czwartek, maja 06, 2010

Orfeo

Właśnie sobie obejrzałem na Mezzo "Orfeo" Monteverdiego. Po raz zapewne trzydziesty w życiu, konkretnie od paru lat, drugi w ciągu miesiąca. I któryś już raz ten konkretny spektakl. Tak - "Orfeo", a nie "Orfeusz" (jak to wyświetliło, całkiem niepotrzebnie częstujące mnie ostatnio rodzimymi podpisami, Mezzo), "Orfeus", "Orfej", czy inne "Orfiątko"! To jest coś całkiem specjalnego i wyjątkowego, a nie jakaś tam  jedna z oper o Orfeuszu. (Nie mówiąc już oczywiście o "Orfeuszu w Piekle" Offenbacha, w którym liberalizm i przedsmak tego "muzycznego" koszmaru, który leje się teraz na człowieka ze wszystkich stron. Ale sza, bo będzie "antysemityzm"!)

By zacząć od spraw nieco mniejszej wagi, a potem stopniowo zwiększać... Co właściwie? Niech będzie, że "intensywność"... Więc w powyższym celu najpierw krótko o sprawach drugorzędnych. Więc scenografia była prosta, z paroma fajnymi pomysłami i w sumie udana. Kostiumy nieco, jak to dzisiaj bywa, awangardowe, ale bez przesady. W końcu w czym mają w XXI wieku tańczyć po łące nimfy i pasterze, że spytam, jeśli nie w przydużych białych garniturach? Nie, poważnie to nie były złe kostiumy, a dusze zawinięte w celofan, czy może raczej jakiś tiul (żeby mogły oddychać, choć to poniekąd paradoks), były nawet bardzo przekonujące.

Te garnitury widać tutaj - białe to nimfy i pasterze, a Orfeo żółty. W dodatku śpiewiają i tańczą jak żywe. (Tamże, jak się sobie kliknie, więcej! Tego "Orfea" i innych "Orfeów", także na ogół ślicznych.) No i w końcu w recenzji (łał!) wypada powiedzieć, a o jaki konkretnie spektakl chodzi - więc chodzi o ten tutaj.


Była też choreografia, także nieco awangardowa, ale to samo - co mają niby tańczyć pasterze i nimfy, że spytam? Jeśli do wyboru jest albo dysko, czy inny breakdance, albo też "inspirowany starożytnością" styl Isadory Duncan (to była obrzydliwa komucha, ale na szczęście kacapy w końcu ją utrupili, tak jak lubię)... Albo też jakiś upiorny burżuazyjny (!) balet w stylu "Jeziora łabędziego"... Nie, to ja stanowczo wolę to co było! Choć nagie Afrykanki byłyby jednak chyba jeszcze lepsze. Może następnym razem.

Teraz sprawy naprawdę ważne. Czyli MUZYKA, no i treść. A, jeszcze jest gra aktorów! (Bo ja, widzie ludzie, pierwszy raz piszę recenzję ze spektaklu. Tracę, znaczy, kolejne dziewictwo, któreż to już z rzędu?) Było to naprawdę dobrze zagrane (w sensie orkiestry) i zaśpiewane. Faktycznie kiedy to słyszałem parę dni temu, początkowe śpiewania wydały mi się nieco zbyt... Nie powiem "cierpkie", bo cierpkość w muzyce, to ja pasjami lubię, ale raczej... Głosy jakieś takie nieco przeraźliwe, przynajmniej niektóre.

To jednak był chyba mój błąd, bo tym razem nic podobnego nie zauważyłem. Śpiewali wspaniale. Ten mój błąd mógł się wziąć stąd, że stosunkowo rzadko udaje mi się "Orfea" (czy zresztą jakieś inne takie dłuższe dzieło, co je dają w Mezzo) obejrzeć i wysłuchać od początku. Po prostu dlatego, że człek nagle włącza telewizor, albo nagle przełącza na to Mezzo, a tam już to leci. A jak nie leci, to człek wyłącza, albo też idzie sobie pooglądać co inne. No i tak wydaje się to być, że jak ja z tego Orfea czegoś nie wysłuchałem dotychczas parę razy, to też mam jakieś lekkie wątpia.

Z czego wniosek - i to naprawdę ważny (wyjąć zeszyciki, kto tego jeszcze nie zrobił, i cholera NOTOWAĆ!)  - że, skoro ja potrzebuję dwóch razy w ciągu tygodnia, żeby nie mieć cienia wątpiów co do brzmienia tej muzyki.... Ja, któren naprawdę czcicielem muzyki od stuleci... Ja, któren naprawdę mógłbym muzyki (dobrej!) słuchać za pieniądze i byłbym z tego dziko bogaty, a leberały by mnie musiały wynieść na ołtarze... Ja, któren Monteverdiego wielbię i uważam za największego w jego fachu, a "Orfea" za największy utwór muzyczny w historii... Ja wreszcie, itd...

Więc skoro ja czasem, na początku nie całkiem doceniam, to co musi być, ludzie, Z WAMI? A więc, nie zrażać się, że nic do Was nie trafia! Nie doprawiać, nie rozcieńczać Village People, czy innymi Skaldami (tfu!), ani nawet żadnym Fryckiem czy innym "Oda do Radości" Beethovenem! Po prostu macie WIEDZIEĆ, że to jest TO, i z tym przekonaniem w duszy macie słuchać! Niekoniecznie zawsze z zaciśniętymi z wysiłku pośladkami, przymuszając się... Czasem właśnie luźno, od niechcenia, zamiatając, gotując mężowi zupę, czy robiąc żonie dobrze (ach jak dobrze!). Tak ma być!

No dobra, była recenzja... Taka, na jaką nas w tej chwili stać. Było wezwanie und pouczenie... Teraz przechodzimy na poziom meta. (Kto tego z poziomem nie rozumie, niech się zapisze do hrPonimirskiego na korepetycje z metalogiki. Chłopakowi przyda się parę groszy, kupi se lepszego kąpa, a Wam zrozumienie spraw trudnych, z akcentem na META.)

Więc, jak wspomniałem, "Orfeo" Claudia Monteverdiego to dla mnie, i z przekonaniem, największy muzyczny utwór w historii. Choć, i mówię to głosem nabrzmiałym świadomością tego faktu, konkurencja jest naprawdę ogromna - wszystkie te Dufaye, Josquiny, Palestriny, Charpentiery... I Guido Rossi na dodatek. Ale tak właśnie jest. Największa opera... Co jest o tyle zabawne, że jest to także, przynajmniej oficjalnie, bo są tu pewne kontrowersje, pierwsza opera w historii. W każdym razie jest ona jedną z pierwszych. Z 1607, na ile dobrze pamiętam. (Tu też są jakieś drobne kontrowersje.)

Potem był już tylko zjazd! No, jeszcze w 40 lat później Monteverdi stworzył "Koronację Poppei", także nie byle co. No, ale w sumie na początku było najlepiej, a po jakimś czasie zaczął się zjazd tak przeraźliwy, że opera romantyczna to przecież koszmar! Rozumiem "Peer Gynta" (choć to jednak nie opera), "Carmen", czy "Porgy and Bess", ale Verdi i te wszystkie upiorne "Toski"?! (Nie mówiąc już o "Orfeuszu w Piekle", choć to operetka.)

Jak stwierdził kiedyś Pan Tygrys: "Verdi doprowadził nas do tego szamba i tylko Monteverdi może nas z niego wybawić". (Czy jakoś podobnie.)

W każdym razie, choć pod względem muzycznego gustu nie całkiem, mówiąc łagodnie, zgadzam się ze Spenglerem... Któren w końcu był wykształconym i wyrafinowanym, ale jednak dziecięciem swojej epoki, która muzyki sprzed Bacha czy Haendla nie doceniała, zresztą nawet nie miała jak jej poznać... Więc, choć się pod względem muzycznego gustu nie zgadzam, to zgadzam się jak najbardziej, że właśnie Barok (czyli XVII wiek, a nie Bach, choć ten też był nie byle jakim kompozytorem, tyle, że żył w wieku XVIII, o czym mało kto zdaje się wiedzieć) był SZCZYTEM ZACHODNIEJ KULTURY! Kultury, czyli, na prosty i zrozumiały język - "cywilizacji".

Ta muzyka! Ta matematyka przecież! W końcu to wtedy powstał (i to w dwóch całkiem różnych miejscach) rachunek różniczkowy i całkowy! Przy tym wszelkie teorie względności, to, jeśli cokolwiek z tego rozumiem (a ukończyłem, choć bez zapału, Politechnikę i uchodziłem za matematycznego und fizycznego Wunderkinda w liceum, choć też mnie niespecjalnie kręciło), tylko pikuś, mały pikuś.

Wcale nie odmawiam Fryckowi osobistego talentu wprost ogromnej miary, tylko (że zaklnę) CO Z TEGO? Jeśli ktoś nie widzi, że to Frycek właśnie (z Verdim) doprowadzili nas do tego... Do tego raju, jasne... Jeśli ktoś się rozgląda i widzi raj, to właśnie do tego raju! A jeśli widzi co innego, to też Frycek z Verdim! Jeśli nie widzi, że w tej Frycka muzyce jest już ta "słabość nerwów", ta histeria, która dzisiaj dominuje dosłownie wszędzie i zewsząd się wylewa, to zeunuszenie...

Co ja będę Wam, ludzie, klarował! Wyobraźcie sobie chudego, bezpłciowego... Choć gruźlica zwiększa popęd, to i tak jest to popęd, że tak powiem, mało płciowy! No bo jaki normalny facet poleciałby na babę chodzącą pod ksywą George Sand, palącą cygara i seryjnie z siebie wypuszczającą upiornie nudne, umoralniające powieści... Do tego histeryczkę, robiącą sceny...

Więc ten facet, rzuca długimi włoskami, robi uduchowione miny, i przebiera nieskończeeeeeeeenie długimi, pajęczymi paluchy po klawiszach (jedno dobre, że te białe, a właściwie żółtawe, z prawdziwego słonia, nie ta politpoprawna tandeta co dzisiaj!), a na sali cała zgraja brzuchatych burżujów w tużurkach i kolorowych kamizelkach opinających im podwójne i potrójne podbródki. Nie, odwrotnie, sorry! - kamizelki opinają brzuchy, a podbródki po prostu są.

I drżą ze wzruszenia, kiedy ten Frycek tymi włoskami rzuca i wydaje z siebie.... Czy raczej z tego nieszczęsnego Stainwaya... Te histeryczne granka. Jeśli TO nie by upadek... Jeśli TO nie było co najmniej preludium do upadku - tego, który mamy teraz - no to ja już naprawdę nie wiem. No i autentyczna muzykalność, geniusz nawet, biednego Frycka NIC TO CAŁKIEM NIE MA DO RZECZY! Kiedyś muzyka była - ach! - dążeniem do formy całej Kultury. (Niech będzie "cywilizacji", dla Was tam, ludzie prości, bo też Was szanuję, i inaczej bym Was tak za uszy nie próbował podciągać.)

Tak że, zaryzykuję tezę, iż Szpęgleryzm Stosowany, cum Autentyczna Prawicowość, cum Nowy Stoicyzm (na dobre i na złe, nie mówię, że ja chcę być stoikiem, ale skoro mam do wyboru to - albo tuskoidię, to darujcie!)... Wszystkie te wzniosłe rzeczy, taka jest ta moja teza, zaczynają się od docenienia "Orfea" Monteverdiego i odrzucenia Frycków tego świata.

Możecie się podniecać Rolling Stones'ami (byle nie tym z ostatnich 20 lat, cenię staruszków, ale bez przesady!), możecie kochać zapijaczonych i bezzębnych pedałów z The Pogues (nie za pedalstwo i poglądy - ZA MUZYKĘ! Zresztą pedał był tam chyba jeden, choć akurat najważniejszy.). Możecie i powinniście nawet kochać Hanka Williamsa, Amálię, czy Żannę Biczewską (ja wolę taką ruską muzykę od wrzasków Wysockiego), ale zrozumcie ludzie, że to nie jest ten rodzaj, ta skala, ta wielkość muzyki, którą mieliśmy od Dufayów, Palestrin czy Monteverdich!

Wtedy, jako rzekłem, cała K/C szukała swojej idealnej formy - potem już tylko ten czy inny Frycek dawali "kulturalne przeżycia" brzuchatym, a choćby i chudo-suchotniczym, burżujom! I tak już pozostało, choć burżuj czasem udaje buntownika, co jednak także wcale nie jest taką wielką nowością.

Nie jestem żadnym specjalistą od sztuk scenicznych, ale prywatnie sądzę,  że "Orfeo" może być także największym utworem scenicznym - nie tyle "w historii", co naszej K/C. Bo Ajschylosi i Eurypidesi (sorry wielbiciele Konecznego!) to dla mnie jednak nie jest TA K/C. A więc, po odrzuceniu tamtych, co nam pozostaje? Zapewne "Hamlet", któren chyba uchodzi za największego i najbardziej reprezentatywnego.

Reprezentatywny to on faktycznie jest i reprezentuje, nawet bardzo udatnie, ten chaos, oraz tę przedziwną neurozę, która wisi jakby nad naszą K/C (wyjaśniam co tępszym moim kochanym Czytelnikom, że "K/C" to "Kultura/Cywilizacja" - dla ludzi prostych, nieliźniętych szpęgleryzmem, to oznacza PO PROSTU "CYWILIZACJA"). Największa ze wszystkich dotychczasowych K/C, zapewne po niej nic, albo nic podobnie wielkiego, a jednak ma w swych genach jakieś utajone szaleństwo... No i "Hamlet", mniej nudny i bezsensowny od "Króla Leara", to szaleństwo fantastycznie, trzeba przyznać, oddaje.

Ja jednak, człek prymitywny i niedzisiejszy, niespecjalnie doceniam sztukę przede wszystkim zajmującą się oddawaniem takich rzeczy, jak "chaos i zgiełk dzisiejszego wielkiego miasta", czy choćby - na o wiele wyższym poziomie, zgoda! - "neurotyczności naszej cywilizacji". Ja tego mam pełno na co dzień, uszami mi to wychodzi, i nie muszę po to leźć do teatru! No a, pomijając ten wzniosły aspekt, co takiego wspaniałego jest w tym "Hamlecie"? Chaos, brak formy, przegadanie, filozofia na poziomie liceum, tyle że podana w "kunsztownej" i "poetyckiej" formie. (Formie?)

Wiem, że wtedy nie mieli prawie dekoracji, więc musieli gadać, która jest godzina, zamiast postawić wielki dworcowy zegar i mieć z głowy. No i rozumiem, że publika płaciła wtedy za bilety nie po to, żeby jej mówili "jest wpół do szóstej, słońce zachodzi za wzgórzem", tylko raczej "już różanobiodra Jutrzenka strzepuje o sosnę bóstwu rogatemu pól i lasów jego dumny i groźny, choć teraz już jak mgiełka w nasyceniu kordelas...". I takie rzeczy. Ale co MNIE to, @#$%, obchodzi? Grecy nie mieli żadnych dekoracji, aktorów było dwóch lub trzech, a radzili sobie całkiem nieźle.

Nie wiem, nie znam się, do czego się otwarcie przyznaję, ale na moje oko to "Orfeo" ze swą genialną prostotą fabuły, jest arcydziełem także w kategorii dramatu, do którego żaden Szekspir się nie umywa. W "Orfeo" jest masa niuansów i to tyle mówi o życiu, a szczególnie życiu ludzi wyższego lotu, że aż... A przecież treść można łatwo zawrzeć w paru zdaniach. Niech mi ktoś za to spróbuje opowiedzieć "Hamleta"! Przecież nikt tam z niego wiele nie pamięta!

Jasne, da się go w sumie streścić: "Hamlet, królewicz duński, dowiaduje się, że mu stryjek utrupił tatę i bzyka mamę, chce ich zabić, ale nie może się zdecydować, tylko zamiast tego doprowadza do szaleństwa Ofelię (nie dopieszczając tej, jakże chętnej, jak się należy chyba domyślać, dziewicy), a potem przyjeżdża Fortynbras i utrupia Hamleta". W porządku - tylko po kiego grzyba wszystkie te tam zawikłane szczegóły i szczególiki? Po kiego grzyba te monologi, wyskakiwania zza kotary i razgawory?!

No dobra, tom się wyżył na Szekspirze, któren się nie może, biedaczyna, nawet bronić. Naprawdę sądzę, że jest ostro przereklamowany, no i język mu pomaga w światowej sławie, ale to jednak nie jest taki byle jaki poziom i dzisiejsi geniusze w większości butów mu nie są warci czyścić. Po prostu wtedy była sztuka, a teraz jej nie ma. Chyba, że mówimy o rzeczach na pograniczu folkloru (nic w tym złego!) jak Amália, czy Bill Monroe. Ja mówię nie o sztuce DOBREJ, czy "fantastycznej", a o WIELKIEJ.  Wielkiej w zamierzeniu. Wielkiej swym bezkompromisowym poszukiwaniem FORMY. (Nie sposobu na wyrażenie ducha epoki!) Tej już nie ma i tyle.

A jednak, żeby nie wyjść na jakiegoś kopniętego monarchistę, co to pluje na swoje czasy i wyobraża sobie, jak by cudnie wyglądał w hełmie z przyłbicą (co faktycznie wielu z nich by pomogło na urodę), powiem taką oto rzecz... Ludzie, wielkiej WSPÓŁCZESNEJ sztuki już nie ma! A jednak przecież NIGDY TAK ŁATWO NIE BYŁO wysłuchać (i ew. obejrzeć) "Orfea", czy innych dawnych, dobrych... Wspaniałych nierzadko, a nawet często... rzeczy!

No bo też ile takich przedstawień "Orfea" mógł wtedy, powiedzmy w roku 1618, kiedy to się, jak każdy wie, zaczynała Wojna Trzydziestoletnia... Albo o rok wcześniej, żeby nam wojna nie zaburzała... Ile mógł ich obejrzeć taki nawet bogaty i - ach, jakże kulturalny! - szlachcic? Niechby i magnat! Niechby i biskup! Co tam - arcybiskup! No ile? Dwa? Trzy? Pięć? A ja widziałem go ("Orfea", nie szlachcica) już ze trzydzieści i naprawdę nie zamierzam na tym poprzestać! A więc i te czasy, wbrew wszelkim pozorom, także mają jakieś autentyczne zalety!

Jedyny, choć naprawdę poważny, problem w tym, że za dziesięć lat jedynym "dawnym" utworem muzycznym (?) jaki uda Ci się człeku wysłuchać, może być "Oda do Radości" (brrr!), a za lat 50 już nawet tego się nie da wysłuchać. Przynajmniej w normalnej symfonicznej postaci, bo w wykonaniu chóru różnobarwnych lesbijek z towarzyszeniem bałałajek, to może się i da.

triarius
---------------------------------------------------  
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

15 komentarzy:

  1. Oj Tri! Po co sobie szarpiesz nerwy dyskusjami z Wyrusem? Przecież Wyrus "wie", że Stany nie prowadziły żadnej wojny, a co dopiero zaborczej, do 1914, do podniesienia podatków, bo tak usłyszał od kolegów spod trzepaka, a oni toi wyczytali u "von" Mizesa czy innego Rotebarda.
    Dla Wyrusa podbój terytoriów Indian, wojna z Meksykiem, wymuszenie na Francuzach sprzedaży Luizjany, okupacja wojskowa Południa i wyssanie z niego kaski na zakup Alaski, wojna z Hiszpanią, utworzenie Panamy, interwencje w Ameryce Łacińskiej, wymuszenie otwarcia Japonii na świat itd. to wszystko wymysły bolszewickiej i nazistowskiej propagandy, bo przecież kolibrystyczne USA nie leciałyby na cudzą ziemię.

    OdpowiedzUsuń
  2. A Hamlet choć przegadany ma jednak bardzo PanTygrysowe przesłanie: czasem lepiej najpierw zabijać i bzykać, a potem się nad tym zastanawiać, a nie odwrotnie. Gdyby Hamlet był zdrowym na ciele i umyśle młodzieńcem, to najpierw zaciukał by stryjaszka z mamusią, a potem pokutował jak Bolko Krzywousty po oślepieniu brata, by wreszcie znaleźć ukojenie między nogami Ofelii.
    Nawiasem mówiąc dziwię się, że tak oczytany i dociekliwy człowiek jak Wy Tygrysie wierzy w istnienie Wiliama Szekspira. Bismarck, Freud, Chaplin i wielu innych ludzi, zgodnie twierdziło, że to niemożliwe by jeden prosty kłusownik i kupczyk napisał tyle długachnych sztuk, wykazując się tak znakomitą znajomością dworskich intryg, że nie wspomnę o nadzwyczaj bogatym słownictwie. Najlepsze ze sztuk przypisywanych Szekspirowi spłodzili zapewne Bacon, Wessex i Elżbieta I, te trochę gorsze Marlowe i Kyd (albo odwrotnie). Poza tym dlaczego nie zachował się ani jeden rękopis Szekspira i ani jeden wiarygodny wizerunek?

    OdpowiedzUsuń
  3. @ Anonimowy

    Czyli mam rację?

    Jasne, ci ludzie kompletnie nie rozumieją nic, co by wychodziło za proste, szachowe niejako, podejście do tych spraw. Tak jak nie zrozumieją, że np. w Egipcie, przynajmniej przed sztucznymi nawozami, władza scentralizowana i biurokratyczna (a i zapewne z niezbędną domieszką teokracji) była całkiem naturalna i wszystko inne byłoby dziwne...

    Tak nie potrafią dojrzeć bijącej w oczy imperialnej ekspansji kraju, który raz - kochają, a dwa - który miał rzadko zaludnionej ziemi pod dostatkiem i środki do bardziej dalekosiężnej i nieco bardziej wyrafinowanej ekspansji, w dodatku pod skutecznie rozpropagowanym "humanitarnym" szyldem.

    Szkoda, że tak inteligentni ludzie mogą być tak absolutnie zmanipulowani i tak w sumie durni!

    Dzięki zresztą za przypomnienie Kontradmirała i Panamy! Jakoś też zdobyli Hawaje i Puerto Rico, w tej chwili nie całkiem kojarzę jak, ale jednak zaekspansjowali i tam.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  4. @ Anonimowy

    Coś w tym jest, ale chyba nie całkiem. Problem w tym, że Mistrz zagadał i rozmydlił właśnie owo naturalne wtedy ZAŁOŻENIE, że tak należy uczynić. Ono przecież jest na samym początku tak oczywiste, że nawet nikt tego nie próbuje dyskutować.

    To były w końcu naprawdę twarde czasy, kiedy ludowymi rozrywkami były "kwalifikowane" egzekucje i szczucie psów na oślepionego i przywiązanego do palika niedźwiedzia. (Nie wiem wprawdzie, czy "oślepiony" oznacza tutaj tylko z zasłoniętymi oczyma, czy też mu je wydłubywali. Ale i tak miłe to nie jest.)

    Kto Szekspirowi pisał? Jeśli był piśmienny, albo dyktował piśmiennemu wnuczkowi, to niewykluczone, że "Tytusa Andronikusa" napisał sam! ;-)

    TO TRZEBA PRZECZYTAĆ, ŻEBY UWIERZYĆ! W oryginale najlepiej. Zresztą nie wiem, czy to gdzieś teraz tłumaczą i wydają, da się jednak znaleźć w zbiorach dzieł wszystkich Mistrza. A kiedy ktoś to wiele lat temu faktycznie wystawił, było to sensacją i aż dziw, że nie zakończyło się zamieszkami na tle rasowym. Pewnie zdjęli po premierze.

    Resztę to napisał zapewne ktoś całkiem inny, niewykluczone jednak, że też nazywał się Szekspir. (To znany dowcip intelektualny, nie mój.)

    Swoją drogą temu Szekspirowi dali jednak herb, na którym był trzęsący się (ze starości?) oszczep. Widać nawet Władza nie przejrzała tej pokrętnej intrygi. Musi też mieli jakieś swoje WSI!

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  5. "Tytus Andronikus" rzeczywiście wygląda jak Piłat w Credo pomiędzy tymi wszystkimi "Makbetami", "Hamletami" oraz "Romeo-i-Juliami", dlatego w wielu zbiorkach figuruje na samym końcu jako "sztuka przypisywana przez niektórych Szekspirowi" albo "napisana tylko częściowo przez Szekspira". Przesłanie polityczne ma mocno niepoprawne, jeszcze ostrzejsze chyba niż "Kupiec Wenecki" czy "Otello", niemniej ekranizowano go ze dwa razy: w 85 i 99.

    OdpowiedzUsuń
  6. @ Tygrys

    Muzyka! Od zawsze żywiłem coś na kształt prostaczego zakłopotania wobec muzyki. Nie mogłem w dzieciństwie zrozumieć, dlaczego wydobywanie pożądanych dźwięków z dowolnego instrumentu stanowi tak niezrozumiałą trudność, której nie można pokonać w zadowalająco krótkim czasie z oczekiwanym efektem, porównywalnym z innymi ważnymi umiejętnościami jak jeżdżenie na rowerze, pływanie, czytanie...

    Z czasem nabrałem przekonania iż brak erudycji muzycznej jest jeszcze większą ułomnością niż brak znajomości języków. To tak, jakby pewne, ważne obszary naszej duszy zostały przez nas lekkomyślnie porzucone i niejako ex definitione pozbawiały nas szans na synergiczny pełny rozkwit naszej osobowości.

    Sam zresztą, się tej ułomności nigdy nie pozbyłem i nie jest to wcale przypadłość uwarunkowana genetycznie (brak słuchu), wręcz przeciwnie, ucho mam blisko absolutu ale jak widać to grubo za mało.

    Zresztą gdyby nie przyjaciel z ławki szkolnej, nawiasem mówiąc doskonały muzyk (obecnie nauczyciel akademicki) który z uporem godnym lepszej sprawy ciągał mnie po salach koncertowych i zbliżył do środowiska swoich kolegów po fachu, pewnie do dziś żył bym w błogiej nieświadomości swego częściowego inwalidztwa duszy.

