Wszystko na ziemi ma swą przyczynę i jeśli dwie całkiem różne rzeczy mają tę samą nazwę, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że łączy je coś więcej, niż tylko nazwa. Weźmy na przykład taki hipopotamizm. Istnieją dwa jego rodzaje, których zwolennicy nienawidzą się nawzajem z całego serca, odmawiając sobie poza tym (co nie jest aż trudne do zrozumienia) prawa do posługiwania się tą nazwą. Jeden rodzaj hipopotamizmu - nie powiem "jeden odłam", bo to by od razu zakładało, iż są to dwa aspekty tego samego zjawiska, a to przecież mam dopiero wykazać - występuje w Sporym Kraju Mbumbwa Hen Za Wodą i jest zasadniczo tym samym, co w innych rejonach globu nazywane jest hienozoofilizmem.
Ten drugi rodzaj jest czymś całkiem innym. Czymś diametralnie innym nawet. Po prostu zaprzeczeniem tego pierwszego we wszystkich praktycznie aspektach. I to jest, nawiasem mówiąc, wszystko, co o tym drugim rodzaju hipopotamizmu wiadomo. Ponieważ, wypowiedzmy w końcu tę bolesną prawdę... O ile ten pierwszy hipopotamizm rzeczywiście w przyrodzie istnieje, i to masowo, o tyle ten drugi nie do końca. To znaczy w zasadzie istnieje i co do tego nie może być cienia wątpliwości. W końcu nie ma tygodnia, by niszowa prasa nie doniosła czegoś nowego na jego temat.
A to w mule wyschniętej rzeki widziano odcisk niezidentyfikowanej tylnej łapy... A to niemówiący żadnym znanym językiem tubylec pokazywał coś na migi... A to hipopotam sfotografowany z turystycznego stateczku na Nilu miał coś takiego w oczach, coś takiego moi państwo! Tak więc dowody występowania drugiego rodzaju hipopotanizmu są liczne i dobrze udokumentowane, ale należą jednak do nieco innego porządku ontologicznego, niż dowody na istnienie pierwszego rodzaju, z którymi chcąc czy nie chcąć, wszyscy się spotykamy na codzień, nawet bez pomocy niszowych pisemek.
Skoro ustaliliśmy, że hipopotamizm pierwszego rodzaju jest jakby łatwiej dostępny naszym zmysłom, ustalmy sobie może czym też on właściwie jest. Otóż jego zasadniczą tezą jest tak, że wszystkie zwierzęta powinny mieć dobrze, sprawiedliwie, równo, do syta. Chodzi o to, nie bójmy się tego powiedzieć, by wszystkie zwierzęta żyły nie gdzieś w jakichś szemranych lasach, w jakichś nudnych stepach, na jakichś niegościnnych, pełnych za to zdradliwych przepaści, skałach, albo by taplały się w obrzydliwych przecież błotach czy niezbyt (excusez le mot) czystej wodzie... Będąc narażone na liczne nieprzyjemności i - co jeszcze potworniejsze! - same nabierając w ich wyniku różnych niemiłych cech. O nie! Tego przecież nikt z nas nie chce, zgoda?
Zwierzęta powinny żyć w zoo, bo to jest ich właściwe, naturalne rzec by się chciało, miejsce. W dobrze zorganizowanym zoo, of course! Z wysoko kwalifikowaną i sumienną obsługą, która do żadnej przemocy się nie ucieka, wszystko załatwiając za pomocą tego, co młodzież swego czasu nazywała "truciem dupy", zaś niektórzy mniej wyrobieni "propagandą i zakłamywaniem rzeczywistości". Oraz większą lub mniejszą miską codziennej strawy. Załatwiają znaczy. Plus, w razie ewidentnej potrzeby, strzelbą z usypiającymi strzałkami. Plus polityką zoofiliczną, w wyniku której zwierzęta lepiej do warunków zoo przystosowane będą żyły dłużej, dłużej będą pozostawać w znośnym stanie, zaś ich potomstwo w ogóle się urodzi i będzie miało warunki do dorastania.
(No a w całkiem ostatecznej ostateczności eutanazją, oczywiście jedynie na wyraźnie i na piśmie zadeklarowane życzenie zainteresowanego.) Czyli humanitaryzm najczystszej wody, czy może raczej najczystszej wody zoofilizmi. To podejście właśnie, mówiąc nawiasem, różni hienozoofilię od zwykłeg hienizmu, gdzie nacisk na unikanie użycia bata i dobrowolność wyrażonej zgody nie są aż tak skrupulatnie przestrzegane, przynajmniej do chwili, gdy hienizm zapanuje już na całym globie na dobre, zaś wszystkie zwierzęta staną się idealnymi lokatorami ogrodów zoologicznych i w swych pragnieniach przynajmniej, jeśli już nie da się tego w pełni zrealizować, hienami.
Co właśnie jest celem nurtu ideowego znanego pod nazwą hienozoofilizmu, a także jego bardziej egzotycznej - jednak tylko czysto geograficznie - odmiany o której na razie mówimy. Czyli hipopotamizmu pierwszego rodzaju. Takie naprawdę dobrze zorganizowane ogrody zoologiczne istnieją już w pewnych niewielkich izolowanych enklawach afrykańskiego kontynentu, każdy chyba wie, o jakie regiony Czarnego Lądu może chodzić. Oczywiście nawet i tam ideału jeszcze nie osiągnięto, można nawet powiedzieć, że do ideału jest jeszcze bardzo daleko.
I tu właśnie dochodzimy... Ale sza! Nie możemy jeszcze frontalnie zaatakować nabrzmiałej do granic cenzuralności kwestii widzenia postępu przez obie wersje hipopotamizmu, ponieważ nic przecież na razie nie wiemy o ideologii tej drugiej wersji. A więc, chwyćmy się teraz za bary z tym ambitnym tematem!
koniec odcinka 1
Dalszy ciąg tutaj.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Bratem mi każda ludzka istota, o ile nie przyłożyła ręki do Postępu i Szczęścia Ludzkości. (Triarius the Tiger)
piątek, lipca 27, 2007
Dwa hipopotamizmy czy jednak jeden? (część 1)
słowa kluczowe:
hipopotamizm,
liberalizm,
socjaldemokracja
"Ojcowie nie poświęcają..." - nie, to naprawdę zbyt obrzydliwe. Czyli dzisiejsza Europa.
"Ojcowie nie poświęcają łechtaczce i waginie córki wystarczająco uwagi. Zbyt rzadko ich pieszczoty obejmują te rejony ciała. A tylko w ten sposób dziewczynki mogą rozwinąć poczucie dumy ze swej płci" - czytamy w broszurze "Miłość, ciało i zabawy w doktora" wydanej przez Federalne Centrum Oświaty Zdrowotnej (BZgA). Jest skierowana do rodziców dzieci w wieku od roku do trzech lat.
Według autorów dla zdrowego rozwoju dziewczynki istotne jest, żeby ojciec okazywał jej, jak bardzo jest dumny z tego, że jest dziewczynką. Najlepiej za pomocą rąk: "Dziecko dotyka wszystkich części ciała ojca. Czasami podniecając go. Ojciec powinien robić tak samo".
Z broszury można się dowiedzieć, że matki często nadają penisowi syna pieszczotliwe nazwy. Organy seksualne dziewczynki pozostają jednak bezimienne. W ten sposób dziewczynka ma się czuć gorsza od chłopca. Ojcowie powinni więc z czułością mówić o waginie córki, nazywając ją na przykład "kubeczkiem miodu."
Autorzy broszury radzą rodzicom, aby pozwalali dzieciom na "nieograniczoną masturbację". "Kiedy dziewczynka wkłada sobie przedmioty do waginy, rodzic powinien tylko wtedy interweniować, kiedy istnieje ryzyko, że zrobi sobie krzywdę. Na przykład kiedy jej wargi sromowe są już spuchnięte od ocierania się o fotel. Wtedy trzeba powiedzieć dziecku, że nie powinno się kaleczyć. Tłumacząc równocześnie, że stymulacja genitaliów jest całkowicie w porządku" - czytamy.
Masturbacja i dotykanie genitaliów przez rodziców ma zapobiec zahamowaniom seksualnym dziecka w wieku dorosłym: "Dzieci powinny się nauczyć, że nie ma czegoś takiego jak wstydliwe części ciała. Ciało to dom, z którego trzeba być dumnym".
BZgA ma także dobre rady dla rodziców nieco starszych dzieci. Niedawno urząd wydał poradnik na temat rozwoju seksualnego przedszkolaków. Rodzice dowiadują się, że naśladowanie ruchów kopulacyjnych jest wskazane dla rozwoju czterolatka.
Wraz z poradnikiem urząd rozsyła książeczkę z piosenkami pod tytułem "Nos, brzuch i pupa". Jedna z nich, brzmi następująco: "Kiedy dotykam mego ciała, odkrywam, co mam. Mam waginę, bo jestem dziewczynką. Ona nie tylko służy do siusiania. Kiedy ją dotykam, czuje przyjemne mrowienie".
Broszura BZgA należy do lektur obowiązkowych w dziewięciu landach niemieckich. Stosuje się ją podczas szkolenia wychowawców w żłobkach, przedszkolach oraz szkołach podstawowych. Poleca ją nawet wiele organizacji oficjalnie walczących z pedofilią. Tak jak Niemiecki Związek ds. Ochrony Dzieci (Kinderschutzbund). BZgA, która jest podporządkowana Ministerstwu ds. Rodziny, co roku rozsyła miliony egzemplarzy 40-stronicowej książeczki.
Odmienne opinie można jednak znaleźć na licznych niemieckich forach internetowych. "Przerażające", "perwersyjne" lub "szokujące" - te słowa pojawiają się najczęściej w wypowiedziach internautów.
Podobnego zdania są psycholodzy. - To patologiczne spojrzenie na rzeczywistość. Dzieci nie powinno się uświadamiać w taki sposób. Trzeba mieć perwersyjny umysł, żeby coś takiego napisać - powiedział Rz jeden z wykładowców psychologii klinicznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
BZgA odpiera zarzuty. - Dzieci są stworzeniami seksualnymi i szukają ciągle zaspokojenia swych potrzeb - powiedział Rz urzędnik BZgA Eckhardt Scheffer. - Źli nie są rodzice, którzy na to pozwalają, lecz ci, którym się to źle kojarzy.
Oryginał tutaj.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Według autorów dla zdrowego rozwoju dziewczynki istotne jest, żeby ojciec okazywał jej, jak bardzo jest dumny z tego, że jest dziewczynką. Najlepiej za pomocą rąk: "Dziecko dotyka wszystkich części ciała ojca. Czasami podniecając go. Ojciec powinien robić tak samo".
Z broszury można się dowiedzieć, że matki często nadają penisowi syna pieszczotliwe nazwy. Organy seksualne dziewczynki pozostają jednak bezimienne. W ten sposób dziewczynka ma się czuć gorsza od chłopca. Ojcowie powinni więc z czułością mówić o waginie córki, nazywając ją na przykład "kubeczkiem miodu."
Autorzy broszury radzą rodzicom, aby pozwalali dzieciom na "nieograniczoną masturbację". "Kiedy dziewczynka wkłada sobie przedmioty do waginy, rodzic powinien tylko wtedy interweniować, kiedy istnieje ryzyko, że zrobi sobie krzywdę. Na przykład kiedy jej wargi sromowe są już spuchnięte od ocierania się o fotel. Wtedy trzeba powiedzieć dziecku, że nie powinno się kaleczyć. Tłumacząc równocześnie, że stymulacja genitaliów jest całkowicie w porządku" - czytamy.
Masturbacja i dotykanie genitaliów przez rodziców ma zapobiec zahamowaniom seksualnym dziecka w wieku dorosłym: "Dzieci powinny się nauczyć, że nie ma czegoś takiego jak wstydliwe części ciała. Ciało to dom, z którego trzeba być dumnym".
BZgA ma także dobre rady dla rodziców nieco starszych dzieci. Niedawno urząd wydał poradnik na temat rozwoju seksualnego przedszkolaków. Rodzice dowiadują się, że naśladowanie ruchów kopulacyjnych jest wskazane dla rozwoju czterolatka.
Wraz z poradnikiem urząd rozsyła książeczkę z piosenkami pod tytułem "Nos, brzuch i pupa". Jedna z nich, brzmi następująco: "Kiedy dotykam mego ciała, odkrywam, co mam. Mam waginę, bo jestem dziewczynką. Ona nie tylko służy do siusiania. Kiedy ją dotykam, czuje przyjemne mrowienie".
Broszura BZgA należy do lektur obowiązkowych w dziewięciu landach niemieckich. Stosuje się ją podczas szkolenia wychowawców w żłobkach, przedszkolach oraz szkołach podstawowych. Poleca ją nawet wiele organizacji oficjalnie walczących z pedofilią. Tak jak Niemiecki Związek ds. Ochrony Dzieci (Kinderschutzbund). BZgA, która jest podporządkowana Ministerstwu ds. Rodziny, co roku rozsyła miliony egzemplarzy 40-stronicowej książeczki.
Odmienne opinie można jednak znaleźć na licznych niemieckich forach internetowych. "Przerażające", "perwersyjne" lub "szokujące" - te słowa pojawiają się najczęściej w wypowiedziach internautów.
Podobnego zdania są psycholodzy. - To patologiczne spojrzenie na rzeczywistość. Dzieci nie powinno się uświadamiać w taki sposób. Trzeba mieć perwersyjny umysł, żeby coś takiego napisać - powiedział Rz jeden z wykładowców psychologii klinicznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
BZgA odpiera zarzuty. - Dzieci są stworzeniami seksualnymi i szukają ciągle zaspokojenia swych potrzeb - powiedział Rz urzędnik BZgA Eckhardt Scheffer. - Źli nie są rodzice, którzy na to pozwalają, lecz ci, którym się to źle kojarzy.
Oryginał tutaj.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
czwartek, lipca 26, 2007
Jak to wśród naczelnych bywa
Oto moje własne tłumaczenie pewnych fragmentów z książki Roberta Ardreya "African Genesis" z roku 1961. Tłumaczenie jest dość luźne, ale b. starałem się oddać sens, a poza tym nieco poprzestawiałem niektóre fragmenty, by uczynić z tego swego rodzaju zamkniętą całość.
Oczywiście z tak małych fragmentów trudno sobie wyrobić właściwą opinię o całym dziele Ardreya, można sobie nawet wyrobić opinię całkiem opaczną, nie ma chyba jednak innego wyjścia, bo na razie nie zanosi się, by ktoś miał Ardreya w Polsce wydać.
Dedykuję ten wpis liberałom i różnej maści "prawicowym" anarchistom - oczywiście tylko tym wyjątkowo bystrym i otwartym na argumenty, bo z większością rozmawiać się po prostu nie da.
Naczelne wypróbowały już w istocie wszystkie drogi. Istnieje nawet wśród nich ten nieagresywny szympans, który, jak się wydaje, zbudował swe społeczeństwo na niczym innym, niż własny dobry charakter. Istnieje w nim hierarchia dominacji, ale nie jest wcale surowa. Kiedy jedna grupa szympansów spotyka inną grupę w lesie lub na sawannie, wykazują ogromne podniecenie, ale żadnego antagonizmu, i wszystkie być może skończą pożywiając się na tych samych drzewach.
W agresywnych pawianach dostrzegamy za to najsurowszą władzę spośród wszystkich naczelnych. Duże stado pawianów, mogące liczyć nawet i sto sztuk, zajmuje wielki, stale ten sam teren na wyłączność, ponieważ nikt inny tam nigdy nie wchodzi. Wobec braku zagrożeń, ten teren nie jest broniony i stado na nim rezydujące nie uzyskuje żadnej organizacji w wyniku zbiorowej obrony i zewnętrznego antagonizmu. Cała współpraca opiera się na strachu przed oligarchią trzech, czterech lub pięciu potężnych samców, między którymi panuje zgoda, i których wspólnej dominacji nikt inny nie ośmiela się podważać.
Jest to autorytarne społeczeństwo przymusu i uległości, groźby i kary. Małpy japońskie mają podobne niekontestowane oligarchie, tak samo jak afrykańskie kapucynki w niektórych warunkach. Wszystkie, niezależnie od przemocy, którą dominujące zwierzęta muszą wywierać wobec podwładnych, są zasadniczo tyraniami i wszystkie nie są terytorialne*, w tym sensie, że nie zużywają energii, ani nie tworzą wzajemnej współpracy, w wyniku zbiorowej obrony.
Szympansy wykazały, jak sądzę, że musimy się liczyć z pewną dozą wrodzonej łagodności w potencjale naczelnych, jednak jest to tylko malutki płomyk świeczki wśród bardzo ciemnej nocy. Szympans jest jedynym naczelnym, który osiągnął ten arkadyjski sposób życia w stanie pierwotnej niewinności, a który kiedyś uważaliśmy za raj, który człowiek w jakiś sposób utracił. I to osiągnięcie rokuje niewielkie nadzieje na przetrwanie szympansów. Możemy ubolewać nad tyranią pawianów, z tym ich gangiem zbirów na szczycie, ale pawian jest mimo wszystko ogromnym ewolucyjnym sukcesem od Sudanu do Przylądka Dobrej Nadziei, zaś efektywność jego życia społecznego uczyniła go równym lampartowi i niemal równym człowiekowi.
Szympans przeciwnie - mimo swej inteligencji i siły, jest ograniczony do kilku zapomnianych, stale się zmniejszających regionów Afryki. Stado szympansów jest niezdolne do zespołowego działania. Jeśli któryś z nich dostrzeże niebezpieczeństwo, to szympans leśny ukryje się zanim jeszcze wyda ostrzegawczy okrzyk, zaś szympans żyjący na sawannie nie wyda żadnego okrzyku, opuszczając współbraci i dbając wyłącznie o siebie. To nieagresywne, pod wieloma względami godne podziwu zwierzę jest ewolucyjną porażką. To drugie pod względem inteligencji stworzenie na ziemi, albo utraciło zdolność społecznej skuteczności, albo też nigdy jej nie zdobyło i w głębi czarnej nocy, przemykając się przez leśne galerie, żyje przy wątłym ogniku zamierającej świeczki.
