sobota, stycznia 03, 2009

NSSE (lub może OPSWH)? Zgoda, ale przecież bez Spenglera nijak!

Hrabia, wyrażając pewne filozoficzne wątpia, szczególnie co do strony 94 tomu pierwszego angielskiego (autoryzowanego) przekładu, skłonił mnie do rozpoczęcia czwartej pełnej lektury magnum opus Spenglera... A w mojej opinii MAGNUM OPUS całej naszej cywilizacji (łał! wiem, brzmi nie-z-tego-świata), czyli po prostu NAJMAGNUMSIEJSZY OPUS CAŁEJ #$%^ LUDZKOŚCI. (Istnieje coś takiego jak "ludzkość"?! Dla prawicowca? Ale niech już będzie w grubym przybliżeniu.)

Hrabia, wyjaśnijmy to sobie, człek nauki, i fakt, że zafascynowały go do tego stopnia filozoficzne par excellence problemy i rozwiązania, pisze mu się na ogromny plus. 99,8% dzisiejszych "wykształconych" ani by nie umiało się w tych kwestiach obracać, ani nawet nie odczułoby nimi jakiejkolwiek fascynacji, a więc nie miałoby i dręczących z ich powodu wątpliwości.

Jeśli kogoś to ubodło, niech podziękuje ministrom edukacji i ich szefom, zrozumie jak go ludzie obecnie u żłobu traktują (wraz z całą resztą bydła dobrego tylko by tyrało, płaciło podatki i słusznie głosowało), potem zaś niech się zainteresuje problemami filozoficznymi. Niekoniecznie wszystkimi, ale istnieją takie, bez których wszelkie mądre i istotne razgawory - ba, wszelka nawet nauka! - są funta kłaków nie warte. Kto nie wierzy, niech nie wierzy, ale ja Wam to ludzie mówię z pełnym przekonaniem.

Choć postanowiłem odpuścić podgryzanie Tuska i mini-tusków tego świata, bo niewiele z tego wynika, poza tym, że ja się sam zatruwam ich chydą i moją własną nienawiścią cum pogardą... Choć postanowiłem zmienić kurs na zostanie NSSE, wzgl., w wariancie pesymistyczno-spenglerycznym, OPSWH (co to znaczy, kto mi powie, dostanie nagrodę, nie wiem jeszcze jaką, ale jakąś wymyślę)... Mimo to zatem, postanowiłem znowu zacząć czytać magnum opus Spenglera.

Nie potrafiłem bowiem Hrabiemu odpowiedzieć na jego wątpliwości i w ogóle stwierdziłem, że chyba mój hiper-syntetyczny umysł pewne rzeczy - w sposób ach, jakżesz elegancki, ale jednak wypaczający oryginał - zsyntetyzował i uprościł. (Polecam, a propos, swój dawny tekst na temat schizofrenii, prof. Kępińskiego i późnych cywilizacji.)

No więc czytam sobie po raz czwarty od początku i metodycznie "Zmierzch Zachodu" i stwierdzam, że po prostu zachwyca mnie logika, jasność i konsekwencja tego wywodu - nawet w angielskim przekładzie. Kiedyś wydawało mi się to głębokie, i to bardzo, ale cholernie trudne, teraz widzę, że nikt chyba lepiej przez sto lat by tego nie potrafił wyrazić.

A więc, jeśli ktoś próbuje czytać i zrozumieć (co może sobie spokojnie zapisać jako wielki plus), ale ma problemy ze zrozumieniem i wywód wydaje mu się mętny, niech zrozumie, iż stał się ofiarą dzisiejszego systemu "edukacji" i przysiądzie tzw. fałdów! Ten wywód, przynajmniej do strony 21 jest taki, że w najdzikszych marzeniach, nawet po przeczytaniu go wiele razy, nie potrafiłbym sobie wyobrazić, że sam zdołałbym tak złożone i trudne kwestie w podobnie idealny sposób wyłożyć.

Żeby to jednak nie były same zachwyty, ochy i achy, oto malutki fragment z tego wstępu. Spengler krytykuje tu ten "uświęcony" w naszej cywilizacji podział historii świata na "starożytność", "średniowiecze" i "czasy nowożytne", z którego, jak udowadnia, bierze się w znacznym stopniu nasza niezdolność zrozumienia historii jaką ona naprawdę jest. Ten podział pochodzi zdaniem Spenglera (i tak zapewne naprawdę jest) od Joachima di Fiore (ok. 1145-1202) A więc...
Jednak twór przeora z Fiore był mistycznym spojrzeniem w głąb sekretów boskiego porządku świata. Musiał stracić swe znaczenie od razu, gdy został użyty do rozumowania i uczyniono go hipotezą naukowego myślenia, jak się działo - coraz to częściej i częściej - od XVII wieku.

Jest całkiem nie do przyjęcia metodą prezentacji historii świata dawanie pełnych wodzy swym własnym religijnym, politycznym czy społecznym przekonaniom, i przypisywanie uświęconemu trójdzielnemu systemowi tendencji prowadzących dokładnie do własnego punktu widzenia. Jest to w istocie czynieniem z jednej formuły - powiedzmy "Wieku Rozumu", Ludzkości, największego szczęścia dla największej ilości ludzi, oświecenia, wolności narodów, podboju natury, czy światowego pokoju - kryterium, na podstawie którego sądzi się milenia historii. I tak osądzamy ich, że nie znali "prawdziwej drogi", albo że nie potrafili nią pójść, kiedy w istocie ich wola i ich cele nie były takie, jak nasze. Stwierdzenie Goethego, że: "To co w życiu ważne, to życie, a nie skutek życia", jest odpowiedzią na wszelkie bezsensowne próby rozwiązania zagadki historycznych form za pomocą programu.
Jeśli komuś się to nie wyda całkiem genialne, to powinien przeczytać znowu, wgryźć się i... przeczytać znowu. W końcu czyta mój blog, więc idiotą czy prymitywem nie jest. (Co by nie sądzić o moich tekstach czy poglądach, blog z całą pewnością jest elitarny. Innych po prostu nie zainteresuje, to oczywiste.)

Oczywiście to drobny, wyrwany z kontekstu fragment i nie może oddawać rangi całości. Proszę to uwzględnić! Jednak w naszej walce z perfidnym kłamstwem Michnika i otępiającą wulgarnością Tuska, właśnie takie lektury są są naszą bronią i żadnej niemal innej nie mamy.

Oczywiście NSSE i OPSWH nadal pozostają naszym programem, jednak dopiero ze Spenglerem - w dodatku naprawdę zrozumianym i przyswojonym - staniemy się dla tusków i michników nie do ugryzienia. I tego wszystkim swym Czytelnikom życzę (w tym nowym roku w dodatku, bo tak wypada i to się fajnie składa).

A więc, ruszajmy w nowy rok ze Spenglerem, NSSE i OPSWH! A kto naprawdę niezwykle łaskawy, niech dodatkowo nie zapomina o blogu Pana Tygrysa. (Zemke, to do ciebie!)

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

środa, grudnia 24, 2008

Varia(ctwa) opus ileś

Pojawiają się ostatnio dość rzetelnie wyglądające informacje, że gen. Patton (skądinąd, na ile się orientuję, autor motta naszej Wyższej Szkoły Taktu [dopisane po latach, latem 2018: od tego czasu te motta zmieniliśmy jednak wielokrotnie, w tamtych chodziło o to, że "nie chodzi o to, żeby zginąć za ojczyznę, tylko żeby tamten skurwiel zginął za swoją", co nadal jest oczywiśie słuszne]) został zamordowany przez sowieckie służby działające we współpracy z pewnymi amerykańskimi oficerami, którym nie pasował nieprzejednany stosunek Pattona do ZSRR, nie pasujący ich zdaniem do nowej epoki przyjaźni między narodami.

Jednocześnie senator McCarthy wciąż jest, i z pewnością będzie po wieki wieków, uważany za opętanego nienawiścią paranoika i/lub cynicznego demagoga, który wszędzie wietrzył, lub wymyślał, komunistyczne spiski i agentury. Jak te dwa fakty pogodzić? Na normalny rozum normalnego człowieka się moim zdaniem nie da - co najwyżej można to przenieść na wyższy poziom historiozoficzny i/lub filozoficzny.

Dla mnie jest to na przykład nieoczekiwane potwierdzenie pogardy Spenglera dla systemu Linneusza (skądinąd mego uppsalskiego rodaka z przeszłości) i wyciągania z niego jakichkolwiek głębszych wniosków. Nie uważam się bynajmniej za jakiegoś nadczłowieka - w tym celu musiałbym bez szkody dla siebie skakać z dziesiątego piętra; walić po mordach mistrzów MMA, po czym otrzepywać ubranie i odchodzić spacerkiem robiąc salta i ucieszne miny; grać na gitarze jak Django skrzyżowany z Knoppflerem; śpiewać jak Amália i uwodzić kobiety jak Fonzie (fakt że nie ten typ kobiet mi się podoba, ale skuteczności nie da się Fonzowi odmówić!), analizować świat jak Spengler...

Żadnym supermanem oczywiście nie jestem, ale nie mogę przecież należeć do tego samego gatunku co cała ta zgraja zniewolonych i szczęśliwych z tego powodu bydlaków, po których zderzenia faktów jak te wspomniane na początku spływają jak woda po przysłowiowej gęsi. Sorry Linneusz, ale sam widzisz, że twoje kategorie są do dupy!


* * * * *

Każdy samosterujący system na odpowiednim poziomie rozwoju zajmuje się głównie samym sobą. (To Prawo Tygrysie opus ileśtam.) Szkoła Taktu "Szarżujący Bawół" nie jest tu żadnym wyjątkiem. A więc się pozajmujmy... (Nie żebyśmy nieco tego nie uczynili już w poprzednim punkcie.)

Jak chciałbym być zapamiętany? Zakładając oczywiście (ach, jakżesz naiwnie!), że w ogóle ktoś nas będzie pamiętał i w ogóle będzie istniała jakakolwiek warta uwagi historiografia. A więc jak?

Jako nowy Cervantes, jeśli to możliwe. Jako facet, który tak jak on ośmieszył, utrupił i przebił osikowym kołkiem romanse rycerskie - ośmieszył, utrupił i przebił osikowym kołkiem "intelektualny prąd" zwany liberalizmem.

Nie żeby inne rodzaje upamiętnienia mojej osoby i Szkoły Taktu "Szarżujący Bawół" całkiem mi nie pasowały, ale na razie, jeśli to możliwe, proszę o to com powiedział.


* * * * *


Zawsze miałem szczerą czułość wobec większości przejawów dekadencji opisywanych przez historyków. W końcu nie ma nic nudniejszego i bardziej jałowego, niż opisy prężnego, dobrze zorganizowanego, oszczędnego, przywiązanego do tradycji (niezbyt jednak barbarzyńskich, bo to by było ciekawe)... Czyli w sumie zdrowego jak ząb i niezbyt do tego wojowniczego... społeczeństwa. A takie właśnie zdaje się najbardziej podniecać pewien gatunek historyków (?) - tych o hagiograficznym zacięciu i przekonaniu, iż muszą koniecznie dawać budujące przykłady. Różne "Boski August" i inne takie koszmarki. Fuj!

Jednak to wszystko okazuje się literaturą, bo widziana z bliska, kiedy w dodatku siedzi się w samym jej środku, dekadencja jest po prostu ohydna. Całkiem jak nurkowanie w szambie, i to bez odpowiedniego ekwipunku. "Swobodne nurkowanie w szambie", cudo po prostu! (Zdaje się zresztą, że to ostatni rodzaj swobody jaki nam pozostał.)

No i powiem, że tylko Spenglera paralelizm rozwoju różnych Cywilizacji potrafi sprawić, że bez torsji potrafię nie tylko przyglądać się różnym takim zjawiskom, jak wielkie imprezy sportowe, polityka, media (w tym blogi, sorry!)... Ale nawet studiować je niczym jakiś entomolog owadzie nogi (żeby nie posuwać się do obrzydliwszych, cisnących się na wargi, porównań)... kontemplować... njutać av (sorry kto nie rozumie, to był żarcik dla wtajemniczonych)... I cieszyć się nimi - po prostu!

