sobota, grudnia 09, 2006

Comprachicos 2006

Na onecie, w sekcji "Nauka", umieszczono artykuł Marka Karolkiewicza na temat wyników badań neuropsychiatrki z San Francisco, niejakiej Louann Brizendine, dotyczących różnic pomiędzy kobiecym a męskim mózgiem i psychiką. Dowiadujemy się z niego kilka sensownych rzeczy, przede wszystkim tę, że kobiety od mężczyzn dzieli znacznie więcej, niż tylko "jedna malutka rzecz, na którą Bóg przecież nie zwraca uwagi" (jak brzmi czołowy argument szwedzkich bojowników o kapłaństwo kobiet, z pewnością nie tylko tam, ale tam to stale słyszałem).

Oczywiście wyniki takiego "naukowego studium", w dodatku wykonanego przez kogoś, kto określa się sam, jako "nowoczesna feministka", nie mogą być całkowicie poważne, zatem czytamy na przykład, że: "(...) faceci myślą o seksie co 52 sekundy. Mają też znacznie mniejszy ośrodek w mózgu, odpowiadający za słuch." Osobiście sporo myślę o seksie, ale na pewno nie jest to co 52 sekundy, ani nawet co półtorej minuty. I bardzo wątpię, by jakikolwiek normalny facet mógł tak szybko przestać o seksie myśleć, skoro już zaczął, by mogło to być co 52 sekundy. Badaczka nie wyjaśnia także, jakim to cudem wszyscy wybitniejsi kompozytorzy są mężczyznami, a wśród wykonawców też przewagi pań nie widać. Ja na pewno nie zgodzę się z tezą, że miałbym mieć słuch rozwinięty gorzej od jednego procenta najlepszych w tym kobiet.

To jednak tylko drobiazgi, znacznie już bardziej interesujący wydaje mi się fakt, że doktryna feminizmu tak wyraźnie napotyka na ogromne problemy w zetknięciu z realnym życiem, że same feministki próbują jakoś ją skorygować. Są tu jednak także rzeczy jeszcze w mojej opinii znacznie ważniejsze. Otóż okazuje się, że:
Pewna pacjentka dr Brizendine dawała swej trzyletniej córeczce zabawki odpowiednie także dla chłopców, m.in. czerwony wóz strażacki. Dziewczynka włożyła jednak samochód do wózka, przykryła go kocykiem, kołysała i śpiewała słodkim głosem: "Nie martw się, mały samochodziku, wszystko będzie dobrze".
Co zostało w ten sposób, całkiem słusznie zresztą, podsumowane w omawianym artykule:
Z pewnością gdyby podobną książkę napisał mężczyzna, rozpętałaby się burza. Przez lata feministki zaprzeczały, że między męskim a kobiecym mózgiem istniała naturalna różnica.
To jednak nie wszystko, oto okazuje się, że:
W ubiegłym roku wybuchł skandal, w wyniku którego musiał ustąpić ze stanowiska Lawrence Summers, rektor renomowanego Uniwersytetu Harvarda. Summers podczas wykładu wyraził pogląd, iż "uniseksualne" wychowanie skazane jest na porażkę. Opowiadał, jak podarował swej córeczce dwie ciężarówki-zabawki. Dziewczynka natychmiast uznała je za "ciężarówkę-mamusię" i "ciężarówkę-tatusia".
Pan rektor wyciągnął z tego logiczne wnioski. "Oburzenie było tak wielkie, iż uznany za 'kryptoseksistę' rektor w niesławie złożył dymisję." To by mogło teoretycznie kogoś zaszokować, nawet by powinno, ale nikogo, kto nieco choćby zna stosunki na amerykańskich uniwersytetach i obowiązującą tam polityczną poprawność, to nie zdziwi.

Mnie jednakże uderzyło nie to, tylko coś całkiem innego. Czy ktoś inny może zwrócił też na to uwagę? Otóż czytamy, że Summers "wyraził pogląd, iż 'uniseksualne' wychowanie skazane jest na porażkę". "Skazane na porażkę", a zatem się nie uda. Nic jednak nie zostało powiedziane na temat losu dzieci poddawanych temu wychowaniu, prawda? Wolno zatem dokonywać radykalnych eksperymentów na osobowościach dzieci, i jedynym problemem jest to, że "może się nie udać".

Ayn Rand (za którą osobiście wcale  tak nie szaleję, jak wielu innych, mniej lub bardziej autentycznych prawicowców) napisała mimo wszystko kilka tekstów ważnych i znakomitych. Jeden z nich nosi tytuł Comprachicos i jest równie przerażający, co słuszny. Co to znaczy comprachicos? Zacytujmy samą Ayn Rand, w końcu warto pokazać, że kobiety potrafią nie tylko ruszać z posad bryłę świata i w pseudonaukowy sposób bredzić, ale i czasem pisać z sensem.
Comprachicos (...) stanowili dziwne i skryte zrzeszenie nomadów, sławne w siedemnastym wieku, zapomniane w osiemnastym... nieznane dzisiaj...
Comprachicos (...) jest złożonym hiszpańskim słowem, które znaczy "kupcy dzieci".
Comprachicos handlowali dziećmi.
Kupowali je i sprzedawali.
Nie kradli ich. Porywanie dzieci to całkiem inne zajęcie.
A co robili z tymi dziećmi?
Robili z nich potwory.
Po co?
Dla śmiechu.
Ludzie potrzebują śmiechu, tak samo królowie. Miasta żądają widowisk z klaunami i dziwolągami, pałace żądają błaznów...
Aby wyhodować dziwoląga, trzeba się wcześnie do tego zabrać. Karła należy zacząć tworzyć, gdy jest jeszcze mały...
A zatem jest to sztuka. Byli oni wychowawcami. Zabierali człowieka i zmieniali go w pokrakę, zmieniali jego twarz w mordę. Hamowali wzrost, kaleczyli rysy. Sztuczna produkcja przypadków teratologicznych rządziła się własnymi zasadami. To była cała nauka. Wyobraźmy sobie ortopedię na odwrót. Gdzie Bóg dał proste spojrzenie, ta sztuka stwarzała zeza. Gdzie Bóg stworzył harmonię, tam wprowadzali zniekształcenie.
Więcej? Proszę bardzo:
Comprachicos deformowali nie tylko twarz dziecka, wymazywali też jego pamięć. Przynajmniej o tyle, ile mogli. Dziecko było nieświadome okaleczenia, jakiego doznało. [...] Mogło co najwyżej pamiętać, że pewnego dnia zostało zabrane przez jakichś ludzi, potem zasnęło, a jeszcze później ci ludzie je leczyli. Co leczyli? Nie wiedziało. Nie pamiętało oparzeń siarką i nacięć żelazem. Podczas operacji comprachicos używali uchodzącego za magiczny oszałamiającego proszku, który uśmierzał ból, powodując, że mały pacjen tracił przytomność...
No to może jeszcze mały fragmencik:
W Chinach od niepamiętnych czasów istniała szczególnie wyrafinowana odmiana tej sztuki i przemysłu: formowanie żywego człowieka. Dziecko w wieku od dwóch do trzech lat wkładano do porcelanowego wazonu o mniej lub bardziej groteskowym kształcie, pozbawionego pokrywy i dna, tak że głowa i nogi swogodnie z niego wystawały. W dzień ustawiano wazon pionowo, na noc kładziono, by dziecko mogło spać. Tak więc dizekco, powiększając się, ale nie rosnąc, powoli wypelniało wnętrze wazonu swymi zgniecionymi członkami i pokręconymi koścmi. Taki "zabutelkowany" rozwój trwał kilka lat.
Nie, już naprawdę więcej nie mogę! Ale czy z czymś się to nie powinno nam kojarzyć? Sama Ayn Rand do comprachicos porównuje "postępowych" wychowawców, mnie też z nimi przede wszystkim się to kojarzy. Szokujące jest, przynajmniej w moich oczach, że dziś ci hodowcy dzieci w dzbanach potrafią się bez cienia żenady swymi "sukcesami" chwalić, nad porażkami zaś płakać, domagając się współczucia. Oraz że najgorszą rzeczą, jaką na temat tego procederu kastrowania dzieci ma do powiedzenia pani neuropsychiatra i oglądana przez miliony ludzi witryna jest, że "jest skazany na porażkę".

A może jednak nie jest? Może należy się po prostu mocniej zmobilizować, mocniej uwierzyć w świetlaną przyszłość? I jeszcze silniej zapałać świętym oburzeniem, uświadomić sobie jeszcze dobitniej, że tak się wykuwa NOWY CZŁOWIEK... Potem zaś jeszcze wyżej wznieść sztandar i jeszcze mocniej wpieriod! Cóż wobec takich spraw znaczy płacz i krzywda jednostek?

To, że okalecza się przy tym dzieci, nikogo nie zdaje się dziś przesadnie szokować. Ale cóż się dziwić, skoro przecież i dorośli są na codzień poddawani podobnej obróbce, i nadal uważają się za ludzi wolnych, mądrych, przyzwoitych - ba, konserwatystów nawet. Może jest tak, że z dziećmi to się jeszcze nie całkiem udaje, słychać nawet tu i ówdzie defetystyczne głosy, że to "skazane na porażkę", ale my, dorośli, zostaliśmy już ukształtowani i ślicznie dopasowani do naszych dzbanów o groteskowych kształtach?

Tylko, że nawet nie ma się z tego komu pośmiać, a przynajmniej tych wesołków nie spotykamy osobiście na ulicy. Jeśli gdzieś są, to oglądają nas z daleka, na jakichś ekranach albo przez przydymione szyby limuzyn. Rycząc ze śmiechu na widok naszych coraz ucieszniejszych kształtów i pokracznych, kalekich ruchów. Z dziećmi może się nie do końca wszystko udaje, ale pozostają przecież dorośli. Czyli my. Co za szczęście! Z nami nie ma większych problemów - dajemy się kształtować do woli i jeszcze jesteśmy z siebie z tego powodu niesamowicie dumni. Z roku na rok nawet jakby coraz bardziej dumni.

