wtorek, kwietnia 03, 2012

Ardrey, Ardrey i... Ardrey

Na początek mały fragment z "African Genesis" Roberta Ardreya w moim tłumaczeniu. (I za darmo.) Oto i:

To bardzo prosta historia. Właściciel niewielkiego stada wodnych bawołów miał byka niezdolnego do obsłużenia wszystkich krów. Kupił dwa dodatkowe byki. Natychmiast te trzy byki rozpoczęły walkę o dominację. Ten początkowy byk, być może dzięki swemu starszeństwu, zdołał tak gruntownie zdominować nowe byki, że stały się impotentami. On sam, z drugiej strony, był teraz zdolny obsłużyć całe stado.

Czy psychologiczna kastracja może być losem zdominowanych? Nie możemy na to pytanie odpowiedzieć, brakuje nam danych. Czy zwiększona potencja może być nagrodą dla dominujących? Carpenter zaobserwował pewien biologiczny fenomen wśród rezusów. [Tutaj krótki fragment czysto ginekologiczny, a w dodatku nawet nie o naszych ludzkich kobietach, a o małpach: ruja, cykl menstruacyjny... Darujemy to sobie, przechodząc wprost do konkluzji.] Ale na wyspie Santiago towarzyszki dominujących samców wykazywały zdecydowanie przedłużone okresy rui*.

--------------

* Czego wszystkim naszym paniom życzy Pan Tygrys.

* * *

Jak choćby z powyższego fragmentu widać, przetłumaczenie i wydanie wszystkich czterech tomów czterotomowego Magnum Opus Ardreya zrobiłoby więcej dla naszej sprawy, niż większość z tego, co nasza prawica i patrioci potrafią robić. Jasne - miło się czyta Coryllusa, miło się czyta Nicka, ale poza miłym głaskaniem już dawno przekonanych po brzusiach, nie aż tak wiele da się z tej naprawdę fajnej publicystyki w realu wycisnąć.

A z Ardreya by się może dało. Ardreyem by się mogło przywalić co niektóremu lewakowi, z tych intelektualnych, w łepetynę - wiem, bo sam kiedyś jednego takiego zadziwiłem i przekonałem na szalomie! Ardreyem dałoby się zapewne złowić niejednego młodego o zdrowym anarchistycznym nastawieniu, któren dzisiaj stanowi łatwy łup dla lewizny. Dzięki Ardreyowi my mielibyśmy wspólną pulę "memów", rozumiane przez wszystkich (wtajemniczonych) pojęcia, soczyste przykłady i ładnie ujednoliconą terminologię.

Dzięki Ardreyowi - to znaczy dzięki Ardreyowi w miarę powszechnie na prawicy czytanemu i dostępnemu - publicystyka taka jak Nicków i Tygrysów tego świata stanowiłaby w pewnym stopniu PRZEDSIONEK do spraw trudniejszych i głębiej sięgających - bo nie trzeba by w każdym blogowym tekściku wszystkiego łopatologicznie i ab ovo. I tak dalej.

Jeśli do kogoś ten mój pogląd trafia, to może się zastanowimy nad zrealizowaniem tego pomysłu. (Któren mógł, a nawet poniekąd powinien, być zrealizowany lata temu. Ale w końcu życie to nie piękna bajka i tak bywa.) Ja posiadam wszystkie te książki (choć faktycznie dwie z nich nie wiem gdzie wsadziłem, pewnie tam gdzie drugi tom Spenglera) i mógłbym je przetłumaczyć. Oczywiście fachowo i z miłością.

Ale coraz mniej mnie w tych podłych czasach bawi robienie tego, co od lat już robię dla forsy, za darmo. Z pisaniem też tak jest, ale to jeszcze mogę znieść - znacznie gorzej z tłumaczeniem. Tego naprawdę w żadnych większych ilościach nie chcę już robić za darmo - zarówno z powodu drugiej Irlandii, jak i z powodu tego, że jak za darmo, to nikt nie ceni. (Ta liberalna prawda nie jest wcale taka głupia!)

Jeśli więc macie ochotę zrobić ściepę, albo indywidualnie sponsorować tłumaczenie kolejnych stron Ardreya, to się ozwijcie! Może być wstępnie tutaj w komętach, a może być od razu przez http://niepoprawni.pl lub http://blogmedia24.pl, gdzie (oczywiście) jestem jako triarius. (Czemu nie tutaj? Bo nie chciałbym tutaj bez wielkiego powodu podawać zbyt wiele namiarów - nie ze wzgl. na tow. M. i mu podobnych, bo to by wymagało więcej pracy, ale dzielnicowej lewiźnie i takim tam.)

Cena przystępna, ale jednak rynkowa. (A nawet "wolnorynkowa", łał!)

* * *

Na koniec - Ogłoszenia Drobne:

Mogę sprzedać autentyczne, dotykalne, papierowe wydania dwóch książek Ardreya: "African Genesis" (wydanie kieszonkowe, stan dobry), i/lub "The Social Contract" (twarda okładka, stan dobry, nawet z obwolutą).

Częściowo byłby to sposób na zdobycie grosza, częściowo dlatego, że mi się już te wszystkie książki w mieszkaniu nie mieszczą, ale jednak głownie byłoby to w ramach niesienia kaganka oświaty i pracy u podstaw. Cenę chciałbym uzyskać nieco, albo i więcej, wyższą, niż by się dało na jakimś allegro z jakimiś po prostu angielskojęzycznymi książkami.

To są dzisiaj rarytasy, to raz, a dwa - bardzo bym chciał, by one trafiły do kogoś, kto je naprawdę doceni i pozwoli im nadal robić krecią robotę. No a taki ktoś jak ma mi pokazać, że mu zależy, jeśli nie zaproponowaną (i zapłaconą) ceną? (No, chyba że ma jakieś inne ciekawe propozycję, albo ładną siostrę!)

Poza tym, nie zapominajcie, te książki pochodzą z samego jądra gęstwiny Spengleryzmu-Ardreyizmu-Tygrysizmu! Jeśli potencjalny nabywca chce, to mogę nawet napisać stosowne dedykacje. Choć raczej bym studził pragnienie uzyskania ich w samych książkach, bo moje pismo odręczne jest wyjątkowo paskudne (co zresztą przewidział Spengler). Ew. kartka czerpanego papieru zatem... Ach!

Powiem brutalnie: pewnie nikt się tu nie złaszczy, ale stówa za "Social" i pół stówy za "African". (Plus przesyłka jaką kto sobie życzy.) Te sumy jako dolny limit. Albo kto da więcej. I do tego jeśli ktoś zaserwuje nam tutaj przekonującą historyjkę o tym, czego spodziewa się tym Ardreyem dokonać, to będzie dodatkowy bonus. Który zresztą wszystkim się nam tu przyda. I ew. może wyrównać czyjąś paruzłotową przewagę.

Zastanówcie się! Na pewno większe sumy wydajecie co tydzień na (ursäkta mig!) pierdoły, a to naprawdę nie jest byle jaka oferta! Prawdziwe książki czyta się jednak bez porównania fajniej, niż ebooki, może się tym z czasem zainteresuje żona i dziatki... Dziadki i babcie... Nie mówiąc już o autografie Pana Tygrysa. ;-)

triarius

P.S. Ludzie, wy naprawdę wierzycie w "równouprawnienie kobiet" i inne tego typu pedalskie pierdoły?

13 komentarzy:

  1. ale myślę, że najważniejsze, to, to, że faceci, gdy czują się zagrożeni stają się bardziej męscy! Znaczy, że facet musi czuć się zagrożony jako mężczyzna, że może poczuć, że ktoś może go zastąpić!

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Iwona Jarecka

    Cóż za teorie!

    (Jacek o tym wie? ;-)

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  3. Pod Twoim wpisem na niepoprawnych.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
  4. @ Piotr34

    Dzięki, już odpowiedziałem.

    A tak przy okazji - masz może tego Petera Turchina, czy jakiś link do niego? Ściągnałem, ale .pdf jest corrupted.

    WSIe w Mieście - a Wy może macie?

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  5. @Triarius

    Znowu na niepoprawnych.Ide spac-na razie.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
  6. Z tym głaskaniem przekonanych po brzuszkach przez Coryllusa i Nicka to różnie bywa. Zabawnie jest obserwować jak Gabriel reaguje na wkomenty na swoich blogaskach, a jak u Artura. U siebie wywala nawet potencjalnych zwolenników i szczerych prawaków, którzy wytkną mu jakieś koloryzacje lub literówki, acz generalnie zgadzają się z nim; u Artura musi w pokorze znosić zjebki od kiboli i udawać, że deszcz pada.
    Przechodząc do tematu nieznajomości nauk biomedycznych i pogardy dla nich u naszych prawaków to warto popatrzeć na dyskuję u Nicka o ściepie na leczenie chorych na ataksję teleangiektazję:

    http://nicek.info/2012/04/01/prosba-o-pomoc/#comments

    Crazyy słusznie zauważa, że leczenia przyczynowego i wyleczenia nie ma; są tylko chinskie eksperymenty na ludziach za ich własną i darczyńców kasę. Od siebie dodam, że niepokoi mnie skąd Kitajce wezmą te komórki macierzyste? Czy na pewno od leczonych? A może raczej z jakiś tybetańskich dzieci poddanych aborcji postnatalnej albo adeptów Falun Gong?

    OdpowiedzUsuń
  7. Niezawodny ksiądz Isakowicz wyjaśnia, skąd współczesny kryzys KRK w Bolandzie. Otóż biskupami zostają głównie wykształciuchy, a nie twardo stąpający po ziemi proboszczowie "Demokracji w Kościele pewnie nie będzie. Ale dziwią sytuacje, w których biskupami zostają księża, którzy wcześniej nigdy nie byli duszpasterzami. A biskup powinien znać z autopsji rolę proboszcza. A przecież Kościół opiera się na proboszczach, na wikarych…W Polsce na biskupów powołuje się zazwyczaj pracowników naukowych, rektorów seminariów duchownych, ojców duchownych, pracowników kurii lub sekretarzy biskupich. Bardzo często są to urzędnicy z Watykanu. Dzisiaj w Episkopacie brakuje biskupów, którzy przez kilka lat byli proboszczami, duszpasterzami, czy kapelanami, którzy znaliby z praktyki funkcjonowanie parafii i mieliby relacje z wiernymi, a nie byliby oderwani od zwykłej posługi duszpasterskiej. Dzisiaj biskup, który sam nigdy nie był proboszczem, decyduje o losie 300 innych proboszczów."

    OdpowiedzUsuń
  8. @ Towarzysz Mąka (mam nadzieję, że nie całkiem TEN ;-)

    Wiesz, taka parafraza znanego zapaśniczego stwierdzenia o zmęczeniu przyszła mi właśnie, pod wpływem Twego komęta, do głowy: "Marketing makes cowards of us all".

    Co do ks. Isakowicza, to jest to oczywiście wyjątkowo porządny gość, a nawet może święty mąż, ale właśnie chyba trochę dlatego nie do końca pojmuje klasowe aspekty tego, co się obecnie na świecie dzieje. Krótko mówiąc - tygrysista z niego nietęgi! ;-)

    Bo i po co taki biskup ma mieć doświadczenie duszpasterskie, że spytam - skoro ma bogate doświadczenie jako TW i gazetowy prowokator?

    Nie, jasne - gdyby Kościół nie miał większych, o wiele większych, problemów, to ta sprawa, o której dobry ks. Isakowicz wspomina, byłaby sporym problemem.

    O ile w ogóle by istniała, bo pewnie szybko by ją rozwiązano, albo raczej w ogóle by się nie pojawiła. Bo niby SKĄD?

    Święci są jak kobiety, a raczej jak nasze matki i siostry... Kochać, starać się być troskliwym, posłusznym, respective kochającym - ale nie da się robić całkiem tego, co by one chciały, i tylko tego, być całkiem takim...

    Cóż, facet to facet, kobieta to kobieta, święty mąż to święty mąż (i od świętej dziewicy, czy innej matrony, specjalnie się nie różni), a wojownik, choćby tylko in spe i wirtualny, to całkiem inna sprawa, inna etyka, inne cele...

    Czy wszyscy muszą być tacy sami? Chyba raczej właśnie nie muszą, prawda? ;-)

    Niech żyje ks. Isakowicz, teraz i przez wieki siedząc po prawicy Pańskiej! Ale Sulla to raczej z niego nie będzie, a by się, cholera, przydał. Nasz Sulla oczywiście.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  9. ja to wywnioskowałam teoretycznie z tego'ś, coś przetłumaczył.;p

    OdpowiedzUsuń
  10. Tygrysie,

    bardzo ładny wpis. Naprawdę.
    Mam jednak pewien niedosyt.
    Otóż, skoroś się już tak obczytał tym Ardreyem, zrozumiał go dogłębnie i jeszcze polecasz innym, to weź powiedz- wszystkie okoliczne samce już zdominowałeś? Obsługujesz już wszystkie okoliczne samice?
    Jeśli nie, to powiedz, co to jest warte wszystko (ten Ardrey), poza tym, że zwykła ciekawostka?
    Bo albo coś z tego czytania Ardreya wynika i wtedy j.w., albo nie wynika z tego nic.
    Jak jest?

    OdpowiedzUsuń
  11. @ Artur M. Nicpoń

    Cześć Nicek! Miło że jesteś już w formie. I to jakiej!

    Wróciły ci nawet te krwiożercze obsesje, godne szczerego wilkołaka, które ci, przy wszystkich swoich zaletach, nie pozwalają rozpoznać o czym tu się w istocie mówi.

    Co do mojej samczości alfa, to nie narzekam, i tuszę, że ty też byś nie narzekał, gdybyś miał okazję. A ilość samic nie ma tu aż tak wiele do rzeczy, bo to nie chodzi o samice w takim trywialnym i leberalnym sensie, tylko o...

    Jak ci to przystępnie powiedzieć...? Chyba się nie da, albo ja nie dość zajadły, żeby się postarać. Ale może kiedyś sobie przeczytasz, po polsku, tak ze 1200 stron, i coś zrozumiesz.

    Na razie jeźdź sobie dużą bryką, podbijaj Putinowi cenę ropy, Ardreye i ściepy ignoruj, a kiedyś w wolnej Polsce będziesz miał z tego pomniki.

    Swoją drogą, że spytam - jak tam WALKA O TRON? (Ale mówię o realu.) ;-)

    Bez urazy oczywiście. (Lubię cię i cenię jako w sumie jedynego mego niemal-trolla.)

    Pzdrwm czule

    OdpowiedzUsuń
  12. @ Artur M. Nicpoń c.d.

    Ale co mi tam, dopiszę ci jeszcze trochę. Młody jesteś, a ja stary, mam obowiązki.

    Tak się, widzisz, składa, że ja nie jestem wodne buffalo. (A taki mors to wiesz ile ma dup w haremie? Do 1200.)

    Baby lubię, nie powiem, ale byłbym samcem alfa - jeśli nie faktycznie w życiu społecznym, to i tak potencjalnie, co by przy każdej okazji wyszło, choćbym żadnej baby w życiu nie ujrzał.

    Bo naprawdę to nie baby rządzą światem - ani u wodnych byków, ani u lwów, ani u ludzi.

    Wystarczy np. nie być pantoflarzem, nie być lemingiem, nie być "nowym mężczyzną" - i w jakimś tam stopniu automatycznie unikasz tej (częściowej w tym przypadku, zgoda, ale jednak) psychicznej kastracji. Która zresztą u ludzi występuje na pewno mniej radykalnie i bezwzględnie, niż u wielu gatunków.

    Czytałeś to, com tu kiedyś wkleił o szympansach Bonobo, testosteronie i naparzankach? Może ci się zechce poszukać. Ciekawe, bo tam nie ma nic o babach, a sporo np. o naparzankach, a nawet o kibicowaniu.

    Jakiś taki jesteś dziwnie jednowymiarowy. Twój ukochany JP2 nie miał chyba w życiu żadnej baby... I co? Odmówisz mu statusu samca alfa? A byle żonaty ciul z Lemingradu będzie na jego tle stadem tygrysów (z małej)?

    A jak np. z Sardanapalem? Nie żeby mi gość nie imponował, ale taki pedał jak Aleksander, albo nawet eunuch jak Narses, mieliby być na jego tle omegami?

    Wot - ile problemów! Jakby się Ardreya wydało, to by się może w końcu dało sensownie na takie tematy rozmawiać.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń
  13. @ Artur M. Nicpoń

    No dobra, jeszcze, bo poruszyłeś w sumie b. ciekawą kwestię. A mi się nie chce na ten temat całego wpisu.

    Więc tak... Zjawisko psychicznej kastracji występuje u zwierząt - w sensie, że osobnik zdominowany jest w pełni albo częściowo pozbawiony męskości.

    U zwierząt to się przejawia - przynajmniej dla naszych oczu w słabym, lub żadnym, pieprzeniu. Czemu? No bo czym się ma przejawiać? Pisaniem listów do redakcji? To, że dostaje w dupę jest PRZYCZYNĄ, a przejawem niższego poziomu męskich hormonów jest niechęć do bab i to widać.

    Nie ulega wątpliwości, że u ludzi to zjawisko także występuje, choć oczywiście nie w tak prostej formie i umiemy to subtelniej analizować, o ile oczywiście nie jesteśmy leberały i w ogóle to dostrzegamy i dopuszczamy do siebie.

    No bo ludzie mają o wiele więcej możliwości - ZARÓWNO NIE CZUĆ SIĘ (albo czuć) zdominowanymi, choćby nie należeli do komuszej nomenklatury albo generalicji KGB, ale również swoją męskość lub jej brak mogą przejawiać na tysiące sposobów, o wiele więcej niż zwierzęta.

    Taki stoik, za którego wersję XXI sam się poniekąd uważam, nie jest ani w grupie Bilderberg, ani w Banku Światowym, ani w Parlamencie Europejskim, ani w Zarządzie Platformy, a mimo to może potrafić czuć się wolnym i NIEZDOMINOWANYM.

    A nawet może się czuć i naprawdę być samcem alfa, tyle że ew. gdzieś na marginesie, w swojej niszy, czy w świecie ducha.

    Ardrey nigdzie nie mówi, że człek to jest wodne buffalo, wilk, czy nawet tygrys. Ja też nie. Albo ktoś jest zdominowany i się zdominowany czuje - a wtedy w jakimś co najmniej stopniu psychicznej kastracji nie uniknie, albo jak ja, czuje się panem świata i jest alfa.

    Że u ludzi to występuje, widać po tym, o ile się wielu bokserów poprawia po zdobyciu tytułu (dzisiaj mniej, bo tych tytułów są miliony, ale to lebralizm). Albo jak Kissinger mówił, że "najlepszym afrodyzjakiem jest władza", co jest zresztą dość oczywiste dla każdego kogo interesuje i historia, i dupy.

    A jeśli, na odmianę, chciałbyś pogadać o tym "co kto z nas robi", no to ci powiem, że nie czuję wielkich kompleksów wobec ciebie w tej materii, choć, nie ukrywam, jestem ogromnym pesymistą, podczas gdy ty to fontanna optymizmu. Co nieco zmienia perspektywy i motywację, n'est-ce pas?

    A zresztą przecież nikt z nas nie zwalcza tego syfa 24/7 i np. kiedy ty kastrujesz ogiery albo jeździsz bryką, to ja sobie robię co innego. Albo i obalam ustruj. Zresztą co ma moje tutaj pisanie i Ardrey do jakichś osobistych zarzutów o "nic-nierobienie-w-sprawie"?

    Jeśli piszę z sensem, to coś robię. Jeśli bez sensu, to i tak bez znaczenia i po co czytasz, nie ma gorszych blogów? Jeśli Coryllus nic nie robi tylko pisze i się promuje - co sam stwierdza - to jest cacy, tak? (Dla mnie w sumie też.) A kiedy ja sobie lewą ręką głoszę to, co mi się wydaje ważne i prawdziwe, to się, daruj, nieco czepiasz.

    Ale oczywiście bez urazy! I jak coś, to możesz się więcej czepiać, w końcu to dość ciekawa rozmowa.

    Pzdrwm

    OdpowiedzUsuń