sobota, maja 12, 2007

Trybunał Konstytucyjny zrobił nam europejskie kuku

Należałoby jakoś skomentować werdykt Trybunału Konstytucyjnego, bo to w końcu wydarzenie historyczne. Jak Targowica, Jałta, Okrągły Stół czy Nocna Zmiana. Tyle, że co tu gadać. No ale dobra, w końcu blogi są do gadania a nie np. strzelania, więc powiem co mi się wokół tego tematu nasuwa.

Po pierwsze, nasuwa mi się - po raz nie wiem który zresztą - myśl, że miałem jednak całkowitą rację twierdząc jeszcze w otchłani tzw. "stanu wojennego", że komunizm w Polsce skończy się z powieszeniem Urbana. Oczywiste było też dla mnie, że potem będą musiały nastąpić dalsze egzekucje i samosądy, które w końcu zostaną przez nową władzę jakoś wyhamowane i kilkadziesiąt tysięcy komuchów trafi do mamra czy jakichś obozów pracy z długoletnimi wyrokami. Reszta będzie szczęśliwa, że żyje i może zarabiać na chleb pracując na odpowiedzialnych stanowiskach ekspedientów czy obnośnych sprzedawców.

To oczywiście nie nastąpiło i skutki są dokładnie takie, jakich się wtedy zpodziewałem, a które to przekonanie - przyznam ze wstydem - nieco mi się w ostatnich latach zamazało. Nie odczuwam dumy, że miałem rację, jak zresztą w paru innych b. istotnych sprawach dotyczących polskiej i światowej polityki. Co z tego w końcu, że człowiek potrafi nieźle przewidywać, skoro i tak nie ma to żadnego przełożenia na opinie innych ludzi, o skutecznych działaniach już nie mówiąc. (No ale wtedy nie było jeszcze blogów! Alem się uśmiał! Choć oczywiście wcale nie jest mi wesoło.)

Druga refleksja jest taka, że papierowe konstytucje niewiele znaczą - liczy się tylko realny układ sił. Albo wróć! Konstytucje mają pewną moc i pewną pozytywną wartość (której nie warto jednak przeceniać): są niczym Rubikon, po przekroczeniu którego przez jakąkolwiek siłę wiadomo, że mamy do czynienia z wojną. (Niekoniecznie w sensie krwawym i skrajnym, ale jednak otwartym konfliktem.) Dopóki tego Rubikonu się nie przekroczy, mamy do czynienia albo z (niechętnym przeważnie) koncensusem i ("zgniłym" przeważnie) kompromisem, albo z prawnymi kruczkami i manipulacjami, które skrzywdzona akurat strona czuje się zmuszona znosić, nie czując się dość silna, by ten kłamliwy pozór odrzucić.

Polska, szczególnie od czasu przystąpienia do Unii Europejskiej przestała być bytem suwerennym, dzięki czemu lewactwo, postkomuna i związani z nimi aferzyści są w niej teraz bezkarni i niemal wszechmocni. Komu kibicuje Unia Europejska chyba wyraźnie widać, jeśli zaś ktoś - poniekąd słusznie - nie do końca dowierza tasiemkom informacyjnym TVN24 pokazującym stosunek "Europy" do lustracji, dekomunizacji, polskiej suwerenności i obecnego naszego rządu, to służę innego rodzaju informacją:
Dwie piąte szwedzkiej młodzieży twierdzi, że komunizm przyniósł światu dobrobyt.

Szwedzka Organizacja Informacji o Komunizmie zamówiła sondaż o stosunku młodzieży do komunizmu. Ogłoszone wczoraj w dzienniku “Dagens Nyheter” wyniki są zdumiewające.

43 proc. młodych Szwedów uważa, że liczba ofiar represji komunistycznych na całym świecie nie przewyższa miliona. A jedna piąta badanych była przekonana, że liczba ofiar nie przekracza 10 tys. osób.

40 proc. młodzieży zza Bałtyku uważa, że komunizm przyczynił się do wzrostu dobrobytu na świecie, a 22 proc. postrzega go jako demokratyczną formę rządu.

Informacja ta pochodzi z liberalnego szwedzkiego dziennika "Dagens Nyheter" i opublikowano ją 11.05.2007. Podaję ją na podstawie wątku na Forum Frondy, ale naprawdę dobrze znam Szwecję i te dane, choć przerażające, szczególnie w naszej obecnej sytuacji - wcale mnie przesadnie nie dziwią.

Naprawdę wyznam, że nie widzę wyjścia z tego koszmaru. Żadnych marokańskich oddziałów kolonialnych nigdzie nie widać - ani w Hiszpanii, ani tym bardziej w Polsce. Unia czuwa i w razie czego poda nam pomocną dłoń, a tabuny rodzimych lewaków, aferzystów, euroentuzjastów, cieniasów i Lech Wałęsa będą ich witać kwiatami i wskazywać mieszkania ludzi, których trzeba zaaresztować (jeśli nie gorzej).

Przyznam, że do niedawna obawiałem się o przyszłość naszej zachodniej cywilizacji - troskałem zagrożeniami wynikającymi z terroryzmu, pacyfizmu, globalnej gospodarki, kruchej moim zdaniem jak skorupka jajka... Od pewnego czasu jednak myśl, że wszechwładza i bezczelność wielkiego kapitału, rozkład wszelkich wartościowych międzyludzkich więzi, zalew najwulgarniejszej "rozrywki" i, przede wszystkim może, z każdym dniem coraz więcej najcyniczniejszych kłamstw - ryczących ze wszystkich głośników, mizdrzących się ze wszystkich ekranów, wsączanych do dziecięcych krwioobiegów z pominięciem kory mózgowej...

Kłamstw które z każdym dniem coraz więcej ludzi musi powtarzać udając, do czasu, że w nie wierzy, żeby w ogóle mieć szansę w życiu... Kłamstw na temat "wolności", "demokracji", "prawa", "piękna"... Myśl, że to wszystko kiedyś się skończy - a skończy się z całą pewnością, choć nie za mojego życia, pewnie nie za życia moich dzieci, ale się skończy, bo ten obłędny i na niczym solidnym nie oparty, a z każdą sekundą niemal coraz bardziej skomplikowany globalny system po prostu kiedyś osiągnie kres swych możliwości homeostazy - myśl ta jest dla mnie coraz bardziej słodka.

Oczywiście, będzie to ogromna katastrofa dla całej naszej cywilizacji, z której zresztą i tak bardzo niewiele pozostało - Europa to galwanizowany trup; USA to niemal samo Oświecenie, które już zaczyna gonić w piętkę; zaś w Ameryce Łacińskiej nagle, po starciu cieniutkiej warstwy politury, okaże się, że b. niewiele tam z naszej cywilizacji. Nie ma więc właściwie czego żałować. Nie, oczywiście jest czego żałować - Polski. Bo Polska niemal z całą pewnością nie przetrzyma tej katastrofy.

Tyle, że nie przetrzyma też obecnej fazy, tych wszystkich (i wielu innych) wspomnianych tu przeze mnie przed chwilą rzeczy - tych rzeczy, które od pewnego czasu określam mianem "realnego liberalizmu". (Mianem, które uważam za niezwykle wprost celne, proszę nie myśleć, że to kolejny językowy koncept, kolejny żarcik, kolejny prztyczek w stronę np. Korwina! Zamiast sobie to wmawiać, warto się raczej zastanowić nad sensem tego określenia.)

A więc Polska... Zapewne nic z niej wkrótce nie zostanie, poza wspomnieniem kraju stojącego nierządem, prześladującego niewinne mniejszości i najszlachetniejsze elity jakie cudem jakimś mu się przydarzyły, totalnie odpornego na wszelkie racjonalne argumenty, dostającego w dupę we wszystkich wojnach, które zresztą sam zawsze rozpętywał... Tak niemal na pewno będzie, ale mimo wszystko NIEMAL. Więc opuszczenie ramion i poddanie się takiemu akurat fatalizmowi byłoby podłe, tchórzliwe i głupie. Jedyną nadzieją jest nie mieć żadnej nadziei, zgodnie z celnym zdaniem jakiegoś antycznego historyka.

Im dalej zabrnie ta globalizacja, integracja, liberalizm, tym mniejszą będziemy mieli szansę, by cokolwiek z tego, co dla nas - wstecznych i opętanych nienawiścią do wszystkiego co piękne i postępowe oszołomów - uratować. Nikt nie może przewidzieć, kiedy to, co nas tak niszczy, nagle z hukiem padnie. Nie ma jednak cienia wątpliwości, że padnie i że z hukiem. Powinniśmy działać z myślą o tej chwili, jednocześnie opierając się z całych sił "postępowi", "integracji", a także syrenim śpiewom piewców różnych libertariańskich utopii, nawet tych, którzy mają dość sprytu, by ubierać swe śpiewy w tryle i fioritury różnych szemranych "monarchizmów", "katolicyzmów" czy "patriotyzmów", które to oni jednak mają wyłączne prawo interpretować i tylko ich wykładnia jest tą prawdziwą.

Jedyne, co nam wypada, to walczyć. Siły wrogów są przeważające, ale sami wrogowie to przecież głupie i tchórzliwe mentalne pokraki. Spójrzmy więc im ostro w oczy, dojrzymy w nich obłędny strach o własną skórę, fakt, że zmieszany z pewnością zwycięstwa. Jak jednak stwierdził pewien współczesny amerykański historyk analizując bitwę pod Maratonem (cytuję z pamięci): "Persowie popełnili ten najgorszy ze wszystkich błędów, jakie można popełnić na polu bitwy - chcieli zabijać, ale sami nie ginąć. Dlatego zostali pokonani i zmasakrowani."

Polecam tę myśl wszystkim, których jak mnie przygnębiła wczorajsza decyzja Trybunału Konstytucyjnego (choć przecież tylko takiej można się było spodziewać, prawda?) i obecna sytuacja - teoretycznie "patowa", ale w której jednocześnie z każdym dniem jesteśmy dokładniej ośliniani i kawałek dalej połykani.


triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

1 komentarz:

  1. I o to chodzi, chłodny realizm przekuć może człowieka w stal. Jeśli ktoś łudzi się doczesną wygraną prędzej czy później ugnie się pod naporem postępującej degeneracji. Trzeba walczyć bez nadziei na zwycięstwo - to jest prawdziwy heroizm! W ostatecznym rozrachunku veritas omnia vincit.

    OdpowiedzUsuń