(Komentowany w tym tekście artykuł jest tutaj:

http://wiadomosci.onet.pl/1376910,242,kioskart.html.)

czwartek, grudnia 07, 2006

Szokujące informacje, ale Polacy jak zwykle wolą seriale i ględzenie o niczym

Na blogu Wojciecha Wierzejskiego można znaleźć informację, która rzuca masę światła na obecne "afery". Dziwne tylko, że tak mało interesują się tym polskie służby, nie mówiąc już o zwykłych rodakach. Ale cóż, długoletnie wychowywanie na serialach, "Tańcu z gwiazdami", "Szkle Kontaktowym" i "Europa da się lubić" robi swoje.

Otóż Wierzejski podaje, że "organizatorem neonazistowskiego pikniku na Śląsku była osoba starająca się o obywatelstwo niemieckie i mająca niemieckie pochodzenie", co bardzo uprawdopodobnia tezę, iż jest to agenturalna robota ze strony "naszych przyjaciół zza zachodniej granicy". Samo nazwisko tego pana, Schmidt, też raczej tego podejrzenia nie rozwiewa, choć oczywiście samo w sobie nic by nie znaczyło.

Wierzejski podaje także kilka innych bardzo zastanawiających faktów związanych z wydawnictwem Axel Springer, którego polskojęzyczny "Dziennik" rzekomo wykrył, a potem roztrąbił "nazistowskie" party z rzekomym udziałem Młodzieży Wszechpolskiej.

Oto link do całości: http://wierzejski.blog.onet.pl/2,ID154686609,index.html

Cała sprawa - to znaczy nie tylko ten "nazizm", ale także dzisiejsze "jednorazowe badanie" Leszka Bubla, no i oczywiście "afera seksualna" - wygląda w moich oczach niezwykle wprost niepokojąco. Jestem pewien, że Bolek już gryzmoli prośbę o bratnią pomoc, na wypadek, gdyby wszystko nie dało się załatwić gładko i po cichu. Platforma ożyła, zachód sparaliżowany rosyjską bezczelnością i ich Polonem 210...

Nastrój moich obecnych myśli, przynajmniej tych na tematy polityczne, nieźle oddaje ten oto tekst Przemysława Kudlińskiego (choć sam nie jestem tak antyamerykański i nie mam takich podejrzeń co do wojny z terroryzmem): http://iskry.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=525

Powiedzmy sobie uczciwie, nigdy nam nie będzie łatwo, narodowe tragedie i groźba całkowitej utraty niepodległości zawsze będą na nas czychały - ale żeby chociaż Polacy nie byli takimi cholernymi tchórzliwymi i głupio-mądrymi idiotami! Każdy nas kupi i sprzeda za nasze własne pieniądze, będziemy lizać każdą dłoń, nie widząc bata, który na nas trzyma druga. Naprawdę, czasem odechciewa sie wszystkiego. Jakim durniem, jaką skurwysyńską sprzedajną kurwą można tu być, żeby jeszcze śmieć się podawać za Polaka i mieć prawo decydować o polskich sprawach?

triarius

Z ABW do Tworek i Europejska Prostytucja

Wnikliwy czytelnik zapytał mnie właśnie na temat realnego liberalizmu, o taką konkretnie rzecz: "wyjaśnił Pan przekonująco, dlaczego w realnym liberaliźmie tak łagodnie traktuje się przestępców, całkowicie zapominając o ofiarach, niech Pan jednak mi jednak wyjaśni, dlaczego przestępstwa, nawet najbardziej wątpliwe, popełnione nie na szkodę osób prywatnych, tylko np. rzędu skarbowego czy tolerancji, są traktowane całkiem inaczej".

Jest to dziecinnie łatwe pytanie i nie mogę uwierzyć ani w to, że ten inteligentny czytelnik nie zna odpowiedzi, albo że wątpi, czy ja ją znam. Widać jednak lubi moje wywody i/lub sądzi, ze może kumuś się to przyda.

Odpowiedź jest prosta: realny liberalizm z zapałem broni samego siebie - to nie to samo, co bronienie Kowalskiego przed "Nikosiem", czy wioskowym psychopatą... Wszystkich filarów i forpoczt realnego liberalizmu trzeba przecież bronić - jak inaczej utrzymałoby się coś, czego nikt prawie nie chce? Weźmy taką Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która, zamiast zajmować się lokalizowaniem źródeł obecnych prowokacji, całkiem wyraźnie skoordynowanych  w czasie i treści z naciskami przeróżnych "przyjaciół Polski", starającymi się do czegoś nas przymusić, łapie i odwozi "na jednodniowe badania do Tworek" człowieka, którego poglądy nie pasują do obowiązującej realnoliberalnej ideologii.

"Nie ma znaczenie wolność słowa, gdy chodzi o obronę wolności słowa", zdają się mówić obrońcy wolności słowa i przyjaźni międzynarodowej za wszelką cenę. To, że nielubianych przez władzę polityków oskarżano w niedawnym ZSRR właśnie o chorobę psychiczną, o niczym oczywiście nie stanowi. Ważne, że naszym obecnym politykom - tym na bardziej od p. Bubla eksponowanym stanowiskach - wciąż nie wydaje się prawdopodobne, by ich także kiedyś zawieziono do Tworek na "jednodniowe badania", o czym nie omieszka całej Polski poinformować stosowna tasiemka TVN24.

Jak to w ogółe zgrabnie zrobiono! Do Tworek, a nie np. na Srebrzysko czy do Kobierzyna, te bowiem zakłady są znane raczej tylko lokalnie, Tworki zaś obrosły już ogólnonarodową tradycją, trafiły do literatury itd. Ciekawe co dalej będzie z tolerancją wobec niepopularnych wśród realnie liberalnej władzy poglądów? I nie mówię tu o władzy PiS, bo oni próbują, w miarę wątłych sił, jakoś się z tej matni wyplądać. Cóż jednak można zrobić, skoro występować przeciw "europejskim wartościom" nielzia, i jest to priorytet nad priorytety?

Nad kwestią tego, kto mógłby kontrolować lojalność ABW wobec interesów Polski i ewentualną ich podległość wobec jakichś zagranicznych sił i środowisk, nawet się nie będę próbował zastanawiać. Od czasów Platona głowią się nad tym naprawdę tęgie głowy i do efektywnych rozwiązań jeszcze chyba nie doszły, mimo że nie były chyba kontrolowane przez ABW. Wiem, są jakieś sejmowe komisje i organa... Tyle, że ja im też nie ufam. Wybrane demokratycznie? Tak demokratycznie, jak w dwudniowym, naciąganym referendum zadecydowano o Anschlussie? Czy tak, jak teraz, po przepadniięciu w referendach konstytucji europiejskiej, wciska się ją nam tylnymi drzwiami?

Jeśli ja tym ludziom, tym komisjom, nie ufam, to kto mnie zapewni, że wszystko jest w porządku? Inni obywatele Polski? Czy brukselscy urzędnicy? To nowa wersja demokracji, prawda? Tylko dlaczego nikt nas jeszcze o tym nie raczył oficjalnie poinformować? Mogę się odwołać do trybunału międzynarodowego gdzieś tam, tak? A jeśli nie widzę powodu, by mu ufać? Czy przeprowadzano kiedykolwiek jakieś rzetelne referendum na temat uznania decyzji tych trybunałów wśród uczciwych i zwykłych Polaków? Nie? Więc dlaczego stały się nagle najwyższym organem sprawiedliwości, odsuwając odmienianą przez wszystkie przypadki na każdym kroku demokrację praktycznie w niebyt?

Nie jestem prawnikiem i unikam czytania tworów mózgowych ludzi w rodzaju Edelmana czy Kuczyńskiego, ale z tego co mgliście pamiętam, sporo ich wypowiedzi dało by się bez trudności zakwalifikować, jako "nawoływanie" i "sianie nienawiści". Ale cóż - o antysemityzm trudno ich akurat oskarżyć, więc sprawa beznadziejna.

Wspomniałem implicite o obecnych prowokacjach, więc pozwolę sobie wkleić tu coś, co opublikowałem już w innym miejscu, ale tam się błyskawicznie z pierwszej strony przewinęło, a moim zdaniem nieco szkoda. Oto jest:

Ktoś się bardzo stara, by rozwalić tę obecną koalicję, po drugie zaś - widzimy tu jak na dłoni skutki dotychczasowego forsowania "równouprawnienia".

Nad tym drugim warto by się chyba nieco poważniej zastanowić, jeśli niechcemy, by za parę lat każdy człowiek mial na swym intymnym organie specjalny czujnik, którego uruchomienie spowoduje alarm na najbliższym posterunku (albo i gdzieś wyżej), oraz by każdy musiał ze sobią nosić własną kasę fiskalną, w której będzie pod karą dożywocia zmuszony rejestrować wszelkie własne finansowe operacje powyżej sumy 20 groszy. (Choć wtedy już będzie euro, do czego zresztą obecny wysyp afer zdaje się właśnie prowadzić.)

W grę wchodzi także przymusowa kastracja, albo obowiązkowe zaświadczenie o skłonnościach "gejowskich" - z początku zapewne wyłącznie dla polityków i innych osób publicznych, bo "Prokom" nie od razu będzie w stanie stworzyć konieczny do tego celu system komputerowy. Warto się moim zdaniem zastanowić, w jakim to kierunku się tak szybko poruszamy i gdzie skutkiem tego musimy dojść. I to całkiem niezależnie od takiej czy innej sympatii dla Samoobrony,

Moim zdaniem, kobiety albo SĄ dorosłymi, odpowiedzialnymi za swoje czyny ludźmi, a wtedy media próbujące nas rozczulać martyrologią Anety K. - zarabiającej dzięki prostytucji 5 tys. miesięcznie, a teraz "wstydzącej się i nie wiedzącej jak sobie z tą świadomością poradzić", powinny nas natychmiast skłonić do przełączenia na inny kanał, lub - lepiej - wyłączenia telewizora i sięgnięcia po książkę... Albo nie są. Dorosłe. Kobiety znaczy. Ale wtedy NIGDY nie mogą być traktowane jako na pewno dorosłe i odpowiedzialne - ze wszystkimi tego stanu rzeczy skutkami.

Gwałt jest gwałtem, zgoda (o ile naprawdę jest), ale godzenie się na świadczenie usług seksualnych za konkretne korzyści to całkiem inna sprawa i to, że tylko kobietom się to proponuje nie jest powodem, by musiały im ulegać. A jeśli mają dzieci na utrzymaniu i bez 5. tys miesięcznie nijak, no to mogły się zastanowić wcześniej - dzieci, wbrew pogłoskom, nie przynosi bocian nie pytając mamusi o zgodę, a jeśli się za kogoś wychodzi za mąż, to powinien to być ktoś taki, żeby można było z nim przez resztę życia wytrzymać. Zamiast zostawać prostytutką i bohaterką najmarniejszej chyba w historii opery mydlanej.

A tak przy okazji, przypomniała mi się sprawa Jaruckiej sprzed półtorej roku. Co z tą sprawą, całkiem nic się nie wyjaśniło? To dlaczego nadal nic nie wiemy? Czy ktoś w ogóle próbuje to wyjaśnić? I daczego nie? Tamtej sprawy się nie wyjaśniło, nikt chyba nie został ukarany, a przecież intryga dała oczekiwane rezultaty...

Dlaczego ktoś nie miałby więc nadal posługiwać się tą metodą? Cel może nie uświęca środków, ale konstytucja europejska, przyjęcie przez Polskę euro, zgoda na rurociąg i nowe Rapallo... Nie - dla takich spraw warto przecież zorganizować w Kraju Priwiślińskim jakąś niewielką intryżkę! Przyzna to z pewnością każdy Światły i Postępowy Europejczyk.

wtorek, grudnia 05, 2006

Platforma Polityki Realnej?

Dla mnie Platforma to taka ujadająca czarna skrzynka: duszoszczipatielnyje pogruchiwania o "społeczeństwie obywatelskim", groźne sepleniące pohukiwania "tumult, tumult", grasejowanie w połączeniu z wymachiwaniem przykrótkimi łapkami w geście "kocham was wszystkich, Duch Święty mi to wczoraj nakazał"... W sumie pieniactwo, fałszywa ckliwość, agenturalność - zarówno w tym sensie, że założone i popierane przez rodzimą razwiedkę, jak i ww tym, że wysługuje się obcym, a szczególnie (chyba, choć kto to może wiedzieć?) Niemcom i Brukseli.

Są jednak ludzie, dla których Platforma Obywatelska to coś więcej niż tylko piąta kolumna z wadą wymowy. Jednym z takich ludzi jest Gdańszczanin, prowadzący jeden z najlepszych prawicowych blogów w Polsce. W swym najnowszym poście pisze na temat Platformy i jej, nieco ostatnio przywiędłej, medialnej gwiazdy - Jana Rokity.

Gdańszczanin pisze między innymi, że Platforma w istocie nie ma żadnego programu i jej historyczną rolą byłoby podryfowanie na lewo i zostanie... Hear, hear! Rodzimą SOCJALDEMOKRACJĄ! Tutaj można sobie to przeczytać w oryginale (tylko potem proszę wrócić!):

http://gdanszczanin.blox.pl/2006/12/O-Rokicie-ktory-dobrymi-checiami-pieklo-wybrukowal.html
.

Ostatnio, jak niektórzy może wiedzą, poświęciłem parę dni na studiowanie myśli politycznej liberalizmu, a także, choć w mniejszym stopniu - jego praktyki. To znaczy, praktykę widać gołym okiem na każdym kroku, ponieważ - jak to odkryłem i co uważam za spore politologiczne osiągnięcie - żyjemy nie w czym innym, tylko w REALNYM LIBERALIźMIE. Niech sobie różni fanatycy, rewizjoniści i liberalne wersje trockistów mówią co chcą, nawołują do powrotu do "prawdziwego liberalizmu", albo wołają "więcej liberalizmu". Tak samo było przecież w realnym socjaliźmie!

To już napisałem w poprzednim poście, choć stanowczo zasługuje na powtarzanie i powtarzane, Deo volente, będzie jeszcze nieraz. Mam jednak i coś nowego do powiedzenia. Otóż stwierdziłem, że Platforma Obywatelska to autentyczna partia liberalna, ma bowiem sporo dokładnie tych samych cech, co liberalizm sam w sobie.

Czyli przede wszystkim brak realnego, i w miarę trwałego, programu, za to sporo dętych i ckliwych "słów kluczowych", które na odmianę są względnie stałe. Tak zresztą było i w realnym socjaliźmie. Po drugie, spore i stale rosnące obszary, na które nawet myślą nie wolno się zapuszczać, ponieważ tam liberalne zasady całkiem już przestają mieć ręce czy nogi. Te obszary rosną i rosną niczym płaty łysiny plackowatej przy poważnej grzybicy skóry głowy.

Każdy zbyt skomplikowany dla liberalnej ideologii albo niestrawny dla wyborców i publiczności problem zostaje - jak to się mówi w psychoanalizie - "wyparty" i przestaje istnieć. Na jego miejsce pojawiają się człowiekolubne pogruchiwania i dodające otuchy zagubionemu "inteligentowi" zapewnienia, że wszystko niedługo będzie jak w raju. Do tego masa sztywnych jak dykta szablonów w myśleniu. Czasem odnoszę wrażenie, że liberalizm to właśnie kilka prostych, bardzo prostych, algorytmów myślenia... I kiedy sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, te algorytmy stają w stosunku do niej po prostu prostackie, prymitywne.

Mówię ogólnikami? Przydałby się konkretny przykład? Oto proszę... Trzy dni temu przysłuchiwałem się jednym uchem konferencji prasowej min. Ziobry. Mówił on o dziwnym braku zainteresowania przez sądy III RP dla ofiar przestępstw, przy równie dziwnym pobłażaniu ich sprawcom. Wielu się nad tym zastanawiało, jedni oburzeni i zaszokowani, inni chyba kombinując, jak by sprawę popchnąć JESZCZE dalej, i to jak najszybciej.

I nagle mnie olśniło! To, co wyczytałem na temat historii liberalnej myśli pozwoliło mi zrozumieć, z jakich to najgłębszych, ideologicznych przesłanek wynika! Przecież liberalizm widzi wszelkie ludzkie interakcję, jako coś w rodzaju wolnego rynku, zaś wszelka władza jest dla niego z samej swej natury podejrzana i dlatego należy ją kontrolować. Tak?

No to teraz wyobraźmy sobie, że jest tak: Wojtek ciężko pobił i obrabował Jurka. To jest interakcja między nimi, dwustronna. Władze państwowe, w tym sądownicze, nie mają z tym na razie nic wspólnego, zgoda? Potem jednak jakimś cudem policja chwyta Wojtka i stawiają go przed sądem. Teraz interakcję mamy między oskarżonym Wojtkiem, a państwem. Państwu, które jest w tej relacji stroną silniejszą, a do tego z natury podejrzaną, należy patrzeć na ręce i baczyć, by Wojtkowi nie zrobiło krzywdy, tak? Gdzie tu niby jest miejsce na poszkodowanego Jurka? Chodzi przecież o to, by wredne państwo nie zrobiło Wojtkowi krzywdy, Jurek - ofiara - nie ma tutaj już nic do szukania.

Tak właśnie to działa, i to na każdym kroku. Liberalizm to niemal z definicji "filozofia zdrowego rozsądku", więc wszędzie stosuje takie proste schematy. Inaczej już po prostu nie potrafi, a ludzie, którzy potrafią, po prostu nie zostają liberałami. Konfliktów liberał unika jak ognia, ponieważ postrzega każdy z nich, jako swego rodzaju totalną wojnę - albo albo: Albo dzieci, albo rodzice. Albo państwo, albo obywatele. I to ich przeraża, częściowo słusznie, częściowo zaś dlatego, że liberałami zostają ludzie o nieco wodnistej krwi i innych płynach ustrojowych. (Lub bardziej niż nieco.)

Kiedy już jakiegoś konfliktu nie da się jednak uniknąć, jak w przypadku sądu nad Wojtkiem... (To znaczy, na razie jeszcze się nie da, bo w przyszłości kto wie?) Kiedy się zatem nie da, to konflikt zostaje zredukowany przez liberała do najprostszej gry o dwóch uczestnikach i o sumie zerowej. Tak po prostu jest, bo takie właśnie, a nie inne, widzenie świata prowadzi do liberalnej doktryny.

Nie wiem, jak do Czytelnika trafia to moje odkrycie, ale naprawdę zachęcam do zastanowienia się nad tym trybem rozumowania. Oraz do poszukania innych przykładów i innych super-prostych liberalnych algorytmów myślenia. I postępowania. Które to algorytmy, razem z innymi podobnie charakterystycznymi zachowaniami, widać zarówno w Platformie (których pieszczotliwie nazywam sobie zazwyczaj Cieniasami), jak i w całym realnym liberaliźmie. Z czego wynika, że Platforma Obywatelska to w istocie Partia Realnego Liberalizmu, do której jak rękawiczka pasowałaby nazwa w rodzaju Platforma Polityki Realnej. W skrócie PPR.

Na koniec chciałbym na chwilę wrócić do tekstu Gdańszczanina, który widzi Platformę, jako przyszłą socjaldemokrację, do czego ma dojść dzięki jej naturalnemu dryfowaniu na lewo. To jeszcze jeden dowód na moją poprzednią tezę! Przecież moim największym zarzutem przeciw realnemu liberalizmowi - w którym, przypominam, zachód żyje od co najmniej dziesięcioleci, Polska zaś od lat 17 - jest ten, że posiada naturalną tendencję do dryfowania na lewo. Lewactwo już teraz przecież zżera nas jak rak, a za lat 20 możemy znaleźć się bliżej wymarzonego przez Lenina i Trockiego komunizmu, niż nam się to śniło w najgorszych latach stalinowskiej nocy.

Na gruncie liberalizmu tego dryfu powstrzymać się nie da, i jeśli się powstrzymać go naprawdę pragnie, to trzeba znaleźć całkiem inne środki i całkiem inne polityczne drogowskazy. To był taki wtręt, lub raczej dramatyczny krzyk z głębi trzewi, podsumować jednak chciałem prostym stwierdzeniem, że: "Jeśli Gdańszczanin ma rację co do Platformy, widząc w niej tę samą dokładnie tendencję do dryfowania na lewo, którą ja dostrzegam w liberaliźmie, jako takim. Liberalizm jest zatem lewactwem statu nascendi." To tyle, kto chce, niech z tego wyciąga wnioski. (Jestem też otwarty na pytania i sugestie, może uda mi się coś wyjaśnić, a nawet kogoś przekonać. Uważam, że byłoby warto.)

poniedziałek, grudnia 04, 2006

Zgwałcona niewinność Anety K. i honor Najjaśniejszej

"Te kobiety są załamane, chcą rozpocząć nowe życie, są żonami i matkami" (cytuję z pamięci), mówi "dziennikarz" Gazety Wyborczej w telewizyjnym programie, który widziałem przed chwilą w publicznej telewizji. I porównuje tę sprawę do znanej sprawy dyrygenta chłopięcego chóru od lat wykorzystującego swoich wychowanków.

Przepraszam, ale albo myśmy wszyscy powariowali, albo ktoś bardzo usilnie się stara, by się tak stało. Toż te kobiety - zakładając nawet, iż to, co pisze Gazownik, to w ogóle prawda - albo zdecydowały się zostać kochankami tych polityków Samoobrony i coś tam chciały dodatkowo otrzymać, albo też po prostu SIĘ SKRURWIŁY. Porównywanie dorosłych, interesownych bab, które decydują się zdradzać mężów i biorą za to korzyści, do nieświadomych dzieci jest żałosne i w najwyższym stopniu nieuczciwe (czyli typowe dla Gazownika).

Widać tu wściekły atak na rządzącą teraz Polską koalicję i coraz wyraźniej, mnie przynajmniej, jawi się jej główny autor. Dzisiejsze ataki Cieniasów z Platformy, wszystkie te opowieści o tym, jak to "Najjaśniejsza Rzeczypospolita" (jak to wzniośle określił cienias Komorowski) kompromituje się za granicą - na przykład tym, że nie zaproponowano rozmowy przelatującemu nad Polską niemieckiemu ministrowi spraw zagranicznych - wpisują się znakomicie w ten scenariusz. Do tego oczywiście ujawnienie "faszystowskiego" LPR w wykonaniu Der Dziennika, a tutaj jeszcze nowe "karykatury" i "satyra" na Prezydenta Kaczyńskiego w tym samym, co pół roku temu szkopskim szmatławcu...

"Kto ma media, ten ma władzę" - taka jest prawda, a w każdym razie tak powinna wyglądać w opinii ludzi mających media (polskie i światowe) w rękach. Jeśli się nie uda dość ludzi przekonać i załatwić, by wybory wygrał ten, który je wygrać "powinien" - cóż, wypadek przy pracy. Media mogą wiele innych rzeczy, nie ma tragedii. No i widzimy, że naprawdę mogą. Jeśli się wywęszy albo zorganizuje "skandal", choćby najgłupszy, najgrubszą szyty nicią i najmniej prawdopodobny, to wystarczy, by wystarczająco wiele wystarczająco znacznych mediów zaczęło zgodnie ujadać, a władza coś z tym będzie musiała zrobić.

"Domniemanie niewinności" w takich przypadkach nie obowiązuje, tym bardziej, jeśli ktoś deklarował, że chce rządzić w sposób mniej cyniczny, złodziejski i agenturalny, niż poprzednicy. Taki ktoś, pod naciskiem wściekłego ujadania mediów, będzie musiał co najmniej rozpocząć dochodzenie. Jeśli zaś jest dochodzenie, to "winnych" trzeba przecież, czasowo, odstawić na boczny tor. A w tym czasie troskliwa o honor i dobro Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, wreszcie zjednoczona, opozycja zdoła przecież odsunąć "skompromitowaną władzę" od wpływów.

Długo można by jeszcze o tym, ale nasuwają mi się dwa ogólne wnioski. Pierwszy taki, że dzisiejsza, akceptowana przez wszystkich, poza "ekstremistami", polityka "równouprawnienia", stanowi idealną maczugę na wszelkie nieposłuszne mediom i strażnikom politycznej poprawności ośrodki. Kobiety "muszą" być w życiu publicznym i polityce, wiele wskazuje, że ludzki instynkt seksualny jeszcze trochę będzie istniał i działał, ludzie będą więc nawiązywać damsko-męskie znajomości, romanse, układy zatrącające kurestwem. I tak dalej.

Kobietom wolno dzisiaj "otwarcie mówić o swojej seksualności", reklamować w telewizji tampony, uprawiać boks, sprzedawać swoje ciała (niektóre sprzedają także swoje dziewictwo wraz z sfilmowaną samą sceną defloracji, z krwią i wszystkim, co widziałem na własne oczy), wychodzić na całą noc, służyć w wojsku... Mogą żyć całkiem jak mężczyźni. Ale tylko one mogą czuć się "zgwałconymi", "wykorzystanymi", "mieć męża, dzieci i chcieć rozpocząć nowe życie". Tylko im może być "bardzo trudno o tym wszystkim mówić".

I tylko one mogą pozywać uwodzicieli za "gwałt", "molestowanie", "korupcję polityczną". Oczywiście przejęty bezinteresowną troską "dziennikarz" Gazety Wyborczej bardzo się do tego przydaje, jednak to kobieta może być "wykorzystana", "molestowana", tylko ona może się w telewizji wstydzić, ale jednak odsłonić swe zgwałcone dziewicze łono na wzrok gawiedzi... Dla dobra i honoru Najjaśniejszej oczywiście.

No i publika się przejmuje, a przynajmniej odpowiednio duża i wrzaskliwa jej część, przejmuje się też zagraniczna prasa - także o dziwo zatroskana o losy Najjaśniejszej, choć na co dzień tej troski mało było dotąd widać. No i musi się przejąć prokurator, służbowo - w końcu publicznie stwierdzono, iż dokonane zostało przestępstwo.

I nikt jakoś tej zagranicznej troski o nasze dobre imię, honor i w ogóle dobro, nie kojarzy ze sprawą konstytucji europejskiej, przyjęcia euro, wetem w sprawie negocjacji z Rosją, z niejasną sytuacją wielu niedawnych, albo i dzisiejszych, prominentów, moralnych autorytetów... Wszystkich, tak się akurat dziwnie składa, oczywiście proeuropejskich i proniemieckich, choć inne nacje także stoją w tych kręgach wysoko.

To była jedna ogólna sprawa, jaka mi się nasuwa. Druga jest taka: wobec takiej właśnie sytuacji - na krajowym froncie i w najkrótszej perspektywie istnieje realna groźba gwałtownego powrotu do III RP, oraz totalnego zniechęcenia do spraw publicznych i narodowych wszystkich, którzy dotąd te zmiany popierali. Historia uczy bowiem, że na jedno pokolenie może wypaść co najwyżej jedna rewolucja, to wydaje się być prawem po prostu biologicznym.

Czy chodzi nam (bo im z pewnością o to właśnie chodzi) o to, by przez następne ćwierć wieku nikt już nie przeciwstawił się temu, czym była III RP? Czy potraficie sobie wyobrazić, jakie skutki i jakie represje spadłyby na ten "oszołomski", niepokorny naród, gdyby pełną kontrolę uzyskali nad nim znowu ci sami ludzie? Z jeszcze większym wsparciem "światłej Europy", międzynarodowego lewactwa i kilku, stale tych samych, zagranicznych potęg?

Polska "prawica" woli jednak kłócić się o "tanie państwo", "jednomandatowe okręgi wyborcze", "podatek liniowy" i podobne - excusez le mot - pierdoły. Woli wołać, niczym niegdysiejsi rewizjoniści - zwolennicy Marksa nie "starego", tylko "młodego" ("młody" zawsze lepiej lewakowi brzmi) - "więcej liberalizmu!". Tamci rewizjoniści żyli w realnym socjaliźmie, ale nie chcieli przyjąć do wiadomości, że innego nie ma i nie będzie. Nasi "prawicowcy" żyją w realnym liberaliźmie - no bo jakaż to doktryna obowiązuje na Zachodzie od co najmniej dziesięcioleci? I nie raczą zrozumieć, że innego liberalizmu nie będzie i być nie może. Jednak co im szkodzi pokrzyczeć sobie o "prawdziwy liberalizm"?

Świetne prawicowe pióra realizują się namiętnie w krytykowaniu biurokracji i całkiem im to zdaje się wystarczać. Dla mnie to całkiem jak takie samo krytykowanie biurokracji przez oficjalnych prlowskich "satyryków" - przykro mi, jeśli kogoś tym porównaniem uraziłem, ale nie dostrzegam istotnej różnicy. Przecież krytykowanie przerostów biurokracji to odwieczny temat, który nigdzie tak nie kwitł, jak właśnie w realnym socjaliźmie! Tyle, że wtedy to nie była żadna opozycja, to był niemal jedyny dozwolony i popierany rodzaj "satyry". (No, czasem było też o brakach w zaopatrzeniu, przejściowych oczywiście i związanych z biurokracją.) Czy wy tego ludzie naprawdę nie dostrzegacie? A lewactwo i układ tylko się śmieją w kułak...

Pokrzyczeć sobie zawsze przecież dobrze, wtedy nie trzeba myśleć, nie trzeba nic naprawdę robić, można odgrywać zgwałcone dziewice, można zakładać "wreszcie autentycznie prawicowe partie"... i przyjmować do nich nawet kochający Tuska i Cieniasów liberalny drób. Pod jednym względem ci "prawicowcy" mają rację - tak, to jest jak najbardziej zgodne z doktryną klasycznego liberalizmu "jak najwięcej szczęścia dla jak największej ilości ludzi". Lewactwo, którego jest sporo i z każdym dniem coraz więcej, naprawdę czuje się z tego powodu szczęśliwe! A więc wszystko jest jak najbardziej w porządku, prawda Polska Prawico?

A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że na pytanie gazowniczego "dziennikarza": "co by zrobiła, gdyby za polubowne załatwienie tej sprawy zaoferowano jej odpowiednio dużo pieniędzy, Aneta K. odpowiedziała że nie wie. Nie chciała sobie bidulka odcinać widoków za przyzwoity dochód za swój wstyd i sromotę. To się dopiero nazywa "żałować i chcieć rozpocząć nowe życie!". Mąż i dzieci, nie mówiąc już o załodze i czytelnikach Gazownika, mogą z Anety K. być szczerze dumni. Z Najjaśniejszej może w tej chwili nie mogą, ale jeden dobry powód do dumy już chociaż jest. I to dobrze, tak trzymać!

sobota, grudnia 02, 2006

To se ne vrati - klasyczny liberalizm w praktyce

W Anglii (przez co rozumiemy także Szkocję i Walię) apogeum sukcesu liberałów (znanych wówczas jako "filozoficzni radykałowie") w realnej polityce nastąpiło w roku 1846, kiedy to zniesiono tzw. prawa zbożowe (corn laws) i jako oficjalną politykę państwa przyjęto wolny handel. Problemy jednak zaczęły się już wcześniej. W roku 1841 raport królewskiej komisji badającej warunki w kopalniach ujawnił rzeczy przerażające, związane między innymi z pracą dzieci. Dyskusja, która nad tym raportem natychmiast rozgorzała, ujawniła podobne warunki w wielu innych gałęziach przemysłu. Zresztą już w roku 1830 parlament zaczął się zastanawiać nad wydaniem przepisów regulujących godziny i warunki pracy, co, jako ograniczające wolność prywatnych umów, stało w sprzeczności z doktryną filozoficznego radykalizmu.

Podnosiło się cały czas wiele głosów intelektualistów, artystów i pisarzy, także tych największych, przeciw liberalnej polityce, która była krytykowana między innymi na gruncie estetycznym, za szpetotę nowego, industrialnego świata. (Przyznam, że mnie osobiście trudno się temu dziwić, choć gdyby ci artyści wiedzieli co w sferze estetyki nastąpi za dwieście lat, to by dopiero podnieśli larum!) Z biegiem lat parlament był coraz skłonniejszy do odrzucenia zasady absolutnego indywidualizmu, jako swego głównego drogowskazu, przyjmując zamiast niej zasadę tzw. “kolektywizmu”. Liberalizm był zdecydowanie w defensywie, a co najzabawniejsze, prawodawstwo wymierzone przeciw niemu kierowało się jego własną naczelną zasadą – “największego szczęścia dla największej ilości ludzi”. To się nazywa zjadać własny ogon! A co więcej, nie był to wtedy jeszcze żaden komunizm, czy choćby socjalizm – zresztą oba te ruchy powstały w ogromnej mierze właśnie dzięki liberalizmowi i bez niego może by ich po prostu nie było.

Bunt przeciw ekonomicznemu liberalizmowi nie wynikał przy tym z żadnej przeciwstawnej filozofii społecznej. Przeciwnicy liberalizmu, zwykle określani jako “kolektywiści”, nie byli też między sobą jakoś specjalnie pod względem poglądów zgodni. Była to całkiem po prostu spontaniczna samoobrona przed destrukcją tkanki społecznej spowodowaną przez rewolucję przemysłową i bezwzględności polityki sprzyjającej rozwojowi przemysłu bez żadnych zabezpieczeń przed spustoszeniami, które powodował. Głównym zarzutem, który jednak ówcześnie nie był bardzo jasno sformułowany, był ten, że niekontrolowany industrializm i komercjalizm zagrażał publicznemu bezpieczeństwu i stabilności, niezależnie od tego, czy, jak przekonywali ekonomiści, nastąpił ogólny wzrost zamożności i płac realnych.

Ograniczenia systemu laissez faire, czyli całkowicie wolnorynkowego, zostały wprowadzone w we wszystkich uprzemysłowionych krajach i przez najróżniejsze, kierujące się całkiem różną filozofią, partie. Jednym z naczelnych motywów tych zmian były względy humanitarne, przede wszystkim sprzeciw wobec rzeczywiście nieludzkich warunków pracy robotników przemysłowych. Na które to względy głusi nie mogli pozostać nawet sami liberałowie, niezależnie od tego, że oficjalnie polityczni radykałowie niezbyt się nimi przejmowali.

W Wielkiej Brytanii zniesienie ceł protekcyjnych na produkty rolne uderzyło w rolników, którzy zawsze mieli konserwatywne poglądy. Najbardziej elokwentny wczesny wyraziciel tych poglądów, James Burke, kładł nacisk na tradycyjne wartości i ciągłość historycznego rozwoju. Ta filozofia po prostu musiała okazać się krytyczna i przeciwna industrializmowi. Pozostawali jeszcze robotnicy. John Stuart Mill wyobrażał sobie, że ci zawsze pójdą za “najmądrzejszą częścią swojej społeczności”, czyli za przemysłową klasą średnią. Tak się jednak nie stało – robotnicy nie dorośli i woleli za pójść za partią kierowaną przez posiadaczy ziemskich. Najważniejszą polityczną siłą stała się na jakiś czas “torysowska demokracja” Disraeliego.

W dodatku konserwatywny rząd, paradoksalnie można by rzec, dał w roku 1867 prawo głosu dużej części brytyjskich robotników, przez co uczynił ten rozłam między ludem i światłymi liberałami czymś trwałym. Robotnicy z jakichś dziwnych powodów bardziej się interesowali własnymi płacami, godzinami i warunkami pracy, niż przyszłym szczęściem ludzkości w wyniku szybkiego uprzemysłowienia. Ponura sprawa, ale tak samo będą się zachowywać w ustroju naprawdę socjalistycznym (czyli nie tylko określanym tak przez sfrustrowanych brakiem uznania liberałów), kiedy to na wezwania do przekraczania planów reagować będą bumelką, a kiełbasa i nabożeństwa majowe bardziej do nich będą przemawiać, niż argumenty światłych profesorów ekonomii i szczęście ludzkości w przyszłych stuleciach.

Cóż, powiedzmy sobie otwarcie... Ci dziewiętnastowieczni robotnicy, nie mówiąc już o rolnikach, okazali się neurotykami (określenie von Misesa oznaczające przeciwników liberalizmu), lub może socjalistami (choć o żadnym socjaliźmie ogromna większość z nich nigdy słyszała). Nie chciałbym zdradzać, “co będzie dalej”, ale jednak powiem, że tak to już zawsze będzie się to działo w realnym świecie, że dobra wola, mądrość i przywódcze talenty liberałów przez zwykłych zjadaczy chleba doceniane nie będą. Stąd każdy szczery liberał zawsze przepełniony już będzie uzasadnionym żalem (obok dobrych chęci i niewzruszonego przekonania o własnej nieomylności), na ustach zaś, skrzywionych w lekko pogardliwym i nieco smutnym uśmiechu, zawsze już będą gościć "neurotycy", "socjaliści", "d*kracja"... Ach, jakże ciężkie jest życie proroka!

wtorek, listopada 28, 2006

Barok w sklepie i mentalność oblężonej twierdzy

Znajoma pokazała mi kartkę wyrwaną wczoraj z naściennego kalendarza (więc nie była to informacja bardzo aktualna, bo przecież ten kalendarz drukowano w zeszłym roku), z tekstem na drugiej strony z cyklu "Czy wiesz, że..." Było tam o tym, że sieć sklepów grupy Co-op (co sugeruje, iż jest to kooperatywa, co dla niektórych jest tożsame z lewicowością) wprowadziła do sklepów w Szkocji muzykę barokową, pragnąc pozbyć się band wyrostków, które normalnie okupowały jej sklepy.

Bardzo mi się ten pomysł podoba. Okazuje się, że nawet wolny rynek, co tam wolny rynek - nawet wprost komercjalizm! - może czasem prowadzić do całkiem miłych i estetycznych skutków! Nie, żebym nienawidził wszelkiej tzw. lżejszej muzyki, raczej przeciwnie, ale typowy sklepowy muzak jest w najlepszym przypadku nijaki, zaś typowy dzisiejszy pop, nie mówiąc już o techno czy rapie - po prostu koszmarny.

Jako bardzo wyrobiony słuchacz muzyki, zajmujący się tym namiętnie od czasów niepamiętnych, mogę te rzeczy oceniać niemal obiektywnie. Nie mam bowiem specjalnych uprzedzeń muzycznych: sama idea punku wydaje mi się na przykład dość obrzydliwa, większość punkowej muzyki bardzo nieciekawa, ale tacy The Pogues, czyli mieszanina punku, irlandzkiego folku (który cenię b. wysoko) i... nie wiadomo czego jeszcze, jest po prostu wspaniały.

I nie ma tu większego znaczenia, że leader the Pogues to bezzębny, niekryjący się ze swoim zboczeniem homoseksualista, a do tego alkoholik. Fakt, że to kultowy zespół, ale ogromna większość kultowych zespołów ostatnich 30 lat przyprawia mnie o mdłości, a co najmniej nudzi. Zresztą słyszałem nawet trochę b. fascynującego muzycznie rapu. O ile większość rapu wydaje mi się nudna i wulgarna, to niektóre kawałki, choć teksty zapewne mają tak samo wulgarne i głupie, muzycznie są super. Nawet zresztą rodzima Peja - z pewnością poglądy mają lewackie, język obrzydliwy (nie, żebym ja sam reprezentował aż taki wersal), ale nie zmienia to faktu, że muzycznie jest to w porządku.

(To był taki sobie długi autoreklamiarski wtręt, ale w końcu "skromność przystoi jedynie tym, którzy inaczej nie mogą na siebie zwrócić uwagi", jak powiedział inny znany homoś, Oscar Wilde.)

Ta kartka z wiadomością o tym sklepowym baroku jakoś tak uderzyła we wrażliwą strunę w mojej duszy. Specjalnie wrażliwą od jakiegoś czasu, bowiem zacząłem się zastanawiać nad tym, że właściwie wszyscy - także ci najbardziej prawicowi - podlegamy cały czas i w ogromnym stopniu wpływom lewactwa, komercjalizmu, całej tej wulgarności. Nasze natomiast oddziaływanie na to wszystko jest niemal żadne.

I tak sobie myślę, że powinniśmy oszczędzać siły, a nie rzucać się w każdą pyskówę z każdym lewakiem - jeśli facet nie rokuje cienia nadziei, że przejrzy na oczy, jeśli nikt z naszych ciętych odpowiedzi niczego się nie nauczy, no to po co właściwie marnować czas i energię, po co się zniżać.

I dalej tak sobie myślę, że powinniśmy może przede wszystkim stworzyć środowisko, takie getto, taką twierdzę... W środku coś, jakby zakon rycerski. I podnosić swój poziom, żyć w nieco przynajmniej lepszym świecie, niż ten, w którym teraz zmuszeni jesteśmy żyć. Może też coś sobie nawzajem pomóc, jeśli się da. No i próbować oczywiście coś razem, drug z drugom, zbudować. I oczywiście razić wroga zza murów ile się tylko da, oraz co pewien czas nieco szybkich, skutecznych, dobrze zgranych rajdów na oblegające lewackie hordy.

Taka trochę jakby nowa i prawicowa masoneria, ale bez wygłupów w rodzaju fartuszków i Izydy. Ale raczej po prostu arystokracja - taka prawdziwa, oparta nie na, realnych czy fikcyjnych zasługach przodków, kręceniu się wyłącznie w gronie takich samych i pilnowaniu własnej "rasy", tylko na uczciwym poczuciu misji i uzasadnionym, zapracowanym poczuciu własnej elitarności.

Gdybyśmy zdołali utrzymać taki wyższy od otoczenia poziom, to może z czasem stalibyśmy się autorytetami - z początku choćby dla własnych dzieci i kobiet. Ech, tak dałem się ponieść fantazji, stary sentymentalny bałwan, nieprzystosowany do dzisiejszych czasów!

Zaraz! Ale przecież w sieci Co-op naprawdę zaczęli puszczać muzykę barokową! Prawda, przecież mi się to nie śniło? Nie, kartka z tego kalendarza leży tutaj obok klawiatury. Więc jednak?

poniedziałek, listopada 27, 2006

Prawdziwy sens liberalizmu nareszcie ujawniony!

Jak moi wielbiciele zapewne wiedzą, parę dni temu postanowiłem napisać długi i ambitny tekst o liberaliźmie. By samemu zgłębić wreszcie sens tego - bez przerwy przecież przez wszelką prawicę, a szczególne tę różową - odmienianego we wszystkich przypadkach słowa: LIBERALIZM.

Dlaczego to miałoby być ważne, dlaczego miałoby to być pilne? Cóż, powodów jest kilka. Na przykład taki oto hipotetyczny przykład. Powstaje, dajmy na to, nowa partia prawicowa. Nazwę ma ze wszech miar słuszną, program w zasadzie też... W ogóle super i nadzieja zaświtała dla udręczonej ludzkości, z Polską na czele oczywiście, bo o nią nam przecież przede wszystkim chodzi. Tyle, że do tej partii przyjmują nawet drób - byle mienił się "liberałem", Waszego zaś ulubieńca traktują z ledwo ukrywaną podejrzliwością - że za mało liberalny. I Wasz ulubieniec nie ma nawet szansy zareagować, bo z forum na którym ta partia, wirtualnie na razie, urzęduje, też go wywalili.

Może nie całkiem wprost za brak entuzjazmu dla "liberalizmu", ale za uprzykrzanie "liberałom" (i ewidentnym już lewakom) życia, mówiąc im co jest co. Zamiast z troską o los wszechświata gruchać jak pewien znany liberalny polityk i dążyć za wszelką cenę do kompromisu, co dla niektórych autorytetów jest jedynie słuszne w każdej sytuacji. W każdym razie Wasz ulubiony nie ma się teraz jak wypowiedzieć w sprawach swojej, jakby nie było, partii. Nie jest to oczywiście żaden terror czy cenzura - nie przesadzajmy - ale przejaw istnienia pewnej atmosfery i akceptacja pewnych sposobów działania. Podczas gdy lewactwo spokojniutko, bez pośpiechu...

(Nawiasem mówiąc, gdyby taka partia miała zaistnieć naprawdę, a nie jako swego rodzaju wyszukany żart, to miałbym jeszcze kilka istotnych uwag na temat jej programu, nie mówiąc już o składzie osobowym. Takie łapanki przypominają mi poczynania nieboszczki PZPR w epoce późnego Gierka. Mam być i ja i ten z tamtym? Tylko że mnie będzie się co chwilę wymawiać brak "liberalizmu", a tamci będą zawsze cacy, choć ja uważam ich za lewaków?)

Ale skończmy, na ten czas przynajmniej, z hipotetyczną prawicową jak Bóg przykazał, partią i wróćmy "do naszych owiec". Czyli liberałów, cokolwiek by to nie oznaczało.

Z moich dotychczasowych, niemal już trzydniowych dogłębnych studiów liberalnej myśli - bo o liberalnych praktykach w naszym kraju wiadomo już bez porównania więcej - stwierdziłem, że "liberalizm" może oznaczać ogromną ilość całkiem różnych rzeczy: od kompletnego systemu filozoficznego, tyle że tandetnie ponad trzysta lat temu skleconego i nie trzymającego się przysłowiowej kupy; do "po prostu nie totalitaryzm".

A do tego istnieje jeszcze praktyka - kto by się bowiem przejmował ewidentnymi błędami logicznymi i całkiem znikąd wziętymi założeniami, toż to jałowa metafizyka! - czyli rodzimy biznesmen, którego stać na cotygodniowe nabycie "Najwyższego Czasu!", i który szczerze wierzy, iż domagając się wszelkich przywilejów dla siebie i sobie podobnych, przyczynia się do rychłej szczęśliwości całej udręczonej ludzkości.

Jestem całkowicie przekonany, że guru tych panów śmieje się w kułak z ich przekonania, że jest do doktryna dobra dla większości ludzi, dla całego społeczeństwa, całego państwa. Skąd to wiem? Z wielu, wielu przesłanek. Także i takiej, że poglądy tego pana są dziwnie zbieżne z poglądami niejakiego Herberta Spencera, zwolennika ulepszenia ludzkości przez puszczenie wszystkiego na żywioł i zorganizowanie sobie autentycznej ludzkiej dżungli. Jak to się mówi: "śmierdzi to Spencerem na milę". Tyle że Spencer był na przykład lamarckistą, czyli niezłomnie wierzył w dziedziczenie cech nabytych, i było to bardzo istotną podstawą jego doktryny.

Lamarckizm swój dzielił Herbert Spencer z takimi koryfeuszami nauki, jak profesor Łysenko, czy samorodny geniusz Miczurin, który potrafił skrzyżować śliwę z jabłonią i odkrył zimny wychów cieląt. Nie mówiąc już o takich lamarckistach, jak Lew Trocki, który na tej przecież właśnie hiper-naukowej podstawie przepowiadał, że "ludzie wkrótce będą wyżsi, piekniejsi, obdarzeni bardziej melodyjnym głosem".

Co dało mu asumpt m.in. do agresji na Polskę. (Ciekawe nawiasem, jak by nas wtedy obroniła w pełni zawodowa armia postulowana przez liberałów, jako jedyne rozwiązanie problemu obronności.) Warto by może było spytać naszego guru, jak widzi ten drobny problem dziedziczenia cech nabytych, bo jeśli inaczej, niż Spencer, to jakie ma w takim razie naukowe podstawy ten jego socjal-darwinizm (jak się przeważnie określa doktrynę Spencera)?

No i takich i podobnych pytań kręci mi się po głowie tysiące od kiedy poruszyłem to gniazdo szerszeni, jakim jest AUTENTYCZNY liberalizm, a w każdym razie jego autentyczna teoria i dorobek intelektualny. Męczę się tak i męczę... Nawet we śnie liberalizm, we wszystkich możliwych tego słowa znaczeniach, tłucze mi się po głowie.

I nagle dzisiaj rano - EUREKA! Dosypiałem już ostatki snu, kiedy nagle jakiś głos, wyraźny, dobitny i dźwięczny, rzekł do mnie te oto słowa: "LIBERALIZMEM TO JEST O TYLE, ŻE SZYBCIEJ WYPADAJĄ WłOSY". (Mówię absolutnie szczerze, tak było! Choć pewnie nikt mi nie uwierzy, bo to poniekąd felieton. Ale tak było!)

Natychmiast zerwałem się z łóżka, bo po pierwsze ten dobitny głos wyrwał mnie ze snu, a po drugie chciałem szybko to sobie powtórzyć, by nie wypadło mi z pamięci, ani nie zostało zniekształcone. Strata by była niepowetowana, sami wiecie. Sny to dla starożytnych były przekazy od bogów, a oni nie byli wcale tacy głupi. Może w naszej epoce się zaczyna, a ja jestem jakimś pionierem? Może naprawdę ludzie stają się wyżsi, piekniejsi?

Potem zacząłem się do tej myśli ustosunkowywać i ją analizować. "Liberalizmem to jest o tyle, że szybciej wypadają włosy", tako rzekł mi ten Głos. Na pierwszy rzut oka (czy raczej ucha) brzmi głęboko i dość przekonująco. Co zaś najistotniejsze, dla mnie osobiście to nie byłby problem. Na głowie, by zachować nienaganną elegancję haraczownika, i tak przecież muszę co parę dni te kilkanaście niesfornych włosów usuwać. A te pozostałe...

Może tylko tych na klatce byłoby mi nieco żal, bom człek starej daty, a w moich czasach mawiało się jeszcze z przekonaniem "to facet z włosami na piersi". (Takie to były dziwne czasy, nie dzisiejsze wydepilowane męskie ciała, przejęte zresztą z subkultury kalifornijskich homoseksualistów i filmów porno, o czym mało kto chyba nawet wie. A gdbym miał zacząć opowiadać o ówczesnych dziewczynach... Nikt by mi nie uwierzył, ale długie zimowe wieczory tylko by śmigały!)

No dobra, dygresje dygresjami, o paniach minionego czasu może jeszcze będzie nam dane kiedyś porozmawiać... Co z liberalizmem? No to ja mówię, że tak rozumiany liberalizm - czyli rozumiany jako sposób na usuwanie zbędnego owłosienia - to ja mogę bez żadnych oporów zaakceptować! Może być, panowie liberałowie?

sobota, listopada 25, 2006

von Mises wreszcie po polsku... i to za DARMO!

Sympatyczny czytelnik mojego bloga zasugerował, że całkiem niepotrzebnie zajmuję się Benthamem, skoro prawdziwym Mistrzem liberalizmu jest von Mises. I dał mi link do witryny, gdzie m.in. można znaleźć całą jego istotną ksiązkę - do czytania online, albo do ściągnięcia jako .pdf. (Oto link: http://www.mises.org/liberal/ch1sec1.asp.

Co pilniejszy i chętniej czytający po angielsku Czytelnik może sobie tam pobiec i poczytać do upojenia, Czytelnik leniwszy zaś może skorzystać z tego, że ja od razu przetłumaczyłem nieco fragmentów dzieła Mistrza. Nie będę ukrywał, że wybrałem najsmakowitsze fragmenty, które w dodatku odważyłem się opatrzyć własnymi, prywatnymi, bezczelnymi komantarzami. (Brzydal ze mnie, a fuj!)


Rzućmy okiem garść cytatów z jego wydanej w 1927 roku książki von Misesa Liberalism. Na początek może nieco o sowieckiej Rosji:
To, czy Rosjanie mają odrzucić sowiecki system, powinni ustalić między sobą. Ten kraj knuta i karnych obozów nie przedstawia już dziś dla świata zagrożenia. Mimo całego swego pragnienia wojny i zniszczenia, Rosjanie nie są już zdolni poważnie zagrozić pokojowi w Europie. Można zatem bezpiecznie pozostawić ich w spokoju. Jedyną rzeczą, której należy się sprzeciwić, jest jakakolwiek tendencja z naszej strony, by wspierać lub promować destrukcjonistyczną politykę sowietów.

*
Niech Rosjanie będą Rosjanami. Pozwólmy im czynić co chcą w ich własnym kraju. Nie dajmy im jednak przekroczyć granic własnego kraju, by zniszczyć cywilizację europejską. Nie oznacza to oczywiście, że import i tłumaczenie rosyjskich tekstów powinno zostać zakazane. Neurotycy mogą się nimi cieszyć, ile tylko chcą, zdrowi je w każdym razie odrzucą. Nie oznacza to także, iż Rosjanie powinni zostać powstrzymani przed rozprzestrzenianiem własnej propagandy i rozdawaniem łapówek, w taki sposób, jak to na całym świecie robili carowie. Jeśli nowoczesna cywilizacja byłaby niezdolna, by się obronić przed atakami najemników, to w każdym razie nie powinna już dużo dłużej istnieć. Nie chodzi jednak o to, by Amerykanie czy Europejczycy powinni być powstrzymywani przed odwiedzaniem Rosji, jeśli ich to pociąga. Niech zobaczą na własne oczy, na własne ryzyko i na własną odpowiedzialność, ten kraj masowych morderstw i masowej nędzy. Nie oznacza to, by kapitaliści mieli być powstrzymywani przed udzielaniem sowietom pożyczek, lub w jakiś inny sposób inwestowaniem w Rosji. Jeśli są dość głupi, by wierzyć, że kiedykolwiek ujrzą z powrotem jakąkolwiek część tych pieniędzy, niech zaryzykują.

*
Doświadczenia Rosjan z Wojen Napoleońskich, Wojny Krymskiej i z kampanii tureckiej lat 1877-78 pokazały im, że mimo ogromnej ilości żołnierzy, ich armia jest niezdolna do ofensywy przeciw Europie. Wojna Światowa tylko to potwierdza.

Lojalnie trzeba powiedzieć, że von Mises zdaje sobie sprawę, że sowiecka Rosja to koszmarny kraj, w którym króluje nędza i terror. (Podejrzewam jednak, że dostrzega tam przede wszystkim brak “liberalizmu”, co być może ułatwia mu rozpoznanie także i innych aspektów tamtej rzeczywistości.) Wypowiada się też zdecydowanie przeciw udzielaniu sowietom pomocy gospodarczej, np. przez wspieranie eksportu do Rosji. Zgoda, to są plusy.

Jednak dla kogoś, kto jak my wie nieco więcej o komuniźmie, a także o tym, co całkiem niedługo miała przynieść historia (przypominam, że to wszystko było opublikowane w roku 1927), te rozważania i rady wydają się żenująco naiwne. To niemal jak te sławne, ponoć prawdziwe, zapewnienia angielskich sklepikarek z nieco późniejszej epoki, że “inwazja Hitlera na Anglię nie jest możliwa, bo pozamykamy wszystkie sklepy i wróg nie będzie miał co jeść”. Była to naprawdę epoka skrajnej naiwności i chciejstwa, a intelektualiści praktykowali te cnoty chyba ostrzej, niż większość normalnych ludzi.

Jeszcze coś na temat sowieckiej Rosji? Proszę bardzo:
Ludzie, wśród których idee Dostojewskiego, Tołstoja i Lenina są żywą siłą, nie mogą stworzyć trwałej społecznej organizacji. Muszą wrócić do warunków kompletnego barbarzyństwa. Rosja jest obficiej obdarowana przez naturę, żyznością ziemi i wszelkiego rodzaju zasobami mineralnymi, niż Stany Zjednoczone. Gdyby Rosjanie podążyli tą samą drogą kapitalizmu, co Amerykanie, dzisiaj byli by najbogatszym ludem na ziemi. Despotyzm, imperializm i bolszewizm uczyniły z nich najbiedniejszy. Teraz szukają kapitału i kredytów po całym świecie.
No, no... Dostojewski i Tołstoj zrównani z Leninem, jako czarne charaktery! Ja akurat nie jestem wielbicielem żadnego z tych dwóch sławnych pisarzy, ale wielu kulturalnych ludzi bardzo by się słysząc to oburzyło. Co zaś do reszty – trochę mi nawet głupio to komentować, bo ludzie wiedzący cokolwiek o niedawnej historii mogą się także poczuć urażeni. Ale jest też trochę młodzieży, która być może właśnie od przeczytania tego tekstu rozpocznie swą ideową i polityczną edukację. No więc powiem.

Co do poszukiwania kapitału... to jakoś im się to bez przesadnych trudności udawało, i jeszcze długo. Co zaś do bogactwa... Problem w tym, że skąd niby wiadomo, że właśnie o to im chodziło? Już nie mówię zwykłym ludziom, ale przywódcom? Kolejny raz takie aprioryczne, niczym nie uzasadnione, twierdzenia na temat ludzkiej natury, w tej, rzekomo tak naukowej i pozbawionej przesądów ideologii.

Na temat sowieckiej Rosji już wiele ciekawego w tej jednej książce nie ma, rzućmy więc jeszcze okiem na to, jak sobie jej autor wyobraża przyszłość swojego świata i jakie proponuje polityczne rozwiązania:
To właśnie wraz z wzrostem liberalizmu kwestia tego, jak granice państw mają być wytyczone, stała się po raz pierwszy problemem niezależnym od względów militarnych, historycznych i prawnych. Liberalizm, który podstawą państwa czyni wolę większości ludzi żyjących na pewnym terytorium, unieważnia wszelkie względy militarne, które poprzednio były decydującymi przy wyznaczaniu granic państwa. Odrzuca prawo podboju. Nie może zrozumieć, jak ludzie mogą mówić o “strategicznych granicach” i uważa za całkowicie niezrozumiałe żądania, by jakiś kawałek terytorium, został włączony do terytorium, aby uzyskać obronną granicę.
Cóż, muszę przyznać, że mną to wstrząsnęło. Nie mogłem się powstrzymać przed wytłuszczeniem pewnych fragmentów, choć przecież cały fragment jest soczysty, jak nie przymierzając żabie udko w dobrej restauracji na Placu Pigalle. “Odrzuca” tak po prostu... Wolę nie pytać, co będzie, jeśli sąsiad nie okaże się dość liberalny, by też odrzucić. “Nie może zrozumieć”, no, no... Przyznanie się do własnych ograniczeń to rzecz chwalebna, ale co miałoby z tego poza tym wynikać? I jeszcze to: “wola większości ludzi żyjących na pewnym terytorium, unieważnia wszelkie względy militarne”. To jest chyba to, co niektórzy dziś nazywają “doktryną Geremka”. I nie wiem dlaczego, ale od razu stają mi przed oczyma wszystkie wynikające z niej niedawne rzeczy, które miały miejsce w byłej Jugosławii. Liban też nie jest całkiem nie à propos.

