czwartek, grudnia 13, 2007

Tusk na nosie (z cyklu 'co robić?', odcinek 1)

Nie wyspałem się poprzedniej nocy, więc wracając z pracy trójmiejską kolejką odpłynąłem na chwilę w inny wymiar. Kiedy tak odpływałem, najpierw przypomniała mi się jedna ucieszna rzecz, mianowicie to, jak młodzi korwinianie pyskują w salon24 na tow. Jaruzelskiego, mówiąc jednak o nim dworsko "Pan Wojciech Jaruzelski". Paranoja!

Przyzwyczaiłem się już wprawdzie niemal ("człowiek nie świnia i do wszystkiego się przyzwyczai"), że o zdrajcy Jaruzelskim ludzie mówią per "generał" - i to wcale nie tacy, którzy się ogłaszają pacyfistami, bo to bym akurat zrozumiał. (Zakładając oczywiście, że można zrozumieć coś tak pokrętnego jak pacyfizm.)

Uśmiechnąłem do swych sennych myśli, po czym już całkiem odpłynąłem w krainę Morfeusza. Znalazłem się, czy raczej tylko tak mi się wydało, choć było to niewiarygodnie realistyczne, w jakimś całkiem obcym mieszkaniu. Wraz ze mną były tam dwie kilkunastoletnie dziewczyny, chyba siostry.

"Nie pójdę na tę prywatkę", powiedziała jedna, "jakiś paskudny tusk wyskoczył mi na nosie." W jej głosie słychać było ogromny smutek i poczucie niesprawiedliwości.

"Pokaż", odpowiedziała druga. "O cholera! Przykro mi to mówić, ale naprawdę wielki i paskudny." I jej całkiem ładna twarz wykrzywiła się obrzydzeniem.

Zapadła dłuższa cisza, podczas której ja zastanawiałem się, dlaczego one mnie widzą, skoro siedzę o metr od nich i to w pełnym świetle. Musiałem jednak być niewidzialny i ta myśl bardzo mnie uspokoiła.

"A jak twoja randka w ciemno?", powiedziała nagle ta z paskudnym tuskiem na nosie, odrobinę mniej ponurym głosem. "Idziesz z tym facetem na prywatkę do Zdziśka?"

Teraz ta druga, która poprzednio chyba raczej udawała smutek wywołany tuskiem, zabrzmiała dość smutno. "Nie, ten facet jakiś taki... tuskowaty. Nie chcę się z nim więcej spotykać."

"Niesiłowaty znaczy?", zainteresowała się ta druga.

"Nie wiem czy aż niesiołowaty... Tuskoid taki, wiesz. Zachowuje się jak jakiś europejs."

"Aaa", padła pełna zrozumienia odpowiedź, "no to przykre!"

"Fakt", odpowiedziała tamta.

Nagle, akurat kiedy mnie cała ta romantyczna, choć niezbyt szczęśliwe się rozwijająca, historia dwóch niebrzydkich panienek, zaczęła naprawdę fascynować, z drugiego pokoju, lub może raczej z łazienki, dobiegł energiczny głos kobiety w średnim wieku. Nie było w nim cienia romantyczności.

"Zośka, Jadźka!", wołała kobieta znacznie głośniej, niż wydawało to mi się konieczne, "Ktoś znowu napchał jakichś tusków do kibla! Weździe tuska do przepychania kibla i przepchnijcie. Ale to już!"

Dziewczyny spojrzały na siebie, po czym ta z tuskiem na nosie wyszła, zapewne po to, by wziąć tego tuska do przetykania kibla i przetkać te tuski, które ktoś do tego kibla nawrzucał.

Ja w tym czasie zacząłem wychodzić z tego dziwnego stanu, w którym się przez chwilę znalazłem. Dziwny on był, nie ma co do tego wątpliwości. Jedno tylko mnie dręczy - czy to były jedynie moje fantazje, czy też była to w jakimś sensie prawda?

Może jakimś cudem zostałem na te kilka minut przeniesiony, zarówno w przestrzeni - do nieznanego mieszkania, jak i w przyszłość? Tylko jak daleka była ta przyszłość? Dwa lata? Trzy? Pięć?

Taka jest moja historia. Nie ma sensu czytelnikom wyjaśniać, czy napisałem to z fantazji, czy też naprawdę miałem dzisiaj taką wizję. I tak każdy uwierzy w to, co zechce. (A już szczególnie ci idioci, co uwierzyli w cud i drugą Irlandię.) Gdyby jednak ktoś potrzebował pomysłów na zwalczanie tego, eufemistycznie mówiąc, syfa, który ostatnio mamy, i który nam grozi jeszcze bez porównania gorszym syfem (excusez le môt!), to proszę się zastanowić nad wprowadzeniem tej wizji w życie.

Proszę tyProszę tylko pomyśleć - przyszłość możecie zacząć wprowadzać w życie już teraz! Czy to nie jest istny CUD?

triarius

---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz