piątek, sierpnia 01, 2014

Jak najlepiej uczcić rocznicę Powstania

Uczcij rocznicę Powstania, uczcij bohaterstwo i patriotyzm przodków - zapisz się na MMA!


(Chciałem to wyrazić lapidarnie i jędrnie, więc już np. pominąłem kwestie w rodzaju czniania obchodów i wszelkiego tego typu pedalstwa. czy niebrenzlowania się martyrologią. Muszę jednak uzupełnić, że istnieją b. dobre alternatywy dla MMA, gdyby ktoś akurat z jakichś powodów wolał. Jeśli kogoś interesuje moja opinia na ten temat - niech zapyta.)

triarius

poniedziałek, lipca 28, 2014

O konwulsjach sztuki w szponach nieletnich genuszy

Zrobimy sobie tak... Będą tu zasadniczo DWA RÓŻNE TEKSTY - jeden krótki, jasno napisany i węzłowaty, który sobie oznaczymy na żółto, jak to tutaj... A umieścimy to w środku takiej, jak często u nas, gawędy ślacheckiej virtualis. Której można sobie, jeśli ktoś tego nie lubi, z czystym sumieniem nie czytać.

Po co ja w ogóle takie długie i barokowe kawałki piszę, skoro potrafiłbym jasno i prosto? No a po co jasno i prosto? Żeby każdy rzucił okiem, pokiwał głową "dobrze napisane i ma sens!", a po pięciu minutach kompletnie zapomniał o czym to było i co ja mu chciałem w duszę wsączyć? Czyli żeby było jak z jakimś spotkaniem Jacka Kuronia z młodzieżą?

Byłem na takim, z tego co pamiętam, jeszcze przed sierpniem '80, ale całkiem niedługo. Na gdańskim uniwersytecie. (Daje do myślenia, prawda?) No i dokładnie taka była moja reakcja. Nie chcę tego, lubię barok, a jak już odkładam inne rzeczy, co je mam do roboty, aby odpalić bloggera, to sobie poszaleję, bo mam ci ja bujną osobowość i to dobrze jest, jak wychodzi w pisaniu. Ale, powtarzam - nikt nie musi tego czytać, jeśli woli, to dostaje szansę na czyste (suszone w dodatku) mięso, tam gdzie jest na żółto.

* * *

Gdyby nie to, że mało co mnie tak brzydzi, jak facet dobrowolnie i bezinteresownie babrzący się w położnictwie (nie mówimy o ginekologii porównawczej!), rzekłbym może, iż noszę w sobie kilka naprawdę głębokich i istotnych tekstów (i one by nawet by nie potrzebowały naszego funkowo-postmodernistyczno-gawędziarskiego stylu!), które by bryłę świata mogły co najmniej lekko w tych jej posadach poluzować.

Jednak z ciążą mi do twarzy (po angielsku to się nazywa, że "I'm simply glowing"), poranne mdłości zwalam na to, że jak otwieram oczy, to od razu widzę dokoła realny liberalizm, i to właśnie on powoduje. Bo taka jego wszawa natura. Tak, że te ważne teksty zostawimy sobie na zaś - niewykluczone że na Święty Nigdy, a na razie coś, co mi spontanicznie przyszło do głowy (zapłodnione oczywiście telewizją, bo czym by innym mogło?), i co znowu będzie dotyczyć Sztuki. (Obsesja jakaś?)

I w ten sposób wykonaliśmy normę zjadania własnego ogona, które to zjadanie, jak każdy wie, jest dla każdego dobrze rozkwitniętego systemu czy dzieła sztuki (literackiej w tym przypadku) absolutnie niezbędne. A teraz do rzeczy! Otóż pokazali dziś na francuskim kanale czternastoletniego jazzowego pianistę, który zaszczycił swymi występami odbywający się akurat teraz w Kanadzie jazzowy festiwal.

Taki niezbyt wielki (nic dziwnego), sympatycznie wyglądający kanadyjski Murzynek. Puścili kawałek jego grania, no i rzeczywiście - chciałbym do tego poziomu techniki dojść po najdłuższym życiu! Nie że to mnie to jego granie jakoś uwiodło, czy mną wstrząsnęło - nic takiego! Super technika, pełny profesjonalizm, i taki jazz, jaki się słyszy od dziesięcioleci.

Od czasu co najmniej, gdy każdy praktycznie jazzowy muzyk kończy "odpowiednią" szkołę wyższą, czy równie "odpowiedni" wydział konserwatorium, poświęcony muzyce jazzowej. I wszyscy grają dokładnie tak samo (tak samo nudno), choć oczywiście, z głębi tej ich wiedzy o harmonii, im samym się wydaje, że są nieludzko oryginalni.

Jako gość, który pół wieku temu z absolutnie nieudawanaym zachwytem wsłuchiwał się w Hot Five i Hot Seven Armstronga... (Wiadomość dla profanów - to był CAŁKIEM INNY Armstrong od tego w "Hello Dolly", żeby już nie wspomnieć rzeczy jednoznacznie upiornych, jak "What a Beautiful World"!) Jako gość, który jazzem - bardzo zresztą różnym - podniecał się przez lat kilkadziesiąt...

Który sam całkiem nieźle, choć totalnie amatorsko, grał na alcie (a dużo gorzej, bo sąsiedzi i wrażliwe zatoki przeszkadzali, na trąbce i pianie, że gitarę pominę milczenem), który potrafił po paru dźwiękach rozpoznać całą masę tenorzystów w nieznanym sobie, oczywiście, utworze.

Który kilkadziesiąt solówek Parkera znał na pamięć, który wysłuchał masę jazzu na żywo (ostatni był Nat Adderley z sekstetem; tuż przedtem Chet Baker w uppsalskim klubie na "Górce rakarza", siedziałem mu niemal na kolanach, no a całkiem niedługo potem on zmarł)... I tak dalej.

Powiem, że ten DZISIEJSZY jazz wydaje mi się już całkiem nikomu tak naprawdę do niczego nie potrzebny. (Nie mówię tu o zarobkach wykonawców i pośredników.) To się jakoś skończyło wraz z Hard Bopem Horace Silvera, jeszcze Free dało się czasem posłuchać, choć nieczęsto, Rock Jazz to było po prostu coś potwornego (z drobnymi zaiste wyjątkami, jak wczesny Correa)...

Jeszcze Bossanova ze Stanem Getzem i Charlie Byrdem (lub Almeidą) to było COŚ. Teraz temu dzisiejszemu jazzowi trudno niby cokolwiek zarzucić, tyle że - PO CO on właściwie? Kogo zdrowego na ciele lub umyśle może to kręcić? To nie jest muzyka, która by, moim zdaniem (zdaniem starego, choć już od dawna ex, jazz-fana, jakby nie było) mogła być komukolwiek do czegokolwiek potrzebna. No, poza snobami do snobizmu i takimi sprawami. Bo tak - ani do tańca, jak Swing, ani do prawdziwego słuchania.

No i ten Murzynek, grał jak najbardziej profesjonalnie ten dzisiejszy jazz, ale też nic więcej. A zetknęli go z jakąś dorosłą gwiazdą, podobno weteranem i znakomitością, i oni sobie rozmawiali jak dwaj fachmani. No i oczywiście się nim, w tym programie, tym Murzynkiem, okrutnie, przez te parę minut, zachwycali.

No i tak mi przyszło do głowy, że jednym z objawów schyłku każdej wielkiej sztuki - bo jazz, choć jego cała ewolucja, od prymitywnych w sumie, samouckich ryków kornetu Kinga Olivera, do tego dziwnego czegoś, czego bractwo uczy się dziś w konserwatoriach, a potem serwuje jakimś dziwnym ludziom o wątpliwej, jak dla mnie, muzykalności... Że już nie rozwinę.

(Choć z ręką na sercu - trzyakordowe Country bywa super wyrafinowane, jak się umie słuchać, a w tych, rzekomo wyrafinowanych jak cholera dzisiejszych jazzowych harmoniach i rytmach człek słyszy cały czas ten sam jałowy szum. Fakt, że to być może wymaga trzydzistu lat wcześniejszego intensywnego słuchania i studiów.)

Przyszło mi zatem do głowy, że jednym z objawów schyłku każdej wielkiej sztuki może być pojawianie się MŁODOCIANYCH GWIAZD. Jak ten nasz, sympatyczny skądinąd i z pewnością obiektywnie bardzo muzykalny, Murzynek, albo jak... No kto by inny, niż, drodzy państwo, Mozart? Mozart wyraźnie stoi na jakiejś granicy - w sensie muzycznym; muzyczno-kulturowym; czy w ogóle "socjologicznym" - ale w związku ze sztuką. (A także, dla tych co wiedzą, także przecie, w spenglerycznej historiozofii.)

Mamy więc Mozarta, mamy naszego Murzynka... Innych nieletnich geniuszy, w różnych dziedzinach sztuki zresztą, też nam niemało od czasów Mozarta zaprezentowano... No a w muzyce popularnej - nie mówię tu o Swingu, który popularny przecież kiedyś był - tylko o różnych tam pioseneczkach, mniej lub bardziej tanecznych, mniej lub bardziej sentymentalnych - to przecież co drugi to nieletni geniusz, i tam nawet nie trzeba go z tego tłumaczyć, bo to po prostu ZALETA.

Niewykluczone, że takie coś - ów wysyp nieletnich geniuszy - może świadczyć o tym, że dana sztuka jest już całkowicie w szponach przeróżnych macherów, inwestorów, pijarowców, mafiosów, czy jak to nazwać, którzy sobie z nami, za pomocą tych swoich mikro-geniuszy i ich pazurków pogrywają w jakieś swoje gry. Zresztą - choćby to nawet miały być opuszki palców, co za różnica?

Przy czym sama ta sztuka w konwulsjach sobie umiera, ale komu to przeszkadza? Nikt tego nawet przeważnie nie dostrzega, zresztą w zamian ma przecie nieletnich geniuszy, a to nie byle co! Taka sobie myśl, nie wiem na ile słuszna.

triarius

niedziela, lipca 27, 2014

O Sztuce - tekst dla ludzi niedotkniętych wirusem szpęgleryzmu (część 4)

"A panna O'Murphy? Panna O'Murphy i jej przecudny przecież tyłeczek?"

Kierujemy wzrok w tamtą stronę i widzimy, w trzecim rzędzie, tego kto zadał pytanie. Pięknego jak grecki bóg młodzieńca, który w podnieceniu bezwiednie miętosi... Chciałem powiedzieć "pierś", ale nie powiem, bo nie chcę, żeby moi, bardzo przecież nieliczni, P.T. Czytelnicy powymierali. Na apopleksję, priapizm lub ciągotkę nerwicową. Powiem więc zamiast tego "dłoń"...

Dłoń prześlicznej dziewczyny, wyglądającej na Japonkę, więc możliwe, że to jego siostra. (Trochę estetyki w tekście o sztuce, mimo tego, cośmy sobie powiedzieli o puchatych kociętach, nie zaszkodzi!) Dziewczyna lekko zagryza z bólu wargi, ale jej oczy z niemym zachwytem spoczywają raz to na młodzieńcu, raz to na Panu Prelegencie. Ach!

Fakt, panna O'Murphy ze znanego (niektórym) obrazu... Przepiękna dziewczyna, do tego dziko smakowita, leżąca w pozie, którą eufemizmem byłoby nazwać "prowokującą", z tym dumnym tyłeczkiem podającym się widzowi jak na tacy...

Nawet pomijając hormony, emocje i uderzenia gorąca - to JEST pewien problem dla kogoś głoszącego, że to, co naprawdę piękne samo w sobie, dziwnie marnie wypada na obrazach i w rzeźbach, więc w takim prostym łączeniem Piękna i Sztuki - jakby to było to samo - jest jednak chyba spora porcja naiwności.

Albo raczej - to MÓGŁBY być dla nas pewien problem. Bo nie jest. My sobie nie z takimi problemami radzimy! Odpowiedzmy zatem naszemu młodemu słuchaczowi, z nadzieją, że nasze słowa, naszym melodyjnym głosem wypowiedziane, dotrą także do uszu jego uroczej partnerki, pieszcząc obie te cudowne małżowinki.

(Swoją drogą, trochę późno na to ostrzeżenie, ale ten tekst, ten odcinek naszego wielkiego cyklu, nie nadaje się chyba aż tak bardzo dla dzieci. I dla młodych panien też chyba nie. Cóż, bywa, sorry!)

No to odpowiadamy... W kwestii formalnej, młody człowieku, to nie taka znowu "panna". Oczywiście - młoda (choć z pewnością nie dość dla pana Cohn-Bendita czy pana Polańskiego) i niezamężna. Jednak gdyby kiedyś miała w końcu iść do ślubu, to raczej nie na biało, bo groziłoby to rozruchami . Co najmniej. Więc, ściśle rzecz biorąc, żadna panna.

Temat tego akurat obrazu, faktycznie, sam w sobie dziko estetyczny. Nie będziemy się tu publicznie ślinić na temat tej dziewczyny (bo od czego jest prywatność?), ale jest ona do schrupania, z kosteczkami, i to wyrażając to bardzo oględnie. No a ten jej tyłeczek: wyniosły, schludny, wręcz stworzony na miłych harców przystań lubą...

Obaj jesteśmy ludźmi światowymi i chyba jedyne co możemy teraz rzec, to że ten Ludwik XV co do kobiet to miał rzeczywiście niezły gust. Mimo tej upiornej Markizy de Pompadour, która nawet sam tytuł, w sensie nazwisko, miała operetkowy.

Nam tu jednak sprezentował ów król pewną intelektualną zagwozdkę, tak? Tak myślisz, młody czlowieku? Otóż my tę zagwozdkę całkiem łatwo rozwiążemy! I to będzie dodatkowe piórko do naszego kapelusza, dodatkowy kutasik do naszego słuckiego pasa!

Słuchaj więc, mlody człowieku. Spójrz na tę panią... Nie mówię o twojej, rzeczywiście przecudnej, towarzyszce, która jednak jest na razie, bardzo ładnie i elegancko, ale jednak ubrana... Mówimy o pannie (pannie, hłe hłe!) O'Murphy. Leży ona sobie, ten tyłeczek... Ach! Nieważne!

Przecież to by mogło być zdjęcie! To jest śliczna goła dziewczyna w bardzo nieprzyzwoitej (choć ślicznej i w sumie eleganckiej) pozie, namalowana tak wiernie i bez żadnej stylizacji czy udziwnień, jak to w ogóle w XVIII w. było możliwe. Nie mieli aparatów fotograficznych, więc jak chcieli mieć coś jak zdjęcie, to musieli malować.

Gdyby pokazano nam zdjęcie wyglądające niemal w stu procentach tak, jak ten obraz, co byśmy powiedzieli? "Soft porno" przecież byśmy zakrzyknęli! Magna voce, w dodatku. Może akurat wyjątkowo śliczniutkie soft porno, ale przecież i takie bywają. (Wszyscy kastrowani ministranci i cnotliwe dziewice zasłaniają uszy!)

Kiedy zobaczymy zdjęcie ślicznej gołej dziewczyny na tyle prowokacyjne i na tyle "estetyczne", jak ten obraz, to powiemy że to "Sztuka"? W sensie że fotograf coś tam dodał od siebie, dołożył jakąś wartość dodaną - a nie tylko wziął estetyczny obiekt, jak tego puchatego kotka, i sobie to plamka po plamce odwzorował?

Raczej nie, prawda? Albo się ucieszymy tym zdjęciem, albo się nie ucieszymy, może nawet nas to odrzuci czy oburzy - ale tak czy tak to będzie "fotografia erotyczna" czy "soft porno" - a nie "Sztuka". No to jaka jest w istocie różnica między takim zdjęciem i takim niemal samym obrazem?

Rzemiosło wykonawcy? Jego jakość? I trudność jego opanowania? Oczywiście - namalowanie obrazu wymaga o wiele więcej czasu, nie mówiąc już o opanowaniu warsztatu, ale jeśli TO ma być zasadniczym kryterium...

Kryterium tego, co jest, a co nie jest Sztuką - no to, daruj młody człowieku (może jednak daj tej dziewczynie spokój, nie że coś, bo nie będzie mogła potem włóżyć... rękawiczki) - mamy całkiem nowe kryterium, które nam wszelkie dotychczasowe rozważania wywraca do góry nogami, jak również wnioski z nich...

Tylko że to by jednak była chyba przesada, żeby dobre rzemieślnicze wykonanie automatycznie utożsamiać ze "Sztuką", w sensie "Sztuki" - tym bardziej, że mówimy o "Sztuce" ambitnej i mającej wielkie pretensje co do swego znaczenia.

To, czy czysto rzemieślnicza jakość wykonania w ogóle ma jakiś związek z jakością konkretnego dzieła sztuki, należałoby dopiero ustalić. Jest to z grubsza ta sama kwestia, co kwestia znaczenia samego WARSZTATU dla klasy dzieła i klasy artysty. Jednak ja tu odruchowo odrzucam tezę, że rzemiosło miałoby wprost DECYDOWAĆ o jakości sztuki.

To, czy np. "malarz musi umieć namalować konia, żeby było widać że to koń", wydaje się w pierwszej chwili dość oczywiste i pewnie jakoś tam wypada się z tą tezą, młody człowieku, zgodzić, ale jednak my, ludzie wyjątkowo dociekliwi, nawet tego nie powinniśmy przyjmować bez sprawdzenia.

W każdym razie, co do panny O'Murphy, to wydaje się, że jest to "Sztuka" w dokładnie takim samym stopniu - plus, nieustalona na razie, wartość rzemiosła malarskiego, minus wartość rzemiosła fotografa erotycznego - jak zdjęcie w jakimś "Readers' Wives". (Lub innym "Penthouse", ale raczej takim z lat '60 jednak, potem to się zrobiło sporo ostrzejsze.)

Obraz przedstawiający pannę O'Murphy wydaje się nam, Tygrysistom, czystą w sumie pornografią - to że raczej subtelną i w niezłym smaku (sorry ministranci!), niewiele zmienia. To po prostu były inne czasy i gdzie indziej przebiegała granica wulgarności. Tym niemniej i dziś można znaleźć w sieci setki zdjęć, które się niczym istotnym od tego obrazu nie różnią.

Nawet tak śliczne dziewczyny, jak panna O'Murphy, nie są wcale aż takimi wyjątkami. (Natomiast twoja, mój młody przyjacielu, towarzyszka, ach! Trochę tylko szkoda, że już biedactwo zasnęło i nie słyszy naszych przemądrych samczych słowiczych tryli.)

* * *

Temat jest super, rozwija nam się nieźle (choć dziś w sumie śmy się sporo powygłupiali), ale chyba sobie na razie dalszy ciąg odpuszczę, bo to już dziwnie długo trwa. Gdybym, jakimś dziwnym trafem, miał żyć wiecznie, to jeszcze do tego cyklu bez wątpienia wrócę.

triarius

P.S. No dobra ludzie. Pewnie nie wiecie kto to jest panna O'Murphy, więc, żebyście sobie zębów nie połamali szukając, ja wam ją tutaj wkleję. (Pędzlem operował, by the way, niejaki Boucher, czyli na nasze Rzeźnik, co się dość zabawnie komponuje - n'est-ce pas? Facet miał szczęście oglądać to cudo w 3D, ale zazdrość to brzydka cecha, więc cicho!)


A tu macie na pociechę gołą Merkelę. (I teraz rozumiecie, dlaczego Gugiel musi usuwać linki, które komuś nie pasują?)


sobota, lipca 26, 2014

O Sztuce - tekst dla ludzi niedotkniętych wirusem szpęgleryzmu (część 3)

 Poprzednie części są tutaj:

http://bez-owijania.blogspot.com/2014/07/o-sztuce-tekst-dla-ludzi-niedotknietych.html

http://bez-owijania.blogspot.com/2014/07/o-sztuce-tekst-dla-ludzi-niedotknietych_26.html

* * *

Przerwijmy sobie na chwilę tok naszego kazania i posłuchajmy ewentualnych pytań z sali. Pan w drugim rzędzie? Nie pan, tylko ten pan obok! Ten z tym dość inteligentnym wejrzeniem.