    Być może jest tak, że pełny intelektualny rozwój osobowości może się dokonać tylko w sprzyjającym, długotrwałym klimacie. Podejrzewam, nieco hipotetycznie, że inteligentem (dość mało szczęśliwe określenie na określenie tego o co mi tu chodzi) człowiek się staje dopiero w trzecim pokoleniu,tak jakby dopiero po takim pokoleniowym „terminowaniu” następowała istotna przebudowa jaźni, umożliwiająca stworzenie warunków do pełnego rozwoju potencjalnych, intelektualnych możliwości tkwiących w człowieku.

    OdpowiedzUsuń
  7. 9 maja to historyczna data nie tylko z powodu radzieckiej Pabiedy i wcześniejszego dnia Europy. To również rocznica wieszania Targowiczan i "samobójstwa" Ulryki Meinhoff. Może warto by jakimiś happeningami upamiętniać również tamte wydarzenia?

    OdpowiedzUsuń
  8. @ Amalryk

    Bardzo celnie ten problem ująłeś moim zdaniem. Nauczanie muzyki nie bardzo się daje ująć w naszym obecnym realno-liberalnym paradygmacie wychowania, gdzie wydaje się czymś już całkiem oderwanym od "życia" i jakimś takim czymś dla panienek z dobrych domów.

    Ale to tylko źle świadczy o realno-liberalnym paradygmacie. Zgadzam się z Tobą, że w muzyce i zdolności jej rozumienia są wartości o których się filozofom nie śniło. Z Tobą chyba nie jest aż tak źle, skoro tak to boleśnie odczuwasz, nikt w końcu nie jest w tym tak dobry, jak by chciał.

    Jednak faktycznie, aby potrafić muzykę zrozumieć, ocenić i przeżyć, potrzeba zarówno treningu w słuchaniu, jak i w WYKONYWANIU. Ja nigdy żadnym wielkim wykonawcą nie byłem, ale jednak swoją (niezwykłą, jak to skromnie oceniam) zdolność aprecjacji i przeżywania muzyki zawdzięczam, jak sądzę, w dużej mierze temu, że w życiu sporo grałem (o śpiewaniu nie wspominając, ponoć mającym potencjał), na masie instrumentów, najczęściej ze słuchu, ale nie tylko... I długi czas strasznie ważne było dla mnie to moje granie.

    Jest w tym wszystkim coś trudnego do opisania, ale niezwykle istotnego. Starożytni zresztą to chyba rozumieli, a nasze prymitywne rozumienie ich podejścia do wychowania i roli muzyki, jaką ona tam miała, także nie świadczy dobrze o naszym (?) obecnym paradygmacie wychowania i w ogóle psychologii.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Anonimowy

    Z tą Meinhoff to faktycznie nie wiedziałem - dzięki!

    Co do wieszania - fakt, o wiele większe święto, niż rocznica kacapskiej parady zwycięstwa nad niedawnym sojusznikiem!

    Kiedyś - da Bóg! - zrobimy to świętem narodowym. I wtedy będzie się uroczyście wieszać co większych zdrajców. ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  10. @ Tygrys

    Jeszcze w kwestii muzycznej.

    Nieco zuchwale jestem gotów postawić hipotezę, że początek kariery librelu (realny liberalizm - tak mi spasował przez analogię do wspaniałego socrelu) jakoś nierozerwalnie jest związany z początkiem końca naszej cywilizacji, co równocześnie wiąże się, niestety, ze zmierzchem muzyki.

    Naturalnie nie mam tu na myśli w ogóle tego "produktu" jaki sączy się z różnych FM-ów. Szczerze mówiąc jedną z korzyści edukacji muzycznej, jaką zaordynował mi Piotruś (tak miał na imię mój przyjaciel), jest moja całkowita impregnacja na "pop" - ten chłam mógłby całkowicie pewnego poranka wyparować z "eteru" i nawet bym tego nie zauważył (oczywiście z bardzo nielicznymi wyjątkami).

    A stosunek librelu do muzyki jest, jak sądzę pochodną jego dogmatycznego (czyli pozornego) racjonalizmu. Wszystko co nie daje wymiernych czy też wprost namacalnych korzyści w kontrolowaniu zjawisk naturalnych jest postrzegane jako bezwartościowe. I w tym tkwi, chyba też jedna z przyczyn końca naszej Cywilizacji - życie jest fenomenem znacznie przekraczającym gówniane rojenia "filozofów".