Był wciąż jeszcze zmrok. Stado pawianów dopiero co wróciło z żerowiska i ledwo miało dość czasu, by się rozproszyć po skałach wysoko spiętrzonych za figowcami. I oto nagle stado wydaje z siebie pisk przerażenia, a Marais** widzi lamparta. Wyszedł z buszu pewny swego, powolutku. Tak bezbronne są te pawiany, że lampart zdaje się dostrzegać, iż nie ma powodu do pośpiechu. Przysiada tuż pod niewielkim skalnym nawisem, obserwując swą zdobycz i rozważając problemy związane z terenem, a Marais zauważa dwa samce pawiana wychylające się znad skały wprost ponad drapieżnikiem.
-------------------------------------------------------------------------------------
* Co jest o tyle interesujące, iż im wyższa agresja grupy skierowana na zewnątrz, tym mniej agresji wewnątrz niej. Tutaj jest to tylko napomknięte, ale w innych miejscach Ardrey wykazuje to dobitnie. Interesująca myśl do podsunięcia co mniej tępym pacyfistom, zwolennikom globalizacji, i innym tego typu świrom.
** Eugène Marais - pierwszy europejski obserwator małp na wolności i ich wielki znawca. Prywatnie człowiek schorowany, nieszczęśliwy, morfinista i alkoholik, jak wielu geniuszy zresztą.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Oczywiście z tak małych fragmentów trudno sobie wyrobić właściwą opinię o całym dziele Ardreya, można sobie nawet wyrobić opinię całkiem opaczną, nie ma chyba jednak innego wyjścia, bo na razie nie zanosi się, by ktoś miał Ardreya w Polsce wydać.
Dedykuję ten wpis liberałom i różnej maści "prawicowym" anarchistom - oczywiście tylko tym wyjątkowo bystrym i otwartym na argumenty, bo z większością rozmawiać się po prostu nie da.
Naczelne wypróbowały już w istocie wszystkie drogi. Istnieje nawet wśród nich ten nieagresywny szympans, który, jak się wydaje, zbudował swe społeczeństwo na niczym innym, niż własny dobry charakter. Istnieje w nim hierarchia dominacji, ale nie jest wcale surowa. Kiedy jedna grupa szympansów spotyka inną grupę w lesie lub na sawannie, wykazują ogromne podniecenie, ale żadnego antagonizmu, i wszystkie być może skończą pożywiając się na tych samych drzewach.
W agresywnych pawianach dostrzegamy za to najsurowszą władzę spośród wszystkich naczelnych. Duże stado pawianów, mogące liczyć nawet i sto sztuk, zajmuje wielki, stale ten sam teren na wyłączność, ponieważ nikt inny tam nigdy nie wchodzi. Wobec braku zagrożeń, ten teren nie jest broniony i stado na nim rezydujące nie uzyskuje żadnej organizacji w wyniku zbiorowej obrony i zewnętrznego antagonizmu. Cała współpraca opiera się na strachu przed oligarchią trzech, czterech lub pięciu potężnych samców, między którymi panuje zgoda, i których wspólnej dominacji nikt inny nie ośmiela się podważać.
Jest to autorytarne społeczeństwo przymusu i uległości, groźby i kary. Małpy japońskie mają podobne niekontestowane oligarchie, tak samo jak afrykańskie kapucynki w niektórych warunkach. Wszystkie, niezależnie od przemocy, którą dominujące zwierzęta muszą wywierać wobec podwładnych, są zasadniczo tyraniami i wszystkie nie są terytorialne*, w tym sensie, że nie zużywają energii, ani nie tworzą wzajemnej współpracy, w wyniku zbiorowej obrony.
Szympansy wykazały, jak sądzę, że musimy się liczyć z pewną dozą wrodzonej łagodności w potencjale naczelnych, jednak jest to tylko malutki płomyk świeczki wśród bardzo ciemnej nocy. Szympans jest jedynym naczelnym, który osiągnął ten arkadyjski sposób życia w stanie pierwotnej niewinności, a który kiedyś uważaliśmy za raj, który człowiek w jakiś sposób utracił. I to osiągnięcie rokuje niewielkie nadzieje na przetrwanie szympansów. Możemy ubolewać nad tyranią pawianów, z tym ich gangiem zbirów na szczycie, ale pawian jest mimo wszystko ogromnym ewolucyjnym sukcesem od Sudanu do Przylądka Dobrej Nadziei, zaś efektywność jego życia społecznego uczyniła go równym lampartowi i niemal równym człowiekowi.
Szympans przeciwnie - mimo swej inteligencji i siły, jest ograniczony do kilku zapomnianych, stale się zmniejszających regionów Afryki. Stado szympansów jest niezdolne do zespołowego działania. Jeśli któryś z nich dostrzeże niebezpieczeństwo, to szympans leśny ukryje się zanim jeszcze wyda ostrzegawczy okrzyk, zaś szympans żyjący na sawannie nie wyda żadnego okrzyku, opuszczając współbraci i dbając wyłącznie o siebie. To nieagresywne, pod wieloma względami godne podziwu zwierzę jest ewolucyjną porażką. To drugie pod względem inteligencji stworzenie na ziemi, albo utraciło zdolność społecznej skuteczności, albo też nigdy jej nie zdobyło i w głębi czarnej nocy, przemykając się przez leśne galerie, żyje przy wątłym ogniku zamierającej świeczki.
Był wciąż jeszcze zmrok. Stado pawianów dopiero co wróciło z żerowiska i ledwo miało dość czasu, by się rozproszyć po skałach wysoko spiętrzonych za figowcami. I oto nagle stado wydaje z siebie pisk przerażenia, a Marais** widzi lamparta. Wyszedł z buszu pewny swego, powolutku. Tak bezbronne są te pawiany, że lampart zdaje się dostrzegać, iż nie ma powodu do pośpiechu. Przysiada tuż pod niewielkim skalnym nawisem, obserwując swą zdobycz i rozważając problemy związane z terenem, a Marais zauważa dwa samce pawiana wychylające się znad skały wprost ponad drapieżnikiem.
Oba samce poruszają się
ostrożnie. Lampart, jeśli je w ogóle dostrzegł, zignorował je.
Całą jego uwagę przykuwała wielka kłębiąca się, piszcząca,
bezbronna horda pomiędzy skałami. Potem oba samce spadły. Spadły
na lamparta z wysokości dwunastu stóp. Jeden wgryzł się w
kręgosłup drapieżnika, drugi rzucił się mu do gardła,
uczepiając się od spodu łapami jego szyi. Momentalnie lampart
rozpruł pazurami swych tylnych łap brzuch pawianowi wiszącemu mu
na szyi i chwycił szczękami tego, którego miał na plecach. Było
jednak już za późno. Pawian z rozprutym brzuchem dość długo
przed śmiercią wpijał się zębami w jego gardło, by dosięgnąć
kłami żyły szyjnej.
Marais patrzyl, podczas
gdy pod niewielkim skalnym nawisem wszystko zastygało w bezruchu.
Zapadała noc. Śmierć, ukryta przed wszystkimi, poza niewzruszonymi
gwiazdami, otuliła zarówno zdobycz, jak i drapieżnika. We
wgłębieniach zaś, majaczących w ciemnościach skał, zwierzęca
społeczność zapadała w sen.
-------------------------------------------------------------------------------------
* Co jest o tyle interesujące, iż im wyższa agresja grupy skierowana na zewnątrz, tym mniej agresji wewnątrz niej. Tutaj jest to tylko napomknięte, ale w innych miejscach Ardrey wykazuje to dobitnie. Interesująca myśl do podsunięcia co mniej tępym pacyfistom, zwolennikom globalizacji, i innym tego typu świrom.
** Eugène Marais - pierwszy europejski obserwator małp na wolności i ich wielki znawca. Prywatnie człowiek schorowany, nieszczęśliwy, morfinista i alkoholik, jak wielu geniuszy zresztą.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
słowa kluczowe:
lampart,
pawian,
Robert Ardrey,
szympans,
tyrania
poniedziałek, lipca 23, 2007
Spengler o pacyfiźmie (i ogłoszenia parafialne)
Właśnie umieściłem na tym blogu pierwszy plik do ściągnięcia. Link da się (mam nadzieję) odnaleźć w prawym menu. Ten plik to wybór fragmentów z wielkiej książki mojego absolutnego faworyta Oswalda Spenglera "Zmierzch Zachodu". Po angielsku, wraz z dość sporą ilością informacji na temat jego życia i dzieła. Całkiem niegłupio napisane, choć ja bym tam z pewnością włożył więcej entuzjazmu. Format .pdf, wielkość nieco poniżej 0,5MB.
Najlepiej kliknąć na ten link i wybrać opcję zapisania na dysku, bo inaczej takie .pdf'y otwierają się w oknie przeglądarki, co na ogół nie jest tym, o co chodzi, choć bywa, że właśnie o to.
No to jeszcze, by nie łamać mej własnej tradycji przeraźliwei dlugich wpisów, cytat ze Spenglera, który znalazłem właśnie przed chwilą w tej książce co to jest teraz do ściągnięcia:
Co jeszcze, skoro już jesteśmy przy takich ogłoszeniach parafialnych? Acha - poumieszczam wkrótce linki do moich wirtualnych przyjaciół i sojuszników, ale dość sporo się ich nazbierało w czasie mego miesiąca na Salon24, więc trzeba się do tego będzie specjalnie zabrać. Wszystkich zainteresowanych zachęcam od umieszczenia linku do mnie, a potem pochwaleniem się tym faktem przede mną z ew. prośbą o link w zamian. Albo i bez prośby powinno to skutkować.
