czwartek, grudnia 07, 2006

Szokujące informacje, ale Polacy jak zwykle wolą seriale i ględzenie o niczym

Na blogu Wojciecha Wierzejskiego można znaleźć informację, która rzuca masę światła na obecne "afery". Dziwne tylko, że tak mało interesują się tym polskie służby, nie mówiąc już o zwykłych rodakach. Ale cóż, długoletnie wychowywanie na serialach, "Tańcu z gwiazdami", "Szkle Kontaktowym" i "Europa da się lubić" robi swoje.

Otóż Wierzejski podaje, że "organizatorem neonazistowskiego pikniku na Śląsku była osoba starająca się o obywatelstwo niemieckie i mająca niemieckie pochodzenie", co bardzo uprawdopodobnia tezę, iż jest to agenturalna robota ze strony "naszych przyjaciół zza zachodniej granicy". Samo nazwisko tego pana, Schmidt, też raczej tego podejrzenia nie rozwiewa, choć oczywiście samo w sobie nic by nie znaczyło.

Wierzejski podaje także kilka innych bardzo zastanawiających faktów związanych z wydawnictwem Axel Springer, którego polskojęzyczny "Dziennik" rzekomo wykrył, a potem roztrąbił "nazistowskie" party z rzekomym udziałem Młodzieży Wszechpolskiej.

Oto link do całości: http://wierzejski.blog.onet.pl/2,ID154686609,index.html

Cała sprawa - to znaczy nie tylko ten "nazizm", ale także dzisiejsze "jednorazowe badanie" Leszka Bubla, no i oczywiście "afera seksualna" - wygląda w moich oczach niezwykle wprost niepokojąco. Jestem pewien, że Bolek już gryzmoli prośbę o bratnią pomoc, na wypadek, gdyby wszystko nie dało się załatwić gładko i po cichu. Platforma ożyła, zachód sparaliżowany rosyjską bezczelnością i ich Polonem 210...

Nastrój moich obecnych myśli, przynajmniej tych na tematy polityczne, nieźle oddaje ten oto tekst Przemysława Kudlińskiego (choć sam nie jestem tak antyamerykański i nie mam takich podejrzeń co do wojny z terroryzmem): http://iskry.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=525

Powiedzmy sobie uczciwie, nigdy nam nie będzie łatwo, narodowe tragedie i groźba całkowitej utraty niepodległości zawsze będą na nas czychały - ale żeby chociaż Polacy nie byli takimi cholernymi tchórzliwymi i głupio-mądrymi idiotami! Każdy nas kupi i sprzeda za nasze własne pieniądze, będziemy lizać każdą dłoń, nie widząc bata, który na nas trzyma druga. Naprawdę, czasem odechciewa sie wszystkiego. Jakim durniem, jaką skurwysyńską sprzedajną kurwą można tu być, żeby jeszcze śmieć się podawać za Polaka i mieć prawo decydować o polskich sprawach?

triarius

Z ABW do Tworek i Europejska Prostytucja

Wnikliwy czytelnik zapytał mnie właśnie na temat realnego liberalizmu, o taką konkretnie rzecz: "wyjaśnił Pan przekonująco, dlaczego w realnym liberaliźmie tak łagodnie traktuje się przestępców, całkowicie zapominając o ofiarach, niech Pan jednak mi jednak wyjaśni, dlaczego przestępstwa, nawet najbardziej wątpliwe, popełnione nie na szkodę osób prywatnych, tylko np. rzędu skarbowego czy tolerancji, są traktowane całkiem inaczej".

Jest to dziecinnie łatwe pytanie i nie mogę uwierzyć ani w to, że ten inteligentny czytelnik nie zna odpowiedzi, albo że wątpi, czy ja ją znam. Widać jednak lubi moje wywody i/lub sądzi, ze może kumuś się to przyda.

Odpowiedź jest prosta: realny liberalizm z zapałem broni samego siebie - to nie to samo, co bronienie Kowalskiego przed "Nikosiem", czy wioskowym psychopatą... Wszystkich filarów i forpoczt realnego liberalizmu trzeba przecież bronić - jak inaczej utrzymałoby się coś, czego nikt prawie nie chce? Weźmy taką Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która, zamiast zajmować się lokalizowaniem źródeł obecnych prowokacji, całkiem wyraźnie skoordynowanych  w czasie i treści z naciskami przeróżnych "przyjaciół Polski", starającymi się do czegoś nas przymusić, łapie i odwozi "na jednodniowe badania do Tworek" człowieka, którego poglądy nie pasują do obowiązującej realnoliberalnej ideologii.

"Nie ma znaczenie wolność słowa, gdy chodzi o obronę wolności słowa", zdają się mówić obrońcy wolności słowa i przyjaźni międzynarodowej za wszelką cenę. To, że nielubianych przez władzę polityków oskarżano w niedawnym ZSRR właśnie o chorobę psychiczną, o niczym oczywiście nie stanowi. Ważne, że naszym obecnym politykom - tym na bardziej od p. Bubla eksponowanym stanowiskach - wciąż nie wydaje się prawdopodobne, by ich także kiedyś zawieziono do Tworek na "jednodniowe badania", o czym nie omieszka całej Polski poinformować stosowna tasiemka TVN24.

Jak to w ogółe zgrabnie zrobiono! Do Tworek, a nie np. na Srebrzysko czy do Kobierzyna, te bowiem zakłady są znane raczej tylko lokalnie, Tworki zaś obrosły już ogólnonarodową tradycją, trafiły do literatury itd. Ciekawe co dalej będzie z tolerancją wobec niepopularnych wśród realnie liberalnej władzy poglądów? I nie mówię tu o władzy PiS, bo oni próbują, w miarę wątłych sił, jakoś się z tej matni wyplądać. Cóż jednak można zrobić, skoro występować przeciw "europejskim wartościom" nielzia, i jest to priorytet nad priorytety?

Nad kwestią tego, kto mógłby kontrolować lojalność ABW wobec interesów Polski i ewentualną ich podległość wobec jakichś zagranicznych sił i środowisk, nawet się nie będę próbował zastanawiać. Od czasów Platona głowią się nad tym naprawdę tęgie głowy i do efektywnych rozwiązań jeszcze chyba nie doszły, mimo że nie były chyba kontrolowane przez ABW. Wiem, są jakieś sejmowe komisje i organa... Tyle, że ja im też nie ufam. Wybrane demokratycznie? Tak demokratycznie, jak w dwudniowym, naciąganym referendum zadecydowano o Anschlussie? Czy tak, jak teraz, po przepadniięciu w referendach konstytucji europiejskiej, wciska się ją nam tylnymi drzwiami?

Jeśli ja tym ludziom, tym komisjom, nie ufam, to kto mnie zapewni, że wszystko jest w porządku? Inni obywatele Polski? Czy brukselscy urzędnicy? To nowa wersja demokracji, prawda? Tylko dlaczego nikt nas jeszcze o tym nie raczył oficjalnie poinformować? Mogę się odwołać do trybunału międzynarodowego gdzieś tam, tak? A jeśli nie widzę powodu, by mu ufać? Czy przeprowadzano kiedykolwiek jakieś rzetelne referendum na temat uznania decyzji tych trybunałów wśród uczciwych i zwykłych Polaków? Nie? Więc dlaczego stały się nagle najwyższym organem sprawiedliwości, odsuwając odmienianą przez wszystkie przypadki na każdym kroku demokrację praktycznie w niebyt?

Nie jestem prawnikiem i unikam czytania tworów mózgowych ludzi w rodzaju Edelmana czy Kuczyńskiego, ale z tego co mgliście pamiętam, sporo ich wypowiedzi dało by się bez trudności zakwalifikować, jako "nawoływanie" i "sianie nienawiści". Ale cóż - o antysemityzm trudno ich akurat oskarżyć, więc sprawa beznadziejna.

Wspomniałem implicite o obecnych prowokacjach, więc pozwolę sobie wkleić tu coś, co opublikowałem już w innym miejscu, ale tam się błyskawicznie z pierwszej strony przewinęło, a moim zdaniem nieco szkoda. Oto jest:

Ktoś się bardzo stara, by rozwalić tę obecną koalicję, po drugie zaś - widzimy tu jak na dłoni skutki dotychczasowego forsowania "równouprawnienia".

Nad tym drugim warto by się chyba nieco poważniej zastanowić, jeśli niechcemy, by za parę lat każdy człowiek mial na swym intymnym organie specjalny czujnik, którego uruchomienie spowoduje alarm na najbliższym posterunku (albo i gdzieś wyżej), oraz by każdy musiał ze sobią nosić własną kasę fiskalną, w której będzie pod karą dożywocia zmuszony rejestrować wszelkie własne finansowe operacje powyżej sumy 20 groszy. (Choć wtedy już będzie euro, do czego zresztą obecny wysyp afer zdaje się właśnie prowadzić.)

W grę wchodzi także przymusowa kastracja, albo obowiązkowe zaświadczenie o skłonnościach "gejowskich" - z początku zapewne wyłącznie dla polityków i innych osób publicznych, bo "Prokom" nie od razu będzie w stanie stworzyć konieczny do tego celu system komputerowy. Warto się moim zdaniem zastanowić, w jakim to kierunku się tak szybko poruszamy i gdzie skutkiem tego musimy dojść. I to całkiem niezależnie od takiej czy innej sympatii dla Samoobrony,

Moim zdaniem, kobiety albo SĄ dorosłymi, odpowiedzialnymi za swoje czyny ludźmi, a wtedy media próbujące nas rozczulać martyrologią Anety K. - zarabiającej dzięki prostytucji 5 tys. miesięcznie, a teraz "wstydzącej się i nie wiedzącej jak sobie z tą świadomością poradzić", powinny nas natychmiast skłonić do przełączenia na inny kanał, lub - lepiej - wyłączenia telewizora i sięgnięcia po książkę... Albo nie są. Dorosłe. Kobiety znaczy. Ale wtedy NIGDY nie mogą być traktowane jako na pewno dorosłe i odpowiedzialne - ze wszystkimi tego stanu rzeczy skutkami.

Gwałt jest gwałtem, zgoda (o ile naprawdę jest), ale godzenie się na świadczenie usług seksualnych za konkretne korzyści to całkiem inna sprawa i to, że tylko kobietom się to proponuje nie jest powodem, by musiały im ulegać. A jeśli mają dzieci na utrzymaniu i bez 5. tys miesięcznie nijak, no to mogły się zastanowić wcześniej - dzieci, wbrew pogłoskom, nie przynosi bocian nie pytając mamusi o zgodę, a jeśli się za kogoś wychodzi za mąż, to powinien to być ktoś taki, żeby można było z nim przez resztę życia wytrzymać. Zamiast zostawać prostytutką i bohaterką najmarniejszej chyba w historii opery mydlanej.

A tak przy okazji, przypomniała mi się sprawa Jaruckiej sprzed półtorej roku. Co z tą sprawą, całkiem nic się nie wyjaśniło? To dlaczego nadal nic nie wiemy? Czy ktoś w ogóle próbuje to wyjaśnić? I daczego nie? Tamtej sprawy się nie wyjaśniło, nikt chyba nie został ukarany, a przecież intryga dała oczekiwane rezultaty...

Dlaczego ktoś nie miałby więc nadal posługiwać się tą metodą? Cel może nie uświęca środków, ale konstytucja europejska, przyjęcie przez Polskę euro, zgoda na rurociąg i nowe Rapallo... Nie - dla takich spraw warto przecież zorganizować w Kraju Priwiślińskim jakąś niewielką intryżkę! Przyzna to z pewnością każdy Światły i Postępowy Europejczyk.

wtorek, grudnia 05, 2006

Platforma Polityki Realnej?

Dla mnie Platforma to taka ujadająca czarna skrzynka: duszoszczipatielnyje pogruchiwania o "społeczeństwie obywatelskim", groźne sepleniące pohukiwania "tumult, tumult", grasejowanie w połączeniu z wymachiwaniem przykrótkimi łapkami w geście "kocham was wszystkich, Duch Święty mi to wczoraj nakazał"... W sumie pieniactwo, fałszywa ckliwość, agenturalność - zarówno w tym sensie, że założone i popierane przez rodzimą razwiedkę, jak i ww tym, że wysługuje się obcym, a szczególnie (chyba, choć kto to może wiedzieć?) Niemcom i Brukseli.

Są jednak ludzie, dla których Platforma Obywatelska to coś więcej niż tylko piąta kolumna z wadą wymowy. Jednym z takich ludzi jest Gdańszczanin, prowadzący jeden z najlepszych prawicowych blogów w Polsce. W swym najnowszym poście pisze na temat Platformy i jej, nieco ostatnio przywiędłej, medialnej gwiazdy - Jana Rokity.

Gdańszczanin pisze między innymi, że Platforma w istocie nie ma żadnego programu i jej historyczną rolą byłoby podryfowanie na lewo i zostanie... Hear, hear! Rodzimą SOCJALDEMOKRACJĄ! Tutaj można sobie to przeczytać w oryginale (tylko potem proszę wrócić!):

http://gdanszczanin.blox.pl/2006/12/O-Rokicie-ktory-dobrymi-checiami-pieklo-wybrukowal.html
.

Ostatnio, jak niektórzy może wiedzą, poświęciłem parę dni na studiowanie myśli politycznej liberalizmu, a także, choć w mniejszym stopniu - jego praktyki. To znaczy, praktykę widać gołym okiem na każdym kroku, ponieważ - jak to odkryłem i co uważam za spore politologiczne osiągnięcie - żyjemy nie w czym innym, tylko w REALNYM LIBERALIźMIE. Niech sobie różni fanatycy, rewizjoniści i liberalne wersje trockistów mówią co chcą, nawołują do powrotu do "prawdziwego liberalizmu", albo wołają "więcej liberalizmu". Tak samo było przecież w realnym socjaliźmie!

To już napisałem w poprzednim poście, choć stanowczo zasługuje na powtarzanie i powtarzane, Deo volente, będzie jeszcze nieraz. Mam jednak i coś nowego do powiedzenia. Otóż stwierdziłem, że Platforma Obywatelska to autentyczna partia liberalna, ma bowiem sporo dokładnie tych samych cech, co liberalizm sam w sobie.

Czyli przede wszystkim brak realnego, i w miarę trwałego, programu, za to sporo dętych i ckliwych "słów kluczowych", które na odmianę są względnie stałe. Tak zresztą było i w realnym socjaliźmie. Po drugie, spore i stale rosnące obszary, na które nawet myślą nie wolno się zapuszczać, ponieważ tam liberalne zasady całkiem już przestają mieć ręce czy nogi. Te obszary rosną i rosną niczym płaty łysiny plackowatej przy poważnej grzybicy skóry głowy.

Każdy zbyt skomplikowany dla liberalnej ideologii albo niestrawny dla wyborców i publiczności problem zostaje - jak to się mówi w psychoanalizie - "wyparty" i przestaje istnieć. Na jego miejsce pojawiają się człowiekolubne pogruchiwania i dodające otuchy zagubionemu "inteligentowi" zapewnienia, że wszystko niedługo będzie jak w raju. Do tego masa sztywnych jak dykta szablonów w myśleniu. Czasem odnoszę wrażenie, że liberalizm to właśnie kilka prostych, bardzo prostych, algorytmów myślenia... I kiedy sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, te algorytmy stają w stosunku do niej po prostu prostackie, prymitywne.

Mówię ogólnikami? Przydałby się konkretny przykład? Oto proszę... Trzy dni temu przysłuchiwałem się jednym uchem konferencji prasowej min. Ziobry. Mówił on o dziwnym braku zainteresowania przez sądy III RP dla ofiar przestępstw, przy równie dziwnym pobłażaniu ich sprawcom. Wielu się nad tym zastanawiało, jedni oburzeni i zaszokowani, inni chyba kombinując, jak by sprawę popchnąć JESZCZE dalej, i to jak najszybciej.

I nagle mnie olśniło! To, co wyczytałem na temat historii liberalnej myśli pozwoliło mi zrozumieć, z jakich to najgłębszych, ideologicznych przesłanek wynika! Przecież liberalizm widzi wszelkie ludzkie interakcję, jako coś w rodzaju wolnego rynku, zaś wszelka władza jest dla niego z samej swej natury podejrzana i dlatego należy ją kontrolować. Tak?

No to teraz wyobraźmy sobie, że jest tak: Wojtek ciężko pobił i obrabował Jurka. To jest interakcja między nimi, dwustronna. Władze państwowe, w tym sądownicze, nie mają z tym na razie nic wspólnego, zgoda? Potem jednak jakimś cudem policja chwyta Wojtka i stawiają go przed sądem. Teraz interakcję mamy między oskarżonym Wojtkiem, a państwem. Państwu, które jest w tej relacji stroną silniejszą, a do tego z natury podejrzaną, należy patrzeć na ręce i baczyć, by Wojtkowi nie zrobiło krzywdy, tak? Gdzie tu niby jest miejsce na poszkodowanego Jurka? Chodzi przecież o to, by wredne państwo nie zrobiło Wojtkowi krzywdy, Jurek - ofiara - nie ma tutaj już nic do szukania.

Tak właśnie to działa, i to na każdym kroku. Liberalizm to niemal z definicji "filozofia zdrowego rozsądku", więc wszędzie stosuje takie proste schematy. Inaczej już po prostu nie potrafi, a ludzie, którzy potrafią, po prostu nie zostają liberałami. Konfliktów liberał unika jak ognia, ponieważ postrzega każdy z nich, jako swego rodzaju totalną wojnę - albo albo: Albo dzieci, albo rodzice. Albo państwo, albo obywatele. I to ich przeraża, częściowo słusznie, częściowo zaś dlatego, że liberałami zostają ludzie o nieco wodnistej krwi i innych płynach ustrojowych. (Lub bardziej niż nieco.)

Kiedy już jakiegoś konfliktu nie da się jednak uniknąć, jak w przypadku sądu nad Wojtkiem... (To znaczy, na razie jeszcze się nie da, bo w przyszłości kto wie?) Kiedy się zatem nie da, to konflikt zostaje zredukowany przez liberała do najprostszej gry o dwóch uczestnikach i o sumie zerowej. Tak po prostu jest, bo takie właśnie, a nie inne, widzenie świata prowadzi do liberalnej doktryny.

Nie wiem, jak do Czytelnika trafia to moje odkrycie, ale naprawdę zachęcam do zastanowienia się nad tym trybem rozumowania. Oraz do poszukania innych przykładów i innych super-prostych liberalnych algorytmów myślenia. I postępowania. Które to algorytmy, razem z innymi podobnie charakterystycznymi zachowaniami, widać zarówno w Platformie (których pieszczotliwie nazywam sobie zazwyczaj Cieniasami), jak i w całym realnym liberaliźmie. Z czego wynika, że Platforma Obywatelska to w istocie Partia Realnego Liberalizmu, do której jak rękawiczka pasowałaby nazwa w rodzaju Platforma Polityki Realnej. W skrócie PPR.

Na koniec chciałbym na chwilę wrócić do tekstu Gdańszczanina, który widzi Platformę, jako przyszłą socjaldemokrację, do czego ma dojść dzięki jej naturalnemu dryfowaniu na lewo. To jeszcze jeden dowód na moją poprzednią tezę! Przecież moim największym zarzutem przeciw realnemu liberalizmowi - w którym, przypominam, zachód żyje od co najmniej dziesięcioleci, Polska zaś od lat 17 - jest ten, że posiada naturalną tendencję do dryfowania na lewo. Lewactwo już teraz przecież zżera nas jak rak, a za lat 20 możemy znaleźć się bliżej wymarzonego przez Lenina i Trockiego komunizmu, niż nam się to śniło w najgorszych latach stalinowskiej nocy.

Na gruncie liberalizmu tego dryfu powstrzymać się nie da, i jeśli się powstrzymać go naprawdę pragnie, to trzeba znaleźć całkiem inne środki i całkiem inne polityczne drogowskazy. To był taki wtręt, lub raczej dramatyczny krzyk z głębi trzewi, podsumować jednak chciałem prostym stwierdzeniem, że: "Jeśli Gdańszczanin ma rację co do Platformy, widząc w niej tę samą dokładnie tendencję do dryfowania na lewo, którą ja dostrzegam w liberaliźmie, jako takim. Liberalizm jest zatem lewactwem statu nascendi." To tyle, kto chce, niech z tego wyciąga wnioski. (Jestem też otwarty na pytania i sugestie, może uda mi się coś wyjaśnić, a nawet kogoś przekonać. Uważam, że byłoby warto.)

poniedziałek, grudnia 04, 2006

Zgwałcona niewinność Anety K. i honor Najjaśniejszej

"Te kobiety są załamane, chcą rozpocząć nowe życie, są żonami i matkami" (cytuję z pamięci), mówi "dziennikarz" Gazety Wyborczej w telewizyjnym programie, który widziałem przed chwilą w publicznej telewizji. I porównuje tę sprawę do znanej sprawy dyrygenta chłopięcego chóru od lat wykorzystującego swoich wychowanków.

Przepraszam, ale albo myśmy wszyscy powariowali, albo ktoś bardzo usilnie się stara, by się tak stało. Toż te kobiety - zakładając nawet, iż to, co pisze Gazownik, to w ogóle prawda - albo zdecydowały się zostać kochankami tych polityków Samoobrony i coś tam chciały dodatkowo otrzymać, albo też po prostu SIĘ SKRURWIŁY. Porównywanie dorosłych, interesownych bab, które decydują się zdradzać mężów i biorą za to korzyści, do nieświadomych dzieci jest żałosne i w najwyższym stopniu nieuczciwe (czyli typowe dla Gazownika).

Widać tu wściekły atak na rządzącą teraz Polską koalicję i coraz wyraźniej, mnie przynajmniej, jawi się jej główny autor. Dzisiejsze ataki Cieniasów z Platformy, wszystkie te opowieści o tym, jak to "Najjaśniejsza Rzeczypospolita" (jak to wzniośle określił cienias Komorowski) kompromituje się za granicą - na przykład tym, że nie zaproponowano rozmowy przelatującemu nad Polską niemieckiemu ministrowi spraw zagranicznych - wpisują się znakomicie w ten scenariusz. Do tego oczywiście ujawnienie "faszystowskiego" LPR w wykonaniu Der Dziennika, a tutaj jeszcze nowe "karykatury" i "satyra" na Prezydenta Kaczyńskiego w tym samym, co pół roku temu szkopskim szmatławcu...

"Kto ma media, ten ma władzę" - taka jest prawda, a w każdym razie tak powinna wyglądać w opinii ludzi mających media (polskie i światowe) w rękach. Jeśli się nie uda dość ludzi przekonać i załatwić, by wybory wygrał ten, który je wygrać "powinien" - cóż, wypadek przy pracy. Media mogą wiele innych rzeczy, nie ma tragedii. No i widzimy, że naprawdę mogą. Jeśli się wywęszy albo zorganizuje "skandal", choćby najgłupszy, najgrubszą szyty nicią i najmniej prawdopodobny, to wystarczy, by wystarczająco wiele wystarczająco znacznych mediów zaczęło zgodnie ujadać, a władza coś z tym będzie musiała zrobić.

"Domniemanie niewinności" w takich przypadkach nie obowiązuje, tym bardziej, jeśli ktoś deklarował, że chce rządzić w sposób mniej cyniczny, złodziejski i agenturalny, niż poprzednicy. Taki ktoś, pod naciskiem wściekłego ujadania mediów, będzie musiał co najmniej rozpocząć dochodzenie. Jeśli zaś jest dochodzenie, to "winnych" trzeba przecież, czasowo, odstawić na boczny tor. A w tym czasie troskliwa o honor i dobro Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, wreszcie zjednoczona, opozycja zdoła przecież odsunąć "skompromitowaną władzę" od wpływów.

Długo można by jeszcze o tym, ale nasuwają mi się dwa ogólne wnioski. Pierwszy taki, że dzisiejsza, akceptowana przez wszystkich, poza "ekstremistami", polityka "równouprawnienia", stanowi idealną maczugę na wszelkie nieposłuszne mediom i strażnikom politycznej poprawności ośrodki. Kobiety "muszą" być w życiu publicznym i polityce, wiele wskazuje, że ludzki instynkt seksualny jeszcze trochę będzie istniał i działał, ludzie będą więc nawiązywać damsko-męskie znajomości, romanse, układy zatrącające kurestwem. I tak dalej.

Kobietom wolno dzisiaj "otwarcie mówić o swojej seksualności", reklamować w telewizji tampony, uprawiać boks, sprzedawać swoje ciała (niektóre sprzedają także swoje dziewictwo wraz z sfilmowaną samą sceną defloracji, z krwią i wszystkim, co widziałem na własne oczy), wychodzić na całą noc, służyć w wojsku... Mogą żyć całkiem jak mężczyźni. Ale tylko one mogą czuć się "zgwałconymi", "wykorzystanymi", "mieć męża, dzieci i chcieć rozpocząć nowe życie". Tylko im może być "bardzo trudno o tym wszystkim mówić".

I tylko one mogą pozywać uwodzicieli za "gwałt", "molestowanie", "korupcję polityczną". Oczywiście przejęty bezinteresowną troską "dziennikarz" Gazety Wyborczej bardzo się do tego przydaje, jednak to kobieta może być "wykorzystana", "molestowana", tylko ona może się w telewizji wstydzić, ale jednak odsłonić swe zgwałcone dziewicze łono na wzrok gawiedzi... Dla dobra i honoru Najjaśniejszej oczywiście.

No i publika się przejmuje, a przynajmniej odpowiednio duża i wrzaskliwa jej część, przejmuje się też zagraniczna prasa - także o dziwo zatroskana o losy Najjaśniejszej, choć na co dzień tej troski mało było dotąd widać. No i musi się przejąć prokurator, służbowo - w końcu publicznie stwierdzono, iż dokonane zostało przestępstwo.

I nikt jakoś tej zagranicznej troski o nasze dobre imię, honor i w ogóle dobro, nie kojarzy ze sprawą konstytucji europejskiej, przyjęcia euro, wetem w sprawie negocjacji z Rosją, z niejasną sytuacją wielu niedawnych, albo i dzisiejszych, prominentów, moralnych autorytetów... Wszystkich, tak się akurat dziwnie składa, oczywiście proeuropejskich i proniemieckich, choć inne nacje także stoją w tych kręgach wysoko.

To była jedna ogólna sprawa, jaka mi się nasuwa. Druga jest taka: wobec takiej właśnie sytuacji - na krajowym froncie i w najkrótszej perspektywie istnieje realna groźba gwałtownego powrotu do III RP, oraz totalnego zniechęcenia do spraw publicznych i narodowych wszystkich, którzy dotąd te zmiany popierali. Historia uczy bowiem, że na jedno pokolenie może wypaść co najwyżej jedna rewolucja, to wydaje się być prawem po prostu biologicznym.

Czy chodzi nam (bo im z pewnością o to właśnie chodzi) o to, by przez następne ćwierć wieku nikt już nie przeciwstawił się temu, czym była III RP? Czy potraficie sobie wyobrazić, jakie skutki i jakie represje spadłyby na ten "oszołomski", niepokorny naród, gdyby pełną kontrolę uzyskali nad nim znowu ci sami ludzie? Z jeszcze większym wsparciem "światłej Europy", międzynarodowego lewactwa i kilku, stale tych samych, zagranicznych potęg?

Polska "prawica" woli jednak kłócić się o "tanie państwo", "jednomandatowe okręgi wyborcze", "podatek liniowy" i podobne - excusez le mot - pierdoły. Woli wołać, niczym niegdysiejsi rewizjoniści - zwolennicy Marksa nie "starego", tylko "młodego" ("młody" zawsze lepiej lewakowi brzmi) - "więcej liberalizmu!". Tamci rewizjoniści żyli w realnym socjaliźmie, ale nie chcieli przyjąć do wiadomości, że innego nie ma i nie będzie. Nasi "prawicowcy" żyją w realnym liberaliźmie - no bo jakaż to doktryna obowiązuje na Zachodzie od co najmniej dziesięcioleci? I nie raczą zrozumieć, że innego liberalizmu nie będzie i być nie może. Jednak co im szkodzi pokrzyczeć sobie o "prawdziwy liberalizm"?

Świetne prawicowe pióra realizują się namiętnie w krytykowaniu biurokracji i całkiem im to zdaje się wystarczać. Dla mnie to całkiem jak takie samo krytykowanie biurokracji przez oficjalnych prlowskich "satyryków" - przykro mi, jeśli kogoś tym porównaniem uraziłem, ale nie dostrzegam istotnej różnicy. Przecież krytykowanie przerostów biurokracji to odwieczny temat, który nigdzie tak nie kwitł, jak właśnie w realnym socjaliźmie! Tyle, że wtedy to nie była żadna opozycja, to był niemal jedyny dozwolony i popierany rodzaj "satyry". (No, czasem było też o brakach w zaopatrzeniu, przejściowych oczywiście i związanych z biurokracją.) Czy wy tego ludzie naprawdę nie dostrzegacie? A lewactwo i układ tylko się śmieją w kułak...

Pokrzyczeć sobie zawsze przecież dobrze, wtedy nie trzeba myśleć, nie trzeba nic naprawdę robić, można odgrywać zgwałcone dziewice, można zakładać "wreszcie autentycznie prawicowe partie"... i przyjmować do nich nawet kochający Tuska i Cieniasów liberalny drób. Pod jednym względem ci "prawicowcy" mają rację - tak, to jest jak najbardziej zgodne z doktryną klasycznego liberalizmu "jak najwięcej szczęścia dla jak największej ilości ludzi". Lewactwo, którego jest sporo i z każdym dniem coraz więcej, naprawdę czuje się z tego powodu szczęśliwe! A więc wszystko jest jak najbardziej w porządku, prawda Polska Prawico?

A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że na pytanie gazowniczego "dziennikarza": "co by zrobiła, gdyby za polubowne załatwienie tej sprawy zaoferowano jej odpowiednio dużo pieniędzy, Aneta K. odpowiedziała że nie wie. Nie chciała sobie bidulka odcinać widoków za przyzwoity dochód za swój wstyd i sromotę. To się dopiero nazywa "żałować i chcieć rozpocząć nowe życie!". Mąż i dzieci, nie mówiąc już o załodze i czytelnikach Gazownika, mogą z Anety K. być szczerze dumni. Z Najjaśniejszej może w tej chwili nie mogą, ale jeden dobry powód do dumy już chociaż jest. I to dobrze, tak trzymać!

sobota, grudnia 02, 2006

To se ne vrati - klasyczny liberalizm w praktyce

W Anglii (przez co rozumiemy także Szkocję i Walię) apogeum sukcesu liberałów (znanych wówczas jako "filozoficzni radykałowie") w realnej polityce nastąpiło w roku 1846, kiedy to zniesiono tzw. prawa zbożowe (corn laws) i jako oficjalną politykę państwa przyjęto wolny handel. Problemy jednak zaczęły się już wcześniej. W roku 1841 raport królewskiej komisji badającej warunki w kopalniach ujawnił rzeczy przerażające, związane między innymi z pracą dzieci. Dyskusja, która nad tym raportem natychmiast rozgorzała, ujawniła podobne warunki w wielu innych gałęziach przemysłu. Zresztą już w roku 1830 parlament zaczął się zastanawiać nad wydaniem przepisów regulujących godziny i warunki pracy, co, jako ograniczające wolność prywatnych umów, stało w sprzeczności z doktryną filozoficznego radykalizmu.

