Naprawdę nie chciałbym, by wyglądało, że się wciąż czepiam Wyrusa, ale akurat gość mnie znowu zapłodnił. (Na szczęście w przenośni, jeśli wolno mi tu brzydko rzygnąć homofobią.) Otóż Nicek w swym ostatnim poście parę razy rzekł coś o "pustych garnkach" (które doprowadzą rodzime lemingi do opamiętania), a na to Wyrus coś w stylu "więc jednak ekonomia, a nie ideologia?"
OK, nic złego, czy głupiego, nie rzekł... I żeby nie było - nie jestem stróżem Nicka, nie odpowiadam za jego sformułowania, ani nie muszę go bronić. Nie muszę, bo ani nikt mnie nie zmusił, ani też on (przeważnie) obrony nie potrzebuje. Co więcej, Nicek nie jest żadnym certyfikowanym Tygrysistą, czy Młodym Spenglerystą. Ani sam się nigdy jako ktoś taki nie deklarował, ani ja jakoś nie czuję wewnętrznego przymusu, by go na to zaszczytne stanowisko mianować.
Fakt, że ostatnio, dla mnie, pisze przeważnie całkiem sensownie, ale czasem jak coś łupnie! I ja muszę na to odpowiadać afrykańskimi bajeczkami o zajączkach... Potem Nicek się poprawia, albo co najmniej zmienia temat, i bajeczki pozostają niedokończone, w zawieszeniu. Ubaw!
Jednak ten na wstępie cytowany dialożek, jako się rzekło, mnie zapłodnił. Bo to naprawdę jest sprawa niepozbawiona wagi i warta sobie wyjaśnienia. A więc wyjaśnijmy!
Zresztą idźmy od spraw mniej istotnych do najważniejszych, bo jest w tym krótkim Wyrusa dictum spore materii pomieszanie. Więc, jeśli mogę tak Nicka tutaj pobronić, wczuć się niejako w jego poglądy i z nimi utożsamić (a znam je nienajgorzej, jak sobie pochlebiam), to rzekę, iż nikt przecież nie głosi, że "najważniejsza jest ideologia". Konserwatyzm to przecież właśnie brak ideologii, a Nicek - całkiem jakby był Młodym Spenglerystą - ostatnio sporo i elokwentnie mówi o "odrzucaniu oświeceniowych kłamstw"... I tyle!
Odrzucanie ideologii, która jest tak powszechnie obecna, że nawet już jej nie widzimy jako ideologii, to nie jest całkiem to samo, co jakichś własnych ideologii snucie! Nicek zdaje się głosić (poza swym religijnym millenaryzmem, czy co to może być, czego ja akurat całkiem nie podzielam), odrzucenie oświeceniowej ideologii, która wypacza nasze spojrzenie na rzeczywistość i czyni nas bezwolnymi ofiarami różnych Michników (o Kiszczakach i Putinach nie wspominając), i że najważniejszy jest w sumie człowiek. (Wiem - "bolszewizm czysty, bo tow. Lenin też tak mówił". Na drzewo!)
I tu się z Nickiem całkowicie zgadzam. Teraz najważniejsze i tytułowe... Fanfary, werble, chóry starców zawodzą... Na scenę wchodzi EKONOMIA!
Czy ktoś mówi, że ona jest nieważna? Nicek na pewno nie, ale to w końcu ledwo co wyleczony liberał, a do tego przedsiębiorca na niemałą skalę itd. Ale nawet ja też nic takiego nie mówię. Wbrew pozorom. Mówmy tu raczej o moich poglądach, bo trudno mi gadać za Nicka, to jednak zbyt skomplikowana kwestia, by można było w czyimś imieniu, na podstawie tego, co sobie pisze na blogu, przemawiać. Sądzę jednak, że my się z Nickiem w sumie w tej kwestii też zgadzamy. (Jak nie, to protestuj Nicku!)
Więc to nie jest tak, że Pan Tygrys ma jakąś fobię "wolnego rynku" - w sensie, że jak zobaczy babuleńkę handlującą pietruszką na trawniku, to dostaje szału i dzwoni po straż miejską. Albo jak widzi kogoś, kto rozkręca biznes polegający na tym, że, powiedzmy, tłumaczenia Spenglera na polski dokonują się w try miga, wierne, czytelne, nieocenzurowane, i dostępne dla każdego za jeden uśmiech... (O polskich bombach termo za dwa, góra trzy, uśmiechy, już nie wspominając, bo to niepolityczne i w ogóle.)
