środa, listopada 23, 2011

Pabieda

Poudoskonalałem nieco moje opowiadanko, ale w końcu nie będę Wam tu wklejał nowej wersji po każdej poprawce, prawda? Jednak dopisałem też nowy fragment, który uważam za zarówno zabawny, jak i być może proroczy, który Wam wkleję, I nawet na mniejsze akapity rozbiję, taki jestem!

* * *

Praca przyszłego Prezydenta wyraźnie znajdowała uznanie przełożonych (ach, gdyby potrafili się domyślić przyszłości!), bo w dwa lata po rozpoczęciu pracy w Departamencie, w dniu Rocznicy Rewolucji, otrzymał talon na samochód. Wtedy było to ogromne wyróżnienie i wielka korzyść. Samochody w ostatnich latach stały się dobrem w najwyższym stopniu luksusowym, dostępnym jedynie wybranym spośród najściślejszej Elity.


Pamięta dokładnie ten, jak się wtedy mówiło, „wóz”! Był to ostatni krzyk europejskiej techniki. Samochód marki Pabieda, zbudowany na klasycznych wzorach dawnej dobrej Pabiedy z okresu pierwszego Kraju Rad, z pewnymi ulepszeniami wziętymi z klasycznej priwiślińskiej Syreny. Ekologiczny i z hybrydowym napędem. Aby zminimalizować emisję szkodliwych dla Wszechświata gazów, rura wydechowa nie wychodziła na zewnątrz – jak w dawnych, prymitywnych, nieekologicznych „samochodach” - tylko do wnętrza.

W modelach najbardziej luksusowych, jakim była właśnie owa Pabieda Gran Turismo Super de Luxe, samochód był nieco przedłużony, a z tyłu znajdował się niewielki przedział z siedzeniem na półtorej osoby (i raczej chodziło o chude osoby, ale o takie akurat było coraz łatwiej), oddzielony szczelnie od elitarnego pomieszczenia z przodu, gdzie były wypuszczane gazy wydechowe. Można było w tym celu zabierać ze sobą dalszych i gorzej postawionych członków rodziny, podwładnych, a w ostateczności przypadkowych ludzi z ulicy.

Choć tych ostatnich trzeba było oczywiście trzymać cały czas na muszce, na wszelki wypadek, gdyby nie do końca zadziałała na nich propaganda sukcesu. Na muszze trzymał ich uzbrojony po zęby towarzysz goryl, a właściwie trzech takich towarzyszy, którzy mogli się wymieniać na służbie, tak, by samochód zawsze był do dyspozycji. Talon na samochód opiewał automatycznie także na owych towarzyszy, których się co rok odnawiało.

Jazda w trybie spalinowym taką luksusową wersją bez pasażerów w tylnym przedziale była oczywiście surowo zakazana – ponieważ spaliny, które w niewielkim stopniu, ale jednak, do atmosfery się w końcu mogły wydostać, nie mogły się oczywiście marnować, a proli i tak było o wielu za dużo i trzeba było z nimi coś zrobić. Młodzi pracownicy Departamentu dość często ignorowali ten zakaz, co czasem kończyło się sądem doraźnym i równie doraźną egzekucją, przy czym ew. rodzina pokrywała koszty sznurka do snopowiązałki.

Samochód miał także i inne unikalne rozwiązania, jak wspomniany napęd hybrydowy, który działał w ten sposób, że z samochodem była zintegrowana specjalna dwukołowa przyczepa, wypełniona akumulatorami i wyposażona w korbę. Jeśli się przez całą noc ową korbą kręciło, to rano można było przejechać nawet do pół kilometra (absolutny rekord wynosił ponoć całe 723,31 metrów, wprawdzie, jak mówiono, nieco z górki) bez wdychania spalin (poza rezydualnymi) i konieczności bez polowania na proli. (Co było oczywiście niezłą rozrywką, ale nie, kiedy człowiek się akurat spieszył, a ulice były puste.)

Na szczęście ludzi do kręcenia korbą przez całą noc było sporo, wystarczyło dać im, albo tylko obiecać, miskę cienkiej zupki. Albo postraszyć wizytą o szóstej rano. Sił wiele nie mieli, ale ilość przechodzi w jakość i w dwudziestu jakoś sobie w końcu radzili. Oczywiście dzieci poniżej lat pięciu, a także nieco starsze, ale z krzywicą i widoczną anemią, otrzymywały góra pół miski.


Jak on wtedy kochał ten samochód! Wtedy już jego heteroseksualne upodobania ujawniły się z taką siłą, że tylko z trudem udawało mu się je ukrywać. Ryzyko było, ale i emocje. W końcu udało mu się znaleźć takiego chłopaka, który, tak samo jak on, nie był chłopakami w istocie zainteresowany. Więc jeździli tym samochodem razem za miasto, a potem kładli się na trawie, albo siadali na jakimś autobusowym przystanku, wyjmowali baterie z telefonów, i opowiadali sobie nawzajem swoje marzenia związane z tym, co odważali się nazwać „dupami”. I nie chodziło wcale o kolegów z kategorii B(CTSPJDRBZ), których w Departamencie była cała masa!

(Co oznacza ten skrót? Oznacza: Bezpitulkowcy (Całkiem Takcy Sami Poza Jedną Drobną Rzeczą Bez Znaczenia). Jednocześnie coraz bardziej intrygowało – wprost dręczyło i nie dawało spokoju – go to, co niedawno wyczytał na „blogu” jaguara.

* * *

Tyle!

triarius

P.S. A teraz idź i przytul lewicowca!

2 komentarze:

  1. Kryzys musi być rzeczywiście straszny, skoro w pismach dla podpakowanych lemingów reklamują tanie siłownie pod chmurką. Miesiąc temu było o afrykańskich fighterach, używających starych opon i pni palm, teraz jest o krzepkich Kazakach, wyrabiających sobie sztangi z osi czołgów.

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Towarzysz Mąka

    Ta, zakładam się, że niedługo będą nam głosić takie specyjały, jak "zaskroniec à la węgorz" (moja ulubiona potrawa z mrocznej epoki PRL, ale to może być tylko mit) i gulasze z krowiego wymienia (co akurat było autentyczne i nawet wynikały z tego zabawne historie).

    Plus kampanie w stylu: "Kup dziś dwie Gazety Wyborcze i włóż sobie pod ubranie - będzie ci ciepło!"

    Dzisiaj w zwykłym spożywczym wydałem ponad 200 zł. Mój rekord takich zakupów w Drugiej Irlandii. Czy to ja taki żarłoczny, czy też już weszliśmy do Ojro?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń