czwartek, listopada 01, 2007

Liberalizm czyli infantylne chciejstwo

Sieć huczy oczywiście od dyskusji na temat dusznych bolów i ew. grzeszków niejakiego Boniego, który ma teraz swe winy (jakie znowu winy!?) odpokutować na stolcu ministerialnym. Jeden z dyskutantów zadał melancholijne, retoryczne chyba w zamierzeniu, pytanie (cytuję z pamięci): "skoro tak opłaca się być kłamcą i zdrajcą, jakim cudem w ogóle istnieją uczciwi ludzie?"

Faktycznie jest to ciekawy problem intelektualny, w dodatku z pewnością niepozbawiony praktycznego znaczenia. Na pewno ma jakąś odpowiedź, ponieważ prawdopodobieństwo, iż dzieje się tak przez całą historię ludzkiego gatunku po prostu przypadkiem, jest tak bliskie zeru, jak to tylko możliwe. A jednak prawdopodobieństwo, iż nie więcej niż 98,8% Polaków ma najogólniejsze choćby pojęcie, jaka jest odpowiedź na to fascynujące pytanie, ja odważę się ocenić na... Powiedzmy 98,7%. I mogę przyjmować zakłady.

Ja sam jednak wiem, gdzie ta odpowiedź leży i jaka, w przybliżeniu, ona jest. Taki genialny jestem? Tego całkowicie nie wykluczam, ale nie tu widziałbym jednak przyczynę tego, że ja wiem, a większość rodaków - jak i zresztą nie-rodaków - nie ma najmniejszego pojęcia.

Na Forum Frondy znalazłem przed chwilą dyskusję na temat przyczyn tego, że kobiety tak namiętnie kochają kupować i kolekcjonować buty. Zjawisko takie niewątpliwie istnieje, nie wiem czy dotyczy wszystkich kobiet - zapewne nie - ale występuje naprawdę intensywnie u sporej ich części. Bardzo chciałbym znać odpowiedź na to pytanie, nie z jakichś praktycznych względów, ale po prostu by wiedzieć, bo psychika kobiety to dla mnie fascynująca sprawa, choćby nawet obuwnictwo nie leżało w sferze mych największych pasji. Nie znam odpowiedzi, ale jestem niemal pewien, iż wiem, gdzie by jej należało szukać. Tego, że niewielu ludzi wie choćby tyle, jestem jeszcze znacznie bardziej pewien.

Jakim cudem, w dzisiejszych czasach niesamowicie wprost łatwego dostępu do informacji - mówię o tej, której dotychczas wszelkie władze, wszelcy uszczęśliwiacze ludzkości, wszelkie "moralne autorytety" itd. itd. - nie zdecydowały się przed ciemnym ludem ukryć. Dla tego ludu dobra oczywiście. Jest tego już całkiem sporo i ilość ta zwiększa się niemal w oczach, ale informacje w sumie, dzięki internetowi przede wszystkim, informacji na tematy mniej więcej dotąd neutralne jest wciąż ogromna ilość, i wciąż bardzo łatwo dostępnej.

A jednak nikt jakoś nie ma o tych sprawach pojęcia... Gdyby miał, to przecież usłyszałbym o tym. Ktoś by temu człowiekowi od zdrajców, choć może nie temu od butów, odpowiedział. Wiedza ta by się z pewnością szybko rozniosła... Jeśli się nie roznosi, to zapewne dlatego, że jej ilość w polskojęzycznym społeczeństwie nie przekroczyła "masy krytycznej", po przekroczeniu której zaczęłaby się niepohamowanie i samorzutnie rozszerzać. (Pomijam tu ew. ingerencje Miłościwie Nam Panujących wszelkiej maści, choć ta maść przeważnie jest cały czas niemal ta sama. Ciekawe zjawisko, swoją drogą!)

Dobra, ale miało przecież być o liberaliźmie, tak? Miało być i powiem więcej - będzie. Właśnie się zaczyna...

