U Nicka niesamowita pyskówa und dyskusja się ostatnio zrobiła, ze sporą niestety dozą smrodu, a to z powodu odejścia czy wyrzucenia Coryllusa. Któren zdaniem niektórych nie tak się zachował, podczas gdy zdaniem innych on po prostu taki jest i walczy na trudnej niwie (wydawanie własnym sumptem własnych książek dla chleba w głębokiej III RP), więc nerwowy.
Smrodu właściwie u samego Nicka nie ma, bo tam, ci co pozostali, dyskutują sobie w sumie kulturalnie, ale pomiędzy blogaskami, w sieci, powietrzu, warstwie ozonowej, eterze kosmicznym i gdzie tam jeszcze, zapaszek nieco kontrowersyjnej urody jednak się unosi. Dobra, to było z kronikarskiego obowiązku i jako zajawka. Rzecz w tym, iż padło tam do mnie pytanie, czy zgadzam się z tezą, że: "Kto w młodości nie był socjalistą..."? Itd. Każdy to przecież zna.
No to mi przyszło do głowy, żeby tę sprawę raz na zawsze (da Bóg!) pryncypialnie wyjaśnić. I to nie tak wyjaśnić, jak już to wielokrotnie robiłem, czyli wywodząc, że właściwie nie wiadomo co to ten "socjalizm", jeśli on bezprzymiotnikowy, a człowień to w końcu źwierzę społeczne, czyli "socjalne" właśnie.
I jeśli ten "socjalizm", to ma być to, że my nie mamy nic przeciw tej człowienia "socjalności", czyli odrzucamy wszelkie utopijne, oświeceniowe "mądrości" o tym, jak to będzie cudownie, jeśli ludzie tę swoją "socjalność" odrzucą i ODDADZĄ SIĘ CALI, bez reszty i bez wątpliwości, "WOLNEMU RYNKOWI", no to ja oczywiście wybieram "socjalizm".
Mieliśmy tego już nie powtarzać, aleśmy sobie znowu, innymi oczywiście słowy, powiedzieli - i dobrze! To zawsze warto przypomnieć, a że innymi słowy, to może akurat w tej werbalnej szacie do kogoś trafi, do kogo przedtem nie trafiało.
Jednak dzisiaj faktycznie chcieliśmy rzec coś nowego. Bez przesady nowego (niestety), ale jednak. Co najmniej ubrać to w całkiem nowe szatki. No więc mówimy...
Jeśli "socjalizm" miałby oznaczać wiarę w to, iż ZLIKWIDOWANIE PRYWATNEJ WŁASNOŚCI stworzy "ludzkości" jakiegoś rodzaju raj na ziemi, to ja oczywiście takie coś odrzucam, wyśmiewam i się brzydzę. Jest to równie durne - o ile nie durniejsze! - od wiary w to, że oddanie się w całości i bez zastrzeżeń "wolnemu rynkowi" zapewni ludzkości świetlaną przyszłość, bez konfliktów, lęku i braków w wyżywieniu.
Jednak, jeśli popatrzymy sobie na te dwa bieguny, czyli, z jednej strony RAJ DZIĘKI LIKWIDACJI PRYWATNEJ WŁASNOŚCI, z drugiej zaś RAJ DZIĘKI TOTALNEMU (!) ODDANIU SIĘ "WOLNEMU RYNKOWI" (żeby poprzestać na tym rynku, choć przecie w tej oświeceniowej ideologii, czy raczej niemal religii, jest jeszcze nieco innych perełek), to widzimy, że pomiędzy nimi jest jeszcze masa miejsca. Prawda?
Miejsca, gdzie, jak mi się widzi, przyzwoity i niegłupi człowiek może sobie urządzić mieszkanko. No bo, jeśli komuś się wydaje, iż moje pryncypialne odrzucanie liberalnej ideologii polega na tym, że ja marzę i skrycie planuję stworzenie takiego "raju", gdzie prywatny człowiek nie będzie miał żadnych możliwości działania na niwie ekonomii - to ten ktoś jest, sorry, buc i gada głupoty.
Oczywiście że wolność jest cenna, także ekonomiczna, a siły tego typu, i tej, określmy to tak sobie figlarnie, wielkości, co np. państwo, nie powinny się bez wyraźnego celu do różnych tam drobiazgów mieszać. I już prędzej "wolny rynek" nas zbawi - choć naprawdę nie sądzę, by to mógł, lub chciał, uczynić - niż likwidacja prywatnej własności!
Co jednak nie znaczy, by prywatna własność była jakimś genialnym uniwersalnym rozwiązaniem dla obolałej Ludzkości. Może dla angielskiej klasy średniej pod koniec XVII w. to było genialne rozwiązanie, nawet prawdopodobne, ale jaki jest DZIŚ powód, by, nie tylko wciąż z zachwytem czytać tych tam Locke'ów, ale jeszcze uważać ich nadal za proroków i Prometeuszy?
Żeby tu jeszcze wsadzić na zakończenie nieco konkretnego mięsa, powiem, że moim zdaniem tak by to należało zdefiniować: "Socjalizm to programowy antyliberalizm"... I wtedy dla mnie wszystko jest OK, mogę sobie być "socjalistą". No a czym byłby wtedy faszyzm, który, jak niektórzy pamiętają, dotąd właśnie tak definiowałem? Byłby zapewne: "Programowym antyliberalizmem z zębami i pazurami, naprawdę biorącym się do roboty i rządzenia".
Zejście ze sfery ideałów i marzeń do sfery faktów i polityki odziera wszystko z owej cudnej pazłotki, którą tak wszyscy kochamy, ale cóż. Ktoś może takie coś chcieć, ktoś inny może nie chcieć, jeszcze inny może się nie spodziewać, że aż tak brzydko to wypadnie...
Ale "Nie ma czegoś takiego, jak darmowy obiad". Powie wam to każdy liberał, i w tym przypadku będzie miał sporo racji.
Oczywiście, jeśli ktoś powie: "Po kiego grzyba definiować takie coś, jak socjalizm - w końcu to tylko definicja", to ja się częściowo będę musiał zgodzić. A zaraz potem będę się musiał znowu gęsto tłumaczyć, czy jestem czy nie jestem socjalistą, czy zgadzam się, iż "kto za młodu nie był..." Itd. No to ja mówię, że jeśli miałbym wierzyć w jakieś cudowne skutki likwidacji własności prywatnej jako takiej - to ja aż takim ponurym idiotą nie jestem!
Jeśli jednak ma chodzić o to, że kiedy mnie jakieś kopnięte korwiniątko oskarży o "socjalizm", bo ja nie biję czołem pięć razy dziennie przed ołtarzykiem "wolnego rynku" - to ja mam to, anatomicznie rzecz ujmując, w dupie! Niech sobie będę w oczach korwiniątka "socjalistą". Tym bardziej, że w tych podłych czasach to ja bym raczej wolał się przyjrzeć temu, co nawet taki Marks mówi o WALCE KLASOWEJ i uciśnionym proletariacie (TAK KOCHANE PROLE!), niż temu, co mówi natchniony Mises (won czy nie von) na temat "wolnego rynku". Znacznie więcej sensu i ew. zastosowania!
Tak samo jak lata mi, przynajmniej dopóki oznacza to jedynie wygadywanie głupot w internecie, kiedy jakiś kopnięty lewak nazwie mnie "faszystą", a jakiś inny (albo i ten sam) "bolszewikiem". Dla tej lewizny nie ma oczywiście nic straszniejszego niż wizja SKUTECZNEJ PRAWICY, a tego typu epitety - a zarazem, co najmniej potencjalnie, DONOSY - stanowią jedną z ich linii obrony.
Tak że, podsumowując - nie ogłaszam się na serio i oficjalnie "socjalistą", ale też nie zamierzam się kulić i piszczeć niczym Mały Głód z reklamy, jeśli mnie tak jakiś świr nazwie. I podobnie się rzeczy mają z epitetami w rodzaju "faszysty" czy "bolszewika", choć tutaj oczywiście za pyskującym w sieci hunwejbinem stoi wąsaty Komóra ze swoimi chłopcami.
triarius
P.S. A tak przy okazji, skoro o socjaliźmie sobie rozmawialiśmy, przypominam, że: "Kapitalizm to Socjalizm burżujów". Rzecze Pan Tygrys, parafrazując oczywiście i odwracając tezę Spenglera. Co było pomyślane w sumie jako jedynie zabawny paradoks, ale, jak się zastanowić, jest w tym całkiem sporo głębokiego sensu.
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
niedziela, września 16, 2012
Jak to zatem jest z tym socjalizmem?
słowa kluczowe:
bolszewizm,
donos,
faszyzm,
Karol Marks,
Komóra,
korwinięta,
libralizm,
prole,
socjalizm,
własność prywatna
wtorek, września 11, 2012
Ogłoszenia parafialne, babie lato 2012
Uprzejmie Drogim Parafianom donoszę, że ten Ardrey, com go spory kawał przetłumaczył na polski - w wersji .pdf jest jednak stylistycznie bardziej wylizany, są tam pewne uzupełnienia (obrazki, krótka zajawka by myself), a także zawiera malutki kawałek samego tekstu więcej (sam początek kolejnego rozdziału konkretnie, bo chciałem pokazać o czym będzie dalej).
Nie wiem w tej chwili czy i gdzie jest to do ew. ściągnięcia, więc prosiłbym Drogich Parafian o:
1. podawanie w komętach ew. aktualnych linków gdzie tego spolszczonego Ardreya ktoś ew. wysłał i daje się go ściągać;
2. (jeśli ktoś chce dostać ebooka w .pdf emailem i ślubuje czynić z niego dobry użytek) zgłoszenie się (tutaj albo np. na privie w niepopkach albo na blogmedia24.pl), z podaniem swojego adresu email (jest tego Ardreya w tej chwili 12 MB, ale dzisiejsze emaile sobie z tym łatwo radzą).
triarius
Nie wiem w tej chwili czy i gdzie jest to do ew. ściągnięcia, więc prosiłbym Drogich Parafian o:
1. podawanie w komętach ew. aktualnych linków gdzie tego spolszczonego Ardreya ktoś ew. wysłał i daje się go ściągać;
2. (jeśli ktoś chce dostać ebooka w .pdf emailem i ślubuje czynić z niego dobry użytek) zgłoszenie się (tutaj albo np. na privie w niepopkach albo na blogmedia24.pl), z podaniem swojego adresu email (jest tego Ardreya w tej chwili 12 MB, ale dzisiejsze emaile sobie z tym łatwo radzą).
triarius
słowa kluczowe:
African Genesis,
Afrykański początek,
bicz na lewiznę,
download,
Drodzy Parafianie,
ogłoszenia parafialne,
Robert Ardrey
niedziela, września 09, 2012
Zapomniany und zaległy fragment Ardreya (wpis tymczasowy zresztą)
Tutaj, kochane ludzie, macie ten fragment z ostatniego rozdziału naszego ukochanego Ardreya, który przeoczyłem, i który teraz dla was w końcu zrobiłem. Wkleję go oczywiście także i w cały ten trzeci rozdział, ale wklejam i tutaj, żeby, jeśli już ktoś tamto czytał, nie musiał długo szukać, albo koniecznie czytać całości od początku.
CHYBA TEGO JEDNAK NIE USUNĘ, A TO ZE WZGL. NA TE DWA INTERESUJĄCE KOMENTARZE TOWARZYSZA MĄKI.
Mam jeszcze mały fragment następnego rozdziału przetłumaczony, ale trochę za mało tego, by to na razie na bloga wrzucać. Będzie jednak w ebooku, który z całości zrobionego już tłumaczenia wyprodukuję. (Jak coś, to proszę zapytać o linek do ściągnięcia.)
No i to jest wszystko, do czego zrobienia miałem jakikolwiek powód czuć się zobowiązany. Jeśli jeszcze będzie jakiś Ardrey przeze mnie przetłumaczony, to raczej chyba mało i rzadko. (Albo w ogóle, bo jakoś coraz mniej mam zapału do pisania czegokolwiek. Nie że coś. Po prostu krótkość życia itp.) No, chyba żeby ktoś zasponsorował, w dobrym kapitalistycznym duchu. Ardreya znaczy, bo moje ew. blogowe pisanie, dopóki to tylko na blogu, a nie np. w książce, jest wciąż oczywiście za darmo.
To jest, jakby ktoś nie wiedział, z Rozdziału 3 pt. "Zwierzęce społeczeństwo".
* * * * *
---------------------------------------------------------
CHYBA TEGO JEDNAK NIE USUNĘ, A TO ZE WZGL. NA TE DWA INTERESUJĄCE KOMENTARZE TOWARZYSZA MĄKI.
Mam jeszcze mały fragment następnego rozdziału przetłumaczony, ale trochę za mało tego, by to na razie na bloga wrzucać. Będzie jednak w ebooku, który z całości zrobionego już tłumaczenia wyprodukuję. (Jak coś, to proszę zapytać o linek do ściągnięcia.)
No i to jest wszystko, do czego zrobienia miałem jakikolwiek powód czuć się zobowiązany. Jeśli jeszcze będzie jakiś Ardrey przeze mnie przetłumaczony, to raczej chyba mało i rzadko. (Albo w ogóle, bo jakoś coraz mniej mam zapału do pisania czegokolwiek. Nie że coś. Po prostu krótkość życia itp.) No, chyba żeby ktoś zasponsorował, w dobrym kapitalistycznym duchu. Ardreya znaczy, bo moje ew. blogowe pisanie, dopóki to tylko na blogu, a nie np. w książce, jest wciąż oczywiście za darmo.
To jest, jakby ktoś nie wiedział, z Rozdziału 3 pt. "Zwierzęce społeczeństwo".
* * * * *
3
Człowiek jest kręgowcem –
co oznacza, że ma wyposażony w stawy kręgosłup, coś, co w
ewolucyjnym procesie rozwinęło się zbyt późno, by mogło wpłynąć
na tę gałąź, do której należą owady. Pojawiło się także
zbyt późno, by mogło wpłynąć na losy mątwy i ośmiornicy,
kraba i małży. Tak więc możemy mówić, iż zachowanie małży,
dla przykładu, która nie może się poszczycić kręgosłupem, ma
dla człowieka mniejsze znaczenie, niż zachowanie złotej rybki,
która kręgosłup ma. Jeśli zaś znajdujemy jakąś cechę
dominującą wśród wszystkich gałęzi kręgowców, jak na przykład
instynkt utrzymywania i obrony terytorium, musimy stwierdzić, że
instynkt ten jest naprawdę istotny.
Bardziej konkretnie,
człowiek jest ssakiem. Nie składamy jaj, a nasze ciała są ciepłe.
Wiek ssaków można w przybliżeniu określić jako sto milionów
lat, a zachowanie ssaków musi mieć większe znaczenie dla badacza ludzkiej natury od zachowania kręgowców w ogólności. Tak zatem
zachowanie lwa i wilka, antylopy i myszy, musi oświetlać zachowanie
człowieka z większą intensywnością niż zachowanie dorsza.
Człowiek jest jednak przede
wszystkim naczelnym. Z tego powodu ród nadrzewnych istot, które
wyodrębniły się z
obejmującego wszystkie ssaki tła siedemdziesiąt milionów
lat temu, i w którym, od równie długiego czasu, zawiera się cała
nasza ewolucyjna historia, musi nas dotyczyć nas najbardziej. Gdy
przyglądamy się społecznemu zachowaniu małp, spoglądamy na coś
leżącego bardzo blisko domu. Kiedy zaś spojrzymy, jak to uczynimy
w dalszym toku naszej narracji, na zachowanie naczelnego który
poluje – tej drapieżnej podrodziny, której człowiek jest jedynym
żyjącym przedstawicielem – wtedy, z jedną istotną różnicą,
będziemy patrzeć na samego człowieka.
Co to właściwie jest
naczelny? Ze wszystkich zwierząt jest on najtrudniejszy do
zdefiniowania. Na różnych stadiach ewolucji naczelnych różne
gałęzie tej rodziny stawały się najbardziej widoczne. Raz były
to nadrzewne ryjówki, innym razem wyraki albo lemury. Małpy w
różnych okresach stawały się tymi naczelnymi, które najlepiej
oświetlone zostały niezmożonym punktowym reflektorem ewolucji. W
tej zaś chwili, przynajmniej na razie, naczelnym jest człowiek.
Bardziej szczegółowo przyjrzymy się charakterowi i historii
rodziny naczelnych, kiedy zaczniemy się zajmować pojawieniem się
ludzkiego gatunku. Na razie wystarczy stwierdzić, że naczelne
wyróżniają się jako grupa swym brakiem specjalizacji. Tylko jeden
anatomiczny szczegół mają wszystkie one rozwinięty bardziej niż
inne zwierzęta: mózg. Od ryjówki do człowieka, sekretem siły
naczelnych wydaje się połączenie nadzwyczajnego, przerośniętego
mózgu, ze zwyczajnym, nie za wielkich rozmiarów ciałem.
Jest to ciało zdolne do wykonania każdego zadania, nie ograniczane
jednak ani swą masywnością, ani specjalnymi potrzebami – ani
przez kopyta, ani przez rogi, ani przez monstrualny apetyt. Jesteśmy
jednak tak, jako rodzina, niewyspecjalizowani, iż jeśli ktoś chce
znaleźć szybki sposób na odróżnienie małpy wąskonosej od
szerokonoseji,
można tylko stwierdzić, że szerokonosa huśta się na gałęziach,
po których wąskonosa biega, oraz że wąskonose mają ogony, a
szerokonose nie.
Poza powiększonym mózgiem,
my naczelne mamy jeszcze jedną cechę – fizjologiczną – a u
nas powszechną, a wyjątkową w świecie zwierząt. Jest nią nasza
wolność od seksualnych ograniczeń związanych z sezonową rują i
okresem godowym. Periodyczność u samic jest charakterystyczną
cechą wszystkich żyjących gatunków naczelnych, i nie tylko to,
ale cykl menstruacyjny trwa u wszystkich gatunków w przybliżeniu
tyle samo. U szympansów jest to 34-36 dni, u rezusów 28, u pawiana
30-40. I choć, zgodnie z najlepszą ustanowioną przez Du Chailluii
tradycją, uważano, że brutalny, oszalały z żądzy samiec
małpoluda brał swoją samicę nawet w czasie jej menstruacyjnych
okresów tabu, mamy teraz wyższe mniemanie o jego dobrym smakuiii.
Włazi na nią, fakt, ale nie stara się wejść w nią. Jak
Carpenter kiedyś to określił, to jest jedynie przyjacielski gest.
Modne kiedyś było, jak już
to widzieliśmy, sprowadzanie społeczeństwa naczelnych wyłącznie
do unikalnej możliwości uzyskiwania przez cały rok seksualnej
satysfakcji. Jednak inne unikalne czynniki mają porównywalne
znaczenie. Mamy więc powiększony mózg i jego zwiększoną zdolność
uczenia się. Mamy ciało tak w sumie bezbronne wobec drapieżników,
że brak mu nawet pazurów, którymi mogłoby walczyć. No i jest też
instynkt terytorialny, zapewne najistotniejszy z tego wszystkiego.
Każdy gatunek naczelnych, który dotąd badano – ze znaczącym
wyjątkiem goryla – utrzymuje własne terytorium i broni go.
Wszystkie te cztery czynniki
– seks, terytorium, powiększony mózg i bezbronne ciało –
wniosły swój wkład w ewolucję złożonego społeczeństwa
naczelnych. Piątym czynnikiem, dominacją, zajmiemy się w następnym
rozdziale. Ostatnim zaś czynnikiem był oczywiście życie na sposób
drapieżcy – wkład dokonany przez australopiteka. O tym
porozmawiamy w przyszłości.
Możliwość korzystania
przez okrągły rok z żeńskiego towarzystwa przyczyniła się bez
wątpienia do rozwoju u naczelnych trwałej rodziny, tak
charakterystycznej dla małp szerokonosych. Jednak wśród wielu
gatunków ptaków samiec, z niewielką szansą na seksualną
satysfakcję, także bierze sobie towarzyszkę na całe życie.
Samiec lwa cieszy się posiadaniem stałego haremu, ale jego
przyjemności, choć mnogie, są jednak wciąż sezonowe. Inne więc
czynniki niż seksualna satysfakcja muszą więc skłaniać samce
wielu gatunków, zarówno naczelnych, jak i do naczelnych nie
należących, do zaakceptowania seksualnych układów na całe życie.
Wśród małp zaś, wąsko i szerokonosych, te układy są tak różne,
i czasem tak skomplikowane, że nie daje się z przekonaniem
stwierdzić, iż choćby tylko sama trwała rodzina naczelnych, nie
mówiąc już o ich trwałym społeczeństwie, spoczywa wyłącznie
na seksualnym fundamencie.
Gibbon, najaktywniejszy i
najliczniejszy spośród obecnie żyjących małp szerokonosych, żyje
w południowo-wschodniej Azji. Bierze sobie na głowę żonę i na
tym poprzestaje, jest monogamiczny. Mniej wiadomo o zachowaniu jego
indonezyjskiego sąsiada, orangutana. Ten może być monogamiczny,
albo i nie. Inaczej jednak niż gibbon, dostrzega on, jak się
wydaje, niewiele uroku w ryzyku związanym z damskim towarzystwem.
Choć utrzymuje stałą rodzinę, ucieka od niej ile tylko może,
samotnie rozmyślając na jakimś osobnym drzewie. Dwie afrykańskie
małpy szerokonose, szympans i goryl, nie znajdują w monogamii
żadnych zalet. Każda z nich bierze sobie harem tak duży, jakiemu
tylko potrafi podołać, jednak zazwyczaj nie więcej, niż dwie lub
trzy kobiety. Wiosną roku 1960 nasze oceny dotyczące goryla zostały
jednak gwałtownie zweryfikowane w górę. Kilka tygodni przed moim
przybyciem do Ugandy na stokach góry Mahavura zakończył życie
ogromny samiec. Pozostawił po sobie syna-niedorostka i pięć wdów.
Syn wciąż uczepiony był martwego olbrzyma, a dziś znajduje się w
londyńskim zoo. Pięć wdów, porzucając zarówno dziecko, jak i
umierającego partnera, jak jeden mąż wyruszyło na gorączkowe,
trwające dziesięć dni, poszukiwania nowego męża. Znalazły go –
starzejące się stworzenie z jedną samicą i jednym dzieckiem. Tak
więc te wdowy znajdują się dzisiaj gdzieś na stokach wulkanu w
Ugandzie, stanowiąc istotną część sześcioosobowego haremu. Jest
powód by przypuszczać, że w świecie naczelnych rozmiar męskiego
haremu nie zawsze jest zdeterminowany męskim wyborem.
Rodzina naczelnych,
szczególnie wśród małp szerokonosych, może powstać poprzez
trwały seksualny układ pomiędzy samcem i jedną lub większą
ilością samic. Na tym się to jednak nie kończy. Ta grupa
rozszerza się dzięki szczególnej cesze młodych naczelnych –
powolnemu dojrzewaniu. Małpa szerokonosa dojrzewa w tropikach w tym
samym, mniej więcej, tempie, co człowiek. Powolność zaś
fizycznego rozwoju dodatkowo komplikuje inny czynnik, utrzymujący
ich dzieci długo na łonie rodziny. Ich instynkty są słabo
rozwinięte. Muszą się uczyć poprzez doświadczenie.
Marais przeprowadził kiedyś
udany eksperyment, mający przetestować względną siłę instynktów
i doświadczenia u wyższych i niższych zwierząt. Z rodzinnego
gniazda uzyskał malutką wydrę, a z ramion zmarłej matki,
malutkiego pawiana. Wydra, tak jak pies, jest jednym z
najbystrzejszych przedstawicieli zwierzęcego świata poza
naczelnymi. Pawian, największa z małp wąskonosych, jest jedynym
szerokowystępującym naczelnym, który z powodzeniem żyje na ziemi.
Choć fizycznie małpa szerokonosa jest nieco bliżej spokrewniona z
ludzką linią ewolucyjną, to jednak pawian jest najbardziej
znaczącym spośród wszystkich naczelnych. Jego naziemne życie
stwarza mu problemy z przetrwaniem, które bliskie są naszym
własnym.
Maleństwa Maraisa były
nowonarodzone. Wychował je z dala od ich naturalnych środowisk.
Wydra nigdy nie widziała wody, poza wodą do picia. Pawian nigdy nie
widział gór, które były przeznaczonym mu domem. Żadne z nich nie
miało żadnego kontaktu z przedstawicielami własnego gatunku, ani
też nie skosztowało pożywienia, które stanowiłoby część ich
normalnej diety. Po trzech latach Marais przywrócił każde z tych
stworzeń jego naturalnemu środowisku: wydrę uwolnił na brzegu
rzeki, pawiana włączył do stada. I oba zwierzęta były głodne.
Wydra, po raz pierwszy w
życiu została skonfrontowana ze swym naturalnym środowiskiem,
wodą. Zastanawiała się przez może trzydzieści sekund, potem dała
nurka i w ciągu niewielu minut złapała rybę. Instynkt rządził.
Inna była jednak historia biednego pawiana. Pałętał się tu i tam
bez celu. Dla niego zwykłe pozycje z diety pawianów
– korzonki, kolczaste gruszki, kolby
kukurydzy, owoce z sadów – nie znaczyły nic więcej, niż
popękane kamyki albo szczapy drewna. Widok skorpiona – wyjątkowego
przysmaku na stole pawiana – wywołały u niego apetyt wyłącznie
na paniczną ucieczkę. Nieszczęsne głodujące stworzenie, z
beznadziejnym, w wyniku źle spędzonej młodości, życiem,
zakończyło ów smutny eksperyment zjadając trujące jagody,
których normalny pawian by za nic w świecie nie ruszył, i musiało
zostać uratowane przed naturą przez samego przyrodnika.
Sławna historia młodej
lwicy Elsy, tak wspaniale opowiedziana przez Joy Adamson w książce
„Born Free”, jest tu także dobrym przykładem. Zanim Elsa mogła
zostać przywrócona jej naturalnemu buszowi, musiano ją nauczyć
zabijać. Jest to jednak wszystko, czego trzeba nauczyć młodą
lwicę, cała reszta to sprawa instynktu. Stado lwów to polujący
zespół. Starsi biorą na siebie odpowiedzialność za formowanie
zdolności młodych w jedynym społecznym celu całego stada –
zabijaniu. Żadne inne działania nie są podejmowane. W Rezerwacie
Krugera największą przyczyną śmiertelności
lwów jest rywalizacja o pożywienie pomiędzy dojrzałymi i
młodocianymi członkami stada. Od momentu, kiedy przestaje ssać,
lwiątko nie otrzymuje od lwicy żadnej pomocy ani ochrony. Zależy
wyłącznie od siebie i często z tego ginie.
Dla
naczelnych problem ten ma całkiem inną skalę. Elsa miała trzy
lata, kiedy powróciła do dziczy. Szympans, wzrastając w tropikach,
nie dojrzeje zanim nie skończy ośmiu czy dziesięciu lat. I tutaj
powiększony mózg wkracza na scenę naszej społecznej ewolucji.
Choć zapewnia on naczelnym ogromne korzyści z uczenia się, ten sam
mózg osłabia ich instynkty. Młody naczelny nie może być wolno
puszczony w świat, zanim nie zostanie wyedukowany. Tak więc
rodzina, ten podstawowy element konstrukcji społeczeństwa
naczelnych, rozszerzona zostaje o długi szereg młodych, w różnych
rozmiarach i na różnym poziomie głupoty. Samiec orangutana,
rozmyślający na swym osobnym drzewie, być może zaakceptował
stałość związku, odrzucając jednak katastrofalne jego
konsekwencje. Orangutan ma jednak inne przygnębiające powody do
rozmyślań: kurczenie się własnej domeny, która kiedyś
rozciągała się aż do Chin, teraz zaś ogranicza się do kilku
wysp w archipelagu Indonezji; rzadkość występowania swego gatunku
i trudności ze znalezieniem męskiego towarzystwa; stały brak
wystarczającej ilości owoców, by wyżywić własne wątłe ciałko,
z wynikającą z tego koniecznością ciągłych emigracji na stały
ląd, daleko od ulubionych bagnistych brzegów rzek. Nie jest
szczęściem być ewolucyjną porażką, a do tego ojcem!
Jakkolwiek
nie byłby orangutan nastawiony do rodziny, jako instytucji
społecznej, reszta świata naczelnych wita ją z radością. Tak
cenne w niej widzą rozwiązanie swych życiowych problemów, że
niewiele naczelnych zadowala się jedynie towarzystwem własnych
samic i potomstwa. Miast tego rozszerzają tę grupę do hałaśliwej
hordy, stałego i często pomieszanego stowarzyszenia kilku, albo i
wielu, rodzin – prawdziwego społeczeństwa naczelnych.
i Czyli
w oryginale „ape” i „monkey”. (To „ape” nazywa się
także ponoć ostatnio hipernaukowo „małpoludem”, ale to by nam tutaj za
wiele myliło.
ii Paul
Belloni du Chaillu (ur. 31 lipca 1835, zm. 30 kwietnia 1903) -
amerykański podróżnik i antropolog. (Nieco więcej w
Wikipedii, ale raczej nie tej po polsku, bo tam niemal tylko tyle.
Plus portrecik.)
iii
Tego, przyznam, całkiem nie zrozumiałem. Tłumaczę jednak
absolutnie wiernie, bo taka moja rola.
słowa kluczowe:
Afrykański początek,
emigracja,
ewolucyjna porażka,
monogamia,
naczelne,
poligamia,
Robert Ardrey,
rodzina,
społeczeństwo
wtorek, września 04, 2012
O lemingu
Dzisiaj, na naszym pierwszym wykładzie w nowym roku akademickim, weźmiemy sobie na warsztat i zaatakujemy w wielu stron leminga.
* * *
Leming to "zewnątrzsterowny" atom w "samotnym tłumie" opisanym w książce Riesmana pod tym właśnie tytułem ("Samotny tłum" znaczy). Z tym, że od napisania tej książki nauczono się lemingiem - w celach merkantylnych i niestety także politycznych - sterować. Czyni się to przy pomocy mediów, rozrywki, spreparowanej informacji (którą by może należało nazywać po prostu propagandą), celebrytów, "autorytetów"...
Nie zapominając o wstępnym przygotowaniu artyleryjskim, jakim jest w istocie cała niemal współczesna "edukacja".
* * *
Leming, choć pod niektórymi względami zbliżony do obu, nie jest tym samym, co fellah, ani nawet tym samym co ("proto-fellahiczny" niejako) wielkomiejski proletariat, znany na przykład z okresu cesarstwa rzymskiego. (Przemawiamy tutaj, w tym punkcie znaczy, ezoterycznym językiem Szpęgleryzmu. Gdyby ktoś jakimś dziwnym trafem trafem tego nie wiedział.)
Fellaha charakteryzuje to, że, po pierwsze: żyje wedle (odwiecznych) tradycji, posiada religijność (choćby i "drugą"), stabilną wiejską wspólnotę itd., po drugie zaś: OBIEKTYWNIE nie ma żadnego wpływu na istotne polityczne wydarzenia, nie mając zresztą (i również z obiektywnych powodów) niezbędnej po temu wiedzy.
Leming natomiast żyje w CO NAJMNIEJ OFICJALNIE DEKLAROWANEJ (co też nie jest całkiem bez znaczenia, choćby teoretycznie!) DEMOKRACJI, jest, jak na swoją epokę, stosunkowo nieźle wykształcony i ma stosunkowo niezły dostęp do aktualnych (i wszelkich innych zresztą) informacji, oraz ma, teoretycznie, a mógłby mieć i faktycznie (gdyby nie był lemingiem i gdyby takich dziwnych lemingów-nielemingów, hłe hłe, było sporo) wpływ na istotne polityczne (i nie tylko polityczne) sprawy.
Bierności i niewolnicza (!) postawa leminga jest więc niejako ZINTERNALIZOWANA, podczas gdy, jak powiedzieliśmy, bierność i niewolniczy STATUS fellaha były narzucone mu przez obiektywne warunki (i, prawdopodobnie występująca u niego również, co najmniej w pewnym stopniu, internalizacja, była raczej SKUTKIEM, niż przyczyną, jego statusu).
Różnica pomiędzy lemingiem i wielkomiejskim proletariatem w istocie jest dość podobnego typu, jeśli oczywiście uwzględni się to, iż wielkomiejski proletariat (tak jak leming) nie jest bardzo religijny, nie przywiązuje większej roli do tradycji i nie tworzy żadnej ściślejszej wspólnoty. Jest też o wiele bardziej ruchliwy, zmienny i niespokojny - czym się nawet chyba w istotny sposób różni od leminga, który w każdym razie niebezpieczny dla władzy nigdy nie będzie. (A jeśli będzie, to przestanie tym samym być lemingiem.)
Leminga nie da się chyba pojąć bez uwzględnienia roli mediów, internetu, masowej rozrywki, oraz tego, co się określa mianem edukacji, łącznie z edukacją przedszkolną.
* * *
Leming to przedstawiciel piątej kolumny Unii Europejskiej w polskim państwie i narodzie. Czego zapewne w dużej mierze jest świadom i z tego dumny.
* * *
Leming jest wiecznym dzieckiem, ale nie takim wychowanym w rodzinie i/lub na podwórku, tylko takim wychowywanym i "socjalizowanym" od najmłodszych lat w przedszkolach, żłobkach i zerówkach. Podczas gdy ten pierwszy - rodzinno-podwórkowy - typ dość często daje lewaka. Jeśli "rodzinno", to najczęściej chyba w wersji wrażliwej, któremu "nie jest wszystko jedno".
Nie bez powodu, należy sądzić, totalitarna liberalna lewizna, która nam od dawna miłościwie, tak kocha wszelkie zerówki i przedszkola dla każdego dziecka! Leming to zapewne w niemałym stopniu właśnie PRODUKT tego "wychowania" po przedszkolach, świetlicach szkolnych i innych tam zerówkach.
* * *
Leming jest do szpiku kości niewolnikiem. (Nie brzmi to specjalnie odkrywczo, zgoda, ale spróbuję w paru zdaniach rozwinąć i może będzie lepiej).
Można by zaryzykować tezę, że do wygenerowania leminga potrzebna jest BRUTALNA I CYNICZNA WŁADZA, która jednak MOGŁABY BYĆ JESZCZE BARDZIEJ BRUTALNA I BARDZIEJ CYNICZNA (zdaniem leminga oczywiście),"gdyby tylko zechciała".
I często leming się musi chyba zastanawiać, dlaczego właściwie Kochana Władza nie chce być brutalniejsza i cyniczniejsza. Skoro tym durnym @#$%^ przecież to się należy i ew. by im nieco nawet mogło pomóc oprzytomnieć.
Do tego powinna to być Władza, która naszego leminga traktuje (przynajmniej w jego własnych oczach) jednak LEPIEJ, niż innych - a szczególnie tych od leminga radykalnie się różniących, i władzy z jakich powodów (dla leminga zawsze w sumie irracjonalnych) nie lubiących.
Dzięki temu mamy tu w działaniu słynny SYNDROM SZTOKHOLMSKI. (Kto nie wie, o co chodzi, niech sobie poszuka! Bez tej wiedzy nie da się po prostu studiować leminga i w ogóle współczesnej masowej psychologii.) Władza jest silna i bywa - nie bójmy się tego słowa! - okrutna, ale akurat nie najbardziej dla leminga, i w ogóle jego traktuje o wiele lepiej, niż by "teoretycznie" mogła.
Taką władzę leming kocha i szanuje. Wszelką zaś opozycją wobec niej Z DEFINICJI gardzi. Gardzi choćby dlatego, że, jego zdaniem, "OPOZYCJA PRZECIW SILE JEST Z DEFINICJI SŁABOŚCIĄ", a słabością, jak każdy prawdziwy niewolnik, leming gardzi nade wszystko. Resztę powodów dla których leming zawsze ma jakiegoś "mohera", którym gardzi, można by niemal uznać za fioritury.
Najważniejszą przyczyną jest to, iż MOHER w oczach leminga JEST SŁABY - słaby, bo jest przeciw sile... I głupi, bo nie ma dość rozumu by być Z SIŁĄ. Skutkiem czego nie tylko wystawia się na razy, ale jest po prostu śmieszny i żałosny, a niewiele jest rzeczy bardziej kompromitujących w oczach leminga, niż to!
I w dodatku moher, swoim idiotycznym oporem wobec Władzy (i Rozsądku po prostu), zakłóca cudowną harmonię, która by trwała pomiędzy lemingiem i Władzą, gdyby nie właśnie mohery i ich nieuleczalny, jak się niestety okazuje (dopóki Władza coś z tym nie zrobi) świr.
Tutaj dałoby się porozmawiać o rosyjskiej duszy, która właśnie ma tego typu nastawienie - ta odwieczna i nastajaszcziaja oczywiście - (nie twierdzę, że wszystkie), a z tego można by przejść do subtelnych rozważań nad sowietyzacją w Polsce. Ale to nie na teraz.
* * *
Leming to nie jest zjawisko w jakiej istotnej mierze ekonomiczne, choć ekonomia nie jest tu całkiem bez znaczenia, jako że ci, którzy uważają, iż mają wiele do stracenia i mało do zyskania na wszelkich radykalnych, i tym samym niepewnych w swych rezultatach, zmianach społecznych, zawsze będą stanowili popleczników, choćby i biernych, każdej władzy, jaka by ona nieprzyjemna dla swych podkomendnych nie była.
Oczywiście "ci, co mają wiele do stracenia" to, w społecznej skali, właśnie ludzie, którzy uważają, iż osiągnęli jakąś ekonomiczną i społeczną pozycję, a więc raczej nie biedota.
* * *
Nie da się chyba analizować fenomenu leminga bez uwzględnienia pojęcia (i fenomenu) resentymentu.
* * *
Nie da się chyba analizować fenomenu leminga bez uwzględnienia zjawiska linczu - w najszerszym z możliwych rozumieniu - i spraw opisywanych przez Ardreya w związku z naszą ewolucyjną przeszłością zbiorowo (i z bronią) polujących małpoludów. Fakt, że leming jest z natury tchórzliwy nie ma tu nic do rzeczy.
* * *
(Wbrew temu, co sądzą ludzie zanurzeni po uszy w panekonomicznych, liberalno-oświeceniowych czy marsksistowskich paradygmatach) aktualnie zarysowujące się (słabo) wątpliwości części rodzimych lemingów na temat Donalda T. i jego partii nie wynikają w aż tak dużej mierze z pogorszenia się sytuacji ekonomicznej w kraju, z widocznej gołym okiem korupcji, ani nawet z pogorszenia się sytuacji ekonomicznej samego leminga, tylko przede wszystkim ze zmniejszenia się prestiżu Unii Europejskiej, w związku z jej, od dłuższego czasu trwającymi i wciąż się pogłębiającymi, kłopotami.
(Niestety jednak nie wynika z tych kłopotów jednoznacznie, by Unia musiała osłabnąć, bo może się stać dokładnie odwrotnie.)
Ukochana partia naszego rodzimego leminga całkiem niemal oficjalnie stanowiła zawsze - faktycznie i z założenia - forpocztę, rzecznika i zarządcę w interesie unijnej biurokracji (i stojących za Unią Niemiec), Unia wydawała się zawsze lemingowi potężna i wieczna, a teraz ma co do tych rzeczy drobne, naprawdę drobniutkie, ale jednak wątpliwości. Wątpliwości leminga wobec Donalda T. i jego wesołej gromadki też są na razie drobne, i to by ładnie jedno do drugiego pasowało.
* * *
Leming nie odczuwa żadnych gwałtownych emocji. Zresztą wszelkimi naprawdę gwałtownymi emocjami leming się po prostu brzydzi i nimi gardzi.
Nawet nienawiść leminga do Kaczyńskich nie była nigdy naprawdę gwałtowna, choć chroniczna i stale obecna. Leming nie czuje nigdy prawdziwego wielkiego entuzjazmu, i nawet strach leminga, który można zapewne uznać za jedną z jego najistotniejszych cech, też nie jest niemal nigdy bardzo gwałtowny, ale za to chroniczny i dokuczliwy.
Można by postawić hipotezę, że w przypadku, gdyby mu zagroziły jakieś silne emocje, kora mózgowa leminga chwilowo się wyłącza. Inaczej można by to zinterpretować tak, że leming po prostu nie ma dość wyobraźni, czy się czegoś naprawdę gwałtownie bać - ani też dość wyobraźni, by się kiedykolwiek BAĆ CAŁKIEM PRZESTAĆ. Bez zaś strachu, w takiej czy innej postaci, niewiele (jak należy sądzić) dzieje się w psychice leminga.
Oczywiście - jest jeszcze poczucie wyższości wobec gorzej uposażonych, gorzej potraktowanych przez los, gorzej widzianych przez Władzę, nie będących na bieżąco z trendami... itd. itp. I to jednak, być może, wiąże się i wynika z tego rezydualnego strachu, czy lęku, który w psychice leminga stanowi stale obecne tło, i bez którego leming jest po prostu nie do pomyślenia. Choćby chodziło "jedynie" o strach o to, by nie okazać się "wieśniakiem", czy nie znaleźć się na bakier z obowiązujący akurat trendem. (Co na jedno chyba wychodzi zresztą.)
* * *
Leming to gość, który jak ryba w wodzie czuje się z tą depresją, którą powoduje życie w realnym liberaliźmie. (A co dopiero życie w realnym liberaliźmie NA ZWIĘKSZONYCH OBROTACH!)
Z depresją, która jest nie tylko SKUTKIEM, ale i KONIECZNYM WARUNKIEM przetrwania, a w każdym razie sukcesu, w liberalnej rzeczywistości. Leming czuje się w tym świetnie i z pogardą patrzy na wszystkich, którzy się równie świetnie w tym nie czują. On jest PRZYSTOSOWANY - tamci wprost przeciwnie.
Któż zatem jest EWOLUCYJNYM SUKCESEM I FAKTYCZNYM ZWYCIĘZCĄ? Ten, kto dzięki depresji uważa się za szczęśliwego i jest PRZYSTOSOWANY - czy też ktoś, kto depresji nie ma, ale stale mu się coś w jego własnym życiu nie podoba, kto stale podpada Władzy i stale próbuje iść POD PRĄD OBIEKTYWNEGO BIEGU WYDARZEŃ?
Przecież nie ktoś, kto stale musi podpierać się jakimś niesprawdzalnymi obiektywnie kryteriami, które dla leminga są jedynie, z definicji, mrzonkami i urojeniami? No to właśnie - LEMING TO SUKCES, LEMING TO ZWYCIĘZCA... A w dodatku imię jego jest LEGION, bo jak leming rozgląda się dookoła, widzi niemal same inne lemingi, co daje mu poczucie, że on jest normą, a wszystko inne nadaje się jedynie na cel kpin, żarcików i anegdotek.
A same lemingi widzi dlatego, że leming jest dlań normą i po prostu CZŁOWIEKIEM (takim jak trzeba), zaś wszystko inne (z "moherem" na czele) to po prostu dokuczliwe i dziwne-że-jeszcze-wciąż-mimo-postępu-istniejące zjawisko przyrody, choć szczęśliwie przydatne jako obiekt kpin i dające się częściowo dzięki nim ZNEUTRALIZOWAĆ.
* * *
Wiąże się z tym kwestia SCHIZOFRENII BEZOBJAWOWEJ. Oficjalnie (choć niezbyt przecież głośno o tym bez potrzeby mówiono) istniejącej w Sowietach, ale w sumie niezbędnym fundamencie, choć często implicite, KAŻDEGO post-oświeceniowego raju, z liberalizmem na czele.
* * *
Leming to niemal z definicji SCHIZOID.
(Tutaj kłania się Alexander Lowen ze swą książką "Betrayal of the Body". Książką, którą gorąco polecam, mimo że tam jest sporo New Age i w ogóle nie jest to prawicowe, więc chwilami może drażnić.)
Powyższą tezę można by rozwijać do rozmiaru co najmniej sporej książki, więc ja jednak w tej chwili na tym skończę, pozostawiając P. T. Studentów i ew. Publiczność w suspensie.
* * *
To by było na tyle na dziś. Za tydzień, jak wszyscy pamiętamy, kolokwium. Przede wszystkim z leminga, ale będzie też nieco z wcześniej przerabianego materiału.
* * *
Leming to "zewnątrzsterowny" atom w "samotnym tłumie" opisanym w książce Riesmana pod tym właśnie tytułem ("Samotny tłum" znaczy). Z tym, że od napisania tej książki nauczono się lemingiem - w celach merkantylnych i niestety także politycznych - sterować. Czyni się to przy pomocy mediów, rozrywki, spreparowanej informacji (którą by może należało nazywać po prostu propagandą), celebrytów, "autorytetów"...
Nie zapominając o wstępnym przygotowaniu artyleryjskim, jakim jest w istocie cała niemal współczesna "edukacja".
* * *
Leming, choć pod niektórymi względami zbliżony do obu, nie jest tym samym, co fellah, ani nawet tym samym co ("proto-fellahiczny" niejako) wielkomiejski proletariat, znany na przykład z okresu cesarstwa rzymskiego. (Przemawiamy tutaj, w tym punkcie znaczy, ezoterycznym językiem Szpęgleryzmu. Gdyby ktoś jakimś dziwnym trafem trafem tego nie wiedział.)
Fellaha charakteryzuje to, że, po pierwsze: żyje wedle (odwiecznych) tradycji, posiada religijność (choćby i "drugą"), stabilną wiejską wspólnotę itd., po drugie zaś: OBIEKTYWNIE nie ma żadnego wpływu na istotne polityczne wydarzenia, nie mając zresztą (i również z obiektywnych powodów) niezbędnej po temu wiedzy.
Leming natomiast żyje w CO NAJMNIEJ OFICJALNIE DEKLAROWANEJ (co też nie jest całkiem bez znaczenia, choćby teoretycznie!) DEMOKRACJI, jest, jak na swoją epokę, stosunkowo nieźle wykształcony i ma stosunkowo niezły dostęp do aktualnych (i wszelkich innych zresztą) informacji, oraz ma, teoretycznie, a mógłby mieć i faktycznie (gdyby nie był lemingiem i gdyby takich dziwnych lemingów-nielemingów, hłe hłe, było sporo) wpływ na istotne polityczne (i nie tylko polityczne) sprawy.
Bierności i niewolnicza (!) postawa leminga jest więc niejako ZINTERNALIZOWANA, podczas gdy, jak powiedzieliśmy, bierność i niewolniczy STATUS fellaha były narzucone mu przez obiektywne warunki (i, prawdopodobnie występująca u niego również, co najmniej w pewnym stopniu, internalizacja, była raczej SKUTKIEM, niż przyczyną, jego statusu).
Różnica pomiędzy lemingiem i wielkomiejskim proletariatem w istocie jest dość podobnego typu, jeśli oczywiście uwzględni się to, iż wielkomiejski proletariat (tak jak leming) nie jest bardzo religijny, nie przywiązuje większej roli do tradycji i nie tworzy żadnej ściślejszej wspólnoty. Jest też o wiele bardziej ruchliwy, zmienny i niespokojny - czym się nawet chyba w istotny sposób różni od leminga, który w każdym razie niebezpieczny dla władzy nigdy nie będzie. (A jeśli będzie, to przestanie tym samym być lemingiem.)
Leminga nie da się chyba pojąć bez uwzględnienia roli mediów, internetu, masowej rozrywki, oraz tego, co się określa mianem edukacji, łącznie z edukacją przedszkolną.
* * *
Leming to przedstawiciel piątej kolumny Unii Europejskiej w polskim państwie i narodzie. Czego zapewne w dużej mierze jest świadom i z tego dumny.
* * *
Leming jest wiecznym dzieckiem, ale nie takim wychowanym w rodzinie i/lub na podwórku, tylko takim wychowywanym i "socjalizowanym" od najmłodszych lat w przedszkolach, żłobkach i zerówkach. Podczas gdy ten pierwszy - rodzinno-podwórkowy - typ dość często daje lewaka. Jeśli "rodzinno", to najczęściej chyba w wersji wrażliwej, któremu "nie jest wszystko jedno".
Nie bez powodu, należy sądzić, totalitarna liberalna lewizna, która nam od dawna miłościwie, tak kocha wszelkie zerówki i przedszkola dla każdego dziecka! Leming to zapewne w niemałym stopniu właśnie PRODUKT tego "wychowania" po przedszkolach, świetlicach szkolnych i innych tam zerówkach.
* * *
Leming jest do szpiku kości niewolnikiem. (Nie brzmi to specjalnie odkrywczo, zgoda, ale spróbuję w paru zdaniach rozwinąć i może będzie lepiej).
Można by zaryzykować tezę, że do wygenerowania leminga potrzebna jest BRUTALNA I CYNICZNA WŁADZA, która jednak MOGŁABY BYĆ JESZCZE BARDZIEJ BRUTALNA I BARDZIEJ CYNICZNA (zdaniem leminga oczywiście),"gdyby tylko zechciała".
I często leming się musi chyba zastanawiać, dlaczego właściwie Kochana Władza nie chce być brutalniejsza i cyniczniejsza. Skoro tym durnym @#$%^ przecież to się należy i ew. by im nieco nawet mogło pomóc oprzytomnieć.
Do tego powinna to być Władza, która naszego leminga traktuje (przynajmniej w jego własnych oczach) jednak LEPIEJ, niż innych - a szczególnie tych od leminga radykalnie się różniących, i władzy z jakich powodów (dla leminga zawsze w sumie irracjonalnych) nie lubiących.
Dzięki temu mamy tu w działaniu słynny SYNDROM SZTOKHOLMSKI. (Kto nie wie, o co chodzi, niech sobie poszuka! Bez tej wiedzy nie da się po prostu studiować leminga i w ogóle współczesnej masowej psychologii.) Władza jest silna i bywa - nie bójmy się tego słowa! - okrutna, ale akurat nie najbardziej dla leminga, i w ogóle jego traktuje o wiele lepiej, niż by "teoretycznie" mogła.
Taką władzę leming kocha i szanuje. Wszelką zaś opozycją wobec niej Z DEFINICJI gardzi. Gardzi choćby dlatego, że, jego zdaniem, "OPOZYCJA PRZECIW SILE JEST Z DEFINICJI SŁABOŚCIĄ", a słabością, jak każdy prawdziwy niewolnik, leming gardzi nade wszystko. Resztę powodów dla których leming zawsze ma jakiegoś "mohera", którym gardzi, można by niemal uznać za fioritury.
Najważniejszą przyczyną jest to, iż MOHER w oczach leminga JEST SŁABY - słaby, bo jest przeciw sile... I głupi, bo nie ma dość rozumu by być Z SIŁĄ. Skutkiem czego nie tylko wystawia się na razy, ale jest po prostu śmieszny i żałosny, a niewiele jest rzeczy bardziej kompromitujących w oczach leminga, niż to!
I w dodatku moher, swoim idiotycznym oporem wobec Władzy (i Rozsądku po prostu), zakłóca cudowną harmonię, która by trwała pomiędzy lemingiem i Władzą, gdyby nie właśnie mohery i ich nieuleczalny, jak się niestety okazuje (dopóki Władza coś z tym nie zrobi) świr.
Tutaj dałoby się porozmawiać o rosyjskiej duszy, która właśnie ma tego typu nastawienie - ta odwieczna i nastajaszcziaja oczywiście - (nie twierdzę, że wszystkie), a z tego można by przejść do subtelnych rozważań nad sowietyzacją w Polsce. Ale to nie na teraz.