Podnosiło się cały czas wiele głosów intelektualistów, artystów i pisarzy, także tych największych, przeciw liberalnej polityce, która była krytykowana między innymi na gruncie estetycznym, za szpetotę nowego, industrialnego świata. (Przyznam, że mnie osobiście trudno się temu dziwić, choć gdyby ci artyści wiedzieli co w sferze estetyki nastąpi za dwieście lat, to by dopiero podnieśli larum!) Z biegiem lat parlament był coraz skłonniejszy do odrzucenia zasady absolutnego indywidualizmu, jako swego głównego drogowskazu, przyjmując zamiast niej zasadę tzw. “kolektywizmu”. Liberalizm był zdecydowanie w defensywie, a co najzabawniejsze, prawodawstwo wymierzone przeciw niemu kierowało się jego własną naczelną zasadą – “największego szczęścia dla największej ilości ludzi”. To się nazywa zjadać własny ogon! A co więcej, nie był to wtedy jeszcze żaden komunizm, czy choćby socjalizm – zresztą oba te ruchy powstały w ogromnej mierze właśnie dzięki liberalizmowi i bez niego może by ich po prostu nie było.

Bunt przeciw ekonomicznemu liberalizmowi nie wynikał przy tym z żadnej przeciwstawnej filozofii społecznej. Przeciwnicy liberalizmu, zwykle określani jako “kolektywiści”, nie byli też między sobą jakoś specjalnie pod względem poglądów zgodni. Była to całkiem po prostu spontaniczna samoobrona przed destrukcją tkanki społecznej spowodowaną przez rewolucję przemysłową i bezwzględności polityki sprzyjającej rozwojowi przemysłu bez żadnych zabezpieczeń przed spustoszeniami, które powodował. Głównym zarzutem, który jednak ówcześnie nie był bardzo jasno sformułowany, był ten, że niekontrolowany industrializm i komercjalizm zagrażał publicznemu bezpieczeństwu i stabilności, niezależnie od tego, czy, jak przekonywali ekonomiści, nastąpił ogólny wzrost zamożności i płac realnych.

Ograniczenia systemu laissez faire, czyli całkowicie wolnorynkowego, zostały wprowadzone w we wszystkich uprzemysłowionych krajach i przez najróżniejsze, kierujące się całkiem różną filozofią, partie. Jednym z naczelnych motywów tych zmian były względy humanitarne, przede wszystkim sprzeciw wobec rzeczywiście nieludzkich warunków pracy robotników przemysłowych. Na które to względy głusi nie mogli pozostać nawet sami liberałowie, niezależnie od tego, że oficjalnie polityczni radykałowie niezbyt się nimi przejmowali.

W Wielkiej Brytanii zniesienie ceł protekcyjnych na produkty rolne uderzyło w rolników, którzy zawsze mieli konserwatywne poglądy. Najbardziej elokwentny wczesny wyraziciel tych poglądów, James Burke, kładł nacisk na tradycyjne wartości i ciągłość historycznego rozwoju. Ta filozofia po prostu musiała okazać się krytyczna i przeciwna industrializmowi. Pozostawali jeszcze robotnicy. John Stuart Mill wyobrażał sobie, że ci zawsze pójdą za “najmądrzejszą częścią swojej społeczności”, czyli za przemysłową klasą średnią. Tak się jednak nie stało – robotnicy nie dorośli i woleli za pójść za partią kierowaną przez posiadaczy ziemskich. Najważniejszą polityczną siłą stała się na jakiś czas “torysowska demokracja” Disraeliego.

W dodatku konserwatywny rząd, paradoksalnie można by rzec, dał w roku 1867 prawo głosu dużej części brytyjskich robotników, przez co uczynił ten rozłam między ludem i światłymi liberałami czymś trwałym. Robotnicy z jakichś dziwnych powodów bardziej się interesowali własnymi płacami, godzinami i warunkami pracy, niż przyszłym szczęściem ludzkości w wyniku szybkiego uprzemysłowienia. Ponura sprawa, ale tak samo będą się zachowywać w ustroju naprawdę socjalistycznym (czyli nie tylko określanym tak przez sfrustrowanych brakiem uznania liberałów), kiedy to na wezwania do przekraczania planów reagować będą bumelką, a kiełbasa i nabożeństwa majowe bardziej do nich będą przemawiać, niż argumenty światłych profesorów ekonomii i szczęście ludzkości w przyszłych stuleciach.

Cóż, powiedzmy sobie otwarcie... Ci dziewiętnastowieczni robotnicy, nie mówiąc już o rolnikach, okazali się neurotykami (określenie von Misesa oznaczające przeciwników liberalizmu), lub może socjalistami (choć o żadnym socjaliźmie ogromna większość z nich nigdy słyszała). Nie chciałbym zdradzać, “co będzie dalej”, ale jednak powiem, że tak to już zawsze będzie się to działo w realnym świecie, że dobra wola, mądrość i przywódcze talenty liberałów przez zwykłych zjadaczy chleba doceniane nie będą. Stąd każdy szczery liberał zawsze przepełniony już będzie uzasadnionym żalem (obok dobrych chęci i niewzruszonego przekonania o własnej nieomylności), na ustach zaś, skrzywionych w lekko pogardliwym i nieco smutnym uśmiechu, zawsze już będą gościć "neurotycy", "socjaliści", "d*kracja"... Ach, jakże ciężkie jest życie proroka!

wtorek, listopada 28, 2006

Barok w sklepie i mentalność oblężonej twierdzy

Znajoma pokazała mi kartkę wyrwaną wczoraj z naściennego kalendarza (więc nie była to informacja bardzo aktualna, bo przecież ten kalendarz drukowano w zeszłym roku), z tekstem na drugiej strony z cyklu "Czy wiesz, że..." Było tam o tym, że sieć sklepów grupy Co-op (co sugeruje, iż jest to kooperatywa, co dla niektórych jest tożsame z lewicowością) wprowadziła do sklepów w Szkocji muzykę barokową, pragnąc pozbyć się band wyrostków, które normalnie okupowały jej sklepy.

