piątek, grudnia 14, 2007

Dlaczego Polki mają małe piersi?

Pośród niezliczonych złośliwości, na które sobie żabojady przez ostatnie dwieście lat zapracowali - biorąc w dupę, albo po prostu poddając się bez walki, w każdej wojnie, ale za to pyskując co niemiara, a przy tym karcąc innych, że "nie skorzystali z szansy na trzymanie mordy na kłódkę" - jest też i taka oto zagadka: "Dlaczego Francuzki mają małe piersi a duże sutki? Ponieważ Francuzi mają ogromne pyski, a bardzo małe rączki".

Mniejsza o Francuzów, nimi się już zajmują ci wszyscy Arabowie i Murzyni, których tak cwanie sobie nasprowadzali. Zdobyli dzięki temu nawet mistrzostwo świata w kopaniu piłki, niech się cieszą, dopóki jeszcze nie mają poważniejszych zmartwień! (Mieliby zresztą to mistrzostwo, kiedy to było? I to zdobyte przez autentycznych w większości Francuzów, gdyby bezstronny sędzia nie pozwalał był Niemcom traktować ich tak, jak dogłębnie zresocjalizowany chuligan traktuje staruszkę, której chce zabrać portmonetkę.) Jak jest jednak z Polakami? Jakie oni mają rączki, a jakie pyski?

Nie piszę dla lewactwa i europejsów, więc zakładam, iż Czytelnik podziela mój brak zachwytu nad obecną sytuacją w Polsce, nad III RP, nad naszą przynależnością do Wszecheuropejskiej Unii, nad wynikiem ostatnich wyborów i nad tym, co się dzieje w mediach... I wszędzie indziej. Z całą masą najprzeróżniejszych rzeczy, bo co w końcu idzie w naszym kraju tak, jakbyśmy chcieli? Że mamy organizację Euro? Żeśmy się załapali do jakichś idiotycznych europejskich mistrzostw w piłce kopanej? A co to za wielkie osiągnięcie, że spytam?

Jeśli ktoś dzieli moją opinię, że tego typu "osiągnięcia" nie rekompensują koszmaru, jaki jest polska sytuacja i życie większości porządnych ludzi w naszym kraju, to wypada zadać następne pytanie: ile w tym jest paskudnie dla nas okrutnego zrządzenia losu, ile powiedzmy Boskiej kary, ile podłości innych, ile zaś naszej własnej winy?

Ja na temat Boskiej kary nie będę się wypowiadał, bom katolik trydencki niewierzący i te sprawy pozostawiam autorytetom. Okrutne zrządzenie losu i podłość innych - wrogów, tchórzliwych i obłudnych sojuszników, oraz rodzimych zdrajców - dostrzegam jak najbardziej. Ale dostrzegam też naszą własną winę. W końcu, jeśli powrócimy na chwilę do Boga, to możemy zacytować liberalne skądinąd hasło, że "Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają". Inaczej, by zacytować Cromwella, "Módl się i dbaj, by ci proch nie zamókł". Czy my o to dbaliśmy? Że spytam?

Moim zdaniem nasza koszmarna zaiste historia ostatnich dziesięcioleci ma jedną przynajmniej pozytywną cechę, jest mianowicie dydaktyczna, można z niej wyciągnąć cenne nauki, posiada morał. Jak morał posiada? Może jest ich więcej, nawet na pewno, ale ja dostrzegam przede wszystkim jeden: "Niedotrzymanie obietnic się mści!"

Jakich obietnic? A takich na przykład, że "na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści". Pamiętam to, sam tego nie wykrzykiwałem, bo po pierwsze mam wstręt do wierszowanych haseł wykrzykiwanych na demonstracjach (jak i haseł masochistycznych, w rodzaju "chodźcie z nami, dziś nie biją" na 1 maja), a po drugie od początku miałem co do tego wątpliwości. Zawsze twierdziłem, że komuna skończy się w Polsce z powieszeniem Jerzego Urbana, i zdania tego nie zmieniłem. Nie skończyła się - obietnic należy dotrzymywać!

Dlatego też nie cieszą mnie dzisiaj te wszystkie przepiękne demonstracje pod domem tow. Jaruzelskiego - te przesubtelne hasła, te starannie wykonane tablice i transparenty, te wibrujące od poczucia moralnej słuszności chóralne okrzyki ... Jeśli się tam nie potrafi pójść z kawałem konopnego sznura i zakończyć sprawę raz na zawsze, to naprawdę nie ma się co oszukiwać. Ja bym się na miejscu tow. Jaruzelskiego (zakładając oczywiście, że mnie można sobie na takim miejscu wyobrazić) specjalnie nie przeraził taką demonstracją, raczej stanowiłaby miłą odmianę.

Nie ucieszyło mnie też, gdy wczoraj na koniec kilkudziesięcioosobowej demonstracji pod gdańskim pomnikiem Poległych Stoczniowców dowiedziałem się, że "będziemy tu za rok, będziemy za dwa lata, za pięć i za dziesięć". Kurwa mać, wiem że nie powinno się mnie wpuszczać do przyzwoitych domów, ale wolałbym usłyszeć coś w rodzaju, "będziemy tu za rok, a może i za dwa lata, a za pięć lat to już z całą pewnością na drzewach zamiast liści... tak jak obiecywaliśmy w demonstracjach stanu wojennego". Przykro mi, ale jakoś nigdy nie widziałem tego "Polak z Polakiem", jako cokolwiek innego, niż tylko taktyczny wybieg, niezbędny wobec przewagi wroga, ale przecież nie mniej przez to żałosny.

Aby tak nie tak cały czas o sznurze i sprawach ostatecznych, teraz będzie coś na znacznie lżejszą nutę. Naprawdę nie da się to porównać z tamtymi obietnicami, z tamtymi ważnymi i ponurymi sprawami, ale jednak jest to sprawa z podobnej dziedziny. Otóż kilka miesięcy temu miałem jeden z moich licznych "twórczych" kryzysów, czyli kolejny raz całkowicie zwątpiłem w sens przyłączania się do całego tego medialnego szumu, z którego i tak absolutnie nic sensownego nie wynika, w każdym razie nic pozytywnego z punktu widzenia takich jak ja.

Jednak łażąc sobie po sieci, znalazłem tam dwie książki jednego z najważniejszych moim zdaniem autorów XX wieku. Mówię oczywiście nie o fikcji, tylko o tym co ma znaczenie. Chodzi o Roberta Ardreya, o który wielokrotnie pisałem. O człowieka, który miał największy niewątpliwie wpływ na moje polityczne poglądy. Byłem dotąd pewien, że nie ma go jak rodakom pokazać, a tu nagle okazało się, że jest - oto, za darmo. Wystarczy znać nieco angielski, w końcu nikt nie zabrania podpierać się słownikiem, darmowym translatorem online, zapytać znajomych, choćby mnie...

Polazłem więc znowu na salon24, z którym już zamierzałem definitywnie skończyć, żeby zakomunikować tę radosną wieść, że oto jest dostępny w sieci za darmo Robert Ardrey, wszem wobec i każdemu z osobna. Napisałem dość lekki tekścik na ten temat, w którym jednak całkiem na serio powiedziane było coś w tym duchu, że "kto chce bym go uważał za prawicowca i partnera do sensownej dyskusji, powinien za trzy miesiące mieć przeczytane to, co z Ardreya jest dostępne w sieci".

Dość niewielu ludzi się tym moim pronunciamiento zainteresowało - w końcu o ileż zabawniej jest poczytać Azraela albo prof. Sadurskiego z Samego Serca Europy! - ale paru jednak tak, a ten i ów nawet obiecał, że za trzy miesiące Ardreya będzie miał przeczytanego. Co z tego wynikło? Czy zgadłeś już Czytelniku? Z pewnością zgadłeś! Miesięcy od tamtego czasu minęło z pewnością z pięć, ale jakoś nikt mi jeszcze się nie pochwalił przeczytaniem Ardreya i nie zaproponował sensownej dyskusji. Mimo, że niektórzy nawet się tego przecież podjęli.

No ale w końcu mówienie to nie to samo co robienie, prawda? Pokrzyczeć sobie o wieszaniu komunistów, kiedy akurat jesteśmy na nich obrażeni, nie jest źle. To redukuje stres i przyspiesza dotlenianie komórek, jeśli nawet nic poza tym. "Nicea albo śmierć", też nieźle brzmi, co nie znaczy przecież, by miało jakiekolwiek znaczenie w realu. Przykłady tego typu można by mnożyć i mnożyć, mój prywatny drobiazg z Ardreyem oczywiście na tym tle całkiem znika z pola widzenia.

Gdyby sądzić po tonie prawicowych blogów, to powinniśmy mieć od paru miesięcy ciągłe demonstracje na ulicach i powinny się już dziać naprawdę interesujące sprawy. Byłby o co powalczyć, na przykład o zachowanie roli Prezydenta, która jest podminowywana przy aplauzach mediów i całkowitej obojętności naszej "prawicy". To ważna sprawa, co by przeróżna od paru dni oszalała z bólu spowodowanego utratą suwerenności (niewątpliwą i b. paskudną) hiper-prawicowa młódź nie mówiła na temat jego "zdrady".

No i dzieją się ciekawe rzeczy, ale tylko na blogach. I w kuluarach, gdzie przeróżne Schetyny, Potteringi i Borrele szykują na nas jarzma i chomąta. (Żeby chociaż munsztuki! Koń to szlachetne bydlę. Ale też koń nie chlapie bez sensu gębą!)

Jeśli więc, Polko, martwisz się zbyt małym biustem... Pociesz się, po pierwsze tym, że masz za to OGROMNE sutki, a po drugie tym, że jesteś idealnie dostosowana do buzi i rączek Twego rodaka. Polaku! Ronisz łzy, że Twoja żona, kochanka i sponsorowana przez ciebie studentka - wszystkie trzy razem - nie potrafiłyby wypełnić porządnie jednej bluzki? To sam się łaskawie zastanów czemu, i komu, to zawdzięczasz. I ciesz się chociaż ich z pewnością OGROMNYMI sutkami. Masz niezaprzeczalne prawo do dumy - zapracowałeś na nie w pocie czoła!

triarius
---------------------------------------------------
Caeterum lewactwo delendum esse censeo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz