wtorek, grudnia 18, 2007

Groszaki z nieba czyli ZŁO

Mam tak dziwnie, że co pewien czas zaczyna mnie dręczyć – intelektualnie, proszę nie ryglować drzwi i nie dzwonić po policję! – problem zła. Jako takiego. I teraz znowu. Nie wiem wprawdzie, co mi się stało, że znowu, ale nie wykluczam, że ma to jakiś mglisty związek z Tuskiem i europejską konstytucją.

Wad w ogóle mam co niemiara, na przykład tę, że nie tylko nie znam się na kinie, ale nawet w sumie nim gardzę. Tym niemniej parę filmów się w życiu widziało, a kilka ujrzanych w nich scen zrobiło na mnie pewne wrażenie, niektóre do tego stopnia, że telepią mi się po głowie i przychodzą na myśl, kiedy nachodzą mnie jakieś dziwne stany...

Jak na przykład stan, kiedy dręczy mnie – intelektualnie – problem zła. Jak na przykład najbardziej immoralna scena filmowa, jaką sobie z mego długiego życia przypominam. Widziałeś Szanowny Czytelniku amerykański film muzyczny “Pennies from Heaven”? Co na polski tłumaczy się oczywiście jako “Groszaki z nieba”, i całkiem możliwe że pod takim, albo bardzo podobnym, tytułem było to niegdyś wyświetlane. (Ja to w każdym razie widziałem w telewizji za granicą, więc nie mam pewności.)

W każdym razie w filmie tym, nakręconym w 1981, Steve Martin gra nieudanego wędrownego sprzedawcę płyt gramofonowych o nazwisku Arthur Parker, który po różnych perypetiach – małżeńskich, miłosnych i finansowych – nie na sto procent, ale niemal, dla forsy morduje niewidomą dziewczynę. Sprawiedliwości staje się zadość i nasz dzielny sprzedawca zostaje skazany na powieszenie. Kiedy wyrok ma być wykonany, jego ukochana znajduje się na jakimś bulwarze, stosownie smutna i stosownie rozmyślająca o najdroższym w jego ostatnich chwilach. Wiedząc oczywiście, kiedy dokładnie otworzy się klapa pod nogami najdroższego mężczyzny i zostanie on poddany przepisowemu trzymetrowemu spadkowi, który, za pomocą stosownie dobranej grubości sznura i profesjonalnie zawiązanej pętli, nie urywając mu głowy, co by było nieestetyczne i nieprofesjonalne, rozerwie mu kręgosłup szyjny, uśmiercając, jeśli nic nie pójdzie nie tak, w przysłowiowym mgnieniu oka.

Godzina wybija... I przy smutnej kobiecie pojawia się Steve Martin, czyli świeżo-powieszony Arthur Parker, i zaczyna tańczyć śpiewając jednocześnie prościutką, choć znakomitą, pioseneczkę z roku 1930 (do której słowa napisał Bing Crosby) - właśnie to tytułowe "Pennies from Heaven". Jak się nasza zmartwiona jeszcze przed chwilą kobieta cieszy! Serce rośnie po prostu. Zaraz też przyłącza się do tańca, i do śpiewu chyba zresztą też, o ile pamiętam. I wychodzi z tego bardzo fajna scenka w stylu powiedzmy Fred Astaire w kolorach. Potem zaś już tylko "THE END" i kto grał, a kto przyrządzał kanapki, i syta wrażeń publika wychodzi

Przypominam – nie widzieliśmy jak Arthur Parker mordował niewidomą dziewczynę, ale wszystko na to wskazuje, że ją zamordował, i to nie w jakimś porywie takiej czy innej namiętności, tylko po prostu dla jakiejś większej forsy, o którą tam chodziło. I nie jest to, jak by się można było domyśleć, jeden z całej masy lewicowych filmów zwalczających karę śmierci przez pokazywanie kogoś niewinnie – wbrew wszelkim poszlakom i choć się sam przyznał – w majestacie prawa uśmierconego. Nie, tutaj na zakończenie mamy właśnie ten nieoczekiwanie optymistyczny taneczny finał i tyle.

Przyznam, że ta niesamowita scena, wraz z towarzyszącą jej pioseneczką o fajnej melodyjce i błahych, optymistycznych słowach – w sam raz przebój na początek wielkiego kryzysu rozpoczętego krachem roku ’29 – nie tyle mnie prześladuje, co intelektualnie intryguje. Z czego się bierze taka fascynacja złem? Dlaczego akurat taka scena została stworzona i dlaczego jest to jedna z obiektywnie najlepszych scen filmowych, jakie w życiu widziałem? Jaki jest w istocie cel twórców obecnej sztuki, a szczególnie tej z nieco niżej półki, popularnej, jak hollywoodzki film?

I wreszcie. czy istnieją takie warunki społeczne, w których aktywne, świadome i całkiem niewątpliwe zło – bo czymś takim jest z całą pewnością mordowanie niewidomych kobiet dla pieniędzy – staje się w jakiś sposób… Czy istnieją, czy choćby teoretycznie mogą istnieć, takie warunki, w których człowiek postępujący w sposób diabelski jest w jakiś sposób jednak etycznie wartościowszy od otaczającego go tłumu? Choćby ten tłum nie robił nic…

Nie, inaczej! Choćby każda jednostka w tym tłumie nie robiła nic, co gwałci etyczne zasady wspólne dla wszystkich w miarę normalnych przedstawicieli naszego gatunku? Jeśli ci ludzie są powiedzmy całkowicie pozbawieni jakiejkolwiek możliwości dokonywania etycznych wyborów, z których by cokolwiek wynikało… Jeśli pozbawiono ich nawet możliwości zaszkodzenia komukolwiek, możliwości czynienia zła, ale i dobra… Albo jeśli zostali oni zmuszeni do czynienia dobra wbrew, albo w każdym razie, całkiem niezależnie od swej własnej woli?

Co wtedy? Czy wolność człowieka nie jest przede wszystkim wolnością etyczną? Czy, teoretycznie rzecz biorąc, wolność w każdej dziedzinie poza sferą właśnie etyczną byłaby jeszcze w ogóle wolnością? Wolnością człowieka, bo nie mówimy przecież o droidach, cyborgach czy innych robotach. Czy człowiek, któremu odebrano możliwość wpływania na los innych ludzi, także negatywnie – na przykład przez brutalną walkę – naprawdę jest dobry, czy jest jedynie pozbawiony elementarnej, bo etycznej, wolności?

Znana uczennica Zygmunta Freuda Karen Horney - która nie jest jakimś moim wielkim faworytem, ale którą w młodości dość pilnie czytałem - twierdzi, że neurotyk to człowiek przeczuwający lepiej od innych konflikty i sprzeczności swojej epoki. Do neurotyka akurat mi to stwierdzenie słabo pasuje, pasuje mi natomiast świetnie do artystów. Jasne, artysta to Leonardo, van Dyck czy powiedzmy Teleman, gdzie dzisiaj szukać autentycznych artystów? Zgoda, sam uważam, że wielka sztuka naszej cywilizacji dawno się skończyła, a ktoś tak utalentowany, jak wymienieni tu panowie, na pewno nie będzie dziś malował dla cwanych spekulantów i snobistycznych idiotów, czy tworzył muzyki dla tych, którzy dziś wypełniają sale koncertowe. Ale jest przecież sztuka popularna. Część z niej na całkiem dobrym poziomie, jak powiedzmy "Casablanca" (podobno, bo nie widziałem) czy... "Pennies from Heaven" właśnie - zarówno film, jak i piosenka.

Czy ta sztuka, w swych najbardziej fascynujących, amoralnych i przerażających fragmentach nie wyraża przypadkiem immanentnego koszmaru naszej obecnej cywilizacji? Etycznego upadku naszego – a raczej już całkiem nie naszego, w tym właśnie rzecz! – świata? Czy fakt, że przez dwa dziesięciolecia – choć parę razy widziałem np. wycelowane we mnie lufy czołgów, wiedząc, że w każdej chwili mogą wystrzelić, jak i sporo innych budzących negatywne emocje rzeczy – nie dają mi spokoju nie te lufy i nie tamte rzeczy, tylko właśnie ta banalna w końcu taneczna scena i ta ładniutka melodyjka… Nie wiem, naprawdę nie wiem jaki z tego należy wysnuć wniosek. Pewien jednak jestem, że nie tak wesoły, jak piosenka o grosikach spadających z nieba za każdym razem, kiedy jest deszcz.

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz