Alistair Crowley wynajął kiedyś dla siebie i swojej trzódki dom w jakiejś zabitej deskami szkockiej wsi. Szybko zaczął się tam jednak nudzić... (Widocznie nawet analny seks ku czci Belzebuba może się przejeść, jeśli ciągle ogląda się te same gęby. You live and learn!) Żeby się rozerwać pisał więc listy do prasy, a w każdym skarżył się na "dokuczliwy problem prostytucji". Że niby w tym właśnie, odludnym miejscu.
Brać dziennikarska oczywiście nie mogła sobie za bardzo wyobrazić tej masowej i ostentacyjnej prostytucji w sielskim i znanym z kalwińskiej moralności regionie i w końcu postanowiono to sprawdzić naocznie. Do wiochy oddelegowano reportera. Prostytutek nie znalazł, a kiedy zgłosił pretensję do autora owych listów, otrzymał odpowiedź, że "prostytucja w tej miejscowości jak najbardziej jest problemem - przez swoje nieistnienie".
Historyjka dość zabawna, ale też bez przesady. Sam Crowley to dość ciekawy gość, a kiedy niedawno Adaś ujrzał w książce jego zdjęcie, nie mógł uwierzyć, że to nie mnie widzi. Z czego wynika, że gość był męski, przystojny, a jego twarz tryskała inteligencją. Mógłbym wiec tę anekdotkę przytoczyć tylko po to, by was o moich zaletach w subtelnej formie poinformować... Jednak to nie to!
O co więc chodzi? Chodzi o to, że ta historyjka przyda nam się, żeby w lekkiej, anegdotycznej formie napisać sobie coś o tym nowym stadium upadku Zachodu, którym jest tzw. "Państwo Islamskie" i co z tego wynika. Dlaczego mielibyśmy o czymś takim pisać lekko i w anegdotycznej formie? A dlatego choćby, że ja już oczy niemal wypłakałem nad tym, że miliony oszalałych lemingów, szczutych przez gromadę degeneratów, ciągną nas wszystkich w przepaść, i zdaje się na to nie być ratunku.
Płakałem, płakałem, aż sobie wreszcie przypomniałem sentencję, że "śmiech jest płaczem mędrca". I postanowiłem o tym, a szczególnie o jednej związanej z tym sprawie, która ostatnio wydała mi się niezwykle wprost ważna, napisać. Mamy więc to państwo islamskie. Jako państwo, zgoda, in statu nascendi, ale jako problem - absolutny gigant. Robi się na nie naloty, a tu się własnie okazuje, że mimo nalotów ich siła militarna się nie zmniejszyła, i że oni potrafią skutecznie dostosować swoją taktykę do zmieniającej się sytuacji.
Słyszałem to przed chwilą od militarnego eksperta na francuskiej telewizji. No a już od jakiegoś czasu na tych różnych amerykańskich telewizjach, oraz na BBC, słyszę, że to jest sprawa na lata. Sam Obama w swoim niedawnym przemówieniu to też stwierdził. Mówimy w tej chwili o tamtych regionach tzw. Syrii, tzw. Iraku, wkrótce tzw. Libanu... Itd.
A przecież, w dłuższej skali czasowej - gdzie naprawdę jest zasadniczy problem Zachodu związany z całą tą sprawą? Oczywiście w tym, że na Zachodzie - przede wszystkim zaś w Europie - są już miliony muzułmanów. Tak? Jasne, sporo z nich, zapewne większość - DZISIAJ - to spokojni ludzie, akceptujący miejscowe obyczaje i prawa.
Jednak tacy np. Amerykanie w czasie drugiej wojny światowej po prostu internowali swoich obywateli pochodzenia japońskiego - chyba nie wszystkich, ale przynajmniej w Kaliforni, gdzie mieszkali we względnie sporym zagęszczeniu. Potem się tego wstydzili, bo np. dziewczynie nie dano skończyć studiów, więc jej w czterdzieści lat później dali dyplom honorowy... Typowy cyrk w amerykańskim stylu, ale to nie zmienia faktu, że problem jest poważny.
Zarówno, zgoda, moralny problem traktowania własnych obywateli, którzy nic złego nie zrobili, jak i problem taki, że ci Japończycy, mogliby jednak, niektórzy, poczuć się do solidarności ze swoją poprzednią ojczyzną. Czemu, z jednej strony, trudno się aż tak dziwić, a z drugiej mogłoby to stworzyć spore problemy dla Amerykanów.
No i my teraz mamy te miliony... (Nie Polska na razie, ale, z tego co słyszę, chcą nam ich tutaj też wpakować. Myśmy ich nie podbijali, nie kolonizowali, nam też oni nie rozkręcali powojennego boomu - ale teraz wszyscy musimy być oczywiście solidarni... Nóż się w kieszeni otwiera! A co tu gadać o islamskiej młodzieży w slumsach Tuluzy czy innego Brighton?)
Mamy więc te miliony, mamy tę młodzież, która już - o ile się ogromnie nie mylę na temat przyszłości "kapitalizmu" - nigdy żadnego prawdziwego boomu nie doświadczy, której narzuca się przemocą (choć nie tak silnie jak nam, zgoda) różne obłędne żędery, "równouprawnienia" i "tolerancje"...
No i, jeśli TO nie jest bomba z (nieco tylko) opóźnionym zapłonem, której coraz bardziej intensywna inwigilacja (wszystkich przecież, nie tylko islamistów) na pewno nie zatrzyma - to ja się zupełnie na niczym nie znam! Mógłbym ten temat jeszcze rozwijać do rozmiarów książki, ale każdy sam powinien łatwo dojść, jakie są te przyszłe zagrożenia i jak ta cała ponura sprawa wygląda, a my tu mamy jeszcze to zgrabnie zakończyć, powrając do naszej początkowej historyjki o słynnym sataniście.
