wtorek, października 26, 2010

Jak nie znoszę skatologii... To jednak trzeba w końcu było powiedzieć!

Zaczynam podejrzewać, że nic nie przyhamuje inwencji twórców ideologii widzących sens i istotę świata w ekonomii, ani też entuzjazmu ich wyznawców... Dopóki ktoś nie stworzy równie kunsztownej ideologii, w której sensem i istotą świata będzie kloaczne się wypróżnianie.

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

sobota, października 23, 2010

"Przerażający Rysio" i inne pouczające opowiastki (odcinek 4 i OSTATNI!)

Przyszli do niego i mówili mu: "Mistrzu, a jakiż to jest związek między Rysiem i dzielnym kapitanem Ahabem z jednej, a tym o czym nam raczyłeś teraz opowiadać, z drugiej strony?"

I odpowiedział im, cytując klasyka: "To bardzo dobre pytanie!" Przy tym wykonał ledwozauważalny ruch ręką. I weszli sługi, i wrzucili ich do lochu, poturbowawszy przedtem nieco.

To tyle o Rysiu. Mam dość! Nie tyle samego Rysia, bo naprawdę miałem zamiar prawić wam ciekawe i nigdy-dotąd-niesłyszane rzeczy... O psychologii walki... O psychologii linczu....O psychologii odwiecznego polskiego infantylizmu i (excusez le mot) politycznego pedalstwa... O psychologii w ogóle.

Ale jeśli, zanim w ogóle będę mógł przejść do rzeczy, będę zmuszony przygotowywać teren, jakbym był jakimś platformianym biznes-aferzystą i budował szemranego "Orlika"... No to nie, dzięki serdeczne! Jakbyście mieli przeczytanego Ardreya, to by się dało rozmawiać, tak się nie da! Na przyszłość się łaskawie zastanówta, dobra?

Może jeszcze kiedyś, ale na razie mam serdecznie dość uświadamiania was, ludzieńkowie, serdecznie dość mądrzenia się w sieci... Czuję, że cholerne blogowanie wypala mi duszę, że nic nie robimy, tylko gadamy i upajamy się własnym gadaniem... Nie nawołuję do rzucania bomb i tępienia swołoczy manu propia,  jakby ktoś chciał wiedzieć (nie z powodów moralnych, tylko całkiem innych, zresztą) ale mam serdecznie dość wszystkich przekomarzanek, nawoływań, ubolewań, białych marszów, Frycków, i innej martyrologii.

* * * * *

Żebyście jednak nie mówili, że was oszukałem, dam wam tym razem jeszcze coś na ząb. Otóż twierdzę, że wedle klasyfikacji prof. Bartyzela, bardzo moim zdaniem sensownej, Korwin i jego owieczki to jest SKRAJNA PRAWICA LEWICY. Formy i sposoby na utrzymanie i (pęknę ze śmiechu!) zdobycie władzy mają w sumie dość prawicowe, a nawet skrajnie prawicowe w wielu przypadkach (Prusy skrzyżowane ze Spartą, choć pacyfistyczną i konsumpcyjną, a do tego Król Słońce), ale sama istota, cele, widzenie świata - absolutnie lewicowe. Albo i lewackie. (Bo "lewica" to jednak nie musi być w moich ustach obelga, choć przeważnie nie jest to nic fajnego.)

No bo wiecie ludzie, że cwani macherzy wmówili wam, iż lewicowość to koniecznie marksizm. To jednak wygodna dla nich propagandowa brednia. Lewicowość to:

1. Postęp (z dużej);

2. Ludzkość (z dużej);

3. Zanikanie konfliktów (tutaj zamiast tego handełes, konsumpcja i produkcja);

4. Pacyfizm (zaczyna się od "w pełni zawodowej armii", jak się kończy, to już nieźle widać patrząc na III RP;

5. Globalizm (wiąże się z pkt. 2, chodzi o to, że "wolny rynek" MUSI po prostu dążyć do globalnej gospodarki, to zaś pociąga za sobą globalizację wszystkiego innego, z zanikiem państw narodowych w konsekwencji);

6. "Etyczny socjalizm" (pojęcie stworzone, o ile wiem, przez Nietschego, fajnie wykorzystane przez Spenglera) - chodzi o to, że się wierzy i głosi, że "jeśli wszyscy będą mieli taki a taki pogląd i tak a tak postępować, to będzie raj na ziemi"... w tym przypadku wierzyć mają w "wolny rynek" i tym podobne - jeśli nie, to są (wg. określenia "von" Misesa") "neurotykami";

7. No i cecha charakterystyczna już nawet nie dla po prostu lewicy, a dla bolszewików (także znana z np. masonerii czy, jak się uważa, zakonu templariuszy) - to, że się okłamuje NAWET własnych stronników, podając im b. rozwodnioną i poprzykrawaną ad usum Delphini doktrynę, a tylko naprawdę wtajemniczeni znają prawdziwe cele i prawdziwe logiczne konsekwencje doktryny, oraz działań własnej (excusez le mot!) sekty.

No a teraz chętnie zobaczę reakcję Kirkera i różnych innych ludzi na to moje dictum - ale prosiłbym jednak o konkrety i odnoszenie się do meritum, a nie wymysły i obślizgłe deklaracje, jaki to PiS "narodowy socjalizm" (co zresztą jest argumentem równie żałosnym, co obrzydliwym, i co mniej durni z nich muszą to chyba wiedzieć).

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

piątek, października 22, 2010

"Przerażający Rysio" i inne pouczające opowiastki (odcinek 3)

I ludzienie, przodkowie nasi, jakby nie było, tak sobie to zbieractwo uprawiali przez ponad dwa miliony lat. Co najmniej tyle, a raczej o wiele dłużej, skoro nasz najbliższy krewniak - słodki i wegeteriański rzekomo szympans - robi dokładnie to samo. Szympanse bardzo lubią mięso i bardzo lubią polować. Na przykład na młode małpki innych gatunków. I na przykład mięso jest jedyną strawą, którą się szympanse dzielą - czyniąc ze swej konsumpcji rodzaj bankietu.

Jednak kiedy przejdziemy do drugiego członu "zbieractwa-łowiectwa", sprawy stają się jeszcze ciekawsze. W końcu nie takim sposobem, jako się rzekło, wygubili nasi przodkowie mamuty, amerykańskie konie i inne spore bydlątka. W dodatku w zlodowaciałej tundrze, czy po prostu na lodzie i morzu, żadnych jagódek do zbierania nie ma. Korzonków też nie. Ludzie jednak świetnie sobie tam radzili. Nie, żeby ich było bardzo dużo, zaludnienie oczywiście, w porównaniu z dzisiejszym, było niewielkie, ale za to źwierząt było sporo. (W niektórych przypadkach do czasu.)

Tutaj co najmniej dwa miliony lat tego "zbieractwa-łowiectwa", a z drugiej strony warto pamiętać, że łuk - czyli subtelne narzędzie pozwalające pojedynczemu człowiekowi upolować zwierzę na odległość (bez przesady jednak z tą odległością, prymitywne łuki to nie jest broń przesadnie długodystansowa i nie tak się jej używa!) ma jakieś 40 tysięcy lat... Zaś nasza przeogromna i niewiarygodnie rozwinięta kora mózgowa (powstała w wyniku jakiejś mutacji, być może wywołanej zmianą promieniowania po uderzeniu w ziemię sporego ciała niebieskiego) niewiele więcej.

Przedtem faktycznie nasze mózgi były większe od mózgów naszych krewniaków - bo i byliśmy bardziej aktywni, prowadziliśmy o wiele bardziej urozmaicone, niebezpieczne i wymagające kombinowania życie - ale nie było to nic, o czym by koniecznie trzeba zaraz pisać do domu z kolonii. Tak więc należy przyjąć, że człowiek był zasadniczo sobą JUŻ ZANIM posiadł tę przeogromną korę i związane z nią cechy (inteligencję, ale też dziwną zdolność samooszukiwania się, unikalną w świecie źwierząt).

Mógłbym jeszcze o tym sporo, ale wolałbym skondensować tę popularnonaukową część mego wywodu, bo obawiam się, że nigdy nie dojdę do tego, co przede wszystkim chciałbym powiedzieć. Są to zaś rzeczy własne, oryginalne i, mam nadzieję, dość ciekawe, a nawet poniekąd aktualne. Znam jednak życie na tyle, że wcale nie jestem pewien, że dociągnę...

W każdym razie tutaj Robert Ardrey, którego należy czytać! I nie gadać mi, że to przestarzałe (bo ma 40 lat), że nowe odkrycia zweryfikowały... To bzdura! Ardrey, pisząc swoje cztery wielkie i ważne książki, kontaktował się z uczonymi, którymi dzisiejsze Dawkinsy nie są warte butów czyścić. Jego książki to naukowo-filozoficzne eseje, zgoda, ale też na ich podstawie człek zaczyna pojmować historię, politykę, wojnę, oraz to, co się wokół niego dzieje. (Także platformiano-esbeckich morderców i kolejne rodzime targowice z ich podłą "narracją", jak i ich, niestety, niekłamane i niezmienne sukcesy.)

Ardrey napisał eseje, nie "prace naukowe", jednak Ardrey, w odróżnieniu od dzisiejszej nauki, był uczciwy i naprawdę poszukiwał prawdy. O dzisiejszej nauce nie da się już tego powiedzieć - to, co mówi się laikom, zostaje starannie wybrane i przyrządzone, a sam dobór tematów, sama hierarchia naukowego środowiska, samo kierowanie zasobami... Wszystko to jest teraz takie, że podniecanie się Nauką staje się z każdym dniem naiwniejsze i bardziej śmieszne.

"Uczeni" bez przerwy robią dziś za autorytety w dziedzinach, gdzie nie mają żadnej realnej intelektualnej przewagi nad laikiem (o ile oczywiście ten nie został przedtem totalnie okłamany, ogłupiony i zindoktrynowany),  i wypowiadają się na przykład o istnieniu lub nieistnieniu Boga, jakby to cokolwiek miało wspólnego z nauką - z tą w każdym razie, którą od pół tysiąca lat na zachodzie się uprawia, i która doprowadziła do tego, że klepiemy sobie w internecie, wysyłając od niechcenia różne rzeczy na Marsa.

Kiedy akurat wszystkie jej sukcesy, tej nauki znaczy, i cała jej istota, polega właśnie na tym, że odrzuciła ona metafizyczne pretensje - W TYM PRETENSJĘ DO "POZNANIA PRAWDY"! - i skoncentrowała się na tworzeniu i weryfikowaniu UŻYTECZNYCH HIPOTEZ. Bóg, jego istnienie, czy nie istnienie, nijak się w tym nie mieści i Dawkinsy wypowiadające się na ten temat są dokładnie takimi autorytetetami, jak mój sąsiad, nawet niekoniecznie ten inteligentny.

Ja całkiem nie o tym mam zamiar opowiadać, ale tuszę i mam niepłonną, że to, com tu napisał, nie będzie całkiem bez sensu i kompletnie nieużyteczne.

(A swoją drogą, jak byście mieli jakieś wątpliwości co do tej "myśliwskiej hipotezy" - że na przykład witamina C, albo coś - to dajcie se spokój, tam się wszystko zgadza! Po prostu nie mam czasu, ani specjalnie ochoty, streszczać tutaj Ardreya - trza se po prostu przeczytać. I - do jasnej i niespodziewanej! - wydać wreszcie go po polsku!)

A zatem ¡hasta la próxima! (oczywiście Deo volente) Czyli bardziej swojsko: c.d.n. (D.v.)

