piątek, września 12, 2008

Św. Mikołaj przychodzi wczesną jesienią...

Ten post nie jest przesadnie polityczny - jeśli jest zbyt mało polityczny (nie w znaczeniu stosowanym przez Pana Zagłobę), to proszę go wykluczyć z agregacji. Ja żadnych wątpiów miał z tego powodu nie będę. Choć wolałbym oczywiście nie.

Św. Mikołaj to może na razie lekka przesada, ale faktycznie mamy środek września, więc to się zgadza. No i chciałem rzec, że pod tym linkiem jest nieco fajnych rzeczy do pobrania:

http://www.drivehq.com/folder/p1041962/02637836.aspx

Ten link jest taki nieco psim swędem, na razie działa bez problemu, ale kto go tam wie co będzie w przyszłości. Prawdziwy link to ten:

http://www.drivehq.com/file/df.aspx/publish/triarius/PublicFolder

Ino że tutaj trzeba by się zarejestrować ZA DARMO w serwisie DriveHQ, co zresztą jest świetną sprawą, bo tam dają naprawdę b. dobry wirtualny dysk za darmochę i parę fajnych programów z tym związanych. Ja mam to konto od dawna, od jakiegoś czasu nawet w płatnej wersji, i naprawdę b. sobie chwalę. Oraz z przekonaniem polecam.

W każdym razie, niezależnie od wyboru linka, wszystkie te rzeczy do ściągnięcia są legalne i darmowe. Niektóre z nich to wprawdzie skróty i dema ebooków, ale i tak są interesujące. Inne są w pełnej wersji i naprawdę cenne (jeśli trafią na odpowiedniego człowieka).

Co tam jest? Ebooki o historii i literatura po angielsku. Naprawdę klasyczne pozycje.... Moje wszystko z salonu24... Spengler po angielsku, pełny... Jeden cenny i nowy ebook po angielsku o zarabianiu forsy w sieci... Dema publikacji Złotych Myśli w postaci ebooków i audiobooków. Te są oczywiście po naszemu... No i programik pozwalający na używanie tych dawnych ebooków w formacie .exe na nowszych systemach Windows, gdzie z tym są, z winy Windowsa podobno, kłopoty. Coś może jeszcze przeoczyłem, samemu sprawdzić! W ogóle to zacząć należy od ściągnięcia i przeczytania pliku _CZYTAJ TO_.txt. On jest tam zaraz pierwszy.

Jeśli się komuś te rzeczy przydadzą, będę cały szczęśliwy. Jeszcze szczęśliwszy będę, jeśli ten ktoś to szeroko rozpropaguje! Dlaczego? Dlatego mianowicie, że tam są linki, na których mi zależy, by dotarły szeroko do moich bliźnich. Linki do tego bloga, oraz linki do różnych spraw, gdzie także jest to dla mnie miłe i pożyteczne. Ewentualnie, nikt nikogo nie gwałci czy coś. Ale "wirusowy marketing" w tym jest, nie przeczę i nie widzę w tym nic złego. Natomiast żadnych wirusów tam nie ma - w tych plikach .exe też nie! Wszystkie one są zresztą spakowane, więc najpierw ściągnąć, sprawdzić antywirusem, rozpakować... Każdy to chyba sam wie.

Dzięki za uwagę. Jeśli będą jakieś pozytywne odzewy to postaram się znaleźć więcej fajnych rzeczy i je tam poumieszczać ku ogólnej radości.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

czwartek, września 11, 2008

Wielka Nie-Sowiecka Encyklopedia Tygrysia cz. 4

Tuskoid


Gryzoń blisko spokrewniony z lemingiem (Lemmus i Dicrostonyx) i tuskiem pospolitym (Tuskus vulgaris). Trzeba tu nadmienić, iż niektórzy uczeni uważają, że tuskoid jest nie osobnym gatunkiem, ale bezpłodną hybryda obu wspomnianych gatunków.

Z wyglądu i zachowania tuskoid znajduje się dokładnie pośrodku pomiędzy oboma tymi gatunkami. Jego cechy to: niepozorny wygląd, niezborne ruchy (szczególnie w czasie tzw. "rave parties"), przede wszystkim zaś nieprzezwyciężona potrzeba przebywania w tłumie takich samych osobników - te zbliżają tuskoida do leminga, podczas gdy ruda czuprynka, oczy na szypułkach, czy gruchające dźwięki, wydawane szczególnie w okresie godowym: "kasthować! kasthować!" - to najbardziej charakterystyczne cechy tuska pospolitego, które posiada również i tuskoid. Inteligencja wszystkich tych gatunków gryzoni jest na poziomie pośrednim pomiędzy mniej bystrym kangurem, a przeciętnym indykiem pastewnym.

Tuskoidia to stan albo właściwość bycia tuskoidem.

Powiedzmy teraz nieco o etymologii. Nazwa "tuskoid" jest przez naukowców różnie wyjaśniana. Jedna z naszerzej dziś akceptowanych teorii głosi, iż "tuskoid", a także sam "tusk", pochodzi od łacińskiego określenia "lectio Tusca", czyli "odczytywanie (wróżb) na sposób etruski". "Tusca" to oczywiście genetivus femininum od "Tuscus", czyli "Etruski", albo też "Etrus(e)k".

Etruskowie, jak wiadomo, byli dla Rzymian wielkimi autorytetami we wszelkich sprawach związanymi z magią i religią, więc określenie to szeroko w Rzymie stosowano. Z czasem jednak popularność etruskiej wiedzy spadła do zera, albo nawet niżej. Być może stąd właśnie wzięło się określenie "tusk", określające kogoś, kto przepowiada przyszłość nie mając o tym zielonego pojęcia, obiecuje cuda niewidy bez pokrycia, i, mówiąc nieco brutalnie: "łże jak najęty i pieprzy takie pierdoły, że naprawdę w końcu powinien za to beknąć" (koniec cytatu).

Inni uczeni nie zgadzają się z wyżej wspomnianą etymologią, argumentując, iż "tusk" pochodzi właśnie od "tuskoid", nie zaś odwrotnie. Na dowód przytaczają fakt, iż pierwsze udokumentowane użycie określenia "tuscoidus" (wymawiane z twardym "c") miało miejsce w tytule mało znanego tekstu Seneki "De spadonibus et tuscoidis", czyli "O spadonach i tuskoidach". Spadones (sing. spado, spadonis), jak powszechnie wiadomo, byli to kastraci, zoperowani w tak przemyślny i kunsztowny sposób, że mimo utraty (eufemistycznie mówiąc) męskości, zachowali (eufemistycznie mówiąc) siusiaka. Co dawało im ogromną przewagę nad innymi (nie bójmy się tego słowa!) kastratami w wielu erotycznych kontekstach.

I to nie tylko (nie bójmy się także i tego zwerbalizować!) kontekstach damsko-męskich, ale także w tych jak najbardziej jednopłciowych. (Nie wdając się w przesadnie dokładne obliczenia, bo być może tych płci było tam np. 0,87 albo 0,78.) Nie tylko zresztą nad kastratami mieli spadones przewagę.

Niestety dzisiaj nie jest już dla nas jasna różnica pomiędzy spadonami a tuskoidami. Być może, jak przypuszczają niektórzy uczeni, leży ona w rudej czuprynce. Nawiasem mówiąc, czołowy dziś badacz tego fascynującego zagadnienia X.Y. Platt-Fuss Cienacky, przedstawia liczne i niezbite jego zdaniem dowody, iż największa musiała być popularność starożytnych spadonów w okolicach dzisiejszej Brukseli. To taka ciekawostka dla co pilniejszych uczniów, którzy chcą wiedzieć nieco więcej, niż przewiduje program.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

wtorek, września 09, 2008

Wielka Nie-Sowiecka Encyklopedia Tygrysia cz. 3

Leming, lemingofrenia

Leming to ktoś, kto nie dość się interesuje polityką, by starać się wyrobić sobie w tej sprawie własne, oparte na realiach zdanie, ale wystarczająco, by się na jej temat wypowiadać i przede wszystkim, dawać się podszczuć do politycznych działań macherom posiadającym w rękach media, oraz wylansowanym przez te media tzw. autorytetom. Stan bycia lemingiem nazywamy lemingofrenią.