Otóż, z mrowia wydarzeń i wypowiedzi związanych z "Państwem Islamskim" (żeby już Putina zostawić na boku, choć to też tu przecież swoje robi), najbardziej wryło mi się w pamięć jedno... Którego właściwie wcale nie było. Całkiem jak prostytutek w tamtej wiosce u Crowleya. I właśnie dlatego wydało mi się to aż tak ważne. Paradoks godny Cycerona - "milczą, ale przez to tym bardziej krzyczą, ach!"
Otóż jakiś tydzień temu jakiś ważny paryski muzułmański duchowny - szef najważniejszego meczetu we Francji, jak kojarzę - wezwał muzułmanów do demonstracji przed tym meczetem, przeciw "Państwu Muzułmańskiemu", i w ogóle tym tam brzydkim przejawom islamu. (Czy też tego, jak głoszą niektórzy, co nam się jako islam wciska, choć nim wcale nie jest, bo naprawdę do religia pokoju itd. Ach!)
Trąbiono o tej demonstracji - że ma być znaczy - sporo, a potem okazało się, że zebrało się, wedle OFICJALNYCH INFORMACJI tych telewizji, które nawoływały i które nam o tej religii pokoju pilnie opowiadają, KILKASET osób, i to, jak te telewizje podały, "nie tylko muzułmanów".
Pokazywano też przez parę godzin w dziennikach migawki z tej demonstracji, i proszę mi wierzyć, że tak żałosnego "robienia tłumu", z tak żałosnym w dodatku skutkiem, nie ogląda się nawet w telewizjach PRL bis. (W każdym razie nie oglądało się AŻ tak żałosnych parę lat temu, bo teraz już i tak bym nie wiedział, jako że nie oglądam takich telewizji.) Na moje oko tam nie bylo nawet tych kilkuset ludzi, a zresztą, co to za różnica?
Demonstracje w sprawach ekonomicznych czy socjalnych, albo przeciw pedalskim "ślubom", potrafią zgromadzić pół miliona uczestników. A tutaj? Zpośród milionów francuskich muzułmanów, w dość w końcu naturalny sposób przez ludzi łączonych - w końcu życie to nie piękna bajka i tak to działa - z obcinaniem głów i całą resztą... Kilkuset. Góra. Reszta, której nie chciało się - z jakichś powodów, można by długo próbować je rozgryźć - się odciąć...
Tak więc czysty taniec na wulkanie, jeśli mnie spytać. Z tymi muzułmanami na Zachodzie, co to rzekomo... Dla mnie to właśnie najważniejsze polityczne wydarzenie ostatnich dwóch tygodni, co najmniej. Wydarzenie, o którym z pewnością nikt z was nawet nie słyszał. A czy o owych ruralnych szkockich prostytutkach z listów Crowleya do prasy ktoś słyszał? No to właśnie! Udało nam się więc napisać lekki i zwiewny tekst na poważny temat? Jeśli tak, to jeszcze Zachód nie zginął - tylko przeniósł się do Polski! I tak trzymać!
triarius
P.S. A teraz, żeby ten efekt podtrzymać, idźcie sobie na YouTube'a i posłuchajcie sobie Koronacji Poppei (Incoronazione di Poppea) i/lub Orfeo. Niejakiego Monteverdiego. To nie jest jedyny "nasz" kompozytor, ale z nim zawsze dobrze traficie, więc na razie on wam wystarczy.
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
piątek, października 03, 2014
środa, października 01, 2014
Damski bokser - fuj!
Przykro to stwierdzić, ale to okazało się, że to po prostu damski bokser. Zobaczcie sobie, oto dowód:
Jest napisane "sojuszniczką"? Jest. Jak w pysk strzelił! Szok, prawda? Który kibic by się tego spodziewał? Zapewne skutek uderzeń w głowę (taki miał styl, co widać było pod koniec kariery), oraz nurzania się w bardziej od Polskich światłych i postępowych atmosferach.
No to może jeszcze coś dla zatarcia niesmaku. Kawałek literackiej klasyki z wielkiego kraju za oceanem. Niektórzy już znają, ale dobrego nigdy zbyt wiele:
http://bez-owijania.blogspot.com/2011/05/na-odmiane-nieco-literackiej-klasyki_08.html
triarius
P.S. Swoją drogą, mówiąc serio - żeby AŻ TAKIEGO błazna dać z siebie zrobić swym lewackim rzekomym przyjaciołom! Chyba poprzestanę już na grapplingu (a alternatywnie na karmieniu kaczek w parku), bo jednak z boksem nigdy nic nie wiadomo. Fikasz sobie wesoło, zdrowy jak rybka, a tu nagle takie coś...
Jest napisane "sojuszniczką"? Jest. Jak w pysk strzelił! Szok, prawda? Który kibic by się tego spodziewał? Zapewne skutek uderzeń w głowę (taki miał styl, co widać było pod koniec kariery), oraz nurzania się w bardziej od Polskich światłych i postępowych atmosferach.
No to może jeszcze coś dla zatarcia niesmaku. Kawałek literackiej klasyki z wielkiego kraju za oceanem. Niektórzy już znają, ale dobrego nigdy zbyt wiele:
http://bez-owijania.blogspot.com/2011/05/na-odmiane-nieco-literackiej-klasyki_08.html
triarius
P.S. Swoją drogą, mówiąc serio - żeby AŻ TAKIEGO błazna dać z siebie zrobić swym lewackim rzekomym przyjaciołom! Chyba poprzestanę już na grapplingu (a alternatywnie na karmieniu kaczek w parku), bo jednak z boksem nigdy nic nie wiadomo. Fikasz sobie wesoło, zdrowy jak rybka, a tu nagle takie coś...
niedziela, września 28, 2014
Taniec sprzątaczki
Siądźcie grzecznie wokoło i poopowiadamy sobie o źwierzątkach...
Jest sobie jedna taka rybka. W sensie nie jedna sztuka, tylko cały gatunek. Mała, i jak się dowiedziałem, "szablozęba". (Fajne określenie! Szczególnie słodkie, gdy chodzi o małą rybkę.) Jakoś się nazywa, nie chce mi się sprawdzać. Krótka nazwa na "b". Ta rybka jest też, jak się okazuje, bardzo cwana. Wykorzystuje ci ona dziwne stosunki panujące pomiędzy dwoma INNYMI rybkami. Też w sensie dwóch gatunków, a nie pojedynczych egzemplarzy.
Te stosunki polegają na tym... (Mocno to obrzydliwe, ale cóż, c'est la vie, jak mawiali co bardziej arystokratyczni z naszych przodków. Dodając "à la guerre comme à la guerre", co też, jak się zaraz przekonacie, ładnie pasuje.)
Polegają więc te stosunki na tym, że jedna z tych ryb jest duuuża, a druga mała, no i ta mała tej dużej wyżera spomiędzy zębów i ze skrzeli różne resztki i pasożyty. Tym się (o Boże!) żywi, a tamtej też robi dobrze, jako swego rodzaju szczotka do zębów. (I do skrzeli też. Słuszna uwaga, Tygrysiak.)
Odbywa to się tak (i to na odmianę jest SŁODKIE!), że ta mała podpływa do tej dużej tańcząc TANIEC SPRZĄTACZKI... Tak to określono, a ja nie wiem, czy to jest oficjalne naukowe określenie, kalka z angielskiego określenia, czy wynalazek samego tłumacza... W każdym razie dla mnie to przecudne i aż mnie zapłodniło do napisania niniejszego tekstu, a po prawdzie, choć w głowie mi się masa tekstów kotłuje, to do pisania mnie ostatnio nie ciągnie. Chyba że odkryję nagle jakiś "taniec sprzątaczki" i coś zaiskrzy.
I na ten taniec ta druga, większa, otwiera mordę i zastyga w bezruchu. A ta mniejsza... Już sami wiecie. No i teraz na scenę wchodzi na nasza pierwsza rybka - też mała, a do tego szablozęba i cwana jak cholera. (Wyskakuje z pobliskich chaszczy - to nie ona tańczyła, rybki, jakby ktoś jeszcze nie wiedział, są trzy.) Ona podłapała ten (cały czas mnie to cieszy!) taniec sprzątaczki, a jak ta duża otworzy mordę, to ta nasza (nie bójmy się tego słowa!) wyszarpuje jej z tej mordy kawał mięcha i w nogi! Urocze, prawda?
Po co ja wam to mówię, spyta jakiś malkontent. Przecież dookoła historia, już nie tyle, że przyspieszyła, ale wiele rzeczy, które uważaliśmy za niemal niezniszczalne, wali się w gruzy. Nie wszyscy wprawdzie za niezniszczalne je uważali, fakt, ale większość. I ta sama zapewne większość wciąż nie dostrzega, że one się w te gruzy walą. Ale dostrzegą, nie ma innej możliwości!
No i ten malkontent (hipotetyczny, fakt) pewnie uważa, że ja wam powinienem te aktualne wydarzenia i to roz-się-w-drebiezgi-pierdalanie pracowicie wyjaśniać? Na co ja powiem: "Kto pilnie odwiedzał tego blogasa, odrabiał zadania domowe, brał udział w dyskusji, a przede wszystkim przeczytał te nasze Ardreye i Spenglery - ten na pewno to co istotne z obecnych i przyszłych wydarzeń w sumie wyczuwa".
Co do innych zaś... "Czyż niedźwiednikiem jestem...?" (Kto nie zna dalszego ciągu, może sobie poszukać w Googlach.) Po co ja będę to wszystko pracowicie komentował - ostatnio nawet bez cienia interaktywności, za darmo, nie dostrzegając żadnych pozytywnych tego skutków? Kto chciał, i jest zdolny, ten w sumie, jako się rzekło, rozumie. Inni? Może jeszcze zdążą nadrobić zaległości, choć czas na czytanie Ardreyów i tygrysich blogów zbliża się powoli (?) do swego kresu.
* * *
Mała dygresja...
Może jednak tak być, jak z moim jeżdżeniem na łyżwach. Chodziłem do pierwszej klasy, dostałem łyżwy, wyszedłem przed dom, gdzie po oblodzonym dojeździe do bloku śmigały m.in. zupełne przedszkolaki... Stwierdziłem, że za stary już jestem na łyżwy, skoro w tym wieku jeszcze się nie nauczyłem. No i z łyżwami nie miałem nic do czynienia - poza ew. kibicowaniem różnym zachodnim hokeistom, kiedy grali z Krajem Rad.
Niemal 40 lat później kupiłem sobie na aukcji za parę groszy (koron konkretnie, bo to było w Szwecji) buty z łyżwami. Nieco ciasne, ale darowanemu koniowi itd. A potem sobie w parę wieczorów wyszedłem z kobietą na pobliskie lodowisko, by w tajemnicy nauczyć się jeździć na łyżwach. Było mi to po nic, ale lubię nadrabiać dawne zaległości, choć ta akurat była mało istotna.
Łyżwiarstwo okazało się łatwiutkie. Do mistrzostwa nie doszedłem, bo po tych paru dniach znalazłem sobie inną rozrywkę i przestałem się dręczyć tymi ciasnymi butami, a na inne szkoda mi było pieniędzy i czasu. Podobnie było z piłkarstwem nożnym, choć w nieco późniejszym wieku to się zaczęło, no i nie miało żadnego happy endu. Jednak niewykluczone - choć wątpię, byście mieli na to 40 lat - że jeszcze zdążycie doczytać Ardreye, Spenglery i PanaTygrysi blog. Jeśli ostro zabierzecie się do roboty.
Po co? A choćby po to, żeby obserwowanie schyłku największej w historii cywilizacji (K/C dla wtajemniczonych) było O WIELE bardziej interesujące i dawało o ileż więcej satysfakcji. Mało? Zaś co do codziennego tłumaczenia ludziom i komentowania tych tam nalotów i tych tam terrorystów - a co będzie, jak przyjdą do mnie panowie z ABW? Czy czegoś tam?
Gdzie ja niby mam schować te cztery tony nawozu, skoro ja już się z tymi książkami i resztą nie mieszczę? Odmówię im? Tak po prostu? Przecież niegrzecznie! Będzie im przykro! Fakt, należałoby wytłumaczyć, że powinni więcej wierzyć we własne siły i nie polegać aż tak bardzo na mnie. A ja, ze swej strony, życzę im sukcesu i będę się za ich powodzenie modlił. Tylko czy to do nich trafi?
* * *
Wracając do naszych... Nie żadnych "mutonów"... "Baranów" też nie! Do rybek. Jak to, cośmy tu sobie opowiedzieli, ma się do czegokolwiek? A zastanówcie się sami! To dobre ćwiczenie. Zresztą, czy to musi się koniecznie wiązać z jakąś konkretną biężączką? Przecież jest interesujące samo w sobie, prawda?
W sumie jednak chciałem z tych rybek pewien morał, tygrysiczny jak cholera, wycisnąć. Taki mianowicie, że ja tę opowiastkę - ten opis zachowania wodnych stworzonek - wziąłem z ebooka, którego sobie, bez większego nawet przekonania, pożyczyłem z biblioteki, gdzie czegoś sobie szukałem. Ten audiobook nazywa się "Wywieranie wpływu na ludzi - teoria i praktyka", a autorem jest, amerykańskiego oryginału znaczy, niejaki Robert B. Cialdini. Pono wielki ekspert od tych spraw.
Ten ebook składa się z 8 płyt CD, z których wysłuchałem sobie luźno dziś dopiero pierwszą, i zaskoczyła mnie bardzo przyjemnie. Tą historią o rybkach, ale tam jest, na tej jednej płytce CD, jeszcze jedna informacja, która wydaje się bardziej sensacyjna i mająca o wiele większe praktyczne znaczenie (a potencjalnie praktyczne ZASTOSOWANIE).
Plus jedna czy dwie inne interesujące konkretne informacje. Plus oczywiście nieco typowego komercyjno-amerykańskiego wodolejstwa, bo bez tego dziś nijak. Choć o równouprawnieniu na razie nic nie było - plus dla Cialdiniego! Czyli naprawdę nieźle jak na pół godziny luźnego słuchania. No i chodzi teraz o to, że dość wielu (choć dość śmiesznie to brzmi w tym kontekście) tygrysistów wyrażało wątpliwości co do tego, czy w psychologii w ogóle jest coś sensownego, co by się mogło "nam" przydać.
Widzicie ludzie, jak ja na to patrzę... Wiadomo, że psychologia - jeśli spojrzymy na jej CAŁOŚĆ - to hochsztaplerstwo, łapanie duchów i lewacka propaganda. Co nie zmienia faktu, że SAMA DZIEDZINA jest zarówno ważna, jak i fascynująca, a przez te dwa miliony lat "ludzkość" jednak zebrała (kto zebrał to zebrał, ale jeśli nie my, to KTO?) na ten temat nieco interesujących doświadczeń i wniosków.
Część tych doświadczeń i wniosków zawarta jest także w tym, co się oficjalnie nazywa "psychologią". "Uczyć się choćby od diabła", to jedna z podstaw Tygrysizmu Stosowanego! Możemy bardzo nie lubić Niemiec i uważać ich za naturalnego wroga naszej Ojczyzny po wieki wieków, ale - zamiast sobie nickowym sposobem wmawiać, że to wyłącznie durnie z kwadratowymi łbami - my wolelibyśmy się od tych ich Spenglerów (Diltheyów, Clausewitzów itd.) czegoś nauczyć. A JEST się od nich czego uczyć - nie oszukujmy się!
Tak samo z psychologią. Nie łykamy całości, ale potrafimy błyskawicznie i niezawodnie wypatrzyć smakowite i pożywne kąski. Z których łapczywie korzystamy. To jest, jak niedawno doszedłem w swych soliloquiach, coś jak urzędowanie na samym szczycie łańcucha pokarmowego. W końcu jest się tym tygrysem, czyż nie? Na czymże to innym miałoby polegać?
A na czym polega u źwierząt? Na tym, że taka krowa je trawę, a potem pracowicie przerabia ją na białko, z którego sobie buduje własne ja. Podczas gdy taki na przykład Tygrys, je krowę, dzięki czemu ma GOTOWE źwierzęce białko na swoje ja, i nie musi marnować czasu, energii i czego tam jeszcze na przerabianie trawy.
Tak samo my tutaj. Nikt niemal tego inny nie robi - bo ludzie albo sami pracowicie żrą trawę, próbując ją przerabiać na genialne i niepowtarzalne twory, albo też powtarzają po jednym, góra dwóch, w wyjątkowych przypadkach trzech, mędrcach und autorytetach - stając się w wyniku tego epigonami... My całkiem inaczej! Niech żyje Tygrysizm Stosowany - Wierzchołek Intelektualnego Łańcucha Pokarmowego! (Formalnie to niby "koniec" łańcucha, a nie "wierzchołek", ale to jakoś niespecjalnie brzmi. Kojarzy się z pokarmowym "przewodem", a nie każdy od razu chce być posłem. Np. Biedroniem.)
Niech nam żyje! Hip hip...? No jasne że "hip", a do tego jeszcze gromkie "hurra!" I to by było na tyle. Co do domu? MYŚLEĆ! Na razie wystarczy.
triarius
P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo albo góra po dwóch. Uważać na ew. ogony!
Jest sobie jedna taka rybka. W sensie nie jedna sztuka, tylko cały gatunek. Mała, i jak się dowiedziałem, "szablozęba". (Fajne określenie! Szczególnie słodkie, gdy chodzi o małą rybkę.) Jakoś się nazywa, nie chce mi się sprawdzać. Krótka nazwa na "b". Ta rybka jest też, jak się okazuje, bardzo cwana. Wykorzystuje ci ona dziwne stosunki panujące pomiędzy dwoma INNYMI rybkami. Też w sensie dwóch gatunków, a nie pojedynczych egzemplarzy.
Te stosunki polegają na tym... (Mocno to obrzydliwe, ale cóż, c'est la vie, jak mawiali co bardziej arystokratyczni z naszych przodków. Dodając "à la guerre comme à la guerre", co też, jak się zaraz przekonacie, ładnie pasuje.)
Polegają więc te stosunki na tym, że jedna z tych ryb jest duuuża, a druga mała, no i ta mała tej dużej wyżera spomiędzy zębów i ze skrzeli różne resztki i pasożyty. Tym się (o Boże!) żywi, a tamtej też robi dobrze, jako swego rodzaju szczotka do zębów. (I do skrzeli też. Słuszna uwaga, Tygrysiak.)
Odbywa to się tak (i to na odmianę jest SŁODKIE!), że ta mała podpływa do tej dużej tańcząc TANIEC SPRZĄTACZKI... Tak to określono, a ja nie wiem, czy to jest oficjalne naukowe określenie, kalka z angielskiego określenia, czy wynalazek samego tłumacza... W każdym razie dla mnie to przecudne i aż mnie zapłodniło do napisania niniejszego tekstu, a po prawdzie, choć w głowie mi się masa tekstów kotłuje, to do pisania mnie ostatnio nie ciągnie. Chyba że odkryję nagle jakiś "taniec sprzątaczki" i coś zaiskrzy.
I na ten taniec ta druga, większa, otwiera mordę i zastyga w bezruchu. A ta mniejsza... Już sami wiecie. No i teraz na scenę wchodzi na nasza pierwsza rybka - też mała, a do tego szablozęba i cwana jak cholera. (Wyskakuje z pobliskich chaszczy - to nie ona tańczyła, rybki, jakby ktoś jeszcze nie wiedział, są trzy.) Ona podłapała ten (cały czas mnie to cieszy!) taniec sprzątaczki, a jak ta duża otworzy mordę, to ta nasza (nie bójmy się tego słowa!) wyszarpuje jej z tej mordy kawał mięcha i w nogi! Urocze, prawda?
Po co ja wam to mówię, spyta jakiś malkontent. Przecież dookoła historia, już nie tyle, że przyspieszyła, ale wiele rzeczy, które uważaliśmy za niemal niezniszczalne, wali się w gruzy. Nie wszyscy wprawdzie za niezniszczalne je uważali, fakt, ale większość. I ta sama zapewne większość wciąż nie dostrzega, że one się w te gruzy walą. Ale dostrzegą, nie ma innej możliwości!
No i ten malkontent (hipotetyczny, fakt) pewnie uważa, że ja wam powinienem te aktualne wydarzenia i to roz-się-w-drebiezgi-pierdalanie pracowicie wyjaśniać? Na co ja powiem: "Kto pilnie odwiedzał tego blogasa, odrabiał zadania domowe, brał udział w dyskusji, a przede wszystkim przeczytał te nasze Ardreye i Spenglery - ten na pewno to co istotne z obecnych i przyszłych wydarzeń w sumie wyczuwa".
Co do innych zaś... "Czyż niedźwiednikiem jestem...?" (Kto nie zna dalszego ciągu, może sobie poszukać w Googlach.) Po co ja będę to wszystko pracowicie komentował - ostatnio nawet bez cienia interaktywności, za darmo, nie dostrzegając żadnych pozytywnych tego skutków? Kto chciał, i jest zdolny, ten w sumie, jako się rzekło, rozumie. Inni? Może jeszcze zdążą nadrobić zaległości, choć czas na czytanie Ardreyów i tygrysich blogów zbliża się powoli (?) do swego kresu.
* * *
Mała dygresja...
Może jednak tak być, jak z moim jeżdżeniem na łyżwach. Chodziłem do pierwszej klasy, dostałem łyżwy, wyszedłem przed dom, gdzie po oblodzonym dojeździe do bloku śmigały m.in. zupełne przedszkolaki... Stwierdziłem, że za stary już jestem na łyżwy, skoro w tym wieku jeszcze się nie nauczyłem. No i z łyżwami nie miałem nic do czynienia - poza ew. kibicowaniem różnym zachodnim hokeistom, kiedy grali z Krajem Rad.
Niemal 40 lat później kupiłem sobie na aukcji za parę groszy (koron konkretnie, bo to było w Szwecji) buty z łyżwami. Nieco ciasne, ale darowanemu koniowi itd. A potem sobie w parę wieczorów wyszedłem z kobietą na pobliskie lodowisko, by w tajemnicy nauczyć się jeździć na łyżwach. Było mi to po nic, ale lubię nadrabiać dawne zaległości, choć ta akurat była mało istotna.
Łyżwiarstwo okazało się łatwiutkie. Do mistrzostwa nie doszedłem, bo po tych paru dniach znalazłem sobie inną rozrywkę i przestałem się dręczyć tymi ciasnymi butami, a na inne szkoda mi było pieniędzy i czasu. Podobnie było z piłkarstwem nożnym, choć w nieco późniejszym wieku to się zaczęło, no i nie miało żadnego happy endu. Jednak niewykluczone - choć wątpię, byście mieli na to 40 lat - że jeszcze zdążycie doczytać Ardreye, Spenglery i PanaTygrysi blog. Jeśli ostro zabierzecie się do roboty.
Po co? A choćby po to, żeby obserwowanie schyłku największej w historii cywilizacji (K/C dla wtajemniczonych) było O WIELE bardziej interesujące i dawało o ileż więcej satysfakcji. Mało? Zaś co do codziennego tłumaczenia ludziom i komentowania tych tam nalotów i tych tam terrorystów - a co będzie, jak przyjdą do mnie panowie z ABW? Czy czegoś tam?
Gdzie ja niby mam schować te cztery tony nawozu, skoro ja już się z tymi książkami i resztą nie mieszczę? Odmówię im? Tak po prostu? Przecież niegrzecznie! Będzie im przykro! Fakt, należałoby wytłumaczyć, że powinni więcej wierzyć we własne siły i nie polegać aż tak bardzo na mnie. A ja, ze swej strony, życzę im sukcesu i będę się za ich powodzenie modlił. Tylko czy to do nich trafi?
* * *
Wracając do naszych... Nie żadnych "mutonów"... "Baranów" też nie! Do rybek. Jak to, cośmy tu sobie opowiedzieli, ma się do czegokolwiek? A zastanówcie się sami! To dobre ćwiczenie. Zresztą, czy to musi się koniecznie wiązać z jakąś konkretną biężączką? Przecież jest interesujące samo w sobie, prawda?
W sumie jednak chciałem z tych rybek pewien morał, tygrysiczny jak cholera, wycisnąć. Taki mianowicie, że ja tę opowiastkę - ten opis zachowania wodnych stworzonek - wziąłem z ebooka, którego sobie, bez większego nawet przekonania, pożyczyłem z biblioteki, gdzie czegoś sobie szukałem. Ten audiobook nazywa się "Wywieranie wpływu na ludzi - teoria i praktyka", a autorem jest, amerykańskiego oryginału znaczy, niejaki Robert B. Cialdini. Pono wielki ekspert od tych spraw.
Ten ebook składa się z 8 płyt CD, z których wysłuchałem sobie luźno dziś dopiero pierwszą, i zaskoczyła mnie bardzo przyjemnie. Tą historią o rybkach, ale tam jest, na tej jednej płytce CD, jeszcze jedna informacja, która wydaje się bardziej sensacyjna i mająca o wiele większe praktyczne znaczenie (a potencjalnie praktyczne ZASTOSOWANIE).
Plus jedna czy dwie inne interesujące konkretne informacje. Plus oczywiście nieco typowego komercyjno-amerykańskiego wodolejstwa, bo bez tego dziś nijak. Choć o równouprawnieniu na razie nic nie było - plus dla Cialdiniego! Czyli naprawdę nieźle jak na pół godziny luźnego słuchania. No i chodzi teraz o to, że dość wielu (choć dość śmiesznie to brzmi w tym kontekście) tygrysistów wyrażało wątpliwości co do tego, czy w psychologii w ogóle jest coś sensownego, co by się mogło "nam" przydać.
Widzicie ludzie, jak ja na to patrzę... Wiadomo, że psychologia - jeśli spojrzymy na jej CAŁOŚĆ - to hochsztaplerstwo, łapanie duchów i lewacka propaganda. Co nie zmienia faktu, że SAMA DZIEDZINA jest zarówno ważna, jak i fascynująca, a przez te dwa miliony lat "ludzkość" jednak zebrała (kto zebrał to zebrał, ale jeśli nie my, to KTO?) na ten temat nieco interesujących doświadczeń i wniosków.
Część tych doświadczeń i wniosków zawarta jest także w tym, co się oficjalnie nazywa "psychologią". "Uczyć się choćby od diabła", to jedna z podstaw Tygrysizmu Stosowanego! Możemy bardzo nie lubić Niemiec i uważać ich za naturalnego wroga naszej Ojczyzny po wieki wieków, ale - zamiast sobie nickowym sposobem wmawiać, że to wyłącznie durnie z kwadratowymi łbami - my wolelibyśmy się od tych ich Spenglerów (Diltheyów, Clausewitzów itd.) czegoś nauczyć. A JEST się od nich czego uczyć - nie oszukujmy się!
Tak samo z psychologią. Nie łykamy całości, ale potrafimy błyskawicznie i niezawodnie wypatrzyć smakowite i pożywne kąski. Z których łapczywie korzystamy. To jest, jak niedawno doszedłem w swych soliloquiach, coś jak urzędowanie na samym szczycie łańcucha pokarmowego. W końcu jest się tym tygrysem, czyż nie? Na czymże to innym miałoby polegać?
A na czym polega u źwierząt? Na tym, że taka krowa je trawę, a potem pracowicie przerabia ją na białko, z którego sobie buduje własne ja. Podczas gdy taki na przykład Tygrys, je krowę, dzięki czemu ma GOTOWE źwierzęce białko na swoje ja, i nie musi marnować czasu, energii i czego tam jeszcze na przerabianie trawy.
Tak samo my tutaj. Nikt niemal tego inny nie robi - bo ludzie albo sami pracowicie żrą trawę, próbując ją przerabiać na genialne i niepowtarzalne twory, albo też powtarzają po jednym, góra dwóch, w wyjątkowych przypadkach trzech, mędrcach und autorytetach - stając się w wyniku tego epigonami... My całkiem inaczej! Niech żyje Tygrysizm Stosowany - Wierzchołek Intelektualnego Łańcucha Pokarmowego! (Formalnie to niby "koniec" łańcucha, a nie "wierzchołek", ale to jakoś niespecjalnie brzmi. Kojarzy się z pokarmowym "przewodem", a nie każdy od razu chce być posłem. Np. Biedroniem.)
Niech nam żyje! Hip hip...? No jasne że "hip", a do tego jeszcze gromkie "hurra!" I to by było na tyle. Co do domu? MYŚLEĆ! Na razie wystarczy.
triarius
P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo albo góra po dwóch. Uważać na ew. ogony!
sobota, września 13, 2014
Jeszcze o rodzajach agresji
Coś mi ostatnio chodzą po głowie wydarzenia związane z panowaniem w Anglii nieszczęsnego Ryszarda II (1367-1400). Nie wiem, czy to jakiś paralelizm historyczny niespengleryczny, czy tak sobie bez powodu. Na przykład tych pięciu rycerzy, wchodzących trzymając się pod ręce do sali, gdzie Ryszard przebywał, ławą, by przedstawić królowi swe żądania. (Te drzwi musiały być naprawdę szerokie.) Skutkiem czego kilku faworytów i doradców straciło głowy. I nie tylko to.
