niedziela, października 16, 2011

Kobieta i Koń Który Mówi

Kobiety mają praktycznie taki sam mózg, jak faceci. W każdym razie pod względem samego "sprzętu". Dlaczego tak jest? Za odpowiedź powinna wystarczyć znana anegdotka o Napoleonie, burmistrzu i armatach. (Z drobnym komentarzem dla mniej domyślnych.)

Po prostu "nie było sensu" konstruować dwóch różnych mózgów dla tego samego w końcu gatunku - jako że kobiety i facety rozmnażają się (i ewoluują) jak najbardziej wspólnie, i  W TYM sensie to jest biologiczna jedność. "Zbyt wysokie koszty", w tym także koszty testowania i aktualizacji.

Dla kogo? A dla Mamy Natury oczywiście. Za którą, jeśli komuś zależy, może oczywiście stać Bóg. W końcu, jeśli nie jesteśmy jakimiś fundamentalistami z Pasa Biblijnego, to raczej wypada się zgodzić, że On tak właśnie to zwykł robić.

I nie ma w tym fakcie - że wrócimy do głównego wątku, czyli jednakowości męskich i żeńskich ludzkich mózgów - nic specjalnie smutnego, choćby dlatego, że one i tak mogą bardzo różnie funkcjonować, a to dzięki sprawom od mózgowego hardware'u subtelniejszym, jak np. hormony, nie mówiąc już o samym oprogramowaniu. (Oczywiście różnica średniej wielkości babskiego i męskiego mózgu to sprawa w praktyce bez znaczenia, poza tym, że kobietom jest go łatwiej chłodzić, dzięki czemu nawet te bystre nie muszą koniecznie w tym celu łysieć.)

Mózgi mogą być praktycznie takie same, a jednak ich działanie i, co najważniejsze, jego skutki, są znacząco inne. Poza oczywiście pewną istotną wspólną częścią, w rodzaju: "jak się pali, to uciekać... jak głodny/głodna, to jeść... gdzie by tu znaleźć kogoś, kto by mnie pokochał i w dodatku pomógł spłacać raty za brykę?"

Na poziomie przyczyn, tych bardziej namacalnych, jest to sprawa głównie wspomnianych już hormonów, zaś na poziomie bardziej ze sfery cybernetyki, sprawa priorytetów. Kobieta, ta inteligentna, z pewnością wymyśliłaby to samo, co inteligentny facet - gdyby tego naprawdę pragnęła. W sensie, że gdyby to stanowiło tak samo ważną dla niej, jak dla niego, sprawę, i gdyby... W sumie musiałaby żyć w całkiem tym samym mentalnym świecie, co on, to zaś w sumie wymagałoby, żeby po prostu żyła jak on. Czyli była nim!

Wtedy - zgoda! Nieco mniejszy mózg, przy proporcjonalnie mniejszym całym ciele, nie robiłby tu żadnej istotnej różnicy. Jednak wszystkie te macice, wertykalne uśmiechy, słodkie piersiątka... Te jędrne zadki, wyniosłe, schludne, wręcz stworzone na lubych harców przystań lubą... (Żem się tak rozmarzył Villonem, w przekładzie Boya, któren był świnią, ale przekład genialny.)

Wszystko to wpływa na życie swego nosiciela, w tym przypadku nosicielki. Taka macica na przykład b. radykalnie wpływa na środowisko hormonalne organizmu, o jajnikach (w przeciwieństwie do jajc, które oczywiście też) już nie wspominając.

Baba, kochane ludzie, to, na poziomie biologicznym, całkiem co innego niż facet! Także, jeśli się uzna, że "najważniejszy jest mózg". (Z czym akurat możemy się w tym naszym tu kontekście zgodzić, choć oczywiście nie da się obiektywnie stwierdzić, że np. kręgosłup albo... Co się będziemy! - vagina - są "mniej ważne". Swoją drogą piszę po łacinie, jak jakiś misjonarz wśród dzikich i rozpustnych plemion.)

Z różnic biologicznych wynikają oczywiście różnice społeczne - i odwrotnie, bo tu mamy, jak zresztą w wielu miejscach, piękny przykład sprzężenia zwrotnego. Oczywiście w tę drugą stronę to działa powolutku, ale Mama Natura (czy Ewolucja, choćby ta z Boskiego przyzwolenia, a raczej nakazu) ma czas.

Skoro sobie już (jak mam nadzieję) ustaliliśmy, że kobieta "by mogła" to samo wymyślić... Zresztą, czy przeciętny facet wymyśla jakieś genialne rzeczy, że spytam? Bez przesady! Daleki jestem od głoszenia, że każdy facio to z definicji gigant nawet w takich całkiem męskich sprawach, jak filozofia, rzucanie kamieniami, ciosy bokserskie... (Tych dwóch ostatnich rzeczy kobiety genetycznie nie potrafią, choć niektóre daje się tego nauczyć. Co zresztą akurat nam super pasuje do naszego wywodu.)

Mogłaby - wymyślić to samo znaczy - teoretycznie, ale normalna, zdrowa i niezmanipulowana kobieta po prostu nie chce. A gdyby w jakimś momencie zechciała, to i tak jej to raczej nie wyjdzie, bo ten moment trwa zbyt krótko, więc ona nie ma przygotowania... Itd.

Nic w tym takiego, co by kobietę, "jako taką", miało kompromitować, czynić gorszą. Czy nawet choćby głupszą! Kobiety SĄ przeważnie głupsze - ale w męskim świecie. Który ja akurat (inaczej niż wielki Robert Graves na przykład) uważam za normalny i właściwy. Jednak i w nim kobiety wcale nie muszą być głupie, ani nawet głupsze - po prostu nie musząc zajmować się sprawami nieswojej płci i nie próbując rywalizować z mężczyznami na ich poletkach.

To znaczy - istnieją oczywiście kobiety, które na nich rywalizują i całkiem dobrze im to w dodatku wychodzi. Moje Drogie Przyjaciółki naprawdę nie mają powodu czuć się przez ten mój tekst obrażane! Czy umniejszane. Niektóre kobiety potrafią, a część z nich czyni to nawet z kobiecym wdziękiem, potrafi wnieść w te sprawy kobiecą perspektywę, wyciągnąć wnioski z unikalnie kobiecych doświadczeń. I różne inne tego typu piękne sprawy.

I to jest cenne! Bez żadnych kpin czy przekąsów to stwierdzam. Co nie zmienia faktu (nawet patologicznych przypadków w rodzaju różnych Śród nie licząc), że spora część tego, co kobiety robią na męskich poletkach, mogłaby być albo wcale nie robiona, albo też robiona przez facetów - mniejszym wysiłkiem, naturalniej, z większą zapewne przyjemnością (chyba, że mówimy o przyjemnościach, jakie daje chwilowa ulga w dotkliwej zawiści o penis), a przeważnie i lepiej.

Co więcej, dziwna sprawa, te kobiety, które na tych, w sumie męskich, poletkach radzą sobie tak, że żaden znawca nie byłby skłonny ich stamtąd wyrzucać i zastępować facetami, jakoś często odległe są od feminizmu i owe różnice pomiędzy płciami właśnie podkreślają. Więcej powiem! Część z nich nawet głośno mówi o tym, że kobiety są "głupsze", "mniej twórcze" i tak dalej! W czym może nawet nieco przesadzają.

A w każdym razie nie zawsze wystarczająco wyraźnie szkicują kontekst i nie mówią, że np. istnieją kobiece domeny, gdzie żaden facet nie ma szansy, i to jest o wiele bardziej wyraźna sprawa, niż w przypadku kobiet na męskich poletkach. Zresztą sądzę, że one to przeważnie wszystko wiedzą, tylko te ich teksty są często prowokacyjne, a zresztą w sumie piszą o tych wszystkich cudach ginekologii i macierzyństwa, tylko to jakoś czytelnikom łatwo umyka. (Konkretnie myślę tutaj głównie o tym, co pisze niezrównana panna Magdalena Żuraw, ostatnio także na szalomie. Potem poszukam linka, na razie jestem w boskim szale i piszę.)

Dla mnie kobieta popisująca się (bez jakichś szczególnie negatywnych konotacji!) na typowo męskim poletku, a za takie uważam w sumie niemal wszelkie życie intelektualne czy polityczne (dlatego też np. obecne "prawa" o parytetach na listach widzę jako wyjątkowo obrzydliwe) jest niczym Koń Który Mówi. Jak się ma takiego konia, albo jak się go spotka, człek może się zachwycić - że paczpan koń, a poza tym potrafi jeszcze gadać!

Albo też może to traktować jako, zabawny poniekąd, ale jednak wybryk natury. W końcu od gadania to mamy masę innych istot, konkretnie ludzi, z których faktycznie część mogłaby mówienie zostawić koniom, ale jednak niektórzy mówią z sensem, o jakim koń zapewne nawet nie marzy.

Koń ma masę innych zalet. Koń to chodzenie na czubkach paluszków - bo czymże są jego pęciny i kopyta? Koń to nogi pompujące krew i wspomagające jego, stosunkowo niewielkie, serce. Koń to przepiękny, wspaniale umięśniony zad (w czym przypomina... mniejsza z tym). Koń to wrażliwe usteczka z przerwą między zębami dokładnie taką, jak nam potrzeba (w czym przypomina...). Koń to grzbiet jakby stworzony do siodła, a i na oklep się da, choć raczej nie kłusem (w czym...).

Czy więc gadanie tak wspaniałego stworzenia dodaje mu jakieś naprawdę cenne atrybuty? Nie mam tu pod ręką konia, niestety, ale czy moja obecna kotka, albo którykolwiek z moich, i znajomych, dawnych i nieobecnych kotów, byłby fajniejszy, bardziej godzien szacunku, gdyby gadała/gadał? (Nie da się jednak dziś całkiem uciec od tego urzędniczego żargonu. Smutne!) W każdym razie gdyby gadała/gadała poniżej poziomu kogoś, kogo warto słuchać, nawet jeśli nie jest kotem?

Chyba żeby potrafił ten kot (koniec już tych wygłupów z rodzajami!) nam pokazać świat ze swojej kociej perspektywy. Bez udawania człowieka, bez zgrywy, szczerze do bólu, ale z kocim wdziękiem. Wtedy tak - niech gada! (Ale też nie przez cały czas, bo ja chcę jednak prawdziwego kota, a takie nie gadają.)

Mam wątpliwości, choć to oczywiście nie da się "naukowo" rozstrzygnąć. Co mi zresztą nie przeszkadza, bo Dilthey ze Spenglerem sprawę "naukowości nieścisłej" definitywnie raz na zawsze wyjaśnili. (Tylko wy ludzie o tym wciąż jeszcze nie wiecie.)

Kobieta - ta normalna, zdrowa, nie ogłupiona przez lewiznę i nie przymuszona przez paskudne okoliczności do zostania traktaristką Frosią, czy inną leberalną "superwoman" - to nie facet! Facet - przynajmniej ten zdrowy - nie leming oglądający "Taniec z Gwiazdami" i depilujący sobie różne rzeczy - to nie kobieta! Czy jest w tym coś smutnego? Ja nie dostrzegam!

Arabowie podobno modlą się jakoś tak, że: "Dzieki Ci o Panie, że nie stworzyłeś mnie osłem, wielbłądem, ani kobietą". Mi się ta modlitwa, przyznam, okrutnie podoba. Sam bym się modlił podobnie, gdybym się oczywiście modlił. Z drugiej strony - i TU jest właśnie hund begraben! - zdrowa i prawdziwa kobieta nie tylko ma prawo, ale i poniekąd obowiązek, modlić się jakoś w stylu: "Dzięki Ci o Panie, że mnie stworzyłeś kobietą!"

Właśnie tak! Nie całkiem symetrycznie, bo pozytywnie, podczas gdy tam było negatywnie. Ale tak właśnie i w dodatku wydaje mi się to jeszcze o wiele ważniejsze. Nie chciałbym tutaj zbaczać się na śliski grunt amatorskiej ginekologii, czy "psychologii podlotka" (taką naukę stworzyłem sobie w początkach liceum, dawno temu)... Psychologii kobiet raczej - mniej dźwięczne, ale też mniej potencjalnie mylące...

Ale dla mnie prawdziwa kobieta - a tylko takie mnie naprawdę kręcą, gdyby to kogoś przypadkiem interesowało, bo wybredny jestem w tych sprawach nie do uwierzenia! - to taka, która co najmniej raz dziennie dziękuje Bozi (przez co możemy rozumieć Boga, albo Matkę Boską, albo nawet jakąś tam Wenus czy Izydę, bo nie chodzi nam tu w tej chwili o propagowanie jedynie słusznych religii) za to, że jest właśnie kobietą.

Ze wszystkim, co się z tym łączy. A więc drugorzędne i trzeciorzędne cechy płciowe - wszystkie te (ach!) rozkoszne okrągłości, fałdki, nie zapominając oczywiście o cycuszku (jędrnym, żeby znowu pojechać Villonem, albo i nie jędrnym, takie też są słodkie)...

I ta babska psychika, o której sobie rozmawialiśmy. Ale nie tylko to - także te unikalnie żeńskie sprawy, których żaden facet nie zrozumie, choćby pękł... Przed którymi każdy w miarę normalny facet, gdyby ich posmakował, uciekłby z płaczem i potem by się ze wstydu cały czas starał zapaść pod ziemię... A panie poddają się temu z wdziękiem. Oczki skromnie spuszczone, buzia w ciup, rączki w małdrzyk, nóżki... Bez stawiania kropek nad i mi tu proszę!

Wszystkie te menstruacje, defloracje, wizyty u ginekologa, wydawanie na świat (i nie mówię o pieniądzach), karmienie piersią... W sumie, jak być może najlepszym i najszybszym testem na lewactwo/prawicowość jest pytanie "czy zgadzasz się z tezą, że chłopa od baby różni tylko jedna, mała i mało ważna, rzecz?" - tak samo testem na prawdziwą kobiecość mogłoby być pytanie: "Czy jesteś dumna i w sumie szczęśliwa z powodu swoich menstruacji?" Sorry jeśli kogoś zaszokowałem, czy zszedłem, jego (jej) zdaniem z wyżyn, by nurzać się w... W czym tam się nurzam.

Freud się gorzej nurzał i go szanowali, choć trochę bez sensu. I to nawet naziści. (Nie żeby coś.) Ja tu sześć lat już piszę, więc może po tak długim czasie jeden tego typu tekst to nie jest zbyt wiele. W końcu kobietom - a właściwie KOBIECIE, bo ona jest tak naprawdę JEDNA, tylko w różnych wcieleniach! - też się chyba coś na tym blogu należy. I, nawet jak im się to nie podobało, to jednak ja to głównie dla nich napisałem i postaram się naprawdę lojalnie potraktować wszelką krytykę, tym bardziej jeśli ona będzie z ich strony.

Fajnie by było, gdyby tu się teraz zleciała cała lewizna, ale chyba nie ma na to nadziei. Fajnie by było, bo to chyba w sumie ostrzejsze od tekstów panny Żuraw, które lewiznę do szału doprowadzały, a ja w dodatku nie jestem nawet kobieta. Ale by mi się dostało, gdyby się dowiedzieli!

Co zaś do ludzi zdrowych i normalnych, to donoszę, że jeśli jakimś cudem udało mi się sprowokować dyskusję i będzie zainteresowanie, to mam jeszcze w głowie (i sercu, na tym poprzestając) dalszy ciąg tego tekstu, rozwijający ów temat. W dość, jak sądzę, interesujący sposób. Ale musi być zainteresowanie, bo inaczej czekajcie sobie następne sześć lat. Kiedy to i tak już nie będzie prawicowych blogów i innych tego typu niepoprawnych spraw, więc się nie doczekacie. A więc?

triarius

piątek, października 14, 2011

Zło dobrem

Motto, a nawet dwa (oba N.G. Dávila):

Zło triumfuje jedynie tam, gdzie dobro stało się mdłe.

Ustępstwa wobec przeciwnika napełniają idiotę podziwem.

Jeśli ktoś się ze mną nie zgodzi, że "Zło dobrem zwyciężaj", to jest jedna z najidiotyczniejszych, najbardziej samobójczych zasad, jakie możemy sobie na tym łez padole do tej ziemskiej rzeczywistości aplikować - to, sorry, ale niech dalej nie czyta! I w ogóle rozstańmy się z szacunkiem, ale rozstańmy, bo się po prostu nie dogadamy.

Jak to przeważnie robię, podkreślam, że nie chodzi mi o zbawienie duszy, nie chodzi mi też o osobiste zmagania ze Złym (Szatanem, Belzebubem, Behemotem, czy jak go tam nazwiemy. Swoją drogą ta ilość jego imion jest zabawna, bo Szwedzi mają takie fajne przysłowie, że kära barn har många namn, co się na nasze tłumaczy: "kochane dzieci mają wiele imion". Co się przecież tak ładnie sprawdza np. w przypadku Pana Tygrysa czy Młodego Spengleryzmu.)

Być może Zły rzeczywiście reaguje na dobro tak, jak Mały Głód z reklamy na batonika - co by nawet było bardzo logiczne - ale ziemskie (z przeproszeniem kurw) kurestwo, totalitarna lewizna i psychopatyczna degeneracja na pewno nie. Czyli, jeśli się komuś te rzeczy nie podobają, to albo trzeba sobie znaleźć fajne hobby i o nich zapomnieć, albo też należy się zabrać za ich zwalczanie nieco innymi metodami.

(Oczywiście na jakiś czas rozwiązuje także część tych problemów emigracja, tyle że raczej nie ta, którą nasi rodacy obecnie masowo uprawiają. Zresztą, nie oszukujmy się, oni, te komusze mendy znaczy, wtedy łapki z radości zacierają. Dopóki, w każdym razie, to jest robione tak, jak obecnie.)

Weźmy te ostatnie wybory. Same w sobie to nie jest w sumie temat, który mógłby sensownie zaprzątać takie umysły, jak my tutaj, ale - skoro życie wszy może, odpowiednio opisane, być ciekawsze od życia Aleksandra Wielkiego (co rzekł był chyba Flaubert) - to i tu, jak w kropli wody, przecinają się najprzeróżniejsze linie sił i, jak się na to inteligentnie spojrzy, to wiąże się to ze wszystkim, także ze sprawami, które z pewnością nas tutaj zajmować powinny.

Jedni, i tych jest znaczna większość, widzą w wyniku tych wyborów powód do płaczu. W wyniku samym w sobie. Inni, bardzo jak podejrzewam nieliczni, widzą w tym symptom. Symbol nieuchronnych przemian, symbol nieuchronnego niestety upadku świata jaki znamy i w sumie kochamy. Symbol miażdżącego, przynajmniej na jakiś czas, zwycięstwa czegoś tak paskudnego, że aż się myśleć o tym nie chce...

Choć jednak, jeśli się chce uprawiać prawicowego bloga, trzeba. (Swoją drogą przyszedł mi przed chwilą, w rozmowie z Mustrumem, taki oto bonmot: "Prawicowy bloger - czy może być większy oksymoron?")

Ludzie się dziwią, że platfusy i cała ta @#$%^ targowica (z przeproszeniem Targowicy) są wciąż tacy popularni. ("Wśród Polaków", jak to się w przezabawny sposób określa.) Czemu się dziwią? A dlatego, że nie czytają Ardreya. Ani choćby blogaska Pana Tygrysa. Konkretnie myślę teraz o tym, com pisał zaraz po nieszczęsnych wyborach 2007. Chodzi mi o "instynkt linczu".

Który, jak zresztą prześlicznie przewidziałem, daje rodzimym lemingom (o zagranicznych i zupełnym skurwielstwie już nie wspominając), tak cenną w tych nudnych i beznadziejnych czasach, zdrową rozrywkę, poczucie przynależności do grupy, możliwość dania folgi odwiecznym instynktom drapieżcy. Bo nawet i leming gdzieś w głębi jest właśnie drapieżcą! Rzadko ma okazję sobie nim pobyć, ale właśnie niektórzy dbają o to, by czasem mógł, byle w słusznym kierunku.

(Swoją drogą, to, że człek to drapieżca, łączy, tak zdawałoby się, odległych i potencjalnie, z pozoru w każdym razie, wrogich sobie, myślicieli, jak Spengler i Ardrey. I to jest jeden z istotnych powodów, dla których, łącząc dorobek tych panów, inspirując się nim i żywiąc, Tygrysizm wcale nie staje się automatycznie taką pokraczną hybrydą, jak np. znany nam wszystkim Korwinizm.)

Co myślę o skutkach tych ostatnich (bo teraz znowu o ostatnich) wyborów, o wnioskach z nich i właściwych, oraz niewłaściwych reakcjach, napisałem w poprzednim wpisie. Teraz chciałbym do tego podejść od strony nieco bardziej "ardreyicznej", czyli socjobiologicznej.

Choć oczywiście my te sprawy traktujemy sobie nieco luźno i użytkowo, nie roszczę sobie pretensji do tytułu uczonego, a mądre argumenta różnych światłych Dawkinsów czy Kirkerów całkiem nas nie ruszają. Ja np. widzę, jak ten świat wygląda, widzę jak się zmienia, żyłem nieco wśród ludzi, i to też takich, wśród których Dawkinsy tego świata długo by pewnie nie pożyły... I np. to, co mówi na te tematy Ardrey wydaje mi się o wiele mądrzejsze, niż czyjeś rozszczepianie włosów. A że, mimo wszystko, mam i ścisłe wykształcenie i wiem, co to np. statystyka, więc samą swadą, tytułem naukowym i elokwencją nikt mnie z nóg nie zwali.

Świat jest tak urządzony, że b. często, aby się rozwijać ("o mój rozmarynie rozwijaj się!") musimy dostać w dupę. Od życia, od ludzi, albo nawet od lemingów i gorzej. Przykre, choć może nie dla wszystkich, bo np. dla teologów to by mogło być fajne rozwiązanie odwiecznego i trudnego jak diabli problemu teodycei (Wyrus, jesteś tam? Wiem że mnie nie czytasz, ale to jednak chyba coś dla Ciebie.) Zakładając oczywiście, że jeszcze w ogóle istnieją jacyś teolodzy (poza Wyrusem) o których warto wspomnieć. I że coś sobie z sensem kombinują.

Problem w tym, że łzy, jak mówią mędrcy, mają coś tam wspólnego z endomorfinami i poprawiają humorek. Co by nam częściowo tłumaczyło dlaczego są w ogóle jakieś omegi, gammy i delty, a nie tylko same alfy. W sumie, nie oszukujmy się, ale sobie całkiem walkę o pozycję w stadzie odpuścić, to też spora przyjemność. Tylko że dla jednych na b. krótko, podczas gdy dla drugich niemal na stałe.

A kiedy ci drudzy nie nurzają się w rozkoszach bycia omegą, to albo zapijają mordę, albo oglądają "Taniec z Gwiazdami", albo coś... Czyli np. głosują na Platformę. I wyśmiewają PiSiorów, brzydkie panny, które chciałyby być ważne. Oraz smoleńskich oszołomów podskakujących Putinowi.

Jest i inny sposób na bycie fajną szczęśliwą omegą - który mnie jakoś zawsze się kojarzy ze styropianem i Sentymentalną Panną "S" - a jest nim bycie cnotliwym jak cholera, takim co to muszki nie skrzywdzi, choćby jego mamusi mieli wydłubać oczki, tatusiowi obciąć to i owo tępym nożem, jemu samemu zaś wsadzić wielkiego... w ... Chyba wiemy, o co w sumie chodzi.

Pisał o tej sprawie, lewicowy skądinąd, ale niegłupi Rollo May. Coś tam jego jest po polsku, wydane jeszcze w mrocznych czasach PRL'u, ale pewnie tej książki o "Niewinności" (Innocence w lengłydżu) nie ma. W każdym razie gość tam potwornie krytykuje tego typu postawę, że niech się dzieje co chce, niech wrogowie wyprawiają co im się podoba - ja sobie rączek nie ubrudzę, bo dopóki jestem słodkim chłopczykiem, to, choćby mnie paliła pupa i bolała od przymusowego obciągania drutów szczęka, to jednak jestem niewinny, i to się liczy!

Gdybym nie był niewinny, to w takich sytuacjach byłbym WINNY, w jakiś tam pokrętny sposób, temu, co mnie spotyka (i wydłubanym oczkom mamusi). Jest w tym, nie da się ukryć, niezaprzeczalna logika - jeśli nie-niewinny, to winny, jakby inaczej? Ci wszyscy, co walczą, rzucają się, nienawidzą (choć o nienawiści to ja, triarius znaczy, miałbym sporo do powiedzenia innym razem), stosują agresję - kiedy im się nie uda i cierpią - SAMI SĄ PRZECIEŻ SOBIE WINNI, czyż nie?

Kiedy indziej też zresztą są winni, choć - część przynajmniej tych naszych niewinnych słodyszków skrycie w swych duszyczkach przyznaje, że owoc zwycięstwa może być słodki. Co trochę jednak komplikuje całą ową przecudną arytmetykę. A nawet - choć to tylko najśmielsze słodyszki w całkiem wyjątkowych chwilach potrafią przyznać - sam brak palenia w odbycie, w wyniku NIE BYCIA RŻNIĘTYM weń, także ma niejaki wdzięk.

Co zgrabnie wiedzie nas do hasełka, którym śmy sobie ten wpis otwarli - tego o zwyciężaniu zła dobrem. Do którego zdaje się przyznawać niemal cała nasza tzw. "prawica", jawnie gwałcąc dewizę Pana Tygrysa, że: "Prawicowość to po prostu 'raczej dać w dupę, niż wziąć. Wszystko ponadto to w sumie  fioritury.'" Z czego by wynikało, że istnieją (przynajmniej "u nas", czyli teraz już właściwie u Palikota z Putinem i Merkelą) co najmniej dwie prawice. (Nie licząc kreującej się na prawicę rynkowej lewizny. Totalitarnej pod hiper-wolnościowymi sztandarami. Leming wszystko łyknie!)

Szczerze mówiąc, nie doszedłem nawet do tych wszystkich ważnych, np. ardreyicznych, aspektów tych ostatnich wyborów, o których miałem zamiar, ale wyszło nam to i tak długie, a w dodatku przed chwilą sobie ładnie zawróciliśmy do początku, co jest fajnym formalnym chwytem i musi nas cieszyć. A więc, Deo volente, ważne i ardreyiczne aspekty weźmiemy sobie na warsztat w przyszłości, a na razie do przemyślenia mamy to co jest.

triarius

P.S. Znalazłem "Social Contract" Ardreya w postaci .pdf. Do bezpośredniego ściągnięcia, albo czytania online. To moja ulubiona jego książka (co nie oznacza, żebyście innych mieli nie czytać!).

http://www.resist.com/The_Social_Contract.pdf

Ściągać, czytać i propagować! To nie jest tak trudna lektura, i tak "pod włos" utartych mądrości, jak np. Spengler. To można dawać nawet inteligentnej młodzieży, nie mówiąc już o dorosłych. Swoją drogą, Ardrey był także np. scenarzystą "Ben Hura" i "Trzech Muszkieterów", więc to się naprawdę nieźle czyta.

Przy okazji rzućcie sobie okiem na samą tę stronkę, a szczególnie na jej szczyt. (Choć z naciskiem stwierdzam, że sam jestem tak daleki, jak tylko to możliwe, od wszelkich rasowych ideologii. Moim zdaniem to całkiem nie o kolory skóry chodzi. W dodatku, w niektórych przypadkach powinniśmy raczej zacząć podziwiać tych "kolorowych", którzy jeszcze wsadzają kije w szprychy.)

środa, października 12, 2011

A może jednak po mojemu?

W ramach komentowania wysoce aktualnych wydarzeń, powiedzmy sobie to: PiS uchronił się przed totalną klęską w ciągu najdalej najbliższego roku, a jednocześnie okazało się, że W TYM KRAJU i w tych czasach nie uda mu się już nic osiągnąć. Nic, w każdym razie, takiego, czym by się można sensownie podniecać. I nie widzę tego jako jakiejś specjalnej winy PiS'u - po prostu to NIE JEST "demokratyczne państwo prawa" w mniej lub bardziej spapranej wersji - w związku z czym wszelkie próby jego "naprawiania" są z definicji skazane na żałosną porażkę.

A w dodatku to rzekome "państwo polskie" ani nie jest naprawdę państwem, ani naprawdę polskim, i nie chodzi mi tu o wydawanie z siebie duszoszczipatielnych haseł, tylko o to, że państwo to jednak "suwerenność na pewnym określonym terenie" (czy jakoś podobnie), a tu o suwerenności trudno z przekonaniem mówić, skoro nawet OFICJALNIE rządzi Unia.

No a skoro trzeba by się naprawdę niesamowicie nagimnastykować, by móc stwierdzić, że interesy jakim ten twór służy, to "interesy polskie" (czego dobitnym, przepięknym w swej absurdalności i surrealistycznym w swej ohydzie przykładem była afera z Frau Merkel parę dni temu), trudno bez ironii nazwać go "polskim".

Co zresztą nie dotyczy wyłącznie tego nieszczęsnego kraju, bo zanikanie państw narodowych - poza nielicznymi silnymi, agresywnymi i w taki czy inny sposób przez naturę obdarowanymi - jest aktualnym długofalowym historycznym trendem, i trudno sobie wyobrazić, by akurat kraj tak sponiewierany, tak skurwiony, tak wykrwawiony (także w sensie emigracji), a którego ludek kieruje się niemal zawsze najbardziej z możliwych durnymi i samobójczymi motywami, miał temu trendowi stawić czoło.

Nie oznacza to, byśmy mieli całkiem odpuścić i całkiem się odwrócić od PiS'u - możemy się nawet z przekonaniem i sporą dozą słuszności pocieszać, że P*kot i jego trzódka występują w sejmie III RP, który z jakimkolwiek "polskim sejmem" ma niewiele wspólnego. (Chyba, że w sensie idiomatycznym, występującym w wielu zachodnich językach, ale to akurat nie nasz problem, skoro to nie nasz sejm.)

Nie - odwracać się nie ma sensu i kto ma do tego typu działalności przekonanie, niech to dalej robi. Jednak powiedzmy sobie otwarcie, że to działania czysto osłonowe i straż tylna. Chleba z tego tak czy tak nie będzie, co najwyżej - jeśli się nic istotnie nie zmieni na istotniejszych frontach - możemy nieco odwlec obowiązek nadstawiania tyłka Biedroniom tego świata i oddania naszych dzieci tego świata Cohn-Benditom wraz z Polańskimi (przy gromkich apładismientach autorytetów moralnych w typie Sadurskiego).

Szybko możemy sobie także wpisać między bajki gadki o cudownych rzekomo skutkach, jakie będzie miało wynikające z rychłej ekonomicznej katastrofy "wkurwienie". Nie chce mi się nawet z tym jakoś polemizować. (No, może kiedyś, na specjalną prośbę.) Na razie mówię krótko - NIC Z TEGO NIE BĘDZIE! A w każdym razie NIC POZYTYWNEGO. Dla nas.

Przechodząc na wyższy poziom globalności, powiedzmy sobie także (wiem, że to smutne i może być trudne do uwierzenia), iż chrześcijaństwo jest (niemal z pewnością, że się tak zabezpieczę przed zarzutem dogmatyzmu z determinizmem) SKOŃCZONE jako realna, ziemska, odgrywająca rolę w historii siła. Nic nie mówię o zbawieniu duszy, i w ogóle katolicyzm (tyle, że nie ten posoborowy) jest mi bardzo bliski, ale WYZWANIE TAK, jak najbardziej, natomiast jako siła, broń i co tam jeszcze - niestety już nie.

Smutne to, zgoda, ale to niestety jeszcze nie koniec przykrych wiadomości. Tak samo jak z "naprawianiem Polski", tak samo jak z chrześcijaństwem, jest też (moim skromnym zdaniem, bo Duchem Świętym oczywiście nie jestem) z ew. budowaniem wokół siebie zdrowej tkanki społecznej, w postaci tajnych kompletów; ludzi, którzy nam ufają i dla których będziemy autorytetami; z osiągnięciem czegokolwiek istotnego za pomocą działalności biznesowej... To znaczy - wszystko to należy robić i, jeśli w ogóle mamy jakąś szansę, prędzej czy później zrobione być MUSI. Ale to nie tak od razu, nie tak hop siup.

Działalność biznesowa może dzisiaj podnieść poziom konsumpcji rodziny, ale też to praktycznie wszystko co może. Chwilowo, z tego co wiem, może nawet ten poziom podnieść całkiem znacznie, choć koszty, w postaci imponderabiliów, są także znaczne. Z czasem, jeśli wiem coś o świecie, będzie z tym gorzej i gorzej. Nie mówiąc już o tym, że wykorzystanie tych konsumpcyjnych możliwości w... Nie bójmy się tego słowa - POLITYCE - to b. mglista i niepewna sprawa.

Nikt nie jest, a w każdym razie nikt nie może być - w tej chwili - tak łatwo na każdym kroku kontrolowany, jak drobny i "nie swój" (w sensie nie ICH) biznesmen. Mało kogo można tak łatwo zniszczyć. Taki ktoś ani nie może zastrajkować, ani nie ma z kim się umówić na wrzucanie sabotów do maszyn, tym bardziej, że te maszyny są jego własne. (A przynajmniej taka jest oficjalna wersja, w którą on skwapliwie wierzy, bo inaczej straciłby przecież poczucie sensu swojej biznesowej działalności.)

Marcus Crassus słusznie kiedyś stwierdził, że "bogactwo to możliwość wystawienia prywatnej armii", no więc w tych czasach - kiedy "nie swój" nie może w praktyce nawet prawdziwej gazety założyć - o jakimkolwiek wartym cokolwiek bogactwie trudno w ogóle mówić. A że o tym właśnie mówimy, więc właśnie przestajemy, bo to nie ma sensu.

Tyrajcie sobie ludzie, konsumujcie, ale bez dorabiania sobie do tego ideologii, że to "walka" i tak dalej! Jesteście dojnymi krowami miłościwie nam panujących lewackich totalitarystów, i cały ten "wolnorynkowy bełkot" to woda na ich młyn, wynik agenturalnych zleceń i/lub najczystszej wody głupoty!

Długo mógłbym jeszcze. W końcu krytyka to przeważnie najłatwiejsza część każdej tego typu sprawy. (Czego nas uczy choćby Marks, żeby już nie wspominać o Adolfie H., którego nikt nie zna, ale ja go akurat czytałem jako obowiązkową uniwersytecką lekturę.) Jednak starczy nam już na dziś tej "czystej" krytyki i przejdźmy do pozytywów.

No więc, mówiąc o pozytywnym programie, chciałbym rzec co następuje... A może jednak Pan Tygrys miał rację? A może naprawdę należało - i nadal należy, bo wprawdzie jest już bardzo późno, ale może jeszcze można - zacząć od przeczytania, ze zrozumieniem, Roberta Ardreya? (Kto jest w stanie go przeczytać po angielsku, oczywiście, bo kto nie jest, a się poczuwa, powinien się zgłosić po jakieś inne zadanie.)

Jednocześnie, w ramach robienia czegoś RAZEM i w realu... Bo w końcu czytanie książki to żadna działalność, żadne wielkie osiągnięcie... A przynajmniej tak by się wydawało, zanim się lepiej pozna polską prawicę i jej, nie znającą przeszkód ni złych dróg, niezmożoną aktywność... Więc w ramach tego realu i wspólnych działań, należałoby zaraz potem zakręcić się koło wydania tego Ardreya po polsku. Dla tych, co nie potrafią w oryginale, czy jakimś innym egzotycznym języku, nie potrafią potrafić... Oraz dla tych, do których jeszcze w ogóle jest szansa dotrzeć.

Plus dbanie o swój własny umysł, oraz to, co rozsiewamy wokół - gębą, klawiaturą, długopisem. Czyli wyplenienie ze swego słownika określeń w rodzaju (tfu!) "koktail Mołotowa". (Jeśli ktoś nie rozumie dlaczego, widać czyta to służbowo i na drzewo!). Oraz nazywania Jaruzelskiej matrioszki "generałem", chłopców z ABWehry i podobnych instytucji  po prostu "służbami" (jakby to były polskie i nasze służby!). I całej masy rzeczy podobnego rodzaju, które polska "prawica" z upodobaniem robi, sama sobie plując przy tym radośnie w gębę.

Plus kontakty w realu. Rozmowy, szkolenia, gra na łyżkach, trening (np. bicia brzydkich ludzi), zapoznawanie się (dorośli, dzieci, kobiety itd.). Plus POLONIA, bo bez stworzenia FRAKTALNEJ POLSKI nic nie osiągniemy. Zdaję sobie sprawę z wagi terytorium - w końcu mój ukochany Ardrey poświęcił temu całą książkę - ale nie my ustalamy reguły gry, przynajmniej na razie, a ta nieszczęsna ziemia została już dokumentnie SKAŻONA palikotyzmem w najszerszym rozumieniu, i to jest w tej chwili nie do odrobienia!

Jeśli nie wykorzystamy przeciw nim tej ich własnej ZBRODNI, jaką jest wywalenie milionów Polaków na emigrację, to naprawdę wątpię, byśmy im mogli, choćby w najdalszej perspektywie, więcej niż skoczyć. (Na warsztat.)

Z czasem trzeba by także zacząć działać międzynarodowo - odwracając niejako tę kurewską (z przeproszeniem kurw) globalizację, którą nam zafundowali, przeciw nim. Bo sama Polska, zakładając że jeszcze w ogóle istnieje, że ten gówniany folwark Bulbulów, Palikotów i innej agentury to jeszcze w ogóle jest "Polska" - nic już dzisiaj nie znaczy i nic sama nie zdoła.

Gdybyśmy się wzięli za to kurestwo, to byśmy tu w dobę mieli bratnią pomoc - o sankcjach, napuszczaniu międzynarodowych lemingów, opluwaniu w mediach, skrytobójstwach, Putinach i innych takich nie wspominając. Ten syf albo padnie globalnie, albo w ogóle nie padnie, a wtedy padniemy my. Do końca znaczy. Takie to jest proste!

I to by było na tyle. Jeśli komuś podeptałem jego starannie wyhodowane odciski - cóż, przykro mi. Serio! Ew. zarzuty, żem stary i spierniczały, spłyną po mnie jak woda po kaczce. Tak samo jak próby walenia we mnie autorytetami w rodzaju prof. Gadacza. Naprawdę nie sprawia mi przyjemności pisanie tak gorzkich, tak pesymistycznych w sumie rzeczy. Ani nawet mówienie, że to ja jednak miałem rację przez te wszystkie lata. Wiem, jestem monotematycznym czcicielem szkopa nie zasługującego nawet na splunięcie, co rzuciło mi się na mózg, który stał się skrajnie deterministyczny...

A przecież nic nie można przewidzieć, w każdej chwili może się wydarzyć cud! Bo przecież "Solidarność"... A, sorry, to był Bolek z Kiszczakiem... Bo przecież JP2. A w każdym razie jakieś JP... Więc sursum corda! - wkrótce się zawali, a wtedy wkurwieni wyjdą na ulice... Też bym chciał, serio! Ale proponuję zakład, że tak się nie stanie, niestety. Chciałbym przegrać, ale mało to mi się wydaje możliwe.

Więc może jednak PO MOJEMU? Może jednak zacząć by od Ardreya?

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

wtorek, października 04, 2011

Kiedy pęknie ostatnia bańka spekulacyjna kapitalizmu?

Wbrew temu, co głoszą niemal wszyscy szemrani mędrcy i co się nam od niepamiętnych czasów wmawia, z "kapitalizmem" nie wszystko jest całkiem tak znowu cudnie. Oczywiście, przyrost bogactwa w krajach "rozwiniętego kapitalizmu", mierzony kursami giełdowymi, jak wynika z oglądu sięgających wiele lat wstecz wykresów, jest około dwukrotnie większy, niż gdzie indziej.

To jednak nie jest całkiem tak proste do interpretacji, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Z jednej strony - fakt, nawet te mniej rozwinięte części świata, te gdzie "kapitalizm" (dotychczas?) nie rozkwitł, także są pod jego wpływem. Ten wpływ zapewne ma swoją składową pozytywną, czyli że "kapitalizm" gdzie indziej dodatnio dodatnio wpływa na rozwój gospodarczy tych mniej "skapitalizowanych" regionów...

Ale, kiedy się nad tym chwile pomyśli, zdaje się także mieć znaczącą składową negatywną. Czyli - jak bardzo by to różnym rynkowym liberałom nie zalatywało marksizmem - jednak wyzysk, jednak spychanie całych krajów i całych regionów do roli jedynie dostawcy surowców, taniej siły roboczej, plus roli rynku zbytu. Przykładów na to jest multum, także z rodzimego podwórka i z ostatnich lat. (Np. zamordowanie polskich stoczni, przy podtrzymywaniu przez państwo stoczni w silniejszych krajach.) Tak że tutaj trudno coś ocenić i ta ocena będzie z pewnością zależna głównie od temperamentu i ideologicznych przekonań.

Co do kursów giełdowych, które, z tego co wiem, stanowią najwygodniejszy i chyba najczęściej stosowany miernik długoterminowego rozwoju tych państw, w których giełdy działają, to tam też jest nieco ciekawych aspektów. Na przykład zawsze mnie śmieszy fakt, że w tego typu wykresach, jak i w wynikających z tego wnioskach, nigdy niemal nie uwzględnia się inflacji.

W tzw. "analizie technicznej" (czyli przewidywaniu przyszłego ruchu kursów giełdowych na podstawie danych z przeszłości) tego się z reguły nie robi, ponieważ teoria głosi, że to całkiem niepotrzebne komplikowanie sprawy. I w porządku! My jednak nie mówimy o analizie technicznej, tylko o tym, czy ktoś, kto np. kupił sobie akcje IBM ćwierć wieku temu, albo powiedzmy komplet akcji z WIG20, i potem sobie je sobie po prostu trzyma, rzeczywiście zarobi przez ten czas tyle, żeby było o czym pisać do domu z kolonii. No i okazuje się, że często nie byłoby o czym pisać, a po uwzględnieniu inflacji, to już zupełnie.

W ogóle - choć ja tym razem nie o tym, bo temat jest ogromny, a cierpliwość bloga i moja własna ograniczone - dałoby się z sensem argumentować, że bez podbijania nowych rynków (w sensie choćby czysto ekonomicznym, choć to w praktyce wcale nie jest w takim podbijaniu wszystko)... Bez narzucania słabym, czyli przeważnie nowym adeptom kapitalistycznej und rynkowej gospodarki, własnych reguł gry, które dla nich są o wiele kosztowniejsze i w praktyce zmuszają ich do finansowania bogatych...

Bez pauperyzowania mas nawet i własnych społeczeństw (co do społecznej świadomości przedostaje się stosunkowo słabo, a to skutkiem takiej a nie innej sytuacji w mediach i gdzie tam jeszcze)... Bez wojen, które likwidują stare, pozwalają "zaczynać od nowa" i ogromnie sprzyjają postępowi technicznemu (a w ostatnim stuleciu także "Postępowi" w ogóle, z "równouprawnieniem" na czele)... Itd., itd., z tym cudownym wpływem "kapitalizmu", choćby tylko na rozwój gospodarczy, może nie być całkiem aż tak cudownie, jak się wydaje.

Nie mówiąc już oczywiście o imponderabiliach - sprawach mniej łatwych do analizy, mniej rzucających się w oczy, niż wykresy giełdowych kursów i liczby PKB. Całkiem nie potrafiłbym odrzucić tezy, że "kapitalizm" ma zgubny wpływ na praktycznie wszystko co wzniosłe - od smaku i stylu, po odwagę i przedsiębiorczość (!). Że promuje, na nieco dłuższą metę, wulgarność, konformizm, obłudę.

Nie to, żebym był jakimś wprost wrogiem "kapitalizmu". Nie jestem nim, tak samo zresztą, jak nie jestem wrogiem ząbkowania, pokwitania, czy przekwitania. Cieszę się nawet, że ząbkowanie i pokwitanie mam za sobą, a przekwitania spróbuję uniknąć i chyba mi wolno. Nieco podobnie z "kapitalizmem". Totalna władza WIELKIEGO kapitału (bo przecież trza być idiotą, żeby widzieć w tym władzę drobnych przedsiębiorczych!) ma swoje zalety i wady. Jak wszystko. I oznacza m.in., że akurat nie ma władzy czegoś innego, np. gołej przemocy.

Władzy czegoś, co mogłoby być lepsze, albo gorsze. Tyle że tej fazy i tak nie udałoby się naszej zachodniej cywilizacji (która dziś praktycznie ogarnęła cały świat) uniknąć, więc o czym tu gadać. Z drugiej strony, ogarnęła, ale i przeminie. Co wcale nie musi być powodem do radości, a może być nawet bardzo smutne. Swoją drogą, jeśli w "kapitaliźmie" rzeczywiście jest sporo z finansowej piramidki - to czy coś w tym dziwnego, że weselej jest, kiedy ta piramidka się jeszcze kręci, niż kiedy już padła i większość uczestników wyje z żałości?

W końcu przekupywanie mas - choćby na ich własny koszt i przy intensywnym (również na ich koszt zresztą) ich ogłupianiu - bez trudu można uznać za rzecz jednak milszą od otwartego i brutalnego totalitaryzmu. A takie coś, jak mi się zdaje, czeka za progiem, podczas kiedy "kapitalizm" na naszych oczach wydaje przedostatnie tchnienia.

Odetchnęliśmy sobie, a przynajmniej chciałbym tak to widzieć, przez chwilę od plucia na "kapitalizm", ale jeszcze powinniśmy wspomnieć tu jedną jego istotną wadę. Którą już w przekicie wspomnieliśmy: Otóż "kapitalizm" to (o czym przed chwilą sobie pokrótce wspomnieliśmy), z definicji niemal, ekonomiczna PIRAMIDA.

I tutaj mamy różności - od "dyskontowania przyszłości" rynków finansowych (b. w istocie zbliżonego, gdy spojrzeć na nieco wyższym meta-poziomie, do istoty REALIZMU SOCJALISTYCZNEGO!); po reklamę, gdzie człek kupuje niemożliwe do zrealizowania marzenia, żeby dostać kolejny gadget, kolejną różową golarkę do części intymnych... Która w żaden sposób go nie uszczęśliwia, więc rozgląda się za nową reklamą, gwarantująca mu tym razem pełnię szczęścia... Itd.

No i kredyt. Tylko że śmieszne jest plucie na kredyt, jego powszechność, jego skalę... Skoro to właśnie jest motorem całej tej gospodarki, którą tak wychwalają ci sami ludzie, którzy chcieliby kredyt i wirtualny pieniądz zastąpić takim czy innym żelastwem. Choćby było żółte i się nazywało "złoto". Nawoływanie, by odstąpiono od "wirtualnego pieniądza" to, w skali krajów, coś takiego, jak nawoływanie, żeby nie dawać się nabrać na "spirale kredytowania" i "bańki spekulacyjne".

Sorry, ale to tak niestety nie działa! Jeśli mam małe przedsiębiorstwo i b. napięty budżet, ale za to sporą konkurencję, to nie mogę sobie pozwolić na dużo więcej ostrożności w kwestii kredytów i ryzyka "bańki", niż moi konkurenci! Zgoda - oni się na tym przewiozą za lat 5, 10 lub 15. Ja jednak, starając się być cwańszy, przewiozę się na tym o wiele wcześniej. Bo, po prostu nie wytrzymam konkurencji.

Tośmy sobie zrobili panoramiczny przegląd, praktycznie nie dochodząc nawet do istoty tego, o czym chciałem dziś pisać. A pisać chciałem o złocie. Które dla korwinicznych chłopiąt spod trzepaka stanowi jedyną słuszną walutę, a powrót do niej uleczyłby wszystkie problemy świata.

Ktoś kiedyś mądrze rzekł, że: "Każdy skomplikowany problem ma jedno proste rozwiązanie, i to rozwiązanie jest zawsze, bez wyjątku złe". (A Pan Tygrys dodaje, że: "W przypadku korwiniąt i innych świrów jest także po prostu błazeńsko idiotyczne".) I tak właśnie tu mamy. Sporo by można, i sporo by należało, pisać o tym, ILE w istocie warte jest złoto, z czego wynika jego wartość, i jak to się ma do, powiedzmy, bogactwa poszczególnych krajów.

Wspomnielibyśmy sobie przy tym Johna Law, faceta który kręcił francuską ekonomią na początku wieku XVIII... Co się zakończyło efektowną katastrofą... I w dodatku zgodzę się, że spowodowaną w znaczniej mierze głupimi "ingerencjami państwa". (TAKI  jestem wolnorynkowy!) Co nie zmienia faktu, że Law był genialny, że od jego odkryć nie można było po prostu nijak uciec, więc dzisiaj jesteśmy w nich zanurzeni po uszy, choć to już się właśnie kończy. No a główną, jak ja to widzę, przyczyną upadku "Systemu" pana L. była immanentna ułomność natury ludzkiej i wszystkiego, co człek stworzy.

Dobra, teraz szybko do ad remu. Mamy więc złoto... Które nie jest zapewne idealnym materiałem na walutę, jak sobie niektórzy wmawiają... Od wirtualnej waluty po prostu nie uciekniemy i to się będzie pogłębiać tak długo, jak w ogóle waluta stanowić będzie globalnego Króla i Cara! (Czytać Spenglera, który to sto lat temu przewidział!)

Jednak złoto od niepamiętnych czasów stanowiło ostateczną rezerwę kapitału, zapas bogactwa, zapas środków finansowych i czego tam jeszcze, na najczarniejszą godzinę. I tak jest do dziś, a nawet dziś bardziej. O wiele bardziej! "Sprzedaj wszystko, kupuj złoto" - słyszymy te mądre rady na każdym kroku. W końcu mamy kryzys, światowy, końca nie widać, a nawet wygląda, że to się nawet porządnie jeszcze nie zaczęło.

I widać, że ludzie tych rad słuchają. Cena złota na rynkach surowców w ciągu ostatnich 20 lat wzrosła sześciokrotnie. Jednocześnie w tym samym czasie "spożycie" złota do produkcji biżuterii zmniejszyło się w świecie o 18%. Plomb do zębów ze złota już się chyba masowo nie robi, złote zęby nie są już tak modne jak kiedyś, nawet chyba i w Rosji... Po co więc ludziom to całe złoto?

A że im potrzebne, to nie ulega wątpliwości. W niektórych krajach otwarto swego rodzaju bankomaty, w których ludzie kupują złoto na gramy. Niektórzy, jak Donald (nomen omen) Trump, sprzedają nieruchomości za złote sztabki.

I po co oni to robią? No przecież, że aby się zabezpieczyć przed kryzysem! "Bo złoto nigdy nie traci wartości, a kiedy wszystko się wali, to nawet zyskuje." Naprawdę? Kiedy wszystko padnie, kiedy będzie armageddon, głód, rzeź, zarazy - wtedy wszystko będzie można kupić za złote sztabki?

Więcej, niż za cudownie odnalezioną puszkę fasoli z boczkiem? Za wciąż dziwnie tłustego pudelka? Za żonę o rozłożystych biodrach, wciąż w sumie na chodzie? Za solidną i jakby stworzoną do obrony (o ataku nie zapominając) siekierę? Za pół pudełka pełnopłaszczowej amunicji Luger 9 mm? Wątpię!

Myślę, że jednak to te rzeczy będą miały wielką wartość, a nie złoto. Złoto miało być ostatnim ratunkiem przed wirtualnością i ekonomiczną fikcją, ostatnią przystanią na morzu wariackich spekulacji i spekulacyjnych baniek... A stało się, niezauważenie, całkiem tak samo spekulacyjnym towarem, jak wszystkie inne w tych dziwnych czasach. Jeśli ktoś w tej chwili nie kupuje złota, znaczy to, że nie ma za co. Innego racjonalnego wytłumaczenia być nie może. Ewentualnie idiota.

A przecież, kiedy się na sprawę spojrzy w miarę obiektywniej, widać, że ten pęd do kupowania złota to po prostu kolejna spekulacyjna bańka. Takie bańki, co wie każdy, kto interesował się nieco rynkami finansowymi, są bliskie pęknięcia, kiedy każdy chce tylko kupować... Akcje znaczy. Albo inne "wartościowe papiery".

Kiedy każdy windziarz i sprzątaczka w hotelu chcą dyskutować z nami giełdowe kursy i na czym najszybciej można zarobić - wtedy, jak uczy doświadczenie, jest czas, by zamknąć pozycję! I...? Kupić złoto, tak? No bo chyba nie walutę ojro, czy jakieś inne dolary? To nie te czasy, te walory nie są już tak pewne, jak kiedyś, a nawet po prostu nie są pewne.

Kupić złoto, by uniknąć spekulacyjnej bańki i krachu... Tyle że, zapewne po raz pierwszy w historii, na tym złocie mamy dokładnie taką samą bańkę, jak na tamtych wszystkich innych walorach, które już krachowi uległy i od dawna lecą na mordę! Pierwsza taka bańka na złocie - ale może także i ostatnia?

Patrząc historiozoficznie, krach bańki spekulacyjnej na złocie - akurat na tym "konkrecie", "ostatniej bezpiecznej przystani", "fundamencie zdrowej rynkowej ekonomii", i czym tam jeszcze - będzie symbolem nie-byle-jakiej wagi. Może to nie będzie jeszcze radykalny koniec "kapitalizmu" i całej tej epoki wszechwładzy pieniądza, w której przyszło nam żyć, ale z pewnością kamień milowy na drodze do tego upadku. Nie mówiąc już o drodze do armageddonu.

Mimo że złoto - ten rzekomy "konkret", to materialne, namacalne, obiektywnie mierzalne "dobro" - stanowi w istotnym sensie zaprzeczenie całej tej "kapitalistycznej" gospodarki. Kiedy jednak okaże się, że nawet złoto nie ratuje przed ruiną i krachem - co ludziom wciąż wierzącym w "kapitalizm" pozostanie? Co zostanie dzisiejszym bogaczom, macherom, szemranym przywódcom, moralnym autorytetom? To będzie koniec świata, jaki znamy.

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

sobota, października 01, 2011

Myśli o etyce i hodowli (bo czy Środa musi mieć monopol na jedno, a ZSL na drugie?)

Naczelną etyczną wartością, dewizą, słowem kluczowym, i czym tam jeszcze, uczciwej i porządnej Lewicy wydaje mi się "Dobroć" - w sensie łagodność, altruizm i te rzeczy.

Naczelną etyczną wartością, dewizą, słowem kluczowym, i czym tam jeszcze, PRAWICY byłaby "Szlachetność" - połączenie siły (każdego rodzaju), osobistej wolności, odwagi, z poczuciem własnej wartości, przynależności do elity (takiej czy innej, ale właśnie tej istotnej) - z drugiej zaś strony, z poczuciem obowiązku stałego zasługiwania sobie na wysoką ocenę, choćby była to ocena jedynie we własnych oczach.

Tutaj także honor (co się akurat wiąże ściśle z tą samooceną i zasługiwaniem na nią), lojalność wobec wszystkich (ludzi i spraw), które w naszej ocenie mają prawo od nas lojalności oczekiwać. Szlachetność w tym rozumieniu to starożytne καλὸς κἀγαθός - "piękny i zacny". (Najczęściej spotykane tłumaczenie słowa γαθός - jako "dobry" czy "cnotliwy" - wydają mi się, przy ich dzisiejszych konotacjach, bardzo mylące.)

No dobra, to było o etyce - autentycznej, takiej, jak ją rozumieją moralnie zdrowi, normalni ludzie, należący do zachodniej cywilizacji. (Wcale nie twierdzę, że należący do innych cywilizacji na pewno nie - po prostu nie wydaję tutaj na ten temat opinii.) Ale może warto by sobie także uwzględnić Lewactwo - to obrzydliwe, dla którego dobro jest jedynie śmieszne w swej naiwności, a szlachetności nie potrafiłaby zauważyć, nawet gdyby walnęła je w nos w zimny grudniowy poranek.

Jaka jest naczelna quasi-etyczna wartość, dewiza i słowo kluczowe Lewackości - tej programowo wrogiej wszelkim etycznym wartościom, a już z całą pewnością wartościom cywilizacji Zachodu, Lewizny? W odróżnieniu od porządnej Lewicy - choćby nawet była skrajnie naiwna, dziecinna i po prostu głupia - totalitarnej, choćby miała usta pełne "wolności" i "praw jednostki"?

Dygresja... Aż mi głupio, że omawiam tę ponurą sprawę razem ze sprawą etycznych wartości porządnych ludzi, ale jest to tak ważna rzecz, że warto to, moim zdaniem, mówić przy każdej okazji. Bo to w sumie, na tym łez padole, ważniejsze od tamtych. Przykre, ale prawdziwe.

Gdyby ktoś to dokładnie przemyślał, dokładnie zrozumiał, może mielibyśmy początek jakiejś spójnej i funkcjonującej ideologii, a przynajmniej coś, co mogłoby zadziałać propagandowo na całkiem wielu moralnie zdrowych ludzi. Choćby dotąd się całkiem "polityką" nie interesowali i wobec tej Kosmicznej Walki, która się toczy na naszych oczach, a jednak przez nikogo niemal nie dostrzegana, był całkiem obojętny.

No więc jak jest z tą kurewską Lewizną? Otóż jej "genialnym pomysłem", jej "naukową podstawą", jej celem i planem jest WYHODOWANIE CZŁOWIEKA UDOMOWIONEGO. Ani mniej, ani więcej! Jeśli dla kogoś jestem jakimkolwiek intelektualnym autorytetem, to bardzo bym prosił o wgryzienie się w tę myśl, przemyślenie jej, wczucie się... I może wtedy świat zacznie wyglądać całkiem inaczej. A przynajmniej cała ta obrzydliwość świata, której ostatnio coraz więcej, i która nas już niemal zalewa po czubek głowy.

(Swoją drogą - wiecie komu pono Marks chciał zadedykować swój Das Kapital? Darwinowi. Darwin dedykacji jednak nie przyjął. Drobiażdżek, oczywiście, zgoda, ale jednak ładnie potwierdza to, co chciałem dzisiaj powiedzieć.)

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

piątek, września 23, 2011

Lewizno, wracaj do Freuda!

Iwona Jarecka posłała mnie wczoraj na szalomowy blogasek niejakiego Chevaliera, gdzie licznie zgromadzona lewizna, z gospodarzem bloga (lewakiem o kulturalnych pretensjach) na czele, próbowała się znęcać nad pewnym tekstem panny Żuraw. A także nad nią samą. (Konkretnie tutaj: http://satyra.republikanska.salon24.pl/345322,kobieta-zbrojnego-ksiecia-z-usty-rozdziawionymi.)

Przeczytałem co tam ta lewizna prawi i poczułem się jakby mnie robactwo oblazło. Szczerze mówiąc b. mało czytam tego, co głosi lewizna - gazet raczej nie ruszam, prorządowych telewizji nie oglądam, na lewackie strony wchodzę b. rzadko, a nawet jako blogera i komentatora na blogach jakoś mnie Bóg przed kontaktami z lewizną chronił. (W czym mu zresztą pilnie pomagałem, bo wszystkiego na Boga zwalać nie wypada.)

Po chwili jednak te robaki zaczęły mi nieco mniej dokuczać, a moja uwaga przeniosła się na kwestię naprawdę żałośnie marnego poziomu wszystkich tych lewackich "argumentów", ze szczególnym uwzględnieniem rubasznych (w zamierzeniu, jak chyba trzeba by sądzić) dowcipasów.

Dowcipasów, którymi owa gromadka starała się zagłuszyć - przy okazji opluwając, bo to przecież odwieczna lewacka strategia, i to z tych najskuteczniejszych - takie sprawy, jak to czego naprawdę chcą kobiety, oraz czy kobieta ma prawo powiedzieć czego naprawdę chce. Bez uprzedniego skonsultowania się z Biedroniem i Środą.

I czego, jak mam prawo sądzić, chce spora część, może po prostu większość, innych kobiet - a przynajmniej czego by chciała, gdyby nie były poddawane ciągłej obróbce i ciągłemu naciskowi tej specjalnej "rzeczywistości", którą nas miłościwie nam panująca Elita uszczęśliwia. (Marksiści nazywają to "bazą", za to ta obróbka to część "nadbudowy", mamy więc praktycznie całość.)

W sumie może drobnostka - w końcu lewizna, przynajmniej ta niedysponująca wprost środkami przymusu bezpośredniego, ta blogowo-sieciowa, stale kogoś próbuje obśmiać, przy okazji opluwając. Jednak w tej sprawie jest, jak mi się zdaje, sporo bardzo interesujących aspektów.

Po pierwsze - wielkie, kosmiczne kwestie w rodzaju: Co to jest baba? Co to jest chłop? Jakie to ma miejsce w kosmicznym porządku (ach!)? Jak to się ma do prawicowości, do lewicowości, do Postępu, do totalitaryzmu... Próbowałem już się z tym bykiem kiedyś wziąć za rogi, ale powalił mnie ogrom tematu, a do tego zdławił lęk, że wyjdę na pornografa zmieszanego z ekshibicjonistą. (Trochę przesadzam, ale to wielki temat jak na po prostu blogowy tekst. A nie jestem widać panną Żuraw.)

Są nieco mniejsze kwestie, ale także istotne, jak ta, czy kobieta, której się nie podoba "postęp" i "równouprawnienie", z feminizmem na czele, i która to otwarcie głosi, ma prawo iść do polityki? Mnie się odpowiedź, po paru sekundach zastanowienia, wydaje oczywista - czemu niby nie?

To, iż sama głosi, że kobiety są mniej mądre od mężczyzn, nie przeszkadza jej, a w każdym razie nie musi, być mądrzejszą od sporej większości mężczyzn - a tym bardziej od lewaków i różnych dodatkowych płci (nie, sorry, "orientacji seksualnych"). Czego, szkolona widać w logice w szkołach III RP, lewizna tam na blogu owego Chevaliera nie potrafiła pojąć. Zresztą, czy mądrość ma być jedynym istotnym kryterium oceny parlamentarzysty? (A poza tym - co to jest ta mądrość? To co widzimy u Chevaliera? Pęknę ze śmiechu!)

Dla mnie to całkiem zdrowe, że kobieta, której nie pasuje taki - polityczny przecież par excellence - projekt, jak feminizm i "równouprawnienie", które przecież stanowią b. istotną część programu miłościwie nam panujących naprawiaczy świata (vide parytety na listach, istne horrendum i gwałt na zasadach demokracji!), idzie do polityki właśnie po to (choć może nie wyłącznie po to), żeby ten projekt zwalczać. Oraz wyrazić poglądy i bronić interesów innych kobiet, które widzą to i czują tak samo. Co w tym niby niewłaściwego?

Jeśli ona czegoś pragnie, to są to FAKTY - fakty fenomenologiczne! To nie jest ani "ruszajmy z posad bryłę świata"; ani świecka świętość Jacka Kuronia; ani też, przysługujące podobno Biedroniom tego świata, prawo człowieka do kutasa w tyłku! Żadne tego typu mętne i wydumane lewackie brednie! Prawda?

Ja tu jednak w sumie najbardziej w tej chwili chciałbym poruszyć kwestię inną - trudniej może uchwytną, ale z drugiej strony jakby ogólniejszą i  "bardziej historiozoficzną". Otóż, kiedy się tak czyta te wszystkie żałosne koncepty i dowcipasy tych wszystkich lewaków, aż się człowiekowi chwilami robi ich żal. Czego my tu bowiem nie mamy!

Są jurno-pryszczate prawicze dowcipasy, takie, że od razu przed oczyma staje przerośnięty kolega z klasy powiedzmy szóstej - wraz z pryszczami! Na długiej przerwie, albo po lekcjach pod trzepakiem - ach, w jakiejż cenie były tego typu informacje! Na tematy, od których uszy zaczynają, w tym wieku, płonąć... Jak smakowite są typu koncepty, tego typu dowcipy! Potem człowiek z tego oczywiście wyrasta, a niektórzy nawet sami uzyskują dostęp do różnych damskich szczególików. (Inni zaś stają się szalomową lewizną i komentują u Chevaliera.)

Są też ironie w stylu "tak, prawica i tej jej kult Siły, Instynktu, Męskości! hłe hłe hłe!" Tyle, że tam nic takiego nie było - były natomiast całkiem REALNE odczucia realnej młodej kobiety, wyrażone sensownie i składnie, plus moja własna (poprzez Iwonę) uwaga, że tych właśnie rzeczy lewizna się panicznie boi, bo rozkłada im się ojro, narracja Freuda, czują na karczkach oddech realnego życia, to się i zaczynają znowu moczyć w nocy. (Jakoś tak to było.)

No i są oczywiście różne przemądrzałe "analizy". Już bez powoływania się na dialektykę, o dziwo, ale równie mądre i równie talmudycznie pokrętne. Plus oczywiście różne takie z trzewi wychodzące deklaracje, jak to "ja bym nigdy nie chciał z głupią kobietą!" Albo "naprawdę uważasz, że kobiety są głupsze?! Toż to... itd."

W sumie jednak, jak człowiek się tak w te lewackie komęty zatopi, to zaczyna go uderzać fakt, że tam po prostu brak jest spójnej NARRACJI. (Żeby użyć tego pijarowskiego, mistewiczowskiego, i lewackiego przecież, określenia.) Młodych może to nie uderzać, ale ja pamiętam, jak swego czasu lewizna spójną narrację z pewnością miała - i w dużej mierze tym właśnie (obok oczywiście pałek ZOMO, ubecji, ruskich czołgów itd.) wygrywała z całą resztą.

I nie chodzi mu tu wcale wyłącznie o narrację prlowską, zgrzebną, mniej lub bardziej ortodoksyjnie marksistowską i prosowiecką. Nie, ja tam nawet w czasach prlu nurzał się - w sensie umysłowym - w Zachodzie, a przynajmniej w tym, co z tego Zachodu cenzor łaskawie dopuścił, albo i co właśnie Władzy pasowało. Czasem były to rzeczy b. pokrętnie Władzy pasujące i Władza się nawet częściowo potrafiła pomylić, ale plan w tym z całą pewnością zawsze był.

Ale nawet na tym Zachodzie - takim wolnym, ach! takim pluralistycznym - także grasowały sobie różne narracje, często dominowały, a głos przeciwników Komunizmu, Postępu, Ojczyzny Proletariatu, i czego tam jeszcze z tych cudowności, pozostawał nieskoordynowanym jazgotem, szumem, piskiem...

Czemu? Bo brakowało mu spójności. Bo brakowało mu SPÓJNEJ NARRACJI! Która u lewizny natomiast, niestety, była. Jakie konkretnie narracje mam na myśli? Lewackie i spójne zarazem? A, przede wszystkim Freud i po nim popłuczyny. Ileż to filmów, ileż to powieści, wierszy, obrazów, opowiadań, teatralnych happeningów, baletów, dramatów, i czego tam jeszcze, zaistniało tylko dlatego, że freudyzm dostarczył artystom, pisarzom i obrotowym autorytetom spójnej, niepodważalnej (Popper się kłania!) interpretacji: ludzkiej natury, mechanizmów psychologicznych i społecznych, a przede wszystkim każdej dosłownie kwestii związanej z seksem.

Istnieją oczywiście i inne lewackie narracje i niektóre jakoś tam jeszcze nawet zipią do dziś. Jak religia "wolnego rynku", na przykład. Jednak Freud, jeśli go pojmiemy naprawdę bardzo szeroko - tak żeby obejmował praktycznie wszystko na styku psychologii, erotyki i lewackich utopii - wydaje mi się (jeśli pominiemy czysto sowieckie wynalazki, jak socrealizm) bez porównania najpotężniejszy i najbardziej płodny.

No i teraz popatrzmy co mamy. Jest dyskusja na lewackim blogasku... Jest kwestia seksu, kobiecości, męskości, kobiecych pragnień... Lewizna próbuje zwalczyć niemiłe jej poglądy - a w sumie po prostu niemiłe jej zjawiska i fakty... I - jerum jerum! - kompletnie brakuje jej jakiejkolwiek spójnej NARRACJI. Czy to się nie prosi o przywalenie przeciwnikowi Freudem? Albo chociaż jakimś jego późnym prawnukiem?

Oczywiście że się prosi - w końcu pienia na temat świetlanej przyszłości We Wspólnej Europie i w Promieniach Wspólnej Waluty Ojro (której każdy będzie miał pełno, za co będzie mógł sobie kupić Świat) jakoś chwilowo mniej się wydają na czasie i mogą nieco stracić na skuteczności. Ale Freud?!

Toż bez Freuda jakakolwiek intelektualna, niedogmatyczna, młoda (i co tam jeszcze) lewica (w sensie LEWIZNA, nie chodzi mi o Orwella czy Gwiazdów!) - ta od Barrosów, ta od Kołakowskich, ta od Palikotów... Po prostu NIE MOŻE ISTNIEĆ!

Albo więc mamy z nimi już po prostu spokój, albo oni się jednak w miarę szybko obudzą. I albo sobie odgrzebią tego Freuda i zaczną go pilnie stosować, bo bez Freuda wszelkie lewackie koncepty na temat akurat seksu są tak śmieszne i bezzębne, jak śmieszne i bezzębne byłyby np. zaloty, w realu i przy zapalonym świetle, niedawno odkrytej Bohaterki Solidarności Madame Krzywonos do Pana Tygrysa. Albo kogokolwiek zresztą, może poza Chevalierem. Albo też szybko wymyślą sobie jakąś inną, nową narrację. I też zaczną ją konsekwentnie stosować. Twitter, SMSy i tak dalej!

Jednak, jako dobry w sumie człowiek, przypominam: kiedy będziecie tej zwalającej z nóg i poruszającej z posad bryłę narracji poszukiwać, od razu dajcie sobie spokój z "Wspólnym Europejskim Domem", "Zieloną Wyspą", "Wspaniałą Walutą Ojro", czy wszelkiego rodzaju "Yes, we can!" To już nie zadziała, przynajmniej przez najbliższych tysiąc lat.

A na zakończenie nie mogę się jednak powstrzymać od wydania z siebie magna voce przejmującego apelu:

Lewizno, powróć do Freuda! Jak najszybciej! To dzisiaj twoja jedyna szansa! Bez tego jesteś nie dość, że żałosna, to jeszcze po prostu upiornie nudna! No bo jeśli twoje koncepty na temat seksu są tak tak trywialne - to znaczy, przykro mi, że już po tobie. Ojro ci zdycha - nie pozwól by z wszystkich tych wzniosłych pedalskich idei CAŁKIEM NIC nie zostało! Powróć do Freuda, powiadam - tylko kompleks Edypa i FAZA ANALNA mogą cię uratować! Bez nich jesteś NICZYM.

Pryszczate dowcipasy spod trzepaka działają co najwyżej pod trzepakiem, a i to marnie, no bo dzisiaj internety, komóry, bajery... Przykro mi, ale bez NARRACJI po prostu nie istniejesz, lewizno kochana. Freud, Freud i jeszcze raz Freud - na tym się skoncentruj! Co najmniej przez najbliższych dwa tysiące lat. Potem doprawisz go sobie Zapaterem, Barrosem, Łysenką, Magdaleną Środą i Pawką Morozowem. O Biedroniu też nie zapominając. Ani oczywiście o lewackich pedofilach w typie Cohn-Bendita czy Polańskiego. Dzięki Freudowi będzie ci o ileż łatwiej i zgrabniej tłumaczyć, dlaczego w ich wykonaniu to jest dobre, postępowe i słuszne.

Na razie jednak... Chyba już rozumiesz? Jednak nie, wiem żeś tępa (choć oczywiście w czarujący sposób), więc powtórzę:

                 LEWIZNO - WRACAJ DO FREUDA!

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

czwartek, września 22, 2011

O libertarianach

Libertarianie to po prostu znani z przeszłości (i absolutnie LEWICOWI) ANARCHIŚCI - tyle, że tacy, którym wrodzony brak odwagi nie pozwala już rzucać bomb, a cała ich rzeczywista wiedza o mechanizmach działania kapitalizmu wystarczyła im akurat do tego, by zauważyć, że na lewicy nie ma już właściwie miejsca dla "nowych" ideologii, więc wyruszyli łowić naiwnych pod fałszywym szyldem prawicowości. 

W dodatku od dawna są oni wykorzystywani przez macherów REALNEGO LIBERALIZMU (który nam miłościwie panuje, bo cóż by innego?) i jego TAJNE SŁUŻBY. I na pewno łatwiej tym służbom z tymi nowymi, płochliwszymi (choć pyskatymi za to po stokroć) anarchistami idzie, niż dawnym służbom, carskim i innym, szło z dawnymi, autentycznymi anarchistami. Którzy jednak coś tam naprawdę robili, bo te bomby naprawdę czasem rzucali, a do dostojników strzelali. Ci zaś dzisiejsi tylko robią zamieszanie i wodę z mózgu ludziom podatnym na tego typu infekcje.


No bo też przy nieco bardziej szczegółowej analizie trzeba tu uwzględnić fakt, że na tyle mózgowo wyrafinowani, by w ogóle tego typu zawikłane sprawy, jak kropotkinowska utopia, opanować, są jedynie nieliczni przywódcy owej sekty, a jej typowy wyznawca to nadęty dureń, reagujący jedynie, niczym pies Pawłowa, na parę, wbitych mu do mózgu metodami behawioralnej tresury, słów kluczowych. (Reagujący głównie, i zgodnie z uświęconą tradycją, ślinieniem, ale ostatnio coraz częściej także pianą na pysku i ujadaniem.)*

----------------------------------

* Niestety istnieją ludzie na tyle zagubieni, że sami, z własnej woli, określają się mianem "libertarian", choć nie są ani idiotami, ani szujami. Zaliczyłbym do nich np. Wyrusa. Szanuję gościa, mimo wszystko, a w dodatku niedawno (a ja przed chwilą przeczytałem) napisał przepiękny i wzruszający tekst o kotach. (Które ja też uwielbiam, choć bydlaki z nich obiektywnie straszne.) Który tutaj: http://tekstowisko.blogspot.com/2011/09/tunia-to-know-her-is-to-love-her.html.

W sumie nie uważam przecież, że wszyscy musimy mieć te same poglądy, a Wyrus jednak nie tylko to i owo kojarzy, ale nawet w sensownym kierunku ewoluuje. Do tego stopnia, że ja bym go może już mianem "libertarianina" nie określił, ale skoro on sam to robi... Jedna rzecz, która mnie na temat Wyrusa wnerwia, to to, że musimy żyć w naprawdę podłych czasach, skoro ktoś taki jak on nie chodzi w szarym czy białym habicie kapturem, i nie spędza czasu na śpiewaniu chorałów, iluminowaniu manuskryptów, oraz wygłaszaniu kazań do ludu. (O modleniu się i studiowaniu Św. Tomasza nie wspominam, bo chyba on to robi.) No i modli się, choć może nie wyłącznie, do Wolnego Rynku. Co za czasy!

Więcej tego przypisu o Wyrusie mi wyszło, niż samej mądrości o libertarianiźmie, ale cóż - takie jest życie! W każdym razie mam nadzieję, że się Wyrus nie obrazi, bo naprawdę nie chciałem tu nic przeciw niemu powiedzieć. (A w dodatku ma dzięki temu wpisowi sporo linków do siebie.)

A w ogóle to do tego wpisu zapłodniła mnie ta oto przezabawna dyskusja Mustruma z jednym z owej nawiedzonej trzódki: http://raj.nowyekran.pl/post/27325,najczarniejszy-scenariusz-wyborczy-zwyciestwo-jarka-k#comment_227533. (Nie mówiąc już o samym, standardowo kretyńskim, jak to u nich, wpisie.)

Idźcie chłopcy dalej tą drogą! Idźcie - Palikot z Dukaczewskim czekają! Już nawet nie bardzo udajecie, do kogo wam najbliżej, poza Korwinem. Dla paru "mędrców" - kniaź Kropotkin (podlany jednak wulgarnością, żeby było "kapitalistycznie" i "skutecznie"), dla całej reszty chłopiąt spod trzepaka - Katzenbrenner. Mimo, że nie nosi muszki, ani nawet krawata - no patrz pan!

( A innym, zdrowym, szczerze polecam zapoznanie się z głosem tego tam Zbawcy Ludzkości Metodą Totalnego Kapitalizmu, co z nim Mustrum polemizuje.)

No dodam też obrazki - u góry więc mamy kniazia K., Ojca Anarchizmu, (porządny człowiek z kościami, ale nieco oderwany od życia i na pewno NIE PRAWICA). A tu poniżej prężą się dwa dorodne jednojajowe bliźnięta - dwie gwiazdy, dwa mesjasze, naszej (?) prawicy (?). Smacznego!



triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

wtorek, września 20, 2011

Przeklęci ministrowie i królowie przeklęci

"Takie będą rzeczpospolite, jak ich młodzieży chowanie", rzekł był któryś z dawnych polskich mędrców i miał rację. Prawdę tę, choć chyba raczej z innego źródła, znają też, jak widać, świetnie nasi wrogowie, skutkiem czego mamy taką edukację, jaką mamy. Z koszmarną pod każdym względem min. Hall włącznie.

Jest z pewnością gorzej pod tym względem, niż za PRL'u. Wtedy były oczywiście kłamstwa i interpretacje "po linii", byli także obowiązkowo dyrektorzy z partyjnego rozdzielnika, plus belfry od "wychowania obywatelskiego" i "przysposobienia obronnego" związani z SB.

Byli także, oczywiście, partyjni nauczyciele, nawet "mocno partyjni", ale sporo z nich wspominam jako kompetentnych i przyzwoitych, którzy mi nigdy żadnego partyjnego trucia nie wduszali i dość pobłażliwie patrzyli na "mój młodzieńczy bunt do potęgi", niepozbawiony politycznego podtekstu, gdyby komuś chciało się dokładniej przyjrzeć.

(Na przykład matka mojego kolegi, b. zresztą przystojna, pani Niedbalska, żona jednego z dyrektorów ZAMECH'u. Dzięki której miałem przed końcem podstawówki dodatkowe lekcje polskiego w elbląskim "Domu Partii" i pierwszy raz w życiu nauczyłem się wreszcie rodzimej gramatyki. Naprawdę nieźle. Co mi się potem b. w życiu, poprzez inne języki, przydało. Nie mówiąc już o tym, że przy mojej ówczesnej ortografii i stosunku do szkolnych lektur nie byłbym bez tego gwiazdą języka polskiego w liceum, a w pewnym sensie byłem. Zresztą pewnie bym do liceum po prostu nie zdał.)

Ja w zasadzie nie o tym, ale, skorośmy już przy moich osobistych "wspomnieniach niebieskiego mundurka" (nawiasem jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa i polecam!), to może jeszcze parę drobiazgów - ku rozrywce i zbudowaniu młodego pokolenia. (A także ludzi, którzy sami mają jakieś osobiste wspomnienia z PRL - dla porównania.)

W końcu mamy tu (każdy wysoce zorganizowany system w coraz większym stopniu zajmuje się samym sobą i zjadaniem własnego ogona) gawędę szlachecką virtualis - a nie jakieś tam skończone i przemyślane publicystyczne teksty. (Chcecie takich tekstów? To mi PŁAĆCIE! Albo przynajmniej pokażcie, że one zmieniają wasze życie! Nie, w sumie żartuję, ale pisać mi jakoś coraz trudniej.)

Piszemy sobie tutaj po prostu tak, jak nam najłatwiej to przychodzi. Jeśli nam do głowy nagle przychodzi (ach ten cudny pluralis maiestatis!) jakieś fajne wspomnienie, albo jakiś koncept, to go najczęściej do tekstu pakujemy - bo następnej okazji może już, w tym ziemskim życiu, nie być.

Ale OK - skoro mamy coś konkretnego do powiedzenia, to może jednak oznaczymy to jakąś inną czcionką niż wszystkie te figlasy, wspominki i fioritury. Tak będzie uczciwie i, da Bóg, skuteczniej.  Oto mi się akurat wspominków na temat prlowskiej szkoły i jej nauczycieli odechciało, więc może kiedyś. Wracamy do zasadniczego wątku!

Chodzi mi o to, że - jakby się to mogło nieprawdopodobne wydawać - za PRL'u jednak ze szkołą było jednak, pod wieloma względami, o wiele lepiej. Kłamali, ale poza tym uczyli całkiem nieźle. Ja tam większość szkół podstawowych i średnich przeszedł w prowincjonalnym i robotniczym Elblągu, a jednak - mimo młodzieńczych buntów i wstrętu do szkoły (także qua komunistycznej) - szkołom naprawdę sporo zawdzięczam.

Dzisiaj natomiast oni już są cwańsi i zamiast kłamstwa tu i ówdzie, zamiast jakiegoś wykręcenia prawdy, jakiejś topornej "dialektyki"... Oni naprawdę wzięli się za stworzenie, wyhodowanie, nowego człowieka. Może nie całkiem człowieka - raczej jakiejś dwunogiej i wyrośniętej mrówki - ale na pewno nowego i na pewno wyhodowanie. (Powinno się o tym napisać jakąś naprawdę głęboką analizę, albo i więcej analiz, ale w ogromny skrócie powiem, że to jest naprawdę cholernie "naukowe", bo tu chodzi, ni mniej, ni więcej, tylko o WYHODOWANIE CZŁOWIEKA UDOMOWIONEGO! Zachęcam, w wolnych chwilach, do przemyślenia tej tezy.)

W każdym razie z humanistyką - a szczególnie z historią, szczególnie ojczystą - jest w tej chwili tak w rodzimej edukacji fatalnie, że ludzie zaczynają coś tam przebąkiwać o tajnych kompletach. Jak za szkopskiej okupacji. Piękna to idea, ale, niestety, nieco, jak mi się zdaje, mało praktyczna.

Na ile kojarzę, to dzieci, te nieco starsze, pod szkopską, nazistowską okupacją do szkoły właśnie nie chodziły, a teraz chodzą. Mają wiec teraz mało czasu na ew. komplety, podczas gdy wtedy miały go akurat sporo. Dzisiaj mają więc na jakieś komplety o wiele mniej czasu, o wiele mniej energii, a do tego, obawiam się, o wiele mniej entuzjazmu. (Że to tak eufemistycznie określimy.)

Wtedy, jak rozumiem, rozglądały się, co by tu ze sobą, i z wolnym czasem, zrobić. I oferowano im coś na pograniczu konspiracji. Pomijam już wszelkie inne istotne kwestie, jak ówczesny status inteligenta i patriotyczne tradycje, których dzisiaj jakby mniej się w naszym powietrzu unosi.

Poza tym wtedy nie było telewizji. Której nawet, jak jakiś dzieciak nie chce sam z siebie oglądać, to i tak w szkole belferka go spyta i każe opowiadać własnymi słowami. Więc na wsiakij słuczaj musi obejrzeć wszystko, przynajmniej wszystko to, co oglądają lemingi. Tak to działa! A jest to tylko jeden z całej masy aspektów tego współczesnego - miękkiego na razie, niech będzie - totalitaryzmu w dziedzinie akurat edukacji.

Do tego oczywiście dochodzi brak czasu rodziców, którzy - zgodnie z planem tych, od których coś zależy, a którzy za nic nie odpowiadają - ryją po całych dniach z nosem przy ziemi. (I nie oszukujcie się, że tak nie jest, że nie w waszym przypadku! Prawie nikt dzisiaj tego rycia nie uniknie, chyba że kompletny lump!)

Do tego kwestia autorytetu rodziców. I w ogóle dorosłych. Z tym jest b. marnie i raczej trudno będzie to odkręcić. Wiąże się to oczywiście z nosem przy ziemi, choć to nie tylko to. Do tego kwestia - którą widzę, jako b. poważną - skąd mielibyśmy niby wziąć nauczycieli do tych kompletów? Ludzi zarówno kompetentnych, jak i ideowych, a do tego mających masę wolnego czasu... Czyli sprzeczność wewnętrzna, w praktyce przynajmniej.

Do tego trza by im płacić. A tutaj władza zadbała i dalej dbała będzie, by to się nie dało zrobić. Kasy fiskalne - ktoś myśli, że tego uniknie? Ktoś myśli, że z nimi taka WPROST WYWROTOWA działalność może się na nieco dłuższą metę udać? Ja niestety tak nie myślę, przykro mi.

OK, tośmy sobie pomalowali świat na czarno, pokazali trudności i niemożliwości... Ale kwestia pozostaje - CO ROBIĆ? (Czyli, za klasykiem, szto diełat', jak by zresztą podobną myśl wyraził w rozmowie z samym sobą obecny prezydent III RP. Niech mu ziemia i to szybko!)

Oczywiście to nie jest pełne rozwiązanie, bo takiego niestety nie dostrzegam - może jest, może będzie, może nie ma i nie będzie już nigdy - ale na pewno KSIĄŻKI. A także (tu ukłon w stronę Nicka) dobre filmy, w tym seriale. Co do filmów, to ja akurat jestem wyjątkowo niewielki kinoman (włączając w to telewizję), ale z zamierzchłych czasów pamiętam całkiem niezłe seriale, wyświetlane zresztą w prlowskiej TV, w rodzaju "Ja Klaudiusz", według książki Roberta Gravesa. (Ogólnie b. polecam Gravesa, także, a nawet głównie, w postaci książek.)

Sądzę, że powinniśmy sobie stworzyć swego rodzaju "ogólnokrajowy" KANON książek i filmów (głównie tych dostępnych na video, w sieci itd., żeby mieć pod ręką)  - na różne, z historią związane, bo o tym teraz mówimy, tematy; na różne lata rozwoju takiego dzieciaka... Dotyczące historii rodzimej, a także tej mniej rodzimej, bo to ja osobiście także uważam za ogromnie ważne. Tę mniej rodzimą historię znaczy - europejską głównie, ale też nie tylko.

Asumpt (w prostszym języku "kopa") do napisania niniejszego dała mi lektura znanej książki Maurice Druona "Królowie przeklęci". Którą sobie jakiś czas temu kupiłem na allegro, i którą sobie podczytuję. I w której akurat przeczytałem fajny fragment ukazujący istotne mechanizmy polityczno-ekonomiczne, funkcjonujące bez przerwy od czasów, kiedy powstała gospodarka pieniężna, a w każdym razie międzynarodowe banki i kredyt. (Tam chodziło akurat o pierwszą połowę wieku XIV.)

To są b. cenne, moim skromnym, nauki dla inteligentnego młodego człowieka (nie wykluczając młodej panny), którego chcielibyśmy uczynić... Każdy chyba sam wie. A tego typu spraw jest w tej książce - w istocie tego jest siedem tomów, choć niezbyt ogromnych - naprawdę niemało. Natomiast jakichś politycznych głupot, czy historycznych przekłamań, się nie dopatrzyłem.

Oczywiście - trzeba sobie zdawać sprawę ze specyfiki fikcji historycznej! Na przykład z tego, że wiele wielkich i prawdziwych (w sensie "potwierdzonych przez wiedzę historyczną") wydarzeń musi tam wynikać ze spraw drobnych, przynajmniej stosunkowo, o których wiedza historyczna nic nam nie mówi...

Z działań ludzi nieznanych, postaci fikcyjnych... Inaczej to będzie jakiś marksizm z "Niewzruszonymi Prawami Ekonomii realizującymi się w Historii", albo inny Hegel z "realizującym się w Historii Duchem" (kulminującej się w państwie pruskim).

(Swoją drogą dzisiejsi "konserwatywni liberałowie" z wszelkich tego typu wielkich und "naukowych" ambicji już zrezygnowali i po prostu skamlą. To coś jak przejście od czystego marksizmu do socjaldemokracji!)

Dobry autor książki historycznej - jak ja to widzę - to gość (w tym niewiasta, bo parę takich też jest, lub raczej było), który potrafi takie rzeczy pokazać w sposób przekonujący i, zarazem, historii nie wypaczający. Oczywiście każdy historyk, nawet ten najbardziej naukowy, opowiada po swojemu, widzi tam to co widzi, i obiektywizmu w tym aż tak wiele nie ma, ale jednak co innego uczciwa osobista interpretacja, a co innego chamska propaganda czy ideologia.

I tak to ja właśnie widzę - kanon lektur, w tym sporo fikcji literackiej, czyli powieści historycznych, i kanon filmów/seriali. Gdyby ode mnie to zależało, to bez przesadnego nacisku na historię (nie mówiąc już o martyrologii czy innej duszoszczipatielnosti!) w ścisłym sensie krajową. Oczywiście - tę młodość trzeba natchnąć patriotyzmem, dumą z (niektórych) przodków! Oczywiście trzeba im dać jakąś "masę krytyczną" wspólnych, z innymi Polakami dzielonych wartości, pojęć, "narracji", archetypów, cytatów itd. Ale osobiście uważam, że to można osiągnąć stosunkowo niewielkim nakładem Sienkiewiczów i innych rodzimych autorów.

I że co najmniej różnie ważne jest zakorzenienie w cywilizacji Zachodu. A także pewne nasiąknięcie antykiem - nie dlatego, żebym za Konecznym uważał Polaków za późnych Rzymian, tylko dlatego, że cywilizacja Zachodu (a polska pod niektórymi względami właśnie szczególnie!) tym się od zawsze żywiła. Czyniły to ELITY - co, moim zdaniem, nie pozwala nam mówić, że istnieje jakaś ciągłość, bo do tego CAŁA cywilizacja musiałaby wykazywać masę analogii, a nie wykazuje (chyba, że w nieprecyzyjnym chciejstwie Konecznego) - ale elity są bardzo ważne i starożytność JEST ogromnie ważna dla całego Zachodu. No a dla Polski, stojącej cały czas oko w oko z najgorszego sorta azjatyckim barbarzyństwem - szczególnie!

No i to by było na tyle na ten temat, co mi do głowy przychodzi. Może jakaś dyskusja się wywiąże, może kogoś to zapłodni, wtedy sobie doprecyzujemy. I - da Bóg! - może coś z tego uda się wprowadzić w życie, bo jak nie, to nas ta koszmarna Hall i cała zgraja degeneratów w krótkich abcugach zeżrą. (Po czym wydalą i znowu zeżrą. Jak to oni.)

Swoją drogą książka Druona jest i po polsku, i jest nawet, jak stwierdziłem po krótkim guglowaniu, dostępna. A do tego istnieje na jej podstawie zrobiony francuski serial (z Depardieu i takimi sławami) - tutaj możecie sobie o nim znaleźć: http://www.filmweb.pl/serial/Kr%C3%B3lowie+przekl%C4%99ci-2005-258938. Może to się jakoś da dorwać, na DVD, czy jakoś. Ja nie potrzebuję, bo mam książkę w oryginale, ale, jeśli się da, to polecam.

Tak nawiasem - jeśli komuś tam, w tym serialu, albo w tej książce - nieco zabraknie mroczności, grozy i nastroju, no to zgoda. Moim zdaniem to jest naprawdę dobra powieść, ale czasem mam wrażenie, że to trochę powieść dla młodzieży. Nie, że nie dla dorosłych, ale dla młodzieży może szczególnie. Jednak czy my WŁAŚNIE nie o młodzieży rozmawialiśmy? Czy nie książki dla młodzieży są nam najbardziej potrzebne? W końcu ludzie dojrzali mają możliwość czytania "autentycznej", "naukowej" historii i mniej potrzebują literackiej fikcji (Choć bywa taka fikcja, że naprawdę warto ją poznać. I Druona bym do niej też jednak zaliczył.)

Tak więc, im bardziej jest taka książka odpowiednia dla naprawdę młodego wieku - a przy tym w jakiś sposób mądra i prawdziwa - tym dla nas cenniejsza!

Jeśli kogoś powyższe zainteresowało, to prosiłbym oczywiście o danie głosu, w tym także ew. propozycje pozycji (!) do kanonu.

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

sobota, września 17, 2011

Sanhedryn, czy nie Sanhedryn - oto jest pytanie!

Dźgnięty ostrogą dyskusji odbywającej się akurat na niepopach, zdecydowałem się na moment wyjść z szafy, wrócić z moich wirtualnych Dolomitów, i coś napisać.

W dyskusji owej, gdyby ktoś nie chciał tego sprawdzać u źródła, padła teza, że, cytuję: "Świat nie jest taki prosty, że siedzi sobie gdzieś Sanhedryn i rozstawia pionki." Konkretnie rzekł to Gadający Grzyb, tutaj. Powiedział oczywiście prawdę, bo to całkiem nie tak działa. Co jest zresztą dość jasne dla wszystkich, których w sieci czytam. Także i dla Nicka (mającego pewną skłonność do uproszczeń, która mnie razi, kiedy np. jedzie dość prymitywnymi rasowymi stereotypami), któren nie tak dawno explicite stwierdził coś b. do  podobnego do tego, co mówi Grzyb..

Ile jednak w istocie wynika z owego faktu, że sobie żaden Sanhedryn nie siedzi - a w każdym razie raczej nie jeden, globalny - i sobie punkt po punkcie nie planuje... Niczym jakaś Rada Najwyższa ZSRR, co to debatowała i decydowała o szerokości gumy do majtek. (W czym zresztą dzielnie ją naśladuje niezawodna Unia Euro.)  Potem to wszytko, co ten Sanhedryn postanowi, nie jest ściśle, w podskokach, przez tysiące jakichś tego Sanhedrynu agentów realizowane.

To nie tak działa, jakośmy rzekli! Jednak kiedy zwrócimy oblicze w stronę najnowszych osiągnięć nauki, zdziwieni widzimy, że to wcale nie musi tak działać - skutek jednak może być, w sumie, b. podobny.

W poprzednim moim kawałku powoływałem się na pana Ormeroda i jego, przewracającą ekonomię do góry nogami, a to za pomocą m.in. biologii, książkę. Wiele ciekawych rzeczy z zawartych tam treści wynika, kiedy człowiek sobie pomyśli i skojarzy. I tutaj także - w kwestii owego Sanhedrynu znaczy.

Niemal na samym początku pan Ormerod opisuje mechanizm, w wyniku którego powstają we współczesnych miastach tzw. "getta". Nie chodzi o getta w ścisłym znaczeniu, jak te żydowskie ze średniowiecza, tylko o całe obszary, całe dzielnice, zamieszkałe przez ludzi pewnego etnicznego, kulturowego, czy rasowego pochodzenia. Albo po prostu przez biedotę i margines.

Tego typu dzielnice, jak się okazuje, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, lubią się utrzymywać przez setki lat. (Choć akurat w Paryżu, z tego co wiem, parę dzielnic na przestrzeni wieków radykalnie zmieniło swój status. No i oczywiście, w Londynie mamy dzielnicę doków, która ostatnio stała się modna z powodu osiedlających się tam yuppies.)

W każdym razie ów Paul Ormerod opisuje nam w swej książce symulację komputerową, która wyjaśnia naturę tego zjawiska. Zjawiska, jak by się zdawało, prostego do wyjaśnienia, ale tylko przy założeniu, że ludzie mają naprawdę ogromny wstręt do mieszkania koło ludzi różnych od siebie, a szczególnie "kolorowych", czy znacznie biedniejszych.

To jednak, jak się okazuje (i o ile można wierzyć tego typu badaniom), nie jest już dzisiaj takie powszechne. Sporo danych wskazuje, że większość ludzi nie wykazuje już wiele tego typu odruchów. (W Polsce, gdyby to rzetelnie sprawdzić, byłoby pewnie inaczej. Ale cóż, ludek kraju dostającego od setek lat bez przerwy w dupę musi mieć, niestety, masę kompleksów. A poza tym, nie wykluczam, że Polakom, a przynajmniej polskim prawicowym blogerom, bo o nich w sumie mówimy, jeszcze na czymś tam zależy i polityczna poprawność mniej ich dotknęła. To dwie strony tego zjawiska.)

Jakby tam w istocie nie było, okazuje się jednak - na podstawie owej komputerowej symulacji - że jakieś silne rasowe czy społeczne uprzedzenia nie są tu wcale niezbędne. Symulacja była dość znanego typu, coś jak "gra w życie". Każdy, kto się zabawiał komputerami i programowaniem, wie o co chodzi. Są tam więc krateczki, oraz dwa (mogłoby być więcej, ale i dwa wystarczają) rodzaje "istotek", których "życie" podlega pewnym prostym prawom.

W przypadku tej "naszej" symulacji, te "istotki" przemieszają się o jedną kratkę w losowym kierunku - tylko wtedy i zawsze wtedy, kiedy w ich bezpośrednim sąsiedztwie znajdzie się (co najmniej) określona liczba "istotek" innego rodzaju. Na przykład ponad połowa. No i tak to sobie działa - krok po kroku, bo żaden czas rzeczywisty nie jest tutaj do niczego potrzebny.

Jak się taką symulację uruchomi i jakiś czas ona sobie pochodzi, to okazuje się, że z początkowo całkiem losowego ułożenia, przemieszania, tych dwóch rodzajów wirtualnych "istotek", stosunkowo szybko otrzymujemy "społeczeństwo" ściśle segregowane! I, powtarzam - te "istotki" wcale nie mają jakichś tam wielkich społecznych, czy rasowych, uprzedzeń. One po prostu sobie wolą, by w ich bezpośrednim sąsiedztwie było jednak nieco choćby więcej istotek podobnych do nich samych.

A jednak podział, segregacja, nieubłaganie występuje, chcemy tego, czy nie! To tak, jak ruchy Browna z lekkim popchnięciem w jedną stronę, albo jak myślowy eksperyment Maxwella (bo on to był chyba) z cząsteczkami gazu w zbiorniku przedzielonym półprzepuszczalną błoną.

Oczywiście od rasowej czy społecznej segregacji (którą sobie tutaj, tuszę, do samego końca wyjaśniliśmy - a jeśli komuś mało, to niech sobie zrobi taką symulację w realu, to nie jest wcale aż tak trudne!) do sprawy Sanhedrynu jeszcze trochę drogi pozostało, ale warto chyba sobie wyraźnie uświadomić, że w wielu przypadkach nawet stosunkowo niewielka tendencja, konsekwentnie zmieniająca (pseudo) losowe zachowania w jakiś konkretnym kierunku, potrafi działać tak, jakby rzeczywiście sprawami manipulował sobie jakiś tam Sanhedryn.

Warto się chyba czasem nad tym zjawiskiem zastanowić! Po pierwsze - żeby wiedzieć, że różne, często wprost obłędne, "teorie spiskowe", mogą nie być prawdziwe, a mimo to skutek potrafi być taki, jakby były. Czyli czujność, zdrowa paranoja i niedawanie się różnym wyśmiewaczom "spiskowych teorii", często po prostu zadaniowanym, i to nie przez naszych przyjaciół. Sama teoria może być nieprawdziwa, ale skutek dokładnie ten sam, więc, uwzględniając skłonność ludzkiego umysłu do uproszczeń, to nie jest wcale taka najgorsza metoda. I te rzeczy.

Po drugie zaś - żebyśmy sami raz za razem nie interpretowali różnych skomplikowanych zjawisk w najprymitywniejszy sposób, czy to będą jakieś hiper-rasowe (żeby nie powiedzieć "rasistowskie", bo to słowo zawłaszczone, jeśli nie stworzone, przez lewiznę) teorie, czy też naiwny w końcu, pogląd, że wszystko dzieje się tak, jak się dzieje, bo gdzieś tam siedzi sobie Sanhedryn i knuje.

Siedzi, zgoda. Knuje, zgoda. Ale z pewnością nie jeden. I z pewnością nie jest to wszystko dokładnie skoordynowane. I nie tylko on, bo są i inne siły, które też siedzą i knują. Albo nie tylko to. Zresztą z samym przekazywaniem i egzekwowaniem tych postanowień też musi być problem. Nawet Rada Najwyższa go miała, a co dopiero struktury, jakby nie było, mniej jawne! Czy to coś istotnie zmienia? Nie - cała rzecz w tym, że właśnie NIE MUSI!

I jeszcze może być Trzy - możliwe, że najważniejsze... Otóż, może MY byśmy też mogli zacząć próbować działać w podobny sposób? Po troszeczku, jeśli nie można inaczej, ale konsekwentnie, z grubsza w w tym samym kierunku? (Oczywiście inteligentnie wybranym.) Wiele bo ty mogło zmienić. No i na odmianę - na naszą korzyść.

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?

sobota, sierpnia 06, 2011

Nieobliczalny mem tygrysi

We wrześniu 1987 Dow Jones spadł w ciągu niecałego tygodnia o niemal jedną trzecią, z czego o ponad 20 procent jednego dnia. Stało się to między innymi wstępem do największej w dotychczasowej historii finansów akcji ratunkowej. Ratowano mało komu znany, choćby z nazwy, fundusz hedgingowy Long Term Capital Management (LTCM). Bez tego rynki finansowe byłyby na krawędzi załamania.

Krachów finansowych było już nieco w historii i nie to jest tutaj na tyle interesujące, bym o tym teraz pisał. Interesujących aspektów ma jednak ta sprawa co niemiara. Nie mówiąc już o ogólniejszych wnioskach i luźnych (co nie musi znaczyć jałowych czy bezsensownych) spekulacjach.

Najciekawsze w opisywanych tu wydarzeniach było, moim zdaniem, to, że do dziś nie udało się znaleźć jakiejś jednoznacznej i niewątpliwej ich przyczyny. Cytując z książki, gdzie znalazłem te informacje (Paul Ormerod "Why Most Things Fail: Evolution, Extinction and Economics", przekład mój własny). Odnosi się to do samego krachu na giełdzie.
Nawet teraz, niemal dwadzieścia lat po tym wydarzeniu, istnieje wiele rywalizujących wyjaśnień ex post, i nikt nie jest pewien przyczyny. Jedyną pewną rzeczą jest, iż żadne zewnętrzne wydarzenie  nie miało miejsca, które by choćby w największym przybliżeniu miało podobną skalę. Żadne odciski palców, żaden dymiący rewolwer nie wskazuje sprawcy tej katastrofy. Nie wypowiedziano wojny światowej, szyby naftowe na Bliskim Wschodzie nie zostały wysadzone w powietrze. A jednak, w ciągu pojedynczego dnia, zostało ogłoszone, że największe firmy na świecie są warte 20 procent mniej, niż były warte dnia poprzedniego.
No to mamy zagwozdkę, prawda? Na szczęście (przynajmniej niektórych) autor robi w tej książce całkiem wiele, aby rzucić jakieś światło na tego rodzaju wydarzenia. Wydarzenia zasadniczo nie do pojęcia w ramach paradygmatu tzw. klasycznej ekonomii. Pomaga tu dopiero podejście zalecane przez Ormeroda, czyli nacisk na obserwacje i statystyki dotyczące RZECZYWISTEGO zachowania różnych ekonomicznych spraw w realnym świecie; plus zdrowy zastrzyk ewolucyjnej biologii (której osiągnięcia, jak to pokazuje Ormerod, dają się z ogromnym powodzeniem do ekonomii zastosować). Dodać szczyptę nowego sposobu wykorzystania teorii gier.

Powiedzmy sobie jeszcze jednak najpierw co to był ten fundusz LTCM. Było to dziecię trzech noblistów w dziedzinie ekonomii z roku 1997, którzy tworząc go, wykorzystali właśnie te swoje naukowe osiągnięcia, które im tego Nobla przyniosły. Fundusz obracał nieprawdopodobną forsą... Jak się łatwo domyślić z faktu, że, by go ratować, wielkiej forsy użyto, poza tym, że w ogóle widziano taką konieczność... Zarabiał też masę forsy. Do czasu!

Szczegóły oczywiście każdy może sobie dzisiaj znaleźć - to nie jest żadna wielka tajemnica - ale też nie o te gołe fakty nam tu chodzi. Rzecz w tym, że owi nobliści i ojcowie tego nieszczęsnego finansowego przedsięwzięcia, dostali tego Nobla przy gromkich brawach całej praktycznie branży, ponieważ udało im się, jak sądzono, domknąć wreszcie teorię wolnego rynku i znaleźć uniwersalny, stały punkt równowagi w KAŻDEJ absolutnie rynkowej sytuacji.

Nie wdając się w żadne matematyczne rozważania, bo nie jest tam to tutaj potrzebne (a ja w sumie matematyki nie lubię, choć uchodziłem za naprawdę do niej zdolnego), powiemy sobie, że ten punkt równowagi, który wykorzystano praktyczni w funduszu LTCM, zgodnie z najściślejszymi obliczeniami owych laureatów nagrody Nobla, miał się trzymać praktycznie po wieczne czasy. Sytuacja, kiedy jakieś zaburzenie z zewnątrz będzie zbyt duże i cały kunsztowny system się zawali, miała prawo wystąpić raz na kilka milionów lat. (A więc jeszcze mniejsze prawdopodobieństwo, niż to, że Lech Kaczyński zginie w wypadku samolotowym AKURAT lecąc do Rosji Putina na obchody rocznicy mordu w Katyniu!).

Wynikało to z czegoś tak niepodważalnego, jak rozkład Gaussa. (Czyli krzywa rozkładu normalnego, o której sobie jakiś czas temu mówiliśmy. Gaussa wprawdzie nie wspominając, ale akurat w związku ze smoleńską "katastrofą".) Dowcip w tym, że tutaj nie krzywa Gaussa miała zastosowanie, a całkiem inna krzywa, która - niestety dla wszystkich zaangażowanych w fundusz LTCM i podatników, którzy ufundowali interwencję (choć raczej nie dla jej inicjatorów i wykonawców, którzy przecież nie za swoje) o wiele wolniej dąży do zera dla wartości odległych od swego "centrum" (żeby to tak potocznie tutaj określić), gdzie ma maximum.

Jaka to krzywa? - spyta ten i ów. "To bardzo dobre pytanie!", odpowiem klasykiem. Po czym podrzucę parę mądrości wyczytanych w książce Ormeroda. Krzywa matematycznie bardzo prosta, za to, jak się okazuje, bardzo istotna w zastosowaniach (czego chyba do niedawna nikt nie wiedział). Krzywa potęgowa mianowicie.

Kiedy sobie na przykład liczymy ilość gatunków, które wymarły w ciągu kolejnych milionów lat - albo ilość firm z setki największych światowych, zdychających w ciągu kolejnych lat - okazuje się, że układają się one zgodnie z tą krzywą. W tym sensie, że takie okresy z dużą ilością zdechłych firm czy zdechłych gatunków są rzadsze, a te z mniejszą, częstsze - i okazuje się, że średnie odstępy między takimi okresami są równe (w przybliżeniu oczywiście) kwadratowi stosunku pomiędzy ilością umarlaków. Brzmi to mętnie, ale w sumie daje się chyba na tyle zrozumieć, na ile nam to tutaj potrzebne.

Tak więc, chodzi nie tylko o "krzywą potęgową", ale nawet o krzywą po prostu "kwadratową", bo tutaj wszędzie występuje druga potęga, czyli kwadrat. (Taka prosta zależność, patrzcie państwo!)

Ale to jeszcze wcale nie wszystko, choć to podobieństwo wzoru, wedle którego zachowują się wymierające firmy (ekonomia) i wymierające gatunki (biologia) z całą pewnością jest interesujące. I w dodatku mogłoby, a nawet powinno, zabić niezłego ćwieka klasycznym ekonomistom i apologetom "zawsze słusznej i jedynej rynkowej ekonomii". (Niektórym nawet zabija, ale to chyba wyraźna mniejszość. Reszta nie wie, albo też ma w nosie.)

Te wymierania, jako się rzekło, to jednak wcale nie koniec niespodzianek. Okazuje się, że zgodnie z tym kwadratowym rozkładem zachowują się także np. zjawiska rozprzestrzeniania się infekcji (wirusowych, bakteryjnych itp.), czy informacji. Albo i mody. W niektórych przynajmniej typach środowisk, tyle, że tego akurat typu środowiska zdają się występować w realu bardzo powszechnie - w odróżnieniu od środowisk analizowanych w uczonych modelach różnych nauk społecznych, ekonomii nie wyłączając.

Jakie to środowiska, spyta ktoś? Odpowiem (klasykiem też oczywiście, ale potem pojadę dalej) tak... Te "klasyczne" - które się zawsze z takim zapałem analizuje, to takie, gdzie poszczególni "agenci" (tu nie chodzi o WSI, tylko o te tam działające elementy systemu) są w sumie tacy sami, a pomiędzy nimi istnieją sobie różne przypadkowe związki. Mniej czy bardziej trwałe. A wiec mamy swego rodzaju sieć z tych agentów i związków pomiędzy nimi, a po tej sieci rozchodzą się na przykład nasze wirusy, czy nasze... Wymówmy to słowo w końcu! Nasze, o Jezu! Nasze... Memy.

Z tymi memami to jest tak, żę jakoś nigdy do mnie ta koncepcja nie trafiała, kiedy na przykład pisał o tym Nicek. Wydawało mi się, że to w sumie jałowe i nic nie daje. Może jednak nie miałem racji, a oczy otworzył mi właśnie pan Ormerod tą książką, o której tu sobie rozmawiamy.

No dobra - mamy więc tę sieć, i co z nią? A to z nią, że do niej na przykład stosuje się rozkład Gaussa, o którym my tu już mówiliśmy, i na którym budowali swój naukowo-finansowy sukces nasi nobliści. A także i to, że istnieje tu b. ciekawe - a jednocześnie proszące się aż niejako o inżynierię społeczną, niestety! - zjawisko...

Takie oto, że, aby cała populacja tych agentów, czyli cała ta sieć, cały system - aby to całe zostało zainfekowane, konieczne i wystarczające jest zainfekowanie pewnej "masy krytycznej", a mówiąc ściślej pewnej konkretnej ilości agentów. Oczywiście jaka jest to ilość zależy od konkretnego systemu, ale daje się to ponoć oszacowywać... Nieco wyobraźni powinno dać wyobrażenie, jaka w tym niesamowita radość dla uszczęśliwiaczy ludzkości i wszelkiego typu totalitarnych skurwieli. Zresztą na tej zasadzie działają, w sensie społecznym, także np. masowe szczepienia (nie żebym był jakimś ich akurat zdecydowanym wrogiem).

Te drugie sieci - te do których się krzywa Gaussa marnie stosuje, które stały się zgubą naszych genialnych noblistów, i które stanowią zagwozdkę dla (co intelektualnie uczciwszych) mędrców od rynkowej ekonomii - mają tak, że ilość kontaktów każde go agenta z innymi agentami rozkłada się wedle naszej ulubionej (choć noblistów nie) krzywej potęgowej. Czyli, że w sumie mała ich ilość ma ogromną liczbę kontaktów, średnia średnią, a duża malutką.

Tak jest na przykład w internecie, gdzie Google, Yahoo, albo inny Korwin ze swoim blogiem, mają ogromną ilość wejść, Pan Tygrys ma średnią, a rolnik piszący sobie bloga, powiedzmy o tym, jaki to mądry pysk ma jego krowa "Krasula II", całkiem niewielką (i nieważne, że wszystko to jest akurat bez sensu, a powinno być odwrotnie).

Tak samo, podobno (tak mówi Ormerod) jest z ilością partnerów seksualnych - paru ma masę, większość nie ma nic. No i tak samo jest (mówi Ormerod i ja mu wierzę, jeszcze mocniej, niż z tymi partnerami) z realną ekonomią, gdzie istnieje niewielka ilość ogromnych firm, oraz ogromna malutkich. I to tutaj akurat ma dla nas konkretne znaczenie, ponieważ tym samym krąg się zamyka i nawiązujemy do przyczyny upadku funduszu LTCM, o którym'śmy sobie na początku. (W tej sieci, którą jest ekonomia, owa ilość kontaktów to b. abstrakcyjna sprawa jednak - swego rodzaju totalna suma WSZELKICH wpływów, szczególnie pomiędzy firmami i klientami.)

OK, długie to już, choć mam niepłonną, że, w swej niekłamanej naukowości, interesujące, przynajmniej dla niektórych, z moimi Czytelnikami na czele. Gdzie jednak, spyta uważny Czytelnik, ów tytułowy "nieobliczalny mem tygrysi"? ("To bardzo dobre pytanie!") Czytelnik faktycznie jest uważny, ale byłby jeszcze bardziej uważny, gdyby zauważył, że jeszcześmy nic nie rzekli na temat tego, jak się w tej drugiej sieci - tej z potęgowym rozkładem ilości kontaktów - ma sprawa rozprzestrzeniania się infekcji, czy to w sensie dosłownym, czy jakichś tam memów (ufff! wciąż ciężko mi się to słowo pisze).

Ma się ona tak otóż, że nie istnieje w tym przypadku żadna "masa krytyczna", i nie sposób w ogóle przewidzieć, jak dany "wirus" (w sensie np. mema) się rozprzestrzeni! Albo czy zainfekuje całą sieć. Ta rzecz jest po prostu całkiem nie do przewidzenia! Z czego zresztą wynikają tego właśnie typu dziwne zjawiska, jak ów krach giełdowy z września 1987.

Ormerod cytuje wybitnego fizyka zajmującego się statystyką, niejakiego Gene Stanleya, który, badając fluktuacje kursów giełdowych wykazał, iż ich reakcje na ten sam czynnik zewnętrzny, czynnik o tym samym dokładnie natężeniu, może mieć natężenie całkiem różne, a różnice sięgają, ni mniej, ni więcej, tylko... Ośmiu rzędów! Czyli, prostym codziennym językiem - od jednego do stu milionów!

Nic dziwnego, że co pewien czas giełdy "bez powodu" polecą na pysk! Nic dziwnego, że co pewien czas genialne, niezatapialne ekonomiczne przedsięwzięcia - jak fundusz LTCM, na przykład - pójdą z Titanikiem na dno! Im większa katastrofa, tym - zgodnie z prawidłowością zawartą w rozkładzie potęgowym - mniejsze jej prawdopodobieństwo. Mniejsze, a nawet znacznie mniejsze, bo mamy tu do czynienia z kwadratem skali katastrofy. A jednak prawdopodobieństwo takie istnieje i jest o wiele wyższe, mimo wszystko, niż to wynikające z rozkładu normalnego.

Co więcej - jest na tyle znaczące i realne, że występuje w rzeczywistości,  i to całkiem często. Ogromna większość gatunków, które istniały na ziemi, już nie istnieje, a każdego roku pada średnio nieco ponad 10 procent amerykańskich firm (nie żeby gdzie indziej było lepiej, choć są miejsca, gdzie oficjalnie firmy oczywiście NIE padają). I wynika to, w przypadku firm, nie z tego, żeby one były jakoś wyjątkowo źle prowadzone, tylko tak to po prostu działa i - o dziwo! - rozkład jest zadziwiająco podobny zarówno dla firm (świadomie kierowanych przez przedstawicieli Homo sapiens sapiens), jak i dla żywych, ale bezrozumnych, istot (bezsilnych ofiar ślepej ewolucji).

A to, dlaczego "nieobliczalny mem tygrysi"... (Nikt się jeszcze nie domyślił? Widać zbyt fascynująco piszę.) To chodzi o to, że, widzicie ludzie - skoro w tym realnym systemie nie ma jakiejś "masy krytycznej", która by kochanej władzy dała pewność, że wywrotowe idee Tygrysizmu nie zainfekują całej sieci... Nie mówimy o podbiciu serc całego świata, bo większość lemingów jest nie do uratowania, ale też lemingi to tylko mierzwa, a nie podmiot... Mówimy o ewentualnej elicie, która by ewentualnie zastąpiła tych obecnych degeneratów i powiedziała lemingom - grzecznie, ale ze stalowym błyskiem w oku - co mają, a czego nie mają, robić. Zgoda?

No wiec, choć prawdopodobieństwo nie jest specjalnie po naszej stronie, to jednak nie ma żadnej obiektywnej i niepokonanej zapory dla Tygrysizmu! To już coś, prawda? Ktoś może rzec, że zgoda, ale przecież taki powiedzmy Korwin ma o wiele większą szansę, bo tych tam kontaktów ma jednak o wiele więcej, i o wiele więcej po prostu wyznawców.

Ja się z tym całkowicie zgadzam - przynajmniej, jeśli sprowadzamy sprawę wyłącznie do owego modelu z agentami i rozkładu potęgowego. Jednak, odchodząc nieco dalej od owego modelu, daje się zaobserwować ciekawy fakt, taki mianowicie, że z Tygrysizmu nikt się chyba jeszcze nigdy nie "wyleczył", a z Korwinizmu paru ludzi już tak, choć może nie wszyscy do końca.

Tak więc, jakby na tę sprawę nie patrzyć, to, jeśli nie poddamy się czarnemu pesymizmowi, to nawet Nauka i tutaj jest po naszej stronie. A gdzie Nauka, tam i Nadzieja! (Takiego sobie bonmota na poczekaniu wymyśliłem, fajny?) Tak więc, powiadam wam - idźcie i nieście Dobrą Nowinę Tygrysizmu pod każdą strzechę, pod każda dachówkę! O azbeście nie zapominając, ani o zielonej od śniedzi blasze renesansowych pałaców! Zwycięstwo może jeszcze być nasze! Nie mówię, że mem Tygrysizmu MUSI zwyciężyć, że mamy to jak w saku - ale warto walczyć, bo zwycięstwo MOŻE być jednak przy nas!

(Oczywiście w tej końcówce nieco się wygłupiam, ale cały ten tekst jest jak najbardziej NAUKOWY, a nawet HIPERNAUKOWY. A więc - IDŹCIE I GŁOŚCIE!)

triarius
---------------------------------------------------
Czy odstawiłeś już leminga od piersi?