrysiński! No dobra, uzupełniam... Wiec tam był także ten Nestor, co dożył późnego wieku, miał chyba niezłą sklerozę i stanowił swego rodzaju chodzącą antyreklamę długiego życia i oczekiwania na naturalną śmierć. O to panu profesorowi chodziło? Tak, jak zwykle trafiłeś w samo sedno, Tygrysiński. O to właśnie chodziło.

Są tu pewne analogie do germańskiej Valhalii, choć tam było to w cyklu dobowym, więc bardziej poniekąd wyrafinowane... Dobrze Tygrysiński, Valhalla faktycznie ma z tym związek, ale odłożymy ją sobie na później. Na razie dzięki!

* * *

I mógłbym tak jeszcze długo snuć tę litaraturę, te natchnione dialogi w stylu "Wspomnień niebieskiego mundurka" (jednej, nawiasem, z ulubionych książek mojego dzieciństwa), ale jednak teraz przejdę na prozę - na zwykły suchy wykład. Bo taką mam fantazję. Albo też coś całkiem innego jest przyczyną i nic nikomu do tego.

Tytuł mamy naprawdę klasowy i w sumie wszystko na niebie i ziemi dałoby się pod niego zgrabnie podciągnąć. Czyż w końcu jest na tym świecie wiele innych istotnych tematów? Tematów w dodatku, które by się z tym naszym, wyrażonym w tytule, ściśle nie wiązały? Pytanie było oczywiście retoryczne, bo jasne jest, że takich tematów nie ma. A teraz będzie wtręt aktualny...

Wstyd się przyznać, a przynajmniej powinno mi być wstyd, ale nie udało mi się, w te parę minut, które byłem gotów na to poświęcić, znaleźć w sieci, ani nigdzie (choć tylko w sieci szukałem, bo gdzie miałbym?), jak dokładnie brzmiało to pytanie, na które 49% Polaków (niech będzie, że "Polaków", choć przydałaby się definicja) odpowiedziało, że nie zamierza, co ma nas, wedle oficjalnej "prawicowej" interpretacji niesamowicie martwić.

Otóż (naprawdę powinienem to był znaleźć, ale nie potrafiłem, żaden ze mnie bloger!) jeśli to pytanie naprawdę, tak jak mi się wydaje, brzmiało w stylu: "Czy byłbyś gotów zginąć za dzisiejszą Polskę", to ja niniejszym ogłaszam, że za DZISIEJSZĄ "Polskę", to ja też absolutnie ginąć nie mam najmniejszej ochoty. Za III RP znaczy. Jeśli miałbym ginąć, albo choćby narażać się na jakieś, nie daj Boże, otarcia czy odciski - to za POLSKĘ i z nadzieją, niepłonną, że ta przyszła, za którą narażałem, czy nawet, nie da Bóg, poświęciłem życie, będzie O NIEBO LEPSZA, naprawdę nasza, wolna...

I tak dalej. Skoro mam ginąć, to sorry, ale w dupie mam wszystkie te załgane politpoprawne pierdoly, że to niby Polska tak samo należy się potomstwu Jaruzelskiego, Urbanowi czy Michnikowi, jak mnie i różnym innym porządnym ludziom. Czyli prawdziwym Polakom, bez żadnych cudzysłowów, w odróżnieniu od tamtej komuszej swołoczy. Porządnym Polakom, którzy by tamtym nie tylko ręki nie podali, ale nawet, mam nadzieję, kropli wody na pustyni, gdyby była akurat po temu okazja.

(Swoją drogą, takie kacapskie słowa jak "swołocz" są bezcenne, bo inaczej wciąż człek by obrażał jakieś biedne niewinne źwierzęta. A tak ma ruskie słówko. Dzięki!)

Jeśli zaś w tym pytaniu chodziło o "ginięcie za Polskę" - no to oczywiście, że to by trzeba zrobić i, teoretycznie w każdym razie, nie zgłaszam zastrzeżeń. I jeśli na to drugie hipotetyczne pytanie 49% odpowiedziało że nie, to jasne, że powodu do wielkiej radości nie ma, choć oczywiście o tego typu sondach moje zdanie jest marne. Natomiast powtarzam - jeśli chodziło o "dzisiejszą Polskę", no to dla mnie jest jasne, iż część ludzi zrozumiała "za Polskę", a reszta "za ten cały obecny syf", więc wynik musiał być niespecjalnie wysoki. (I niespecjalnie niski też.)

Swoją drogą za główną przyczynę ogromnych politycznych problemów Bizancjum uznaje się fakt, że tam istniały ogromne konflikty pomiędzy czcicielami obrazów i obrazoburcami, a władza raz należała do jednych i prześladowała tych drugich, a potem na odwrót. Skutkiem czego to społeczeństwo zaczęło traktować całe państwo tak, jak wkrótce ludność Europy (i w mniejszym nieco może stopniu całego Zachodu) będzie będzie traktować Europę (i Zachód).

No bo w końcu wszystkie te cyrki z "rodzicem 1 i rodzicem 2", cała ta propaganda pedalstwa, wszystkie te dżendery, całe to pedalskie "równouprawienie"... Do czego one prowadzą, jak nie do tego przede wszystkim, że zwykły człek zaczyna traktować władzę jako okupanta? I na szczęście dla tych ponadnarodowych sił, które tym kręcą, mają one, te siły, wciąż jeszcze także owe szczątkowe "państwa narodowe" jako bufory, dzięki czemu pięknie daje się rozgrywać hecę pod tytułem: "Car super, tylko bojarzy (albo czynownicy) bydlaki".

W tym przypadku rolę bydlaków, mniej lub bardziej gorliwie, odgrywają te własne państwa, a "super" jest to niby to coś, co w sumie nawet nie wiadomo czym jest, gdzie jest i co właściwie robi... Ale coś w końcu super być musi, więc leming wierzy, że to gdzieś tam, w kulisach Unii Europejskiej, w kuluarach ONZ... Itd., itd. istnieje.

Podobnie, jeśli nie nawet o wiele bardziej, było z podbojem rzymskiej Afryki przez Wandalów. Tam konflikty społeczne i religijne (a czymże jest "dżender", jeśli nie świecką, naprędce wysmażoną, religią?), wynikające przede wszystkim z tego, że ten czy ów dostojnik kościelny brzydko się zachował w czasie prześladowań chrześcijan - więc zdaniem jednych wiernych, stracił łaskę Ducha Św., podczas gdy zdaniem innych nie mógł jej stracić, bo to całkiem nie tak działa - doprowadziły do takiego stanu, że "obywatele" w nosie mieli w sumie kto dorwie się do władzy i do żłobu, bo się z tym "swoim" państwem całkiem już przestali utożsamiać.

* * *

Wracając do naszego zasadniczego wątku (nikt zresztą wciąż jeszcze nie wie, jaki on jest), bo to powyższe to była tylko - długa, fakt - dygresja. Otóż zastanawialem ci się ja długo, skąd się wzięło to specyficzne podejście starożytnych Greków, i w sumie, szpęglerycznie, Apollinów w ich fazie Kulturowej, do świata, o którym tak przekonująco mówi Spengler.

Chodzi o to (choć idiotyczne wydaje mi się streszczanie tu dziewiećsetstronicowej książki), że dla nich świat, w sensie wszechświat, to był zbiór ciał fizycznych, próżnia nie istniała i nie miała sensu... Takoż liczby niewmierne, o urojonych nawet nie wspominając... A co dopiero całki i inne tam rozkłady Fouriera!

Ale do tego oni faktycznie nie mieli poczucia Historii - nawet i takiego Thukidydesa jest teraźniejszość plus jednolite tło, sięgające historycznie może dwóch pokoleń wstecz, a poza tym to już rzeczywistość czysto mityczna - nie mieli potrzeby trwania, nie mieli tego dążenia do nieskończoności, w każdym sensie, które dla nas, dla naszej K/C, jest czymś tak oczywistym, że przekonani jesteśmy, że to tak musi być zawsze, że każdy tak ma, i że inaczej być nie może. (K/C to "Kultura/Cywilizacja - dwie fazy w rozwoju/schyłku każdej "cywilizacji" wedle Spenglera.)

No i tak myślałem nad tym, myślałem, aż mi się skojarzyło z tą Iliadą, gdzie oni tak radośnie się zabijają i niemal równie radośnie giną... Bo i tak nie chcą dożywać starości. I te dwie sprawy mi się ślicznie zazębiły. Co się zazębiło, spyta jakiś co mniej wyspany P.T. Czytelnik? Ta niechęć do dożywania starości z Iliady z tą niechęcią wobec trwania, z tą miłością (żeby to tak kokieteryjnie nieco określić) do namacalnego i SKOŃCZONEGO konkretu. I niechęć połączona z ignorancją wobec wszystkiego, co choćby lekko zalatywało nieskończonością czy nienamacalnością.

(Swoją drogą do dziś mówi się o czymś doskonałym, że jest "skończoną doskonałością". To oczywiście bzdura, że ktokolwiek w dzisiejszej Europie miałby być "cywilizacją łacińską" - jeśli oczywiście ta "łacińskość" miałaby być czymś więcej, niż tylko pustym dźwiękiem - ale jednak zachodnie elity tą starożytnością i ichnią mitologią żyły prze tysiąc co najmniej lat, więc takie apollińskie relikty mogłyby się w intelektualnym języku uchować.)

No dobra, ale skąd wzięło się to pozytywne nastawienie do umierania młodo, w wyniku przebicia włócznią czy czegoś podobnego, we wspomnianej Iliadzie? Nie jest to oczywiście kwestia, którą by się dało łatwo i na pewno rozstrzygnąć, ale dla mnie to się znowu przecudnie (od drugiej strony) zazębia z tym, co Robert Graves pisze w swej "Białej Boginii", a jeszcze bardziej w PRZYPISACH do swych "Mitów Greckich".

"W przypisach", ponieważ tekst sam w sobie to w sumie niemal takie standardowe "mity greckie", jakie znamy z Parandowskiego czy prof. Zielińskiego. Tylko że Graves robi to o wiele bardziej naukowo, bo podaje różne wersje, nie zamazuje niekonsekwencji, niekompletności i absurdów, no i podaje źródła.

* * *

Co do Parandowskiego, to sam od tego zaczynałem, jednak mity greckie, choćby w tej "klasycznej" wersji, spisane przez ucznia klasy maturalnej, to trochę zbyt ad usum Delphini na mój gust. Choć z drugiej strony, jeśli chcemy delfinów właśnie w mitologii szkolić, to chyba właśnie to jest nam potrzebne, a nie dzikie orgie und zboczenia? Nagość tam przecież i tak jest, plus całkiem sporo innych pikantnych szczególików, bo inaczej by się nie dało. Profesora Zielińskiego cenię za to bardzo i wciąż poszukuję jednej jego książki, której mi brakuje, mianowicie "Po co Homer?"

Ta "klasyczna" mitologia, produkt późnych hellenistycznych mędrków, nie ma wiele wspólnego z tym, co naprawdę w starożytności miało znaczenie, ale to jest to, na czym chowały się i czym żyły zachodnie elity przez tysiąc lat, więc dla ętelektualnie rozbuchanego człeka Zachodu znaczenie to ma, i to spore. Taka jest moja na ten temat opinia

* * *

Same "mity" nawet w książce Gravesa można sobie darować, albo przeczytać je raz i tyle, natomiast te przypisy, obszerne zresztą, to jest, zaprawdę powiadam wam, lektura dziko fascynująca! O co tam chodzi? W nieprzyzwoicie ogromnym skrócie, chodzi tam o to, że przed Indoeuropejską inwazją były tam ludy matriarchalne, różni tacy np. pelazgowie, i oni nie mieli małżeństw, nie mieli także męskich bóstw...

Mieli za to na przykład liczne kolegia kapłanek, a główna kapłanka stanowiła wcielenie jakiejś tam boginii, wyłaniana zaś zostawała w jakichś zawodach - często w biegu - jakich w mitologii, tej "klasycznej", zdroworozumowej, dla ludzi kulturalnych, spotykamy całkiem przecież sporo. No i parzyła się ta kapłanka, a jej koleżanki też, z (przyszłym) Herosem (na razie zaś Królem), który także zostawał często wybrany w wyniku zawodów (których późnym potomkiem są na przykład dzisiejsze Paraolimpiady, a także dawniejsze nieco igrzyska gladiatorskie), czy jakiejś walki (o jakich sporo itd.)... Albo łapali sobie obcego przybysza... A po jakimś czasie bardzo fajnego und elitarnego życia zostawał taki Król (on to bowiem byl, drodzy Monarchiści!) składany na ofiarę...

Przez co "uzyskiwał nieśmiertelność" i stawał się Herosem. Jego głowa, zakopana koło bramy, chroniła miasto, a do tego często miała dar prorokowania. Brzmi to niesamowicie? Zgoda, ale najbardziej fascynujące jest to, że jakoś tak właśnie było i Graves ma rację. Może nie w każdym szczególe, nawet na pewno nie, bo to by było już bardziej chyba nieludzkie od genialności Spenglera, ale jakoś tak to właśnie wyglądało - z tego wzięły się te konwencjonalne "mity greckie" dla kulturalnych ludzi... I sporo innych spraw, jak choćby Paraolimpiady.

Nie powiem, że ten temat od dawna chodzi mi po głowie, ale tylko dlatego nie chodził, że wydaje mi się on o wiele zbyt ambitny jak na moją nikłą blogaskową pracowitość i w ogóle to blogaskowe medium. Ale jest to faktycznie coś, co mnie od dawna dziko fascynuje. Dlaczego w ogóle zatem podjąłem trud napisania o czymś tak, jak na moje blogaskowe możliwości, trudnym, skoro wiem, że za darmo i na blogu to nie wyjdzie tak, jak powinno?

Otóż zapłodnił mnie pewien ebook o sztukach walki, który ostatnio zdobyłem, a rozpoczyna się od stwierdzenia, że w naturze wszystkie źwierzęta giną śmiercią gwałtowną, bo kiedy już nie są w stanie... Sami wiecie. Nawet jeszcze nie wiem co jest dalej, bo tylko tyle przeczytałem i zacząłem rozmyślać o apollińskiej K/C i matriarchacie Gravesa.

I tak się, między innymi, zacząłem zastanawiać, czy przypadkiem nie ma ogromnej jakościowej różnicy pomiędzy ludźmi, którzy chcą żyć nieskończenie długo - nawet za cenę kompletnego zidiocenia, kompletnej bezsilności, kompletnego poniżenia... Aż do samej eutanazji znaczy... I takimi, którzy godzą się, czy nawet radują się na myśl, że zginą młodo i w miarę szybko.

Ma to z pewnością znaczenie militarne i dałoby się na tej problematyce sporo zbudować w historii militarnej świata. Jednak oczywiście my tu nie mamy najmniejszych możliwości porządnego zbadania takich kwestii, natomiast to z tymi Grekami, Herosami i Apollinami mi się z tamtym bardzo wyraźnie wiąże, więc poczułem się zapłodniony i o całej tej fascynującej, dla mnie w każdym razie, sprawie napisałem. Niech mi to Bóg wybaczy!

triarius

18 komentarzy:

  1. Komęta znowu dostaję prywatnie... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A propos tekstu: ach, prawdziwe mity! Żałuję, że nigdy się w nie bardziej nie zgłębiłem. Zaś pelazgijski rytuał - fascynujący.

    Nie à propos: czytam "The Social Contract" Ardreya. Przymierzałem się już doń nie wiem jak długo, stwierdzając "pamiętam, co Tygrys napisał na blogu, po cóż mi więcej?". Jak bardzo się myliłem! To świetna książka i widzę teraz jasno, jak bardzo masz rację, gdy mówisz, że należy odłamać naukę, która bywa obecnie wykorzystywana przez lewicę (szeroko rozumianą). Marksizmu dobrze nie znam, wyłącznie absolutne podstawy, a dzieło Ardreya podcina wszystkie korzenie, na których ten wyrósł, ze szczególnym naciskiem na źródło współczesnych przesądów - Jeana Jacques'a Rousseau. Rewelacja.

    Cura, ut valeas
    Luca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te Pelazgiusy faktycznie miały zdrowe podejście do wielu spraw! ;-)

      "The Social Contract" to faktycznie wspaniała książka i bardzo się cieszę z tego co mówisz. (Swoją drogą, drogie ludzie, ona jest do ściągnięcia z sieci - linek u góry po prawej na tym blogasie!)

      Liberalna lewizna wie co robi, blokując wydawanie Ardreya za pomocą chytrych kruczków z dziedziny "praw autorskich". Niech ją szlag!

      Pzdrwm

      Usuń
  3. Tygrysie! Błysku w gąszczach mroku! Iliady wprawdzie na pamięć nie znam, ale nie przypominam sobie, żeby gdzieś tam traktowano Nestora jako zżeranego sklerozą starca. Raczej wręcz przeciwnie.

    Co do śmiertelności wśród greckich towarzyszy, to należy sobie jasno powiedzieć, że to, co przedstawia Iliada, to są walki plemienne, z całą ich specyfiką. Tam nie ma żołnierzy w sensie armii regularnie odbywającej ćwiczenia, spojonej drylem, postawą zasadniczą i poranną zaprawą, są za to indywidualni wojownicy, jest bohaterszczyzna, walka dla osobistej sławy, strzelanie fochów (cały ten epos to historia achillesowego focha przecież), notoryczne olewanie dowódców i kłótnie o łupy. Tak właśnie wyglądają plemienne wojny - również dzisiaj.

    Dzielni amerykańscy uczeni robili badania na ten temat i wyszło im (czego właściwie można było się domyślać), że śmiertelność w tego typu konfliktach jest niewielka i rzadko dochodzi do 10%.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komęta, ciekawie prawisz, ale ja się nie zgodzę. Przynajmniej nie ze wszystkim. Też czytałem nieco amerykańskich historyków i speców od wojskowości - studiowałem kiedyś historię, z naciskiem na starożytną (i idei), a sprawy militarne (dziecinny wtedy byłem, chcoć wcale nie aż taki młody) interesowały mnie bardzo. Czytałem Keegana, czytałem Ferrilla, czytałem Hansona...

      "The Face of Battle" Keegana jest wspaniała, ale ta jego historia wojen, w której on stara się udowodnić, że wojna totalna to jest jakaś chora fanaberia, bo normalne wojny to są takie plemienne, gdzie się rzuca patykami na oczach całego plemienia, a ginie mniej, niż w dwunatowiecznych turniejach rycerskich, gdzie wolno było walić w łeb ile się chciało, a nie wypadało tylko dziabać.

      Co do Iliady, to to w ogóle nie jest żaden wierny opis, tylko właśnie projekcja napisana w parę setek late temu, kiedy tamten świat - epoka brązu, sporo jeszcze śladów po tym pelazgijskim matriarchacie i walce z nim napływowych Indoeuropejów itd. - był już całkiem obcy.

      Pisalem w Uppsali pracę semestralną na temat rydwanów, i co do rydwanów w Iliadzie są trzy główne teorie, ale jednak uważa się raczej, że to nie były tylko taksówki dowożące indywidualnych herosów na pole walki, tylko coś takiego, jak w bitwie pod Kedash, gdzie setki, jeśli nie tysiące, rydwanów walczyły ze sobą z każdej strony, w szyku itd.

      Bo to nie była żadna wojna plemienna, tylko właśnie finał pewnej długotrwałej fazy wielkiego, odwiecznego konfliktu Wschodu z Zachodem, walka o ogromne zasoby (cieśniny, kontakt z Morzem Czarnym i Krymem (!), z Azją Mniejszą (niewolnicy, konie itd.). I to była wojna o wiele bardziej, uważa się, poważna, niż to ten gość o kwywie Homer opisał.

      Nawet koń trojański miałby być wspomnieniem, już nierozumianym przez Greków okresu geometrycznego (jak to się nazywa), o machinach oblężniczych. Które były stosowane już tysiące lat wcześniej, przez Asyryjczyków i takich tam.

      Chętnie bym o tym jeszcze podyskutował, jeśli raczysz. Mogę oczywiście nie mieć racji. Ale co najistotniesze tutaj, to to, że w sumie ta etyka - że żyjemy szybko i nie staramy się dożyć starości - tutaj właśnie wystepuje jak najbardziej. A Iliadą przecie żywili się oni jak niczym innym.

      Nestor? OK, super staruszek, wygłasza przemądre sentencje i wspominki. Ale nie odnosiłem wrażenia, by mu tam zazdroszczono długiego życia, czy czegokolwiek zresztą. Satyry nie było, ale to tylko ten szmirus Szekspir nie wie, że humorek psuje dramaturgię, o tragiźmie nie wspominając.

      Zresztą, jak mówią, "wyjątek potwierdza regułę". (Przez to, że jest wyjatkiem, bo inaczej to nie ma sensu. N'est-ce pas?)

      A co do niewyszkolonej armii i fochów... Z jednej strony, sam mówiłem, że głupio moim zdaniem gada Keegan o tej wojnie totalnej, bo co tu można komuś zachwalać, jak wróg będzie i tak eskalował? ONZ ma pilnować?

      Z drugiej strony jednak (przypominam sobie, że lekceważysz chyba Celtów), ja akurat te fochy (i tych Celtów), uważam za Koronę Stworzenia. Wcale nie szkopów, wcale nie (oczywiscie ruskich)... Choć oni, albo coś równie paskudnego, zapewne posiądzie ziemię. Ale karaluchy i tak ich przeżyją, więc aksjologicznie to nie jest wielki argument.

      Żołnierz wyszkolony, komandos noszący ze sobą woreczek na odchody, żeby nie zostwić śladów... Wszystko to jest kurewsko potrzebne - zgoda! Ale jednak po co jest potrzebne? Dla mnie po to właśnie, żeby nastojaszczia elita, paru takich alfa-ludzi, mogło sobie te fochy. I jakieś tam MMA, jakieś tam turnieje, jakieś tam pojedynki takie, jakie sobie wyobrażał gość o ksywie Homer, a które przemawiały do wyobraźni możnych ciemnych wieków Grecji. Tak mam! ;-)

      Pzdrwm

      Usuń
    2. Zaplątałem się i nie dokończyłem zdania... Więc dla mnie ta historia wojen Keegana, gdzie on się stara różne takie, jest głupia. Po prostu.

      Pzdrwm

      Usuń
    3. Nie "setek lat temu", tylko SETEK LAT POTEM. Strasznie się plątałem, ale późno już i widać trochę mi ten sławny umysł zasnął.

      Pzdrwm

      Usuń
    4. Bitwa pod KADESH - palcówa!

      (Ale se namnożę komętów! Ale już za późno żeby kasować i wklejać poprawione od nowa.)

      Pzdrwm

      Usuń
    5. W sumie to indoeuropejskie ludy epoki brązu, w jakimś stopniu także Grecy, były zainteresowane swoistą nieśmiertelnością, realizowaną poprzez zyskanie nieśmiertelnej sławy (słynne kléos áphthiton z kognatem w Rygwedzie w postaci śrávaḥ ákṣitaṃ).

      Usuń
    6. Ja się kompletnie zgadzam z tym, co mówisz o indoeuro. (Zresztą, nawiasem, Spengler wprost pisze, że indyjskie i greckie podejście jest bardzo podobne, bo te dwie K/C całkiem ignorują historyczność i czas.)

      Pragnienie nieśmiertelności z pewnością jest niezależne od konkretnej K/C, tylko że jedni sobie to potrafią wyobrazić, i wyobrażają sobie w taki czy inny sposób (harfy i Boskie oblicze, hurysy z błonami nie do zdarcia, Valhalla z codziennymi bitwami i codziennymi ucztami, itd.), a inne właściwie nie.

      Wieczna sława, zgoda! To miało u nich znaczenie chyba faktycznie większe, niż w naszej K/C. Ale też ta ich "prawdziwa" nieśmiertelność, ta po otrzymaniu jabłka nieśmiertelności (co zostało wadliwie zinterpretowane jako idiotyczne jabłko Parysa dla najpiękniejszej bogini) i zostaniu utrupionym przez kapłanki albo "brata bliźniaka" (Kastor-Poluks, Achiller-Patrokles, Herakles i ten tam, jak mu było...i cała masa innych) była nieskończenie smętna. Jakieś dusze pałętały się po zachodnich albo północnych krainach, w wiecznym półmroku, bez uczuć... Zgroza!

      A co by im niby szkodzilo wyobrazić sobie coś fajniejszego? Przecież fantazji erotycznej mieli nie mniej od Arabów, Herakles w ciągu jednej nocy zaliczył 50 dziewiczych sióstr... Ale widać nie potrafili!

      Wieczna sława, zgoda. Ale jednak to wciąż jakieś ścisłe odniesienie jedynie do tego naszego - cielesnego i widzialnego świata. Co by pasowało do tez Spenglera. (Swoją drogą akurat czytam znakomitą książkę o historii Rzymu, i tam od niechcenia parę tez Spenglera sie potwierdza. Choć to nie te najbardziej "metafizyczne".)

      Zresztą, skoro o umieraniu mówimy, to weź Solona i te wszystkie mądrości, że "nikt nie może być szczęśliwy przed śmiercią", i te historie o "najszczęśliwszych ludziach", polegające na tym, że "żyli sobie naprawdę fajnie i wzniśle, a ŚMIERĆ MIELI TAKĄ, ŻE AŻ ZACHWYCA!"

      Mój tekścik jest w sumie głupawy i całkiem nie na skalę tematu, ale dzięki Waszym głosom, można sobie nieco o tych ważnych (jak sądzę) kwestiach podyskutować. Za co dzięki!

      Pzdrwm

      Usuń
  4. No! Nie znałem kolegi z tej strony!