Albo chłopski bunt Wata Tylera, kiedy Ryszard miał czternaście lat. (A zachował się, z tego co mówią, bardzo odważnie i sensownie. I albo potem mu się ostro pogorszyło, albo ktoś nas okłamuje.) Szczególnie zaś jego upadek. Tylera znaczy i buntu - upadek samego Ryszarda mial miejsce sporo później. Szczególnie to w tej chwili mnie pasjonuje, bo tam wyraźnie widać różnice w podejściu u różnych aktorów, które w dużej mierze można sprowadzić do różnic w agresji. Chodzi o agresję ASPOŁECZNĄ, SPOŁECZNĄ, ANTYSPOŁECZNĄ i PROSPOŁECZNĄ. O których już kiedyś rozmawialiśmy, np. w związku z Tusiem i jego nieudolnym zwalczaniem przez naszą opozycję.
I tak mi właśnie chodzi po glowie, że te sprawy musza odgrywać ogromną rolę we wszystkich rewolucjach, powstaniach i chłopskich buntach. Może dałoby się na tym zbudować nowe, rewolucyjne (!) metody analizy takich wydarzeń, na razie przyszła mi do glowy taka oto hipoteza, że być może fakt, iż te rewolucje, które zwyciężyły, mają na sumieniu władców ("wielka" francuska, "chwalebna" angielska, bolszewicka rosyjska itp.), te zaś, które upadły, jak i np. bunty chłopskie, nie mają, da się właśnie tymi czynnikami wytłumaczyć. Rodzajami agresji znaczy, które, w taki czy inny sposób, u niektórych aktorów nie przystają do sytuacji.
Trzeba by jeszcze nad tym sporo pomyśleć, ale na razie, w ramach wstępnej gry i przygotowania ew. gruntu, przedstawimy sobie - ponownie, ale w inny sposób - te rodzaje agresji, które sobie rozróżniliśmy. Przyszedl mi bowiem na myśl taki na to, zabawny jak mi się wydaje, a jednocześnie dydaktycznie, mam nadzieję, skuteczny, sposób.
Proszę jednak pamiętać, że tu NIE chodzi o SKALĘ agresji - o to, czy się kogoś chce zabić, czy też dać mu klapsa, albo odebrać słodki pierniczek! Nie chodzi też skuteczność takich działań - a jedynie o INTENCJĘ. No więc mamy tak...
agresja SPOŁECZNA
agresja ASPOŁECZNA
Butelki z benzyną na Tygrysy czy inne T-34, ściąganie zardzewiałej szabli ze ściany, żeby bronić Ojczyzny - to jest właśnie to. Albo obrona windy przed wandalami.
* * *
W każdym razie opozycja między agresją SPOŁECZNĄ i jakąkolwiek inną jest wyraźna i, jak sądzę, niesamowicie ważna w polityce i tego typu sprawach!
To powinno w sumie wyjaśnić o co chodzi. Przemyśleć, pojąć i stosować! Jakby coś jeszcze było nie do zrozumienia, proszę pytać.
triarius
P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. I uważać na ogony!
Albo chłopski bunt Wata Tylera, kiedy Ryszard miał czternaście lat. (A zachował się, z tego co mówią, bardzo odważnie i sensownie. I albo potem mu się ostro pogorszyło, albo ktoś nas okłamuje.) Szczególnie zaś jego upadek. Tylera znaczy i buntu - upadek samego Ryszarda mial miejsce sporo później. Szczególnie to w tej chwili mnie pasjonuje, bo tam wyraźnie widać różnice w podejściu u różnych aktorów, które w dużej mierze można sprowadzić do różnic w agresji. Chodzi o agresję ASPOŁECZNĄ, SPOŁECZNĄ, ANTYSPOŁECZNĄ i PROSPOŁECZNĄ. O których już kiedyś rozmawialiśmy, np. w związku z Tusiem i jego nieudolnym zwalczaniem przez naszą opozycję.
I tak mi właśnie chodzi po glowie, że te sprawy musza odgrywać ogromną rolę we wszystkich rewolucjach, powstaniach i chłopskich buntach. Może dałoby się na tym zbudować nowe, rewolucyjne (!) metody analizy takich wydarzeń, na razie przyszła mi do glowy taka oto hipoteza, że być może fakt, iż te rewolucje, które zwyciężyły, mają na sumieniu władców ("wielka" francuska, "chwalebna" angielska, bolszewicka rosyjska itp.), te zaś, które upadły, jak i np. bunty chłopskie, nie mają, da się właśnie tymi czynnikami wytłumaczyć. Rodzajami agresji znaczy, które, w taki czy inny sposób, u niektórych aktorów nie przystają do sytuacji.
Trzeba by jeszcze nad tym sporo pomyśleć, ale na razie, w ramach wstępnej gry i przygotowania ew. gruntu, przedstawimy sobie - ponownie, ale w inny sposób - te rodzaje agresji, które sobie rozróżniliśmy. Przyszedl mi bowiem na myśl taki na to, zabawny jak mi się wydaje, a jednocześnie dydaktycznie, mam nadzieję, skuteczny, sposób.
Proszę jednak pamiętać, że tu NIE chodzi o SKALĘ agresji - o to, czy się kogoś chce zabić, czy też dać mu klapsa, albo odebrać słodki pierniczek! Nie chodzi też skuteczność takich działań - a jedynie o INTENCJĘ. No więc mamy tak...
agresja SPOŁECZNA
- "kim ty myślisz, że jesteś, bucu?"
- "myślisz że jesteś lepszy ode mnie?"