Test na lemingofrenię

Bycie lemingiem, czyli lemingofrenia, oznacza głębokie zmiany osobowości, przejawiające się także w innych, niż ściśle biorąc polityczny, obszarach. Lemingi reagują całkiem inaczej od normalnych ludzi na niektóre fakty i zjawiska. Na tym fakcie oparte są najużyteczniejsze testy na lemingofrenię. Lemingi uwielbiają mianowicie brać udział w spędach lemingów, a spędy te mogą być zarówno w realu, jak i czysto wirtualne, co im zdaje się nie robić wielkiej różnicy.

Kiedy na przykład leming otrzymuje informację, że gdzieś ma zostać bity rekord Guinessa polegający na ilości ludzi którzy w czymś wezmą udział (zdjęcie "Gdańszczanie tysiąclecia", ściąganie przeglądarki Firefox v.3, taki czy inny "żywy łańcuch") wykazuje oznaki podniecenia i natychmiast czyni kroki, by się w obiecany mu tłum innych lemingów włączyć.

Podczas gdy zdrowy i niedotknięty lemingofrenią osobnik oczywiście - albo odbezpiecza broń (jeśli jest jej szczęśliwym posiadaczem), albo co najmniej krzywi się z pogardą, kolejny raz nie potrafiąc do końca zrozumieć jakimi durniami - i lemingami właśnie! - jest spora część jego współbliźnich, i to (na razie) przeważnie nie w wyniku lobotomii, a niejako dobrowolnie.

Powyższe kryterium pozwala go z niemal stuprocentową skutecznością zakwalifikować jako leminga. Ocenia się jednocześnie, ze około 80-90% lemingów może zostać w tym konkretnym teście przeoczonych - albo ze względu na chwilowe zniechęcenie i/lub przepracowanie, albo ponieważ temat konkretnego spędu lemingów z jakichś osobistych powodów danego osobnika nie ekscytuje.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

niedziela, września 07, 2008

(Nie żeby coś komuś miało się kojarzyć) perełki z procesu Dantona

Pewne rzeczy są odwieczne, a co najmniej mają po kilkaset lat. Jak w ogóle można zrozumieć politykę - nawet tak szmatławą jak dzisiejsza polityka III RP i reszty Ojropy - jeśli się nie zna, jeśli się pilnie nie studiuje - historii? Ja nie wiem, szczerze!

No więc, dla tych których to może zainteresować (wiem, że nie jest ich wielu) umieszczę tu smakowite (dla kogo smakowite, dla tego smakowite) fragmenciki z książki Stanleya Loomisa, traktujące o upadku Dantona. Danton, gdyby ktoś nie wiedział, to był taki przywódca rewolucji francuskiej, co nie był całkiem święty, miał swoje za pazurami, zarówno w dziedzinie przemocy i tych spraw, jak i w kwestii bogacenia się nie całkiem legalnymi (legalne w rewolucji?) środkami... Ale w sumie był zdrowy psychicznie, w odróżnieniu od wielu innych...

Taki Robespierre - dyktator ówczesnej Francji, sprawca upadku Dantona, który trzy miesiące potem sam straci głowę - był na granicy, ale wokół niego, i nie tylko, wokół niego, sporo kompletnych świrów i psychopatów... No i Danton, czyli ta ofiara, nie tylko że nie był świrem, ale, mimo wszystkich niezbyt ładnych rzeczy, które zrobił, był jednak autentycznym francuskim patriotą, no i chciał zakończyć rządy terroru... Kiedy to codziennie w Paryżu gilotyna pożerała koło 50 ludzi, (Co na dzisiejsze standardy, fakt, nie jest jeszcze aż tak wiele. Fakt, że w dzisiejszej Ojropie to by było raczej sporo, ale poczekajmy nieco i się nie zawiedziemy, zapewniam!)

Więc oto obiecane fragmenty, które wydały mi się pikantne i nawet jakoś dziwnie skądinąd znajome:


Człowiek o nazwisku Rouffe, jeden z niewielu którzy przeżyli i mogli o tym opowiedzieć, był uwięziony w Conciergerie w czasie krótkiego tam pobytu Dantona.

[...]

"Lacroix [jeden z uwięzionych i wkrótce straconych dantonistów]", opowiada Rouffe, "wydawał się bardziej niż inni zaambarasowany widoczną wokół niego nędzą. Okazywał zdziwienie tym co widział, co świadków tych jego emocji napawało oburzeniem. Udawał, że jest zaskoczony brudem tego otoczenia, oraz ogromną ilością więźniów tam się znajdujących. Jeden z nich powiedział mu: 'Masz zamiar twierdzić, że nigdy nie widziałeś wózków z ofiarami codziennie opuszczających to miejsce? Chcesz nam wmawiać, że nie wiesz, iż Paryż stał się rzeźnią?' Lacroix, który był jednym z najbardziej entuzjastycznych zwolenników rewolucyjnych instytucji, odparł że nie wiedział. Nawet jeśli jego ignorancja nie była udawana, była nie mniej przez to obrzydliwa. Co można myśleć o tych, co niszczą wszystko, uwalniając przeciw ludziom wszelkie plagi, a potem nie raczą nawet śledzić przebiegu swej niszczycielskiej działalności?"

[...]

Komitet Ocalenia Publicznego był całkowicie świadomy walki, jaką Danton miał zamiar mu wydać. Nie miał zamiaru pozwolić zwierzynie się wymknąć. Wszystkie szpary zostały pospiesznie zatkane. Fouquier-Tinville, Publiczny Oskarżyciel, oraz Herman, Prezes Sądu, zostali ostrzeżeni, że ich własne życie może być zagrożone, jeśli nie zapewnią skazania. Jury zostało ograniczone do siedmiu ludzi, wszyscy byli starannie dobranymi wrogami Dantona. Robespierre raz jeszcze ukazał iście diabelską skalę, w jakiej rozwinął technikę potwarzy przez sugestię. Zadbał o to, by Danton i jego zwolennicy, więźniowie polityczni, zostali umieszczeni wewnątrz tego samego ogrodzenia*, co Chabot, bracia Frei i kilku innych ludzi o mętnej reputacji, oskarżonych o sprzeniewierzenie funduszy Kompanii Wschodnioindyjskiej.

Oba te procesy nie miały ze sobą nic wspólnego, ale Robespierre widział, że łącząc je w jedno w ramach tego samego procesu, sprawi, iż publiczność, zawsze podatna na ogólne, mgliste impresje, skojarzy jeden z drugim. Prezes Sądu i Oskarżyciel otrzymali rozkaz, by grupę związaną z Kompanią Wschodnioindyjską zawsze trzymać z przodu, zaś dantonistów w cieniu**.

[...]

Od razu po zakończeniu wstępnych formalności, Herman i Fouquier odwrócili się plecami do Dantona i jego współoskarżonych, zwracając się do siebie nawzajem w kwestii Kompanii Wschodnioindyjskiej. Odczytano długi raport, co zajęło większość pierwszego dnia procesu. Danton nie otrzymał okazji by zabrać głos, jak to planował. Drugi dzień procesu rozpoczął się w od tej samej kwestii, którą zakończył się pierwszy - Kompania Wschodnioindyjska. Dantonowi udało się przerwać postępowanie żądaniem, by go wysłuchano. Herman próbował zagłuszyć jego głos dzwonkiem.