Bardzo mi się ten pomysł podoba. Okazuje się, że nawet wolny rynek, co tam wolny rynek - nawet wprost komercjalizm! - może czasem prowadzić do całkiem miłych i estetycznych skutków! Nie, żebym nienawidził wszelkiej tzw. lżejszej muzyki, raczej przeciwnie, ale typowy sklepowy muzak jest w najlepszym przypadku nijaki, zaś typowy dzisiejszy pop, nie mówiąc już o techno czy rapie - po prostu koszmarny.

Jako bardzo wyrobiony słuchacz muzyki, zajmujący się tym namiętnie od czasów niepamiętnych, mogę te rzeczy oceniać niemal obiektywnie. Nie mam bowiem specjalnych uprzedzeń muzycznych: sama idea punku wydaje mi się na przykład dość obrzydliwa, większość punkowej muzyki bardzo nieciekawa, ale tacy The Pogues, czyli mieszanina punku, irlandzkiego folku (który cenię b. wysoko) i... nie wiadomo czego jeszcze, jest po prostu wspaniały.

I nie ma tu większego znaczenia, że leader the Pogues to bezzębny, niekryjący się ze swoim zboczeniem homoseksualista, a do tego alkoholik. Fakt, że to kultowy zespół, ale ogromna większość kultowych zespołów ostatnich 30 lat przyprawia mnie o mdłości, a co najmniej nudzi. Zresztą słyszałem nawet trochę b. fascynującego muzycznie rapu. O ile większość rapu wydaje mi się nudna i wulgarna, to niektóre kawałki, choć teksty zapewne mają tak samo wulgarne i głupie, muzycznie są super. Nawet zresztą rodzima Peja - z pewnością poglądy mają lewackie, język obrzydliwy (nie, żebym ja sam reprezentował aż taki wersal), ale nie zmienia to faktu, że muzycznie jest to w porządku.

(To był taki sobie długi autoreklamiarski wtręt, ale w końcu "skromność przystoi jedynie tym, którzy inaczej nie mogą na siebie zwrócić uwagi", jak powiedział inny znany homoś, Oscar Wilde.)

Ta kartka z wiadomością o tym sklepowym baroku jakoś tak uderzyła we wrażliwą strunę w mojej duszy. Specjalnie wrażliwą od jakiegoś czasu, bowiem zacząłem się zastanawiać nad tym, że właściwie wszyscy - także ci najbardziej prawicowi - podlegamy cały czas i w ogromnym stopniu wpływom lewactwa, komercjalizmu, całej tej wulgarności. Nasze natomiast oddziaływanie na to wszystko jest niemal żadne.

I tak sobie myślę, że powinniśmy oszczędzać siły, a nie rzucać się w każdą pyskówę z każdym lewakiem - jeśli facet nie rokuje cienia nadziei, że przejrzy na oczy, jeśli nikt z naszych ciętych odpowiedzi niczego się nie nauczy, no to po co właściwie marnować czas i energię, po co się zniżać.

I dalej tak sobie myślę, że powinniśmy może przede wszystkim stworzyć środowisko, takie getto, taką twierdzę... W środku coś, jakby zakon rycerski. I podnosić swój poziom, żyć w nieco przynajmniej lepszym świecie, niż ten, w którym teraz zmuszeni jesteśmy żyć. Może też coś sobie nawzajem pomóc, jeśli się da. No i próbować oczywiście coś razem, drug z drugom, zbudować. I oczywiście razić wroga zza murów ile się tylko da, oraz co pewien czas nieco szybkich, skutecznych, dobrze zgranych rajdów na oblegające lewackie hordy.

Taka trochę jakby nowa i prawicowa masoneria, ale bez wygłupów w rodzaju fartuszków i Izydy. Ale raczej po prostu arystokracja - taka prawdziwa, oparta nie na, realnych czy fikcyjnych zasługach przodków, kręceniu się wyłącznie w gronie takich samych i pilnowaniu własnej "rasy", tylko na uczciwym poczuciu misji i uzasadnionym, zapracowanym poczuciu własnej elitarności.

Gdybyśmy zdołali utrzymać taki wyższy od otoczenia poziom, to może z czasem stalibyśmy się autorytetami - z początku choćby dla własnych dzieci i kobiet. Ech, tak dałem się ponieść fantazji, stary sentymentalny bałwan, nieprzystosowany do dzisiejszych czasów!

Zaraz! Ale przecież w sieci Co-op naprawdę zaczęli puszczać muzykę barokową! Prawda, przecież mi się to nie śniło? Nie, kartka z tego kalendarza leży tutaj obok klawiatury. Więc jednak?

poniedziałek, listopada 27, 2006

Prawdziwy sens liberalizmu nareszcie ujawniony!

Jak moi wielbiciele zapewne wiedzą, parę dni temu postanowiłem napisać długi i ambitny tekst o liberaliźmie. By samemu zgłębić wreszcie sens tego - bez przerwy przecież przez wszelką prawicę, a szczególne tę różową - odmienianego we wszystkich przypadkach słowa: LIBERALIZM.

Dlaczego to miałoby być ważne, dlaczego miałoby to być pilne? Cóż, powodów jest kilka. Na przykład taki oto hipotetyczny przykład. Powstaje, dajmy na to, nowa partia prawicowa. Nazwę ma ze wszech miar słuszną, program w zasadzie też... W ogóle super i nadzieja zaświtała dla udręczonej ludzkości, z Polską na czele oczywiście, bo o nią nam przecież przede wszystkim chodzi. Tyle, że do tej partii przyjmują nawet drób - byle mienił się "liberałem", Waszego zaś ulubieńca traktują z ledwo ukrywaną podejrzliwością - że za mało liberalny. I Wasz ulubieniec nie ma nawet szansy zareagować, bo z forum na którym ta partia, wirtualnie na razie, urzęduje, też go wywalili.

Może nie całkiem wprost za brak entuzjazmu dla "liberalizmu", ale za uprzykrzanie "liberałom" (i ewidentnym już lewakom) życia, mówiąc im co jest co. Zamiast z troską o los wszechświata gruchać jak pewien znany liberalny polityk i dążyć za wszelką cenę do kompromisu, co dla niektórych autorytetów jest jedynie słuszne w każdej sytuacji. W każdym razie Wasz ulubiony nie ma się teraz jak wypowiedzieć w sprawach swojej, jakby nie było, partii. Nie jest to oczywiście żaden terror czy cenzura - nie przesadzajmy - ale przejaw istnienia pewnej atmosfery i akceptacja pewnych sposobów działania. Podczas gdy lewactwo spokojniutko, bez pośpiechu...

