środa, lipca 09, 2014

Nowa tajna broń w walce z kelnerską mafią

III RP przechodzi do kontrataku! Nareszcie!

To co widzicie Państwo poniżej, to zrobione najnowszej generacji teleobiektywnem zdjęcie nowej tajnej broni, którą służby min. Sienkiewicza (jr.) mają od jutra stosować wobec wszystkich wrogów Państwa - szczególnie zaś tych najbardziej niebezpiecznych, jak kelnerzy warszawskich restauracji serwujących ośmiorniczki z Biedronki po wygórowanych cenach.

Ni mniej, ni więcej, tylko... (Fanfary, werble!): AGENCI POD PRZYKRYCIEM.

Wdzięczni obywatele chórem wołają BRAWO, dorzucają HIP HIP HURRA, i pokornie proszą o więcej takiej dbałości o nasze wspólne Państwo.




triarius

No dobra - więc jak to w końcu jest z tym Leninem?

Śmy sobie ostatnim razem (ach jak ja kocham te moje językowe żarciki!) wzięli na warsztat Włodzimierza Iljicza, trochę go pooglądaliśmy, a potem Pan Tygrys stwierdził, że była w tym masa niezwykle pożytecznej nauki... I to właściwie tyle. Było jeszcze niby zadanie do domu, ale takie jakieś mało konkretne, więc jakby go nie było.

Oczywiście - jeśli ktoś poważnie traktuje te nasze tajne komplety... Jeśli myśli o nostryfikowaniu matury w wolnej Polsce, która kiedyś... Jeśli myśli o jakiejkolwiek w niej karierze... No to oczywiście potraktował sprawę poważnie, zadanie domowe odrobił i do jakichś wniosków pracowicie doszedł.

Z czego jednoznacznie wynika, że nikt nie odrobił, nikt nie doszedł, i nikt jeszcze nie ma najmniejszego pojęcia jakie nauki z tego Lenina opisanego prez pana Malaparte (sza, bo to był faszysta!) należałoby wyciągnąć. No to ja wam ludzie powiem. Powiem, bo jestem urodzony edukator (hłe hłe!), i w ogóle leży mi na sercu wasze, oraz Ludzkości całej, dobro. Takie wytłumaczenie musi wam wystarczyć - innego nie budiet!

Nauk z tego Lenina może być więcej, ale mi do głowy przychodzą następujące...

1. Burżuj to bliski kuzyn Bolszewika... Bolszewik to bliski kuzyn Biurokraty... Biurokrata to bliski kuzyn Burżuja. Wielka Triada. Trzej Panowie B. To się da zrozumieć? W końcu ten nasz (?) Lenin okazał się zarówno B... iurokratą, jak i B... urżujem, no i oczywiście był, par excellence, B.... olszewikiem.

Niektórzy z was mogli coś takiego przeczuwać, no a inni to nawet to zwerbalizowali, i to w nie byle jakiej formie. Przychodzi mi od razu na myśl Dávila, a konkretnie ta jego myśl, że: "Liberalny burżuj to starszy brat bolszewika".

I na pewno tego typu stwierdzeń jest u Dávili znacznie więcej, także na temat tych innych pokrewieństw. Dałoby się to pewnie znaleźć choćby tych "scholiach", które sam dla mojego blogasa przetłumaczyłem, a co dopiero w całości dorobku wielkiego (wstecznego) Kolumbijczyka.


2. Biurokrata... Burżuj... Bolszewik... Nie musi koniecznie mieć kłów jak udo dorosłego mężczyzny, ostrych jak brzytwy i stale ociekających krwią... Mógłbym tu jeszcze długo improwizować, przywołując Kaligulę, boginię Kali, i co tam jeszcze, ale chyba wiadomo o co chodzi?

No to dokończę tę myśl: taki Pan B. wcale nie musi być jak wyżej opisano, może przypominać mopa, indyka, tow. Barroso - a mimo to może, w sprzyjających warunkach, ruszyć bryłę świata i zamienić życie milionów ludzi w piekło, sporo z nich wyprawiając także do lepszego świata (co poniekąd nieco by kompensowało tę winę, tylko że my się tu nie zajmujem akurat teologią).

Może nawet, jak w przypadku Lenina, lubić koty, zamiast je np. palić, i to od pokoleń.  Sam mam z tym problem, bo koty uwielbiam, a Lenina wręcz przeciwnie. W sumie, to co przedstawiłem w tym punkcie to chyba niezły temat do przemyślenia. (Choć oczywiście wiem, że macie ważniejsze i pilniejsze sprawy na głowie, więc nic z tego nie będzie.)


3. Na poziomie bardziej ogólnym - na poziomie META po prostu (ach, jak mi do tych meta-poziomów brakuje Hrabiego, dawnego kumpla, który jednak uciekł, zmylił pogonie, a teraz zapewne przywraca złoty parytet na zmywaku w Londynie, za nic mając Tygrysizm i upadek Zachodu!) - mamy tu takie coś, że (turpe dictu) tow. Lenin z czegoś REZYGNOWAŁ, żeby móc się skupić na czymś, co uznawał za istotniejsze. No i to mu dało sukces. Zgoda?

Ja tu od dawna próbuję ludziom, naszej "prawicy" znaczy, naprostować w głowach, że na przykład, żeby odnieść sukces w polityce (że się gorzko zaśmieję), to nie tego trzeba, żeby wymyślić jeszcze parę genialnych nowych postulatów, czy nawet sposobików... Tylko WRĘCZ PRZECIWNIE - zacząć trzeba od tego, żeby sobie wprost powiedzieć, co jesteśmy gotowi ODPUŚCIĆ!

Oczywiście - wolność słowa w tym specyficznym późno-liberalnym rozumieniu, wraz z demokracją i politpoprawnością, to wszystko prawda, utrudnia i zwiększa ryzyko, ale albo albo, moi państwo! Ja tam się za żadnego męczennika absolutnie nie uważam, ale np. dla wolnej Polski, gdyby kiedyś miała się pojawić, byłbym bez wahania gotów oddać powiedzmy ciepłą wodę w kranie.

Chodziłbym sobie niedaleczko na podwóreczko i czerpał wodę ze studni, choćby i z żurawiem. (Widywałem takie całkiem niedalego od Krakowa w mojej zamierzchłej młodości, choć większość była jednak z korbą. I komu to przeszkadzało?)

Tym bardziej, że jeśli taki Korwin może być Regentem, w tym obłędnym operetkowym mundurze z masą blaszanych orderów - no to ja, prorok i wirtualny Wernyhora wolnej Polski (i Tygrysizmu oczywiście) - mogę chyba liczyć, że ta wolna Polska da mi szansę na jakąś młodą, zdrową, nisko zawieszoną (i atrakcyjną także pod innymi istotnymi względami) żonkę, która mi bez protestów (spróbowałaby!), bez płaczów, bez w sumie większego bólu, za to ze śpiewem na ustach...

I nie mówimy o Odzie do Radości - prędzej jakieś pentatoniczne "Oj chmielu, chmielu, ty bujne zielę!". (Fakt, że się teraz chmiel w rodzimych wolnorynkowych piwach zastępuje żółcią bydlęcą, ale pannom wciąż jest potrzebny chmiel, a nie co inne!)

I jeszcze parę tego typu spraw - jak ta ciepła woda w kranie - byłbym w stanie dla ew. wolnej Polski poświęcić. Wcale, podkreślam to, nie głosząc się żadnym Championem du Monde w abnegacji, ascezie i subtelnej sztuce poświęceń. (No, nie całkiem, bo akurat sutemi - "rzuty poświęcenia" - to zawsze były moje ulubione techniki w stójce. Grapplerskie znaczy, bo nie mówimy o kopie w... i palcu w oku.)

W każdym razie wielu ludzi jest o wiele bardziej do poświęceń (poza sutemi oczywiście!) stworzonych i zdolnych, a do głowy nawet im nie przyjdzie, żeby sobie nad tym pomyśleć i jakoś to z tą ich rzekomą walką o wolną Polskę powiązać. Oczywiście - przykład z wodą w kranie to tylko jedna kategoria takiej rezygnacji. Można by tu także np. przywołać Piłsudskiego z tym o "jednym groszu i jednej kropli krwi". To nie było wcale głupie, jak zresztą większość tego co mówił!

Ogólnie, żeby się z kwestią tych rezygnacji wznieść na JESZCZE WYŻSZY, jeszcze bardziej "meta", poziom, przywołam tutaj pewne znane (komu znane, temu znane) anegdotki, jak ta o patyczkach, które się dają złamać osobno, a razem nie. Albo dość oczywisty (dla niektórych) przykład tego, że pięść bywa skuteczniejsza od sumy pięciu palców, z których się niby składa.

Niby te przykłady i te anegdotki mają pokazać coś innego - że "jedność większa od dwóch", ach! - ale można tu także bez trudu (dla niektórych) dostrzec piękne przykłady redukcji celów w celu koncentracji siły na małej powierzchni... I te rzeczy. Nie zawsze tak jest najlepiej - oczywiście - czasem należy strzelać śrutem, a czasem równoważną ilością ołowiu w postaci pełnopłaszczowej (powiedzmy) amunicji. (Mówię PRZENOŚNIE!)

Jednak, o czym jestem gorąco przekonany, prawdziwa polityka zaczyna się nie od  wymyślenia czegoś, czego jeszcze świat nie widział... Bo takie coś, albo nie istnieje; albo to durna utopia, która by co najwyżej zamieniła ten świat w jeszcze gorsze piekło... Tylko właśnie od ODRZUCENIA przekonań, celów, wyobrażeń - wchłoniętych zazwyczaj wcześniej przez osmozę, a uznawanych bez dobrego powodu za absolutne prawdy.

Towarzysz Lenin widać to wiedział i odniósł sukces. (Jeśli ktoś uważa, że nie odniósł, możemy podyskutować. Mnie też się ten jego sukces nie podoba, ale osiągnął co chciał lepiej od większości z nas, niestety!) Jakiś kretyn, jakaś lewacka menda, może mnie nawet nazwać bolszewikiem, ale jednak NAWET od Lenina można się czegoś nauczyć.

triarius

P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. I uważać na ogony!

poniedziałek, lipca 07, 2014

Czego nas uczy Włodzimierz Iljicz

Kupiłem sobie jakiś czas temu w pięciozłotowej antykwarni książkę "Legenda Lenina". (Polski tytuł zresztą totalnie idiotyczny, bo żadnej "legendy" tam nie ma ani śladu. Można sobie pospekulować dlaczego tak i komu się to opłaciło. Tytuł włoskiego oryginału: "Intelligenza di Lenin", co, na odmianę, ma sens.)

Autor Curzio Malaparte. (A teraz szybko zapomnijcie to nazwisko, bo to faszysta był!) Oficyna Wydawnicza RYTM, 1995. Kupiłem, przeczytałem, na pewno nie uważam tego czasu za stracony. Bezpretensjonalna, pozbawiona ideologicznych filtrów, obsesji i zacietrzewień biografia Lenina. Nastawiona jednak szczególnie na tę jego działalność i sprawy, żeby to tak, nieco może na wyrost, określić - "intelektualne".

Chwilami ta książeczka drażniła mnie nieco swoją... Jak to wyrazić... Naiwnością - w tym sensie, że brak tam szerokiej, historycznej czy filozoficznej perspektywy, i momentami to się czyta trochę jak magazyn plotkarski u dentysty. Nie - przesadzam! Tak źle tam nigdy jednak nie jest, a ta prostota, z pewnością zamierzona, w sumie stanowi zaletę.

Rozkrwawię teraz serduszka wszystkim (szeroko pojętym) lemingom, o ile jakieś tu trafiły i do tego miejsca doczytały. Moherom zresztą też chyba rozkrwawię. Lenin bowiem wcale nie wypada na podstawie tej książki jak ten, tyle razy z lubością opisywany, psychopatyczny syfilityk, dręczony i dręczący wzajem przez swoje żydowsko-tatarskie geny.

Nie - Lenin opisywany w tej książce jest, po pierwsze, dość typowym francuskim mieszczaninem. Dlaczego francuskim? No bo niewiele w nim, w sumie, jakiejś głębokiej, obcej Zachodowi, rosyjskości. Gość spędził długie lata na Zachodzie. Gdzie żył sobie w sumie jak przyzwoity burżuj: pomagając sąsiadowi naprawiać rower, chodując kota w małym mieszkanku, czytając wieczorami żonie, grając w szachy w narożnej kawiarence... Zgroza!

Gdyby to było wszystko, z pewnością byśmy o tym panu nigdy nic nie usłyszeli, a Pan Tygrys nie poświęcałby mu jednego ze swych genialnych tekstów. Tak, to prawda! Druga twarz Lenina, to była twarz urzędnika do szpiku kości. Biurokraty, jeśli ktoś woli to słowo. W wersji wyspecjalizowanej w biurowych przepychankach i rozszerzaniu własnej sfery wpływów. Poniekąd czysty Parkinson.

Gdzie syfilis, gdzie pragnienie pogrążenia świata we krwi, gdzie apetyt na delikatne ciała świeżo zamordowanych dziewic? Nic takiego w tej książce nie ma, bardzo mi przykro! I to wcale nie dlatego, że autor Lenina kocha, czy się z nim, z jego celami, zgadza. Absolutnie nie! Po prostu, jak się rzekło, Lenin to dla niego: 1. absolutnie archetypiczny francuski burżuj; 2. absolutnie archetypiczny biurokrata i mistrz "biurowej intrygi".

Z tą "biurową" trochę zażartowałem, bo to się przeważnie nie działo w żadnym biurze, ale to w sumie jedyna istotna różnica. Od takiego Robespierre'a Lenin opisany w tej książce różni się o tyle, że tamten o wiele bardziej zdawał się być przesiąknięty oświeceniową ideologią Jana-Jakuba, niż Lenin jakąkolwiek konkretną ideologią... (Nienawiść do caratu na pewno, plus przekonanie iż Zachód musi wkrótce paść. Ale to wszystko. I nawet się trudno specjalnie tym jego poglądom dziwić, prawda?)

Oczywiście Robespierre (nie żeby Malaparte o nim wspominał) był o wiele bardziej "na linii frontu" - sam walczył nie tylko o władzę, ale i pod koniec o życie, a wtedy już nawet trudno przypuścić, by te oświeceniowe, człowiekolubne hasła mogły być czymś więcej, niż zaledwie sloganami w jego ustach. Sprawy szły już własnym trybem i na ideologiczne przekonania nie było miejsca.

Lenin natomiast działał sobie w dość - jak na urodzonego biurokratę oczywiście - luksusowych warunkach, po prostu użerając się z takimi jak on sam, a także raz po raz ogrywając w dziecinny przeważnie sposób... A to autentycznych zajadłych i skorych do autentycznej walki, poświęceń i rozlewu krwi, rewolucjonistów... A to oderwanych całkowicie od życia, marzacych o szczęściu ludzkości kopnietych świrów (których łagodniejsi ode mnie lubią nazywać "marzycielami").

No i co takiego, spyta ktoś, specjalnego było w tym Leninie - w tej jego biurokratycznej działalności, w tych jego cwanych intrygach - że to on odniósł sukces, a nie jego, z pewnością liczni i także mający podobne instynkty, rywale? Jedna konkretnie taka rzecz była, o której nam zresztą explicite i wielokrotnie mówi autor książki.

Mianowicie to, że Lenin kompletnie zdawał się w istocie ignorować - może nie zawsze, ale często po prostu te rzeczy wcale nie miały dlań wysokiego priorytetu -  sprawy takie (ważne i wzniosłe, ach!), jak "interes rewolucji", "interes klasy robotniczej", "czystość doktrynalna", "wierność nauce Marksa/Engelsa"... Można tu sobie dośpiewać naprawdę długą listę.

Co było dla Lenina ważne? Czego nie odpuszczał NIGDY? Czemu był gotów poświęcić wszystkie te - piękne i ważne przecież dla komunisty - sprawy, któreśmy sobie tu wymienili? Taką rzeczą, której Lenin NIGDY nie odpuścił, która zawsze była dlań busolą i drogowskazem, była JEGO WŁASNA DOMINACJA W RUCHU MARKSISTOWSKIM. Tyle!

Oczywiście - żeby z tego była jakaś korzyść, ten ruch marksistowski (komunistyczny, "socjalistyczny", jak tam go nazwiemy) musiał odnieść jakiś istotny sukces. Gdyby na przykład szwajcarska policja wyłapała ich wszystkich i powsadzała na długie lata do pierdli - dominacja Lenina w tym doborowym gronie niewiele by mu dała. Ani w doczesnym życiu, ani w późniejszej historii.

Jednak faktem jest, że Lenin zdawał się chwilami - kiedy jego priorytety i sytuacja tego wymagały - odpuszczać, ignorować sprawę samego komunizmu, nie mówiąc już o ideologicznej czystości czy choćby konsekwencji - interesować WYŁĄCZNIE tym, aby to JEGO doktryna (jaka by ona w danej chwili nie była, bo to się lubiło zmieniać) zwyciężała, i aby JEGO osoba stawała się niepodważalnym przywódcą całego ruchu.

No i dobra... Teraz jakie z tego wnioski, jaka z tego dla nas nauka? Proponuję zastanowić się nad tym w domu, a my tu sobie te kwestie weźmiemy na warsztat jakimś innym razem. Dziekuję za uwagę! Teraz wychodzimy pojedynczo i uważać na ogony!

triarius

niedziela, lipca 06, 2014

Łzy miniaturowego szympansa (rzecz o kostarykańskim futbolu)

Wyobraźmy sobie kraj, gdzie niemal wszyscy mężczyźni pasjonują się sportem... Ale nie każdym sportem, nie byle jakim sportem - najpopularniejsza jest jazda figurowa na lodzie, potem długo nic, następnie pływanie synchroniczne, kulturystyka i gimnastyka artystyczna.

No i co? No i nic. Po prostu potrzebowałem jakiegoś melodyjnego akordu na rozpoczęcie. Inaczej pod względem literackim ten tekst pozostawiałby nieco do życzenia. Tego zaś, każdy się chyba zgodzi, byśmy nie chcieli.

* * *

Karłowaty szympans Bonobo - najbliższy krewniak człowieka, mający w swym garniuturku tylko coś tam półtora procenta innych od nas chromosomów - kiedy widzi naparzających się pobratymców, ilość testosteronu we krwi momentalnie zwiększa mu się 1100-krotnie. (Chodzi o Bonobę płci męskiej.)

Tak więc, choćby tylko z tego względu (zakładamy bowiem, że u ludzi jest podobnie, no a testosteron w sumie jest w facetach cenny, a z drugiej strony coraz go tam, z jakichś powodów, mniej) - kibicowania nie da się zbyć jednym pogardliwym prychnięciem.

Więcej powiem! Kiedy taki Bonobo da drugiemu w kość, ilość testosteronu w jego krwi podnosi się 1300 razy. Kiedy jednak sam w kość od drugiego dostanie - poziom ten momentalnie się obniża. Nie wiem dokładnie o ile, chyba nie idzie to w setki i tysiące, bo by było wiadomo, ale jednak się obniża.

Tak więc, z prostego oszacowania wynika, że kibicowanie (no bo w końcu czymże innym jest przyglądanie się, jak się inni naparzają?) - ze względu na poziom testosteronu we krwi przynajmniej - jest lepsze od rywalizacji sportowej we własnym wykonaniu (no bo w końcu czymże innym jest...? itd.)

Szansę na zwycięstwo w bójce określamy, zgrubnie ale inteligentnie, na 50 procent, z czego wynika że przy kibicowaniu mamy gwarantowane T = 1100, czyli wzrost 1100 razy, a przy własnym udziale T = (1300 + x) / 2, gdzie x jest nieznaną wartością UJEMNĄ, z czego wynika, że T < 650. Czyli niemal dwukrotnie lepiej jest kibicować na testosteron, niż samemu się narażać! Jeśli ktoś nie miał do czynienia z min. Hall, to chyba nie powinno z tym obliczeniem być problemu.