Tylko starając się zrozumieć jakiemu zjawisku u Rzymian czy innych Egipcjan odpowiada to czy owo, jakie różnice należy złożyć na karb różnic między cywilizacjami, jakie są niezbyt istotnymi fioriturami, jakie zaś nie dałyby się wytłumaczyć na gruncie dotychczasowej wiedzy spenglerycznej... Tylko tak potrafię cieszyć się tym wszystkim, wśród czego, choć nikt mnie o zgodę nie pytał i nigdy bym jej chyba nie wyraził, przyszło mi żyć. I co z zapałem naprawdę diabelskim serwują nam "przywódcy", "autorytety", "artyści" i cała reszta tego obecnego skurwielstwa.


* * * * *

Włączyłem sobie muzyczny kanał Mezzo, w naiwnym przekonaniu, że kiedy jak kiedy, ale w Wigilię jest idealny czas by nadawali sakralną muzykę gotyku, tzw. Odrodzenia i baroku. Na Mezzo naprawdę nie chciałbym pluć, bo dobrej muzyki, takiej jakiej gdzie indziej nie uświadczysz, jest tam całkiem sporo, jeśli uwzględni się marny gust typowego dzisiejszego "melomana". Nawet dzisiaj, włączając tylko na chwilę, usłyszałem tam krótki kawałek zespołu Savála, coś jednego z Bachów, i jeszcze jedno barokowe coś. Oczywiście różnych natchnionych romantycznych pianizmów było więcej.

Kiedy jednak po (znakomitej, nie takiej jak walka "o tytuł mistrza świata wszechwag" sprzed paru dni) walce de la Hoya - Forbes przełączyłem się w końcu na Mezzo na dłużej, przynajmniej w zamierzeniu - przywitał mnie wielki chór złożony z setek dzieci w niebieskich koszulkach z dwunastoma żółtymi gwiazdami ułożonymi w kółko. Nie miałem się czasu zastanawiać, czy to jakaś aluzja do Ustaw Norymberskich, czy co innego, ledwo dobiegłem do łazienki - sekund dosłownie zabrakło by ściany i sufit mego salonu pokryły się w połowie przetrawionym makowcem!

Niech zaraza pokręci całe to podłe kurestwo! I tego samego życzę ze szczerego serca obecnemu Rządowi RP. Swoją drogą zabawny jest kraj, w którym największym zaufaniem wśród ludu cieszy się ktoś, kto nie może się pokazać w swym miejscu zamieszkania bez ogromnej obstawy szpicli i nowej wersji ZOMO, bo od razu wywołałby rozruchy. I mógłby skończyć jako ozdoba choinki. Czy innego drzewka. Zależnie od sezonu. Ale cóż, skoro pozwalamy na takie nas traktowanie, to mamy co lubimy. I w tym świątecznym nastroju...

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

poniedziałek, grudnia 22, 2008

Bonmoty opus ileś tam (plus przejmujący zaiste apel)

Prawo to o wiele zbyt niebezpieczna sprawa, by ją pozostawić wyłącznie prawnikom.

(Jest to oczywiście prosta trawestacja znanego powiedzenia o wojnie i wojskowych, ale moim zdaniem o wiele sensowniejsza i aktualniejsza. Chodzi mi to po głowie od lat, ale nie pamiętam bym to już kiedyś publikował.)

* * * * *

Jednej zasługi Żydom z pewnością nie można odmówić: wyleczyli mnie skutecznie z mego młodzieńczego filosemityzmu.

* * * * *

Cywilizacja to Kultura która zaczęła pożerać własny ogon.

(Ostrzegam, że ma to sens jedynie dla ludzi znających choćby z grubsza terminologię spengleryzmu. Inni niech sobie raczej nad tym głowy nie łamią, bo im może pęknąć w łepku gnat.)


* * * * * * * * * * * *

No jeszcze coś z innej beczki... Przejmujący zew o treści następującej: AFRYKO OBUDŹ SIĘ!

Chodzi o to, że mamy tu takie oto wizyty ze świata:


Pochodzi to z serwisu ClustrMaps i my to mamy, w pomniejszonej wersji (ale jak się cwanie kliknie to robi się duże, tutaj też zresztą) na tej naszej stronce tam po prawej. No i co my tu widzimy?

Każdy przyzwoity kontynent reprezentowany (nie mówię o jakichś czapach lodu!), poza Afryką! Ja, który w pierwszej klasie podstawówki uciekał z obiadu w szkolnej świetlicy, żeby słuchać radiowej audycji "Afryka śpiewa" zostałem tak przez Czarny Ląd zignorowany??!

Fakt, nie ma nikogo z Indii, ale to tylko subkontynent. Nie ma Półwyspu Arabskiego, ale to tylko półwysep. Nie ma z Meksyku (a tylem się nawyśpiewywał: Mexico lindo y querido, si muero lejos de tiii-iii-ii...), nie ma z Argentyny (a tylem się nasłuchał Gardela i nawyśpiewywał wraz z nim: Adiós Argentina querida...), ale to ino kraje. (Jednak poprawcie się chłopaki, gauchos y rancheros - nie żartuję!) Afryka to jednak cały kontynent i to nie byle jaki. (Choć zaczynam nabierać co do tego drobniutkich wątpliwości.)

I oby mi się nie rozwinęły one w wątpliwości DUŻE! A więc nie pozostaje mi żadne inne wyjście, jak tylko magna voce clamare:

AFRYKO, POPRAW SIĘ! NIE POZOSTAWAJ W OGONIE! ZACZNIJ W KOŃCU ODWIEDZAĆ WYŻSZĄ SZKOŁĘ TAKTU, WDZIĘKU I ELEGANCJI "SZARŻUJĄCY BAWÓŁ"!


triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Latareczką w mrok historii

Ktoś się może zastanawiał dlaczego w XIV w. nie było Tusków, Kwaśniewskich i Borrelli, a jeśli nawet byli, to nie groziło im eksponowane miejsce przy samej orkiestrze, a najwyżej połamany zydel tuż obok toalety? Właśnie przeczytałem u Barbary Tuchman mały uroczy fragmencik, który może zawierać część przynajmniej odpowiedzi na to fascynujące pytanie. Oto on (mój własny przekład, ze szwedzkiego, żeby było zabawniej, rozbite na dwa akapity dla czytelności - w oryginale był jeden):

* * *

Marcia Ordelaffi, która sama kierowała obroną Caseny, kiedy jej porywczy małżonek (ten co mieczem zabił syna) bronił innego miasta przed papieskimi siłami, mimo ponawianych ataków, zaminowania* murów, bombardowania w dzień i w nocy przez kamienie z maszyn oblężniczych, odrzuciła wszystkie propozycje pertraktacji, jak też wezwania swego ojca by się poddała. Kiedy podejrzewała, iż jej doradca w tajemnicy pertraktował o poddaniu się, kazała go aresztować i ściąć.

Dopiero kiedy właśni rycerze powiedzieli jej, że upadek cytadeli będzie oznaczać ich śmierć i zamierzają skapitulować za jej zgodą czy bez, zgodziła się na pertraktacje, pod warunkiem, że sama się nimi zajmie. Uczyniła to tak zręcznie, że uzyskała wolność opuszczenia twierdzy dla siebie wraz z rodziną, oraz dla całej służby z rodzinami, i dla żołnierzy, którzy ją wspierali. Mówiono, że jedyną rzeczą której się boi, był gniew jej męża - nie bez powodu, bo pomimo całego gadania o courtoisie ("dworskość", stąd oczywiście "kurtuazja"), rycerze znani byli z bicia swych żon w nie mniejszym stopniu niż mieszczanie.

-------------------

*
Co tutaj najprawdopodobniej oznacza podkopy, a nie miny w dzisiejszym rozumieniu. 'Une mine' to po francusku i dzisiaj m.in. kopalnia, a kiedyś właśnie takie militarne podkopy. Stąd zresztą wzięła się właśnie nazwa tych wybuchowych min, na które było chyba wtedy nieco zbyt wcześnie. Dla bezpieczeństwa wolałem jednak zostawić to brzemienne w przeróżne treści słowo i uzupełnić wyjaśniającą notką.

Uzupełnione po latach: Jednak zabawa z takimi podkopami polegała m.in. na tym, że się podpalało w końcu rusztowania, które to wszystko podtrzymywały i część murów miała runąć, runąć runąć i pogrzebać stary świat. Zresztą w tych czasach tam mogły też być jakieś niewielkie ładunki prochowe czy coś, choć to, samo w sobie, chyba nie byłoby jeszcze dość potężne do rozwalenia fortecy.