Przejdźmy więc może do rzeczy mniej niepokojących, na przykład do monarchii...
Liberalizm nie uznaje historycznego prawa księcia do dziedziczenia jakiejś prowincji. Król może panować, w sensie liberalnym, tylko nad osobami, nie zaś nad jakimś kawałkiem ziemi.
Nie wiem, co na to monarchiści, ja szczerze mówiąc, nie dostrzegam nawet cienia problemu. Osobiście żadnego księcia nie pragnę, a jeśli już by był, to co mi to robi za różnicę, czy panuje “nade mną”, czy “nad terytorium, na którym mieszkam”? To drugie wydaje mi się nawet mniej dla mnie poniżające. Von Mises jednak na tym nie poprzestaje, wdając się już w całkiem scholastycznie brzmiące w moich uszach wywody:
Monarcha z łaski Boga nosi tytuł odnoszący się do jakiegoś terytorium, na przyład “Król Francji”. Królowie zainstalowani przez liberalizm otrzymali swe tytuły, nie od nazwy terytorium, tylko od ludu, nad którym panują, jako monarchowie konstytucyjni. Tak więc, Ludwik Filip nosił tytuł “Król Francuzów”, tak samo, jak istnieje “Król Belgów” i “Król Hellenów”.
Bardzo ładnie, ale kogo to może na serio obchodzić? Co miałoby z tego wynikać w realnym świecie? Może mój hipotetyczny oponent, twardo stojący na ziemi liberalny biznesmen z technicznym wykształceniem zdoła mi to wytłumaczyć?

Klasyczny liberalizm - ach, jakież to piękne!

Lata lecą, śmierć zagląda w oczy (w dodatku wedle pana Jareckiego to jest facet), a tutaj ani sławy, ani bogactwa... Postanowiłem więc napisać książkę o liberaliźmie. Niezbyt przychylną, a nawet - apage Satanas! - krytyczną wobec tej wzniosłej i jedynie słusznej idei.

Nie żadne dzieło naukowe oczywiście, bo żaden ze mnie profesor politologii i ekonomii, i nie mam też na to dwudziestu lat fulltime, ale polityczny pamflet na pewnym intelektualnym poziomie, a jeśli Czytelnik bardzo łaskawy, to esej.


W książce tej ma w zamierzeniu występować taki cichy, ale trudny do przekonania czytelnik. Byłby to prywatny średni biznesmen, z wykształcenia inżynier, uosobienie rozsądku, więc oczywiście (?) zagorzały liberał (z dodatkiem konserwatyzmu, tak przynajmniej sam uważa). Wszelkie podobieństwo do osób realnie istniejących jest absolutnie przypadkowe. A raczej nie całkiem, kto się czuje - obok Locke'a i Herberta Spencera (wow, co za kompania dla liberała!) - bohaterem mojego dzieła, niech się zgłosi, wypijemy piwo i pogadamy o życiu. W każdym razie niech nie rości sobie pretensji do żadnych tantiem, bo wtedy powiem, że wszystko fikcja!

Z tej książki zapewne nigdy nic nie będzie, ileż to już projektów spaliło na panewce, albo chociaż, choć genialne i ukończone, nie dało się spieniężyć! W tej chwili istnieje tylko mały początek, choć dużo więcej niż tutaj widać. Jednak i tak - ludzie, nie uwierzycie, ile radości dało mi w tych ostatnich paru dniach studiowanie myśli, tego naprawdę potwornego skądinąd nudziarza, Locke'a! Zresztą do samo dotyczy i Benthama, który chyba jest sam w sobie jeszcze gorszy. Ekonomię sobie też nieco liznąłem i przypomniałem. (Nie, żeby to dało mi jakieś wymierne ekonomiczne zyski, ale mądrość to też podobno wielka rzecz. Tak w każdym razie niektórzy twierdzą.)

No dobra, to był nieco żartobliwy wstęp, teraz fragmencik nowopowstającego dzieła o liberaliźmie, pod roboczym tytułem "Dlaczego nie jestem liberałem":


George H. Sabine w swej książce A History of Political Theory (Londyn 1948) tak podsumowuje dorobek tego “klasycznego” liberalizmu:
Jego zasadniczą słabością było (...) to, iż jako filozofia nigdy nie był jasny, i nigdy nie był krytyczny wobec własnych założeń, czy własnego sposobu wnioskowania. Pod pewnymi względami był to system “natury”, taki jak racjonalistyczne filozofie siedemnastego wieku, nie zawierał jednak teorii wiedzy, która by to odwołanie do natury uczyniła zrozumiałym. Twierdził, że jest empiryczny, ale uczynił mało wysiłku, by sprawdzać założenia swych obserwacji, i w istocie jego empiryzm ograniczał się tylko do prymitywnej formy sensacjonizmu, zapożyczonego od Locke'a, żyjącego dwa pokolenia wcześniej. Stąd też łatwo padał ofiarą krytyki, o ile tylko napotykał na myśliciela mniej przychylnie, niż Mill nastawionego do jego specyficznych dogmatów.
A więc cóż my tu mamy? Mamy po pierwsze brak krytycyzmu wobec własnych założeń i własnej metody wnioskowania. (To powinno się spodobać naszemu inżynierowi!) Mamy też brak weryfikacji własnych obserwacji. (Co chyba mu jeszcze bardziej zaimponuje.) Teoria psychologiczna, poniekąd kamień węgielny całej tej ideologii, wzięta została bezpośrednio od kogoś piszącego o całe sto lat wcześniej. (Brawo!)

Locke, przypominam, opublikował swoje najważniejsze prace w roku 1688, zaś najważniejsze prace Benthama zostały wydane pomiędzy rokiem 1776 a 1789, te “dwa pokolenia” tutaj mają po pięćdziesiąt lat każde, to naprawdę wyjątkowo łaskawe określenie. No i są jeszcze “specyficzne dogmaty”, co brzmi jakby nieco religijnie, i “łatwe padanie ofiarą krytyki”, co sugeruje, że nawet jak na tamte czasy, nie była to filozofia najwyższej próby. Ale nie znęcajmy się już za bardzo nad naszym trzeźwym i po inżyniersku racjonalnym oponentem.

Zacytujmyż resztę opinii profesora na temat naszego klasycznego liberalizmu (“filozoficzny radykalizm” to po prostu inne jego miano, skądinąd warte przypomnienia):
Filozoficzny radykalizm w istocie był przede wszystkim doraźną filozofią, będąc także w znacznej mierze rzecznikiem pewnych konkretnych społecznych interesów, które pośpiesznie, choć nie obłudnie, zidentyfikował z dobrem całego społeczeństwa. Świadomość tego faktu, wraz z dostrzeganiem nie dających się zaakceptować skutków jego polityki społecznej, przyczyniło się do jego [schyłku? - coś niestety mi tutaj wypadło, muszę odszukać książkę i poprawić] jako filozofii społecznej, nawet zanim prawne reformy, które popierał, zostały zrealizowane. Jego słabość jako filozofii społecznej może być podsumowana stwierdzeniem, że nie miał pozytywnej koncepcji dobra społecznego, i że jego egoistyczny indywidualizm sprawiał, iż patrzył podejrzliwie na jakąkolwiek tego rodzaju koncepcję (...). Słabością jego politycznej filozofii było to, że jego teoria władzy państwowej była niemal całkowicie negatywna (...). Dlatego w długiej perspektywie politycznej ewolucji filozoficzny radykalizm, zamiast się w jakikolwiek sposób rozwijać, poruszał się raczej samą siłą inercji. Jego wartość w usuwaniu przestarzałych form politycznych była nieoceniona, ale ograniczając się do tej funkcji, tym samym stał się organem tylko pewnej konkretnej epoki.
To by było tyle o opiewanym przez wielu “klasycznym liberaliźmie”, w swojej epoce bardziej znanym jako “filozoficzny radykalizm”. (No, nie całkiem, bo bardzo pobieżnie potraktowaliśmy dotychczas wąsko pojętą ekonomię, zajmiemy się tym za chwilę.) Widzimy tu rzeczy, które powinny nieco przygasić zapał naszego hipotetycznego biznesmena, a w wolnych chwilach propagandzisty. Jeśli nadal uważa, do czego ma oczywiście prawo, że dla niego i jego rodziny ważne są tylko małe podatki, możliwość bogacenia się i wydawania pieniędzy, wszystko inne zaś niech się wali, to jego prawo – niechby tylko miał odwagę to głośno i otwarcie powiedzieć. Zamiast obłudnie głosić, że liberalizm jest ideologią jedyną i najlepszą dla wszystkich ludzi na całym świcie, a już szczególnie dla Polski, zaś wszystko inne to “socjalizm”, czyli kłamstwo i niemal z definicji zbrodnia.

Tak przy okazji, dlaczego nie podoba mi się ta łatwość rzucania słowem “socjalizm”? Ponieważ, po pierwsze, słowo “socjalizm” ludziom znającym PRL kojarzy się całkiem specjalnie i nieprzyjemnie. W wyniku czego stało się, dla wielu ludzi, i to przeważnie tych mniej lewicowych i porządniejszych, raczej obelżywym epitetem, albo może zaprogramowanym bodźcem wywołującym odruch warunkowy, niż racjonalnym opisem czegokolwiek. Jeszcze bardziej tak się dzieje, kiedy ten epitet wzmacnia się mniej lub bardziej zawoalowanymi aluzjami do “narodowego socjalizmu” - w skrócie "nazizmu", co często, szczególnie, gdy wypowiedziane w internecie, staje się po prostu donosem albo rodzajem pogróżki (dzisiaj może jeszcze nic z tego nie wyniknie, ale kto wie, co będzie w miarę postępów postępu).

Dodam też, że sama nazwa “filozoficzny radykalizm”, jak w tamtych czasach określano ruch dzisiaj znany jako “klasyczny liberałowie”, i jak określali go sami jego twórcy, brzmi, w moich przynajmniej uszach, jakoś... mało prawicowo. Zaś nawet tytuł rozdziału książki prof. Sabine poświęconego tej epoce w rozwoju liberalizmu nosi tytuł Liberalism: Philosophical Radicalism. Oczywiście, to tylko nazwa. (Tak jak “socjalizm” zresztą.)

Gdyby zaś ktoś twierdził, że to prehistoria liberalizmu, który potem się z poczwarki przeistoczył w motyla, to wspomnę, że tytuł rozdziału omawiającego Benthama, Milla i cały ten ruch w (wydanej w 1983) książce Jamesa L. Wisera Political Philosophy: A History of the Search for Order (Nowy Jork 1983) nosi tytuł Modern Liberalism and the Utilitarian Ethics. A więc to już nowoczesny liberalizm, wiele już tam nie zostanie ulepszone! Chyba, że mówimy o Hillary Clinton...