* * *

No i nie jest to jedyna, potencjalna choćby (mówię to z wrodzonej ostrożności procesowej) korzyść z kibicowania. Oglądając tych różnych championów można się na przykład tego i owego nauczyć z ich techniki. Jeśli ktoś, oczywiście, sam te same techniki także uprawia.

Co nie jest aż tak częste. Jednak są i inne korzyści, o których mógłbym napisać książkę, albo co najmniej porzadny esej... (Wiem, że to musi być wnerwiające, czytać co ja bym mógł, gdyby był sens, ale tu akurat to jest prawda i to ma znaczenie.)

Od tych atletów można się nauczyć psychicznego podejścia, że tak to określę. Nie chodzi t jednak o: "widzisz dziecino do czego można dojść wytrwałą pracą", bo to, moim zdaniem, kłamliwe pierdoły.

Wytrwałą pracą taki wyczynowiec dochodzi do zmarnowanego dzieciństwa; zmarnowanej młodości; masy kontuzji, które z nim zostaną do końca; braku wolności na codzień (oczywiście siedzący w biurze mają to samo, ale wciąż jakby jednak mniej); opasłego cielska zaraz po zakończeniu kariery, czyli przeciętnie gdzieś po trzydziestce... I tak by można długo.

Nie o to mi tu chodzi - chodzi mi o rzeczy naprawdę imponujące, i z którymi można, a nawet warto, się w jakimś stopniu "utożamić". Mówię o gościu strzelającym karnego w sytuacji, gdy od jego stopy zależy przyszłość narodu (ach!)...

Mówię o bokserze, który dostając potworne cięgi, wciąż jednak pamięta, że to jego zawód, że nie czas teraz na zastanawianie się, czy nie było lepiej wziąć tę pracę w pizzerii u stryja, kiedy mu ją proponowano, zamiast tego koszmaru co teraz... I to się jeszcze szybko nie ma zamiaru skończyć.

Ani nawet (wciąż mówimy o bokserze) - choćby i wygrywał wysoko, ale i tak co pewien czas może dostać bombę, po której mu dzwoni w uszach i wzrok się zaćmiewa (ktoś z was to przeżył?), a on nawet nie może jęknąć "ch... d...a i kamieni kupa!", bo przeciwnik dostanie zastrzyk energii i te rzeczy.

Plus sprawy poznawcze, naprawdę liczne i często istotne, które można wyciągnąć z kontemplowania sportu uprawianego przez innych, ale to już jest właśnie to, o czym teraz nie będzie mówione.

* * *

Skoro z tym kibicowaniem jest tak fajnie, to dlaczego każdy sensowny Bonobo, widząc typowego dzisiejszego kibica... Takiego stadionowego na razie sobie bierzemy na warsztat - tego z wymalowaną twarzą, z meksykańską falą, z wuwuzelą, w czapeczce...

(UWAGA: Nie mówimy tu o tzw. "kibolach"! To całkiem inna kwestia. Nie mówimy też o kibicowaniu Polonii Golina i tego typu lokalnym klubom! Mówimy o Mundialach, a co najmniej meczach międzynarodowych. I to w sumie, w tej chwili, tych bez "naszej" reprezentacji, bo wtedy rolę grają całkiem inne, choć też często dziwne, czynniki.)

Dlaczego zatem ten miniaturowy nasz krewniak, widząc takiego... Lub widząc raczej stado takich, bo to stworzenia stadne... Dlaczego on zatem krzywi się pogardliwie i pod nosem syczy coś o lemingach?

I czemu ten nasz przyjaciel, ten nasz kuzyn, widząc siedzącego przed telewizorem - nawet bez czapeczki, bez wuwuzeli (sąsiedzi by mu dali!), bez wymalowanej twarzy... Jedynie z piwem, telewizorem i tym kibicowaniem... Czemu on, ten Bonobo, także nie przejawia zachwytu? A przecież powinien - testosteron i to wszystko!

Gorzej! Jeśli ten Bonobo czuje się polskim patriotą, to na widok typowego polskiego kibica - powiedzmy piłkarskiego, bo takich najwięcej i to akurat na czasie - czemu on jest smutny, a z jego oczu często, całkiem dosłownie, płyną rzęsiste łzy?