    OdpowiedzUsuń
  11. @ Amalryk

    Świetnie Cię rozumiem i zgadzam się, że najbezpieczniej jest "muzyki lekkiej" po prostu unikać. Podobnie jak - ale tu ja jestem wyjątkowo skrajny i wiem o tym - na wszelkie Frycki i Beethoveny powinna być konieczna specjalna dyspensa od biskupa.

    Ja jednak radzę sobie, pochlebiam sobie, nienajgorzej z tą "lekką" czy "rozrywkową" muzyką, traktując ją jako swego rodzaju folklor, a folklory zawsze, od dzieciństwa, cholernie mnie kręciły. Zresztą także od dzieciństwa kręci mnie muzyka średniowieczna, i chyba dokładnie na tej samej zasadzie - jako swego rodzaju folklor.

    Zgadzam się, że większość tej rozrywkowej muzyki to dno i nie tylko mogłoby, ale i powinno, nie istnieć. Jednak perły znajduje się w najdziwniejszych miejscach, słyszałem nawet b. interesujący rap (czy może to był jakiś inny house, bo nie rozróżniam). We wczesnej młodości miałem nawet krótki okres fascynacji Lecharem!

    W sumie jednak masz zupełną rację i w programie edukacyjnym ograniczył bym się na początku do faustycznej muzyki z okresu K., żeby potem ew. rozszerzyć to na różne folklory, co by z czasem wprowadziło także nieco Rolling Stones'ów, Ry Cooderów, Hawling Woolfów, Los Panchos czy folkloru południowych Indii z Afryką na czele.

    Tak przy okazji to już w pierwszej klasie podstawówki uciekałem ze szkolnej świetlicy i szkolnego obiadu, żeby w domowym radiu słuchać audycji "Afryka śpiewa". Strasznie mnie to kręciło i wcale się nie dziwię. Ruscy mieli tam swoje brudne interesa, ale ja, jeszcze nieświadomy, miałem dzięki temu afrykańskie bębny i współbrzmienia. Tak że folklory to moje drugie imię. ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  12. @ Tygrys

    Ależ naturalnie, folklor jako autentyczna forma ekspresji muzycznej ludu, to zupełnie insza inszość.

    Ale jego już w Europie niema (no może gdzieś na Bałkanach - nie wiem).

    Nie muszę daleko szukać, lat temu kilkadziesiąt, gdy jeszcze się czasami bracia ojca zeszli byli i popili, to reszta biesiadników słuchała z otwartymi gębami jak swoimi mocnymi czystymi głosami jechali z tym góralskim folklorem. Ale to już historia…

    Na wymioty to mnie zbiera gdy słyszę ten cały plastikowy muzyczny szajc , serwowany nader obficie miejskiemu plebsowi. Horror po prostu horror.

    OdpowiedzUsuń
  13. @ Amalryk

    Dla Europy nie byłbym aż tak surowy, bo dla mnie zawsze króluje muzyka celtycka (krew MacLeodów zapewne, ale chyba nie tylko), ta ma się całkiem nieźle. Poza tym we Fracji (już nie mówię o celtyckej Bretanii) masa ludowych śpiewek zachowała się w całkiem miłej i wiernej postaci w dworskich 'airs', które są słodkie, oraz dziecinnych piosenkach o kotkach i innych równie ryzykownych tematach.

    W Hiszpanii także jest nieco żywego i fajnego folkloru, w mniej lub bardziej pierwotnej i surowej wersji... Większości flamenco wprawdzie nie lubię - zbyt wiele ekspresji, zbyt mało muzyki - ale już te cygańskie rumby z Kadyksu jak najbardziej.

    Skandynawski folklor też jest całkiem miły (a szwedzki to do tego chyba najbardziej molowy na świecie, bardziej niż ruski).

    Naprawdę nie jest tak źle ze "Starą Europą" tylko oczywiście trzeba się dogrzebać.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  14. @ Amalryk c.d.

    No i nie zapominajmy o pochodzącym za najautentyczniejszych dziewiętnastowiecznych (lub może i starszych) burdeli portugalskim FADO!

    Taka Amalia to absolutny szczyt szczytów. (Nawiasem mówiąc moja młodziutka wnuczka właśnie dostała po niej imię. A jej matka ma na drugie.)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  15. @ Tygrys

    Się nieściśle wysłowiłem. Folkloru nie niema bo nie ma, tylko nie ma jako formy żyjącej - została taka... Cepelia.

    Ale dzięki, poszukam trochę idąc twoim tropem.

    OdpowiedzUsuń