[...]

[Danton rzekł:] "Domagam się, by Konwencja*** utworzyła komisję, która by wysłuchała mojego ujawnienia tej dyktatury. Tak! Ja, Danton, zedrę maskę z dyktatury, która teraz otwarcie ukazuje swe istnienie."

Nieoczekiwany atak wyrażony tymi słowami przeraził Prezesa Sądu. "Taka bezczelność jak twoja, Danton, jest charakterystyczna dla zbrodni. Spokój jest właściwą postawą dla niewinności."

To tyle tłumaczenia. Dalej jest jeszcze o wiele lepiej, ale sporo tego jest, więc problem.
---------------------------------------

* To musi była taka ława oskarżonych (w oryginale "dock").

** Danton był bowiem najpopularniejszym rewolucjonistów i istniało ogromne ryzyko, że dość powszechne poparcie dla niego może udaremnić proces i zniszczyć z kolei jego inicjatorów.

*** Ichni parlament, gdzie Danton był deputowanym.


triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, września 06, 2008

Jeśli komuś się coś kojarzy... cóż, nie moja wina

Jeśli ten blog ma jakieś ogólne i ważne przesłanie (a ma!) to brzmi ono jakoś tak: "wypnijcie się na prasę, media, nie przesadzajcie z czytaniem blogów - czytajcie książki!" Oczywiście nie wszystkie, nie laureatów nagrody Nike i takie tam, chodzi o książki mające imprimatur Pana Tygrysa. Całkiem sporo już takich było, gdyby komuś chciało się po tym blogu zaposzukać. Równie ważny, a może nawet ważniejszy, jest real, ale to już wyższa szkoła jazdy, o tym nawet mówić nie bardzo jest po co, bo do tego nigdy chyba nie dojdziemy.

No dobra, więc wszystkim ew. zainteresowanym donoszę, iż w tej chwili czytam sobie "Paris in the Terror" Stanleya Loomisa (obok dwudziestu innych, jak to u mnie) i bardzo mi się ta książka podoba. Jest nadzwyczaj lekko napisana, a z drugiej strony żadnych w niej odchyłów w stronę popularyzacji - autentyczna historia. Czyli, nie to, co się wielu dziś z historią kojarzy - jakieś mętne statystyki i kolekcje nikomu niepotrzebnych fakcików, tylko coś co można traktować jako naukowy esej czy opartą na historycznych źródłach publicystykę. Bo tak zawsze wyglądały naprawdę znaczące dzieła historyczne!

W książce o której teraz mówię jest masa smakowitych kawałków, które warto by było ludziom ukazać... Choć zasadniczo powinni sami to czytać. A bogacze entre nous powinni postarać się, by takie książki dały się czytać także przez tych, którzy języków nie posiedli. To by się mogło im, tym bogaczom, nawet z czasem ładnie zwrócić, w sensie finansów. Ale cóż, jesteśmy polską prawicą, więc zapewne musimy "być gamoniowaci i z trudem się rozmnażać" (by użyć stwierdzenia z "Drew Carey Show" na temat mieszkańców Europy Wschodniej).

Przed chwilą, by zakończyć ten dłuuugi wstęp, znalazłem naprawdę smakowity niewielki fragment, który tu przedstawię. Dla mnie jest niesamowicie ucieszny, choć dotyczy spraw całkiem poważnych, bo za taką należy przecież uznać powstanie osławionego Trybunału Rewolucyjnego - tego od gilotyny i naprawdę potężnego terroru w czasach dyktatury Robespierre'a. Oto ten fragment, a to co mnie najbardziej rozbawiło, to nawte wziąłem i wytłuściłem:


Ale narodził się potwór. Szybko i skutecznie używał udzielonej sobie władzy, by zdobyć więcej władzy. Podczas krótkiego przewodnictwa Dantona, ograniczał się mniej więcej do konstytucyjnie wyznaczonych wymiarów, jednak po lipcu, kiedy w Komietecie Dantona zastąpił Robespierre, od Konwencji* wyłudzone lub wymuszona została władza dyktatorska. Zasada, że członkostwo w Komitecie musi być zatwierdzane co miesiąc** została wkrótce zapomniana, a już we wrześniu, zaledwie w pięć miesięcy po utworzeniu Komitetu, złożono w Konwencji złowieszczy projekt ustawy, iż każdy kto kwestionuje działania Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego, ma być uznany za dążącego do siania niezgody - i jako taki "podejrzany". Za takimi propozycjami czaił się groźny kształt Trybunału Rewolucyjnego i gilotyny.

Ucieczka Dumourieza*** stała się iskrą zapalającą wszystkie te uczucia, które się nagromacziły, niczym wiązki chrustu wokół katowskiego stosu - Żyrondyści byli teraz otoczeni. Był to sygnał do otwartego ataku na nich ze strony każdej frakcji. Wśród pierwszych aktów dokonanych przez Komitet Bezpieczeństwa Publicznego był nakaz, by zająć dokumenty pary Rolland****. Złożono im nocą wizytę i bez ceremonii zarekwirowano dokumenty. Ponieważ nie znaleziono w nich nic, co można by uznać za zdradziecką działalność, Jakobini posłużyli się ulubionym środkiem: wymyślonymi zarzutami. Ich kalumnie ukazały się w pamflecie zatytułowanym "Historia Brisotynów", w którym Żyrondystów oskarżano, między innymi, o intrygowanie z Anglikami i Diukiem Orleańskim. Treść tych zarzutów prezentowano jako "opartych na dokumentach zajętych w mieszkaniu państwa Rolland". Autorem był Camille Desmoulins. Jego atak był zjadliwie osobisty, a jednocześnie cynicznie ogólnikow. Jeden krótki fragment ukazuje całą ideę. Zawsze literat, Desmoulins godził Rollandów w miejsce, gdzie, jak wiedział, najbardziej zaboli: "Rolland", oświadczył, "był tak marnym pisarzem, że kiedy był członkiem Komitetu d/s Korespondencji, nigdy nie napisał znośnego listu. Zawsze trzeba było poprawiać jego listy w wielu miejscach, zarówno z powodu ubóstwa idei w nich zawartych, jak z powodu wulgarności ich stylu..."

--------------------------------------------

* W sumie to był parlament.

** Przez Konwencję.

*** Był to głównodowodzący w obronie Francji przed zagraniczną inwazją i zajęciem Belgii, stronnik i główny atut partii Żyrondystów (Brisotynów), kóry wobec intryg lewicy, godzących zarówno w wysiłek wojenny, jak i jego własne bezpieczeństwo, w końcu uciekł do wroga (Austriaków). Stało się to ostatecznym gwoździem do trumny Żyrondystów, tej zabawnej skądinąd partii, która zaczęła jako lewica, by skończyć jako prawica (dość typowe w rewolucjach, ale mi to przypomina i inne sprawy), a poza tym cechującej się - przy niezaprzeczonej wzniosłości, o jakiej my dzisiaj możemy tylko śnić - skrajnym doktrynerstwem, brakiem politycznego wyczucia i gadatliwością. Innymi słowy typowa partia burżuazyjna, choć okoliczności nie były typowe.

**** Małżeństwo Rolland było ścisłym przywództwem Żyrondystów - w tym sensie, że on był figurantem i piastował stanowiska, zaś mózgiem i prawdziwą siła byłą jego żona, słynna Madame Rolland. Która też zresztą piastowała w końcu stanowisko swego rodzaju ministra propagandy. Pan Rolland, choć niezbyt wielki polityk i niezbyt samodzielny, był jednak, w odróżnieniu od wielu innych ówczesnych prominentów, niezłomnie uczciwy i nienaganny w rachunkach, więc to co się tutaj działo ma swoją specyficzną wymowę.


triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.