A dlatego, jak sądzę, że ten nasz rodzimy kibic - ten wielbiciel futbolu, siedzący sobie spokojnie, bez wuwuzeli i z gołą głową, przed rodzinnym telewizorem - uwielbia "piękny futbol". Uwielbia go i nie znosi żadnego innego. Kiedy widzi jakiś inny, to po prostu cierpi. Geneza tego zjawiska? Cóż, co najmniej to, że mu to wpojono, że mu to wpajano przez dziesieciolecia, i to nie byle jaka machina się tym zajmowała.

Cóż jednak jest nie tak z tym "pięknym futbolem?", spyta ktoś. Na co odpowiem (w dużym skrócie, bo to wielki temat, a ja mam zamiar za chwilę to skończyć), że "piękny futbol" to jest taka futbolowa imitacja jazdy figurowej na lodzie... (Wyjaśnił się ów dziwny początek tego tekstu, prawda?) Albo może pływania synchronicznego - minus te urocze klamerki na noskach, oczywiście.

O ile ktoś naprawę sam kopie piłkę i przywiązuje do tego sporą wagę... A do tego kopie tę piłkę bez porównania lepiej od np. Donalda T., obecnie premiera III RP - któren to robi, jak sugerują pokazywane czasem w telewizji migawki, marnie - no to zgoda! Albo trenuje przynajmniej jakąś podwórzową drużynę. Wtedy podpatrywanie, ale także "wchłanianie przez osmozę", technicznej maestrii różnych tam Brazylijczyków ma swój sens. Coś z tego wynika.

(Ja na przykład, w taki sposób oglądam boks czy MMA, choć żadnym zawodnikiem nie jestem, a rękawice zdarza mi się założyć, dać i dostać w ryło, raz na parę lat... No, parę razy. Ale jednak wciąż mam poczucie, że to mi się przyda, albo przydać może. To było obowiązkowe zjadanie własnego ogona, of course. Tak samo będzie patrzył ktoś grywający czasem w tenisa na jakiś Wimbledon, choć przepaść pomiędzy nim i tamtymi zawodnikami jest przecież kosmiczna.)

Dla innych ludzi, dla typowego inteligenta w średnim wieku patrzącego na mundialowy futbol, ten aspekt sprawy po prostu nie istnieje. W sensie, że nie ma powodu istnieć, bo go naprawdę nie dotyczy. Dla niego cudne opanowanie piłki przez Brazylijczyków to dokładnie to samo, co cudne skoki homoseksualnych (albo świetnie udających) figurowych łyżwiarzy, bo jazdy figurowej taki ktoś (dzięki Bogu!) też na ogół osobiście nie uprawia.

Piękne zgranie i celne podania... (A przyznam, że sam nie znoszę niecelnych podań, chyba najbardziej ze wszystkiego, co oferuje futbol.) Piękne zgranie zatem - czy to nie jest całkiem jak pływanie synchroniczne, że spytam? (Minus oczywiście te klamerki, choć parę lat temu niektórzy próbowali i temu zaradzić - pamiętacie?)

Tym co naprawdę jest ważne w tym obcym, międzynarodowym, mundialowym futbolu - dla Bonobo i dla sensownego kibica - jest WALKA! Nerwy, czyli te karne, które wspomnieliśmy sobie wcześniej. Ryzyko. Odporność psychiczna. Wydolność fizyczna też oczywiście, ale z naciskiem na to, że kiedy już całkiem nie możesz (ktoś to jeszcze z dzieciństwa pamięta, jak to się czuje, kiedy ze zmęczenia masz ciemno przed oczyma itd.?)

Piękny techniczny boks (żeby na chwilę znowu odejść od piłki nożnej) jest, czy może być, fascynujący dla kogoś, kto chce swój własny boks poprawić, albo lepiej trenować kogoś innego. Piekny futbol jest interesujący dla specjalistów i ludzi futbol praktykujących.

(To trochę tak, jak z urodą modelek, by the way: w tej branży królują homoseksualiści, więc masy w miarę normalnych facetów nabierają się na te ich dziwaczne gusta. Przy założeniu, że sprawozdawcy sportowi i eksperci są uczciwi, to by mogło być wytłumaczenie i tego zjawiska, o którym mówimy!)