A poza tym zastanawiam się, czy nie wrzucić tego bloga na własną domenę, na przykład tygrys.pl. Co o tym myślisz, o Przechodniu?
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Najlepiej kliknąć na ten link i wybrać opcję zapisania na dysku, bo inaczej takie .pdf'y otwierają się w oknie przeglądarki, co na ogół nie jest tym, o co chodzi, choć bywa, że właśnie o to.
No to jeszcze, by nie łamać mej własnej tradycji przeraźliwei dlugich wpisów, cytat ze Spenglera, który znalazłem właśnie przed chwilą w tej książce co to jest teraz do ściągnięcia:
Pacyfizm pozostanie ideałem, wojna zaś faktem, i jeśli biali ludzie są zdecydowani nie prowadzić już wojen, ludzie kolorowi będą to robić i staną się władcami ziemi.Umieściłem też w prawym menu link do stronki, gdzie jest dość sporo pomniejszych tekstów Spenglera, choć także po angielsku. (Można by kiedyś postarać się to zrobić po naszemu, dopóki jeszcze za to nie odwożą do Tworek.)
Co jeszcze, skoro już jesteśmy przy takich ogłoszeniach parafialnych? Acha - poumieszczam wkrótce linki do moich wirtualnych przyjaciół i sojuszników, ale dość sporo się ich nazbierało w czasie mego miesiąca na Salon24, więc trzeba się do tego będzie specjalnie zabrać. Wszystkich zainteresowanych zachęcam od umieszczenia linku do mnie, a potem pochwaleniem się tym faktem przede mną z ew. prośbą o link w zamian. Albo i bez prośby powinno to skutkować.
A poza tym zastanawiam się, czy nie wrzucić tego bloga na własną domenę, na przykład tygrys.pl. Co o tym myślisz, o Przechodniu?
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
niedziela, lipca 22, 2007
Spengler o katolicyźmie i protestantyźmie
Oto drobny fragment nieocenzurowanej książki Oswalda Spenglera "Zmierzch Zachodu" w moim własnym tłumaczeniu z angielskiego (autoryzowanego przekładu). Muszę powiedzieć, że ta nieskastrowana wersja, którą od paru dni dość ostro czytam, po prostu mnie zachwyca i wprawia w osłupienie, że w ogóle można aż tyle rozumieć i tak precyzyjnie to w dodatku wyrażać. Fakt, że ta książka w sumie nie odgrywa znaczniejszej roli w intelektualnej debacie - a najczęściej mówi się o niej po prostu znając tytuł i interpretując go po najmniejszej linii oporu (co robią nawet ludzie na poziomie) - zasługiwałby co najmniej na głęboki historiozoficzny esej.
Jest on przetłumaczony nieco luźno z czysto filologicznego punktu widzenia, ale z dbałością o oddanie sensu i niuansów, a poza tym z jednego akapitu uczyniłem kilka, ze wzgłędu na specyfikę publikacji w sieci i wygodę ew. czytelników. Starałem się też zachować duże litery w tekście (w końcu angielskim, a nie niemieckim, więc tutaj ma to znaczenie). Fragment ten pochodzi ze stron 194f amerykańskiego wydania z 1932.
A teraz obiecany niewielki fragment.
Kiedy w swych najtrudniejszych decyzjach dusza jest pozostawiona swym własnym możliwościom, coś nierozwiązanego [zawsze] pozostaje, co wisi [nad nią] niczym nieustająca chmura. Można zatem powiedzieć, że żadna chyba instytucja żadnej religii nie dała światu tyle szczęścia [co sakrament pokuty]. Cała wewnętrzność i niebiańska miłość Gotyku spoczywa na pewności całkowitego odpuszczenia grzechów dzięki władzy nadanej [przez Boga] księdzu. W niepewności, która wynikła ze schyłku tego sakramentu, zarówno gotycka radość życia, jak i świetlisty świat Marii, zblakły. Tylko świat Diabła, z jego ponurą wszechobecnością, pozostał.
A wtedy, w miejsce nieodwracalnie utraconej błogości, wkroczył Protestancki, a przede wszystkim Purytański, heroizm, potrafiący walczyć nadal, nawet bez nadziei, na straconej pozycji. "Ustnej spowiedzi", stwierdził kiedyś Goethe, "nigdy nie należało ludzkości odbierać". Nad krajami, w których ona zginęła, rozsnuła się ciężka powaga. Etyka i kostiumy, sztuka i myśl, przybrały kolor nocy - kolor jedynego mitu, który jeszcze pozostał. Nic nie jest mniej słoneczne, niż doktryny Kanta. "Każdy swym własnym kapłanem", to przekonanie, dla którego można ludzi zdobywać, ale może tu chodzić jedynie o tę część kapłaństwa, z której wynikają obowiązki, nie o tę, która posiada władzę.