Jak widzi coś takiego, to wcale mu się świat nie wali i agresja w sercu nie wzbiera - wprost przeciwnie! Jakiego "wolnego rynku" Pan Tygrys nie znosi? "Wolnego rynku" jako religii, jako ideologii (!), jako mętnej i pokracznej "teorii"... Choćby nawet tylko ekonomicznej, a przecież ci ludzie wcale się z tym do ściśle zdefiniowanej ekonomii nie ograczają.
Babcia handlująca pietruszką - OK, istnieje. Ale jeśli TO ma być ten słynny "wolny rynek", no to, ludzie, nie ośmieszajcie się, bo o czym tu w ogóle gadać? Jeśli się zaś to pojęcie spróbuje przenieść na wyższy, bardziej ogólny poziom, i potraktować bardziej ściśle "naukowo", to co widzimy? Że w istocie nie sposób w żadnym wartym analizowania przykładzie stwierdzić jednoznacznie CO "wolnym rynkiem" jest, a co już nie.
Z definicji jest chyba tak, że: "Wolny rynek to jest to, co się podoba zwolennikowi wolnego rynku, a wszystko inne to wolnego rynku ograniczenia i w ogóle anatema". Fajne to jako definicja i bonmot, ale jednak jeśli mamy na tej podstawie na serio analizować rzeczywistość, to bez żartów! A tak przecież jest - wystarczy sobie pogadać z pierwszym z brzegu korwinistą. U nich Chiny to potrafi być raj czystej wolności, USA to kraj do imentu przeżarty antyrynkową biurokracją... Itd, itd.
Ale miało być o ekonomii, a ja wciąż o mętnych hipostazach w rodzaju "wolnego rynku". Sorry! Ekonomia więc... Ekonomia JEST oczywiście ważna, bo dotyczy ZASOBÓW, które (z definicji, bo inaczej nie nazywalibyśmy ich zasobami) są OGRANICZONE. Ograniczone, a jednak potrzebne, często niezbędne.
Mamy więc ekonomię, jak najbardziej. Ale ekonomia tygrysia - całkiem inaczej, niż ekonomia liberalna, w której nas różne autoryteta nurzają - zaczyna od tego właśnie, co ta druga raczy ignorować... Czyli od pytania "KTO TYMI ZASOBAMI DYSPONUJE?"
Dla liberała to w sumie nieistotne - ważne jest co najwyżej, by było "dobrze zarządzane" i w sumie, w ostatecznym rachunku "dobrze służyło Postępowi, Ludzkości, Konsumpcji..." I czemu tam jeszcze. W oświeceniowym świecie, którego liberalna ekonomia (z "wolnym rynkiem" na czele) kwestia władzy w ogóle jest traktowana, jako "coś poza"... Poza polem widzenia, poza tym, co w istocie warto jest badać.
Jak "niewidzialna ręka rynku" Adama Smitha to oświeceniowa, deistyczna Opatrzność, tak władza, to z założenia (choć dość implicite) to Szatan. A już szczególnie władza Państwowa. Nie wiem, można by tu nieźle pojechać Spenglerem i jego subtelnymi analizami podejścia do narodu i państwa u różnych Kultur/Cywilizacji... Co by nas chyba szybko doprowadziło do "judaizmu plus wieprzowiny". Ale to byłoby długie, skomplikowane, więc nie teraz. (W sumie miałem zamiar napisać króciutką i prostą rzecz, ale ubaw!)
W każdym razie dla Nas, Młodych Spenglerystów (oraz ich Sympatyków), kwestia tego "KTO MA" dany zasób - a bardziej precyzyjnie: "KTO NIM MOŻE SOBIE DYSPONOWAĆ WG. SWOJEJ WOLI", jest właśnie absolutnie Kluczowa.
Dlaczego nie po prostu "kto ma"? A dlatego, że "mieć" to sobie można, np. na podstawie "świętego prawa własności", czy innej mętnej hipostazy, ale nam chodzi o fakty i o real. Jeśli ma, to dlaczego inni, co nie mają, nie są mu tego w stanie odebrać? Co, kto, jakie siły, czy ew. przekonania, ich przed tym powstrzymują? TO są podstawowe pytania ekonomii, a nie bełkot o krzywych Laffera i wartościach granicznych, które to sprawy są trywialne dla zdolnego ucznia liceum (wiem, bo byłem takim, i były dla mnie trywialne, są zresztą nadal).