Mecz, czy walka bokserska, w której obie strony stosują te same środki, i chodzi tylko o to, kto w danym dniu będzie je stosował nieco, odrobinę, lepiej - to z założenia skrajna nuda. Pułapka na zmanipulowane lemingi po prostu. Pułapka na współczesnych biednych, zahukanych, zagubionych i niemal już skastrowanych, facetów.

Naprawdę fascynujące są zawsze walki GAMBITOWE! W sensie, że każda ze stron stosuje INNE środki. (Najczęściej dlatego zresztą, że innych nie może czy nie potrafi.) Kiedy jeden bokser jest super technikiem, walczącym na dystans prostymi, drugi zaś odpornym na ciosy sluggerem, dysponującym usypiającym prawym sierpem. Warianty tego tematu można podawać godzinami, z wielu sportowych dyscyplin, i ilustrować je konkretnymi przykładami.

To samo dotyczy futbolu. Niby dlaczego miałoby nie dotyczyć? Jeśli mam rację (a na ogół miewam), to wczorajszy mecz Kostaryki z Holendrami w ćwierćfinale Mundialu był - wbrew jękom masy przeróżnych "prawdziwych wielbicieli futbolu", opłakujących "nudną, powolną i prymitywną grę" - właśnie najbardziej emocjonującym (nie na sto procent jednak, bo wszystkich na początku nie widziałem).

Kostaryka robiła to, co potrafiła - oczywiście, że ta drużyna, warta oficjalnie jakąś piętnastą część tego, co jej przeciwnik - nie była w stanie sprostać Holandii na jej terytorium. Czyli na terytorium "pięknego, technicznie zaawansowanego futbolu". (Fanfary, werble, chóry starców.) Jednak, przy swym technicznym prymitywiźmie, potrafiła walczyć tak, że Holendrzy w żaden sposób sobie z nimi poradzić nie mogli.

Naiwny oglądacz, uważający się, o dziwo, z reguły, za "wyrobionego i znającego na rzeczy kibica", widzi tylko to, co na powierzchni. "Widzi drzewa, nie widzi lasu", żeby zacytować zgraną kalkę. Widzi piękne lewe proste, widzi celne podania i ładne dryblingi... (Chwała mu i za to, bo bywa jeszcze gorzej.)

Nie dostrzega jednak na przykład tego tego, jak szanse na zwycięstwo przechodza od jednego przeciwnika do drugiego. Powoli, albo z nagła, czasem zaś oscylując. I to właśnie jest o wiele ważniejsze od cyrkowych sztuczek i zgrabnego łapania na spalone!

We wczorajszym meczu - założę się - większość "wyrobionych kibiców" nawet się nie zastanowiła, na czym mianowicie polegała szansa Kostaryki na sukces, do czego oni "strategicznie" (choć to zbyt duże słowo na jeden mecz, jednak "taktyka" to coś mniejszego) dążyli... Ani dlaczego Holendrzy byli aż tak nerwowi, co się przecież zaczęło bardzo wcześnie.

A TO właśnie są, moim skromnym, sprawy stanowiące o sensie oglądania sportu, pasjonowania się sportem (przyznam wprawdzie, że ja już mam to raczej za sobą, choć wciąż pamiętam te emocje) - dużo bardziej niż śliczne dryblingi, podbijanie piłką (widzieliście co potrafią z piłką robić w cyrkach? i to o ile taniej!), celne strzały... Które w sumie żywotnie dotyczą tylko bardzo niewielu z nas.

No to dobra, to będzie na tyle. Ew. Czytelników pozostawiam z zagadnieniem wciąż pozostającym do rozwiązania - dlaczego mianowicie polski patriotyczny mini-szympans Bonobo nie może się powstrzymać od płaczu na widok standardowego polskiego kibica? No bo jaki niby ma związek ta Kostaryka i całe to kibicowanie z Polską i z (nie bójmy się tego słowa!) Tygrysizmem? A jednak ma, tylko trzeba nieco, na odmianę, pomyśleć.


triarius