* * *
Leming to nie jest zjawisko w jakiej istotnej mierze ekonomiczne, choć ekonomia nie jest tu całkiem bez znaczenia, jako że ci, którzy uważają, iż mają wiele do stracenia i mało do zyskania na wszelkich radykalnych, i tym samym niepewnych w swych rezultatach, zmianach społecznych, zawsze będą stanowili popleczników, choćby i biernych, każdej władzy, jaka by ona nieprzyjemna dla swych podkomendnych nie była.
Oczywiście "ci, co mają wiele do stracenia" to, w społecznej skali, właśnie ludzie, którzy uważają, iż osiągnęli jakąś ekonomiczną i społeczną pozycję, a więc raczej nie biedota.
* * *
Nie da się chyba analizować fenomenu leminga bez uwzględnienia pojęcia (i fenomenu) resentymentu.
* * *
Nie da się chyba analizować fenomenu leminga bez uwzględnienia zjawiska linczu - w najszerszym z możliwych rozumieniu - i spraw opisywanych przez Ardreya w związku z naszą ewolucyjną przeszłością zbiorowo (i z bronią) polujących małpoludów. Fakt, że leming jest z natury tchórzliwy nie ma tu nic do rzeczy.
* * *
(Wbrew temu, co sądzą ludzie zanurzeni po uszy w panekonomicznych, liberalno-oświeceniowych czy marsksistowskich paradygmatach) aktualnie zarysowujące się (słabo) wątpliwości części rodzimych lemingów na temat Donalda T. i jego partii nie wynikają w aż tak dużej mierze z pogorszenia się sytuacji ekonomicznej w kraju, z widocznej gołym okiem korupcji, ani nawet z pogorszenia się sytuacji ekonomicznej samego leminga, tylko przede wszystkim ze zmniejszenia się prestiżu Unii Europejskiej, w związku z jej, od dłuższego czasu trwającymi i wciąż się pogłębiającymi, kłopotami.
(Niestety jednak nie wynika z tych kłopotów jednoznacznie, by Unia musiała osłabnąć, bo może się stać dokładnie odwrotnie.)
Ukochana partia naszego rodzimego leminga całkiem niemal oficjalnie stanowiła zawsze - faktycznie i z założenia - forpocztę, rzecznika i zarządcę w interesie unijnej biurokracji (i stojących za Unią Niemiec), Unia wydawała się zawsze lemingowi potężna i wieczna, a teraz ma co do tych rzeczy drobne, naprawdę drobniutkie, ale jednak wątpliwości. Wątpliwości leminga wobec Donalda T. i jego wesołej gromadki też są na razie drobne, i to by ładnie jedno do drugiego pasowało.
* * *
Leming nie odczuwa żadnych gwałtownych emocji. Zresztą wszelkimi naprawdę gwałtownymi emocjami leming się po prostu brzydzi i nimi gardzi.
Nawet nienawiść leminga do Kaczyńskich nie była nigdy naprawdę gwałtowna, choć chroniczna i stale obecna. Leming nie czuje nigdy prawdziwego wielkiego entuzjazmu, i nawet strach leminga, który można zapewne uznać za jedną z jego najistotniejszych cech, też nie jest niemal nigdy bardzo gwałtowny, ale za to chroniczny i dokuczliwy.
Można by postawić hipotezę, że w przypadku, gdyby mu zagroziły jakieś silne emocje, kora mózgowa leminga chwilowo się wyłącza. Inaczej można by to zinterpretować tak, że leming po prostu nie ma dość wyobraźni, czy się czegoś naprawdę gwałtownie bać - ani też dość wyobraźni, by się kiedykolwiek BAĆ CAŁKIEM PRZESTAĆ. Bez zaś strachu, w takiej czy innej postaci, niewiele (jak należy sądzić) dzieje się w psychice leminga.
Oczywiście - jest jeszcze poczucie wyższości wobec gorzej uposażonych, gorzej potraktowanych przez los, gorzej widzianych przez Władzę, nie będących na bieżąco z trendami... itd. itp. I to jednak, być może, wiąże się i wynika z tego rezydualnego strachu, czy lęku, który w psychice leminga stanowi stale obecne tło, i bez którego leming jest po prostu nie do pomyślenia. Choćby chodziło "jedynie" o strach o to, by nie okazać się "wieśniakiem", czy nie znaleźć się na bakier z obowiązujący akurat trendem. (Co na jedno chyba wychodzi zresztą.)
* * *
Leming to gość, który jak ryba w wodzie czuje się z tą depresją, którą powoduje życie w realnym liberaliźmie. (A co dopiero życie w realnym liberaliźmie NA ZWIĘKSZONYCH OBROTACH!)
Z depresją, która jest nie tylko SKUTKIEM, ale i KONIECZNYM WARUNKIEM przetrwania, a w każdym razie sukcesu, w liberalnej rzeczywistości. Leming czuje się w tym świetnie i z pogardą patrzy na wszystkich, którzy się równie świetnie w tym nie czują. On jest PRZYSTOSOWANY - tamci wprost przeciwnie.
Któż zatem jest EWOLUCYJNYM SUKCESEM I FAKTYCZNYM ZWYCIĘZCĄ? Ten, kto dzięki depresji uważa się za szczęśliwego i jest PRZYSTOSOWANY - czy też ktoś, kto depresji nie ma, ale stale mu się coś w jego własnym życiu nie podoba, kto stale podpada Władzy i stale próbuje iść POD PRĄD OBIEKTYWNEGO BIEGU WYDARZEŃ?
Przecież nie ktoś, kto stale musi podpierać się jakimś niesprawdzalnymi obiektywnie kryteriami, które dla leminga są jedynie, z definicji, mrzonkami i urojeniami? No to właśnie - LEMING TO SUKCES, LEMING TO ZWYCIĘZCA... A w dodatku imię jego jest LEGION, bo jak leming rozgląda się dookoła, widzi niemal same inne lemingi, co daje mu poczucie, że on jest normą, a wszystko inne nadaje się jedynie na cel kpin, żarcików i anegdotek.
A same lemingi widzi dlatego, że leming jest dlań normą i po prostu CZŁOWIEKIEM (takim jak trzeba), zaś wszystko inne (z "moherem" na czele) to po prostu dokuczliwe i dziwne-że-jeszcze-wciąż-mimo-postępu-istniejące zjawisko przyrody, choć szczęśliwie przydatne jako obiekt kpin i dające się częściowo dzięki nim ZNEUTRALIZOWAĆ.
* * *
Wiąże się z tym kwestia SCHIZOFRENII BEZOBJAWOWEJ. Oficjalnie (choć niezbyt przecież głośno o tym bez potrzeby mówiono) istniejącej w Sowietach, ale w sumie niezbędnym fundamencie, choć często implicite, KAŻDEGO post-oświeceniowego raju, z liberalizmem na czele.
* * *
Leming to niemal z definicji SCHIZOID.
(Tutaj kłania się Alexander Lowen ze swą książką "Betrayal of the Body". Książką, którą gorąco polecam, mimo że tam jest sporo New Age i w ogóle nie jest to prawicowe, więc chwilami może drażnić.)
Powyższą tezę można by rozwijać do rozmiaru co najmniej sporej książki, więc ja jednak w tej chwili na tym skończę, pozostawiając P. T. Studentów i ew. Publiczność w suspensie.
* * *
To by było na tyle na dziś. Za tydzień, jak wszyscy pamiętamy, kolokwium. Przede wszystkim z leminga, ale będzie też nieco z wcześniej przerabianego materiału.
słowa kluczowe:
demokracja,
Donald T.,
fellah,
leming,
Oswald Spengler,
Robert Ardrey,
samotny tłum,
syndrom sztokholmski,
Unia Europejska,
wielkomiejski proletariat
Subskrybuj:
Posty (Atom)