Ekonomia jest więc dla nas ważna, ale też, co wynika z tego, com tu rzekł przed chwilą, nie jest ją wcale tak łatwo jednoznacznie wydzielić z całej reszty rzeczywistości, czy choćby całej reszty życia społecznego. I to właśnie jeden z najistotniejszych powodów, dla których Młody Spenglerysta nie przepada za mówieniem o ekonomii.
Oczywiście liberały popełniają w kwestiach ekonomii także i inne (sprośne) błędy. Na przykład wmawiając nam, że "siła państwa zależy od takich spraw, jak ilość różowych golarek do (excusez le mot) pizdy na głowę ludzkości". Kiedy jakiś szalony nacjonalista domaga się np. silnej polskiej armii, czy wprost bomb A... Z, to taki liberał tłumaczy mu pracowicie, że droga do tego wiedzie WŁAŚNIE przez wzrost produkcji owych golarek. "Ceny bowiem spadną, każdy będzie miał po sześć... Nie będziemy musieli importować, nawet zaczniemy eksportować, co jest współczesną wersją militarnego podboju...No i nie zapominajmy o żelu do pięt!"
Oczywiście negowanie tych przemądrych nauk to bolszewizm w wersji czystej. No bo jak to? Bez "świętego prawa własności"?! Bez bicia czołem (patrząc na Wschód) przed "wolnym rynkiem?! Pragnąc pozbawić Lud nieograniczonej konsumpcji różowych golarek i żeli do pięt?!
OK, niech będzie. Mógłbym po prostu odpowiedzieć, że jak cię lewak wyzywa od bolszewików, to wyraźnie jesteś na dobrej drodze (by dać mu, i jego kumplom, w dupę). A że świry od Korwina to lewizna, nie może chyba być dla zdrowych na umyśle ludzi wątpliwości. ("Skrajna prawica skrajnej lewicy." Prawica w formie, lewizna w treści. Globalizm, utopizm i panekonomizm - gdyby komuś było potrzeba paru argumentów.)
Powiem jednak, że zasadniczą różnicą pomiędzy naszym podejściem, a podejściem wszelkiej lewizny, jest ta, że my tu staramy się trzeźwo analizować JAK FUNKCJONUJE TEN NASZ ŚWIAT, lewizna zaś - czy to będą liberały dowolnej maści; czy socjaldemokraty; czy różne obrzydlistwo od wolności pedalenia się, chodzące na pasku wielkiego kapitału, Unii Ojro i za ich (czyli nasze) pieniądze - zawsze w sumie buduje, na naszych grzbietach, jakąś swoją UTOPIĘ.
Utopia zaś to właśnie ostateczny i nieomylny symptom każdej lewizny.
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
środa, lutego 23, 2011
niedziela, lutego 20, 2011
Do Przyjaciół Mózgowców
Władca postanawia obciąć głowę Mędrcowi. Z jakiegoś powodu (któż pojmie pokrętną psychikę takiego Mubaraka, gwałcącego Europejskie Standardy?), zamiast załatwić sprawę po prostu, mówi mu: "W ciągu tygodnia zostanie ci obcięta głowa. Za najdalej siedem dni będziesz już martwy. Stanie się to o świcie, ale nie dowiesz się którego dnia. Co więcej, jeśli to odgadniesz, zostaniesz ułaskawiony. (A teraz zabrać go i zakuć w kajdany!)"
Na to Mędrzec: "O wielki i wspaniały Królu! Możesz mnie od razu uwolnić, ponieważ nie da się mi obciąć głowy w taki sposób, jak powiedziałeś!"
Na to Król (trudno powiedzieć, czy bardziej rozbawiony, czy jednak zaniepokojony, w końcu Astrologia to potężna nauka, a Czarna Magia też nie sroce z dzioba): "Jakże to, bezczelny Mędrcze?! Gdyby nie to, com przed chwilą rzekł, to bym ci kazał łeb obciąć w tej chwili. Ale cóż, nie mogę, bom Król w staroświecki sposób prawdomówny, choć nie przestrzegam Europejskich Standardów."
"No bo tak, o Najwspanialszy", Mędrzec na to, "Jeśli głowy nie stracę przez sześć dni i nastanie dzień ostatni, to będę już wiedział, że stracić ją mogę jedynie tego właśnie dnia. A więc odgadłem i, zgodnie z tym, co raczyłeś ogłosić, zostanę ułaskawiony."