(Nawiasem mówiąc, gdyby taka partia miała zaistnieć naprawdę, a nie jako swego rodzaju wyszukany żart, to miałbym jeszcze kilka istotnych uwag na temat jej programu, nie mówiąc już o składzie osobowym. Takie łapanki przypominają mi poczynania nieboszczki PZPR w epoce późnego Gierka. Mam być i ja i ten z tamtym? Tylko że mnie będzie się co chwilę wymawiać brak "liberalizmu", a tamci będą zawsze cacy, choć ja uważam ich za lewaków?)

Ale skończmy, na ten czas przynajmniej, z hipotetyczną prawicową jak Bóg przykazał, partią i wróćmy "do naszych owiec". Czyli liberałów, cokolwiek by to nie oznaczało.

Z moich dotychczasowych, niemal już trzydniowych dogłębnych studiów liberalnej myśli - bo o liberalnych praktykach w naszym kraju wiadomo już bez porównania więcej - stwierdziłem, że "liberalizm" może oznaczać ogromną ilość całkiem różnych rzeczy: od kompletnego systemu filozoficznego, tyle że tandetnie ponad trzysta lat temu skleconego i nie trzymającego się przysłowiowej kupy; do "po prostu nie totalitaryzm".

A do tego istnieje jeszcze praktyka - kto by się bowiem przejmował ewidentnymi błędami logicznymi i całkiem znikąd wziętymi założeniami, toż to jałowa metafizyka! - czyli rodzimy biznesmen, którego stać na cotygodniowe nabycie "Najwyższego Czasu!", i który szczerze wierzy, iż domagając się wszelkich przywilejów dla siebie i sobie podobnych, przyczynia się do rychłej szczęśliwości całej udręczonej ludzkości.

Jestem całkowicie przekonany, że guru tych panów śmieje się w kułak z ich przekonania, że jest do doktryna dobra dla większości ludzi, dla całego społeczeństwa, całego państwa. Skąd to wiem? Z wielu, wielu przesłanek. Także i takiej, że poglądy tego pana są dziwnie zbieżne z poglądami niejakiego Herberta Spencera, zwolennika ulepszenia ludzkości przez puszczenie wszystkiego na żywioł i zorganizowanie sobie autentycznej ludzkiej dżungli. Jak to się mówi: "śmierdzi to Spencerem na milę". Tyle że Spencer był na przykład lamarckistą, czyli niezłomnie wierzył w dziedziczenie cech nabytych, i było to bardzo istotną podstawą jego doktryny.

Lamarckizm swój dzielił Herbert Spencer z takimi koryfeuszami nauki, jak profesor Łysenko, czy samorodny geniusz Miczurin, który potrafił skrzyżować śliwę z jabłonią i odkrył zimny wychów cieląt. Nie mówiąc już o takich lamarckistach, jak Lew Trocki, który na tej przecież właśnie hiper-naukowej podstawie przepowiadał, że "ludzie wkrótce będą wyżsi, piekniejsi, obdarzeni bardziej melodyjnym głosem".

Co dało mu asumpt m.in. do agresji na Polskę. (Ciekawe nawiasem, jak by nas wtedy obroniła w pełni zawodowa armia postulowana przez liberałów, jako jedyne rozwiązanie problemu obronności.) Warto by może było spytać naszego guru, jak widzi ten drobny problem dziedziczenia cech nabytych, bo jeśli inaczej, niż Spencer, to jakie ma w takim razie naukowe podstawy ten jego socjal-darwinizm (jak się przeważnie określa doktrynę Spencera)?

No i takich i podobnych pytań kręci mi się po głowie tysiące od kiedy poruszyłem to gniazdo szerszeni, jakim jest AUTENTYCZNY liberalizm, a w każdym razie jego autentyczna teoria i dorobek intelektualny. Męczę się tak i męczę... Nawet we śnie liberalizm, we wszystkich możliwych tego słowa znaczeniach, tłucze mi się po głowie.

I nagle dzisiaj rano - EUREKA! Dosypiałem już ostatki snu, kiedy nagle jakiś głos, wyraźny, dobitny i dźwięczny, rzekł do mnie te oto słowa: "LIBERALIZMEM TO JEST O TYLE, ŻE SZYBCIEJ WYPADAJĄ WłOSY". (Mówię absolutnie szczerze, tak było! Choć pewnie nikt mi nie uwierzy, bo to poniekąd felieton. Ale tak było!)

Natychmiast zerwałem się z łóżka, bo po pierwsze ten dobitny głos wyrwał mnie ze snu, a po drugie chciałem szybko to sobie powtórzyć, by nie wypadło mi z pamięci, ani nie zostało zniekształcone. Strata by była niepowetowana, sami wiecie. Sny to dla starożytnych były przekazy od bogów, a oni nie byli wcale tacy głupi. Może w naszej epoce się zaczyna, a ja jestem jakimś pionierem? Może naprawdę ludzie stają się wyżsi, piekniejsi?

Potem zacząłem się do tej myśli ustosunkowywać i ją analizować. "Liberalizmem to jest o tyle, że szybciej wypadają włosy", tako rzekł mi ten Głos. Na pierwszy rzut oka (czy raczej ucha) brzmi głęboko i dość przekonująco. Co zaś najistotniejsze, dla mnie osobiście to nie byłby problem. Na głowie, by zachować nienaganną elegancję haraczownika, i tak przecież muszę co parę dni te kilkanaście niesfornych włosów usuwać. A te pozostałe...

Może tylko tych na klatce byłoby mi nieco żal, bom człek starej daty, a w moich czasach mawiało się jeszcze z przekonaniem "to facet z włosami na piersi". (Takie to były dziwne czasy, nie dzisiejsze wydepilowane męskie ciała, przejęte zresztą z subkultury kalifornijskich homoseksualistów i filmów porno, o czym mało kto chyba nawet wie. A gdbym miał zacząć opowiadać o ówczesnych dziewczynach... Nikt by mi nie uwierzył, ale długie zimowe wieczory tylko by śmigały!)

No dobra, dygresje dygresjami, o paniach minionego czasu może jeszcze będzie nam dane kiedyś porozmawiać... Co z liberalizmem? No to ja mówię, że tak rozumiany liberalizm - czyli rozumiany jako sposób na usuwanie zbędnego owłosienia - to ja mogę bez żadnych oporów zaakceptować! Może być, panowie liberałowie?