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

"Przerażający Rysio" i inne pouczające opowiastki (odcinek 2)

Żaden Melville, żaden Homer, ba! - żaden Szalony Mozart Poezji, Nasza Kochana Noblistka, ta co to Usta Ma Niemal Tak Słodkie Jak Ten Co Usta Miał Słodsze Od Malin - nie ma takiej wiernej, kochanej, czujnej, mądrej i ęteraktywnej Publiczności. Która to Publiczność ęteraktywnie mnie zaraz w komętach pod poprzednim odcinkiem poinformowała, że Rysio jednak był zębaczem (nie wierzę jednak, by miał zębiczny uśmiech, po prostu NIE WIERZĘ!), że uprawiał zapasy z ogromnymi ośmiornicami, pożerał trzymetrowe rekiny, kalmary z dziobami i w ogóle.

Czyli żadna tam słodycz i niewinność. Tyle, że co nam to robi? Klasyk by rzekł: "Tym gorzej dla faktów", ale my nie potrzebujemy nawet tego. Po pierwsze: Czy pan Ahab został może desygnowany przez jakąś, uznawaną przez międzynarodowe instancję, Ligę Samoobrony Trzymetrowych Rekinów, Kalmarów i Ośmiornic na ich oficjalnego czempiona i obrońcę?

Nie, prawda? Po drugie: czy to Rysio łaził za panem Ahabem i próbował go przerobić na tran oraz fiszbiny? (Mniejsza już o to, czy po morzu, czy też po lądzie, choć i to nie jest bez znaczenia.) Nie, prawda? Po trzecie: My się tu wcale nie zajmujemy płaczem nad losem wielorybów, ani też roztrząsaniem moralnych aspektów polowania na nie!

Chodzi nam o coś kompletnie innego. Ludzie, którzy doczytali aż tutaj (chodzi o tych, co przeczytali w całości poprzedni odcinek, inaczej to i tak niewiele i zaraz se darują, bo nawet nie połapią się o co chodzi), wielu z nich, zostało złapanych w paskudną zaiste pułapkę. Oni myślą, że ja tu - może w nieco bardziej pokrętnej i wyrafinowanej formie, ale jednak płaczę nad tym, co się stało, jacy tamci podli, jacy my biedni... Oczywiście - tamci są podli, a stało się koszmarnie, tyle, że to, moim skromnym, dopiero skromniutki początek. Będzie gorzej! Nie do takich rzeczy oni są zdolni.

Ja jednak z założenia nie zajmuję się martyrologią, a biężączką nieczęsto, i także tym razem chodzi i o sprawy o wiele dalej idące, głębsze i, dla mnie przynajmniej, jednak w sumie ważniejsze od jakichś tam płaczów, czy dopraszania się, by oni się jednak opamiętali.

Tak więc, kto popełnił ten błąd, kto dał się nabrać tytułowi (a faktycznie tamten skurwiel także chyba Rysio, kiedy wymyślałem ten tekst i ten tytuł całkiem o tym nie myślałem, słowo!), niech szybko pokład tej przeklętej łajby opuści! (To już druga tura tych uciekinierów - po tych, co to wierzą, że ziemia ma 6 tys. lat, a zło daje się, ot tak sobie, zwyciężać dobrem, bo ono się tego dobra panicznie boi. Biedne naiwniaki, szkoda tylko, że jesteśmy w tej samej łajbie!)

Dobra, była dygresja pod adresem Moich Kochanych Czytelników - tak czujnych, tyle wiedzących o wielorybach, tak słodkich i elokwentnych - teraz wracamy do wyrażonego na końcu poprzedniego odcinka pytania: Jak żyli ludzie na przestrzeni swych dziejów?

Cofamy się myślą w przeszłość... Strzyżenie psów... Stocznia... Fabryki, dymiące kominy... Jednak większość i tak pracowała i żyła z roli... Cofamy się, cofamy się, cofamy... I jakieś 12 tysięcy lat temu to życie z roli się nam dość gwałtownie kończy... Także, niedługo potem (bo idziemy wstecz) kończy się nam hodowla... Co mamy?

Leberalne i podobnego typu mędrki, a one obecnie robią za uczonych i popularyzatorów wiedzy, powiedzą nam, że przedtem było "społeczeństwo zbieracko-myśliwskie". (Z akcentem, jak się domyślam, na zbieractwo, bo to stoi pierwsze.)

I to z tego, jak należy sądzić, zbieractwa w Ameryce przez kilkanaście tysięcy wyginęły konie, mamuty, słonie i cała masa innych źwierząt... Że to zrobili, znaczy kęsim tym źwierzętom, ludzie, nie ulega dziś wątpliwości. Ludzie stosunkowo nieliczni, uzbrojeni w broń z drewna i kamienia.

W Europie też z tego zbieractwa wyginęły zapewne mamuty. Jasne, że się zrobiło cieplej, ale one podobno jednak głównie z powodu ludzi. Na antypodach czterometrowej wysokości strusie i różne inne tego typu stworzenia też zbieractwa nie przeżyły. Nie mówię już o dziwolągach w rodzaju Miotragus Balearicus, co go kiedyś naukowo studiowałem, a któren miał króciutkie nóżki, żył bowiem w grotach, a ludzi nie znał, ale jak poznał, to tego nie przeżył.

Zbieractwo, zaiste! Zresztą jak takie zbieractwo w praktyce wygląda? Jak w wierszu - znakomitym swoją drogą, choć zdaje się ściągnięty z Elsy Beskov - "Na jagody"? Jak grzybobranie w "Panu Tadeuszu"? No, nie całkiem. Raczej tak, że idzie sobie plemię, a najczęściej kobiety z dziećmi, i zbiera co się nada do zjedzenia (a wybredni nie są, nie mogą sobie na to zresztą pozwolić). A jak zamiast jagódki czy mączystego korzonka zobaczą jaszczurkę... gniazdo z pisklętami... małą zabłąkaną gazelę...

Ileż to wtedy śmiechu i radości! Emocje pogoni! Krzyki! Rwetes! W końcu łaps i jedzonko upolowane. Wszyscy się cieszą.

c.d. (Deo, of course, volente) n.

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

czwartek, października 21, 2010

"Przerażający Rysio" i inne pouczające opowiastki (odcinek 1)

Kojarzycie "Moby Dicka"? Znawcy, przynajmniej niektórzy, uznają to za największe arcydzieło amerykańskiej literatury. To historia o wielorybie-mutancie, który pożera ludzi i niszczy dobytek na morzu i lądzie. Nie ograniczając się do siania postrachu na morzu (stąd jego ksywa, na nasz tłumacząca się jako "Przerażający Rysio"), sięga w głąb lądu na całe 50 km... I robi tam rzeźnię! Albo i gorzej.

Dzielny kapitan Ahab - właściciel i dowódca statku zajmującego się pomaganiem znajdującym się w kłopotach wielorybom - stara się Rysiowi pomóc w jego mentalnym zagubieniu, ale w podzięce tamten odgryza mu nogę i kontynuuje swą wstrętną, skierowaną przeciw całemu światu agresję. Polegającą między innymi na tym, że kładł się na plaży, udając zwykłego wyrzuconego na brzeg wieloryba, a kiedy podchodzili do niego ekolodzy, żeby go pocieszyć i zepchnąć na głębinę, on... Łaps! I naprawdę widok był taki, że nie chcielibyście tego oglądać. No, chyba, że w jakimś filmie grozy.

Coś nie tak? Inaczej to było? O, sorry! Musiało mi się z czymś pomylić. Więc mówicie, że Rysio to był - biały bo biały - albinos jakiś, fakt - ale jednak wieloryb, czyli źwierzę bezzębne, żywiące się planktonem, które nie miało może wielkich problemów ze ściśnięciem za pomocą swych fiszbinów eleganckich dam w ich eleganckiej talii, ale już z odgryzieniem ludzkiej nogi to na pewno? I że Rysio nie był mewa, więc 50 km od morza w głąb lądu nijak nie potrafił? I że nawet sam Melville, autor znaczy tej arcy-opowiastki, nie twierdzi, by to potrafił? Ani że w ogóle miał zęby?