Spytajmy może liberała o odpowiedź na dwa przytoczone tutaj pytania. W końcu każda doktryna opiera się na jakiejś wizji świata, zgoda? Może nie zawsze ta wizja musi być od razu metafizyczna, jak było np. u Marksa, ale jakaś koncepcja ludzkiej psychologii, jakaś koncepcja natury społecznych mechanizmów... I nie chodzi mi teraz o te, które wyznawca takiej doktryny CHCIAŁBY mieć, tylko o te, które istnieją niezależnie od jego, czy czyjejkolwiek woli. W końcu wszelka polityka, wszelka doktryna polityczna, musi się liczyć z faktem, iż działa wśród masy ograniczeń i nie wszystko zależy od tego, co by się chciało. Chyba, że czegoś nie zrozumiałem, ale w takim razie proszę o wyjaśnienie mi mojej pomyłki. No i przyznanie, że nie mówimy już o doktrynach politycznych, tylko o gnostyckich religiach.

Czy liberalna doktryna daje jakiekolwiek nitki mogące doprowadzić pytającego do odpowiedzi na postawione tu na wstępie pytania? Pytania w rodzaju tego, że przypomnę, jakim cudem istnieją wciąż porządni ludzie, skoro ewidentnie skurwysyństwo, w stylu choćby Boniego, tak bardzo popłaca? Obawiam się że nie, że liberalizm nie ma na ten temat absolutnie nic do powiedzenia. I że, swoim zwyczajem, udaje, że nie dostrzega tego, ani żadnego innego ze stada słoni grasujących po jego starannie wylizanej hurtowni porcelany.

Każdy z nas, indywidualnie, a także każda filozofia czy ideologia, posiada całą masę różnych mniej lub bardziej świadomych filozoficznych (w b. szerokim znaczeniu tego słowa) założeń. Po prostu każdy z nas, jak i każda doktryna, posiada pewien obraz świata, jak bezsensowny i niespójny byłby on przy dokładnej, krytycznej analizie. To są sprawy już dzisiaj oczywiste, kto tego nie rozumie filozoficznie tkwi co najwyżej w wieku XIX, razem z Marksem i Sierakowskim.

Jeśli ten obraz świata naszych rodzimych liberałów, inaczej światopogląd, pozwala im wskazać choćby w wielkim przybliżeniu miejsce, gdzie znajdują się odpowiedzi na postawione tutaj na wstępnie pytania, to prosiłbym o wskazanie tego miejsca. Jeśli się to stanie, nie uwierzę jednak, że odowiedź tę otrzymałem od liberała. Czemu? Ponieważ te odpowiedzi są całkowicie sprzeczne z całą liberalną doktryną!

Nie z "dążeniem do wolności", nie z "uwielbieniem pluralizmu", nie z "miłością do wolnego rynku". Nie o to chodzi! Sprzeczne są z założeniami, które musi - niejednokrotnie, przeważnie nawet, milcząco i nie do końca świadomie - przyjmować każdy, by być liberałem.

Jeśli liberalizm to "dążenie do wolności", "uwielbienie pluralizmu", "miłość do wolnego rynku", to sorry, ale "dążyć", "uwielbiać", "miłować", to możemy sobie do woli, tyle że niewiele z tego w realnym świecie wynika. Mnie interesuje kwestia tego, jaki obraz świata zakłada WSZELKI liberalizm. Obraz, w którym funkcjonować mogą jego pojęcia, jego kategorie, jego niezmiennie proste i genialne rozwiązania ludzkich problemów. Obraz, czyli inaczej światopogląd. Jaki on w końcu jest? I nie mówcie mi proszę o waszym uwielbieniu dla wolności, co które słowo znaczy po łacinie a co po francusku...

To nie o o to chodzi! Nie dlatego uważam was za... sami wiecie przecież, za kogo was uważam... Nie dlatego zatem, że "chcecie" czegoś nie tak, tylko że jesteście jak dzieci w piaskownicy i wcale wam to nie przeszkadza. Wy czegoś chcecie i to ma wystarczyć. Jak nie, to rzucicie łopatką i... I co właściwie? Obawiam się, że do domu nie pójdziecie, dając wszystkim spokój. Raczej zmienicie temat, obrzucicie krytyka obelgami, zaczniecie jeszcze głośniej wychwalać własne dobre chęci... Te wasze genialne rozwiązania - tak niezawodne, tak proste przecież... Gdybyż tylko ludzie chcieli i potrafili to dostrzec!

Pewien niegłupi Amerykanin, nie pamiętam już niestety kto, stwierdził, że "Każdy skomplikowany problem ma jedno proste rozwiązanie i to rozwiązanie jest zawsze złe". Liberalizm prezentuje się jako proste genialne rozwiązanie nie jednego problemu, ale ogromnej ich ilości, praktycznie wszystkich dręczących ludzkość od tysiącleci problemów! W związku z tym powyższy bonmot odnosi się do niego podniesiony do nie-wiem-której potęgi.

Dajcie sobie spokój z chciejstwem, z infantylizmem, z opowiadaniem ludziom, jakiego to wy raju na ziemi dla całej ludzkości pragniecie... I spróbujcie na początek odpowiedzieć na postawione tu na początku pytania. Jakiś think tank może warto by było zorganizować? Zapytać autorytetów, mędrców? W końcu do u was przecież znajduje się niemal cały światowy potencjał intelektu, prawda? Poszukać w Fundamentalnych Tekstach... Przecież jeśli się pogrzebie w pismach takich mędrców, jak von Mises, to z pewnością najdzie się odpowiedź na każde pytanie. W tym i takie, jakim cudem zachowała się jeszcze jakaś ludzka przyzwoitość, skoro Judasz dostał 30 srebrników, a człowiek porządny... Sami wiecie, co się przeważnie dzieje z porządnymi ludźmi - co najwyżej prowadzą szare życie, bez większego wpływu na cokolwiek. No więc jakim cudem...?!

Do tego czasu, kiedy mi dacie jakąś, przybliżona choćby, ale odpowiedź, przykro mi, ale jesteście dla mnie tylko infantylną zgrają wrzaskliwych przedszkolaków nie mających pojęcia o czym w ogóle mówią. A do tego upiornych, tępych, powtarzających się nudziarzy. Są wprawdzie wyjątki, jak na przykład Korwin, który pomysłów - często oryginalnych, nierzadko słusznych - ma zawsze co niemiara...

Tyle że wam wyraźnie wystarcza jeden myślący człowiek (no, może dwóch, bo St. Michalkiewicza też niestety należałoby uznać za głosiciela liberalnych idei), reszta zaś - w życiu ideologicznym, publicznym i/lub politycznym, prywatnie mogąc być całkiem interesującymi i niegłupimi ludźmi, choć z każdym waszym liberalnym dniem coraz mniej interesującymi i niegłupimi, bo tak to niestety działa - zadowala się tylko międleniem i powtarzaniem tego jednego prostego genialnego rozwiązania i tych cotygodniowych błyskotliwych objawień.

Na odmianę proponuję wam szansę na zaimponowanie mi, i nie tylko mnie, waszym i waszej doktryny intelektualnym potencjałem. A więc do dzieła!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, października 31, 2007

Oto najszybszy sposób na pisanie biężączek w akcji!

Kto chce zobaczyć, co mam do powiedzenia na temat tego nowego tuskowego kandydata na ministra pt. Boni, niech obie naciśnie "control-F", potem zaś wpisze w odpowiednie pole "buzek". Skutkiem czego znajdzie sobie w prawym menu ze słowami kluczowymi jedno "premier Buzek" i jedno "Jerzy Buzek". Kliknie, no i tam to jest, bo Buzek, jak zapewne większość gwiazd rodzimego platfusiarstwa, to także esbecki agent. O czym wciąż b. mało ludzi zdaje się wiedzieć, choć Buzek sam się do tego publicznie przyznał.

A zresztą, co mi tam! Dam tu po prostu linki... Polacy w końcu do zbyt mądrych nie należą, co wykazali w niedawnych wyborach. A więc proszę:

http://bez-owijania.blogspot.com/search/label/premier%20Buzek

http://bez-owijania.blogspot.com/search/label/Jerzy%20Buzek

Gorąco zachęcam do przeczytania tych dwóch hiperaktualnych tekstów. Miłej lektury! ;-)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, października 30, 2007

Kolejny śpioszek przeciera oczki i się przeciąąąąąga?

Nie chciałbym rzucać niepotrzebnych oskarżeń nawet na byty wirtualne, nie mam też chyba skłonności do paranoi (choć w część spiskowych teorii, w rodzaju tej Gwiazdy/Wyszkowskiego wierzę jak najbardziej), ale tyle moich politycznych intuicji i proroctw już się spełniło, że pozwolę sobie zwrócić uwagę na pewien drobiazg.

Otóż na Forum Frondy pojawił się dzisiaj taki oto króciutki, acz treściwy wpis, cytuję:
oto tytuł:

Jeśli to prawda, że LechKacz kombinuje jak nie powołać Tuska

oto zaś treść:
To znaczy, że jest kompletną pomyłką. Mam nadzieję, że to tylko medialne kłamstwo.
Oryginał, wraz z dyskusją, która się wywiązała, tutaj.

Autorem jest bardzo znany wirtualny byt pod tytułem kataryna. Trochę zastanawiające, prawda? Akurat teraz ten nieprzejednany wielbiciel PiS zaczyna mieć wątpliwości na temat Prezydenta, jedynej realnej siły mogącej jeszcze wsypać nieco piasku w tryby przygotowywanej do rozruchu przez Postępowe Siły machiny.

Czyżby potwierdzała się moja niegdysiejsza intuicja - to przeczucie lekkie jak muśnięcie motylich skrzydełek i oparte na dość rzeczowych wprawdzie argumentach, ale pozbawionych jak się okazało wielkiej siły przekonywania? To przeczucie mówiące mi, że może lepiej uważać, może nie warto zbytnio się radować z kogoś tak dobrze poinformowanego, tak elokwentnego, i tak jednoznacznie po naszej stronie? Bo to może być po prostu b. dobrze uśpiony prowokator, agent wpływu, prawdopodobnie działający na rzecz i z pomocą gazowniczego środowiska?

Kto chce zobaczyć, co kiedyś pisałem na temat kataryny i moich podejrzeń, może kliknąć tutaj, tutaj i tutaj. Naprawdę nie uważam, by blogerzy musieli się koniecznie ujawniać, ale prowokatorów w Polsce i tak dostatek, a tutaj ryzyko jest nieco, jak na mój gust, zbyt duże. Sorry kataryna, ale - jeśli jesteś w porządku - sama wiesz, jaką mamy sytuację.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Lekarstwo na anonimowość będzie chyba bez recepty

Włączyłem ci ja wczoraj publiczną telewizję... Gadają coś tam, że powstaje koalicja, nudy. Dołem biega taka tasiemka z najaktualniejszymi aktualnościami: Tusk, powstaje koalicja, Rosja cośtam... Nudy! Aż tu nagle jedna z tych aktualności całkiem fascynująca. Cytuję: "Raport WHO: Niemal połowa ludzi na świecie rodzi się i umiera anonimowo".

Poczułem się, jakby mi ktoś zrobiony z lodowego sopla sztylet wbił w serce i obracał go w ranie. Umierają anonimowo... Czyli przed śmiercią czołgają się gdzieś, gdzie nikt ich nie zna. Ach, jakież to okrutne! Co może człowieka, w dodatku ledwo już zipiącego i mającego umierać, zmusić do takiego uczynku? Czyżby Eskimosi? Jakaś inwazja, jakaś infekcja? Fi donc! Śpiewał wprawdzie kiedyś Jan Kelus o tym, że "gdzieś na wyspach Fidżi, starców kijem bili tam, żeby im obrzydzić", ale to Fidżi było mu raczej potrzebne jako rym, bo co bardziej wykształconym wiadomo, że to Eskimosi wypędzali swych starców z igloo, żeby nie zużywali cennych zasobów bez pożytku.

Anonimowa śmierć jest bez wątpienia straszna, ale co powiedzieć o anonimowych narodzinach?? Matka ogląda "Plebanię" czy inne wystąpienie senatora Niesiołowskiego, całkiem nie zwracając uwagi na to, że dziecko się jej rodzi? Anonimowe, bowiem nie wiadomo nawet jakie nosi nazwisko? Jak już urodzi, ta matka znaczy, to nawet nie sprawdzi, chłopiec czy dziewczynka i nie dopasuje do noworodka swego wcześniej wymarzonego imienia? Bo gdyby to zrobiła, to nie urodziłoby się, wraz z niemal połową ludzkości, anonimowe.

To był jednak dopiero początek. Obrazy bowiem, które widziałem oczyma duszy były coraz potworniejsze... Jak długo trwa ta anonimowość? Mniejsza już o tę od umierania, ale ta przy urodzeniu? Jak długo ten noworodek żyje samotnie, sam musząc sobie we wszystkim radzić, całkiem nie znany nikomu i w nikim nie mający wsparcia?

Potem jednak przychodzi chyba moment... O szczęśliwa chwilo! - kiedy ten niemowlak, a może już przedszkolak, przestaje być anonimowy, włącza się w jakąś społeczność... Jak się to odbywa? Na tasiemce tego nie powiedzieli, a tak bym chciał wiedzieć!

Kiedy tak oglądałem te obrazy, wszystkie przygnębiające, poza jednym optymistycznym, przez zalane łzami współczucia oczy, przyszło mi do głowy, iż być może to "rodzi się i umiera" to była tylko taka figura retoryczna. Że w istocie chciano nam powiedzieć, że ci nieszczęśnicy, z których, przypominam, składa się połowa ludzkiego rodzaju, żyją anonimowo od urodzenia do śmierci. Może jednak o to chodziło?

Łzy zaczęły mi płynąć z ócz jeszcze większą strugą, moja jednak niestrudzona kora dalej próbowała zrozumieć... Jak to może być, iż połowa ludzkości nie ma ani imienia, które by ktokolwiek z bliźnich znał, ani choćby ksywy: "Rudy z Rozbieganymi Ślepiami", albo powiedzmy "Główny Macher"... Możliwe to? Gdzie tacy anonimowi pustelnicy się dzisiaj ukrywają, skoro nawet na pustyni jest już pełno ludzi? Z czego oni biedaki żyją? Jak się rozmnażają, jeśli oczywiście to robią?

Kiedy zaczęło już mi w organiźmie brakować wilgoci na dalsze łzy, jakoś tak, z nie wiadomo kąd, przyszło mi do głowy, iż "anonimowo" mogłoby także oznaczać "pozbawieni dokumentów tożsamości, nie mówiąc już o czipach wszczepionych pod skórę... niezarejestrowani i nieopisani w najmniejszych szczegółach w centralnych komputowych rejestrach jakiejś dobroczynnej administracji... nie obserwowani na każdym kroku z satelitów, a więc mogący się zgubić, zbłądzić, zrobić coś, czego potem będą żałować (władza już o to zadba)...

No i łzy znowu zaczęły mi tryskać z oczu, choć wody już prawie w sobie nie miałem. Jak to tak? Bez dowodu osobistego? Bez osobistego udziału w Systemie Schengen? Aż dziw, że ci ludzie w ogóle upierają się żyć, skoro ma to być tak beznadziejna egzystencja, prawda?

A tak na serio, to zacząłem się bardzo ostro zastanawiać, dlaczego taka obłędna wiadomość została ludowi zaserwowana. W końcu ktoś chciał tym coś osiągnąć, raczej wiadomo co... Zaczyna się jakaś kampania, bez dwóch zdań! Widać nastąpił jakiś istotny postęp w technologii mikroczipów i teraz będzie można powiedzmy robić bilingi wszystkiego co taki nieanonimowy obywatel kiedykolwiek powiedział... A wszystko przy pomocy czipa tak malutkiego, że delikwent nawet go prawie nie zauważy! Hurra, niech nam żyje Nowa Globalna Władza!

I coś chyba jest na rzeczy, moim państwo. Dzisiaj bowiem znalazłem w sieci taki oto artykuł...

Znakowanie dzieci czipami RFID w brytyjskich szkołach

Uczniowie szkoły Hungerhill School w Edenthorpe w hrabstwie South Yorkshire, poddani zostali eksperymentowi, który można uważać za przygotowanie do powszechnego wprowadzenia identyfikowania uczniów za pomocą nadajników RFID.
Jak twierdzą organizatorzy eksperymentu, jest to pierwsze tego rodzaju zastosownie urządzeń identyfikacyjnych działających na zasadzie sygnałów radiowych RFID (Radio Frequency Identification) w szkole brytyjskiej. Mikroskopijne nadajniki RFID zostały wszyte do mundurków szkolnych i pozwalają na śledzenie każdego ruchu uczniów.
Trevor Darnborough, konstruktor nadajników a zarazem właściciel firmy Darnboro Ltd, produkującej nadajniki i lansującej technologię przekonuje, że szerokie ich zastosowanie pozwoli na zwiększenie bezpieczeństwa szkół i samych uczniów i może być skuteczną metodą identyfikacji uczniów nie przetrzegających przepisów.
Władze szkolne miasta Doncaster wyrażają wielkie zainteresowanie systemem i mają nadzieję, że będzie on wkrótce zastosowany, a nadajniki wszyte do uniformu każdego ucznia. Firma Dornboro Ltd twierdzi, że jest gotowa do zastosowania technologii na szeroką skalę i spodziewa się wielkich zysków z rynku mundurków szkolnych, szacowanego na 300 milionów funtów rocznie. Firma twierdzi też, że władze szkolne Doncaster chciałyby zastosować technologię począwszy już od roku 2008, co pokrywa się z założeniami władz brytyjskich zmierzającymi do uruchomienia podobnego systemu z internetową bazą danych dostępną dla rodziców.
Wielkie zastrzeżenia do pomysłu znakowania i śledzenia uczniów wyrażają rodzice oraz organizacje walczące z ingerencją rządu w prywatność obywateli. David Clouter, ojciec jednego z uczniów i założyciel organizacji Leave them kids alone, sprzeciwiającej się tworzeniu bazy danych odcisków palców uczniów, mówi że: "Zamocowanie [czipu RFID] w szkolnych mundurkach jest w gruncie rzeczy całkowitym śledzeniem dzieci. Takie znakowanie robione jest wobec kryminalistów wypuszczonych z więzienia na przedterminowe zwolnienie [a nie wobec uczniów]."
Oryginał tutaj.
triarius

P.S. No i patrzcie ludzie - ledwom powyższe napisał, a już na znajduję w sieci taką oto informację:

Hitachi: "A oto chip, którego nie dostrzeżesz gołym okiem!"
--> AudioBot - odsłuchaj materiał oceń i skomentuj tekst wklej zwiastuny aktualności na swoją stronę WWW podyskutuj na forum wyślij pocztą wersja do wydruku
06.02.2006 12:36


Hitachi zaprezentowało chip RFID mający kształt kwadratu o bokach 0,15 x 0,15 milimetra i grubości 0,0075 mm. Nikłe rozmiary sprawiają, że oglądany gołym okiem układ jest nieodróżnialny od drobinki kurzu!
-->

Pracownik Hitachi prezentuje nowy układ
Zdaniem przedstawicieli Hitachi, osiągnięty poziom miniaturyzacji umożliwi znaczące obniżenie kosztów produkcji elektroniki i zwiększenie liczby układów, które można wyciąć z jednej płytki krzemowej.

Układ może zostać zastosowany w banknotach, dokumentach czy certyfikatach jako dodatkowy - prócz znaków wodnych i innych zabezpieczeń - element potwierdzający ich autentyczność. Może się również przydać do oznaczania i śledzenia przesyłek - Hitachi czeka teraz na większe zamówienia.

Chip nie potrzebuje zasilania. Energia generowana jest przy pomocy zewnętrznej anteny odbierającej fale elektromagnetyczne.


Oto link do oryginalnego tekstu.

Prawda, że wszystko się przecudnie po prostu zazębia? Sprawa zdaje sie wyjaśniać. Z drugiej strony, gorliwości. bezczelność, ale i refleks, tych totalistycznych globalistów, którzy nami w mediach manipulują, są naprawdę przerażające...

czwartek, października 25, 2007

Droga trzecia czy żadna?

W komentarzu do jednego z ostatnich wpisów zarzucono mi, że "propaguję trzecią drogę". Czyli ani liberalny kapitalizm, ani socjalizm czy inne lewactwo. Otóż nie, Łaskawy Panie - tutaj nie ma żadnej "drogi"! To nie jest aikido ani judo - tutaj chodzi o realne życie i jak najbardziej realną politykę. A że obie propagowane z takim zadęciem "drogi" mi nie odpowiadają to fakt, ale to jednak nie powód, by w ten sam sposób podchodzić do problemów.

Tak się ostatnio zastanawiałem i doszedłem do wniosku, iż być może podstawowa różnica między tym, co dla mnie stanowi prawicowość i  lewicowość - z liberalizmem włącznie - jest taka, że prawicowiec ma przede wszystkim wartości, z których wynikają pewne dość podstawowe cele, do osiągnięcia których się dąży przy pomocy praktycznych, zależnych od okoliczności środków, podczas gdy wszelka lewicowość (a liberalizm być może najbardziej) najpierw jakoś zawsze formułuje genialne i uniwersalne środki, które mają zapewnić stały i nieunikniony postęp... Którego skutkiem jest oczywiście coraz pełniejsze osiąganie coraz wznioślejszych celów, tyle, że jakoś nigdy się ich specjalnie precyzyjnie nie definiuje.

Czemu liberalizm załapał się do tego lewackiego kotła? Otóż dlatego, że ma przecież niezwykle prostą receptę na uszczęśliwienie i świeckie zbawienie ludzkości. Jest to "poszanowanie własności prywatnej", które rozszerzane jest, rozlewa się niejako, na pokrewne sprawy - w rodzaju "poszanowania wolności jednostki", a u niektórych np. "Prawa" pisanego z dużej litery. Jeśli ktoś nie wierzy, iż "poszanowanie wartości prywatnej" potrafi się rozlać, powinien się sprężyć i przeczytać słynne dwa pamflety Johna Locke z lat 1680', które stanowią historyczne i ideowe źródło liberalizmu. Tam nawet Bóg zajmuje się w praktyce jedynie stworzeniem i pilnowaniem poszanowania prywatnej własności! Jeśli to nie jest idée fixe, to już nie wiem co nią jest!

Oczywiście lewactwo także ma tego rodzaju proste, genialne rozwiązania - komunizm ma "zniesienie własności prywatnej", kopnięte lewactwo spod znaku wąchania kleju, czytania Gazownika i modłów do Kuronia ma "tolerancję"... I tak dalej. Liberałowie dostają, ode mnie, na tym jeszcze paskudniejszym, zgoda tle, takie cięgi przede wszystkim z dwóch powodów: (1) uchodzą wśród ogółu za ludzi normalnych, a nawet prawicę; (2) ich brednie są sformułowane w znacznie bardziej precyzyjnym, "naukowym", a w każdym razie oświeceniowym, języku. Więc są zarówno bardziej niebezpieczne dla ludzi inteligentnych a niewyrobionych, jak i stosunkowo łatwiej z nimi polemizować. (Co nie oznacza, że łatwo. W końcu gdzie mi tam do popularności Dody i jej ideologicznych wpływów!)

Jeśli mam rację z tą różnicą, o której traktuje niniejszy wpis, to wynikałoby z niej kilka dość istotnych rzeczy. Na przykład taka, że prawica powinna się łatwiej dogadać z uczciwą lewicą w dawnym stylu, niż z leberałami. Wartości obu są mniej więcej te same (ludzkie, wszechludzkie), tak samo, choć w dużo mniejszym stopniu, jest z celami (o ile nie ma konfliktu, na przykład narodowego, w końcu prawicowiec nie neguje istnienia obiektywnych konfliktów i nie ma nadziei na ich całkowite uniknięcie), zaś środki uznaje się za doraźne, narzucane przez okoliczności i zmienne. Oczywiście środki muszą być dostosowane do celów i wartości, a całkiem nieetyczne środki mogą w sumie przekreślać wartość osiąganych dzięki nim celów, nie ma tu jednak jakiejś recepty na etyczną niewinność, jaką daje na przykład lewactwu błogosławieństwo Michnika, pocałowanie relikwii Kuronia, czy wlezienie bez wazeliny jakiemuś rabinowi.

Z drugiej strony, prawicowość - pojęta tak, jak tutaj próbuję to przedstawić - nie daje żadnej recepty: ani na indywidualną słuszność, ani na etyczną anielskość, ani na stworzenie raju na ziemi. No i wielu ludziom właśnie ta jego cecha piekielnie zdaje się przeszkadzać. Zabawne jest to moim zdaniem, gdy ci ludzie podają się za głęboko wierzących np. katolików - bo im religia powinna dać tę, tak upragnioną pewność. Na ile to w ogóle możliwe. Rzadko jednak tak bywa - dziwne to nieco, ale to fakt.