- "to ci się nie należy!"
Czyli w sumie przepychanki o pozycję w stadzie. Obowiązują pewne hamulce, konwencje, przeciwnik jest jednak w sumie "nasz".
- "to nie jest sprawiedliwe!"
agresja ASPOŁECZNA
- "to coś/ten ktoś ma fajne futro/mięso/złote zęby/kraj i ja mu to zabiorę/zabiję i zjem/obedrę/wykorzystam"
- "robactwo trza tępić!"
Przeciwnik/ofiara nie jest "nasz", nie jest z "naszego stada", i w ogóle traktujemy go w sumie użytkowo. A w każdym razie bezosobowo. Dostrzegam tutaj jednak pewne nachodzenie się na siebie z agresją PROSPOŁECZNĄ. To tutaj to jest jednak bardziej postawa doświadczonego żołnierza czy nawet najemnika, w przeciwieństwie do rozedrganej patriotyzmem postawy młodzieńca z butelką na czołgi - co by było agresją PROSPOŁECZNĄ par excellence.
Niektórzy (jak np. chyba Konrad Lorenz, o ile pamiętam) w ogóle głoszą, że ten rodzaj agresji to nie jest żadna agresja - w każdym razie w przypadku zwierząt i ich polowania, albo i polowania ludzi, jeśli to z konieczności. Mnie się jednak wydaje, że to już nieco przesada, i że to jest agresja - po prostu specjalny rodzaj. Tym bardziej, jeśli, tak jak ja, przyjmiemy, że rasowy psychopata robi dokładnie to samo wobec ludzi, co nasz przodek wobec mamutów! I tak samo mu psychika przy tym funkcjonuje.
Bo ja też tutaj właśnie widzę (jak i Tim Larkin od TFT, zresztą) rasowego psychopatę. Który w swojej ofierze widzi BRYŁĘ MIĘCHA. I podchodzi do tego bardzo trzeźwo i praktycznie, choć jakąś tam przyjemność z tego też może odczuwać, bo mamy polowanie w genach, a to w końcu jest swego rodzaju polowanie.
Autentyczny sadysta czy desperat-szaleniec to jednak coś całkiem innego, i to będzie najczęściej agresja ANTYSPOŁECZNA, choć dostrzegam i inne możliwości, jako że ludzka dusza ma swoje głębie i zakamarki.
Niektórzy (jak np. chyba Konrad Lorenz, o ile pamiętam) w ogóle głoszą, że ten rodzaj agresji to nie jest żadna agresja - w każdym razie w przypadku zwierząt i ich polowania, albo i polowania ludzi, jeśli to z konieczności. Mnie się jednak wydaje, że to już nieco przesada, i że to jest agresja - po prostu specjalny rodzaj. Tym bardziej, jeśli, tak jak ja, przyjmiemy, że rasowy psychopata robi dokładnie to samo wobec ludzi, co nasz przodek wobec mamutów! I tak samo mu psychika przy tym funkcjonuje.
Bo ja też tutaj właśnie widzę (jak i Tim Larkin od TFT, zresztą) rasowego psychopatę. Który w swojej ofierze widzi BRYŁĘ MIĘCHA. I podchodzi do tego bardzo trzeźwo i praktycznie, choć jakąś tam przyjemność z tego też może odczuwać, bo mamy polowanie w genach, a to w końcu jest swego rodzaju polowanie.
Autentyczny sadysta czy desperat-szaleniec to jednak coś całkiem innego, i to będzie najczęściej agresja ANTYSPOŁECZNA, choć dostrzegam i inne możliwości, jako że ludzka dusza ma swoje głębie i zakamarki.
agresja ANTYSPOŁECZNA
- "to jest dobre/sprawiedliwe/słuszne i DLATEGO ja to zniszczę/opluję"
- "to niby jest 'nasze', ale ja mam w dupie taką 'naszość' - ja tu jestem nikim i to mi nie pasuje!"
- "bezinteresowne" samookaleczenie lub nawet takież samobójstwo (bo "ja sam" to też "własne stado"!)
- "bezinteresowne" przedstawianie się w złym świetle, mówienie o sobie źle itd. (j.w.)
- "dobro jest jakieś takie bez smaku i po prostu nudne - niech żyje zło!"
Bezinteresowny wandalizm, niektóre formy rozszerzonego samobójstwa (a nawet i nierozszerzonego, choć rzadko), bezinteresowna zdrada w stylu Maleszka, satanizm (przynajmniej w niektórych postaciach i aspektach).
agresja PROSPOŁECZNA
(Której skądinąd klasyfikacja stosowana w TNT nie uwzględnia, choć o takim rodzaju agresji czasem się tu i ówdzie słyszy, a ja sądzę, że czasem to rozróżnienie jest istotne, bo to nie całkiem to samo co agresja ASPOŁECZNA, a tym mniej SPOŁECZNA.)
- "ty skurwielu - chcesz skrzywdzić mojego brata?!"
- "nie będzie NAM taki jakiś tutaj..."
- "są może w narodzie rachunki krzywd - niech będzie, ale i tak..."
- "nie będzie nam tu żaden huligan niszczył windy, bo jak takiego dorwę..."
- "patrz jak ona się ubrała - istne dziwadło!"
Butelki z benzyną na Tygrysy czy inne T-34, ściąganie zardzewiałej szabli ze ściany, żeby bronić Ojczyzny - to jest właśnie to. Albo obrona windy przed wandalami.
* * *
W każdym razie opozycja między agresją SPOŁECZNĄ i jakąkolwiek inną jest wyraźna i, jak sądzę, niesamowicie ważna w polityce i tego typu sprawach!
To powinno w sumie wyjaśnić o co chodzi. Przemyśleć, pojąć i stosować! Jakby coś jeszcze było nie do zrozumienia, proszę pytać.
triarius
P.S. A teraz wychodzimy pojedynczo. I uważać na ogony!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