O cóż więc tu w takim razie chodzi? O co więc tyle krzyku i tyle literatury? Jak tam więc było? Przypomnijcie, dobra? Więc Rysio pływał sobie w morzu, tak...? A kapitan Ahab co? Też sobie pływał i co? I polował na wieloryby? Zabijał je znaczy? I kto w końcu chciał kogo upolować na początku? Kto zaczął?

Nie, nie mówcie, że to Ahab zaczął! Poważnie - on już był zabił setki kolegów i krewnych Rysia, zanim się zabrał za niego samego, więc Rysio to co najwyżej w samoobronie mu tę nogę? No nie, to by całkiem zmieniało postać rzeczy... To jakaś całkiem inna narracja, że tak to naukowo i postpolitycznie określę.

Teraz będzie wtręt. Zwany też przez niektórych wStrętem. Otóż, jeśli ktoś doczytał to tego miejsca, to jego. Nie może chyba mieć pretensji, bo było tu sporo dobrej literatury - nawet w pewnym sensie do kwadratu - i nikt mu po odciskach nie deptał. Teraz jednak chciałem poprosić, i ostrzec zarazem, wszystkich, którym ich religia nie pozwala dopuścić do siebie myśli, że świat może istnieć dłużej, niż sześć tysięcy lat, że ludzie od zawsze wyglądali tak samo, jak dzisiaj (pomijając togi, krynoliny i stringi), oraz/i że Polsce potrzeba czegoś więcej, niż tylko dziesięciu przykazań i Ojcze Nasz...

Chciałem ich poprosić, by już sobie darowali czytanie, tym razem, i zajęli na przykład przygotowywaniem prześcieradła na kolejny Biały Marsz Przeciw Przemocy... Albo coś. Tutaj niestety nie znajdą nic, co by ich ucieszyło, zbudowało, czy co by choćby potrafili zrozumieć. Dixi - żeby nie było potem dąsów i pretensji!

No a teraz my, ludzie poważni, dorośli, zastanowimy się nad takim oto zagadnieniem... Jak żył, jak spędzał większość swego czasu człowiek na przestrzeni swojej historii? (Że to nie ma z naszym Rysiem nic wspólnego? Sorry, ale mnie to oceniać, Autorowi, a nie, z całą uniżonością itd., Czytelnikowi. Zresztą nie takie rzeczy da się ze sobą skojarzyć, kiedy ma się po temu odpowiednie talenta!)

c.d. (Deo volente) n.

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

wtorek, października 19, 2010

Detronizacja króla

(Jeśli ten tytuł przyprawił o atak wrzodów żołądka któregoś z rodzimych "monarchistów" - tych, co to chętnie by widzieli choćby Putina na polskim tronie, byle tylko na tronie - to na zdrowie, dobry człowieku!)

Po napisaniu poprzedniego kawałka porozmawiałem sobie z paroma ludźmi na poruszone tam tematy, przemyślałem je sobie, i teraz widzę, że chyba zbyt pochopnie mianowałem Parkinsona jednookim królem ślepych chłopiąt spod trzepaka... Tych, co to kora jak na korkowym dębie, ale kontakt ze światem filtrowany (szeregowo) przez tępe niewyspane dziecko, naćpanego abstrakcjonistę i klawiaturę, na której "e", "r" i klawisz "Shift" działają tylko sporadycznie.

Nie żebym się jakoś radykalnie wycofywał z tego, com napisał! Sprawa ta naprawdę od niepamiętnych czasów mnie u Parkinsona raziła, nadal uważam to za rzecz poważna i godną dyskusji, która w dodatku w naszym (od Boga chyba z jakiegoś powodu przeklętym itd.) kraju jest od dawna robiona w sposób kretyński, obrzydliwy i samobójczy. Uwzględniając jego luźną, nieco może szaloną i rozgadaną konwencję, to był, moim zdaniem, sensowny i potrzebny tekst.

Jednak, jak teraz widzę, bardzo być może Parkinsonowi w cytowanej tam przeze mnie wypowiedzi nie chodziło o to, co mnie, a także moich rozmówców, tak razi, a o coś w sumie innego. Szczególnie wymiana opinii z Mustrumem na niepopkach nasunęła mi tę myśl i w tej chwili wydaje mi się ona słuszna, a moja krytyka Parkinsona, oraz jego mianowanie na chłopiątkowego króla, pochopna.

W wypowiedzi Parkinsona było chyba coś poza dość typowo brytyjskim lekceważeniem wojsk lądowych (tak ukochana przez leberałów "w pełni zawodowa armia", choć jak co do czego, to oczywiście już nie). Kosztem oczywiście b. poważnego traktowania floty (na co celnie zwrócił uwagę jeden z pierwszych komentujących).

Nadal oczywiście z pełnym przekonaniem odrzucam paskudny pomysł czynienia z wojska bandy żałosnych przebierańców pod pretekstem "parad wojskowych", ale chyba jednak Parkinson myślał o czymś nieco innym. Nieco, ale istotnie innym.

Otóż jeśli mamy na przykład jakieś formacje, które istnieją od lat, powiedzmy, trzystu - przez który to czas przelewały krew wrogów, a nierzadko i własną, odznaczały się wielokrotnie, zapładniały niezliczone panny, wdowy i mężatki, łamiąc im przy okazji serca, cieszyły lud niezliczonymi marsowymi paradami itd., itd...

I mundury owych formacji naprawdę są w użyciu od tych trzystu lat - niekoniecznie cały czas na polu walki (choć przynajmniej na początku raczej powinny), ale w klubie oficerskim, na uroczystościach, balach, gdzie się regiment integruje z miejscową elitą (zapładnia itd.), koronacjach, paradach właśnie (a szczególnie paradach zwycięstwa), no to to nie są żadni szemrani przebierańcy, tylko całkiem sensowne wojsko!

Jeśli Anglicy mieliby od roku 1415 pułk łuczników, którzy od dawna strzelają już z broni palnej, a nie z łuków, ale istnieje ciągłość i to jest ten sam pułk... (W końcu ludzie się tak czy tak zmieniają, choćby dlatego, że giną na polu chwały, więc to nie o to chodzi, prawda?) No to nie ma w tym nic złego, że część takiego wspaniałego pułku (a możemy założyć, że to by było naprawdę nie byle jakie wojsko, z takimi tradycjami, te rzeczy grają rolę!) przemaszeruje przed tymi wszystkimi pannami, mężatkami, dziatwą i starcami z łukami i w swoim piętnastowiecznym rynsztunku.

Można by tak rzec, że "jeśli to się odbywa na poziomie danego regimentu, to nie są to przebierańcy, a całkiem normalna praktyka". Normalna i sensowna, bo stanowi nawiązanie i przypomnienie wszystkich tych wzniosłych, krwawych i ważnych wydarzeń, w których ów regiment chwalebnie się zapisał.

U nas jednak - a przez "u nas" rozumiem (sporo, przyznaję, na wyrost) III RP - żadnej takiej ciągłości nie ma. Nie istnieją pułki, których historia liczy się od, powiedzmy, Odsieczy Wiedeńskiej. Nawet gdybyśmy coś takiego próbowali na siłę stworzyć (jak buduje się dziś "autentyczne" zabytki sprzed wieków), to się nie da, bo po drodze był PRL, czyli ruska niewola, więc to nie były polskie oddziały!

Tu nie chodzi o to, że nasza "kawaleria" nie jeździ już na koniach i nie macha lancą, bo w innych krajach też "kawaleria" jeździ lekkimi czołgami, albo lata helikopterami, w czym nie ma nic aż tak dziwnego, a tym bardziej niestosownego, tylko o to, że naprawdę żadnej ciągłości tu nie ma i nie ma jej na tyle, że nie można tego nijak, w miarę sensowny i uczciwy sposób, obejść. U nas to są i będą przebierańce!

Jeśli lud naprawdę potrzebuje przebierańców, to, po pierwsze: należy ich puścić już po właściwej paradzie; po drugie: tym bardziej trzeba nauczyć lud, by bardziej od przebierańców kochał prawdziwe wojsko (własne!); po trzecie: stworzyć długą i chwalebną tradycję militarną poszczególnych formacji i oddziałów. To ostatnie oznacza oczywiście między innymi utrzymywanie ciągłości, ale także wiele innych spraw, które, niestety, trudno mi już uwierzyć, by mogły być w przewidywalnym czasie (w Polsce) zrealizowane. Ale fakty są faktami, prawda prawdą... A przebierańce są i pozostaną przebierańcami!

Teraz - tytułem przeproszenia Parkinsona z jednej, a rekompensaty dla chłopiąt spod trzepaka z drugiej strony - chciałem o czymś całkiem innym. Otóż Parkinson napisał coś, co mnie (z przerwami) zastanawia i intryguje do dziś, a przeczytałem to dawno.

Pisze mianowicie, że zaletą arystokratycznego systemu - takiego w którym ludzie są w dużym stopniu przypisani na całe życie do swej wysokości w społecznej hierarchii - jest to, że ludzie predystynowani (w sensie psychiki i zdolności) do sprawowania władzy i piastowania odpowiedzialnych pozycji nie muszą się przedzierać w swej karierze przez podrzędne stanowiska, do których się marnie nadają i na których się co najmniej marnują, jeśli nie gorzej, a od razu zaczynają od rządzenia.

Sprawa jest dość w praktyce złożona, mimo że teoretycznie prosta. Bez jakichś ambitnych symulacji - komputerowych, czy choćby czysto intelektualnych - nie jestem w stanie powiedzieć, ile w tym poglądzie prawdy. Tym bardziej, że wynik będzie z całą pewnością zależał od całej masy założonych parametrów, jak to: ilość zdolnych ludzi w każdej z obu tych "klas społecznych"; stabilność owej zdolności do sprawowania władzy na przestrzeni aktywnego życia; stopień, w jakim urodzony przywódca nie sprawdzi się na podrzędnym stanowisku itd., itd.

Jest to swego rodzaju druga strona słynnego twierdzenia Petera, mówiącego w sumie, iż każdy awansuje tak długo, aż osiągnie szczebel w hierarchii, czy stanowisko, na którym jest już niekompetentny, i tam pozostaje. Jest to oczywiście w dużym stopniu wyrafinowany żart, ale też sporo w tym niepodważalnej logiki, no a w dodatku wyjaśnia to wiele z tego, co się wokół nas dzieje. Wiążę się też poza tym owa teza z tezą Parkinsona, o której tutaj właśnie mówię.

Jak to się wiąże z chłopiętami spod trzepaka, spyta ktoś? A jaką mają te chłopięta korę, że ja z kolei spytam? Jak dęby korkowe, prawda? No więc proponuję im, by (na odmianę z przywracaniem standardu złota i innymi równie pożytecznymi zajęciami) wykorzystały ową korę do przeanalizowania wspomnianej tezy Parkinsona! Niech sobie przyjmą takie czy inne założenia. (Byle nam tylko potem powiedzieli, jakie przyjęli!) I niech oszacują, ile w tym twierdzeniu może być z prawdy.

Jest to oczywiście robota absolutnie bezinteresowna (w tym sensie, że realnego świata to nie zmieni), akademicka i teoretyczna - choć niewątpliwie potencjalnie w pełni naukowa i naprawdę interesująca - jednak pod trzepakiem rozstrzygane są codziennie nie tak bezinteresowne, akademickie i teoretyczne zagadnienia, prawda chłopięta?

Jeśli dostanę tutaj, w komętach, albo też na Forum Młodych, kilka naprawdę ciekawych analiz tego problemu, to niewykluczone, że ustanowię jakąś nagrodę za moim zdaniem najbardziej interesującą i sensowną. Nagrodą będzie najprawdopodobniej Uśmiech Prezesa, czyli Tygrysa - a więc nie byle pół miliona dolców na odczepnego, jak jakiś Nobel! - zatem chyba warto się wysilić. Ja tak myślę - a jak wy myślicie, słodkie chłopięta? Pocieszy was trochę mój uśmiech po stracie króla?

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?