    "Żyć szybko, umrzeć młodo i zostawić piękne zwłoki." - Podejście samo w sobie nie takie znów ekstrawaganckie. (Sam onegdaj we wczesnej podstawówce byłem głęboko przekonany o tym, iż nie mam szans na jakąś tam obłędną podróż do przyszłości w okolice roku 2000; raz że było to kosmicznie odległe w czasie, dwa głęboko liczyłem na konkretny konflikt globalny, w trakcie którego, niejako naturalnie, płynnie rozstanę się z otoczeniem... Oczywiście liczyłem na rozstanie z jakąś tam giwerą w dłoni! Nie zapomnę jak w trakcie pamiętnego "Kryzysu kubańskiego" (a nie chodziłem wówczas jeszcze do szkoły) próbowałem przekonać starego , że przydam się w koszarach, aby tylko mnie nie zostawiał z tym kółkiem rozhisteryzowanych bab z bloku zapychających wszystkie dziury w mieszkaniach mąką i cukrem!

    Niestety w życiu wychodzi jak zwykle nispecjalnie, ale najwyraźniej w tak pięknie utrafiliśmy czasy. Wszyscy są tak zesrani ze strachu przed śmiercią, że z rozpędu udają iż w ogóle nie ma starości (sześćdziesięcioletne ramolice upychające swe grube dupy w dżinsy i heja na bal, etc - żałosne)!

    Dawniej chętniej godzono się z młodym umieraniem, bo było ono powszechne (czy ktoś rozsądny obraża się na Śłońce tylko dlatego że codziennie zachodzi?) - zaś starców szanowano, bo byli taką żadkością!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, trochę kokietuję... Trochę jest tak, że ja już, choćbym nie wiem jak chciał, młodo umrzeć nie zdołam... Ale też po prawdzie - całe to "wieczne życie" w realnym liberliźmie nie jest funta kłaków warte.

      Komandosi noszący własne odchody w plecaku (widziałem kiedyś taki reportarz o SAS na BBC) są oczywiście piękni i wzniośli, podobnie jak astronauci trenujący celowanie w nieważkości do mini-kibla za pomocą sprytnie umieszczonej kamery telewiyjnej... Ale w sumie, jak się zastanowić, po kiego to wszystko? Jasne - podmiotem, nie przedmiotem, sensem życia jest życie, ale też jakiś program POZYTYWNY na odmianę by się przydał. Nie?

      A te turnieje, com o nich mówił, dwunastowieczne, to nie było tylko tak, że gość z gościem, więc można było sobie liczyć na własną sprawność, łudzić się... Nie - to były regularne bitwy, gdzie można było się nad kimś znęcać, ciągnąć go za łeb dla okupu, a inny cię wtedy zajeżdżał od tyłu i walił maczugą, albo innym toporem, przez łeb. Nawet w hełmie musiało to zdrowo dzwonić w uszach, że tak to eufemistycznie i kokieteryjnie wyrażę.

      A poza tym ja tutaj nikogo nie namawiał do szybkiej śmierci! Po prostu sprawa tych herosów, co żyli szybko, mieli masę gastronomicznych i wenerycznych przywilejów, ale trwało to tylko czas określony (no, chyba że pojawiło się kolejno paru cwaniaków i mieliśmy sytuację jak z Abrahamem i Izaakiem, w końcu tam też o to chodzi!)...

      No i to się wiąże z tym charakterem Apollińskiej K/C, który także jest, jak sam wiesz, fascynujący. A także oczywiście z tym, że jednak prawdziwy wojownik, naprawdę dobry żołnierz, komandos z woreczkiem (z całym szacunkiem, bo á la guerre comme á la guerre, w końcu), żeby być prawdziwym i dobrym, musi chyba jednak się z tą swoją gwałtowną śmiercią każdego dnia akcji godzić bez problemu. I to faktycznie jest pewne aktualne i dające do myślenia.

      Także do myślenia i schyłku i upadaniu zachodniej C. Nie?

      Pzdrwm

      Usuń
  5. A ci dzisiejsi herosi to te gówna, że tak spytam, jak długo mają w planie nosić? Bo jak im się akcja pow., dajmy na to, miesiąca przesunie to dostrzegam pewne utrudnienia..

    Nie mylmy jednak gotowości na śmierć z ochotą do umierania - to byłoby wśród wojowników zupełną abberacją, bo zamiast walczyć patrzyliby tylko jak tu sprawnie łeb pod topór podłożyć!

    A na to Zachodnie upadaniem już nie tylko kontempluję ale wręcz po całości rzygam...