Nikt sam siebie nie spowiada z wewnętrzną pewnością otrzymania rozgrzeszenia. Ponieważ zaś potrzeba duszy, by uwolnić się od swej przeszłości i otrzymać nowy kierunek, pozostała równie dotkliwa co zawsze, wszystkie wyższe formy komunikacji zostały przetransmutowane, i w krajach Protestanckich muzyka, malarstwo, epistolografia i pamiętniki, ze sposobów opisywania stały się sposobami samooskarżania, pokuty i niepohamowanych wyznań. Nawet w regionach Katolickich - przede wszsytkim w Paryżu - sztuka i psychologia nabrały znaczenia w miarę, jak rosło zwątpienie w sakrament Pokuty i Odpuszczenie grzechów.
Widzenie świata zatraciło się w bezustannej podjazdowej walce we własnym wnętrzu. W miejsce Nieskończoności, przywoływano współczesnych i potomnych, by byli kapłanami i sędziami. Osobista sztuka, w sensie takim, który odróżnia Goethego od Dantego i Rembrandta od Michała Anioła, była substytutem sakramentu spowiedzi. Był to także znak, iż ta Kultura znajdowała się już w warunkach Późnego okresu.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
Jest on przetłumaczony nieco luźno z czysto filologicznego punktu widzenia, ale z dbałością o oddanie sensu i niuansów, a poza tym z jednego akapitu uczyniłem kilka, ze wzgłędu na specyfikę publikacji w sieci i wygodę ew. czytelników. Starałem się też zachować duże litery w tekście (w końcu angielskim, a nie niemieckim, więc tutaj ma to znaczenie). Fragment ten pochodzi ze stron 194f amerykańskiego wydania z 1932.
A teraz obiecany niewielki fragment.
Kiedy w swych najtrudniejszych decyzjach dusza jest pozostawiona swym własnym możliwościom, coś nierozwiązanego [zawsze] pozostaje, co wisi [nad nią] niczym nieustająca chmura. Można zatem powiedzieć, że żadna chyba instytucja żadnej religii nie dała światu tyle szczęścia [co sakrament pokuty]. Cała wewnętrzność i niebiańska miłość Gotyku spoczywa na pewności całkowitego odpuszczenia grzechów dzięki władzy nadanej [przez Boga] księdzu. W niepewności, która wynikła ze schyłku tego sakramentu, zarówno gotycka radość życia, jak i świetlisty świat Marii, zblakły. Tylko świat Diabła, z jego ponurą wszechobecnością, pozostał.
A wtedy, w miejsce nieodwracalnie utraconej błogości, wkroczył Protestancki, a przede wszystkim Purytański, heroizm, potrafiący walczyć nadal, nawet bez nadziei, na straconej pozycji. "Ustnej spowiedzi", stwierdził kiedyś Goethe, "nigdy nie należało ludzkości odbierać". Nad krajami, w których ona zginęła, rozsnuła się ciężka powaga. Etyka i kostiumy, sztuka i myśl, przybrały kolor nocy - kolor jedynego mitu, który jeszcze pozostał. Nic nie jest mniej słoneczne, niż doktryny Kanta. "Każdy swym własnym kapłanem", to przekonanie, dla którego można ludzi zdobywać, ale może tu chodzić jedynie o tę część kapłaństwa, z której wynikają obowiązki, nie o tę, która posiada władzę.
Nikt sam siebie nie spowiada z wewnętrzną pewnością otrzymania rozgrzeszenia. Ponieważ zaś potrzeba duszy, by uwolnić się od swej przeszłości i otrzymać nowy kierunek, pozostała równie dotkliwa co zawsze, wszystkie wyższe formy komunikacji zostały przetransmutowane, i w krajach Protestanckich muzyka, malarstwo, epistolografia i pamiętniki, ze sposobów opisywania stały się sposobami samooskarżania, pokuty i niepohamowanych wyznań. Nawet w regionach Katolickich - przede wszsytkim w Paryżu - sztuka i psychologia nabrały znaczenia w miarę, jak rosło zwątpienie w sakrament Pokuty i Odpuszczenie grzechów.
Widzenie świata zatraciło się w bezustannej podjazdowej walce we własnym wnętrzu. W miejsce Nieskończoności, przywoływano współczesnych i potomnych, by byli kapłanami i sędziami. Osobista sztuka, w sensie takim, który odróżnia Goethego od Dantego i Rembrandta od Michała Anioła, była substytutem sakramentu spowiedzi. Był to także znak, iż ta Kultura znajdowała się już w warunkach Późnego okresu.
triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.
słowa kluczowe:
katolicyzm,
Oswald Spengler,
protestantyzm,
sztuka
Subskrybuj:
Posty (Atom)