"Hę?", Król na to. (Nie chcę zbyt długich wypowiedzi, bo w cudzysłowach nie powinno być więcej, niż dwa wiersze, więc Król musi sobie pochrząkać.) Potem jednak jakby zrozumiał i łaskawie skinął głową, by Mędrzec kontynuował. Ten zaś, nieco już mniej blady, ciągnie:
"Jeśli nie mogę stracić głowy ostatniego dnia, to ten dzień odpada i tak jakby go nie było. Prawda, o Najłaskawszy? A więc dzień szósty staje się tym OSTATNIM... Potencjalnie ostatnim, że tak to naukowo określę."
"Hę? Ale mów dalej, bo to coraz zabawniejsze." (To oczywiście Król mówi.)
"No i tak, o Perło Bliskiego Wschodu, metodą niejako indukcyjną..."
"Co? Jaką znowu metodą?!"
"To się tak nazywa, ale nieważne! W każdym razie, o Najłaskawszy, wyraźnie widzisz, że kolejno dzień po dniu odpada, więc obciąć mi głowy... Zachowując oczywiście Twoje, Panie, wysokie (choć nie całkiem Europejskie) Standardy Moralne, się nie da."
Nie będziemy tego dalej ciągnąć - nie żeby nie było ciekawe, ale dla naszych potrzeb założymy sobie, że Król był naprawdę wyjątkowo bystry i tego typu indukcje pojmował w lot. Historia nie jest zresztą oczywiście mojego własnego chowu, musi być bardzo stara, a ja przeczytałem ją dzieckiem w jakimś zapewne "Młodych Techniku".
Skoncentrujmy się teraz na prostej, ale istotnej, przynajmniej dla niektórych z bohaterów tej anegdotki, kwestii takiej oto: Może Król obciąć Mędrcowi łeb, czy nie może?
Pytanie to przedstawiam do rozstrzygnięcia przede wszystkim naszym kochanym Przyjaciołom Mózgowcom. Tym, których niesamowicie rozwinięta kora mózgowa potrafi rozwiązać każde szachowe zadanie... Każdą kwestię związaną, choćby najbardziej pośrednio, z Krzywą Laffera... Każdy w sumie Teoretyczny und Intelektualny Problem...
A jednocześnie owa niesamowicie przerośnięta Kora zdaje się całkiem zasłaniać oczki, uszka, nosek... Buzi za to już przeważnie nie. (Swoją drogą, kochany Czytelniku, czy potrafisz to zobaczyć oczyma swej Wyobraźni? Zupełnie obłędny, groteskowy widok - ta kora spadająca na buzię, niczym grzywka na na takim dawnym wiejskim koniu, który nic przez nią nie mógł chyba widzieć... Albo na, excusez le mot, Celińskim.)
Jeśli jacyś Przyjaciele Mózgowcy (a mam ich tutaj przed sobą dość pokaźną listę) zechcą łaskawie wypowiedzieć się w postawionej tu kwestii, to i ja zobowiązuję się do podrążenia tej sprawy o wiele dalej. Bowiem są w niej niesamowite wprost (mózgowe) głębie!
Mówię serio - to naprawdę (o ile nie jestem, oczywiście, w ogromnym błędzie) genialny intelektualny paradoks, przy którym żałosne paradoksy Eleatów, a nawet, o wiele od nich lepszy, Kreteński Kłamca, to zabawa w piaskownicy. Takie zaś paradoksy, to - darujcie Przyjaciele Mózgowcy, że Wam próbuję odebrać monopol - to nie tylko czysto mózgowa zaba... Sorry! - czysto mózgowa Praca oczywiście! Nie tylko, bo także widzę w tym różne fajne związki np. z filozofią historii.
A więc - do roboty, Przyjaciele Mózgowcy!
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
Na to Mędrzec: "O wielki i wspaniały Królu! Możesz mnie od razu uwolnić, ponieważ nie da się mi obciąć głowy w taki sposób, jak powiedziałeś!"
Na to Król (trudno powiedzieć, czy bardziej rozbawiony, czy jednak zaniepokojony, w końcu Astrologia to potężna nauka, a Czarna Magia też nie sroce z dzioba): "Jakże to, bezczelny Mędrcze?! Gdyby nie to, com przed chwilą rzekł, to bym ci kazał łeb obciąć w tej chwili. Ale cóż, nie mogę, bom Król w staroświecki sposób prawdomówny, choć nie przestrzegam Europejskich Standardów."
"No bo tak, o Najwspanialszy", Mędrzec na to, "Jeśli głowy nie stracę przez sześć dni i nastanie dzień ostatni, to będę już wiedział, że stracić ją mogę jedynie tego właśnie dnia. A więc odgadłem i, zgodnie z tym, co raczyłeś ogłosić, zostanę ułaskawiony."
"Hę?", Król na to. (Nie chcę zbyt długich wypowiedzi, bo w cudzysłowach nie powinno być więcej, niż dwa wiersze, więc Król musi sobie pochrząkać.) Potem jednak jakby zrozumiał i łaskawie skinął głową, by Mędrzec kontynuował. Ten zaś, nieco już mniej blady, ciągnie:
"Jeśli nie mogę stracić głowy ostatniego dnia, to ten dzień odpada i tak jakby go nie było. Prawda, o Najłaskawszy? A więc dzień szósty staje się tym OSTATNIM... Potencjalnie ostatnim, że tak to naukowo określę."
"Hę? Ale mów dalej, bo to coraz zabawniejsze." (To oczywiście Król mówi.)
"No i tak, o Perło Bliskiego Wschodu, metodą niejako indukcyjną..."
"Co? Jaką znowu metodą?!"
"To się tak nazywa, ale nieważne! W każdym razie, o Najłaskawszy, wyraźnie widzisz, że kolejno dzień po dniu odpada, więc obciąć mi głowy... Zachowując oczywiście Twoje, Panie, wysokie (choć nie całkiem Europejskie) Standardy Moralne, się nie da."
Nie będziemy tego dalej ciągnąć - nie żeby nie było ciekawe, ale dla naszych potrzeb założymy sobie, że Król był naprawdę wyjątkowo bystry i tego typu indukcje pojmował w lot. Historia nie jest zresztą oczywiście mojego własnego chowu, musi być bardzo stara, a ja przeczytałem ją dzieckiem w jakimś zapewne "Młodych Techniku".
Skoncentrujmy się teraz na prostej, ale istotnej, przynajmniej dla niektórych z bohaterów tej anegdotki, kwestii takiej oto: Może Król obciąć Mędrcowi łeb, czy nie może?
Pytanie to przedstawiam do rozstrzygnięcia przede wszystkim naszym kochanym Przyjaciołom Mózgowcom. Tym, których niesamowicie rozwinięta kora mózgowa potrafi rozwiązać każde szachowe zadanie... Każdą kwestię związaną, choćby najbardziej pośrednio, z Krzywą Laffera... Każdy w sumie Teoretyczny und Intelektualny Problem...
A jednocześnie owa niesamowicie przerośnięta Kora zdaje się całkiem zasłaniać oczki, uszka, nosek... Buzi za to już przeważnie nie. (Swoją drogą, kochany Czytelniku, czy potrafisz to zobaczyć oczyma swej Wyobraźni? Zupełnie obłędny, groteskowy widok - ta kora spadająca na buzię, niczym grzywka na na takim dawnym wiejskim koniu, który nic przez nią nie mógł chyba widzieć... Albo na, excusez le mot, Celińskim.)
Jeśli jacyś Przyjaciele Mózgowcy (a mam ich tutaj przed sobą dość pokaźną listę) zechcą łaskawie wypowiedzieć się w postawionej tu kwestii, to i ja zobowiązuję się do podrążenia tej sprawy o wiele dalej. Bowiem są w niej niesamowite wprost (mózgowe) głębie!
Mówię serio - to naprawdę (o ile nie jestem, oczywiście, w ogromnym błędzie) genialny intelektualny paradoks, przy którym żałosne paradoksy Eleatów, a nawet, o wiele od nich lepszy, Kreteński Kłamca, to zabawa w piaskownicy. Takie zaś paradoksy, to - darujcie Przyjaciele Mózgowcy, że Wam próbuję odebrać monopol - to nie tylko czysto mózgowa zaba... Sorry! - czysto mózgowa Praca oczywiście! Nie tylko, bo także widzę w tym różne fajne związki np. z filozofią historii.
A więc - do roboty, Przyjaciele Mózgowcy!
triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?
słowa kluczowe:
Bliski Wschód,
Eleaci,
indukcja matematyczna,
kara śmierci,
krzywa Laffera,
mózgowcy,
paradoksy intelektualne
Subskrybuj:
Posty (Atom)