Fajne?
;-)

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

sobota, grudnia 20, 2008

Co ty jesteś - Żyd?!

Przed chwilą zawadziłem pilotem o CNN, gdzie odbywała się - prześmieszna w założeniu i zapewne w przekonaniu typowego amerykańskiego ęteligęta - rozmowa ze sławnym człowiekiem szołbiznesu. (Ja to w sobotnie popołudnie.) Facet, ten człowiek znaczy, coś tam mędził. Mało śmiesznie. W pewnym momencie sam widocznie uznał, że trzeba uruchomić dopalacz, upikantnić swój występ... Więc odwrócił się w stronę (siedzącej, jak się można było domyślić) tuż za nim publiczności i zagadał w te słowa:

"Co ty jesteś - Żyd?!" Potem zwrócił się znowu w stronę swego rozmówcy i przy okazji kamery, by rozwinął swą kwestię. Cytuję z pamięci: "Nie widziałem jeszcze żeby ktoś tak siedział." I zrobił całkiem kretyńską, wystudiowaną przez dziesięciolecia scenicznej kariery minę z wywalonym językiem plus zezem. "Ja tu próbuję robić zabawny szoł, a taki siedzi i jakby się gapił w ścianę". I tak dalej w tym samym duchu przez jeszcze ze dwie lub trzy minuty. Publiczności oczywiście bawiła się do łez...

Nie, nie mam swych czytelników za aż tak naiwnych idiotów, by w to wszystko uwierzyli! Nie było całkiem tak. Zmiana była, wprawdzie jedna i mogłoby się komuś wydawać, że nieznacząca, a jednak w istocie OGROMNA...

Otóż ten przezabawny szołmen, i z tego czegom się chwilę przedtem dowiedział laureat jakiejś wielkiej branżowej nagrody, powiedział zasadniczo to samo, jednak to nie było "Co ty jesteś - Żyd?!", tylko dosłownie: "What are you - Polish?!" Czyli po naszemu: "Co ty jesteś - Polak?!" No a potem już dokładnie tak, jak opisałem.

Nie chcę tego com tu napisał za bardzo rozwadniać. Mógłbym się nieco zatrzymać nad powierzchownością tego artysty estrady i telewizji. Która nie była aż tak jednoznacznie w oczy bijąca swą konkretną plemiennością (mówię oczywiście o eskimoskiej!), jak w wypadku p.p. Rywina, Kwaśniewskiego, Kuczyńskiego, czy tego największego w dotychczasowej historii świata aferzysty od 50 miliardów dolarów... (Tego ostatniego rodzime media chyba nie pokazują, to by już było ZBYT... ;-)

Ale jednak wyraźnie z tej parafii. Czy raczej nie parafii, a jakoś inaczej. Mniejsza jednak już z tym, choć niewykluczone, że w przypadku aż tak bezprzykładnej i chamskiej napaści na jakąś nację - choćby to nawet byli etatowi chłopcy do bicia dla wszelkich wesołków Polacy - ktoś by może zareagował. Albo przynajmniej artysta by się nieco takiej możliwości przestraszył. Jednak w przypadku spotkania na tym gruncie, a także gruncie amerykańskim, tych akurat dwóch nacji takie ryzyko można całkowicie wykluczyć.

I tak się właśnie mają sprawy z Polską... I tak się właśnie mają sprawy z Rasą Panów... (Mówię oczywiście o Eskimosach.) Choćby ich było tak niewielu... I choćby z nich jakimś przedziwnym zrządzeniem losu pochodziła aż tak znaczna część wielkich aferzystów, skurwieli i przezabawnych wesołków, wycierających sobie - ot tak, dla rozweselenia nastroju, kiedy żaden oryginalniejszy dowcip do głowy nie przychodzi, a publika się nudzi - słodkie usteczka Polakami.

A swoją drogą sama metoda jest mi dość dobrze skądsiś znana... Tak samo przecież obrabia się dzisiaj "kaczorów" i związane z nimi, wedle słów moralnego autoryteta, "bydło". Ta sama merytoryczność, ta sama elegancja... Aż się człek zaczyna zastanawiać, czy to nie ta sama inspiracja, a przynajmniej fachowy, oparty na stuletnich doświadczeniach z wielu frontów (walki o Postęp), instruktarz.

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.