Tak, dziękuję! Jeśli dobrze zrozumiałem, to chciałby pan wiedzieć, dlaczego właściwie wciąż przypominamy, iż chodzi o sztukę współczesną, skoro nie jest to tekst z tezą i nie zamierzamy od początku udowadniać (jak w tym poprzednim cyklu, który nam się tak żałośnie wykoleił), że np. sztuka współczesna do dno?

Odpowiedź jest dość prosta. Artysta dzisiejszy tworzy dla dzisiejszego odbiorcy, czyli dla nas, w związku z tym o wiele łatwiej nam rozszyfrować jego zamiary i istotę tego co robi. Artysta z przeszłości (zakładając oczywiście, że też w ogóle istniał) pracował raczej dla ludzi jemu współczesnych, lub ewentualnie dla jakiejś mglistej "przyszłości" - a więc nie wprost dla nas. (Niektórzy zaś także, a może nawet w zasadniczej części, pracowali dla Boga, ale to nam nic w tej chwili nie zmienia.)

Z czego z kolei wynika, że albo musimy badać relację pomiędzy nim i nami - a nie jesteśmy przecież "naturalnymi" i zamierzonymi odbiorcami jego dzieł; albo też musimy się próbować wczuć w psychikę, gusta i potrzeby ludzi z całkiem innej od naszej epoki, żeby tamtą sztukę w jej właściwym kontekście zrozumieć.

Co może być bardzo interesujące, oczywiście, nawet niewykluczone że niezbędne, ale na pewno jest trudniejsze i nie od tego zaczynamy. No a niektórzy mogliby twierdzić, że w ogóle nie jest możliwe wczucie się w kogokolwiek, więc to zawsze będzie tylko bardzo zgrubne przybliżenie. Zarzut ten nie jest bynajmniej bezsensowny - sprawa (poza oczywiście samą jakością wykonania takiej analizy) polega niemal wyłącznie na tym, jak zgrubne przybliżenie nam w istocie wystarcza.

Ktoś jeszcze? Tak, pani w... Jedenastym rzędzie, proszę! "Co z pięknem? Przecież sztuka to kwestia estetyki i piękna." W porządku, zrozumiałem i już odpowiadam. Najkrótsza zapewne z dobrych odpowiedzi na pani pytanie będzie zapewne taka, że przecież związek sztuki i piękna nie jest wcale aż tak oczywisty, jak się często ludziom wydaje. A już na pewno sztuki współczesnej.

Czy może - żeby to wyrazić ostrożniej i jednocześnie bardziej w zgodzie z naszymi własnymi odczuciami - z tym, co się dziś za sztukę, tę współczesną, uważa, i co chłonie, ceni i podziwia współczesny standardowy znawca sztuki. Przecież ta sztuka (żeby już nie kombinować przy nazwach), czyli "sztuka współczesna", często, jeśli nie przeważnie, odrzuca wszelkie "piękno", uznając je za banał, kicz i co tam jeszcze.

I w dodatku my tutaj, w tygrysicznym gronie, wcale, z tego akurat powodu, potępić jej nie potrafimy! Bob Dylan, niebylejaki muzyk w końcu, rzekł był: "Piękna może być tylko szpetota, bracie!" I rzekł całkiem sensownie. Mówię to nie tylko dlatego, że to krótkie, proste zdanie bardzo mi pomogło w początkach liceum w moich kontaktach z dziewczynami.

Podejrzewam nawiasem, że najbardziej je podniecało owo "bracie". A przy okazji, choć obiecałem tutaj nie pakować żadnej szpęglerystycznej terminologii i aparatu pojęciowego, to Dylan nie jest tego typu artystą, którego byśmy w tej naszej analizie mieli jakoś specjalnie na myśli.

My tu rozmawiamy przede wszystkim o sztuce ambitnej, dętej, ktoś by rzekł "z pretensjami" (szpęglerystycznym "Ornamencie", ale sza!), a Dylan to jednak bliska folkloru sprawa względnie prostej i "bezpretensjonalnej" w sumie muzyki, jaka będzie, da Bóg, istniała tak długo, jak długo będzie istniał sam człowiek. ("Imitacja", ale to całkiem poza tokiem naszego wywodu i proszę to natychmiast zapomnieć!)

Oczywiście wokół Dylana mogły być różne, mniej lub bardziej szemrane, związne z wpływaniem na psychikę i propagandą sprawy (z forsa też), ale jednak sam Dylan, jako muzyk (a muzykiem był niezłym, szczególnie jeśli za konkurencję będziemy uznawać przereklamowane zera w rodzaju Michaela Jacksona), to rzecz dość w sumie bezpretensjonalna (no bo przecie żaden Penderecki!) - i chwała mu za to!

Co do piękna zaś, to czy jest coś piękniejszego niż mały kotek? Albo soczysty damski udziec, żeby nie powiedzieć "posterior"? I te rzeczy nie są przecież "sztuką" - w sensie malarstwa czy rzeźby, że już pominiemy muzykę. W istocie każde chyba przedstawienie małego ślicznego kotka w postaci "artystycznej" będzie koszmarną szmirą.

Gdyby nawet ktoś potrafił zrobić to lepiej (a byłby to w takim razie niebylejaki artysta!), to i tak sam kotek, w naturze, bez udziału artysty, farb, płótna, granitu, marmuru, brązu, splatanych ze sobą w wyrafinowany sposób nitek, czy innej tam wypalanej gliny  - będzie znacznie lepszy. Jeśli ktoś zna przykłady czegoś przeciwnego, to jestem niezwykle spragniony je ujrzeć!

To samo zresztą z damskim posteriorem. A jest to przecie temat o wiele częściej traktowany pędzlem i dłutem przez ambitnych i (w miarę przynajmniej) prawdziwych artystów. Mimo to, że pojawiają sie owe posteriory w tysiącach i tysiącach obrazów i rzeźb, często naprawdę niezłych - bo i nie mówimy tu, w tej chwili, wyłącznie o sztuce współczesnej...

To i tak nie spotkałem się jeszcze, a żyję długo i wciąż się rozglądam, z dziełem sztuki, gdzie by damski posterior zasługujący na to dumne miano był piękniejszy niż w oryginale. To wydaje się być po prostu NIEMOŻLIWE! Jasne - mogą być posteriory, i soczyste udźce, w jakichś tam "Śmierciach Sardanapala", które wywołują różne rozkoszne (ach!) i jakżeż artystyczne skojarzenia.

Czy w jakichś tam rokokowych nimfach pluskających się w źródełku. Ale zawsze jednak - albo posterior jest ważny i każdy prawdziwy koneser wie, że w oryginale był o niebo bardziej interesujący; albo też posterior stanowi jedynie mało ważny detal, co poniekąd jest smutne, bowiem zasługuje na o wiele więcej.

Piękny jest też (odpowiednio piękny, bo wcale nie każdy) koń, piękny jest dla znawcy (piękny) prawy prosty... Tu jednak, choć może w sposób nieco mniej jaskrawy, niż w przypadku kociąt i soczystych posteriorów - oryginał będzie o wiele lepszy od każdego jego odtworzenia w postaci "sztuki". (No a prawe proste to w ogóle w ambitniejszej sztuce nie bywają odwzorowywane, a przynajmniej nie tak, by było na czym oko zawiesić.)

Usatysfakcjonowałem panią? No to się bardzo cieszę!

* * *

To na razie by było tyle.

c.d. (tu powinienem rzec "Deo et triario volentibus", ale trochę mi głupio tego ablativusa pluralis do siebie i Boga jednocześnie stosować; z kolei liczba pojedyncza w oczach znawców może być po prostu niegramatyczna... No więc niech będzie samo "Deo volente", ale ja też jednak mam tu coś do powiedzenia!) n.

triarius