I tyle miałbym na dziś do powiedzenia na temat "trzeciej drogi". Nie ma trzeciej drogi i nie będzie. Nie u mnie w każdym razie. Nie musicie ani trząść z lęku pośladkami, ani też oczekiwać z wypiekami na policzkach, że Wam ją nagle kiedyś ujawnię. Życie w realu po prostu tak nie wygląda i nigdy wyglądać nie będzie, sorry! Jeśli komuś życie bez gotowych recept, bez wszechogarniającej ideologii, bez perspektywy ziemskiego raju... Bez cudu Tuska, bez "Prawa" pisanego z dużej litery i w jakiś cudowny sposób ze świata platońskich idei, ze strefy położonej poza kryształową kopułą wszechświata, gwarantującego nam tu na ziemi "niepodważalność prawa własności" i inne takie sprawy...

Nieważne - słuszne i pożądane, czy też nie - w każdym razie na pewno nic tu nie jest gwarantowane nam przez żadną nadziemską władzę. ani też nie stanowi gwarancji przyszłego raju na ziemi! Więc jeśli bez wiary w takie rzeczy komuś życie wydaje się nie do zniesienia, to niech się szybko zapisze do partii Tuska (dopóki tam jeszcze, poza serwowaniem masom świeckiej religii Postępu, szemranego liberalizmu i europejskości, będzie dostęp do kręcenia lodów), reaktywuje UPR, albo niech (i to by było najskuteczniejsze i najsensowniejsze) da sobie spokój z polityką i sprawami z jej obrzeża! Niech zostanie mnichem, a najlepiej od razu buddyjskim!

Jeśli coś ma być zrobione, to my musimy to zrobić. Żadna Istota Najwyższa citoyen'a Robespierre tego za nas nie zrobi! Możemy się jednak - przynajmniej teoretycznie, bo nie wiem, czy starczy nam rozumu i gruczołów - wystarczająco porozumieć na temat wartości i celów, by to coś razem robić. A jeśli przy tym odrzucimy różne wygodne, albo po prostu wmawiane nam od pieluszek, złudzenia i recepty, to może nawet coś nam się zrobić uda. I to jest wszystko, czego zdrowy psychicznie człek może oczekiwać po swym ziemskim pobycie (poza oczywiście rajskim przebytem, ale tego to już nie mnie gwarantować). Przykro mi, jeśli kogoś rozczarowałem, choć w sumie wątpię, bo tacy chyba po prostu nie przeczytali.

Napisałem to i nagle uświadomiłem sobie dość interesującą rzecz. Otóż lewactwo - z realnym, miłościwie nam panującym liberalizmem na czele (w końcu jego jest najwięcej i z nim mamy najwięcej do czynienia) - narzuca nam takie przekonanie, że niezdefiniowanie na samym początku środków jest w jakiś sposób niemoralne i automatycznie spowoduje staczanie się w etyczne bagno. Pomyślcie tylko o tym! Przecież my wszyscy już w jakimś stopniu temu ulegliśmy i tak to widzimy, choć nie ma w tym wcale wiele sensu czy logiki!

W istocie jednak uruchamianie potężnych, z założenia "nieomylnych", mechanizmów i środków, nie jest ani trochę bardziej etyczne - jeśli nie określi się dokładnie celów, oraz nie zagwarantuje się w możliwie ścisły sposób, że uruchomione środki do tych celów właśnie doprowadzą. I jeszcze w dodatku nie przyniosą szkodliwych, a w każdym razie nieprzewidywalnych, skutków ubocznych.

A jednak jest tak, że ONI - czyli lewactwo, europejsy i liberałowie - nie raczą nawet określić precyzyjnie celów i kosztów ich osiągnięcia, my zaś czujemy się automatycznie jakoś moralnie brudni, kiedy, próbując wyjść od celów i (najszlachetniejszych nawet) wartości, mielibyśmy przyznać, że środki będziemy stosować takie, jakie będą potrzebne. Przecież to paranoja! Kto jest tutaj nieetyczny - my czy oni? Ale ten ich (nie)moralny szantaż działa przecież bezbłędnie, prawda?

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.