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, oczywizda że jakaś tam chęć i zapał do umierania byłyby kontr-produktywne (żeby tak żywcem z angielskiego). Choć z drugiej strony taki Richthofen wyraźnie cieszył się myślą, że któregoś dnia w przetworzach jego serce przeszyje kula... Mówił o tym, chyba nie raz. Na pewno jednak to nie jest tak, że w trakcie danej walki wojownik ma ochotę zginąć. Raczej, jak ja to sobie wyobrażam (bo w końcu co ja tam mogę wiedzieć) poprzedniego dnia, albo jeszcze tego samego rano, ustwiając się w szyku przy dźwięku trąb, myśli sobie "to może być ostatni poranek jaki zobaczę, ale chuj, miałem bogate życie, wielu rozpłatałem łby..." Te rzeczy.

      Co do herosów z SAS (nie chcę Ci obrzydać, może kiedyś... ;-) No więc tam była taka akcja, treningowa, ale całkiem jak w realu, kiedy oni szli zdobywać jakiś sztab, przez pustkowie, trwało to parę dni, a ścigały ich jakieś takie oddziały (kojarzyło mi sie to z argentyńskimi, ale to tylko takie wrażenie) w czarnych mundurach, no i oni mieli takie WIELKIE plecaki, ci "nasi" z SAS, i w nich nosili te odchody, coby psi i inne tego typu stworzenia ich nie namierzały. Parę dni to trwało, bo tyle trwała ta sytuacja.

      Natomiast to o astronautach trenujących celowanie do kibla przy pomocy kamery, to też absolutna prawda. To zdaje się, obok odporności na chorobę lokomocyjną, jest także jedno z głównych kryteriów naboru. No bo w końcu, połączenie choroby lokomocyjnej z nikłą zdolnością celowania... Przerażająca wizja!

      W ogóle całe to nasze (?) leberalne życie jest dość, jak nieco poskrobać, gówniane. Jak Gauthier mówi w "Pannie de Maupin", najważniejszm pomieszczeniem we współczesnym (już wtedy) domu jest bez wątpienia kibel. Alternatywą jest wprawdzie brak kibli... Jednak pozostaje kwestia - CZY TO MUSI, JAK TERAZ, BYĆ SENS I SAMA ISTOTA NASZEGO Q...A MAĆ ŻYCIA? ;-)

      Pzdrwm

      Usuń
  6. "I tak się, między innymi, zacząłem zastanawiać, czy przypadkiem nie ma ogromnej jakościowej różnicy pomiędzy ludźmi, którzy chcą żyć nieskończenie długo - nawet za cenę kompletnego zidiocenia, kompletnej bezsilności, kompletnego poniżenia... Aż do samej eutanazji znaczy... I takimi, którzy godzą się, czy nawet radują się na myśl, że zginą młodo i w miarę szybko."

    Jest, ci którzy chcą żyć nieskończenie długo podbili całą planetę i polecieli w kosmos. A ci od szybkiej śmierci nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło cię tu gościć, kopę lat, chlebem i solą, ale chyba do końca tego nie przemyślałeś...

      No bo co na przykład z CYWILIZACJĄ ŁACIŃSKĄ, że spytam?

      I nie jest to przypadkiem tak, że ci co chcą żyć wiecznie, kończą jako kastrowane eunuchy po różnych haremach, a te co nie chcą, produkują, choćby i po ogromnej atomowej klęsce, te swoje Hondy i Toyoty, narzucają światu swoje karate i aikido... A za jakiś czas, kiedy ci co chcą wiecznie, być może już naprawdę wylecą w ten wymarzony kosmos na amen... Kto wie?

      (A poza tym przecież to nie była żadna propaganda krókiego życia. Ja się po prostu nad tymi kwestiami zastanawiał! Chyba nie myślisz, że ja sam marzę o eutanazji albo i nagłym zgonie na zawał?)

      Pzdrwm czule i polecam się na przyszłość

      Usuń
    2. Akurat wyprawa w kosmos albo na podbój planety wiązała (i wiąże) się z ryzykiem szybkiego zgonu.

      Usuń
  7. Che, che, che! Tygrys zasadniczno może już bez konsekwencji reklamować młodzieńcze, radosne schodzenie, z resztą ja również tę przypadłość mam już zasadniczo silnie za sobą - ale mowa tu nie o naszej intelektualnej (mniej lub bardziej pokracznie rozumianej) uczciwośc,i tylko o istniejącym czy nie uwiądzie starczym naszej zdychającej cywilizacji objawiającej się nawet w samym strachu już o myśleniu o śmierci, a kudy tam do ochoczego umierania w walce.

    OdpowiedzUsuń