sobota, stycznia 30, 2016

O radościach i pożytkach z tygrysicznego spojrzenia na różne sprawy

Kupiłem ci ja sobie parę dni temu za pięć złotych książkę (kniazia) Piotra Kropotkina "Wspomnienia rewolucjonisty", wydaną przez PiS w 1959. Żal mi było nie kupić, ale nie spodziewałem się też po niej wiele radości - do Rosji mam w sumie stosunek do szpiku kości niechętny (choć sporo spraw u nich doceniam); z przekonania żadnym anarchistą (czy choćby libertarianinem) nie jestem; martyrologicznych kawałków nie znoszę...

Myślę sobie, że jakiś cytat albo anegdotka się pewnie znajdzie, to ją sobie kiedyś wykorzystam. Albo coś. A tutaj, okazuje się, fascynująca książka! Czyta się lekko i przyjemnie, martyrologii żadnej do tej 130 strony, na której w tej chwili jestem, nie ma, i nie podejrzewam, by się pojawiła, choć z pewnością kto inny by nam ją ładnie, w związku z przeżyciami Autora, zaserwował...

Sam Kropotkin - na razie góra kilkunastoletni i żaden jeszcze rewolucjonista - sympatyczny niczym Gryziak z "Dziejów jednego pocisku", choć na pewno sporo inteligentniejszy, no i osobiście to on chyba żadnego zdrajcy, ani nawet stójkowego nie utrupił. Poza tym jednak uroczy w sumie człowiek!

Są w tej książce naprawdę piękne sprawy, trochę w duchu Custine'a, choć pisane przez tubylca, bez żadnej satyrycznej złośliwości zresztą - sprawy absurdalno-zabawne, a także takie, które byłyby b. ponure, gdyby się nad nimi głębiej zastanowić, ale Autor swoje wie, my swoje w sumie też wiemy... Bo np. szczególnie za Mikołaja I to naprawdę był koszmar dla pańszczyźnianych chłopów, nie mówiąc już o nieszczęsnych żołnierzach, przemocą wcielonych na 25 lat...

Nie dziwię się, że w Powstaniu Listopadowym tak wielu nie chciało ich za bardzo krzywdzić. Nie - z tym akurat żartuję, choć przez łzy, i to z paru powodów, ale o Polsce i tym Powstaniu jest tu trochę, i całkiem interesująco. W sumie długi wstęp, ale inaczej się chyba nie dało, choć w istocie jądrem (zdrowym oczywiście) tego wszystkiego jest taka oto myśl...

Dzisiaj przeczytałem, jak to młodziutki wciąż Kropotkin bliżej poznaje lud wiejski - na wakacjach zresztą, bo dotychczas znał blisko jedynie liczną domową służbę swojej rodziny. Sympatycznie zresztą wypada ten rosyjski lud w jego relacji, a nie ma tu za grosz ideologicznego zadęcia, czy wysilonej chłopomanii... No i mówi, że ze zdziwieniem zauważył, iż ten lud - taki pokorny wobec władzy, urzędników, szlachty, w istocie wcale nie czuje się od nich gorszy, czy niższy!

Chłop np. gnie się w pas przed dziedzicem, który mu może naprawdę masę zaszkodzić, gdyby tylko zechciał, ale za chwilę rozmawia z nim jak równy z równym na temat jakiegoś siana czy zdrowia koni. No i ja sobie pomyślałem tak, że, po pierwsze, chyba my tu wiemy, z czego takie zjawisko może wynikać. Prawda? A po drugie, pomyślałem sobie, że to może też częściowo wyjaśniać wiele spraw związanych z rosyjską rewolucją.

Oczywiście nie macie bladego pojęcia, o co może chodzić? No to dam wam jeszcze parę minut, zastanówcie się, OK? Na razie nie czytajcie dalej! Zegar tyka...

Już wiecie? No to brawo! Nie zmarnowałem jednak dziesięciu lat na edukowanie was! Nie...? Jednak NIE?! No dobra, to wam powiem, bo inaczej pomyślicie, że ja też nic napawdę nie wiem i tylko udaję... Otóż: 1. zapewne ten lud widział siebie jako całkiem odrębne plemię od urzędników, ziemian i całej tej reszty, w związku z tym (i o ileż zdrowiej od ludu polskiego np.!) traktował ich AGRESJĄ ASPOŁECZNĄ...

Podczas gdy nasz rodak - nieważne czy kmieć z kurnej chaty, czy prawicowy bloger - usta i serce miałby pełne cytatów z JP2 i wszelka ew. agresja z jego strony wobec tych ciemiężycieli byłaby... Jaka? No oczywiście, że SPOŁECZNA! Dostrzegacie różnicę?

No a co rewolucją? Jeśli chłop - w końcu główny motor rewolucji, kto by ją nie kierował i kto by nią ew. z daleka nie sterował (fiansował, wspierał itd.) - traktował to, co społecznie było "ponad" jego sferą czy klasą, jako OBCE PLEMIĘ, no to chyba jego bunt, plemienny w swej istocie, wobec władzy tego obcego plemienia miał powody, by być nieco, lub sporo, gwałtowniejszy, a zarazem skuteczniejszy, niż gdyby panowała tam przemożna chęć "rozmawiania jak Polak z Polakiem" w rosyjskiej wersji. Tu rewolucja - tu Okrągły Stół, czy coś podobnego. Da się to zrozumieć?

* * *

Fascynuje mnie od dawna antropologia współczesności - czyli odkrywanie w różnych współczesnych zjawiskach, które wydają nam się absolutnie racjonalne, tego samego typu kulturowych zachowań, często na pograniczu religii lub magii, które antropolog opisuje u ludów pierwotnych. Jest tego naprawdę masa i, mnie przynajmniej, daje to pewną rekompensatę za to, że los rzucił mnie w tę obrzydliwą epokę szalejących Merkeli i ich wiernych Tusków-podnóżków.

W dodatku my tutaj mamy pewne narzędzia, by się tym sprawnie zajmować, bo to i Ardrey był z wykształcenia przecie antropologiem właśnie, a sporo z tych rzeczy nabiera pełnej krasy dopiero w świetle szpęgleryzmu stosowanego. I tak na przykład uświadomiłem sobie wczoraj gdzieś w porze kolacji, że ten cały KOD, to trochę taka cywilizacja (K/C, mówiąc ściśle naszym tu szpęglerycznym żargonem) w miniaturze.

No bo spójrzcie ludkowie: oporniki, nazwa zerżnięta z KORu, hasełka tu i tam inspirowane pierwszą "S", miłość do "demokracji", pewne "kultowe", jak się to mówi, piosneczki z megafonów... W sumie wszystko już było, prawda? Zresztą sporo ludzi już do dawno zauważyło, więc tu rewelacji jeszcze nie ma. Przypomina sobie ktoś "konsulaty III RP", które Platfąsy i ich akolici próbowali wylansować zaraz po poprzednim dojściu PiS do władzy?

Było to tak żałosne, że mimo medialnego pompowania po trzech dniach nawet Frasyniuk to pojął i dał sobie spokój. Teraz jednak, nauczone tym doświadczeniem, siły stojące za KODem na żaden taki obciach nie pójdą - wszystko jest sprawdzone, od dziesięcioleci od ludu prostego uwielbiane, pewne, po prostu samograj!

Trywalna sprawa, powie ktoś. OK, trywialna, zgoda, dopóki człek nie skojarzy tego z rzeczami, które Spengler nasz ukochany mówi na temat stopniowego kostnienia i martwicy, dotykającej różne (cybernetyczne, choć on tego pojęcia jeszcze znać nie mógł, więc u niego były analogie biologiczne, co ma zresztą sporo sensu) układy czy "organizmy". Konkretnie zaś cywilizacje ("Kultury i Cywilizacje" dla naszych). Przynajmniej o nich Spengler mówi.

Jednak my tutaj, choć nie zawsze świat o tym się dowiaduje, odnajdujemy to samo zjawisko w różnych innych miejscach. Czasem wprost związanych z cywilizacjami - jak powiedzmy sztuka czy nauka - a czasem nie, i których rytm życia jest całkiem inny od rytmu życia K/C, w której występują. Dokładnie tak, jak np. w kwestii symboliki "walki bez użycia przemocy" w naszym szczęśliwym kraju.

Od pierwszej "S", co najmniej, choć sporo z tego ma korzenie  jeszcze dawniejsze, po KOD, o którym sobie właśnie rozmawiamy. Kiedyś sposobów na wyrażenie tego oporu trzeba było szukać, wymyślać je, testować... (Pomijam już trywialną kwestię, że wtedy to się wiązało z ryzykiem i kosztami, a teraz, na razie przynajmniej, wręcz przeciwnie.)

Obecnie natomiast wszystkie odpowiedzi są już znane - można tylko wśród nich wybierać te, które nam akurat (KODowi znaczy, nie nam dosłownie) pasują. Jest to dokładnie to, co Spengler pisze o Cywilizacji (czyli tej późniejszej, zdrewniałej już i nietwórczej, choć wcale niekoniecznie od razu upadającej, fazie rozwoju/schyłku), w kontraście do Kultury (czyli fazy wcześniejszej i twórczej, choć oczywiście nie mówimy tu o żadnym złotym zieku czy ziemskim raju).

Ciekawe by było pozastanawiać się nad przyszłością tej rodzimej "walki bez użycia przemocy" - bez konieczności wnikania w to, która, i na ile, jest autentyczna, a za którą stoją ubecje i zmanipulowane świry - a przynajmniej nad przyszłością jej symboliki, jej FORMY, która wyraźnie osiągnęła już swą pełną dojrzałość i nic tam się nie daje ani dodać, ani ująć...

Ale też mało kogo to dziś, w jakimś pozytywnym sensie, rusza, o zagrzewaniu do walki, która by nie dała się zbyć pogardliwym wzruszeniem ramion nawet nie wspominając. Oczywiście budzi to u wielu śmiech serdeczny, ale z pewnością nie o tego typu emocje tym ludziom chodzi, więc tego jako ich sukces nie liczymy.

I tak oto, mam nadzieję, wykazałem, że nawet w paskudnych epokach, kiedy na szaleją Merkele i baby z brodą - dzięki PanaTygrysizmowi (Stosowanemu oczywiście, i Stosowanemu umiejętnie) da się jednak zawsze znaleźć jakiś jasny punkcik w krajobrazie. Choćby malutki. A w każdym razie coś, czym się można trochę intelektualnie pobawić.

triarius

3 komentarze:

  1. Strasznie spodobała mi się budka wartownicza, którą tatuś zafundował synkowi. Potem się dziwimy że rewolucja itp.
    Cycuś, jednym słowem.

    Nic to, teraz ważne
    Zainteresuj się linkiem:
    https://mega.nz/#F!bto3SQLa!dw2Ue7nUDGxMzBRd2In-rw!e9wGmDYC
    w szczególności literą S :)
    Zmów paciorek za 'cocozia', kimkolwiek jest!

    Buziaczki,
    i chałwy do syta :)^:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fęks Bracie! (Korzystać WSIe Młodzi Tacy i Owacy!)

      Budka była niezła, ale mnie zachwyciła szczególnie bermyca z psiego futra i ten arcyksiążę, co się dziwił, że forsownie musztrowane wojsko stojąc na baczność wciąż oddycha.

      Pzdrwm czule

      Usuń